Mój VBAC :) Urodziłam :) A jak rodzic, to w wielkim stylu :D (Gdynia)

Każdy poród jest inny. Więcej, porody mogą być diametralnie inne nawet u tej samej kobiety. Dzisiejsza historia jest między innymi o tym. Poznajcie Arletę i jej trzy piękne córeczki:

Moją historię zacznę od przybliżenia swoich wcześniejszych przeżyć.

Pierwszą córkę urodziłam siłami natury 9 lipca 2012 roku. Byłam w 37+1 dniu ciąży. Pierwszy skurcz o 11:00 rano, córcia urodzona o 00.20. Skurcze znośne do godziny 18:00, potem zapadła decyzja, głównie męża, że chyba już czas jechać na porodówkę – nie pomylił się. Tam bóle zaczęły się już tylko krzyżowe – bóle obezwładniające całe ciało. Nie byłam świadoma, głosy dochodziły do mnie w zwolnionym tempie, nie mogłam wypowiedzieć żadnego zdania, ani otworzyć oczu. Nie miałam żadnej przerwy w skurczach na porodówce. Żadnej. Pot i wykończenie. Tak to wspominam. A potem parcie, którego potrzeba powoli przychodziła z coraz to większą siłą. Że tak powiem – parły nawet moje włosy, ciężko było złapać oddech, bo wszystkie części kurczyły się mimowolnie. Parłam i parłam łącznie 40 minut. Wstąpiła już wtedy jednak we mnie moc i energia – zadziałała adrenalina. I udało się! Gdy tylko chwyciłam moją Córeczkę, otworzyłam w końcu oczy i nie mogłam uwierzyć, że tulę mój własny prawdziwy skarb, który miota się leciutko w maminych ramionach szukając ukojenia. Wtedy krzyknęłam: ” Ja chcę jeszcze raz!” – na prawdę!

Jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Jednak los zadecydował inaczej… Jakoś od 34 tygodnia drugiej ciąży zaczęłam martwić się, że córka leży miednicowo. Cwiczyłam, modliłam się, wizualizowałam, byłam pewna, że się obróci (starałam się być pewną w każdym bądź razie). No nic, niestety nie udało się.. W 40 tygodniu ciąży, dokładnie w 39+4 miałam umówioną wizytę w szpitalu na 19:00 z moim ginekologiem na KTG. Miałam od rana czasem skurcze. Żegnając się z córką czułam, że już nie wrócę przez kilka dni. Czułam, że to już. W szpitalu KTG wykazało owe skurcze, padła decyzja o zostawieniu mnie na oddziale. Nie muszę chyba dużo pisać – nadzieja o obróceniu się mojej córeczki skończyła się. Musiałam poddać się cesarce, której panicznie się bałam! Całą noc myślałam, mając jakieś skurcze, raz bardziej bolesne, innym razem mniej. Rano okazało się, że mam 5cm rozwarcia, więc akcja rozkręcała się ładnie. W pokoju zgromadziło się z 10 osób i każdy rozmyślał co ze mną zrobić. „A to waga dziecka trochę za duża na poród pośladkowy.” „A może jednak nie?” „A na czym Pani najbardziej zależy?” „A jakie jest ryzyko?” itd.. Milion myśli i głosów, ale jednak nie zdecydowałabym się rodzić tak ułożonego dziecka. Doktor po badaniu wyczuł „dwie przodujące małe części” – wciąż. Więc wzięli mnie na cc. Podczas operacji okazało się, że to nie przoduje pupa, tylko stopy, a przed nimi jest jeszcze pępowina w kanale. Pępowina była ogólnie okręcona wokół nóg – stąd pewnie niemożnośc obrócenia się mojego Skarbka. Muszę dodać, że oczywiście gdybym zaczęła rodzić naturalnie, to pierwsza wypadła by pępowina i akcja i tak zakończyłaby się cc, tylko że szybkim, ratującym życie w pośpiechu, ryzykownem. Na pierwszy krzyk musiałam trochę poczekać, bo dziecko było opite wodami. Ale ta melodia – to balsam dla moich uszu. I uczucie, dopiero wtedy, tak wielkiej miłości i chęci opieki. Łzy wzruszenia i pełna świadomość – tylko to było dobre przy cesarce.

We wrześniu 2015 roku musiałam mieć operację wyłuszczenia torbieli jajnika, razem z jego większą częścią – razem wycięto mi 19cm jakiegoś paskudztwa… Dowiedziałam się też, że cierpię na endometriozę – stąd wiecznie jakieś torbiele i bóle. Cięcie oczywiście jak cesarskie, a nawet dłuższe – laparotomia.

Nie dalej jak miesiąc później podejmuję się… sexu z mężem. Zabezpieczamy się! A w kolejnym miesiącu okazuje się, że mimo to… jestem znów w ciąży!

I tu dopiero przechodzę do sedna tegoż wywodu :)

Ciąża trochę inna od pozostałych, lżejsza w dolegliwościach ze strony układu pokarmowego, za to od początku owiana bólem – kręgosłupa, nóg, pachwin… strasznym. Oczywiście całą ciążę przeżywałam i myślałam w jaki sposób się ona zakończy. Znajduję lekarza pro VBAC, co nie jest u mnie w mieście ciężkie. Mój szpital jest bardzo pro VBAC, wręcz to narzuca;). Ale na nic się nie nastawiam, wiem, że wszystko przeżyję, kiedy muszę… Termin porodu jednak mija. Zaczynam panikowac na myśl o cesarce, chociaż pocieszam się też, że może najpierw wywołają. Tylko jak, skoro z oksytocyną ciężko w stanie po cc… Mijają 3 dni i biorę się sama za wywołanie – sprzątanie, chodzenie, wchodzenie, relax, sex, sex i jeszcze raz sex! Po sexie przez 3 noce z rzędu jakieś skurcze – około poł nocy, średnio bolesne.. W końcu piję małego łyka oleju rycynowego. Siedzę 3 razy na toalecie. Po jakimś czasie widzę kawałek czopa z nitkami krwi. Oho! Widziałam taki na ponad dobę przez skurczami w pierwszej ciąży! Pojawia sie ogromna nadzieja! Strach jest mniejszy.

Jestem w 40+6 dniu ciąży. Jutro mam się stawić w szpitalu. Jest 8:00 rano. Kolejno cały dzień jakieś skurcze, częstrze, rzadsze – przez jakiś czas co 5 minut, przez jakiś czas co 15. A za każdym razem w toalecie śluz z krwią, raczej o żywym kolorze. Dziewczynki moje starsze jak na złość nie chcą spać. Zasypiają dopiero o 23:00.. Wychodzę z pokoju i czuję silniejszy skurcz – taki, że nie da się iść, wykręca Ci ciało. Skurcze pojawiają się średnio co 8 minut. Smażę sobie pierożki. Chcę zjeśc pierożki – udaje mi się tylko dwa. Idę więc pod prysznic zaczynając myśleć, że to chyba jednak poród się zbliża. Skurcze nadal są, nie ustają, ale nie są też aż tak częste.. i takie jak miesiączkowe.. Jednak wykręcają mi ciało i ból promieniuje w stronę pochwy… I ta krew… Zgadzam się wiec, by lekko spanikowany mąż poszedł po dziadka, by ten został z córkami. Kiedy przychodzą daję mu instrukcje – co, jak i gdzie, gdyby córcie się obudziły i co rano, gdyby mąż nie zdążył wrócić.

Schodzimy do auta, wyruszamy w drogę o 00.10. Czekam na skurcz pół drogi, nie wiedząc czy to „to” czy jeszcze nie.. czy może surcze się całkiem wyciszą pod wpływem stresu.. Ciekawe co mnie czeka w tym szpitalu… co mi powiedzą, zadecydują… Pod szpitalem znów mam skurcz. Po nim mogę wstać i iść na izbę. Jest godzina 00.30. Babka w progu mówi, że nie ma miejsc, że dziś duży ruch, że może wyślą mnie gdzieś indziej.. Rzuca papiery i każe wypełnić, po czym bierze jedne, drze i narzeka, że w złym miejscu niepotrzebnie dodatkowo wypełniałam. Na skurczu mąż wypełnia za mnie. Wymieniamy się spojrzeniami i nie jesteśmy zadowoleni. Jakoś trochę tracę wiarę… Babka każe mi iść pod KTG, rozebrać się. Leżę tam chwilę, skurcz pisze się do +100. Tętno dziecka na nim w porządu – wszystko sama oceniłam. Babka wraca, zerka na zapis i bada mnie – w szoku mówi „O, kochana, Ty masz już spokojnie 8 cm, zaraz nam tu urodzisz”. 8cm! O mamuś! Marzyłam tak, by tu przyjść i mieć chociaż te 5 cm. A tu już 8! Babka biegnie zawołać położną. Biegnie! Ja w szoku, wstaję, proszę mojego by dał mi klapki i koszulkę. Przebieram się, każę mu resztę rzeczy schować. Położna dociera i pyta czy dam radę dojść do windy – jakieś 20 metrów.

