Gotowa na wszystko (Mikołów – Warszawa)

Jesli ktoś pyta mnie co to znaczy być naprawde zdeterminowanym i zrobić WSZYSTKO, żeby dać sobie maksimum szans na porod drogami natury po cięciu cesarskim, do głowy od razu przychodzi mi przykład Kasi. Jednak jej opowieść jest historią nie tylko o determinacji. Jest również, a może przede wszystkim, historią o mądrości, matczynej miłości i wielkiej umiejętności podejmowania trudnych decyzji.

Jestem Wam winna relację z mojego porodu. Póki co jest ona bardzo niepełna i wymaga wciąż przepracowania dlatego na dzisiaj mogę Wam napisać tylko suche fakty związane z tym wydarzeniem. Chciałabym się jednak tym z Wami podzielić.

Wcześniejszy poród byłam gotowa opisać po 8 miesiącach od 2 cc i możecie przeczytać ją tutaj:
http://naturalniepoce7sarce.pl/?p=855

W środę po południu odeszły mi wody.Było to dla mnie sporym zaskoczeniem po dwóch indukowanych porodach. W związku z tym,że były czyste, a ja się czułam dobrze, czekałam na rozwój wydarzeń w wynajętym mieszkaniu. O 7 rano w czwartek zgłosiłam się do szpitala i zaczęły się moje własne skurcze. Cały czas byłam aktywna. Chodziłam, kucałam, kręciłam biodrami, krok bociana, masaż brodawek, skakałam na piłce. Akcja rozkręcała się, mąż wspierał. Ok 13 akcja zaczęła słabnąć i po kilku chwilach zapadła decyzja o oksytocynie. Skurcze wróciły silniejsze a we mnie obudziło to nowe pokłady energii i nadziei, ponieważ moja szyjka nie chciała drgnać od rana. Były pozycje, wanna, leki.Kolejne badania bez postępu na szyjce. Po 19 przychodzi Edyta-moja wspaniała położna. Zaczyna mówić o tym co się dzieje. Edyta mówi a ja płaczę coraz bardziej. Słowa docierają do mnie jak przez szklaną ścianę. Mówi o braku postępu porodu, o tym,że nasze zdrowie jest najważniejsze.Wiem,że się nie uda, bo czuję jak każde badanie jest trudne i jak bardzo głęboko musi badać.
O 20.30 badanie,które potwierdza,ze nie uda się. Poprosiłam o czas do 22. Chciałam mieć możliwość oswojenia i pogodzenia się z tą decyzją, Że to koniec, nie uda się. Moje marzenie o porodzie sie nie ziści. Cały wysiłek i praca włożona nic nie dały. O 22.15 blok operacyjny i przygotowanie.
22.45 Witam mojego syna 4530g/57 cm 10 pkt Apgar.

W trakcie przygotowania do tego porodu wykorzystalam:
– kapsułki z olejem z wiesiolka od 15tyg
– liście malin od 30tyg
– homeopatia od 28tyg
– dieta bogata w kolagen, vit C
– orzechy brazylijskie 3/dobę
– jak miałam ochotę to daktyle,ale nie lubię ich smaku
– akupunktura co tydzień od 36 tyg
– terapia Bowena na rozluźnienie miednicy-2sesje
– manualna terapia blizny-5sesji przez ciąża
– masaż Shantala 1sesja
– Ruch związany z opieką nad dziewczynkami
– dieta urozmaicona mająca na celu wyrownianie cukrów,żebym nie miała napadów na słodkie. Podobno jest też opisany wpływ diety na rozpoczęcie się akcji skurczowej. Przy dziewczynkach jadlam slodkie na potęgę i urodziły się mniejsze(3100 i 3500g) więc ciężko mi odniesc się do związku dieta-waga dziecka.
– zorganizowanie rodziny do wyjazdu do szpitala najbardziej przyjaznego szpitala vba2c w Polsce.
– miałam 3wizyty u dr Puzyny, który realistycznie podchodzi do tematu
– Edyta,która mnie wspierała w trakcie porodu i szczerze rozmawiała co na sam koniec było trudne,ale wyjaśniła mi wszystko co się dzieje
– masaż brodawek

Postanowiłam skupić się tym razem na tp,wg zapłodnienia. Wody odeszły mi 10 dni po tym terminie.

Wiem, ze mogłam jeszcze korzystać z rzeczy, które wpływają na świadomość,ale ja w to nie wierzę i kupowanie programu z hipnozy mogło byc tylko strata pieniędzy.

Trzymam kciuki za Was kochane. Każda z Was, która ma wątpliwości może śmiało do mnie pisać. Byłam gotowa na wszystko, jednak decyzja o cc była po raz kolejny najtrudniejszą ze wszystkich.

A oto kilkumiesieczny juz Warszawiak Franuś w odlewie swojego prenatalnego mieszkanka:)

Pięknie jest rodzić! (Łódź)

Pierwsze dzieciątko Iza urodziła przez cięcie cesarskie „na zimno”. W drugiej ciąży mimo wielu przeciwności – cienkiej blizny w pomiarze USG, żelaznej, nierokującej porodowo szyjki, zamknięcia szpitala, w którym planowała rodzić – nie poddała się i zawalczyła o swój VBAC. Oto historia narodzin jej pięknej córeczki o imieniu Liwia.

Jak wiele z Was marzyłam o tym, żeby to napisac ! Wciąż nie wierze ze to pisze:) UDAŁO SIE !!! 15.05 na świat przyszła moja córeczka… a jeszcze dzień wcześniej szukałam wsparcia na grupie i rad w kontekście wywoływania porodu :) bo nic się nie działo… a teraz mogę przedstawić Wam moją historię – uwaga jest baaardzo długa !

Pierwsze cc 03.2014 w 40+6tc wg usg synek 4,5kg – słyszę: żelazna szyjka, duża główka, nic sie dzieje „ja bym ciął” mówi lekarz. Dodatkowo w TV głośna sprawa sztangisty Bąka, którego bliźniakom za późno zrobili cc i jedno zmarło. Nerwowo. Nieświadoma i trochę zastraszona zgadzam się na cc na zimno. Poród przez cc bardzo szybki – po wszystkim pytam tylko czy zdrowy? Zdrowy. To najważniejsze! Pytam ile waży – prawie 4kg, główka 37cm (!) Mimo to w głowie od razu pojawia sie myśl – „a może dałabym radę?!?!” Nie mam emocji… Nie czuje NIC… Nie jestem wzruszona. Bardziej wzrusza mnie widok męża kangurującego synka, niż sam synek. Mąż się cieszy, ja nie czuje żadnego macierzyńskiego instynktu. Wiem, że to mój synek, chce dla niego dobrze, próbuje wejść w te rolę, ale nie potrafię. Nie umiem! Nie kocham jeszcze… Pustka i żal za czymś czego nie doświadczyłam. Dodatkowo ogromne problemy z karmieniem, infekcja synka, koszmarne kolki, problemy z czuciem głębokim. Wszystko to sprawia, że zdaje sobie sprawę, że ani ja ani on nie byliśmy na to jeszcze gotowi. Z dnia na dzień ktoś go wyrwał z brzucha, nagle, nie uprzedził i nie przygotował nas na to. Płaczę dzień w dzień. Mam bardzo intensywny Baby Blues trwający pare miesięcy [Baby Blues czyli smutek poporodowy będący zjawiskiem dotykającym nawet 80% matek i nie wymaga lecznia, powinien minąć maksymalnie do 2 tygodni po porodzie. Dłuższe występowanie stanu obniżnonego wykracza poza ramy fizjologii – przyp.red.] . Jednym słowem – KOSZMAR tak moge opisać „nasz” pierwszy czas. Trudno nazwać go „macierzyństwem” …

Druga ciąża tp. na 15.05.2018. Już wcześniej natknęłam sie na grupę Wsparcia Naturalnie po Cesarce, ale gdy tylko zobaczyłam dwie kreski zaczęłam ją bacznie obserwować. Czytać i czytać, i czytać. Wiedziałam już, że nie popełnię tego samego błędu. Nie chce pociąć się na zimno. Zbyt wiele nas to kosztowało.

W Łodzi zaczyna działać ProFamilia chcę tam rodzić, moim lekarzem jest jej ordynator, nie widzi przeciwwskazań do próby vbac, bo o to pytam na 1 wizycie. Ciąża mija książkowo, chodzę na basen 2 razy w tygodniu i prawie codziennie na długie spacery. Nie przyjmuję praktycznie żadnych witamin, tylko staram sie dostarczyć wszelkich składników odżywczych dietą (sa teorie, że witaminy „futrują” dzieci, a w poprzedniej ciąży brałam m.in 6tabletek magnezu dziennie). W międzyczasie lekarz mierzy bliznę 0,8mm-2,3mm i ma wątpliwości… Niby mówi, że liczy się jej elastyczność, ale z drugiej strony trochę straszy, że jednak bardzo cienka, że on już widział porody jak do otrzewnej sie dzieci rodziły… ostatecznie daje zielone światło. Boje się bardzo, naprawdę bardzo (!), ale się nie poddaję – często na grupie pytam o bliznę, czytam koleje statystyki i badania. Próbuje przygotwać się najlepiej jak się da. W ciąży tylko raz miałam pożądane przepowiadacze, nic więcej. Żadnych bóli…

Przychodzi 8.05, termin z USG, na badaniu lekarz uświadamia mnie, że moja szyjka wciąż jest żelazna, że to nie wróży dobrze i że… zamykają ProFamilie. Zostaję na lodzie. Pozostawiona sama sobie. Moje poczucie bezpieczeństwa zostaje mocno zaburzone. Dobrze, że mam położną. Decyduje się na Salve. Przez cały tydzień dużo chodzę po ok. 4km, od miesiąca biorę wiesiołek i pije herbatę z liści malin, chodzę na zajęcia z dna miednicy do Fizjoterapeuty uro-ginekologicznego, wdrażam rownież prostaglandyny z nasienia męża :) W zasadzie to można rzec, że nie oszczędzam sie :) ale samopoczucie mi na to pozwala, poza tym, że jestem słoniem i wszystko mam spuchnięte, to czuję się świetnie :)

14.05 dzień przed terminem z OM, rozpiera mnie energia, robię zakupy, obiad, piekę ciasto, piekę tartę na kolacje. Wieczorem spotykamy sie jeszcze z przyjaciółmi. 15.05 mam ktg i badanie w Salve, ordynator bada mnie i mówi, że szyjka a raczej jej ujście może przepuszcza opuszek, ale że zupełnie nie jest gotowa: długa i żelazna. Robi mi niespodziewanie „masaż”. No nie powiem, bolało! Daje mi tydzień maks, jesli ktg bedzie ok. Nie pyta o bliznę. Po wyjściu jadę z teściowa na lunch, czuję co jakiś czas lekkie skurcze, myślę sobie, ale mnie wymasował :) Po lunchu wracam do domu i wskakuje na piłkę kręcić biodrami, skoro coś tam sie dzieje, to może pomogę w ten sposób skrócić się choć troszkę tej szyjce. Gadam przez telefon z mama, z koleżanką i zauważam że są coraz częstsze. O 14.50 zaczynam je liczyć i zauważam, że są co ok. 4minuty i trwają początkowo ok 15-20sekund, bolesne z krzyża. Po 30minutach dzwonię lekko zaniepokojona do położnej, ale ona stwierdza, że to jeszcze nie to, żebym na łożku się położyła i sprawdziła czy w ogóle twardnieje mi brzuch. Nie jestem już w stanie, bo z każdą minutą, każdy skurcz nabiera na sile, zwala mnie z nóg, podczas skurczu nie ma ze mną kontaktu, pomiędzy nimi dzwonię do męża, że to chyba jeszcze nie to, ale ja nie jestem w stanie odebrać synka z przedszkola i żeby on to zrobił i przyjeżdżał już.

