Ucieczka spod noża (Rzeszów – Rycerska)

VBAC to bardzo często wypadkowa wielu czynników – warunków fizycznych, determinacji i przygotowania mamy, współpracy rodzącego się maleństwa, wsparcia personelu, a czasem także  trochę uśmiechu losu. Choć może ten uśmiech losu to tak naprawdę wskazówka dla osób sprawujących opiekę nad rodzącymi po cc  i dla samych rodzących – by zbyt szybko nie wydawać wyroków o porodzie, by mieć więcej wiary i więcej cierpliwości…. Sami oceńcie! Zapraszam do lektury historii Aleksandry.

Od dłuższego czasu śledzę Wasza stronę Naturalnie po cesarce i to dzięki Wam zdecydowałam się na poród naturalny po pierwszym cesarkim cięciu. Ale może zacznę od początku…
12 styczeń 2016 – na świat przyszła Nasza córeczka – przez CC z powodu złego ułożenia. Długo dochodziłam do siebie, przy córeczce było mi ciężko cokolwiek zrobić. Na noc oddawałam ją do pielęgniarek, bo nie dość, że rana okropnie bolała, to jeszcze mój kręgosłup odmówił posłuszeństwa po znieczuleniu (nie mogli się wbić i byłam XX razy kłuta). Było ciężko, ale córeczka wynagrodziła wszystko :)
Z mężem bardzo pragnęliśmy od zawsze mieć dużą rodzinę i zaczęliśmy starania o drugie dzieciątko. Udało się szybko, jednak początki były trudne, bo krwawilam. Lekarz (ten sam co przy pierwszym dziecku) uspokajał, że wszystko jest w porządku. I tak mijały miesiące, malutka rosła pięknie w brzuszku, blizna po cc idealna, więc lekarz dał wolną rękę co do porodu i zielone światło na sn. Bez wahania zdecydowałam, że chcę spróbować naturalnie. A więc zostało czekanie na pierwsze skurcze bądź odejście wód. Nastawiłam się bardzo pozytywnie i optymistycznie, że na pewno się uda, że dam radę, że wszystko będzie w porządku :) I zaczęło się…
W poniedziałek (23.04.2018) w nocy dostałam skurczy co 15minut. Rano miałam jechać na ktg i tak też zrobiłam. Skurcze się zapisywały. Udałam się do swojego lekarza – zbadał mnie i mówi, że wszystko wysoko zamknięte i jeszcze czas. Więc wróciłam do domu. Zaczęły się skurcze co 10min, (zaznaczę, że z krzyża), wieczorem odszedł czop i zaczęłam krwawić, skurcze już co 7 min, więc zdecydowałam, że pojadę sprawdzić co się dzieje. Na IP zdecydowali, że mnie zostawia. Lekarz zbadał i dalej to samo, wysoko wszystko i rozwarcie na opuszek. Dali mnie na patologie ciąży. Mąż pojechał po północy po wszystkich formalnościach, a ja sobie siedziałam na łóżku i miałam mega doła, że zostałam tam sama (mam mega uczulenie na szpitale). Płakać mi się chciało, że nie wiadomo ile jeszcze tam będę leżeć skoro na poród się nie zapowiada. Ale długo czekać nie musiałam, bo o 3,40 filmowo odeszły mi wody :)
Lekarz zbadał i stwierdził rozwarcie na 1 palec. Poszłam na porodówkę. Dostałam pokój, zadzwoniłam po męża i akcja powolutku zaczęła się rozkręcać. Skakałam na piłce (w sumie cały poród) a mąż na skurczach masował mi krzyże, bo ból był naprawdę duży w kręgosłupie. Miałam super położną ( Panią Anię S.) i dwie studentki, które były przy mnie cały poród i wspierały jak mogły!!!
Po kilku godzinach kolejne badanie i rozwarcie bardzo kiepsko postępuje. Usłyszałam 2,5 palca. Załamka bo gdzie tu do 5???!!! Ale nie poddawałam się. Skurcze zrobiły się coraz częstsze i silniejsze i gdy były co dwie minuty i trwały dwie minuty było mega ciężko, ale wiedziałam, że muszę być dzielna dla mojej kruszynki malutkiej.
Tak doszłam do 9,5cm rozwarcia. I co??? I akcja porodowa ustała, główka nie wstawiała się w kanał rodny. Skurcze minęły jak ręką odjął. Chwilę czekali i padła decyzja o cc. Strasznie się podłamałam, ale wiedziałam, że zrobiłam wszystko co mogłam, żeby urodzić naturalnie. Dostałam nawodnienie w kroplówkach, jakieś leki, pobrali krew, a że sala operacyjna była zajęta, to kazali czekać. Po jakichś 40 min przyszła doktorka, podpisałam wszelkie dokumenty i miałam z nią iść. I tak schodząc z łóżka dostałam nagle silny skurcz, więc poprosiłam, żeby doktorka poczekała, bo nie dam rady iść  – tak coś dziwnie mnie napierało. Studentka patrząc na mnie mówi „Pani prze” a ja w szoku …
Nagle naleciało się mnóstwo personelu, szybkie badanie i okazało się, że główka wstawiła się i zaczęłam rodzić!!!!!!!! Na szybko zaczęli się ubierać, przygotowywać i tak po 15 min partych skurczy urodziłam cudowna córeczkę. Piękne uczucie, wspaniałe doświadczenie! Tym bardziej, że uciekłam spod noży !!!! Lekarze gratulowali, położna i studentki od początku wierzyły, że się uda i udało się, a ja sto razy powtarzałam „urodziłam, dałam radę, ja urodziłam”!!! I tak 25.04.2018 o godz. 15.05, po ponad 12 godzinach od odejścia wód urodziła się moja druga córeczka :)
baby_foot_black_and_white
Od kiedy zaczęłam czytać Wasza stronę marzyłam, abym mogła kiedyś podzielić się swoją historią porodu po cc i marzenie się spełniło!!!! Życzę każdej mamusi po cc, aby miała dużo siły i wiary w to, że można, że się uda i wszystko będzie dobrze!!! Jest to piękne uczucie urodzić naturalnie dzidziusia.
Dziękuję szpitalowi na Rycerskiej w Rzeszowie, całemu personelowi, który był ze mną, mojemu lekarzowi, ordynatorowi, za to, że wspiera vbac oraz Wam Naturalnie po Cesarce – za każdą historię i wiarę w to, że można, za uświadomienie Nam kobietom, że po CC nie można się poddawać i poród siłami natury jest realny!!!
Pozdrawiam !!!

Podróż po marzenia (Świdnica – Pyskowice)

Ciąża 5, w wywiadzie 2 x poród drogami natury i 2 x cięcie cesarskie, 17 miesięcy odstępu między porodami, położenie pośladkowe płodu w 39 tygodniu, szacowana masa płodu > 4 kg. Czy można w ogóle myśleć o porodzie naturalnym w takiej sytuacji? Poznajcie historię Ewy.

Jestem mamą 6 wspaniałych dzieci a to była moja 5 ciąża. Dwie pierwsze zakończone porodem naturalnym a dwie kolejne cesarskim cięciem. Dzięki temu, że doświadczyłam podwójnie dwóch rodzajów porodów wiem, że dla mnie najpiękniejszą (choć wcale nie łatwą) drogą przyjścia na świat dziecka jest poród naturalny.

CIĄŻĄ PIERWSZA 2005 r. Gdy byłam w pierwszej ciąży, było dla mnie oczywiste, że urodzę naturalnie tak jak moja mama troje swoich dzieci. Nie mogłam się doczekać dnia porodu, bo końcówka ciąży bardzo mnie wymęczyła. Moja pierwsza córka Oliwia (3820 g, 56 cm) przyszła na świat w sierpniu 2005 r. – poród naturalny 9 dni po terminie. Poród trwał zaledwie 4 godziny, ale był bardzo ciężki. W II okresie porodu ustała czynność skurczowa, a że personelowi się spieszyło to zastosowano chwyt Kristellera, nacięto krocze a łożysko na siłę położna wyciągnęła z brzucha. Zakończyło się to krwotokiem, szyciem i łyżeczkowaniem. Córkę zabrano bo byłam tak słaba (miałam silną anemię), że nie byłam w stanie zajmować się nią sama.

CIĄŻA DRUGA 2008 r. Drugi poród naturalny w grudniu 2008 r. – syn Kordian (3900, 57 cm) 6 dni przed terminem. Również trwał 4 godziny i zakończył się bez nacięcia i żadnych innych komplikacji. Piękny poród, bardzo świadomy a po 2 godzinach mogłam sama wstać, siedzieć, chodzić i zająć się synkiem, który cały czas był przy mnie.

CIĄŻA TRZECIA 2012 r. W 30 tygodniu ciąży zrobił mi się obrzęk w siatkówce oka. Z każdym tygodniem obrzęk się powiększał i utrudniał widzenie. W 39 t.c. podjęto decyzję o cc, ponieważ nie widziałam już nic chorym okiem i było ryzyko, że podczas porodu naturalnego siatkówka może się odkleić. W styczniu 2012 r. przez cesarskie cięcie przyszedł na świat mój drugi syn Kajetan (4180 g, 59 cm). Ból jaki czułam po cesarce jak puściło znieczulenie rekompensowała mi obecność synka po porodzie.

CIĄŻA CZWARTA 2016 r. Ta ciąża od początku była bardzo ciężka bo miałam wszystkie możliwe dolegliwości ciążowe, których nie miałam w żadnej poprzedniej ciąży. Okazało się, że pod sercem noszę nie jedno ale trzy szczęścia! Byliśmy w szoku bo w naszej rodzinie nigdy nie było nawet bliźniaków. Niestety, na kolejnym USG biły tylko 2 serduszka. Po wielu długich tygodniach spędzonych w szpitalu, udało mi się dotrwać z bliźniakami do 35 t.c. W czerwcu 2016 r. przez cesarskie cięcie przyszli na świat Miłosz (2450 g, 50 cm) i Mikołaj (2700 g, 51 cm) – nasze kochane M&M-sy. Chłopcy byli ułożeni główkowo a poród zaczął się regularnymi skurczami co 3 min. Niestety w szpitalu, w którym rodziłam wszystkie ciąże mnogie są rozwiązywane cesarskim cięciem. Gdybym miała wówczas taką wiedzę o sn po cc jaką mam teraz dzięki cudownej Grupie Wsparcia „Naturalnie po cesarce”, to na pewno przynajmniej podjęłabym próbę porodu naturalnego. Wszystkie moje porody naturalne przebiegały dosyć szybko a dzieci były spore. Natomiast bliźniaki z racji tego, że była ich dwójka i poród zaczął się w pierwszym dniu 36 t.c. ważyły dużo mniej. Bardzo ciężko dochodziłam do siebie po tej drugiej cesarce a najtrudniejsze oprócz bólu było to, że maluszki zostały zabrane do inkubatora i zobaczyłam je dopiero po 18 godzinach od urodzenia…

CIĄŻA PIĄTA 2017 r. Czasu nie cofnę, ale cieszę się, że było mi dane doświadczyć po raz trzeci porodu naturalnego, mimo wszystkich przeciwności losu jakie spotkałam na swojej drodze do vba2c. Ale od początku… 8 miesięcy później zaszłam w piątą ciążę. Pierwsza myśl jaka pojawiła się w mojej głowie była przepełniona lękiem: jak przetrwam po raz trzeci ten okropny ból po cesarce? Byłam przekonana, że nie ma innego wyjścia po 2 cesarkach jak tylko kolejne cięcie. Z drugiej strony postanowiłam poszukać w Internecie informacji na ten temat. I tym sposobem znalazłam stronę www.naturalniepocesarce.pl.