– „No pewnie, czemu nie?!”

Więc idę spokojnie, nie czując NIC pomiędzy skurczami. W windzie po wejściu nadchodzi skurcz, opieram się i wyginam, położna masuje mi plecy i krzyczy do mojego męża, że musimy już szybko jechać, chyba, że mam urodzić w windzie. Mąż ociąga się z dojściem – miał problemy ze spakowaniem wszystkiego (kilka rzeczy… :D) Mówię, że już jestem przyzwyczajona, że mąż się nie śpieszy. Położna mówi, że teraz musi! Na 2 piętrze przyspiesza i każe mi od razu się kłaść na łóżko. Jest godzina 00.50. Jestem ogólnie zdziwiona tym tempem, bo cały czas podświadomie czekam na ten obezwładniający ból, który spotkał mnie podczas pierwszego porodu. A tu skurcze bólowo podobne do miesiączki, ktore od zawsze mam bardzo bolesne i już się chyba przyzwyczaiłam, że normalnie mi żyć nie dawały… A więc kładę się na to łóżko, położna bada mnie, chyba robi też masaż szyjki, na skurczu nie odczuwam tego jak ból. Słyszę:

– „Na kolejnym poprzesz”

– „Ale jak to? Już?!” – pytam

– „Nie, na kolejnym skurczu”

– „No rozumiem, ale ogólnie.. to już?!

Prę więc w najlepsze, chociaż nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby. Początkowo mi się to nie udaje, ale koncentruję się i daję z siebie wszystko. Krzyczę:

-„Ałaaaa”

bo czuję mocny rozpierający ból i szczypanie – faktycznie główka napiera.

-„Aaaaaaa”

Prę znowu z całych swoich sił, chociaż ból jest mocny, położne każą przeć raz mocniej, raz lżej, raz oddychać szybko – ciężko mi to myślami ogarnąć. Czuję, że mnie nacięły… I czuję w końcu, jak wyszła główka! Podnoszę więc dłoń, chcąc jej dotknąć, bo przecież było to moim niespełnionym marzeniem, a teraz jestem na tyle świadoma, że mam moc to zrobić.

Położna i mąż źle odczytują ten znak i myślą, że chcę tą ręką przeszkadzać, blokować (?), ale na szczęście szybko orientują się w moim zamiarze i całą dłonią dotykam tej maleńkiej śliskiej główki :). Prę więc poraz trzeci i już kilka sekund później trzymam w ramionach mój trzeci maleńki prawdziwy CUD! :) Jestem podekscytowana i nie mogę uwierzyć, w to, co się właśnie stało! Pępowina jest krótka, o czym informują mnie położne, także dziecko leży na moim brzuszku, a wyżej trafia po przecięciu przez męża pępowiny:) Jest godzina 01:04.

birth

Od razu ładnie mi się tam wszystko samo oczyszcza. Dziecko i mąż idą na badania. Do mnie przychodzi doktor, który od wewnątrz sprawdza stan mojej blizny po cc – czuję to, ale nie ma tragedii. Zaraz położna robi mi zastrzyk z jakimś antybiotykiem, pobiera krew, doktor wkłuwa znieczulenie i szyje mnie. Dwa ostatnie szwy normalnie czuję, jakbym żadnego znieczulenia nie miała. Położna mówi, że trzeba było naciąć, bo mój Robaczek rodził się z rączką przy główce.

Ale to wszystko jest nic, bo chwilę później znowu ściskam moje Maleństwo, karmimy się, dyskutujemy z mężem i nie możemy otrząsnąc się z głębokiego szoku:D

Córeczka jest piękna, ma jasne włoski, całkiem inne, niż jej starsze siostrzyczki, kiedy się urodziły 😉 Waży 3600 i mierzy 54 cm :) Dostaje 10 punktów, mimo, że wody, w których pływała były już zielonkawe. Na szczęście wszystko tak dobrze się skończyło!

baby

Jestem przeszczęśliwa i w szoku. Nie mogę wyjść z podziwu jak dwa porody naturalne tej samej kobiety mogą się tak skrajnie różnic między sobą. Cieszę się, że mogłam tego doświadczyć i nic z obaw się nie potwierdziło. A o wcześniejszą cesarkę nikt nie zdążył mnie nawet zapytac;) Ja też niczego od strony blizny nie czułam i nie czuję.

Cieszę się, że po porodzie mogłam od razu normalnie funkcjonować – chodzić, schylać się, siusiać, kucać, siadać, kłaść i zmieniać pozycję – to było dla mnie bardzo istotne. Aaa tam ból takiej rany, to nic strasznego 😉

Z jednej strony cieszę się też niesamowicie, że się nie namęczyłam, że udało mi się tak gładko i łątwo przez to przejść, ale i jest pewien hmm niedosyt – nie zdążyłam się w tą sytuację, w ten poród tak na dobre wkręcić, czuć go całą sobą, dogłębnie go przeżyć, wyczekiwać już na sali porodowej, marzyć o zakończeniu itd. No, może jestem trochę wariatką, skoro przychodzą mi do głowy takie myśli 😉 Mąż się ze mnie śmieje 😉

Pozdrawiamy !!

girls

Kolejny polski VBA2C! (Białystok)

Kochani! Coraz głośniej w naszym kraju o porodzie naturalnym po 2 cięciach cesarskich – temat zdecydowanie jest rozwojowy! Tym razem nie w Warszawie, a w stolicy Podlasia:) Do lektury zapraszam na stronę Vivat Poród:

http://www.vivatporod.pl/pl,szczesliwe_historie,ewa_i_liwia,1

keep-calm-and-vba2c-on

Nasz drugi VBAC #Hipnobirthing (Myślenice)

Harlow Carr (Aushouse) Harlow Carr with Lavender Hidcote BlueDzisiejszą historię można by zatytułować „siła spokoju i moc relaksacji”. To opowieść pachnąca różami i lawendą. Ale to także obraz zderzenia harmonijnej (choć nieprzewidywalnej) natury rodzenia z trudnymi realiami przeciętnego polskiego szpitala. W końcu to opowieść o tym, że świadoma i artykułująca głośno i pewnie swoje potrzeby matka, może w każdym szpitalu wiele uzyskać. Oto historia drugiego VBACu Edyty (relacja z jej pierwszego porodu sn po cc tutaj):

Madzia urodziła się 17.12. 2015. O godz. 9.35 3450g

Krotka historia: 1-szy syn wywolywany po terminie i cc, 2-gi syn Vbac, wiec oto historia naszego drugiego vbac. Myślałam ze bedzie tak jak przy srodkowym synku, skurcze przepowiadajace prawie tydzień… Dziś wspominam słowa mojej douli „Kazdy porod jest inny! ;)”

Beata przygotowywała mnie do porodu. Niby moje 3 dziecko, ale pierwszy poród w Polsce! Wszystko inne! Posiadanie ze soba osoby która wie co i jak dawało mi spokój psychiczny. Dużo rozmawiałyśmy o moich obawach, ale przede wszystkim Beata zafascynowała mnie hipnoporodem. Wskazała dobra drogę do relaksacji, wizualizacji, afirmacji, które wspaniale pomagają przy naturalnym porodzie. Zaczęłam niby późno, ale dużo ćwiczyłam:) Zdecydowałam się na użycie także aromaterapii. Przypadł mi do gustu olejek różany, a w moich wizualizacjach jestem w ogrodzie różanym, w różowej bańce 😉 Kupiłam też lawendowy, tak po prostu, nie wiem po co.

Zbliżającego się porodu nie zapowiadało nic. Miałam tylko Braxton-Hicksy, ale to u mnie norma od 8 miesiąca. We wtorek byłam jeszcze Żeromskim [szpital – przyp. red.] (Kraków), gdzie chciałam rodzić. Na ktg nie bylo żadnych skurczy, a usg pokazało ze główka jeszcze wysoko. Umówili mnie znów na ktg 23.12. Czyli w dniu terminu.

Środa sobie spoko minęła na gotowaniu itd…
O 2 rano w czwartek obudziła mnie chęć skorzystania z łazienki. Ale zdołałam siebie przekonać, że jednak aż tak mi się nie chce, by zostać w łóżku… Wiec zaczęło się wylewać;)
Wystraszyłam się, bo w głowie miałam tylko jedno – że zaczyna się odliczanie, że jak nie ma skurczy to mnie w końcu potną…. Wiec zaczęłam korzystać z moich nabytych umiejętności relaksacji 😉
Zadzwoniłam do męża by przyszedł do domu się przespać, bo czeka nas długi dzień (nocna zmiana). Napisałam do douli, że wody odeszły, ale brak skurczy i że na razie się położę i postaram wyciszyć.
Sięgnęłam wiec tym razem po olejek lawendowy i słuchałam muzyczki.