Skurcze są dłuższe i juz chyba co 3 albo nawet co 2 minuty! Nie moge wytrzymać, ból jest nie do zniesienia! Myśle sobie „kiedy te kobiety maja czas brać prysznic czy dopakowywać torbę?!?!?!” Ja nie jestem juz w stanie zrobić nic!!!! Dzwonię po teściowa!!!! Krzyczę żeby przyjeżdżali, JA CHCE DO SZPITALA !!!! Mąż i teściowa są jakoś po 16, nie wiem dokładnie, tracę rachubę, synek płacze na mój widok, nie chce puścić. Jedziemy! Jezu, jest godzina szczytu, a my musimy przedostać sie na drugi koniec miasta!!!! Podczas korków krzyczę do męża TRĄB !!!!! Skręca mnie w aucie, nie moge znaleźć sobie miejsca! Każda dziura, każde hamowanie to jakaś masakra !!! Mąż próbuje mi coś opowiadać, on chyba nie zdaje sobie sprawy ze to już, No bo jak to? Tak nagle? Taka żelazna szyjka… nie wiem co mi opowiada, jestem już troche na innym świecie.

Dojeżdżamy! Nie wiem która jest, chyba koło 17? Każdy skurcz zgina mnie w pol! Nie jestem w stanie w ogóle odpocząć pomiędzy skurczami. Sa bardzo często? Co 1-2minuty. Ktg ok, badanie: szyjka zgładzona, cieniutka, 2cm rozwarcia. Że co???? TYLKO 2cm????? To co bedzie pózniej? Proszę o znieczulenie. Chce odpocząć! Moja Położna Anioł pobiera krew i przygotowuje salę na porodówce, przechodzimy. Jezu to ja rodzę? :) Naprawdę? Tak! To był jakiś amok, jak jakiś maraton, z minuty na minutę skurcze nabierały na sile, ból z brzucha zupełnie przyćmiewał BOL Z KRZYŻA !! Ten był okropny! Mam wrażenie, że nikt do końca mi nie wierzy, że tak mnie boli bo przecież tylko 2cm było. To wszystko trwa… Przychodzi anestezjolog, wesoły, fajny ale pierwsze wkucie nie wychodzi, przez cewnik leje sie krew, każą czekać, sam do końca nie wie co sie stało  – Jezu ja juz nie mogę! I ta pozycja po turecku…. Strasznie sie wtedy zdenerwowałam, somatycznie mój organizm odreagowuje lęk w postaci „trzęsienia” sie :) Mają problem by wkuć sie drugi raz, bo skurcz jest za skurczem! Przyznają, że bardzo często je mam, ale nie ma odwrotu. Cały ten czas jedyne co mi pomaga to to, że skupiam się na oddechu! Apartament dla maluszka, apartament dla maluszka powtarzam sobie. Wolniej, wolniej! Godzina 19 – wkuli sie. „Za 15 minut poczuje Pani ulgę! Znieczulenie bedzie trwało ok 1-1,5h” mówią. Taaak czekam na tą ulgę!!!!! Położna mnie bada, jest już 5cm!!! O Boże to dlatego tak bolało, za chwile mówi: nie 7cm juz mamy!!! I wtedy zaczynam czuć ulgę! Błogie NIC w plecach…. Od 7cm działa znieczulenie. Wołają męża, gasimy światło, włączamy muzykę. Odpoczywam. Rozmawiamy sobie. Jezu ja w końcu odpoczywam. Jestem szczęśliwa. Nie moge uwierzyć do końca w to co sie dzieje. Jest cudownie. Nikt nie pyta o bliznę, wszyscy sa bardzo mili. W między czasie przychodzi moja cudowna położna i mnie bada: 8cm, za chwile 9cm… Mówi „Pięknie to postępuje! Jestem pod wrażeniem!”

Ok 20 zaczynam czuć silne parcie w pochwie, za chwile dochodzi parcie w kroczu, zaczynam „czuć” wszystko coraz bardziej. O 20.30 pękają wody, czyściutkie, mamy PEŁNE ROZWARCIE!! Przed każdym skurczem moje ciało trzęsie tak jakby wiedziało co zaraz „nadjedzie” :) Leżę na lewym boku z noga ugiętą w kolanie, przyciągam ją w trkacie skurczu i preeee! Z nagrań hipnozy powtarzam sobie, że muszę otworzyć się na skurcz, że jest mi on potrzebny, nie bać sie go. Oddycham. Położna proponuje zmianę pozycji: to jest coraz silniejsze, jestem w amoku, ale robie co mi każe, przechodzimy w kucka, mąż mnie trzyma pod ramiona i preeeee. Ta pozycja chyba bardzo mi pomaga; a raczej Liwi:) Nic nie widzę – słyszę tylko, że mąż prze ze mną 😀 Był baaardzo dzielny! Tak kilka razy, potem kładziemy sie na fotel, potem znowu schodzimy na podłogę i w kucka. Nie miałam siły, ale ufam położnej, że wie co robi.

Nagle czuje COŚ, położna mówi: NIE PRZYJ!!! Kładziemy sie z powrotem na fotel, czuje coś między nogami, Jezu! Pyta mnie czy chcę dotknąć główki, ale jestem w takim szoku, że to już, sama nie wierze w to co sie dzieje i mówię do męża by on to zrobił. Jeszcze jedno parcie i słyszę ten glos!!! Widzę kontem oka to różowe ciałko, nogi były jeszcze w środku, jeszcze jeden raz i JEST !! Ona cudowna, taka cieplutka, z ciemnymi włoskami! Moja córka! MOJA !!!!! Czuje to od razu! Emocje nie do opisania. Juz nic mnie nie boli. To coś najpiękniejszego czego doświadczyłam. Odczarowałam cały poród ze synkiem. Ból po cc, ten psychiczny a teraz … Jezu, pięknie jest rodzić! Móc od razu zająć się swoim dzieckiem, być wszystkiego świadomym i mieć na wszystko wpływ i przede wszystkim CZUĆ! 😍 Bezcenne.

Iza Melon

Córeczka urodziła sie o 21.17 czyli 6,17h od momentu jak zaczęłam liczyć pierwsze skurcze. Ważyła 2970 wiec kg mniej od swojego brata, ciekawe czy brak sztucznych witamin miał tu swój udział?:) Przypominam, że jeszcze tego samego dnia o 11.30 gdy badał mnie lekarz – stwierdził ze szyjka w ogóle NIE JEST jeszcze gotowa ! Wiec dziewczyny „ TAK” – możliwe ze nie ma żadnych przepowiadających oznak:) Faza parta trwała ok 40 minut i była dla mnie dużo lżejsza nic skurcze. Wiecie dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że mogłam miedzy tymi skurczami odpocząć, przygotwać sie na kolejny, a jak córka wstawiała sie w kanał, czyli całe to dochodzenie do 7cm było tak intensywne, bez praktycznie żadnych przerw, że przez chwile myślałam, że naprawdę nie dam rady, po prostu pragnęłam odpocząć. Ostatnie 2 a nawet 3 cm byłam znieczulona, ale rozwarcie i tak pięknie postępowało. To był bardzo potrzebny moment by zebrać siły na pózniej :) i tak tez sie stało:) Potem tylko mieliśmy duży problem z urodzeniem łożyska, nie wiem czemu:( dopiero wtedy dostałam jakaś maleńka dawkę oksytocyny. W końcu po godzinie urodziłam łożysko, ale brakowało im błon wiec musieli mnie wyłyżeczkować na wszelki wypadek, ale mnie już było wszystko jedno:) Miałam ją na sobie i męża obok.

Dziewczyny zaufajcie sobie i swoim ciałom. Przygotowujcie sie, bądźcie świadome. Oddech, ćwiczcie oddech to mi bardzo pomogło, skupiając sie na nim próbowałam odwrócić uwage od bólu:) Akceptujecie strach – ja bałam sie bardzo, straszyli mnie ta blizną całą ciążę, ale nie poddałam sie. Dziękuje WAM za ta grupę! Dziękuje, że trafiłam na cudowna położną Dorotę Hałaczkiewicz, która była po prostu aniołem. Jej spokój, wiara i wsparcie są warte każdej złotówki! Dziękuje mężowi i dziękuje sobie, że nie zwątpiłam :)

Udany VBAC! (Starachowice)

Siła wsparcia społecznego bywa nieoceniona. Oto jak Asia pisała o nim w swojej historii, którą pierwotnie podzieliła się w grupie wsparcia Naturalnie po Cesarce.

Wy i Wasze historie były wielką inspiracją dla mnie. Czytałam jak Wy jesteście mądre, zdeterminowane i asertywne. Jestem szczęśliwa, że trafiłam na Was w dobrym momencie. Może nie najlepszym, bo lepiej jakbym dowiedziała się przed pierwszym porodem. Dlatego podzieliłam się swoją historią ze znajomymi na fb, aby było takich mnie mniej.

Najpierw jak to było z urodzeniem Seweryna.

5 maja (2018) minęło 3 lata, kiedy urodził się  nasz syn przez cesarskie cięcie.

O godzinie 7:00 obudziłam się z pierwszymi skurczami. Zjadłam śniadanie, obiadu już nie i o 12:00 pojechaliśmy do szpitala. Na KTG nie było widać skurczy, a ja je czułam. Kazali mi chodzić. Byłam w sali przedporodowej, do której nie mógł wejść mój mąż. Około 16:00 wpuścili nas na salę porodową. Byłam grzeczna i skrępowana. Mówili – chce Pani na piłkę? Ok. Chce Pani do wanny? Ok. Byłam posłuszną pacjentką. Teraz wiem, że miałam niesprzyjające warunki, aby postępował mój poród: pojechałam do szpitala ze skurczami przepowiadającymi, dużo leżałam, byłam głodna przez wiele godzin, czułam się obserwowana, skrępowana. Od czasu do czasu położna do nas zaglądała i mówiła: chyba nie urodzi. Nie miałam nawet 3 cm rozwarcia. Około 23:00 przyszli lekarze, nachylili się nade mną i spytali czy robimy cesarkę. Leżałam pod KTG od kilku godzin i ledwo miałam kontakt z rzeczywistością. Byłam przekonana, że skoro oni tak mówią to jest to koniec. Nie ma już wyjścia. Musi być ta cesarka. Zgodziłam się. O 23:45 przyszedł nasz syn na świat.

Seweryn urodził się 5 maja 2015, godz. 23:45, waga: 3600 g, wzrost: 55 cm.

Po roku dopadło mnie poczucie krzywdy i to, że nie dałam rady. Rzuciłam się na książki (Ina May Gaskin „Poród naturalny”, Irena Chołuj „Urodzić razem i naturalnie”, Michel Odent „Cesarskie cięcie a poród naturalny”) i trafiłam na tą grupę. Oj, źle ze mną wtedy było. Czułam dużą złość. Potrzebowałam czasu, aby wybaczyć sobie, innym i pogodzić się z tym co się wydarzyło.

„Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia”  2 list do Tymoteusza 1, 7

Przed porodem drugiego dziecka dużo się w mojej głowie pozmieniało. Zdobywanie wiedzy było ważną częścią,   ale najbardziej uzdrawiające były rekolekcje „Poród może być piękny” (marzec   2017 r.) i Kurs Nowe Życie (luty 2018 r.) i modlitwa wielu osób. Doświadczyłam, że na całego Bogu warto wszystko oddać. Wcześniej się tego bałam. Najlepszymi słowami afirmatywnymi były Jego słowa i tylko dzięki Niemu moja pewność, że drugi poród będzie piękny i naturalny, tylko Jemu zawdzięczam. Nikt tak we mnie nie wierzył jak On. Również absolutnie NIKT nie był wstanie zachwiać moją pewnością, że się uda. Nie dlatego, że ja byłam taka mocna i pewna siebie. Kto mnie zna, ten wie. Asia nie jest pewna siebie.

Jak to było z urodzeniem Michasi

O godzinie 01:30 obudziły mnie skurcze. Starałam się usnąć, ale nic z tego. Po 03:00 obudziłam męża moim stękami i jękami. Koło 6:00 mąż podzielił się swoimi prostaglandynami i dał mi dawkę oksytocyny. Uwierzcie, to lepszy sposób niż szpitale metody na rozkręcenie akcji skurczowej. Dziecko do przedszkola, mąż do pracy. Ale mąż wrócił koło 12:00. Napisałam rano do swojej douli, że raczej to dziś, aby się szykowała. Sprawdziłam dwa razy prysznicem czy to skurcze przepowiadające czy porodowe. Okazało się, nie ucichły, więc poród coraz bliżej. Doula przyjechała do nas o 14:00. Zjedliśmy we trójkę zupę pomidorową (mojej teściowej – pycha! :D), pomierzyliśmy skurcze, ich regularność. O 16:00 pojechaliśmy do szpitala.

Byłam zadowolona, gdy się okazało, że mam 4-5 cm rozwarcia. Wyobraźcie sobie, że mnie, mojego męża i doulę wpuścili do sali porodów rodzinnych. Pomogła zgoda pisemna Pani ordynator 😉 Najbardziej sobie cenię, że czułam się swobodnie i jak nie ja – miałam wszystko gdzieś i to czy ktoś się ze mną zgodzi czy nie. Darłam się i nie hamowałam się, ani na jeden decybel. Było tak … towarzysko J Był ze mną mąż, najbliższa osoba na ziemi i doula, która była delikatna i empatyczna i mogłam z nią pogadać jak z koleżanką. Cieszę się, że większość punktów mojego planu udało się zrealizować. Jestem przekonana, że tak się stało, bo wiedziałam czego chcę i przygotowałam się do porodu jak kujon na sprawdzian. Przykład. Położna chce podać mi oksytocynę i pyta się mnie dlaczego nie chcę (w planie było o tym). Powiedziałam, że ze względu ma mój stan po cesarskim cięciu jest obiektywnie większe ryzyko pęknięcia macicy niż bez. Nie było dyskusji.

Pierwsze pół godziny po dojściu na salę porodową musiałam leżeć podpięta do KTG. Jaka ulga, gdy mogłam w końcu wstać. O 2/3 mniejszy ból niż na leżąco! W domu większość skurczy skakałam na piłce. W szpitalu trochę też, ale doula zasugerowała pozycję kuczną, aby pomóc dziecku wejść w kanał rodny. Tak też robiliśmy. Nawet na łóżku porodowym. Gdy dowiedzieliśmy się, że jest 8 cm … o mój Boże! Naprawdę?! 😀 Spojrzeliśmy się z mężem na siebie i wiedzieliśmy, że się nam uda! Nie chciałam II etapu porodu rodzić na wznak. Ale pozycja kuczna coś nie pomagała. Urodziłam w końcu na boku, krzycząc … nigdy tak się nie darłam. Jak dobrze, że nikt mnie nie uciszał. Przeć najbardziej pomógł mi mąż. On najlepiej potrafił mi wytłumaczyć jak mam przeć (do brzucha) i dopingował mnie: „Dawaj, dawaj!!! Odpoczynek … Bardzo dobrze Ci idzie!”.

W planie nie zgadzałam się na nacinanie krocza. W Polsce zrobił się to zabieg rutynowy, a starachowicki szpital jest jego najlepszym odbiciem. Ostatecznie z wielkimi wątpliwościami zgodziłam się. W momencie, gdy położna nacięła kroczę mała szybciutko była już po drugiej stronie i wylądowała na moim brzuchu. Spełniło się moje marzenie … <3

baby_foot_black_and_white

Moja doula i mój mąż odpowiednio wcześniej zatroszczyli się o to, abyśmy z córeczką miały nieprzerwany kontakt skóra do skóry przez 2 godziny. I tak było.  Zszywanie krocza odwracało moją uwagę od cieszenia się maleństwem. Jednak cieszyłam się, że już PO WSZYSTKIM i byłam o wiele mniej wyczerpana niż przy pierwszym porodzie.

W czasie pobytu w szpitalu chyba z trzech lekarzy byli pod wrażeniem, że urodziłam po cesarce, szczerze mi gratulowali. Powiedziałam do jednego z nich:

– To kwestia edukacji.

– To kwestia determinacji – odpowiedział mi lekarz.

Moim zdaniem to jest powiązane. Wiele kobiet nie chce rodzić, ale też wiele nie wie, że może urodzić. Prosty przykład. Mój ginekolog był przeciętny i uważał, że „po cesarce zawsze cesarka”. Dobrze to obrazuje jedna sytuacja podczas badania USG. Pytam się:

– Dziecko ma główkę na dole?

– Ma, ale to bez znaczenia, bo i tak przecież będzie cesarka.

– A dlaczego cesarka? Czy mam jakiekolwiek przeciwwskazania do porodu naturalnego?

– Nie.

– To ja będę próbowała urodzić.

– Ok.

Michalina urodziła się 16 kwietnia 2018, godz. 20:40,   waga: 3400 g, wzrost: 51 cm.

Jeszcze raz – wielkie dzięki dziewczyny za wasz poświęcony czas na tej grupie, za odpisywanie, dzielenie się, pocieszanie, wzruszanie, dawanie wsparcia. To się nazywa miłość. Chcieć dla drugiego dobra, nawet jak się go nie widzi. Zupełnie jak w ciąży …

Ściskam :* niech Was i Wasze rodziny błogosławi dobry Bóg.

Chwała Panu!

Ucieczka spod noża (Rzeszów – Rycerska)

VBAC to bardzo często wypadkowa wielu czynników – warunków fizycznych, determinacji i przygotowania mamy, współpracy rodzącego się maleństwa, wsparcia personelu, a czasem także  trochę uśmiechu losu. Choć może ten uśmiech losu to tak naprawdę wskazówka dla osób sprawujących opiekę nad rodzącymi po cc  i dla samych rodzących – by zbyt szybko nie wydawać wyroków o porodzie, by mieć więcej wiary i więcej cierpliwości…. Sami oceńcie! Zapraszam do lektury historii Aleksandry.

Od dłuższego czasu śledzę Wasza stronę Naturalnie po cesarce i to dzięki Wam zdecydowałam się na poród naturalny po pierwszym cesarkim cięciu. Ale może zacznę od początku…
12 styczeń 2016 – na świat przyszła Nasza córeczka – przez CC z powodu złego ułożenia. Długo dochodziłam do siebie, przy córeczce było mi ciężko cokolwiek zrobić. Na noc oddawałam ją do pielęgniarek, bo nie dość, że rana okropnie bolała, to jeszcze mój kręgosłup odmówił posłuszeństwa po znieczuleniu (nie mogli się wbić i byłam XX razy kłuta). Było ciężko, ale córeczka wynagrodziła wszystko :)
Z mężem bardzo pragnęliśmy od zawsze mieć dużą rodzinę i zaczęliśmy starania o drugie dzieciątko. Udało się szybko, jednak początki były trudne, bo krwawilam. Lekarz (ten sam co przy pierwszym dziecku) uspokajał, że wszystko jest w porządku. I tak mijały miesiące, malutka rosła pięknie w brzuszku, blizna po cc idealna, więc lekarz dał wolną rękę co do porodu i zielone światło na sn. Bez wahania zdecydowałam, że chcę spróbować naturalnie. A więc zostało czekanie na pierwsze skurcze bądź odejście wód. Nastawiłam się bardzo pozytywnie i optymistycznie, że na pewno się uda, że dam radę, że wszystko będzie w porządku :) I zaczęło się…
W poniedziałek (23.04.2018) w nocy dostałam skurczy co 15minut. Rano miałam jechać na ktg i tak też zrobiłam. Skurcze się zapisywały. Udałam się do swojego lekarza – zbadał mnie i mówi, że wszystko wysoko zamknięte i jeszcze czas. Więc wróciłam do domu. Zaczęły się skurcze co 10min, (zaznaczę, że z krzyża), wieczorem odszedł czop i zaczęłam krwawić, skurcze już co 7 min, więc zdecydowałam, że pojadę sprawdzić co się dzieje. Na IP zdecydowali, że mnie zostawia. Lekarz zbadał i dalej to samo, wysoko wszystko i rozwarcie na opuszek. Dali mnie na patologie ciąży. Mąż pojechał po północy po wszystkich formalnościach, a ja sobie siedziałam na łóżku i miałam mega doła, że zostałam tam sama (mam mega uczulenie na szpitale). Płakać mi się chciało, że nie wiadomo ile jeszcze tam będę leżeć skoro na poród się nie zapowiada. Ale długo czekać nie musiałam, bo o 3,40 filmowo odeszły mi wody :)
Lekarz zbadał i stwierdził rozwarcie na 1 palec. Poszłam na porodówkę. Dostałam pokój, zadzwoniłam po męża i akcja powolutku zaczęła się rozkręcać. Skakałam na piłce (w sumie cały poród) a mąż na skurczach masował mi krzyże, bo ból był naprawdę duży w kręgosłupie. Miałam super położną ( Panią Anię S.) i dwie studentki, które były przy mnie cały poród i wspierały jak mogły!!!
Po kilku godzinach kolejne badanie i rozwarcie bardzo kiepsko postępuje. Usłyszałam 2,5 palca. Załamka bo gdzie tu do 5???!!! Ale nie poddawałam się. Skurcze zrobiły się coraz częstsze i silniejsze i gdy były co dwie minuty i trwały dwie minuty było mega ciężko, ale wiedziałam, że muszę być dzielna dla mojej kruszynki malutkiej.
Tak doszłam do 9,5cm rozwarcia. I co??? I akcja porodowa ustała, główka nie wstawiała się w kanał rodny. Skurcze minęły jak ręką odjął. Chwilę czekali i padła decyzja o cc. Strasznie się podłamałam, ale wiedziałam, że zrobiłam wszystko co mogłam, żeby urodzić naturalnie. Dostałam nawodnienie w kroplówkach, jakieś leki, pobrali krew, a że sala operacyjna była zajęta, to kazali czekać. Po jakichś 40 min przyszła doktorka, podpisałam wszelkie dokumenty i miałam z nią iść. I tak schodząc z łóżka dostałam nagle silny skurcz, więc poprosiłam, żeby doktorka poczekała, bo nie dam rady iść  – tak coś dziwnie mnie napierało. Studentka patrząc na mnie mówi „Pani prze” a ja w szoku …
Nagle naleciało się mnóstwo personelu, szybkie badanie i okazało się, że główka wstawiła się i zaczęłam rodzić!!!!!!!! Na szybko zaczęli się ubierać, przygotowywać i tak po 15 min partych skurczy urodziłam cudowna córeczkę. Piękne uczucie, wspaniałe doświadczenie! Tym bardziej, że uciekłam spod noży !!!! Lekarze gratulowali, położna i studentki od początku wierzyły, że się uda i udało się, a ja sto razy powtarzałam „urodziłam, dałam radę, ja urodziłam”!!! I tak 25.04.2018 o godz. 15.05, po ponad 12 godzinach od odejścia wód urodziła się moja druga córeczka :)
baby_foot_black_and_white
Od kiedy zaczęłam czytać Wasza stronę marzyłam, abym mogła kiedyś podzielić się swoją historią porodu po cc i marzenie się spełniło!!!! Życzę każdej mamusi po cc, aby miała dużo siły i wiary w to, że można, że się uda i wszystko będzie dobrze!!! Jest to piękne uczucie urodzić naturalnie dzidziusia.
Dziękuję szpitalowi na Rycerskiej w Rzeszowie, całemu personelowi, który był ze mną, mojemu lekarzowi, ordynatorowi, za to, że wspiera vbac oraz Wam Naturalnie po Cesarce – za każdą historię i wiarę w to, że można, za uświadomienie Nam kobietom, że po CC nie można się poddawać i poród siłami natury jest realny!!!
Pozdrawiam !!!