Czytałam wszystkie opowieści porodowe z zapartym tchem. To dało mi ogromną nadzieję i wiarę w to, że może być inaczej. Każdego dnia czytałam też relacje z porodu dziewczyn z grupy wsparcia na FB. Zrozumiałam, że chcę zrobić wszystko co w mojej mocy by urodzić naturalnie, ale muszę zaakceptować też drugą opcję na wypadek cesarskiego cięcia. Wierzyłam, że wszystko się uda, bo przecież rodziłam już naturalnie dwa razy i wiem jak taki poród może przebiegać. Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego, że moja wyczekiwana córeczka w 30 tygodniu ciąży obróci się główką do góry i wcale nie będzie miała zamiaru zmienić swojego ułożenia do końca ciąży…

Każdego dnia po kilka godzin robiłam ćwiczenia ułatwiające obrócenie się dziecka w brzuchu, chodziłam na czworaka i namawiałam córcię do obrotu. Byłam załamana bo mimo mojego wysiłku cały czas czułam, że główka nadal jest na górze. Każda kolejna wizyta u lekarza również potwierdzała ułożenie miednicowe. Na ostatniej wizycie w 39 tygodniu ciąży, gdy dodatkowo waga na USG wyszła 4 kg, dostałam skierowanie na cesarkę. Do tej pory mój lekarz bardzo wspierał vba2c ale teraz powiedział, że nie widzi innego wyjścia jak tylko cesarskie cięcie. Tak na marginesie to był to mój drugi lekarz bo poprzedni najpierw mówił, że bez problemu mogę rodzić naturalnie (na wizytach prywatnych) a jak przyszłam do Niego raz na NFZ to powiedział, że absolutnie muszę mieć cc po 2cc bo inaczej się nie da…

Była środa a Ja miałam stawić się w szpitalu jak zacznę 40 tydzień ciąży, czyli w poniedziałek 4 grudnia. Pomyślałam, że to koniec i nadszedł czas pogodzenia się z cesarką. Próbowałam znaleźć plusy tej sytuacji a największym z nich była perspektywa zobaczenia wkrótce córeczki. Wcześniej byłam gotowa nawet na poród pośladkowy, ale w sytuacji gdy waga dziecka była taka duża nie chciałam ryzykować. Przepłakałam pół dnia a w nocy nie mogłam zasnąć. Z jednej strony próbowałam się pogodzić z sytuacją a z drugiej szukałam innego rozwiązania. Nadzieja umiera ostatnia!

Następnego dnia napisałam do Oleśnicy do położnej, czy w mojej sytuacji jest jakaś szansa na poród naturalny. Niestety dostałam odpowiedź, że w Oleśnicy nie wykonują obrotów zewnętrznych a w moim przypadku po 2 cc położenie miednicowe jest wskazaniem do cięcia. Od kilku dni byłam też w stałym kontakcie z Monika Ma z Grupy Wsparcia, której córeczka również nie chciała się obrócić główką w dół. Monika próbowała od dwóch tygodni dodzwonić się do szpitala w Pyskowicach, aby dowiedzieć się o możliwości obrotu zewnętrznego, o którym wyczytałyśmy na grupie. Największy problem polegał na tym, że ciężko było złapać dr Langshmana Maleuwe, żeby z Nim porozmawiać. Na szczęście Monice udało się zdobyć numer komórkowy do doktora. Zadzwoniłam do Niego i powiedziałam o mojej sytuacji.

Hillary and Chris Johnsonare expecting their third child!

Doktor to wspaniały człowiek, pełen ciepła, zrozumienia i chęci pomocy. Powiedział mi, że w mojej sytuacji daje tylko 30 % szansy na obrót zewnętrzny mimo, iż jestem wieloródką (szansa u pierworódek to 50%, a u wieloródek nawet 70-80%), ponieważ dziecko jest duże i kończę 39 t.c., a takie obroty najlepiej robić w 37/38 t.c. Ale jeżeli bardzo mi zależy to mogę przyjechać do szpitala w Pyskowicach w poniedziałek 4 grudnia i On we wtorek rano będzie miał dyżur i spróbuje obrócić mi dziecko. Powiedział też, że według Niego najbezpieczniej byłoby wykonać cesarskie cięcie, ale to w razie czego możemy zrobić po próbie obrotu zewnętrznego. Decyzja należała do mnie. Całą noc biłam się z myślami co zrobić. Trzy bardzo kompetentne osoby potwierdziły, że w moim przypadku najlepsza byłaby cesarka a Ja nadal nie byłam sobie w stanie wyobrazić takiej wersji wydarzeń. Co jeszcze mogłam zrobić dla mojej córci by urodzić Ją naturalnie? Ostatnią deską ratunku był obrót zewnętrzny. Po rozmowie z moim kochanym i cierpliwym mężem, który cały czas mnie wspierał, podjęłam decyzję, że jeśli nie zacznę rodzić w weekend, to w poniedziałek rano zamiast do mojego szpitala na cesarkę, pojadę sama ze Świdnicy 200 km pociągiem do Pyskowic. Monika chciała zrobić tak samo, tylko Ona miała do pokonania 530 km ze Szczecina. I tak oto dwie matki, pragnące dać najlepszy start swoim córkom i uchronić się przed kolejnym cięciem, w poniedziałek rano 4. grudnia wyruszyły z dwóch zachodnich krańców Polski na Śląsk.

Blog_Tips-to-travel-during-Pregnancy_4

Podróż pociągiem była ciężka i stresująca – najbardziej dla innych pasażerów 😉 Czekały mnie 2 przesiadki. W pierwszym pociągu usiadłam koło starszego małżeństwa. Zerkali na mój brzuch i na siebie z przerażeniem, po czym mąż złapał za rękę żonę i zabrał Ją na drugi koniec wagonu 😉 W drugim pociągu siedziałam z bardzo miłymi paniami. Pytały gdzie i w jakim celu jadę w tak zaawansowanej ciąży. Pytały czy nie boję się, że urodzę w pociągu. Jedna z nich wysiadała ze mną w Opolu i nawet nie pozwoliła mi dotknąć walizki, tylko niosła ją za mnie 😉 Gdy dojechałam do Pyskowic myślałam, że wszystko potoczy się prosto – wsiądę do taksówki i bezpiecznie pojadę pod sam szpital. Okazało się jednak, że przed dworcem nie ma żywego ducha a sam dworzec jest zamknięty. Włączyłam w telefonie nawigację i musiałam iść na piechotę. W końcu w oddali ujrzałam przystanek autobusowy a na nim stała jakaś kobieta. Powiedziała mi, że zaraz ma być autobus, który jedzie do „centrum” a stamtąd do szpitala jest niedaleko. W autobusie poszłam do kierowcy kupić bilet a On pyta dokąd jadę. Mówię, że do szpitala, a On pyta: „Po co?” Odpowiadam, że jadę urodzić. A On na to: „To Pani jedzie za darmo”. Ludzie w autobusie mówią mi gdzie mam wysiąść. Jakieś małżeństwo proponuje, że mnie zaprowadzi do szpitala, bo idą w tamtym kierunku. Pan bierze moją walizkę a Pani opowiada o swoich porodach. Po 15 min. docieramy pod szpital. Wreszcie czuję się bezpiecznie.

Na izbie przyjęć zostałam przyjęta bardzo serdecznie a personel był zaskoczony dlaczego przyjechałam tyle kilometrów akurat do Pyskowic. Opowiadam o naszej grupie na FB i uprzedzam, że wieczorem przyjedzie jeszcze jedna „szalona mama” ze Szczecina. Proszę o numer telefonu na taksówki, by przekazać go Monice, aby bez problemów dotarła do szpitala. Dostałyśmy wspólny pokój, aby się wzajemnie wspierać. Rano przyszedł do Nas dr Langshman, żeby się przywitać i jeszcze raz porozmawiać o próbie obrotu zewnętrznego. Trochę Nas zmartwił bo powiedział, że nie ma w szpitalu leku, który powoduje zwiotczenie brzucha. Na szczęście na obchodzie okazało się, że jest jedna ostatnia buteleczka, podzielą ją Nam na pół i podadzą w kroplówce. Przed południem doktor przyszedł po Monikę, ale niestety obrót mimo ogromnego wysiłku i chęci nie udał się. Ja poszłam druga.

Miałam nastawienie „co ma być to będzie”. Jeżeli obrót się nie uda to będę wiedziała, że zrobiłam wszystko co mogłam by pomóc mojej córeczce naturalnie przyjść na świat. W gabinecie czekał już na mnie doktor Langshman i ordynator dr Binkiewicz, który monitorował przez USG ułożenie dziecka. Dostałam kroplówkę z lekiem zwiotczającym powłoki brzuszne, a sam obrót trwał kilka sekund. Doktor złapał córcię przez brzuch za główkę i pośladki i lekko Ją popchnął a Ona fiknęła w dół. Byłam w szoku, że to tak szybko i bezboleśnie, aż się popłakałam ze szczęścia (wyściskałam doktora i mówiłam, że jest cudotwórcą!). Tyle tygodni ćwiczeń nic nie dało a tu kilka sekund i już. Nie mogłam w to uwierzyć. Ordynator od razu powiedział, żebym została tu w szpitalu bo jak pojadę do innego to jest ryzyko, że będą chcieli zrobić mi cesarkę. Na Naszej Grupie Wsparcia czytałam również o cudownej położnej Pani Wiesi, która ma ogromne doświadczenie w przyjmowaniu porodów po 2 cc i pracuje właśnie w Pyskowicach. Oczywiście nie było dla mnie wątpliwości, że jestem z najlepszym miejscu jakie mogłabym sobie tylko wymarzyć.