Lukasz pomógł mi się wykąpać, zjedliśmy kanapki, spakowaliśmy torbę (wiem, najwyższy czas) i sprawdzaliśmy trasę do Żeromskiego. Mieszkamy 1,5 h od szpitala.
Zgasiliśmy światło ok 4, przykryłam sie ciepło i monitorowałam ruchy. Ok 5 dostałam pierwszej intensywniejszej sensacji… Po 6 juz zaczełam liczyć.
6.45 obudziliśmy chłopcow do przedszkola. Wytłumaczyłam każdemu z osobna, że dzidziuś już chce wyjść. Lukasz ich odwiózł i zatankował auto. Czeka nas przecież długa droga!
Ja poszłam znowu zjeść śniadanie :)

Sensacje były co 6 minut, raczej takie uciski niż ból. Zupełnie nieregularne. Czasem 5 czasem 4 minuty. O 8 były co 3 min, ale też różnie trwały. Beata mowiła by już jechac i to dobrym tempem. Ja se myśle…. Przecież przy Mateuszu miałam co 2 minuty i urodziłam 7 h później…. Mam dużo czasu.
Ale po drodze sensacje zrobiły się częste i takie jakby się na kolejce górskiej na dół jechało. Bardzo intensywne. Dzwonie do Beaty, że w połowie drogi do Krakowa jednak skręcimy do Myślenic. Tam zobaczymy i się zastanowimy.

O 9.06 byliśmy już na IP. Beata tuż za nami.
Na tym etapie muszę powiedzieć, że w całej 1 fazie  porodu nie wydałam z siebie ani jednego jęku, ani krzyku. Czasem wokalizowałam, ale to raczej by dać innym cynk, że mam skurcz, by dali mi spokój;) Mąż załatwiał papierologię. Beata ze mną. Siedziałam sobie ze spuszczoną głową i zamkniętymi oczami. Słyszę, że ktoś do mnie mówi „co Pani taka słaba, jeszcze daleka droga przed Panią…” Na to Beata zripostowała: „Ona się relaksuje…” W głowie prychnęłam śmiechem. To było ok 20 minut przed narodzinami….

Na górze każą mi się kłaść. Pełne rozwarcie. Proszą na porodówkę. I że kłaść się na plecy… Ja mówię, że nie na plecach, bo tak mnie boli najbardziej. Rozwija sie dyskusja, że główka nie zejdzie (!!!) Ja mowię, że nie, bo tak mnie boli. Ta sytuacja wybiła mnie z mojej bańki spokoju. Na szczęście doula-adwokat wkroczyła (dzięki Beatko <3) i mówi, że syna rodziłam na boczku. Wszedł lekarz i mówi niech dziecko zadecyduje jak chce :)

Potem znowu dyskusja…  Że tylko 1 osoba towarzysząca… Ja panika, no bo jak tu wybrać! Proszę lekarza, że mi bardzo zależy. On, że nie widzi przeszkód. Położna na to, że za chwile nie będzie czym oddychać… On na to, że za chwile to urodzimy :)

Madzia urodziła się o 9.35. Kruszynka (3450g) w porównaniu do jej braci.
Położna zabrała się za pępowinę. Ja proszę by poczekała… Znowu ta mina co ja wymyślam….

Także dobrze, że w połowie drogi zdecydowaliśmy się poszukać jakiegoś szpitala, bo pewnie rodziłabym w korkach krakowskich 😉
To pokazuje jakże każdy poród jest inny! Ale każdy może być piękny.

Cieszę się, że wszystko było spokojne, że długo byłam w domu, pod swoim prysznicem, z aromatem lawendy, muzyczka i przykryta cieplutka kołdra. Tak na prawdę w całym porodzie bolały mnie interwencje medyczne: sprawdzanie rozwarcia, szycie i sprawdzanie ciągłości blizny już po urodzeniu. Mogło mnie to ominąć gdybym urodziła w samochodzie gdzieś w Krakowie;)

Poród w chwale! (Warszawa)

t incisionPoród naturalny po 2 cięciach cesarskich, po pierwszym cięciu wykonanym w kształcie odwróconej litery T, w innym mieście (160 km od domu) – niemożliwe by podjąć taką próbę? Dziś kolejny dowód na to, że nie ma rzeczy niemożliwych. Czasem tylko brakuje wiary i determinacji. Warto więc o te wiarę i determinację sie starać, bo nagroda zaiste jest warta wysiłku! Oto historia porodu Ani:

Trzy lata temu urodziła się nasza pierwsza córka Sara, która od razu wyprowadziła się do Nieba. W czasie ciąży wiedzieliśmy, że jest bardzo chora i byliśmy przygotowani na różne scenariusze. Ostatecznie Sara zmarła po półtorej godzinie. Teraz żyje, ale nie na ziemi (jak by ktoś się zastanawiał co o tym myślimy). Podczas porodu lekarze zrobili pionowe docięcie na macicy, ponieważ dziecko miało poważne wady rozwojowe i było ułożone w pozycji poprzecznej. Aby bezpiecznie je wyjąć, było to konieczne. Podczas obchodu lekarz, który wykonał operację w pierwszych słowach poinformował mnie, że przez docięcie już nigdy nie będę mogła urodzić naturalnie.


11 miesięcy później, urodził się Samuel Stefan przez również przez cesarskie cięcie. Tym razem powodem był krwotok z odklejającego się łożyska przodującego w 35 tc. Niedługo potem znowu zaszliśmy w ciążę.


Od 8 miesiąca ciąży powoli szukaliśmy opcji porodu naturalnego, który pozwolił by nam urodzić więcej dzieci z mniejszymi komplikacjami niż kolejne cesarskie cięcia. W Lublinie nie ma szpitala, ani lekarza, który by się tego podjął. Dostaliśmy info od naszej Pani ginekolog o szpitalu św Zofii w Warszawie. Zadzwoniliśmy do znajomego lekarza z Warszawy z pytaniem czy mógłby nam jakoś pomóc dotrzeć do odpowiednich osób – okazuje się, że właśnie tam pracuje (ktoś wątpił?!). Medycyna jasno mówi, że pionowe docięcie macicy jest powodem absolutnie dyskwalifikującym do podjęcia próby porodu naturalnego.


Rozmawiam z Jackiem – naszym znajomym lekarzem i mówię – Wiesz, my wierzymy w cuda stwórcze. Jak sprawdzić czy to docięcie jeszcze jest? Odesłał nas do najlepszego specjalisty z tego szpitala, z najdokładniejszym aparatem do USG. Jego diagnoza: Jakbym nie przeczytał w Pani dokumentacji medycznej, że docięcie zostało zrobione, to nie ma żadnych dowodów na jego istnienie. Ciągłość macicy zachowana, nie uwidoczniono żadnych wskazówek na obecność blizny.
ALLELUJA!!!!!!


Mąż dzwoni do Pani ordynator oddziału położnictwa ze szpitala św. Zofii, odpowiedź jasna: „Powtarzam Panu po raz kolejny, a Pan nie przyjmuje do wiadomości. Docięcie dyskwalifikuje próbę porodu naturalnego. Mój szpital się tego nie podejmie.” W sumie nie ma co się dziwić, rzeczywiście z punktu medycyny sytuacja tragiczna. Ale Jezus ma swoje sposoby.


Dzwonimy kolejny raz do Jacka, dostaliśmy telefon do sekretariatu prezesa szpitala. Rozmawialiśmy z nim i rzeczywiście, szpital się nie podejmie, ale prezes bierze odpowiedzialność na siebie i możemy rodzić. (Innymi słowy Challenge Accepted!)


Termin na 16 maja, a mąż od 17 kwietnia co tydzień jeździ z naszą wspólnotą – Armią Dzieci na posługę po całej Polsce i Niemczech. Pytania dwa razy dziennie od znajomych: „Jak Ania ??” stały się codziennością. Jezus niech się zajmuje mną w domu, mężem w posłudze i niech jeszcze to tak ogarnie, żeby mógł był przy porodzie. Chyba sobie da radę nie? (Nie wszyscy byli przekonani ;))


Nadchodzi 15 maja, mąż od trzech dni na Szkole Wojowników Chwały w Lubinie (nie mylić z Lublinem, to drugi koniec Polski). 06:00 rano odchodzą mi wody, od razu dzwonię do męża, on od razu wsiada w samochód i pędzi autostradą do Warszawy. Ja dzwonię po wujka, który czeka w pogotowiu, żeby zawieźć mnie do Warszawy w razie potrzeby. Mamy 160 km, na miejscu jesteśmy w dwie godziny. Podróż przebiega spokojnie, mam regularne skurcze, ale niezbyt intensywne. Mąż o 10:00 jest już ze mną na miejscu. Skurcze postępują, rozwarcie się powiększa, położna i lekarze zaskoczeni że tak szybko. Cały czas są przy mnie, położna wspiera i zachęca żebym robiła to na co akurat jest wygodne dla mnie. Wchodzę więc do wanny na 1,5 godziny. Wchodzę z rozwarciem 3 cm, wychodzę już z 10 cm i gotowa do skurczów partych. Po 50 minutach partych, o 14:25 na świat przychodzi Gloria (czyli 5 godzin po przyjeździe do szpitala). Bez stresu, bez waliki z lekarzami, bez straszenia że może umrzeć, bez oxytocyny, bez docinania krocza, kleszczy, czy innych problemów i komplikacji, których wszyscy się bali. Po porodzie, lekarz bada ręką bliznę i z zaskoczeniem mówi po cichu do koleżanki lekarki „nawet nie czuć tego uskoku, który jest przy bliznach. Dziwne.”