Podróż po marzenia (Świdnica – Pyskowice)

Ciąża 5, w wywiadzie 2 x poród drogami natury i 2 x cięcie cesarskie, 17 miesięcy odstępu między porodami, położenie pośladkowe płodu w 39 tygodniu, szacowana masa płodu > 4 kg. Czy można w ogóle myśleć o porodzie naturalnym w takiej sytuacji? Poznajcie historię Ewy.

Jestem mamą 6 wspaniałych dzieci a to była moja 5 ciąża. Dwie pierwsze zakończone porodem naturalnym a dwie kolejne cesarskim cięciem. Dzięki temu, że doświadczyłam podwójnie dwóch rodzajów porodów wiem, że dla mnie najpiękniejszą (choć wcale nie łatwą) drogą przyjścia na świat dziecka jest poród naturalny.

CIĄŻĄ PIERWSZA 2005 r. Gdy byłam w pierwszej ciąży, było dla mnie oczywiste, że urodzę naturalnie tak jak moja mama troje swoich dzieci. Nie mogłam się doczekać dnia porodu, bo końcówka ciąży bardzo mnie wymęczyła. Moja pierwsza córka Oliwia (3820 g, 56 cm) przyszła na świat w sierpniu 2005 r. – poród naturalny 9 dni po terminie. Poród trwał zaledwie 4 godziny, ale był bardzo ciężki. W II okresie porodu ustała czynność skurczowa, a że personelowi się spieszyło to zastosowano chwyt Kristellera, nacięto krocze a łożysko na siłę położna wyciągnęła z brzucha. Zakończyło się to krwotokiem, szyciem i łyżeczkowaniem. Córkę zabrano bo byłam tak słaba (miałam silną anemię), że nie byłam w stanie zajmować się nią sama.

CIĄŻA DRUGA 2008 r. Drugi poród naturalny w grudniu 2008 r. – syn Kordian (3900, 57 cm) 6 dni przed terminem. Również trwał 4 godziny i zakończył się bez nacięcia i żadnych innych komplikacji. Piękny poród, bardzo świadomy a po 2 godzinach mogłam sama wstać, siedzieć, chodzić i zająć się synkiem, który cały czas był przy mnie.

CIĄŻA TRZECIA 2012 r. W 30 tygodniu ciąży zrobił mi się obrzęk w siatkówce oka. Z każdym tygodniem obrzęk się powiększał i utrudniał widzenie. W 39 t.c. podjęto decyzję o cc, ponieważ nie widziałam już nic chorym okiem i było ryzyko, że podczas porodu naturalnego siatkówka może się odkleić. W styczniu 2012 r. przez cesarskie cięcie przyszedł na świat mój drugi syn Kajetan (4180 g, 59 cm). Ból jaki czułam po cesarce jak puściło znieczulenie rekompensowała mi obecność synka po porodzie.

CIĄŻA CZWARTA 2016 r. Ta ciąża od początku była bardzo ciężka bo miałam wszystkie możliwe dolegliwości ciążowe, których nie miałam w żadnej poprzedniej ciąży. Okazało się, że pod sercem noszę nie jedno ale trzy szczęścia! Byliśmy w szoku bo w naszej rodzinie nigdy nie było nawet bliźniaków. Niestety, na kolejnym USG biły tylko 2 serduszka. Po wielu długich tygodniach spędzonych w szpitalu, udało mi się dotrwać z bliźniakami do 35 t.c. W czerwcu 2016 r. przez cesarskie cięcie przyszli na świat Miłosz (2450 g, 50 cm) i Mikołaj (2700 g, 51 cm) – nasze kochane M&M-sy. Chłopcy byli ułożeni główkowo a poród zaczął się regularnymi skurczami co 3 min. Niestety w szpitalu, w którym rodziłam wszystkie ciąże mnogie są rozwiązywane cesarskim cięciem. Gdybym miała wówczas taką wiedzę o sn po cc jaką mam teraz dzięki cudownej Grupie Wsparcia „Naturalnie po cesarce”, to na pewno przynajmniej podjęłabym próbę porodu naturalnego. Wszystkie moje porody naturalne przebiegały dosyć szybko a dzieci były spore. Natomiast bliźniaki z racji tego, że była ich dwójka i poród zaczął się w pierwszym dniu 36 t.c. ważyły dużo mniej. Bardzo ciężko dochodziłam do siebie po tej drugiej cesarce a najtrudniejsze oprócz bólu było to, że maluszki zostały zabrane do inkubatora i zobaczyłam je dopiero po 18 godzinach od urodzenia…

CIĄŻA PIĄTA 2017 r. Czasu nie cofnę, ale cieszę się, że było mi dane doświadczyć po raz trzeci porodu naturalnego, mimo wszystkich przeciwności losu jakie spotkałam na swojej drodze do vba2c. Ale od początku… 8 miesięcy później zaszłam w piątą ciążę. Pierwsza myśl jaka pojawiła się w mojej głowie była przepełniona lękiem: jak przetrwam po raz trzeci ten okropny ból po cesarce? Byłam przekonana, że nie ma innego wyjścia po 2 cesarkach jak tylko kolejne cięcie. Z drugiej strony postanowiłam poszukać w Internecie informacji na ten temat. I tym sposobem znalazłam stronę www.naturalniepocesarce.pl.

Czytałam wszystkie opowieści porodowe z zapartym tchem. To dało mi ogromną nadzieję i wiarę w to, że może być inaczej. Każdego dnia czytałam też relacje z porodu dziewczyn z grupy wsparcia na FB. Zrozumiałam, że chcę zrobić wszystko co w mojej mocy by urodzić naturalnie, ale muszę zaakceptować też drugą opcję na wypadek cesarskiego cięcia. Wierzyłam, że wszystko się uda, bo przecież rodziłam już naturalnie dwa razy i wiem jak taki poród może przebiegać. Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego, że moja wyczekiwana córeczka w 30 tygodniu ciąży obróci się główką do góry i wcale nie będzie miała zamiaru zmienić swojego ułożenia do końca ciąży…

Każdego dnia po kilka godzin robiłam ćwiczenia ułatwiające obrócenie się dziecka w brzuchu, chodziłam na czworaka i namawiałam córcię do obrotu. Byłam załamana bo mimo mojego wysiłku cały czas czułam, że główka nadal jest na górze. Każda kolejna wizyta u lekarza również potwierdzała ułożenie miednicowe. Na ostatniej wizycie w 39 tygodniu ciąży, gdy dodatkowo waga na USG wyszła 4 kg, dostałam skierowanie na cesarkę. Do tej pory mój lekarz bardzo wspierał vba2c ale teraz powiedział, że nie widzi innego wyjścia jak tylko cesarskie cięcie. Tak na marginesie to był to mój drugi lekarz bo poprzedni najpierw mówił, że bez problemu mogę rodzić naturalnie (na wizytach prywatnych) a jak przyszłam do Niego raz na NFZ to powiedział, że absolutnie muszę mieć cc po 2cc bo inaczej się nie da…

Była środa a Ja miałam stawić się w szpitalu jak zacznę 40 tydzień ciąży, czyli w poniedziałek 4 grudnia. Pomyślałam, że to koniec i nadszedł czas pogodzenia się z cesarką. Próbowałam znaleźć plusy tej sytuacji a największym z nich była perspektywa zobaczenia wkrótce córeczki. Wcześniej byłam gotowa nawet na poród pośladkowy, ale w sytuacji gdy waga dziecka była taka duża nie chciałam ryzykować. Przepłakałam pół dnia a w nocy nie mogłam zasnąć. Z jednej strony próbowałam się pogodzić z sytuacją a z drugiej szukałam innego rozwiązania. Nadzieja umiera ostatnia!

Następnego dnia napisałam do Oleśnicy do położnej, czy w mojej sytuacji jest jakaś szansa na poród naturalny. Niestety dostałam odpowiedź, że w Oleśnicy nie wykonują obrotów zewnętrznych a w moim przypadku po 2 cc położenie miednicowe jest wskazaniem do cięcia. Od kilku dni byłam też w stałym kontakcie z Monika Ma z Grupy Wsparcia, której córeczka również nie chciała się obrócić główką w dół. Monika próbowała od dwóch tygodni dodzwonić się do szpitala w Pyskowicach, aby dowiedzieć się o możliwości obrotu zewnętrznego, o którym wyczytałyśmy na grupie. Największy problem polegał na tym, że ciężko było złapać dr Langshmana Maleuwe, żeby z Nim porozmawiać. Na szczęście Monice udało się zdobyć numer komórkowy do doktora. Zadzwoniłam do Niego i powiedziałam o mojej sytuacji.

Hillary and Chris Johnsonare expecting their third child!