Po obrocie konieczne było badanie KTG. W trakcie badania przyszła do mnie położna złożyć gratulacje, że udał się obrót zewnętrzny. Powiedziała, że kilka dni temu przyjęła właśnie dwa porody kobiet po 2 cc. Zapytam Ją czy jest Panią Wiesią a Ona się uśmiechnęła i powiedziała, że tak. Powiedziałam, że czytałam o Niej na Grupie Wsparcia i że bardzo chcę z Nią rodzić. Oczywiście od razu się zgodziła. Od tej chwili miałam swojego Anioła! W trakcie KTG okazało się, że dostałam regularnych skurczy co 8 min. Miałam rozwarcie na 1,5 cm i udało mi się dojść do 4 cm, po czym akcja się zatrzymała. Położna powiedziała, że w tym momencie należy odpuścić bo z doświadczenia wie, że nic na siłę. Dała mi swój numer telefonu i prosiła, żebym dzwoniła do Niej o każdej porze, gdy tylko zaczną się skurcze co 5 minut. Poinformowała mnie też, że niestety następnego dnia do południa nie będzie Jej w Pyskowicach bo wyjeżdża na konferencję. Do wieczora chodziłam cały czas po schodach (krwawiłam i czułam silny ból podbrzusza, który utrzymał się właściwie do samego porodu). W nocy ze zmęczenia nie mogłam spać, a około 4:00 Monika zaczęła rodzić i zabrali Ją na cesarkę. Zestresowałam się i dostałam skurczy co 3 minuty, ale cały czas próbowałam je zatrzymać, tłumacząc sobie, że nie mogę rodzić, bo przecież nie ma Pani Wiesi. Na szczęście po godzinie akcja się zatrzymała (to prawda, że „poród mamy w głowie”).

Kolejny dzień (środa) chodziłam po schodach, choć nie było łatwo bo miałam już straszne zakwasy. Czekałam do rana do następnego dnia (czwartek – dzień porodu) i już wiedziałam, że nic mnie nie powstrzyma. Miałam swoją kochaną położną (Panią Wiesię) i czułam się bezpiecznie pod Jej skrzydłami. Śmiała się, że jak była na konferencji to zadzwonił do Niej dr Langshman i zapytał gdzie Ona jest. Był bardzo przejęty tym, że jak zacznę rodzić bez Niej to mnie „potną”. Prosił, by w razie czego natychmiast rzuciła wszystko i przyjechała. Wzruszyłam się… Czyż to nie jest lekarz z prawdziwego zdarzenia? Z położną ustaliłyśmy plan – kazała mi chodzić pod prysznic na 30 min co 1,5 godziny. Pod prysznicem skurcze były coraz silniejsze. Koło południa zbadała mnie i miałam 6 cm rozwarcia, ale główka źle wstawiła się w kanał. Miałam położyć się na godzinę na lewym boku (tam gdzie znajdował się grzbiet dziecka) i przy każdym skurczu prawą nogę zgiętą w kolanie unosić mocno do góry. Zaczęły się regularne skurcze co 5 minut. Zauważyłam jednak, że w miedzy czasie gdy szłam do toalety (organizm od rana się oczyszczał) skurcze znacznie się nasilały i były częściej. Po godzinie ustaliłyśmy z położną, że mam iść chodzić po schodach przez 30 min. I tam się zaczęło. Skurcze były co 3…2 … aż w końcu co 1 min. Po badaniu było luźne 7 cm i zapadła decyzja – idziemy na porodówkę.

Poszłyśmy do przytulnego pokoiku, gdzie było przygaszone światło i w tle leciała cicho muzyka. Wiedziałam od Pani Wiesi, że mój poród po 2 cc będzie musiał wyglądać inaczej niż „normalny” poród naturalny. Podłączyła mnie pod KTG i stale miałam monitorowane tętno dziecka. Powiedziała też, że zrobi wszystko co może, by jak najbardziej przyspieszyć poród i nie obciążać macicy skurczami. Dostałam gazik nasiąknięty oksytocyną i polecenie, że mam go cały czas trzymać pod nosem i wdychać, by nie osłabić skurczów. Znów leżałam na lewym boku i przy każdym skurczu musiałam dociągać zgiętą w kolanie prawą nogę do góry, by pomóc córci dobrze wejść w kanał rodny. Cały czas zastanawiałam się kiedy będzie ten kryzys 7. cm ale niczego takiego nie miałam. Ból był coraz mocniejszy. Pamiętam tylko smsy od mojego męża, Moniki i słowa wsparcia od Kasi O. z grupy (dziękuję!). Później już nie byłam w stanie wyciągnąć telefonu spod poduszki. Przy 8 cm położna podjęła decyzję, że przebije pęcherz płodowy ale w tym momencie praktycznie sam pękł. Po chwili było 9 cm i ból nie do opisania (i tu dopadł mnie kryzys ale 9. cm). Pani Wiesia powiedziała, że muszę przejść do sali obok i wejść na krzesło porodowe (tam czekał już lekarz i dwie młode położne do pomocy). Jakoś dałam radę i wtedy zaczął się nieziemski ból przy każdym skurczu, a dodatkowo położna kazała mi unosić nogi i opierać na drążek, który był zamontowany nade mną. To już było za dużo, ale resztką sił wykonywałam każde polecenie Pani Wiesi, bo ufałam Jej bezgranicznie. Czekałam tylko kiedy będzie te magiczne 10 cm. KTG pokazywało, że z córcią jest wszystko ok.

Nagle dostałam skurczy partych. Krzyczałam, że muszę przeć, ale Pani Wiesia krzyczała jeszcze głośniej, że teraz jeszcze nie mogę. Wiedziałam, że muszę posłuchać bo popękam ale powstrzymanie się przed parciem było bardzo trudne. Nagle usłyszałam, że teraz mogę już przeć. Wreszcie się doczekałam! Przy skurczu lekarz dociskał mi bliznę dłonią, żeby nie pękła (polecenie Pani Wiesi!). Parłam raz na skurczu ale czułam, że coś jest nie tak. Główka wyszła do połowy i się cofnęła. Pani Wiesia szybko zaleciła podłączenie oksytocyny a Ja usłyszałam, że tętno mojej córeczki zwolniło (spadło do 80). Zaczęła się szybka akcja. Pani Wiesia kazała mi się obrócić na lewy bok. Prawą nogę wyprostowaną do góry zaprzeć na drążku wysoko a lewą zgiętą w kolanie położne odciągnęły z całych sił w lewą stronę. Myślałam, że zaraz zrobię szpagat. Ale skurcz nie nadchodził. I wtedy padła decyzja od położnej, że mam przeć bez skurczu z całych sił. Wiedziałam, że muszę zrobić wszystko by ratować moje dziecko! Zaczęłam przeć z jakąś nieziemską siłą, która nie wiem skąd naglę się we mnie wzięła i za jednym razem wyparłam całą moją kochaną córeczkę 4280 g na świat.

Pani Wiesia położyła mi Ją na brzuchu i szybko zaczęła odwijać pępowinę z nóżki, brzuszka, rączki i z szyi, którą miała owiniętą podwójnie!!! Nagle zrobiło się zamieszanie. Pojawiło się mnóstwo ludzi i zabrali malutką do pomieszczenia obok. Zostałam sama na fotelu porodowym i czułam się jakby świat się zatrzymał – wyrwano mi z brzucha cząstkę mnie i nastała cisza i pustka, której nigdy nie zapomnę… Czekałam na dźwięk płaczu mojej córeczki ale niczego nie było słychać… Podeszła do mnie młoda położna i zapytałam co z moim dzieckiem a Ona powiedziała, że nie wie, ale wszystko będzie dobrze. Przez szybkę widziałam personel otaczający małe ciałko mojej córeńki i nagle usłyszałam tak wyczekiwany i wytęskniony cichutki Jej płacz. Popłakałam się. Nigdy nie zapomnę tej chwili, która dla mnie trwała wieczność! Pani Wiesia wróciła i powiedziała, że Malutka Anastazja dostała tylko 1 punkt Apgar w pierwszej minucie (w piątej – decydującej minucie- miała już 8 punktów a w 10. – 9 punktów) ale już jest z Nią dobrze. Napędziła Nam stracha ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Pielęgniarka pokazała mi Ją na chwilkę, ucałowałam Ją i zanieśli Ją do inkubatora na noc. Pani Wiesia delikatnie wyjęła łożysko i powiedziała, że mam tylko mikrootarcia, więc mogę przejść na łóżko poporodowe. Byłam zdziwiona, że to już po wszystkim i że nie będzie żadnego szycia. Po dwóch godzinach zjadłam kanapki z kolacji i poszłam się wykąpać. Pani Wiesia poszła ze mną do Anastazji a potem zaprowadziła mnie do sali, w której czekała już na mnie Monika z Apolonią.

I tak oto 7 grudnia 2017 r. w szpitalu w Pyskowicach o godzinie 18:33 po dwóch cc, siłami natury urodziłam córeczkę Anastazję 4280 g i 60 cm SZCZĘŚCIA! Gdybym mogła zmienić coś w moim porodzie to zmieniłabym jedynie to, aby mój kochany mąż mógł być ze mną. Bardzo brakowało mi Jego obecności! Ale jestem wdzięczna, że na mojej drodze spotkałam cudownych ludzi i tą wspaniała Grupę Wsparcia. DZIĘKUJĘ!!!

Długo oczekiwana Walentynka (Niemcy)

43,5 h po odplynieciu wod plodowych – tyle kazala na siebie czekac córeczka Anity, urodzona VBAC w Walentynki tego roku.

Zacznę od tego, iż pierwsza ciąża zakończyła się cc ze względu na wysokie ciśnienie 160/100. Moja waga w 37 tygodniu ciąży – 30 kg na plusie. Nabierałam wody 1 kg na dobę. Podawaną miałam oxytocynę 3 razy pod rząd przez 3 dni. Za 3cim razem tętno małego na ktg poszybowało ze 150 na 60 i nadal spadało. Położyli mnie na stół w szybkim tempie i mój synek pojawił się na świecie  po 10 minutach. Z wagą 2630 i 51 cm.

Druga ciąża od początku zupełnie inna . Zero komplikacji, energii za 10ciu.

12 stego lutego o godzinie 4 rano zaczęły odchodzić mi wody. O godzinie 18 pojechaliśmy z mężem do szpitala. Mieszkam w DE okolice Hannover. Zatrzymali mnie w szpitalu. Decyzja o indukcji naturalnie (preparat homeopatyczny, chodzenie), bo na ktg skurcze się pisały.

13 lutego o 7 rano żel (żel z prostagladynami – przyp.red.). O godzinie 10 kontrola: bóle są mega, ale szyjka zamknięta i twarda. O 14 kolejna dawka żelu. Szyjka nadal zamknięta na kontroli o 21, ale skurcze dają się we znaki. O 7 rano w Walentynki 3 dawka żelu – skurcze bolą już bardzo, aż krzyczę. O 13 masaż szyjki, bo nadal zamknięta. O 14 otwarta ale 2 cm  O 17 – 5 cm.  Poprosilam o PDA  i dostałam oxytocynę. I tutaj zaczynają się schody.