3 minuty później dziecko już jest na moim brzuchu, je z piersi, pediatra nie ma zastrzeżeń, szpital ma na koncie baaaardzo nietypowy poród. My spędzamy z córcią pierwsze wspólne, piękne chwile razem. Wszyscy gratulują!

Wszyscy szczęśliwi! A najbardziej MY :)

*** Więcej informacji i historii o porodach kobiet z nietypowymi rodzajami nacięcia macicy na stronie: http://www.specialscars.org/ ***

Marzenia się spełniają! (Rzeszów)

Dziś historia bardzo mi bliska – ten sam szpital, w którym miał miejsce mój VBAC, ta sama położna, emocje… Historia pełna nadziei i determinacji. Historia porodu, który „miał się nie udać”. A jednak:) Historia Ani:

Czytając historie porodów na stronie naturalniepocesarce.pl nieśmiało marzyłam o tym, abym ja też mogła podzielić się moją opowieścią o udanym VBAC. No i 08.04.2016r. o godz. 4.10 moje marzenie się spełniło. Ale może zacznę od początku.

W pierwszą ciążę zaszłam w 2012r. Ciąża przebiegała bez żadnych problemów. Wtedy wydawało mi się, że dobrze przygotowuję się do porodu, chodziliśmy z mężem do szkoły rodzenia, gdzie chłonęłam wszystko jak gąbka. Po wizytach tam byłam przekonana, że muszę urodzić naturalnie i karmić piersią, innej opcji  nie brałam pod uwagę. O samym porodzie jakoś nie myślałam, chyba podświadomie bardzo się go bałam. Dziś, dzięki doświadczeniu pierwszego i drugiego porodu oraz wszystkim historiom z tej strony oraz grupie wsparcia na Facebooku wiem jak bardzo się myliłam i że w życiu nie da się niczego zaplanować, a zwłaszcza porodu, bo życie nasze plany i tak zweryfikuje po swojemu.

Ignaś urodził się przez CC 15.02.2013, o godz. 13.00 z wagą 3360g i 57cm długości, po odejściu wód płodowych i 15 godzinach porodu, w czasie którego nie miałam ani jednego skurczu, nawet po oksytocynie. Jako powód CC wpisano brak postępu porodu i zagrażającą infekcję wewnątrzmaciczną. A ja już na sali porodowej podpisując zgodę na CC płakałam, że się nie udało. Do tego po porodzie został od razu nakarmiony butelką i jak mi go przywieźli na salę w ogóle nie chciał złapać piersi. I tu zaczął się dramat. Ja bardzo pragnęłam karmić a w ogóle mi to nie wychodziło. Każda próba przystawienia kończyła się płaczem małego i moim. I gdy już się prawie poddałam mój lekarz podsunął mi pomysł, za co będę mu wdzięczna do końca życia:) Po dwóch i pół miesiąca odciągania pokarmu nadszedł dzień, w którym Ignaś odmówił butelki i wolał pierś.

Zawsze chciałam mieć trzy lata różnicy między dziećmi. I się udało. W 2015r. jestem znowu w ciąży. Znowu wszystko w porządku, dzidziuś rośnie i rozwija się prawidłowo. Ja szczęśliwa, nawet nie zastanawiam się zbytnio nad sposobem porodu. Żyję w przekonaniu, że skoro miałam pierwsze CC to i kolejne na pewno też będzie cięcie. W przekonaniu tym po pierwszym porodzie utwierdził mnie mój lekarz. Początkowo nawet zastanawiałam się jaki dzień wybrać na narodziny mojego drugiego synka, ale im więcej myślałam o pierwszym porodzie, o depresji jaką przeszłam i problemach z karmieniem doszłam do wniosku, że zrobię wszystko aby uniknąć kolejnego CC.

W szpitalu, w którym rodziłam pierwszego synka i chciałam rodzić kolejnego  raczej nieprzychylnie podchodzili do VBAC, dlatego też postanowiłam wykupić tam prywatną opiekę położnej w czasie porodu. Szukając informacji na temat położnych z mojego szpitala na stronie gdzierodzić.info trafiłam na Madzię Hul, i jej stronę  oraz grupę wsparcia na Facebooku. Zaczęłam czytać polecone przez Madzię książki Iny May Gaskin i Ireny Chołuj, a także wszystkie historie na stronie i marzyć aby i mi się udało. Przeprowadziłam też analizę mojego pierwszego porodu i doszłam do wniosku, że po odejściu wód stres zablokował mnie psychicznie i dlatego nie urodziłam. Stwierdziłam, że do drugiego porodu muszę się dobrze przygotować.

Przez połowę ciąży pogłębiałam moją wiedzę na temat porodu, oswajałam się z myślą o nim, tłumaczyłam sobie, że będzie boleć ale warto. Bałam się strasznie, żeby historia pierwszego porodu się nie powtórzyła, gdyż z natury jestem straszną panikarą i obawiałam się, że znowu stres mnie zblokuje. Każdego dnia modliłam się żeby mi się udało i żeby poród nie rozpoczął się odejściem wód. Na każdej wizycie u lekarza toczyłam z nim bój o możliwość porodu SN. On był przeciwny, a ja nieugięta. W końcu ustąpił, dał mi skierowanie do szpitala z adnotacją „stan po cc – chce rodzić sn” oraz stwierdził, że i tak to czy mi pozwolą rodzić naturalnie zależy od lekarza na IP. To samo potwierdziła mi moja położna.

            Termin porodu wypadał na 09.04.2016r. Trzy dni przed terminem mam ostatnią wizytę u lekarza. Szyjka zamknięta, żadnego rozwarcia, na poród się nie zanosi. Lekarz sugeruje CC, ale ja mu dziękuję i mówię że będę czekać aż się zacznie. Mam czas do 15.04. Jeśli do tej pory nie urodzę mam zgłosić się do szpitala. Jeszcze na pocieszenie lekarz mówi mi, że w moim przypadku on nie widzi szans na poród naturalny, bo jestem jak pierworódka – moja szyjka nigdy się nie rozwarła ani nie skróciła, a ja mu odpowiadam, że bardzo bym chciała zrobić mu na złość:), a w duchu myślę sobie, że przecież pierworódki rodzą naturalnie, każda z nas kiedyś nią była, a ja jestem nią „po raz drugi”:).

Troszkę mnie ta wizyta podłamała i następnego dnia rano zadzwoniłam do mojej położnej pani Basi i umówiłam się z nią na spotkanie kolejnego dnia. Akurat miała dyżur w szpitalu i miała mnie zbadać i zrobić KTG. Do południa czułam się jak co dzień, mały fikał w brzuszku jak zawsze , a ja gotowałam obiad i zajmowałam się starszakiem. Po obiedzie jak kładłam Ignasia spać w ogóle nie mogłam leżeć. Czułam jakby mały wpychał mi nogi pod żebra, a brzuch zaczął mi się napinać i twardnieć. Zadzwoniła do mnie koleżanka i zaprosiła na kawkę. Po 17 pojechaliśmy a ja czułam się coraz dziwniej(bo przecież nie wiem jak to jest gdy się poród zaczyna). U koleżanki brzuch dalej się napinał, a nawet zaczęło mi się wydawać, że odczuwam skurcze. Na pytanie koleżanki czy dobrze się czuję zażartowałam, że chyba zaczęłam rodzić, a chwilkę później ok. 18.30 zaczęłyśmy liczyć skurcze. Od razu były regularne, ale niezbyt bolesne co 2 minuty i trwały 30 sekund. Po godzinie skurcze nadal takie same, więc postanawiam wracać do domu. Mąż wraca z pracy i do niego też żartuję, że chyba się zaczęło. Mija kolejna godzina i skurcze nadal takie same. Postanawiam zadzwonić do pani Basi. Ustalamy, że wezmę półgodzinną kąpiel i dwa magnezy i jeśli mi nie przejdzie to jedziemy do szpitala. Jednocześnie czuję ogromne parcie jak na kupę:)

Kąpieli nawet nie zdążyłam wziąć, bo w trakcie napuszczania wody puszcza mi się krew i wtedy znowu jak trzy lata wcześniej wpadam w panikę. Dzwonię do położnej i ona mnie uspokaja, że ta krew może być z rozwierającej się szyjki. Ja jednak jestem już przestraszona i wolę jechać do szpitala. Mówię do męża, że trudno najwyżej mnie pokroją, ale ja już w domu spokojnie nie wysiedzę. Do tego dojazd z Mielca gdzie mieszkamy do szpitala w Rzeszowie zajmie nam godzinę, co by mnie dodatkowo stresowało gdybym została w domu. W czasie drogi liczę skurcze. Dalej są co dwie minuty, ale trwają już ponad 40 sekund. Przestrzegam też Piotrka, że jeśli w trakcie porodu będę prosiła o CC, to ma mnie opierniczać i nie pozwolić się pokroić.