Doktor to wspaniały człowiek, pełen ciepła, zrozumienia i chęci pomocy. Powiedział mi, że w mojej sytuacji daje tylko 30 % szansy na obrót zewnętrzny mimo, iż jestem wieloródką (szansa u pierworódek to 50%, a u wieloródek nawet 70-80%), ponieważ dziecko jest duże i kończę 39 t.c., a takie obroty najlepiej robić w 37/38 t.c. Ale jeżeli bardzo mi zależy to mogę przyjechać do szpitala w Pyskowicach w poniedziałek 4 grudnia i On we wtorek rano będzie miał dyżur i spróbuje obrócić mi dziecko. Powiedział też, że według Niego najbezpieczniej byłoby wykonać cesarskie cięcie, ale to w razie czego możemy zrobić po próbie obrotu zewnętrznego. Decyzja należała do mnie. Całą noc biłam się z myślami co zrobić. Trzy bardzo kompetentne osoby potwierdziły, że w moim przypadku najlepsza byłaby cesarka a Ja nadal nie byłam sobie w stanie wyobrazić takiej wersji wydarzeń. Co jeszcze mogłam zrobić dla mojej córci by urodzić Ją naturalnie? Ostatnią deską ratunku był obrót zewnętrzny. Po rozmowie z moim kochanym i cierpliwym mężem, który cały czas mnie wspierał, podjęłam decyzję, że jeśli nie zacznę rodzić w weekend, to w poniedziałek rano zamiast do mojego szpitala na cesarkę, pojadę sama ze Świdnicy 200 km pociągiem do Pyskowic. Monika chciała zrobić tak samo, tylko Ona miała do pokonania 530 km ze Szczecina. I tak oto dwie matki, pragnące dać najlepszy start swoim córkom i uchronić się przed kolejnym cięciem, w poniedziałek rano 4. grudnia wyruszyły z dwóch zachodnich krańców Polski na Śląsk.

Blog_Tips-to-travel-during-Pregnancy_4

Podróż pociągiem była ciężka i stresująca – najbardziej dla innych pasażerów 😉 Czekały mnie 2 przesiadki. W pierwszym pociągu usiadłam koło starszego małżeństwa. Zerkali na mój brzuch i na siebie z przerażeniem, po czym mąż złapał za rękę żonę i zabrał Ją na drugi koniec wagonu 😉 W drugim pociągu siedziałam z bardzo miłymi paniami. Pytały gdzie i w jakim celu jadę w tak zaawansowanej ciąży. Pytały czy nie boję się, że urodzę w pociągu. Jedna z nich wysiadała ze mną w Opolu i nawet nie pozwoliła mi dotknąć walizki, tylko niosła ją za mnie 😉 Gdy dojechałam do Pyskowic myślałam, że wszystko potoczy się prosto – wsiądę do taksówki i bezpiecznie pojadę pod sam szpital. Okazało się jednak, że przed dworcem nie ma żywego ducha a sam dworzec jest zamknięty. Włączyłam w telefonie nawigację i musiałam iść na piechotę. W końcu w oddali ujrzałam przystanek autobusowy a na nim stała jakaś kobieta. Powiedziała mi, że zaraz ma być autobus, który jedzie do „centrum” a stamtąd do szpitala jest niedaleko. W autobusie poszłam do kierowcy kupić bilet a On pyta dokąd jadę. Mówię, że do szpitala, a On pyta: „Po co?” Odpowiadam, że jadę urodzić. A On na to: „To Pani jedzie za darmo”. Ludzie w autobusie mówią mi gdzie mam wysiąść. Jakieś małżeństwo proponuje, że mnie zaprowadzi do szpitala, bo idą w tamtym kierunku. Pan bierze moją walizkę a Pani opowiada o swoich porodach. Po 15 min. docieramy pod szpital. Wreszcie czuję się bezpiecznie.

Na izbie przyjęć zostałam przyjęta bardzo serdecznie a personel był zaskoczony dlaczego przyjechałam tyle kilometrów akurat do Pyskowic. Opowiadam o naszej grupie na FB i uprzedzam, że wieczorem przyjedzie jeszcze jedna „szalona mama” ze Szczecina. Proszę o numer telefonu na taksówki, by przekazać go Monice, aby bez problemów dotarła do szpitala. Dostałyśmy wspólny pokój, aby się wzajemnie wspierać. Rano przyszedł do Nas dr Langshman, żeby się przywitać i jeszcze raz porozmawiać o próbie obrotu zewnętrznego. Trochę Nas zmartwił bo powiedział, że nie ma w szpitalu leku, który powoduje zwiotczenie brzucha. Na szczęście na obchodzie okazało się, że jest jedna ostatnia buteleczka, podzielą ją Nam na pół i podadzą w kroplówce. Przed południem doktor przyszedł po Monikę, ale niestety obrót mimo ogromnego wysiłku i chęci nie udał się. Ja poszłam druga.

Miałam nastawienie „co ma być to będzie”. Jeżeli obrót się nie uda to będę wiedziała, że zrobiłam wszystko co mogłam by pomóc mojej córeczce naturalnie przyjść na świat. W gabinecie czekał już na mnie doktor Langshman i ordynator dr Binkiewicz, który monitorował przez USG ułożenie dziecka. Dostałam kroplówkę z lekiem zwiotczającym powłoki brzuszne, a sam obrót trwał kilka sekund. Doktor złapał córcię przez brzuch za główkę i pośladki i lekko Ją popchnął a Ona fiknęła w dół. Byłam w szoku, że to tak szybko i bezboleśnie, aż się popłakałam ze szczęścia (wyściskałam doktora i mówiłam, że jest cudotwórcą!). Tyle tygodni ćwiczeń nic nie dało a tu kilka sekund i już. Nie mogłam w to uwierzyć. Ordynator od razu powiedział, żebym została tu w szpitalu bo jak pojadę do innego to jest ryzyko, że będą chcieli zrobić mi cesarkę. Na Naszej Grupie Wsparcia czytałam również o cudownej położnej Pani Wiesi, która ma ogromne doświadczenie w przyjmowaniu porodów po 2 cc i pracuje właśnie w Pyskowicach. Oczywiście nie było dla mnie wątpliwości, że jestem z najlepszym miejscu jakie mogłabym sobie tylko wymarzyć.

Po obrocie konieczne było badanie KTG. W trakcie badania przyszła do mnie położna złożyć gratulacje, że udał się obrót zewnętrzny. Powiedziała, że kilka dni temu przyjęła właśnie dwa porody kobiet po 2 cc. Zapytam Ją czy jest Panią Wiesią a Ona się uśmiechnęła i powiedziała, że tak. Powiedziałam, że czytałam o Niej na Grupie Wsparcia i że bardzo chcę z Nią rodzić. Oczywiście od razu się zgodziła. Od tej chwili miałam swojego Anioła! W trakcie KTG okazało się, że dostałam regularnych skurczy co 8 min. Miałam rozwarcie na 1,5 cm i udało mi się dojść do 4 cm, po czym akcja się zatrzymała. Położna powiedziała, że w tym momencie należy odpuścić bo z doświadczenia wie, że nic na siłę. Dała mi swój numer telefonu i prosiła, żebym dzwoniła do Niej o każdej porze, gdy tylko zaczną się skurcze co 5 minut. Poinformowała mnie też, że niestety następnego dnia do południa nie będzie Jej w Pyskowicach bo wyjeżdża na konferencję. Do wieczora chodziłam cały czas po schodach (krwawiłam i czułam silny ból podbrzusza, który utrzymał się właściwie do samego porodu). W nocy ze zmęczenia nie mogłam spać, a około 4:00 Monika zaczęła rodzić i zabrali Ją na cesarkę. Zestresowałam się i dostałam skurczy co 3 minuty, ale cały czas próbowałam je zatrzymać, tłumacząc sobie, że nie mogę rodzić, bo przecież nie ma Pani Wiesi. Na szczęście po godzinie akcja się zatrzymała (to prawda, że „poród mamy w głowie”).

Kolejny dzień (środa) chodziłam po schodach, choć nie było łatwo bo miałam już straszne zakwasy. Czekałam do rana do następnego dnia (czwartek – dzień porodu) i już wiedziałam, że nic mnie nie powstrzyma. Miałam swoją kochaną położną (Panią Wiesię) i czułam się bezpiecznie pod Jej skrzydłami. Śmiała się, że jak była na konferencji to zadzwonił do Niej dr Langshman i zapytał gdzie Ona jest. Był bardzo przejęty tym, że jak zacznę rodzić bez Niej to mnie „potną”. Prosił, by w razie czego natychmiast rzuciła wszystko i przyjechała. Wzruszyłam się… Czyż to nie jest lekarz z prawdziwego zdarzenia? Z położną ustaliłyśmy plan – kazała mi chodzić pod prysznic na 30 min co 1,5 godziny. Pod prysznicem skurcze były coraz silniejsze. Koło południa zbadała mnie i miałam 6 cm rozwarcia, ale główka źle wstawiła się w kanał. Miałam położyć się na godzinę na lewym boku (tam gdzie znajdował się grzbiet dziecka) i przy każdym skurczu prawą nogę zgiętą w kolanie unosić mocno do góry. Zaczęły się regularne skurcze co 5 minut. Zauważyłam jednak, że w miedzy czasie gdy szłam do toalety (organizm od rana się oczyszczał) skurcze znacznie się nasilały i były częściej. Po godzinie ustaliłyśmy z położną, że mam iść chodzić po schodach przez 30 min. I tam się zaczęło. Skurcze były co 3…2 … aż w końcu co 1 min. Po badaniu było luźne 7 cm i zapadła decyzja – idziemy na porodówkę.

Poszłyśmy do przytulnego pokoiku, gdzie było przygaszone światło i w tle leciała cicho muzyka. Wiedziałam od Pani Wiesi, że mój poród po 2 cc będzie musiał wyglądać inaczej niż „normalny” poród naturalny. Podłączyła mnie pod KTG i stale miałam monitorowane tętno dziecka. Powiedziała też, że zrobi wszystko co może, by jak najbardziej przyspieszyć poród i nie obciążać macicy skurczami. Dostałam gazik nasiąknięty oksytocyną i polecenie, że mam go cały czas trzymać pod nosem i wdychać, by nie osłabić skurczów. Znów leżałam na lewym boku i przy każdym skurczu musiałam dociągać zgiętą w kolanie prawą nogę do góry, by pomóc córci dobrze wejść w kanał rodny. Cały czas zastanawiałam się kiedy będzie ten kryzys 7. cm ale niczego takiego nie miałam. Ból był coraz mocniejszy. Pamiętam tylko smsy od mojego męża, Moniki i słowa wsparcia od Kasi O. z grupy (dziękuję!). Później już nie byłam w stanie wyciągnąć telefonu spod poduszki. Przy 8 cm położna podjęła decyzję, że przebije pęcherz płodowy ale w tym momencie praktycznie sam pękł. Po chwili było 9 cm i ból nie do opisania (i tu dopadł mnie kryzys ale 9. cm). Pani Wiesia powiedziała, że muszę przejść do sali obok i wejść na krzesło porodowe (tam czekał już lekarz i dwie młode położne do pomocy). Jakoś dałam radę i wtedy zaczął się nieziemski ból przy każdym skurczu, a dodatkowo położna kazała mi unosić nogi i opierać na drążek, który był zamontowany nade mną. To już było za dużo, ale resztką sił wykonywałam każde polecenie Pani Wiesi, bo ufałam Jej bezgranicznie. Czekałam tylko kiedy będzie te magiczne 10 cm. KTG pokazywało, że z córcią jest wszystko ok.