Mała traci tętno. Robią od 18 do 21.30 am badanie krwi wloaniczkowej z glowki plodu ( 6 razy), aby sprawdzać czy mała jest dotleniona i wyłączają o 20 PDA. I kolejny masaż szyjki bo rozwarcie 8 cm.

O 22 jest prawie 10 cm. Półtorej godziny skurcze parte. Z 20 razy parłam, nie miałam już siły.

14 luty 2018, godzina 23.36: VBAC!!! Kilka szwów mamy ale udało się .

FB_IMG_1522340672708

P.S. Nikt nie namawiał na cc, dokumenty podpisane, żeby w razie czego nie robić tego na ostatnią chwilę. Cudowna położna Pani Wiesława cały czas mnie wspierała – cudowna kobieta. Taka nasza historia .

„To my się będziemy tłumaczyć” – próba porodu w Lublinie

Jakiś czas temu otrzymałam maila z niedokończoną historią, prośbą o poradę i / lub namiar na lekarza wspierającego VBAC. Autorka owej korespondencji, Agnieszka, wyraziła chęć opublikowania poniższych treści na stronie naturalniepocesarce.pl. To opowieść, w której nadzieja i determinacja miesza się z obawami i lękiem – nie tylko po stronie przyszłych rodziców, ale także po stronie położników, którzy praktykują swój zawód czując nad sobą coraz wyraźniejsze widmo prokuratora i sali sądowej. Historia zaczynała się tak:

VBAC po terminie, duże dziecko
 
Trafiłam na bardzo fajny szpital w Lublinie, Wojewódzki na Kraśnickiej. Nikogo nie znałam w tym szpitalu. Myślałam, że będę musiała stoczyć bitwę o VBAC i miło się zdziwiłam:) Każdy uśmiechnięty, (może żadne hip hip hurra vbac, ale też nikt nie miał z tym problemu), a przynajmniej nikt mi o tym nie mówi, jak również nikt mnie nie próbował zrazić do tego pomysłu.
 
Na USG przy przyjęciu wyszło 4300+/- 600. Lekarz, z którym miałam pierwszy kontakt wyjaśnił mi ryzyko VBAC, ale odrazu też zapewnił, że nie zamierza mnie zrażać i abym się spokojnie zastanowiła i dała mu decyzję potem, na co ja, że jestem zdecydowana na VBAC. 
Bez problemu, ale z jednym warunkiem, że nie będziemy indukować porodu.
 
No i tak leżę od niedzieli na oddziale, termin porodu z USG miałam na poniedziałek. Leżę  na sali przedporodowej, koło mnie przewijają się dziewczyny, którym albo wszystko idzie naturalnie albo jest poród indukowany balonikiem, jak nie pomoże to oksytocyną. A potem słyszę przez ścianę jak dzielnie walczą i krzyczą. Jeden z lekarzy zapytał czy się nie zraziłam jeszcze tymi krzykami. Odpowiedziałam, pewnie dość naiwnie, że im zazdroszczę. 
Próbuję wywołać poród naturalnie, tańczę po korytarzu, chodzę w tę i wewtę masując brodawki. Raz nawet męża zaciągnęłam pod szpitalny prysznic:) Mało romantycznie, ale jestem już zdesperowana. Nie wspomnę o moich wszystkich modlitwach i codziennej nadziei, że to może dzisiaj ten wielki dzień.
 
I niestety od niedzieli słyszę, że nic się nie zmienia: szyjka skrócona, ale twarda i zamknięta (nawet opuszek palca się nie zmieści), z tego co zrozumiałam skierowana ku tyłowi.
Dzisiaj (środa) lekarz po badaniu powiedział mi, że stan jest identyczny jak wczoraj:( i że możemy poczekać do końca tygodnia (czyli pewnie do piątku), ale że dziecko rośnie i coraz to bardziej niebezpieczne.
 
Z jednej strony jestem wdzięczna, że aż tyle dni na mnie poczekają, z drugiej nie mam podstaw medycznych aby całą sytuację ocenić. Będę 4/5 dni po terminie z potencjalnie dużym dzieckiem. Może za bardzo się zafiksowałam na VBAC i powinnam się zgodzić na CC w piątek/sobotę dla dobra maluszka i mojego? Z drugiej strony moja rekonwalescencja po poprzednim CC była traumatyczne, przeraża mnie przechodzenie przez to jeszcze raz, a wiem, że w przyszłości chciałabym mieć jeszcze jedno dziecko.
 
Pewnie muszę urodzić, aby dokończyć tą historię, ale zaczęłam się z mężem zastanawiać, czy faktycznie powinniśmy odpuścić, czy może jest jakiś doświadczony specjalista od VBAC, który mógłby ze mną i mężem realnie bez uprzedzeń ocenić nasze opcje i coś doradzić nawet telefonicznie, włącznie z możliwością zmiany szpitala. Rozważyłabym nawet szpital poza Lublinem, chociaż też się zastanawiam czy taki transport nie byłby zbyt ryzykowny. Jak również poważnie rozważamy poddanie się pod nóż CC jeżeli tak trzeba.
VBAC_2 polski

Maila od Agnieszki odczytałam niestety dopiero 2 tygodnie po jego wysłaniu przez autorkę, kiedy historia porodowa doczekała się już swego finału. Oto jak sprawa się potoczyła…

Do piątku niestety nie zaczęłam rodzić naturalnie, ale zaczęłam zauważać w swoim organizmie pozytywne zmiany, delikatne skurcze nieregularne (wcześniej miałam takie tylko od stymulacji brodawek), poprzedniego dnia usłyszałam, że obniżył mi się brzuch – pomyślałam, że to wszystko obiecujące, jednak od lekarza usłyszałam, że dalej brak rozwarcia oraz, że już powinno się zakończyć ciążę przez CC. Powiedziałam, że muszę się zastanowić – „tak, rozumiem, ale proszę szybko, cc odbędzie się praktycznie od razu”.

 
W internecie na szybko wyszukałam numer telefonu położnej z innego szpitala, która się reklamowała w internecie jako zwolenniczka naturalnych porodów. Oddzwoniła do mnie po pół godziny, całe szczęście, bo potrzebowałam jeszcze jakiejś opinii. Jak z nią zaczęłam rozmawiać, to coś we mnie pękło, zaczęłam jej płakać w słuchawkę, już tak się we mnie emocje nagromadziły, a ja po tak długim czekaniu trochę się zafiksowałam już na poród naturalny, dodatkowo poprzednią rekonwalescencję po pierwszej cc wspominałam traumatycznie. Pani położna odradzała mi wypisywanie się ze szpitala a jednocześnie poradziła mi, aby lekarza grzecznie poprosić o poczekanie do poniedziałku. Ta rozmowa bardzo mnie uspokoiła, bo poczułam, że to mój wybór i nie jest to jakaś straszna rzecz jeszcze dwa-trzy dni poczekać.

Niestety, jak poprosiłam lekarza o poczekanie do poniedziałku, powiedział, że musi się skonsultować z ordynatorem. A od pana ordynatora usłyszałam „ponieważ to my się będziemy tłumaczyć, to albo dzisiaj zakończymy ciążę przez cc, albo powinnam poszukać innego szpitala, w którym mnie przekonają”.

Byłam w szoku, ale już byłam upewniona, że chcę spróbować naturalnie, więc spytałam jak to powinno wyglądać: „Powinna się pani wypisać na własne żądanie”.
No ok, już podjęłam decyzję, więc od razu zakomunikowałam, że się wypisuję. Było mi łatwiej, ponieważ koło mnie leżała dziewczyna, której mąż mi uświadomił dwie rzeczy:
1. Ten szpital to fabryka, że zależy  im aby jak najwięcej porodów było, a nie że ktoś im łóżko przez tydzień zajmuje
2. Data porodu to kwestia bardzo statystyczna, która nie uwzględnia każdej kobiety indywidualnie. Dodatkowo to x-lat temu w szpitalach było nastawienie na sn, i jak kobieta przyjechała rodzić po cc, to nie było oczywiste, że druga też będzie cc. I dzieci się też rodziły. Co ciekawe starsze położne jakoś nie były przerażone tym że chcę sn po cc. To bardziej był opór po stronie lekarzy i młodszych położnych.
 
Wracając do mojej historii to jeszcze na koniec położne zrobiły mi KTG, na którym te nieregularne skurcze było widać – wypisywała mnie bardzo sympatyczna doświadczona położna, która była bardzo życzliwa i poradziła, abym nie bała się wrócić z silniejszymi skurczami.
A ja zadzwoniłam po męża i wróciłam do domu.
pic_259
To był strzał w dziesiątkę, w końcu poczułam się bezpiecznie w domu, porządny seks na koniec dnia, na sen jeszcze zaaplikowałam sobie wiesiołek dopochwowo i z rana miałam delikatną krew na wkładce (prawdopodobnie czop śluzowy) oraz pojawiły się rzadkie, ale regularne skurcze. Trochę strach jechać do szpitala bez rozkręconej akcji porodowej, dla osoby której zależy na sn, ale trzeba przecież tą krew skontrolować, czy to na pewno nic groźnego.  Pojechaliśmy do szpitala na Staszica, okazało się że to czop śluzowy, natomiast w Staszicu nie było już miejsc (potem dowiedzieliśmy się, że łatwiej o trafienie 6 w lotto niż dostanie się do tego szpitala na poród). Powiedzieli nam że powinniśmy jechać na Lubartowską lub do Świdnika. Poczytaliśmy o obu szpitalach na gdzierodzić.info. Na Lubartowskiej podobno są nastawieni na sn, ale jest jakiś lekarz, który stosuje chwyt Kristerllera, więc zdecydowaliśmy się na Świdnik.
Jeszcze akcja porodowa się nie rozkręciła, więc postanowiliśmy poczekać aż skurcze będą częstsze w domu. No cóż, jak się rozkręciły skurcze, to pojechaliśmy do tego nieszczęsnego Świdnika, gdzie na miejscu dowiedzieliśmy się, że nie mają miejsc. Naprawdę już miałam częste skurcze. Ale pan doktor stwierdził że „gwałtu to tu nie ma i rozwarcie na opuszek palca” i czy pojedziemy własnym autem na Lubartowską czy karetką, ale wezwanie karetki trochę zajmie. No to pojechaliśmy autem. 20 minut potem byliśmy w szpitalu, lekarz, który mnie przyjął, stwierdził, że przeze mnie to pójdą do więzienia, że chcę sn po cc, bo dziecko za duże, a przerwa tylko 2 lata.
 