            Na IP jesteśmy po 22, podpinają mnie pod KTG, chwilę później przyjeżdża pani Basia. Skurcze na KTG piszą się ładne, ja leżę uśmiechnięta od ucha do ucha. W między czasie słyszę dyskusję na mój temat. Po badaniu lekarskim okazuje się, że krwawienie jest z szyjki a ja mam już 4cm rozwarcia. Lekarz nie może dokładnie zmierzyć małego, bo główka już jest nisko za spojeniem łonowym. Z innych pomiarów wychodzi mu waga 3500g, a ja głupia się przyznaję, że dzień wcześniej na wizycie mały ważył 3800g. Na szczęście „dostaję pozwolenie” na poród SN i po załatwieniu wszystkich formalności idziemy na salę porodową.

Jest około północy. Ja przeszczęśliwa, bo jak usłyszałam, że mam 4 cm rozwarcia, a skurcze prawie bezbolesne, to mówię do męża, że tak to ja mogę rodzić:) Na sali pani Basia mnie bada i podpina pod KTG. Później idę pod prysznic minimum na pół godziny, ale mi jest tam tak dobrze, że wychodzę dopiero po godzinie. Już pod prysznicem czuję, że skurcze robią się bolesne. Po wyjściu pani Basia mówi, żebym się położyła i mnie bada, jest 6 cm rozwarcia, skurcze robią się już nieznośne. Prosi mnie abym kilka razy parła to pęknie pęcherz. Tak też robię. Odchodzą zielone wody, ja przerażona. Pani Basia mnie uspokaja i  podpina na chwilkę pod KTG, które niestety się przedłuża, bo podczas kolejnego badania okazuje się, że razem z wodami leje się krew i to nie jest krew z szyjki. Pani Basia wzywa lekarza na konsultacje, a ja już leżę załamana, że oto mój VBAC dobiegł końca. Na szczęście KTG jest w porządku i pani doktor nie widzi konieczności CC. Rodzimy dalej.

Leżenie jest okropne, chcę wstać, robi mi się ciemno przed oczami, nie mam siły. Piotrek i pani Basia mi pomagają, a ja nie mogę znaleźć sobie miejsca. Wszędzie jest mi niewygodnie. Chodzić w ogóle nie mogę. Jak już pisałam od początku czułam parcie jak na kupę, to mnie troszkę blokowało przez cały poród i najlepiej mi było po prostu na kibelku, dlatego też zażyczyłam sobie, że tam właśnie chcę:) I tak podpięta pod KTG skurcze od 6 do 10cm spędzam na kibelku:) W końcu mamy pełnie rozwarcie, zaczynamy przeć. Początkowo nie bardzo mi wychodzi i w pewnym momencie stwierdzam, że już nie dam rady i nie potrafię. Pani Basia mnie motywuje, mąż także. Jest lepiej.

Faza parta trwa 40 min a ja mam wrażenie, że to wieki. W końcu zniecierpliwiona pytam czy to się kiedyś skończy. Nadchodzi kolejny kryzys i tu znów pani Basia jest nieoceniona. Jej słowa „Dalej Ania pięknie rodzisz” po prostu dodały mi skrzydeł.  Wreszcie po tych „wiecznych” 40 min parcia, a łącznie po 9 godzinach i 10 minutach od pierwszych skurczy o 4.10 rodzę mojego synka Bartusia – 3800g, 57cm. Mały ląduje na moich piersiach. A ja nawet nie potrafię opisać tego co czuję, niesamowite szczęście, wprost euforia. Kiedy mały się wyślizguję ja przeszczęśliwa mówię do męża: „udało się!” i wyznaję mu miłość. Piotrek przecina pępowinę, ja oczywiście ciekawska oglądam jak wygląda łożysko:) Później pani Basia pomaga mi przystawić małego do piersi i mamy dwie godziny tylko dla siebie: ja, mąż i nasz maluszek.

IMG_6476

            Brak mi słów, aby opisać moje uczucia. Do tej pory na wspomnienie porodu cieszy mi się buzia. Po porodzie czułam się wspaniale. Teraz też czuję się wspaniale, zupełnie inaczej niż po cięciu. Wiem, że gdyby nie mąż, który przez cały poród mnie wspierał i trzymał za rękę, który nie pozwolił, żebym dała się pokroić, choć trzy razy wołałam o CC i gdyby nie pani Basia to chyba bym nie dała rady urodzić. Wiem również, że gdybym  nie trafiła na tę stronę, nie przeczytała tylu wspaniałych historii i nie dowiedziała się wielu przydatnych rzeczy to by się nie udało. Według mnie rodzaj porodu ma znaczenie zarówno dla zdrowia dzieciątka jak i mamusi. Ja po porodzie naturalnym czuję się świetnie, co prawda przez dwa pierwsze dni czułam lekki dyskomfort, gdyż troszeczkę pękłam i trzeba było założyć trzy szwy, ale to jest nic w porównaniu do bólu po cesarce. A zobaczyć minę lekarza, który w dzień porodu przyszedł mi pogratulować i usłyszał – „A widzi pan zrobiłam panu na złość” – bezcenne:) Bo przecież nie można z góry zakładać, że się nie uda. W nas kobietach drzemie niezwykła siła i determinacja.

Spełnione marzenie (Drohiczyn)

Przez ciernie od gwiazdPoród prawie idealny… Spełnione marzenie… Tytuły historii porodowych doskonale pokazują drogę, którą przebyła Agata w kolejnych odsłonach swego macierzyństwa. Oto opowieść o narodzinach jej 5tej pociechy – był to 4 VBAC i 3 poród domowy.

Koniec ostatniego porodu, który tak jak wszystkie dotychczasowe- był długi i męczący, to poczucie, że jeszcze kogoś nam brakuje. I tak po 2,5 roku czekam w końcu na narodziny mojej 2 córeczki, tym samym na 5 poród, 4 vbac i 3 domowy. I tak jak trauma a nawet wspomnienie po pierwszym cięciu dawno wyblakło, tak towarzyszy mi wspomnienie moich ostatnich 3 porodów sn, które postępowały w powolnym tempie, doprowadzając mnie do miejsca , gdy ze łzami w oczach pytałam położnej ”kiedy w końcu urodzę ?” Były cudowne, niemal idealne, gdyby nie to, że tak okropnie męczące.

Tym razem od kilku miesięcy mieszkamy na Podlasiu, gdzie trafiłam już będąc w ciąży i licząc się z powrotem w moje strony, aby urodzić w domu z nasza stałą położną. „Przypadkiem” natknęłam się na informację o położnych przyjmujących porody domowe w okolicy i po kilku niepewnych miesiącach, co do naszego pobytu, miesiąc przed porodem w końcu się spotykamy. Wiem już, że przyjdzie mi rodzić na Podlasiu; z nową położną, w nowy sposób, bo wiem, że tym razem chce mieć basen z wodą ( której do tej pory unikałam, ze względu na pogląd, iż może osłabić moja i tak wątła akcje porodową ). Położne są wspaniałe- pełne pasji, pozytywnego nastawienia, co i mnie nastraja bardzo pozytywnie do porodu- ze względu na odległość- kolejny raz spotkamy się podczas porodu. Termin z poczęcia mam na 4-6 kwietnia, zaopatruję się w olejki eteryczne na każda porodową okazję- uspokojenie, lęk, wzmocnienie skurczy oraz dyfuzor, jest i basen i regularny fitness od 4 m-ca ciąży. Raczę się także wiesiołkiem i herbatką z liści malin

Mija 4,5,6 kwietnia- zaczynam się stresować. Maluch z brzuchu wierci się niemożliwie- jak nigdy dotąd. Ja ledwo się ruszam, czuję, że miednica rozpadnie mi się na 2 części jak jeszcze trochę to potrwa. 7 kwietnia- pada propozycja wypicia koktajlu, rozmawiam z kilkoma dziewczynami i decyduję się po konsultacjach z położna wypić. Po 5-6 godzinach łapią mnie skurcze, ale nic ciekawego się nie dzieje. O 23 zasypiam jak dziecko i śpię do rana. Jest piątek. O 14 wypijam kolejną porcję, o 16 mąż zabiera resztę dzieci na zajęcia sportowe a ja idę spać ( czeka mnie 5 poród- spię kiedy tylko mogę- bo nie znam dnia ani godziny). Wracają o 18, budzę się i godzinę później łapią mnie drobne skurcze. Nie budzą jednak sobą mego większego zainteresowania. O 21 zaczynam się irytować, że dzieci jeszcze nie śpią. Cóż poród w nocy to chyba nie najgorszy pomysł… O 22 wszyscy łącznie z mężem śpią- wstaję i budzę go, bo chyba na coś się zanosi. Konsultuje czy napełniamy basen ( mamy bardzo mały bojler i czas napełnienia może się wydłużyć ze względu na grzanie wody) Mąż bez zbędnego wnikania zajmuje się basenem, a ja przez następną godzinę zastanawiam się czy rodzę czy może znowu pójdę spać. O 23.16 w końcu decyduję się dzwonić do położnej- mają do mnie kawałek, więc nie ma co zwlekać. Następną godzinę zastanawiam się czy dobrze zrobiłam dzwoniąc 😉 Mąż nadal napełnia basen.