Nagle dostałam skurczy partych. Krzyczałam, że muszę przeć, ale Pani Wiesia krzyczała jeszcze głośniej, że teraz jeszcze nie mogę. Wiedziałam, że muszę posłuchać bo popękam ale powstrzymanie się przed parciem było bardzo trudne. Nagle usłyszałam, że teraz mogę już przeć. Wreszcie się doczekałam! Przy skurczu lekarz dociskał mi bliznę dłonią, żeby nie pękła (polecenie Pani Wiesi!). Parłam raz na skurczu ale czułam, że coś jest nie tak. Główka wyszła do połowy i się cofnęła. Pani Wiesia szybko zaleciła podłączenie oksytocyny a Ja usłyszałam, że tętno mojej córeczki zwolniło (spadło do 80). Zaczęła się szybka akcja. Pani Wiesia kazała mi się obrócić na lewy bok. Prawą nogę wyprostowaną do góry zaprzeć na drążku wysoko a lewą zgiętą w kolanie położne odciągnęły z całych sił w lewą stronę. Myślałam, że zaraz zrobię szpagat. Ale skurcz nie nadchodził. I wtedy padła decyzja od położnej, że mam przeć bez skurczu z całych sił. Wiedziałam, że muszę zrobić wszystko by ratować moje dziecko! Zaczęłam przeć z jakąś nieziemską siłą, która nie wiem skąd naglę się we mnie wzięła i za jednym razem wyparłam całą moją kochaną córeczkę 4280 g na świat.

Pani Wiesia położyła mi Ją na brzuchu i szybko zaczęła odwijać pępowinę z nóżki, brzuszka, rączki i z szyi, którą miała owiniętą podwójnie!!! Nagle zrobiło się zamieszanie. Pojawiło się mnóstwo ludzi i zabrali malutką do pomieszczenia obok. Zostałam sama na fotelu porodowym i czułam się jakby świat się zatrzymał – wyrwano mi z brzucha cząstkę mnie i nastała cisza i pustka, której nigdy nie zapomnę… Czekałam na dźwięk płaczu mojej córeczki ale niczego nie było słychać… Podeszła do mnie młoda położna i zapytałam co z moim dzieckiem a Ona powiedziała, że nie wie, ale wszystko będzie dobrze. Przez szybkę widziałam personel otaczający małe ciałko mojej córeńki i nagle usłyszałam tak wyczekiwany i wytęskniony cichutki Jej płacz. Popłakałam się. Nigdy nie zapomnę tej chwili, która dla mnie trwała wieczność! Pani Wiesia wróciła i powiedziała, że Malutka Anastazja dostała tylko 1 punkt Apgar w pierwszej minucie (w piątej – decydującej minucie- miała już 8 punktów a w 10. – 9 punktów) ale już jest z Nią dobrze. Napędziła Nam stracha ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Pielęgniarka pokazała mi Ją na chwilkę, ucałowałam Ją i zanieśli Ją do inkubatora na noc. Pani Wiesia delikatnie wyjęła łożysko i powiedziała, że mam tylko mikrootarcia, więc mogę przejść na łóżko poporodowe. Byłam zdziwiona, że to już po wszystkim i że nie będzie żadnego szycia. Po dwóch godzinach zjadłam kanapki z kolacji i poszłam się wykąpać. Pani Wiesia poszła ze mną do Anastazji a potem zaprowadziła mnie do sali, w której czekała już na mnie Monika z Apolonią.

I tak oto 7 grudnia 2017 r. w szpitalu w Pyskowicach o godzinie 18:33 po dwóch cc, siłami natury urodziłam córeczkę Anastazję 4280 g i 60 cm SZCZĘŚCIA! Gdybym mogła zmienić coś w moim porodzie to zmieniłabym jedynie to, aby mój kochany mąż mógł być ze mną. Bardzo brakowało mi Jego obecności! Ale jestem wdzięczna, że na mojej drodze spotkałam cudownych ludzi i tą wspaniała Grupę Wsparcia. DZIĘKUJĘ!!!

Długo oczekiwana Walentynka (Niemcy)

43,5 h po odplynieciu wod plodowych – tyle kazala na siebie czekac córeczka Anity, urodzona VBAC w Walentynki tego roku.

Zacznę od tego, iż pierwsza ciąża zakończyła się cc ze względu na wysokie ciśnienie 160/100. Moja waga w 37 tygodniu ciąży – 30 kg na plusie. Nabierałam wody 1 kg na dobę. Podawaną miałam oxytocynę 3 razy pod rząd przez 3 dni. Za 3cim razem tętno małego na ktg poszybowało ze 150 na 60 i nadal spadało. Położyli mnie na stół w szybkim tempie i mój synek pojawił się na świecie  po 10 minutach. Z wagą 2630 i 51 cm.

Druga ciąża od początku zupełnie inna . Zero komplikacji, energii za 10ciu.

12 stego lutego o godzinie 4 rano zaczęły odchodzić mi wody. O godzinie 18 pojechaliśmy z mężem do szpitala. Mieszkam w DE okolice Hannover. Zatrzymali mnie w szpitalu. Decyzja o indukcji naturalnie (preparat homeopatyczny, chodzenie), bo na ktg skurcze się pisały.

13 lutego o 7 rano żel (żel z prostagladynami – przyp.red.). O godzinie 10 kontrola: bóle są mega, ale szyjka zamknięta i twarda. O 14 kolejna dawka żelu. Szyjka nadal zamknięta na kontroli o 21, ale skurcze dają się we znaki. O 7 rano w Walentynki 3 dawka żelu – skurcze bolą już bardzo, aż krzyczę. O 13 masaż szyjki, bo nadal zamknięta. O 14 otwarta ale 2 cm  O 17 – 5 cm.  Poprosilam o PDA  i dostałam oxytocynę. I tutaj zaczynają się schody.

Mała traci tętno. Robią od 18 do 21.30 am badanie krwi wloaniczkowej z glowki plodu ( 6 razy), aby sprawdzać czy mała jest dotleniona i wyłączają o 20 PDA. I kolejny masaż szyjki bo rozwarcie 8 cm.

O 22 jest prawie 10 cm. Półtorej godziny skurcze parte. Z 20 razy parłam, nie miałam już siły.

14 luty 2018, godzina 23.36: VBAC!!! Kilka szwów mamy ale udało się .

FB_IMG_1522340672708

P.S. Nikt nie namawiał na cc, dokumenty podpisane, żeby w razie czego nie robić tego na ostatnią chwilę. Cudowna położna Pani Wiesława cały czas mnie wspierała – cudowna kobieta. Taka nasza historia .

„To my się będziemy tłumaczyć” – próba porodu w Lublinie

Jakiś czas temu otrzymałam maila z niedokończoną historią, prośbą o poradę i / lub namiar na lekarza wspierającego VBAC. Autorka owej korespondencji, Agnieszka, wyraziła chęć opublikowania poniższych treści na stronie naturalniepocesarce.pl. To opowieść, w której nadzieja i determinacja miesza się z obawami i lękiem – nie tylko po stronie przyszłych rodziców, ale także po stronie położników, którzy praktykują swój zawód czując nad sobą coraz wyraźniejsze widmo prokuratora i sali sądowej. Historia zaczynała się tak:

VBAC po terminie, duże dziecko
 
Trafiłam na bardzo fajny szpital w Lublinie, Wojewódzki na Kraśnickiej. Nikogo nie znałam w tym szpitalu. Myślałam, że będę musiała stoczyć bitwę o VBAC i miło się zdziwiłam:) Każdy uśmiechnięty, (może żadne hip hip hurra vbac, ale też nikt nie miał z tym problemu), a przynajmniej nikt mi o tym nie mówi, jak również nikt mnie nie próbował zrazić do tego pomysłu.
 
Na USG przy przyjęciu wyszło 4300+/- 600. Lekarz, z którym miałam pierwszy kontakt wyjaśnił mi ryzyko VBAC, ale odrazu też zapewnił, że nie zamierza mnie zrażać i abym się spokojnie zastanowiła i dała mu decyzję potem, na co ja, że jestem zdecydowana na VBAC. 
Bez problemu, ale z jednym warunkiem, że nie będziemy indukować porodu.
 
No i tak leżę od niedzieli na oddziale, termin porodu z USG miałam na poniedziałek. Leżę  na sali przedporodowej, koło mnie przewijają się dziewczyny, którym albo wszystko idzie naturalnie albo jest poród indukowany balonikiem, jak nie pomoże to oksytocyną. A potem słyszę przez ścianę jak dzielnie walczą i krzyczą. Jeden z lekarzy zapytał czy się nie zraziłam jeszcze tymi krzykami. Odpowiedziałam, pewnie dość naiwnie, że im zazdroszczę. 
Próbuję wywołać poród naturalnie, tańczę po korytarzu, chodzę w tę i wewtę masując brodawki. Raz nawet męża zaciągnęłam pod szpitalny prysznic:) Mało romantycznie, ale jestem już zdesperowana. Nie wspomnę o moich wszystkich modlitwach i codziennej nadziei, że to może dzisiaj ten wielki dzień.
 
I niestety od niedzieli słyszę, że nic się nie zmienia: szyjka skrócona, ale twarda i zamknięta (nawet opuszek palca się nie zmieści), z tego co zrozumiałam skierowana ku tyłowi.
Dzisiaj (środa) lekarz po badaniu powiedział mi, że stan jest identyczny jak wczoraj:( i że możemy poczekać do końca tygodnia (czyli pewnie do piątku), ale że dziecko rośnie i coraz to bardziej niebezpieczne.
 
Z jednej strony jestem wdzięczna, że aż tyle dni na mnie poczekają, z drugiej nie mam podstaw medycznych aby całą sytuację ocenić. Będę 4/5 dni po terminie z potencjalnie dużym dzieckiem. Może za bardzo się zafiksowałam na VBAC i powinnam się zgodzić na CC w piątek/sobotę dla dobra maluszka i mojego? Z drugiej strony moja rekonwalescencja po poprzednim CC była traumatyczne, przeraża mnie przechodzenie przez to jeszcze raz, a wiem, że w przyszłości chciałabym mieć jeszcze jedno dziecko.
 
Pewnie muszę urodzić, aby dokończyć tą historię, ale zaczęłam się z mężem zastanawiać, czy faktycznie powinniśmy odpuścić, czy może jest jakiś doświadczony specjalista od VBAC, który mógłby ze mną i mężem realnie bez uprzedzeń ocenić nasze opcje i coś doradzić nawet telefonicznie, włącznie z możliwością zmiany szpitala. Rozważyłabym nawet szpital poza Lublinem, chociaż też się zastanawiam czy taki transport nie byłby zbyt ryzykowny. Jak również poważnie rozważamy poddanie się pod nóż CC jeżeli tak trzeba.
VBAC_2 polski

Maila od Agnieszki odczytałam niestety dopiero 2 tygodnie po jego wysłaniu przez autorkę, kiedy historia porodowa doczekała się już swego finału. Oto jak sprawa się potoczyła…

Do piątku niestety nie zaczęłam rodzić naturalnie, ale zaczęłam zauważać w swoim organizmie pozytywne zmiany, delikatne skurcze nieregularne (wcześniej miałam takie tylko od stymulacji brodawek), poprzedniego dnia usłyszałam, że obniżył mi się brzuch – pomyślałam, że to wszystko obiecujące, jednak od lekarza usłyszałam, że dalej brak rozwarcia oraz, że już powinno się zakończyć ciążę przez CC. Powiedziałam, że muszę się zastanowić – „tak, rozumiem, ale proszę szybko, cc odbędzie się praktycznie od razu”.