Zadzwonił do innego położnika i mówi, że chyba będą ciąć, jednak po chwili zmienił ton przez telefon i powiedział, „dobrze, to pomierzę”. Na USG nic nowego, dziecko duże, ale powiedział, że rozwarcie też już bardzo ładne (a to ciekawe, że w ciągu pół godziny doszłam do pełnego rozwarcia z opuszka paca- chyba naprawdę chcieli się mnie pozbyć z tego Świdnika). Powiedział, że na górze jest bardziej doświadczony położnik i on mnie jeszcze obejrzy. Pojechaliśmy na górę (co chwilę przerwa na skurcz). Podłączyli mnie do KTG, a jedna pani położna (widać, że doświadczona) zbadała mnie dopochwowo. Była też młodsza druga, która była bardzo życzliwa, chwaliła mnie że sama doszłam do takiego rozwarcia (miła odmiana, dla mojego już mocno zszarganego samopoczucia). Pierwsza położna powiedziała „odbija się jak piłeczka, moim zdaniem nie ma sensu…” Przyszedł ginekolog, chwilę porozmawiał z położną i podchodzi do mnie „Ze względu na to że dziecko jest duże, zalecamy zakończenie ciąży przez CC”. No cóż, tym razem naprawdę czułam, że potraktowali mnie poważnie, że zaszłam daleko i lekarze poważnie rozważali sn, ale faktycznie dziecko nie wstawiło się w kanał rodny, więc było mi już łatwiej zaakceptować cc.
pobrane
Podsumowując mimo wszystko miałam trochę poczucie porażki, ale tłumaczę sobie, że samo to, że mój organizm przeszedł przez tą pierwszą fazę porodu to już jest super. Dodatkowo córcia faktycznie była duża 4,350 g. Na pocieszenie, tym razem rekonwalescencja po cc była bardzo krótka.
Chociaż, pozostają takie myśli, czy jakbym nie była w przeświadczeniu, że muszę ze walczyć  z „system” i „rutyną” lekarską, czy jakbym od początku porodu była w szpitalu, ale otoczona troskliwą i doświadczoną opieką położnych, to może by się udało sn.
Z perspektywy czasu, żałuję, że późno zainteresowałam się tematem i tak późno trafiłam na to forum. Może zaplanowałabym sobie poród inaczej… oraz w innym szpitalu, który na doświadczenie i jest pro VBAC.
Jako anegdotę tylko sobie jeszcze pomarudzę w ostatnich zdaniach na ten nasz szpitalny system : zapadła decyzja o cc, ja mam skurcze baaardzo bolesne dosłownie co chwila, a tu słyszę jak jedna położna mówi do drugiej, że muszą jeszcze mnie potrzymać na KTG bo jak nie wyrobię minut, to im nie zapłacą! Zgroza!

Poród pochwowy po uprzednim cc – wywiad z lekarzem

Poniżej przedstawiam link do wartego uwagi wywiadu nt. VBAC z doświadczonym lekarzem ginekologiem-położnikiem.

– Jaka jest najlepsza metoda indukcji porodu u kobiet, które przebyły cięcie cesarskie?

– Co to jest ciągłe monitorowanie stanu płodu i dlaczego jest zalecane podczas VBAC?

– Czy należy oceniać grubość blizny po cc i na tej podstawie kwalifikować do VBAC?

– Czy rodzaj szycia ma wpływ na ryzyko związane z VBAC?

– Jak nacina się macicę podczas kolejnego cc?

– Czy powinno się stosować żele przeciwzrostowe podczsa cc?

Na te i inne pytania odpowiada  dr hab. n. med. Wiesław Markwitz prof. UM, z Katedry Perinatologii i Ginekologii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

Znalezione obrazy dla zapytania wiesław markwitz

https://barbaraforczek.wixsite.com/fizjoterapia-forczek/single-post/2018/02/14/Por%C3%B3d-pochwowy-po-uprzednim-cc

 

Warto posłuchać także prelekcji tego lekarza opublikowanej na stronie Medycyna Praktyczna:

https://www.mp.pl/ginekologia/wideo/168452,porod-po-cieciu-cesarskim

Marzenia się spełniają (Poznań)

Zwężona miednica, historia niewspółmierności porodowej i VBAC? Już niejedna historia pokazała, że jest to możliwe. Udało się to również Agacie, bohaterce dzisiejszej historii. Udało się dzięki mądrości natury, która zadziałała, mimo, że dano jej na zainicjowanie porodu bardzo mało czasu, dzięki sile i wytrwałości Dzielnej Mamy i mądremu wsparciu młodej lekarki. Udało się, mimo marnego wsparcia ze strony położnej. Marzenia się spełniają – czasem nawet gdy mają troszkę pod górkę!

Znalezione obrazy dla zapytania dreams come true

Moja historia zaczęła się 24. lutego 2016r., kiedy o 5:05, 5 dni przed terminem na świat przyszła przez cesarskie cięcie moja córeczka. Poród rozpoczęło niespodziewane odejście wód płodowych. Podbrzusze pobolewało mnie od 2 dni. W szpitalu rozwarcie 2 cm i delikatne skurcze. Szacowana waga dziecka 3010g. Nic nie wskazywało, że coś pójdzie nie tak… A jednak. Akcja porodowa zatrzymała się, po otrzymaniu znieczulenia, przy rozwarciu 5 cm. Nie pomogła oksytocyna. 2 godziny oczekiwania w okropnym bólu na cesarskie cięcie. Powód – niewspółmierność porodowa, tzn. zbyt wąska miednica. Waga dziecka 3280g. Dodatkowo dziecko wstawiało się twarzyczką, zamiast główką w kanał rodny. Co czułam po? Ogromne rozczarowanie porodem i cierpienie. Jedynie zdrowa i śliczna córeczka pomogła mi się pozbierać…

Po 11 miesiącach znów widzę dwie kreski na teście… Ciąża jak najbardziej planowana. Wielka radość przeplata się z obawą jak dam sobie radę z małym dzieckiem, będąc w ciąży. Ciążą przebiega książkowo, bez wspomagania lekami i suplementami. Do połowy ciąży w ogóle nie myślę o porodzie. Przeprowadzamy się do nowego domu, zajmuję się córeczką, są wakacje. Mój nowy lekarz długo zwleka z wypowiadaniem się odnośnie rodzaju porodu. Twierdzi, że to za wcześnie, nie znamy ostatecznego ułożenia i masy płodu. Podświadomie liczę się z ponowną cesarką. Około 34 tc trafiam na stronę Naturalniepocesarce i zaczynam czytać historie VABAC-ów. Analizuję mój pierwszy poród, konsultuję z położną, która przy nim była. Próbuję znaleźć potwierdzenie, że tym razem się uda. Niestety jest zbyt wiele niewiadomych…

Pogodziłam się z myślą o cesarce, dostaję skierowanie do szpitala na 6. listopada (39 tc). Ustalam z moim lekarzem, że jeżeli akcja porodowa nie zacznie się przed tą datą, będzie cięcie. Przy mojej budowie miednicy nie mam szans urodzić dziecka większego od poprzedniego. Postanawiam zdać się na zespół lekarzy, na który trafię i… cud. Staram się wywołać poród przez seks i masaż brodawek. W nocy z piątku na sobotę (37tc + 6d) o 4:20 budzą mnie pierwsze skurcze. Powtarzają się w nieregularnych odstępach ale są dość częste – około 5 na godzinę. Nie mogę dalej spać, ale zostaję w łóżku do 7:00 żeby nie budzić męża i córki. Biorę kąpiel, ale skurcze nie ustępują. W ciągu dnia przybierają na sile. Czułam, że się zaczyna ale nie chciałam za wcześnie jechać do szpitala. W południe wysyłam męża po zakupy, córka poszła na drzemkę, ja też się kładę żeby zebrać trochę sił. Gdy wstaję po godzinie, skurcze znikają a ja płaczę do męża, że to pewnie był fałszywy alarm. Zaczynam sprzątać, skakać na piłce, skurcze wracają dość regularne i częste. Po obiedzie dzwonimy po teściów – naszej opieki dla córki. Czekamy a z pokoju córeczki dochodzą słowa piosenki Majki Jeżowskiej „Marzenia się spełniają”.

Dojazd z innego miasta zajmuje im 2,5h. Około 19:00 jedziemy z mężem do szpitala. Skurcze są już dokuczliwe. Pierwsze badanie: szyjka zgładzona, rozwarcie 4 cm. Pani doktor patrząc na moją budowę mówi, że będzie ciężko urodzić naturalnie. Pamiętam jej słowa:  „te kobiety, które mogą rodzić, nie chcą, a te, które chcą, nie mogą”. Będzie cesarka – myślę – ale przynajmniej nie „na sucho”.

Poznaję położną, która ze mną urodzi – Pani Lidia. Ona również nie nastawia się na poród siłami natury. Mówi, że wczoraj była taka jedna, co się uparła na poród naturalny a skończyło się cesarką i że „na szczęście to lekarze podejmują decyzje nt. porodu a nie my” [Jako redakcja pragniemy w tym miejscu z całą stanowczością zaprotestować przeciwko prezentowanemu w powyższym zdaniu położnej podejściu. To KOBIETA RODZĄCA, a nie lekarz czy ktokolwiek inny, podejmuje ostateczną DECYZJĘ nt. porodu. Lekarz decyduje o tym czy i jaki rodzaj interwencji w poród (np. cięcie cesarskie) w danej sytuacji zaproponować / zalecić. Kobieta zaś decyduje czy propozycję / zalecenie lekarza przyjąć czy odrzucić (ustawowe prawo do świadomej zgody lub odmowy!!!)]

Zrezygnowana zdałam się na zdanie lekarzy. Nie chciałam porodu siłami natury za wszelką cenę, narażając zdrowie i życie dziecka i swoje. Chciałam spróbować urodzić, gdy są na to realne szanse. USG wykazało masę płodu 3400g. Wymiar miednicy 16 (cokolwiek to znaczy). Młoda, atrakcyjna lekarka bada mnie na fotelu i stwierdza, że rozwarcie 5 cm, a dziecko ładnie się wstawia. Dzwoni do lekarza kierującego i oboje decydują o przebiciu pęcherza płodowego. Zgadzam się, pod warunkiem otrzymania znieczulenia.

Przechodzimy do sali porodowej, gdzie czeka na mnie zdenerwowany mąż. Jest on w stałym kontakcie z moim lekarzem prowadzącym ciąże, gdyż poinformowałam go, że zaczęłam rodzić. Gdy młoda pani doktor przebija pęcherz czuję falę zwątpienia. Tylko ona i lekarz kierujący wierzyli, że może się udać. Cała reszta patrzyła na rozwój wydarzeń. Tak bardzo się wtedy bałam… Spytałam położną czy dobrze zrobiłam. Nie odpowiedziała nic… Po otrzymaniu znieczulenia tracę trzeźwość umysłu. Może i lepiej. Staram się nie spać, pamiętając, że sen zarówno dziś, jak i podczas pierwszego porodu wyciszył skurcze, które przecież prowadzą mnie w objęcia mojego synka. Ważne, że już tak nie boli. Po 20 min wchodzi doktor kierujący, bada i mówi, że rozwarcie 8 cm. Niedługo potem jest już pełne rozwarcie a znieczulenie słabnie. Pani Lidka karze przyjąć pozycję na prawym boku z nogą uniesioną by dziecko mogło się dobrze ułożyć. Mąż pomaga, bo ja z bólu nie jestem w stanie jej ruszyć. Przychodzi druga lekarka. Pojawiają się skurcze parte, bardziej znośne niż te powodujące rozwarcie.