Jest cicha, spokojna noc. Skurcze pojawiają się dość regularnie i najlepiej znoszę je stojąc- są wtedy najmocniejsze, a ja bardzo chcę żeby rozwarcie szło szybciej. O 1 zaczynam się rozklejać- jak dobrze liczę, to najwcześniej urodzę o 8-9 rano, do tej pory będę wykończona, w zasadzie już mam dość i chce mi się płakać- ratuje się olejkiem geraniowym i po kilku minutach jestem spokojniejsza. 1.30 czekam z niecierpliwością na położne. Powinny już być. O 2 już mam zamiar wejść do basenu, gdy przyjeżdżają, więc odziewam się spowrotem i witam. Tak jak sądziłam, mam niecałe 5 cm rozwarcia i mięciutką szyjkę ( czy to wiesiołek czy olej rycynowy sprawił?). Siadamy sobie z położnymi na sofie i gadamy. Jest bardzo sympatycznie i tak mija ponad godzina, do czasu aż moja 2,5 letnia córcia zaczyna płakać. W tym czasie trzeba podnieść temperaturę wody w basenie, bo mąż nalał za dużo zimnej, wiec wykorzystuję ten czas na próbę uśpienia dziecka. Musze przyznać, że ostatnie 1,5 godziny dość mocno odpoczęłam, bo skurcze nie pojawiały się zbyt często i intensywnie. Około 4 chcę już być w wodzie, mąż zajmuje się dzieckiem i koniec końców bierze małą na naszą „porodówkę”, ja wchodzę do wody i jest mi cudownie. Dyfuzor napełnia pokój zapachem gożdzików i cynamonu- jak w święta Bożego Narodzenia- specjalnej mieszanki porodowej, wzmagającej skurcze- chyba jest efektywny. Światło jest zgaszone, pali się tylko zmieniająca kolory ledowa lampka. Mąż siedzi na fotelu, położne siadają obok basenu na podłodze- jaka cudowna, spokojna atmosfera. W wodzie czuje się zrelaksowana i wolna od spięcia jakie towarzyszy skurczom na lądzie. Nie mogę tak panować nad swoim ciałem i kontrolować go, dlatego charakter skurczy zdecydowanie się zmienia.Drugi skurcz w wodzie jest tak intensywny jakiego nie doświadczyłam przy żadnym porodzie- czuję, ze dziecko obniża się w kanale, czuję, że niczego nie mogę kontrolować, mam wrażenie, że chyba umrę i czuje plum- pękający pęcherz . Położna mnie bada -jest 7 cm. Kolejny skurcz i zaczyna mnie popierać, następny i chyba kolejny to już będą skurcze parte. Tak faktycznie się dzieje. Na 5 skurczu czuję jak dzidziuś wchodzi w kanał i zaraz się urodzi. Trzymam się uchwytów, skurcze parte jak zwykle powalają mnie intensywnością, skupiam się tylko na tym, by urodzić. Położna pyta czy chce dotknąć wyłaniającej się główki, ale szczerze mówiąc boję się w ogóle ruszyć i chyba wole mieć już dziecko na rękach, na co z resztą nie musze długo czekać, czuje to charakterystyczne rozpieranie – tak samo czułam podczas pierwszego vbac w podobnej pozycji. Za chwilkę maleńkie ciałko jest już w moich ramionach. Nie płacze, jest tak spokojna, ze pytam się czy wszystko z nią w porządku. Starsza siostra zaraz podchodzi zachwycona, ze jest dzidziuś, mąż budzi starszych braci, którzy chwilkę po 5 rano witają najmłodszą siostrę. Ja jestem w szoku, że to tak szybko- tak to można rodzić. Nie czuję zmęczenia. Siedzimy sobie z malutką w wodzie, dzieci ją oglądają, położne robią zdjęcia.

Dom to najlepsze miejsce na poród, na przyjęcie swojego dziecka w spokojnych, komfortowych warunkach. Potem wychodzę na ląd urodzić łożysko, a dzieci idą z druga położna i mężem zważyć siostrę- 4200 g i 58 cm- to jak na razie rekord Ja bez otarć i większych uszczerbków na ciele wyciągam się z przyjemnością na łóżku jakiś kwadrans później. Tak bardzo obawiałam się męczącego porodu i tak bardzo miałam nadzieję, na szybszy koniec. I tak się stało. To nowa jakość porodu w moim porodowym doświadczeniu, aż chce się to powtórzyć…

13120855_1604995186458596_1721901930_o

Już zawsze chcę rodzić naturalnie! (Wrocław)

Historia Kasi, która rozegrała się półtora roku temu w jednym w wrocławskich szpitali – naturalny poród po cięciu cesarskim wykonanym z powodu wysokiego prostego stania główki. Oto opowieść spisana niedługo po tym porodzie:

Było tak, że w piątą dobę po terminie byłam już przygotowana na sobotnie stawienie się w szpitalu na Kamieńskiego we Wrocławiu na zaleconą kontrolę ze skierowaniem, która najprawdopodobniej oznaczałaby zatrzymanie mnie na oddziale patologii, czemu nie zamierzałam się sprzeciwiać. Należę chyba do osób, którym pobyt w szpitalu daje poczucie bezpieczeństwa. Poza tym, miałam już troszkę dość toczenia kuli. Zwyczajnie chciałam poleżeć, ułożyć arbuza na miękkim łóżku i czekać :] Niewiele wskazywało na zbliżający się poród, w zasadzie nic. Czułam się nie gorzej niż wcześniej, skurcze przepowiadające prawie zaniknęły. Stan taki trwał już od dobrego tygodnia, troche się martwiłam o ruchy dziecka. Naprawdę, sama nie wierzyłam, że ruszy się samo, godziłam się w myślach na lekką próbę oksytocynową, albo od razu cc.

W czwartek około północy zaczęło mnie kręcić jak na okres, ledwo. Patrzyłam na zegarek, nic nie  mówiąc ani mężowi ani stacjonującej u nas w pogotowiu dla córki Anielki mamie. Po czwartym czy piątym skurczu w odstępie pięciu minut postanowiłam pogadać z mamą, która poradziła obudzić męża. Zebraliśmy się na spokojnie, wzięłam prysznic, ogoliłam nogi, skurcze ledwo ledwo dalej, pojechalismy słuchając muzyki i śmiejąc się z tego co nas czeka. Na izbie młyn, ja uśmiechnięta, spotykam mojego prowadzącego, prosi o cierpliwość, bo okropny przypadek, spoko, czekam 😉 Zbadano mnie po dwóch pacjentkach z większymi bólami (miałam już rozwarcie na 2-3 cm i nadal czułam się bardzo dobrze). Dopiero wtedy położne się dowiedziały, że jestem po cięciu i chcę rodzić naturalnie drugie dziecko. Wow, naprawdę nie myślałam, że to może robić na ludziach tak pozytywne wrażenie :) Czułam się nawet trochę skrępowana, bo nie uważałam tej decyzji za bohaterską… dlaczego? Teraz mogę się i Wam przyznać;) – szczerze powiedziawszy, liczyłam w duchu na cesarkę:] Cieszyłam się na postępującą akcję, że Kazik w brzuchu czuje, że szykuje się zadyma, że nie będzie zdziwiony, ale liczyłam na powtórkę z rozrywki, na słynną „tendencję do wysokiego prostego”, które zakańcza poród na bloku operacyjnym przy pełnym rozwarciu z powodu niezstępowania główki do kanału rodnego. Powiem więcej, ja napawdę nie wierzyłam, że mogę urodzić… przez całą ciążę chyba… no i mnie za ten pesymizm srogo „pokarało” :] Trafiłam na ekipę, która wzięła mnie za rogi, nie zważając na nic (poza dobrem moim i Kazika), doprowadzili dziecko na ten świat jak Pan Bóg to stworzył w pierwotnym zamyśle:]

Rozwarcie poszło piorunem (wtedy już bolało, ale mniej krzyczałam niż dwa lata wcześniej na oksytocynie;) Około czwartej odczułam pierwsze bóle parte. Okazało się, że rzeczywiście mam tendencję do wysokiego prostego, zostałam zapewniona dość szybko, że nie będę katowana, w razie czego jedziemy na blok. Ufff, pomyślałam i trochę lepiej mi się znosiło kolejnych parę skurczy, po których mieliśmy „zobaczyć jak będzie”. Po tych paru skurczach kazano mi poczekać jeszcze parę, położna wykazała się wobec mnie stalowymi nerwami, prosiłam o blok operacyjny już po każdym skurczu… nie byłam dzielna;) Byłam nieznośna i sama sobie spuściłabym manto w kilku momentach. Bycie położną to jest naprawdę jakaś supermoc, wiedziałam to po ostatnim porodzie, teraz wiem to jeszcze bardziej.