 
W internecie na szybko wyszukałam numer telefonu położnej z innego szpitala, która się reklamowała w internecie jako zwolenniczka naturalnych porodów. Oddzwoniła do mnie po pół godziny, całe szczęście, bo potrzebowałam jeszcze jakiejś opinii. Jak z nią zaczęłam rozmawiać, to coś we mnie pękło, zaczęłam jej płakać w słuchawkę, już tak się we mnie emocje nagromadziły, a ja po tak długim czekaniu trochę się zafiksowałam już na poród naturalny, dodatkowo poprzednią rekonwalescencję po pierwszej cc wspominałam traumatycznie. Pani położna odradzała mi wypisywanie się ze szpitala a jednocześnie poradziła mi, aby lekarza grzecznie poprosić o poczekanie do poniedziałku. Ta rozmowa bardzo mnie uspokoiła, bo poczułam, że to mój wybór i nie jest to jakaś straszna rzecz jeszcze dwa-trzy dni poczekać.

Niestety, jak poprosiłam lekarza o poczekanie do poniedziałku, powiedział, że musi się skonsultować z ordynatorem. A od pana ordynatora usłyszałam „ponieważ to my się będziemy tłumaczyć, to albo dzisiaj zakończymy ciążę przez cc, albo powinnam poszukać innego szpitala, w którym mnie przekonają”.

Byłam w szoku, ale już byłam upewniona, że chcę spróbować naturalnie, więc spytałam jak to powinno wyglądać: „Powinna się pani wypisać na własne żądanie”.
No ok, już podjęłam decyzję, więc od razu zakomunikowałam, że się wypisuję. Było mi łatwiej, ponieważ koło mnie leżała dziewczyna, której mąż mi uświadomił dwie rzeczy:
1. Ten szpital to fabryka, że zależy  im aby jak najwięcej porodów było, a nie że ktoś im łóżko przez tydzień zajmuje
2. Data porodu to kwestia bardzo statystyczna, która nie uwzględnia każdej kobiety indywidualnie. Dodatkowo to x-lat temu w szpitalach było nastawienie na sn, i jak kobieta przyjechała rodzić po cc, to nie było oczywiste, że druga też będzie cc. I dzieci się też rodziły. Co ciekawe starsze położne jakoś nie były przerażone tym że chcę sn po cc. To bardziej był opór po stronie lekarzy i młodszych położnych.
 
Wracając do mojej historii to jeszcze na koniec położne zrobiły mi KTG, na którym te nieregularne skurcze było widać – wypisywała mnie bardzo sympatyczna doświadczona położna, która była bardzo życzliwa i poradziła, abym nie bała się wrócić z silniejszymi skurczami.
A ja zadzwoniłam po męża i wróciłam do domu.
pic_259
To był strzał w dziesiątkę, w końcu poczułam się bezpiecznie w domu, porządny seks na koniec dnia, na sen jeszcze zaaplikowałam sobie wiesiołek dopochwowo i z rana miałam delikatną krew na wkładce (prawdopodobnie czop śluzowy) oraz pojawiły się rzadkie, ale regularne skurcze. Trochę strach jechać do szpitala bez rozkręconej akcji porodowej, dla osoby której zależy na sn, ale trzeba przecież tą krew skontrolować, czy to na pewno nic groźnego.  Pojechaliśmy do szpitala na Staszica, okazało się że to czop śluzowy, natomiast w Staszicu nie było już miejsc (potem dowiedzieliśmy się, że łatwiej o trafienie 6 w lotto niż dostanie się do tego szpitala na poród). Powiedzieli nam że powinniśmy jechać na Lubartowską lub do Świdnika. Poczytaliśmy o obu szpitalach na gdzierodzić.info. Na Lubartowskiej podobno są nastawieni na sn, ale jest jakiś lekarz, który stosuje chwyt Kristerllera, więc zdecydowaliśmy się na Świdnik.
Jeszcze akcja porodowa się nie rozkręciła, więc postanowiliśmy poczekać aż skurcze będą częstsze w domu. No cóż, jak się rozkręciły skurcze, to pojechaliśmy do tego nieszczęsnego Świdnika, gdzie na miejscu dowiedzieliśmy się, że nie mają miejsc. Naprawdę już miałam częste skurcze. Ale pan doktor stwierdził że „gwałtu to tu nie ma i rozwarcie na opuszek palca” i czy pojedziemy własnym autem na Lubartowską czy karetką, ale wezwanie karetki trochę zajmie. No to pojechaliśmy autem. 20 minut potem byliśmy w szpitalu, lekarz, który mnie przyjął, stwierdził, że przeze mnie to pójdą do więzienia, że chcę sn po cc, bo dziecko za duże, a przerwa tylko 2 lata.
 
Zadzwonił do innego położnika i mówi, że chyba będą ciąć, jednak po chwili zmienił ton przez telefon i powiedział, „dobrze, to pomierzę”. Na USG nic nowego, dziecko duże, ale powiedział, że rozwarcie też już bardzo ładne (a to ciekawe, że w ciągu pół godziny doszłam do pełnego rozwarcia z opuszka paca- chyba naprawdę chcieli się mnie pozbyć z tego Świdnika). Powiedział, że na górze jest bardziej doświadczony położnik i on mnie jeszcze obejrzy. Pojechaliśmy na górę (co chwilę przerwa na skurcz). Podłączyli mnie do KTG, a jedna pani położna (widać, że doświadczona) zbadała mnie dopochwowo. Była też młodsza druga, która była bardzo życzliwa, chwaliła mnie że sama doszłam do takiego rozwarcia (miła odmiana, dla mojego już mocno zszarganego samopoczucia). Pierwsza położna powiedziała „odbija się jak piłeczka, moim zdaniem nie ma sensu…” Przyszedł ginekolog, chwilę porozmawiał z położną i podchodzi do mnie „Ze względu na to że dziecko jest duże, zalecamy zakończenie ciąży przez CC”. No cóż, tym razem naprawdę czułam, że potraktowali mnie poważnie, że zaszłam daleko i lekarze poważnie rozważali sn, ale faktycznie dziecko nie wstawiło się w kanał rodny, więc było mi już łatwiej zaakceptować cc.
pobrane
Podsumowując mimo wszystko miałam trochę poczucie porażki, ale tłumaczę sobie, że samo to, że mój organizm przeszedł przez tą pierwszą fazę porodu to już jest super. Dodatkowo córcia faktycznie była duża 4,350 g. Na pocieszenie, tym razem rekonwalescencja po cc była bardzo krótka.
Chociaż, pozostają takie myśli, czy jakbym nie była w przeświadczeniu, że muszę ze walczyć  z „system” i „rutyną” lekarską, czy jakbym od początku porodu była w szpitalu, ale otoczona troskliwą i doświadczoną opieką położnych, to może by się udało sn.
Z perspektywy czasu, żałuję, że późno zainteresowałam się tematem i tak późno trafiłam na to forum. Może zaplanowałabym sobie poród inaczej… oraz w innym szpitalu, który na doświadczenie i jest pro VBAC.
Jako anegdotę tylko sobie jeszcze pomarudzę w ostatnich zdaniach na ten nasz szpitalny system : zapadła decyzja o cc, ja mam skurcze baaardzo bolesne dosłownie co chwila, a tu słyszę jak jedna położna mówi do drugiej, że muszą jeszcze mnie potrzymać na KTG bo jak nie wyrobię minut, to im nie zapłacą! Zgroza!

Poród pochwowy po uprzednim cc – wywiad z lekarzem

Poniżej przedstawiam link do wartego uwagi wywiadu nt. VBAC z doświadczonym lekarzem ginekologiem-położnikiem.

– Jaka jest najlepsza metoda indukcji porodu u kobiet, które przebyły cięcie cesarskie?

– Co to jest ciągłe monitorowanie stanu płodu i dlaczego jest zalecane podczas VBAC?

– Czy należy oceniać grubość blizny po cc i na tej podstawie kwalifikować do VBAC?

– Czy rodzaj szycia ma wpływ na ryzyko związane z VBAC?

– Jak nacina się macicę podczas kolejnego cc?

– Czy powinno się stosować żele przeciwzrostowe podczsa cc?

Na te i inne pytania odpowiada  dr hab. n. med. Wiesław Markwitz prof. UM, z Katedry Perinatologii i Ginekologii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

Znalezione obrazy dla zapytania wiesław markwitz

https://barbaraforczek.wixsite.com/fizjoterapia-forczek/single-post/2018/02/14/Por%C3%B3d-pochwowy-po-uprzednim-cc

 

Warto posłuchać także prelekcji tego lekarza opublikowanej na stronie Medycyna Praktyczna:

https://www.mp.pl/ginekologia/wideo/168452,porod-po-cieciu-cesarskim

Marzenia się spełniają (Poznań)

Zwężona miednica, historia niewspółmierności porodowej i VBAC? Już niejedna historia pokazała, że jest to możliwe. Udało się to również Agacie, bohaterce dzisiejszej historii. Udało się dzięki mądrości natury, która zadziałała, mimo, że dano jej na zainicjowanie porodu bardzo mało czasu, dzięki sile i wytrwałości Dzielnej Mamy i mądremu wsparciu młodej lekarki. Udało się, mimo marnego wsparcia ze strony położnej. Marzenia się spełniają – czasem nawet gdy mają troszkę pod górkę!

Znalezione obrazy dla zapytania dreams come true

Moja historia zaczęła się 24. lutego 2016r., kiedy o 5:05, 5 dni przed terminem na świat przyszła przez cesarskie cięcie moja córeczka. Poród rozpoczęło niespodziewane odejście wód płodowych. Podbrzusze pobolewało mnie od 2 dni. W szpitalu rozwarcie 2 cm i delikatne skurcze. Szacowana waga dziecka 3010g. Nic nie wskazywało, że coś pójdzie nie tak… A jednak. Akcja porodowa zatrzymała się, po otrzymaniu znieczulenia, przy rozwarciu 5 cm. Nie pomogła oksytocyna. 2 godziny oczekiwania w okropnym bólu na cesarskie cięcie. Powód – niewspółmierność porodowa, tzn. zbyt wąska miednica. Waga dziecka 3280g. Dodatkowo dziecko wstawiało się twarzyczką, zamiast główką w kanał rodny. Co czułam po? Ogromne rozczarowanie porodem i cierpienie. Jedynie zdrowa i śliczna córeczka pomogła mi się pozbierać…

Po 11 miesiącach znów widzę dwie kreski na teście… Ciąża jak najbardziej planowana. Wielka radość przeplata się z obawą jak dam sobie radę z małym dzieckiem, będąc w ciąży. Ciążą przebiega książkowo, bez wspomagania lekami i suplementami. Do połowy ciąży w ogóle nie myślę o porodzie. Przeprowadzamy się do nowego domu, zajmuję się córeczką, są wakacje. Mój nowy lekarz długo zwleka z wypowiadaniem się odnośnie rodzaju porodu. Twierdzi, że to za wcześnie, nie znamy ostatecznego ułożenia i masy płodu. Podświadomie liczę się z ponowną cesarką. Około 34 tc trafiam na stronę Naturalniepocesarce i zaczynam czytać historie VABAC-ów. Analizuję mój pierwszy poród, konsultuję z położną, która przy nim była. Próbuję znaleźć potwierdzenie, że tym razem się uda. Niestety jest zbyt wiele niewiadomych…

Pogodziłam się z myślą o cesarce, dostaję skierowanie do szpitala na 6. listopada (39 tc). Ustalam z moim lekarzem, że jeżeli akcja porodowa nie zacznie się przed tą datą, będzie cięcie. Przy mojej budowie miednicy nie mam szans urodzić dziecka większego od poprzedniego. Postanawiam zdać się na zespół lekarzy, na który trafię i… cud. Staram się wywołać poród przez seks i masaż brodawek. W nocy z piątku na sobotę (37tc + 6d) o 4:20 budzą mnie pierwsze skurcze. Powtarzają się w nieregularnych odstępach ale są dość częste – około 5 na godzinę. Nie mogę dalej spać, ale zostaję w łóżku do 7:00 żeby nie budzić męża i córki. Biorę kąpiel, ale skurcze nie ustępują. W ciągu dnia przybierają na sile. Czułam, że się zaczyna ale nie chciałam za wcześnie jechać do szpitala. W południe wysyłam męża po zakupy, córka poszła na drzemkę, ja też się kładę żeby zebrać trochę sił. Gdy wstaję po godzinie, skurcze znikają a ja płaczę do męża, że to pewnie był fałszywy alarm. Zaczynam sprzątać, skakać na piłce, skurcze wracają dość regularne i częste. Po obiedzie dzwonimy po teściów – naszej opieki dla córki. Czekamy a z pokoju córeczki dochodzą słowa piosenki Majki Jeżowskiej „Marzenia się spełniają”.