Położna i lekarki dziwią się, że mam tyle sił przeć, chwalą, że dobrze to robię. Pani Lidka mówi, że teraz już nie mam wyjścia, muszę urodzić i że właśnie spełniam swoje marzenie. Jej słowa ogromnie mnie zmotywowały. Niestety jedna z kości miednicy przeszkadza dziecku przyjść na świat. Lekarze decydują, że urodzę z pomocą vaccum. Po chwili tuliłam mojego synka a dumny mąż przecinał pępowinę. 28. października, w imieniny Tadeusza, o 23:44 urodził się Bartosz 3160g i 52 cm. Jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia! Byłam przeszczęśliwa i bardzo z siebie dumna, że tego dokonałam. Podziękowałam personelowi, a najbardziej młodej lekarce, która pierwsza we mnie uwierzyła. Na co ona przyznała, że jestem odważna. Odwaga, upór i CUD sprawił, że naprawdę było warto! Walczyłam do samego końca, jak to ujęła koleżanka z pokoju ze szpitala, jak lwica.

Nierozpakowane mamy uwierzcie w swoje możliwości! Ja też wątpiłam… Dziękuję za wpisy na naturalniepocesarce.pl  Gdyby nie one, nie miałabym tak pięknego porodu. Marzenia się jednak spełniają…

EKSPRESOWY VBAC – październik 2017 (Głubczyce)

Brak postępu porodu…

… dziś jedno z najczęstszych wskazań do cięcia cesarskiego.

…. worek, do którego często wrzuca się wiele różnych sytuacji porodowych (m.in. problemy z rozwieraniem szyjki macicy, nieudane indukcje, zatrzymanie postępu porodu (z różnych powodów, w tym emocjonalnych i nieprawidłowego prowadzenia porodu), nieprawidłowe wstawianie się główki w II okresie porodu, etc.).

… nie rzadko stygmat, który w kolejnej ciąży skutkuje wyrokowaniem „jeśli poprzednio nie było postępu, to teraz też nie będzie”.

Ania, autorka dzisiejszej historii, miała szczęście trafić na położne i lekarzy, którzy powyższego argumentu nie wysuwali – przeciwnie wspierali ją. A natura zrobiła resztę:)

baby_foot_black_and_white

Oto moja historia – będzie krótka i zwięzła, taka jak mój VBAC.

Pierwszy poród 2014, z powodu braku postępu porodu zdecydowano o cc. Początek porodu przebiegał bardzo sprawnie i szybko, w 37 tyg. odeszły mi wody, po około 4-5 godzinach miałam już pełne rozwarcie, ale po godzinie skurczy partych zdecydowano o cc, gdyż główka nie schodziła w dół a ból było ogromny. Nie miałam do nikogo żalu o podjęciu takiej decyzji, ale czułam straszny niedosyt, że było tak blisko rozwiązania i się nie udało. Po cesarskim cięciu dość szybko doszłam do siebie, jednak psychicznie długo godziłam się z tym, że nie urodziłam sama.

Od razu wiedziałam, że drugie dziecko będę chciała urodzić naturalnie. W zasadzie dopóki nie weszłam na stronę naturalniepocesarce.pl, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że poród siłami natury po cc to niemalże fanaberia. Ja nie spotkałam się z negatywnym podejściem ani lekarzy, ani położnych. Jedynie co, to mój lekarz prowadzący powiedział, że jego obowiązkiem jest poinformowanie mnie o ewentualnych konsekwencjach takiej decyzji, ale jeśli jestem ich świadoma, to on nie widzi przeciwwskazań, żeby próbować. Byłam pewna, że tak właśnie chce rodzić.

Portal naturalniepocesarce.pl tylko upewnił mnie w tym przekonaniu. Urzekły mnie historie dziewczyn, które zdecydowałay się na vbac, chłonęłam je każdego dnia, coraz bardziej pragnąc vbac.

Druga ciąża 2017 rok, więc trzy lata po cc. Jako że pierwszy poród zaczął się 3 tygodnie wcześniej, liczyłam że i tym razem tak będzie, tym bardziej, że od 32 tygodnia zagrażał mi poród przedwczesny, pobyt w szpitalu i mnóstwo stresu. Jednak 37 tydzień i nic, 38 i nic. W 39 tygodniu wieczorem odeszły mi wody i od razu złapały skurcze. Jednak stwierdziłam, że mam jeszcze troszkę czasu. Wody były czyste, więc nie uważałam, że należy pędzić do szpitala, ale po 15 minutach skurcze były praktycznie co chwile. Miałam już problem z dojściem do auta i na izbę przyjęć, na szczęście do szpitala miałam 5 minut. Na izbie przyjęć zaczęły łapać mnie skurcze parte. Kiedy trafiłam na oddział położna nie mogła uwierzyć, że mam 8 cm rozwarcia, podobnie zresztą jak ja. Po kolejnych 10 minutach było pełne rozwarcie.

Jako, że przy pierwszym porodzie nie do końca słuchałam położnych i tylko krzyczałam przy skurczach partych, tym razem postanowiłam sobie, że będę współpracować, słuchać i wykonywać ich polecenia i….. nie krzyczeć niepotrzebnie. I to była najlepsza decyzja. Skurcze parte trwały dokładnie 25 minut i na świecie pojawiła sie moja druga córeczka, 2750g, 55 cm. Poród przebiegł tak szybko, że mam wrażenie, że mi coś z niego umknęło. Nie czułam bólu, powiedziałbym nawet, że nie bolało, skupiłam się całą sobą na urodzeniu tego dziecka, na parciu, oddechu itp.

Cały mój poród od odejścia wód w domu do urodzenia mojej córki trwał 1,5 godzin, dlatego nazywam go ekspresowym;)

Chciałam powiedzieć (napisać), że vbac to była jedna z moich najlepszych decyzji. Niesamowitym uczuciem jest wydanie dziecka na świat. Człowiek jest dumny z siebie i pełen podziwu dla sił natury. To przeżycie nie do opisania. Jest to w pewien sposób surrealistyczne, że kobieta jest zdolna do takiego wysiłku a jednocześnie jest to bardzo naturalny proces, w którym to nasz organizm podpowiada nam co mamy robić.

Życzę każdej kobiecie, żeby miała taki poród jak ja, szybki, sprawnie poprowadzony (bo położne świetnie mnie wspierały i prowadziły) i zakończonym szczęśliwym rozwiązaniem.

VBA3C – 4200 g szczęscia do kochania (Warszawa)

Kilka lat temu historie VBA3C znajdowałam niemal tylko na zagranicznych forach i grupach wsparcia. Dziś na porody naturalne po 3 cc zaczynają otwierać się polskie szpitale [Inny przykład polskiego VBA3C ]. Prawdą jest, że poród sn po 3 cc wiąże się z podwyższonym ryzykiem, jednakże kolejne cięcie cesarskie również niesie ze sobą nie małe zagrożenia, a dając porodowi VBA3C możliwość niezakłóconego ingerencjami naturalnego przebiegu zwiększamy szansę na jego bezpieczne zakończenie. Oto historia Ewy:

 

Myślałam żeby wszystko ze szczególikami opisać, ale wyszedłby rozdział książki, wiec wypunktuję najważniejsze rzeczy.

1) Moje stany błogosławione
● 2010 12tc strata
● 11.2011 41tc
cc – źle poprowadzony poród
● 07.2013 41tc
cc – na zimno za namową gin
● 11.2015 42tc
cc – proba vba2c, 7 dni na pato w oczekiwaniu i 2x próba wywołania masażem szyjki
● 09.2017 41tc vba3c

PRAGNIENIE serca dokonało się.

2) Przygotowania
● intensywne śledzenie grupy wsparcia Naturalnie po Cesarce
● czytanie różnych książek
● szkola rodzenia u Ekielskich :)
● warsztaty porodowe
● rekolekcje „Poród może być piękny” 2 razy
● Msze święte
● rozpoczęcie prowadzenia róż różańcowych
● modlitwa
3 Nowenny Pompejańskie = 3 trymestry
● poszukiwania kobiet w Pl
z udanym vba3c/hba3c
● i wreszcie szukanie Bożej Położnej – robota niczym orka na ugorze

3) Cuda / przepowiednie
● styczeń
Mój syn mówi „mamo, chcę brata”.
Robię test – jestem brzemienna :)
● luty
Pierwsza nowenna – wymodliłam położną do domu
● 20.09
W skrzynce znajduje list – ktoś obcy zamówił za mnie Msze św. wieczyste
● 21.09
– 9 rano, zaczyna odchodzić czop
– 9:30 pierwsze skurcze nieregularne o różnej długości
● 22.09 moj tp z om
Skurcze non stop nieregularne.
● 23.09
Czytam w Piśmie Św. Księgę Koheleta – wiem, że coś się wydarzy po przerwaniu srebrnego sznura, ale nie wiem co.

Zdjęcie użytkownika Ewa Las.
● 24.09
Skurcze non stop nieregularne.
● 25.09
Skurcze nieregularne. Z wyjątkiem 13:00-16:00 skurcze co 2 min po 40s.
– 17 badanie
☆ 1,5 cm rozwarcia
☆ szyjka miekka
☆ glowka w osi
URODZĘ !

4) Porod vba3c
■ 25.09 22:00
Regularne skurcze co ok 2-3 min ale dluuugie
■ 26.09
– 7:00 3cm
– 12:00 modlitwa i jest 5cm
ale worek idzie pierwszy i spycha glowke
– 14:30 ruszamy podbić szpital na Żelaznej
– 16:00 IP, gin bada 3cm :)
Usg, ktg
– 16:15 bada położna 4cm
Tel z IP na blok porodowy:
– Mamy panią po 3cc do próby PSN.
– …cisza…
– Nie, nie żartuje.