Faza parta trwała ponad dwie godziny, praktycznie przez cały czas była ze mną położna, Violetta Juda (znałam ją zresztą, dwa lata wcześniej asystowała mi przy dużej części rodzenia córki Anieli), mój lekarz prowadzący, dr Artur Wysocki, i dr Katarzyna Tomczyk, którą dopiero poznałam. Nie wykupowałam porodu na wyłączność, a czułam się jak gwiazda :] To oczywiście żart, ale naprawdę, to chyba nie jest porodowy standard – zapierałam się na lekarzu z jednej i położnej z drugiej strony, naprawdę pocili się razem ze mną i śmiało mogę powiedzieć, że na moim VBACu zależało im bardziej niż mi samej :]

Kazimierz przyszedł na świat 19.09.2014. Ważył 3660g, 590 g więcej od swojej starszej siostry. Wyszedł w niezłym stylu, wystawił najpierw pyszczek zamiast czubka głowy, zaraz po tym okazało się, że trzyma rączkę wysoko przy uchu, a na domiar wszystkiego rączka ta przywiązana jest do jego szyjki pępowiną, która przyprawiła go o nieco siny kolor 😉 Odkręcony z tego swojego sznurka wylądował mi na pustym już prawie brzuchu… nie leżał tam długo, ale wystarczy. Byłam jak oczadziała, cała się trzęsłam, dziękowałam, nie wierzyłam w to co się stało tym bardziej, że wcześniej mało wierzyłam, że stać to się może.

Kazik dostał 9 pktów, leży właśnie obok spokojny jak Aniołek, a ja mam łzy w oczach i dziękuję Bogu i wszystkim, którzy mi pomogli, za to, że mogę teraz o tym opowiadać…

Już zawsze chcę rodzić naturalnie!

Pozdrawiam Was i życzę większej niż moja wiary lub/i takich ludzi, jakich ja spotkałam na swojej drodze do porodu naturalnego.
Kasia

Poród marzenie!

Diagnoza „brak postępu porodu” pojawia sie w karcie wypisowej pacjentek oddziałów położniczo-noworodkowych nader często. Równie często kobiety, których poród zakńczył się cieciem cesarskim z tego właśnie wskazania, w kolejnej ciąży słyszą deprymujące słowa „nie urodzi Pani” , „marne szanse”. Rzeczywiście, wyniki badań naukowych pokazują, że udany poród drogami natury po cięciu cesarskim jest bardziej prawdopodobny u kobiet, u których cięcie wykonane było np. z powodu położenia miednicowego płodu lub zaburzeń w jego tętnie, a mniej prawdopodobny u kobiet, u których cięcie wykonano z braku postępu porodu. Jest to jednak tylko część prawdy, bowiem brak postępu porodu jest określeniem bardzo niejednorodnym – wiele problemów może się za tą diagnozą kryć. Część z nich może być istotnie niezmienna np. nieprawidłowa budowa miednicy kostnej kobiety. Częściej jednak brak postępu wynika z czynników mogących zmienić się w kolejnej ciąży np. czynnościowa niewspółmierność porodowa, brak postępu porodu z powodów emocjonalnych czy błędy w prowadzeniu porodu (w tym w indukcji). Często potrzeba bardzo wnikliwej i dogłębnej analizy poprzedniego porodu, żeby móc przypuszczać co było przyczyną braku postępu wcześniejszego porodu. Po tymże przydługim wprowadzeniu zapraszam Was do lektury historii Marty.

Kiedy byłam w swojej pierwszej ciąży (w 2012r.) starałam się nie czytać, nie „nakręcać”, bo i tak byłam wszystkim przerażona. Wszystko nowe, wszystko pierwsze… Nie chodziłam do szkoły rodzenia, bo przecież miliony kobiet przede mną rodziło bez szkół i dało radę. Teraz wiem jaki wielki wtedy popełniłam błąd.

Termin miałam na 21.01.2013r., ale cały drugi i trzeci trymestr lekarz ciągle przyspieszał mi termin ze względu na wielkość dziecka. Od 10 stycznia kontrola 2 razy w tygodniu, bo rozwarcie niby na 1 cm i ciągle zapewnienia: „Do następnej wizyty i tak nie dotrzymasz – urodzisz!”. Byłam tym wszystkim okropnie zmęczona, miałam dosyć, a tu nic się nie działo. W końcu mój lekarz (ordynator szpitala) wziął mnie 22.01.2013r. (zaledwie 1 dzień po terminie) na wywołanie. Nie pamiętam dokładnie ile dawek oxy dostałam, ciągle leżałam pod ktg i nic się nie działo. W końcu przyszedł lekarz i powiedział, że trzeba zrobić cesarkę. A ja głupia o nic nie dopytywałam, nie wiedziałam dlaczego i tak się zgodziłam (może podświadomie miałam już tej ciąży dość). Potem na wypisie ze szpitala jako powód cesarki miałam wpisane: „dystocja matczyno-płodowa i brak postępu porodu”. Jak „wyjęli” mojego synka z brzucha to się rozpłakałam, przyłożyli mi go na moment do policzka i zabrali.

Na salę pooperacyjną przywieźli mi maleństwo na 10 minut (i to tylko dlatego, że mąż był ze mną). Pytałam położną czy nie mogę nakarmić malucha to odpowiadała, że po cesarce i tak nie mam pokarmu. Przepłakałam całe popołudnie. Synka przywieźli mi dopiero następnego dnia rano. Nie miałam siły się nim zajmować, wszystko mnie bolało, zanim poniosłam się z łóżka kiedy mały płakał, zdążyła przybiec położna pytając co się dzieje. Czułam się okropnie – fizycznie i psychicznie. Ten okropny dół utrzymywał się ze 3 miesiące. Byłam rozdrażniona, płaczliwa, rozbita, a synek nerwowy i bardzo absorbujący. Nawet to, że walczyłam o wytrwanie w karmieniu piersią (synek dosłownie „rozszarpał” moje brodawki) i wygrałam, nie dawało mi satysfakcji. Nie czułam się kobietą. Przez półtora roku rozpamiętywałam mój poród i ciążyło mi to strasznie. Już wtedy wiedziałam, że jeżeli zajdę w drugą ciążę to spróbuję urodzić naturalnie.

W czerwcu 2015r. potwierdziło się – byłam w ciąży! Już na pierwszej wizycie zapytałam czy będzie możliwy vbac. Lekarz lakonicznie odpowiedział, że jeszcze daleko, jeszcze zobaczymy. Mniej więcej od połowy ciąży, kiedy z usg wynikało, że będzie duża dzidzia (termin przesunięty o dwa tygodnie szybciej), na pytania czy będę mogła rodzić naturalnie, lekarz stwierdził, że będzie cc, a jeżeli chcę rodzić naturalnie to „on się pod tym nie podpisze”. Nie powiem, byłam lekko załamana, ale wiedziałam że jeszcze mam sporo czasu do porodu. Wspomnę jeszcze, że przy okazji drugiego usg prenatalnego już inny lekarz wypytywał mnie o przyczyny cc w pierwszej ciąży i jak usłyszał o braku postępu porodu, to stwierdził, że teraz w 90% scenariusz się powtórzy i nie urodzę naturalnie. Słysząc takie opinie chyba zaczęłam się przyzwyczajać do myśli, że czeka mnie druga cesarka, jednak im bliżej było terminu porodu, to rodził się we mnie jakiś bunt przeciwko temu. Zaczęłam szperać w internecie i trafiłam na stronę www.naturalniepocesarce.pl. To co tam przeczytałam było jak zastrzyk pozytywnej energii. Powiedziałam sobie: „Ja też mogę! To mój poród i JA decyduję!”.