Dojazd z innego miasta zajmuje im 2,5h. Około 19:00 jedziemy z mężem do szpitala. Skurcze są już dokuczliwe. Pierwsze badanie: szyjka zgładzona, rozwarcie 4 cm. Pani doktor patrząc na moją budowę mówi, że będzie ciężko urodzić naturalnie. Pamiętam jej słowa:  „te kobiety, które mogą rodzić, nie chcą, a te, które chcą, nie mogą”. Będzie cesarka – myślę – ale przynajmniej nie „na sucho”.

Poznaję położną, która ze mną urodzi – Pani Lidia. Ona również nie nastawia się na poród siłami natury. Mówi, że wczoraj była taka jedna, co się uparła na poród naturalny a skończyło się cesarką i że „na szczęście to lekarze podejmują decyzje nt. porodu a nie my” [Jako redakcja pragniemy w tym miejscu z całą stanowczością zaprotestować przeciwko prezentowanemu w powyższym zdaniu położnej podejściu. To KOBIETA RODZĄCA, a nie lekarz czy ktokolwiek inny, podejmuje ostateczną DECYZJĘ nt. porodu. Lekarz decyduje o tym czy i jaki rodzaj interwencji w poród (np. cięcie cesarskie) w danej sytuacji zaproponować / zalecić. Kobieta zaś decyduje czy propozycję / zalecenie lekarza przyjąć czy odrzucić (ustawowe prawo do świadomej zgody lub odmowy!!!)]

Zrezygnowana zdałam się na zdanie lekarzy. Nie chciałam porodu siłami natury za wszelką cenę, narażając zdrowie i życie dziecka i swoje. Chciałam spróbować urodzić, gdy są na to realne szanse. USG wykazało masę płodu 3400g. Wymiar miednicy 16 (cokolwiek to znaczy). Młoda, atrakcyjna lekarka bada mnie na fotelu i stwierdza, że rozwarcie 5 cm, a dziecko ładnie się wstawia. Dzwoni do lekarza kierującego i oboje decydują o przebiciu pęcherza płodowego. Zgadzam się, pod warunkiem otrzymania znieczulenia.

Przechodzimy do sali porodowej, gdzie czeka na mnie zdenerwowany mąż. Jest on w stałym kontakcie z moim lekarzem prowadzącym ciąże, gdyż poinformowałam go, że zaczęłam rodzić. Gdy młoda pani doktor przebija pęcherz czuję falę zwątpienia. Tylko ona i lekarz kierujący wierzyli, że może się udać. Cała reszta patrzyła na rozwój wydarzeń. Tak bardzo się wtedy bałam… Spytałam położną czy dobrze zrobiłam. Nie odpowiedziała nic… Po otrzymaniu znieczulenia tracę trzeźwość umysłu. Może i lepiej. Staram się nie spać, pamiętając, że sen zarówno dziś, jak i podczas pierwszego porodu wyciszył skurcze, które przecież prowadzą mnie w objęcia mojego synka. Ważne, że już tak nie boli. Po 20 min wchodzi doktor kierujący, bada i mówi, że rozwarcie 8 cm. Niedługo potem jest już pełne rozwarcie a znieczulenie słabnie. Pani Lidka karze przyjąć pozycję na prawym boku z nogą uniesioną by dziecko mogło się dobrze ułożyć. Mąż pomaga, bo ja z bólu nie jestem w stanie jej ruszyć. Przychodzi druga lekarka. Pojawiają się skurcze parte, bardziej znośne niż te powodujące rozwarcie.

Położna i lekarki dziwią się, że mam tyle sił przeć, chwalą, że dobrze to robię. Pani Lidka mówi, że teraz już nie mam wyjścia, muszę urodzić i że właśnie spełniam swoje marzenie. Jej słowa ogromnie mnie zmotywowały. Niestety jedna z kości miednicy przeszkadza dziecku przyjść na świat. Lekarze decydują, że urodzę z pomocą vaccum. Po chwili tuliłam mojego synka a dumny mąż przecinał pępowinę. 28. października, w imieniny Tadeusza, o 23:44 urodził się Bartosz 3160g i 52 cm. Jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia! Byłam przeszczęśliwa i bardzo z siebie dumna, że tego dokonałam. Podziękowałam personelowi, a najbardziej młodej lekarce, która pierwsza we mnie uwierzyła. Na co ona przyznała, że jestem odważna. Odwaga, upór i CUD sprawił, że naprawdę było warto! Walczyłam do samego końca, jak to ujęła koleżanka z pokoju ze szpitala, jak lwica.

Nierozpakowane mamy uwierzcie w swoje możliwości! Ja też wątpiłam… Dziękuję za wpisy na naturalniepocesarce.pl  Gdyby nie one, nie miałabym tak pięknego porodu. Marzenia się jednak spełniają…

EKSPRESOWY VBAC – październik 2017 (Głubczyce)

Brak postępu porodu…

… dziś jedno z najczęstszych wskazań do cięcia cesarskiego.

…. worek, do którego często wrzuca się wiele różnych sytuacji porodowych (m.in. problemy z rozwieraniem szyjki macicy, nieudane indukcje, zatrzymanie postępu porodu (z różnych powodów, w tym emocjonalnych i nieprawidłowego prowadzenia porodu), nieprawidłowe wstawianie się główki w II okresie porodu, etc.).

… nie rzadko stygmat, który w kolejnej ciąży skutkuje wyrokowaniem „jeśli poprzednio nie było postępu, to teraz też nie będzie”.

Ania, autorka dzisiejszej historii, miała szczęście trafić na położne i lekarzy, którzy powyższego argumentu nie wysuwali – przeciwnie wspierali ją. A natura zrobiła resztę:)

baby_foot_black_and_white

Oto moja historia – będzie krótka i zwięzła, taka jak mój VBAC.

Pierwszy poród 2014, z powodu braku postępu porodu zdecydowano o cc. Początek porodu przebiegał bardzo sprawnie i szybko, w 37 tyg. odeszły mi wody, po około 4-5 godzinach miałam już pełne rozwarcie, ale po godzinie skurczy partych zdecydowano o cc, gdyż główka nie schodziła w dół a ból było ogromny. Nie miałam do nikogo żalu o podjęciu takiej decyzji, ale czułam straszny niedosyt, że było tak blisko rozwiązania i się nie udało. Po cesarskim cięciu dość szybko doszłam do siebie, jednak psychicznie długo godziłam się z tym, że nie urodziłam sama.

Od razu wiedziałam, że drugie dziecko będę chciała urodzić naturalnie. W zasadzie dopóki nie weszłam na stronę naturalniepocesarce.pl, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że poród siłami natury po cc to niemalże fanaberia. Ja nie spotkałam się z negatywnym podejściem ani lekarzy, ani położnych. Jedynie co, to mój lekarz prowadzący powiedział, że jego obowiązkiem jest poinformowanie mnie o ewentualnych konsekwencjach takiej decyzji, ale jeśli jestem ich świadoma, to on nie widzi przeciwwskazań, żeby próbować. Byłam pewna, że tak właśnie chce rodzić.

Portal naturalniepocesarce.pl tylko upewnił mnie w tym przekonaniu. Urzekły mnie historie dziewczyn, które zdecydowałay się na vbac, chłonęłam je każdego dnia, coraz bardziej pragnąc vbac.

Druga ciąża 2017 rok, więc trzy lata po cc. Jako że pierwszy poród zaczął się 3 tygodnie wcześniej, liczyłam że i tym razem tak będzie, tym bardziej, że od 32 tygodnia zagrażał mi poród przedwczesny, pobyt w szpitalu i mnóstwo stresu. Jednak 37 tydzień i nic, 38 i nic. W 39 tygodniu wieczorem odeszły mi wody i od razu złapały skurcze. Jednak stwierdziłam, że mam jeszcze troszkę czasu. Wody były czyste, więc nie uważałam, że należy pędzić do szpitala, ale po 15 minutach skurcze były praktycznie co chwile. Miałam już problem z dojściem do auta i na izbę przyjęć, na szczęście do szpitala miałam 5 minut. Na izbie przyjęć zaczęły łapać mnie skurcze parte. Kiedy trafiłam na oddział położna nie mogła uwierzyć, że mam 8 cm rozwarcia, podobnie zresztą jak ja. Po kolejnych 10 minutach było pełne rozwarcie.

Jako, że przy pierwszym porodzie nie do końca słuchałam położnych i tylko krzyczałam przy skurczach partych, tym razem postanowiłam sobie, że będę współpracować, słuchać i wykonywać ich polecenia i….. nie krzyczeć niepotrzebnie. I to była najlepsza decyzja. Skurcze parte trwały dokładnie 25 minut i na świecie pojawiła sie moja druga córeczka, 2750g, 55 cm. Poród przebiegł tak szybko, że mam wrażenie, że mi coś z niego umknęło. Nie czułam bólu, powiedziałbym nawet, że nie bolało, skupiłam się całą sobą na urodzeniu tego dziecka, na parciu, oddechu itp.

Cały mój poród od odejścia wód w domu do urodzenia mojej córki trwał 1,5 godzin, dlatego nazywam go ekspresowym;)

Chciałam powiedzieć (napisać), że vbac to była jedna z moich najlepszych decyzji. Niesamowitym uczuciem jest wydanie dziecka na świat. Człowiek jest dumny z siebie i pełen podziwu dla sił natury. To przeżycie nie do opisania. Jest to w pewien sposób surrealistyczne, że kobieta jest zdolna do takiego wysiłku a jednocześnie jest to bardzo naturalny proces, w którym to nasz organizm podpowiada nam co mamy robić.

Życzę każdej kobiecie, żeby miała taki poród jak ja, szybki, sprawnie poprowadzony (bo położne świetnie mnie wspierały i prowadziły) i zakończonym szczęśliwym rozwiązaniem.