Czekamy na salę.
– 17:00 Maria Romanowska rozpoczyna z nami 5cm
– 18:00 6cm
Wpada Łucja Talma się przywitać – bardzo to miłe.
– 19:00 zmiana położnej na Dorotę Bednarczyk
19:30 7cm i uwielbiam położną
Gdzie ten kryzyc 7c ???
Na skurczach dziekuję w myślach Jezusowi, że ten trud porodu bierze na swe barki, a mnie mało co boli.
– 21:00 odchodzą wody
Położna każe położyć się na 40 min na lewym boku, żeby główka się zrotowała i wstawiła w kanał.
No i zaczyna sie jazda bez trzymanki…
– 21:30 parte

■■■21:58 FINAŁ■■■
Poznajemy płeć dziecka –
Michałek jest na brzuchu!
Błogoslawie Mu i wielbie Boga za ten PIERWSZY CUD
Mam wrażenie, że niektórzy patrzą na mnie jak na wariatkę :)

5) Podsumowanie
– 5 dni niereg skurczy
– regularne skurcze dokładnie 23h i 58 min do FINAŁU
– niemal na każdym podnosiłam się do pionu
– bardzo pomogła mi piłka
– a w szpitalu worek z ciepłymi pestkami wiśni
– śpiew porodowy cudowny (dziekuje Ewa Nitecka)
– miedzy 5cm a 6cm minelo 6h (w tym czasie tez ze 2h miałam przerwę od częstych skurczy, powiedzmy 4 na 1 godz.)
– gdybym była w szpitalu to by mnie w czasie 6 dni skurczowych 100 x pokroili
– w calym porodzie wiele śmiechowych scen, których nie sposob opisać
– drażniła mnie woda i dotyk
– pomogło bardzo kp mojego 2l dziecia
– nie piłam liści malin , nie stosowałam wiesiołka, nie jadłam fig itd…

Ogromne Bóg zapłać za wsparcie modlitewne.
Michał już zdrowy. CUD DRUGI [Synek Ewy po porodzie trafił w ciężkim stanie na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka. Jego stan nie miał związku z przebiegiem porodu. Obecnie chłopczyk jest zdrowy i rozwija się prawidłowo. [ przyp red] 

Szukajcie swojej drogi.
Nie pokładajcie nadziei w drugim człowieku.
Proście Boga o pomoc – ja tak zrobiłam.

Boże Tobie dziękuje :)

Ile razy można bezpiecznie rodzić przez cesarskie cięcie?

Autorka: Magdalena Hul, położna i doula


Ile dzieci można urodzić przez cięcie cesarskie? Czy istnieje jakiś bezpieczny limit kolejnych powtórnych cięć, powyżej którego ciąża jest radykalnie odradzana?

Od różnych lekarzy można w tej kwestii usłyszeć różne informacje: „nie więcej niż 2 cc”, „po 3 cc proszę już nie zachodzić w ciążę”etc.

W dostępnych zaleceniach / rekomendacjach gron ekspertów nie została określona maksymalna bezpieczna liczba kolejnych cięć cesarskich. Każdy przypadek powinien być rozpatrywany i oceniany indywidualnie przez lekarza położnika, który udziela odpowiedniej PORADY medycznej w tym zakresie. Każda para ma też prawo indywidualnie i zgodnie ze swoimi potrzebami oraz światopoglądem podjąć DECYZJĘ co do liczby potomstwa (decyzja ta może, ale nie musi być zgodna z treścią porady lekarza). Ważne jednak by ta decyzja poprzedzona była zapoznaniem się z rzetelną wiedzą dotyczącą rodzajów i statystycznej wielkości ryzyka związanego z ciążą po wielu cięciach cesarskich.

Prawdą jest, że żadna ciąża ani żaden poród nie są całkowicie pozbawione ryzyka. Poważne komplikacje, jak np. pęknięcie macicy, masywny krwotok czy konieczność usunięcia macicy zdarzają się czasem także u pierwiastek (kobiet będących w ciąży i rodzących po raz pierwszy). Nie powinniśmy jednak bagatelizować stopnia w jakim z każdym kolejnym przebytym cięciem cesarskim ryzyko tych i innych komplikacji rośnie. To trochę tak jakby porównać takie sytuacje:

1. Gdy przechodzimy przez jezdnię w miejscu wyznaczonym, na przejściu, na zielonym świetle, zachowując samemu ostrożność – czy może się zdarzyć, że potrąci nas samochód, którym akurat kieruje jakiś naćpany / pijany pirat drogowy? No może, ale ryzyko, że tak się stanie jest małe.

2.Gdy przechodzimy przez dość ruchliwą ulicę w miejscu do tego nieprzeznaczonym, ryzyko, że ktoś nas potrąci jest już trochę większe.

3. Gdy decydujemy się przemknąć przez drogę szybkiego ruchu, w dodatku wieczorem, przy kiepskiej pogodzie, ryzyko, że ktoś nas potrąci jest dużo większe, choć oczywiście niejednej osobie może udać się zdrowo i bezpiecznie przebyć tę drogę na drugą stronę.

Każdy z nas ma prawo wybrać każdą z tych opcji, znając wiążące się z nimi ryzyko. Każdy sam ma prawo wybrać i sam ma prawo ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje.

Podobnie trochę (choć zdaję sobie sprawę z braku pełnej dokładności tego porównania) jest z ciążą i porodem. Fizjologiczna ciąża u ogólnie zdrowej kobiety wiąże się z niewielkim ryzykiem powikłań. W ciąży po cc ryzyko to jest już ciut podwyższone, choć wciąż małe. Z każdym kolejnym cc,  rośnie bardziej. I choć zdarzają się przypadki kobiet mających 6, 7 , 8 i więcej cc, przebywających te porody bez większych komplikacji, to nie można na podstawie tych jednostkowych przypadków BAGATELIZOWAĆ czy pomijać ryzyka jakie wielokrotne cięcia za sobą niosą. To że jedna czy druga kobieta miała kilka cięć i jest w super formie nie oznacza, że poziom ryzyka dla innych kobiet spada.

Ryzyko jakich powikłań rośnie wraz z liczbą cięć cesarskich?

*Uwzględniono większość najpoważniejszych powikłań oprócz pęknięcia macicy, o którym mowa będzie w innym artykule.

1. ŁOŻYSKO PRZODUJĄCE (placenta praevia) – czyli sytuacja, w której łożysko zagnieżdżone jest nad ujściem wewnętrznym szyjki macicy lub w jego bliskim sąsiedztwie (prawidłowo łożysko powinno być usadowione w górnej części trzonu macicy lub jej dnie).

13-placenta_previa_uk

Ryzyko łożyska przodującego w ciąży po:

1 cc = 0,9%

2 cc = 1,7%

3 cc lub więcej = 3%

[Źródło: Marshall NE, Fu R, Guise J-M. Impact of multiple cesarean deliveries on maternal morbidity: a systematic review. Am J Obstet Gynecol 2011]

Z czym wiąże się łożysko przodujące? Z krwawieniami w drugiej połowie ciąży, ryzykiem krwotoku u matki, ryzykiem urodzenia wcześniaka, ryzykiem IUGR i ryzykiem śmierci wewnątrzmacicznej płodu.

2. RYZYKO ŁOŻYSKA PRZYROŚNIĘTEGO / WROŚNIĘTEGO / PRZEROŚNIĘTEGO

W prawidłowej ciąży łożysko (placenta) (organ odpowiadający za odżywienie i dotlenienie płodu oraz eliminację jego produktów przemiany materii) zagnieżdżone jest w błonie śluzowej macicy, a po porodzie dochodzi do jego oddzielenia i wydalenia poza organizm matki.

W sytuacji gdy kosmki trofoblastu (trofoblast to (w uproszczeniu) warstwa komórek jaja płodowego, z której w I trymestrze ciąży rozwija się łożysko) wnikają zbyt głęboko do błony śluzowej macicy mamy do czynienia z łożyskiem przyrośnięty (placenta accreta).

Możliwe jest też wrastanie kosmków łożyska jeszcze głębiej – do mięśnia macicy. Mówimy wówczas o łożysku wrośniętym (placenta increta).

Kiedy łożysko przerasta przez wartstwę mięśnia macicy i kosmki wrastają w sąsiednie narządy (często w pęcherz moczowy), mówimy o łożysku przerośniętym (placenta percreta).

300px-Placenta_accreta

Powyższe patologie implantacji łożyska związane są przede wszystkim ze zwiększonym ryzykiem krwotoków oraz ryzykiem śmierci okołoporodowej matki. 

Według przeglądu badań dokonanego przez Balayla i Bandarenko (2013) placenta accreta związana jest z krwotokami oraz zwiększonym odsetkiem histerektomii (konsekwencje dla matki). Powikłania u noworodka dotyczą: wcześniactwa, niskiej masy urodzeniowej, obniżonej punktacji w skali Apgar w 5 minucie życia. [Źródło: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/23241664]

Ryzyko wystąpienia powyższych nieprawidłowości rośnie wraz z ilością przebytych cięć cesarskich. Poniżej dane dla łożyska przyrośniętego.

Ryzyko łożyska przyrośniętego (accreta) u ciężarnych:

bez cc w wywiadzie 0,24%

po 1 cc 0,31%

po 2 cc 0,57%

po 3 cc 2,13%

[Źródło: Silver RM at al., Maternal morbidity associated with multiple repeat cesarean deliveries. Obstet Gynecol. 2006]

Ryzyko patologii implantacji łożyska jest szczególnie duże u kobiet wielokrotnych cięciach cesarskich jeśli koreluje z łożyskiem przodującym.

Wśród kobiet z łożyskiem przodującym, które nie przebyły żadnego cięcia cesarskiego, ryzyko łożyska przyrośniętego wynosi 3-4%. Zaś u kobiet z łożyskiem przodującym, które przebyły 3 lub więcej cc, ryzyko łożyska przyrośniętego wynosi 50-67%.

[Źródło: Marshall NE, Fu R, Guise J-M. Impact of multiple cesarean deliveries on maternal morbidity: a systematic review. Am J Obstet Gynecol 2011]

Jeszcze częstsze i poważniejsze powikłania występują w przypadku łożyska wrośniętego i przerośniętego. Poniżej link do opisu przypadku pacjentki z łożyskiem przerośniętym: https://journals.viamedica.pl/ginekologia_polska/article/view/45639/32433

U opisywanej pacjentki – 38letniej kobiety ciężarnej po 2 cięciach cesarskich, zdiagnozowano jeszcze w ciąży łożysko przerośnięte. Poród odbył się w 38 tygodniu przez elektywne cięcie cesarskie. Niestety nie powiodła się próba postępowania zachowawczego. Doszło do masywnego krwotoku, konieczności usunięcia macicy, uszkodzenia pęcherza moczowego i nagłego zatrzymania krążenia podczas operacji.

Inny przypadek kobiety w ciąży po 2 cc, u której wystąpiło łożysko przerośnięte i doszło do pęknięcia macicy w 18 tygodniu ciąży. Konieczna była histerektomia (usunięcie macicy). Dziecko niestety nie miało szans na przeżycie.

https://journals.viamedica.pl/ginekologia_polska/article/view/46053/32844

3. RYZYKO CIĄŻY W BLIŹNIE PO CIĘCIU CESARSKIM – trudna sytuacja położnicza skutkująca zwykle koniecznością terminacji ciąży, ponieważ jej kontynuacja zagraża życiu matki.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/27824616

https://journals.viamedica.pl/ginekologia_polska/article/view/45666/32460

W literaturze są opisane przypadki kontynuacji ciąży w bliźnie po cc do 3-go trymestru z pozytywnym wynikiem neonatologicznym (noworodki przeżyły), choć autorzy prac opisujących te przypadki podkreślają wysokie ryzyko krwotoku, histerektomii i śmierci matki w takiej sytuacji.

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/28954447

4.RYZYKO HISTEREKTOMII (usunięcia macicy)

5. RYZYKO KRWOTOKU (wymagającego transfuzji krwi)

6. RYZYKO OKOŁOOPERACYJNEGO USZKODZENIA PĘCHERZA MOCZOWEGO LUB JELIT

Wzrost ryzyka powyższych komplikacji wraz z liczbą cięć cesarskich obrazuje poniższa rycina.

12bb0898e7fc920ada3fee1d2890f0bc--natural-birth-pregnancy

7. RYZYKO MASYWNYCH ZROSTÓW W JAMIE BRZUSZNEJ

Znalezione obrazy dla zapytania adhesions in abdomen

Z czym wiążą się zrosty w jamie brzusznej?

  • Mogą być przyczyną uciążliwych bólów brzucha, zespołu bólowego miednicy mniejszej, a także bólów kręgosłupa (w szczególności odcinka lędźwiowego).
  • Utrudniają przebieg jakiejkolwiek innej operacji na jamie brzusznej.
  • Mogą prowadzić do niedrożności jelit (co może być stanem ostrym, wymagającym interwencji chirurgicznej).

Jak można zauważyć w powyższych przykładach, większość badań naukowych nad długofalowymi skutkami wielokrotnych cięć cesarskich różnicuje pomiędzy grupami kobiet po 1, 2 oraz 3 i więcej cc. Brakuje natomiast badań obrazujących różnice w częstości występowania poszczególnych powikłań po kolejnych cięciach cesarskich (4, 5, 6, etc.).

Autorzy jednego z nowszych badań w tematyce konsekwencji wielokrotnych cięć cesarskich, obejmującego 2460 pacjentek w jednym z ośrodków w Turcji, wysunęli wniosek, iż 4 i więcej cięć cesarskich stanowią krytyczną granicę powyżej, której ryzyko poważnych komplikacji jest już naprawdę wysokie.

[Źródło: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC4450602/]

Historia o autobusie, który przyjechał dokładnie wtedy kiedy powinien (Wrocław)

Ile z Was zna to uczucie pod koniec ciąży „mam już dość, chyba nigdy nie urodzę”? Może niektóre z Was czytające teraz ten tekst mają właśnie takie uczucie… Może i w środku w Was i wokół rośnie presja, że „powinnyście już urodzić”… Może całą ciążę planowałyście VBAC, a teraz nachodzą Was myśli by się poddać i zgłosić się na planowe cięcie… Jeśli odnajdujecie siebie w którymś z tych zdań, to wiedzcie, że nie jesteście same. I że Wasz poród to wciąż może być VBAC / VBA2C / VBA3C :) Tak jak było to w przypadku Małgosi:

Dzień przed tym zanim wydarzyła się ta historia Małgosia napisała w grupie wsparcia post takiej treści:

„#vba2c #41tc #chybaczassiepoddać

Znacie to uczucie, że czekacie juz 15 min na autobus i macie szczera chęć zrezygnować, ale ciągle pozostaje ten lęk, że własnie wtedy gdy odejdę, autobus przyjedzie i bede żałować? Mniej więcej tak się czuję teraz… Od tygodnia mieszkamy na 30 metrach kwadratowych z druga rodzina, która życzliwie nas przyjęła żebyśmy mieli pół godz do szpitala w Oleśnicy. Jest tak bardzo trudno a porodu ani widu ani słychu… Mam ochote wrócic do dziury, w której mieszkamy i w której z radością kroją pierworódki w 40tc, a co dopiero po 2 cc. Zaczęłam myśleć, że akcja nigdy się nie zacznie. Przede mną wizja Świąt w szpitalu. Aha, wspominałam, że mój mąż zaczyna nową pracę 18 grudnia? Chce mi się tylko ryczeć i ryczeć …”

Dzień później pojawiła się poniższa historia:)

1 cc- Wrocław, 2011 rok. Zaczęło sie od sączących sie wód kilka dni po terminie. Patologia, próba oksytocynowa, na drugi dzień zielone wody, druga próba. Ja od dwóch dni bez jedzenia plus totalny brak wsparcia personelu. Po godzinie partych Franuś wciąż nie schodził do kanału rodnego, słowa lekarza „Może sobie pani próbować, ale ja nie widzę szans.” Cc.

2 cc- Trzebnica, 2014 rok. Piec dni przed tp o 3 nad ranem odchodzą wody. Rusza powoli akcja, około 8 jesteśmy w szpitalu. Nie wychodzę poza Izbę Przyjęć. A tam traktują mnie okropnie, męża nie chcą wpuścić. Lekarz decyduje o cc choć nie ma do tego przesłanek (nie spada tętno, nie ma bólu blizny ani krwawienia) i mimo że akcja postępuje szybko, dochodzę do pełnego rozwarcia i partych. Na korytarzu lekarz wrzeszczy na męża, że chyba nie chce żebym umarła. Poddajemy się presji. Cc.

Vba2c – Wrocław, Kamieńskiego.
12.12. 2017 rok. Na 11:30 pojechaliśmy do szpitala, w którym planowaliśmy rodzić (Oleśnica), gdzie- nie wchodząc w szczegóły – nie poczuliśmy się mile widziani. Do badania nie doszło. Mój mąż – w gorącej wodzie kąpany – zrobił awanturę i wyszliśmy w bardzo nieprzyjemnej atmosferze. Całą drogę płakałam, że teraz już nie mam gdzie rodzić i że po moim vbacu. Z tego stresu zaczęły mi się skurcze – co kilkanaście minut, ale zdecydowanie boleśniejsze niż przepowiadające. To było około 14-15.
Wróciliśmy do naszych znajomych, a tam natchnęło przyjaciółkę, że zna kogoś od kogo może wziąć namiar na fajną położną. Nie było wyjścia. Ja płakałam, a przyjaciółka i mąż załatwiali. Położna odebrała, powiedziała, ze zdarzyły się już dwa takie porody na Kamieńskiego i że jest gotowa podjąć się próby, ale nic nie obiecuje. Miała porozmawiać wieczorem z ordynatorem i przygotować mi pole. Ale nie zdążyła, bo skurcze wciąż się nasilały i około 17 zadzwoniłam już ja, że skurcze są co 6-14 min. Położna kazała mi się nie spieszyć do szpitala, wziąć długi prysznic (może się akcja jeszcze wyciszy) i przyjechać jak będzie regularnie co 5 min. Ale ja wiedziałam, że się nie wyciszy, a poza tym byłam zdeterminowana urodzić przed północą, żeby Wojtuś nie został ofiarą stanu wojennego . Natomiast ten prysznic bardzo mi pomógł.
Pierwszy etap porodu to było szaleństwo – możecie sobie wyobrazić na tych 30 metrach kwadratowych troje dorosłych i troje małych chłopców, wszędzie porozrzucane zabawki i ogólny zamęt, a w tym wszystkim ja próbująca ogarnąć rzeczywistość między skurczami, a na skurczach krzycząca „Piłka! Kto znowu zabrał piłkę?!” – bo skakanie na piłce bardzo mi pomagało. I dzieci chcące żywo w tym wszystkim uczestniczyć, badające mój brzuch w skurczu itp 😉
No więc pod prysznicem się bardzo wyciszyłam, pogadałam z Panem Bogiem, Maryją i innymi swiętymi. A potem z Wojtusiem – że wszystko będzie dobrze, że świat jest dobry i pozwalam mu wyjść (przez ostatni rok przerabiałam na terapii psychiczne podłoże moich porodów). I wreszcie zaczełam mówic sama sobie, że wszystko się uda, że moje ciało wie co robi, że potrafię urodzić, itp (polecam program „Cud narodzin”!!!). Po prysznicu skurcze się nasiliły, wkrótce zrobiły się co 5 min, więc zebraliśmy się, pożegnaliśmy się z dziećmi i w drogę.
Całą drogę (około 30 min) słuchałam nagrania autohipnozy, które bardzo mi pomagało. Natomiast, gdy dojechaliśmy pod szpital byłam już w takim stanie, że ledwo doszłam do szpitala – co 10 kroków musiałam kucać na skurczach, które mimo „błękitnego obłoku znieczulenia”, były bardzo bolesne. Potem niestety czekała mnie jeszcze izba przyjęć, formalności, itp,  choć widząc mój stan i tak starali się chyba przyspieszyć procedury. Ale doszło do takiego absurdu, że najpierw zbadała mnie położna na fotelu i na kozetce (ledwo, ale dałam jeszcze radę), a za chwilę lekarz przyszedł robić te same badania. Na fotelu jeszcze dałam radę, ale usg na plecach było powyżej moich możliwości. Kuliłam sie z bólu uniemożliwiając badanie i w końcu powiedziałam stanowcze „nie” i zeszłam z kozetki. Ale ta sytuacja jakoś bardzo mnie złamała – nie mogłam sie uspokoić, nie mogłam oddychać głęboko, wpadłam w panikę. Wtedy zawieźli mnie już szybko na porodówkę, gdzie czekał na nas anioł nie człowiek!
Pani polozna trochę mnie uspokoiła, zbadała i powiedziała „Popatrz mi w oczy! URODZISZ to dziecko naturalnie, rozumiesz?”  I w zasadzie reszta potoczyła się już bardzo szybko, choć ja do końca nie mogłam się już uspokoić, powtarzałam ze nie dam rady i chciałam umrzeć. Nie zdawałam sobie sprawy, że akcja tak szybko postępuje. W pewnym momencie poczułam główkę napierającą na krocze, straszne pieczenie, a za chwilę o 21:15 dzidziuś wyskoczył .
Długo to do mnie nie docierało. Byłam wykończona i chciałam się schować do jakiejś nory i lizać rany. A tu jeszcze łożysko do urodzenia, krocze do zszycia, drgawki, zimno, itp. Strasznie mnie też bolała kość ogonowa. Natomiast spełniły się wszystkie moje marzenia: od razu dzidziuś skóra do skóry, pępowina spokojnie przestała tętnić, tatuś przecinał pępowinę.
po porodzie
Dopiero na sali poporodowej ogarnęła mnie wielka radość a przede wszystkim wdzięczność do całego świata, do Boga, Maryi, wszystkich tych ludzi, którzy nas wspierali – a było ich naprawdę wielu! 
Bardzo dziękuję też Dziewczynom z Grupy Wsparcia, bo ta grupa była dla mnie pierwszą iskierką nadziei. Zanim do niej trafiłam byłam przekonana, że jestem już skazana na cesarki, a okazało się, że to nieprawda  Spełniło się moje marzenie, jestem szczęśliwa!
Chwała Bogu, który poprowadził wszystko lepiej niż mogłam sobie wyobrazić!
wojtus