Zaczytałam się w tej stronie bez opamiętania (mój mąż musiał mnie odganiać od komputera, żebym wogóle poszła spać) i dzięki temu dowiedziałam się wielu rzeczy. Postanowiłam, że na następnej wizycie (to był 35 tc) zapytam wprost lekarza dlaczego jego zdaniem konieczna jest cesarka i jakie widzi u mnie przeciwwskazania do porodu naturalnego. Nastawiłam się bojowo i mówię, że chce rodzić naturalnie, a lekarz na to: „To super, nie widzę żadnych przeciwwskazań, dziewczyny rodzą teraz z powodzeniem nawet dzieciaczki z wagą 4200 kg, a przecież nie będziesz rodzić na ulicy, cc zawsze zdążymy zrobić”. Szczęka mi opadła i miałam ochotę wyjść i sprawdzić czy czasem gabinetu nie pomyliłam… Uważam do tej pory, że mój lekarz prowadzący jest świetnym specjalistą (ordynatorem szpitala w którym rodziłam), ale strasznie zakręconym

Ucieszyłam się jak dziecko z tego, że mam zielone światło, ale podczas wizyty nie spodobało się lekarzowi bicie serduszka malucha. Kazał przyjść na drugi dzień rano do szpitala na ktg i dokładne usg. Zapis wyszedł źle, synkowi „wypadało” co drugie-trzecie uderzenie serduszka. Mój doktor jeszcze tego samego dnia umówił mnie na wizytę do innego lekarza, robiącego specjalizację w dziedzinie kardiologii płodu. Nie zapomnę tego dnia do końca życia – przepłakałam cały czas pomiędzy wizytą w szpitalu a wizytą u tego lekarza. Bałam się jak nigdy. Okazało się, że winna wszystkiemu była infekcja górnych dróg oddechowych, którą przechodziłam i nie mogłam do końca wyleczyć (zresztą nie pozbyłam się jej aż do porodu). Skutkiem mojej grypy było zapalenie mięśnia sercowego u dzidzi. Lekarz przeprowadzający to usg stwierdził, że jego zdaniem maleństwo wyleczy się pozostając u mnie w brzuszku (bo z kolei mój doktor myślał o natychmiastowej cesarce). Powiedział mi jeszcze wtedy, że nawet gdyby u dzidzi się nie poprawiało, to nie jest to przeciwwskazanie do porodu siłami natury i on poopiera taki sposób rozwiązania ciąży nawet po pierwszym cc. Trafiłam więc na patologię na „podleczenie”. Dostałam antybiotyk. Kontrolę miałam po tygodniu od usg i zapis ktg oraz kolejne usg pokazały, że mój maluch walczy i jest lepiej! Odetchnęłam z ulgą choć już do porodu miałam robione ktg dwa razy w tygodniu.

Trzy dni przed terminem porodu byłam rano na ktg w szpitalu, zaczęły się pojawiać pojedyncze skurcze. Już w drodze do domu zaczęły się pojawiać coraz częściej, a wieczorem zrobiły się regularne (co 10 minut). Nie przybierały na sile i myślałam, że do rana wytrzymam, ale już ok. 2 w nocy miałam dość. Obudziłam męża, zorganizowaliśmy opiekę dla starszego synka i o 4 nad ranem byliśmy w szpitalu. Bałam się strasznie, że może to być fałszywy alarm. I nie pomyliłam się – rozwarcie ledwo na opuszek (wg lekarza). Załamałam się. Tyle czasu skurcze i zupełnie nic?! Myślałam o powrocie do domu, ale lekarz upierał się żebym została i na wszelki wypadek nic nie jadła, bo może skończyć się cc. I zostałam – sama, bo mąż musiał wracać do starszego dziecka. Na porodówce podpieli mi ktg, zbadała mnie jeszcze położna wg niej rozwarcie na 2 cm.

Po godzinie 8 rano przyszła lekarka, zastępca ordynatora (bo mój doktorek akurat na urlopie) i powiedziała, że mam wysokie CRP (coś ponad 60), że może maluszkowi coś nie odpowiada i da mi jeszcze godzinę i jak nic się nie ruszy to zrobią cesarkę. A ja prawie w płacz, że przecież ktg prawidłowe, a to CRP może wysokie dlatego, że ja jestem chora i na dodatek po antybiotyku miałam opryszczkę na ustach. Powiedziała, że wrócimy do rozmowy za godzinę. W międzyczasie położna przyniosła ankietę dla anestezjologa i widząc moją minę zaczęła mnie pocieszać, że za chwilę zobaczę maleństwo, że może tak będzie dla nas lepiej, a ja wciąż się zapierałam, że pierwsza cesarka była dla mnie traumą i tak marzyłam o porodzie naturalnym. Na dodatek po wyjściu lekarki skurcze zniknęły całkowicie… Gdyby nie wsparcie dziewczyn z „grupy wsparcia naturalnie po cesarce” siedziałabym i płakała. Byłam rozdarta – nie było męża, nie było mojego lekarza. Po godzinie przyszła lekarka, powiedziała, że skoro się tak upieram przy psn to poczekamy do jutra, że przeniosą mnie na oddział żebym sobie odpoczęła. Musiałam też podpisać oświadczenie, że nie wyrażam zgody na cc. Ucieszyłam się, że przestali wywierać na mnie taka presję i dadzą mi szansę spróbować.

Gdy trafiłam na salę na oddziale (było ok. godziny 12.00), odpoczęłam dosłownie chwilę, bo skurcze wróciły. Znów podpieli ktg, skurcze regularne, ale słabe. I znowu usłyszałam: „Proszę nic nie jeść w razie gdyby miało być cc”. A ja nawet nie miałam ochoty na jedzenie. Nie mogłam leżeć, a ok. 16.00 zaczęły mnie dziwnie boleć nogi – dokładnie uda po zewnętrznej stronie. Czułam tam jakby skurcze, nie wiem jak to opisać, bo ból był bardzo silny, trwał 2-3 minuty, potem chwila przerwy i znowu. Nie dawałam rady leżeć ani siedzieć. Masowałam sobie te nogi i „przytulałam” je sobie do kaloryfera, co trochę łagodziło ból. Na wieczornym obchodzie lekarka mnie zbadała i nic nie ruszyło do przodu, a co do bólu nóg, to stwierdziła, że to jakiś rodzaj rwy, że pewnie macica uciska. Nocny dyżur miała bardzo sympatyczna i bezpośrednia położna, ale strasznie przeciwna vbac. Pytała co chcę udowodnić rodząc „dołem”, że już dawno bym leżała z dzieciątkiem a nie tak się męczyła, że cesarka to dużo lepszy sposób rodzenia itp., itd. Pacjentki, z którymi byłam na sali też patrzyły na mnie jak na dziwoląga, któremu dają na tacy cc a on chce poród naturalny. Oj, jak ja miałam naprawdę wtedy wszystkiego dość! Ból nie ustąpił nawet na chwilę przez całą noc więc była to już druga bez snu.. I lekarka i położna mówiły, że nie mogą mi na ten ból nic podać więc tak sobie cierpiałam całą noc, tuląc kaloryfer, klęcząc przed łóżkiem, chodząc po sali. Uda tak bolały, że nie miałam pojęcia czy mam jakieś skurcze czy nie. Gdyby mi wtedy ktoś zaproponował, że mi te nogi odetnie to bym się zgodziła…

Gdy o 6.00 rano przyszła położna (ta sama sympatyczna) i spytała czy mam skurcze to powiedziałam, że nie wiem, ale że jakby mnie brało jakieś parcie. Wzięła mnie na badanie, a tam 4 cm rozwarcia! Potem na porodówkę, lewatywa i po niej przestały mnie boleć te nogi i poczułam skurcze, które były po tym bólu jak ukłucie komara więc drzemałam pomiędzy nimi. O godzinie 8.00 było już 8 cm, potem przyszła ta sama lekarka, która chciała mi robic cc i powiedziała, że mi gratuluje dobrej decyzji, że poród pięknie postępuje i że jestem bardzo mądrą kobietą Przebiła mi pęcherz, odpłynęły czyste wody (było ok. 9.00), potem za chwilę pełne rozwarcie i po ok. 15 minutach parcia powitałam na świecie mojego ukochanego synka!!!(godz. 9.40) Wszystko działo się błyskawicznie, robiłam wszystko to co kazała mi położna i teraz, z perspektywy czasu wogóle nie pamiętam czy to bolało! (pamiętam za to każdą minutę bólu nóg) Byłam tak nakręcona tym, że poród postępuje, że mąż już jedzie (a tak wogóle to nie zdążył na poród), że właśnie spełnia się moje marzenie, że byłam zdziwiona, kiedy nagle mi położyli na piersi moje dzieciątko! Pani doktor, która „nie zdążyła” na sam poród przyszła z okrzykiem „Brawo! Nasza bohaterka!” Ach… Mój, wreszcie mój poród!!! Nie zapomnę tego nigdy, było cudownie! Do tej pory jestem pod wrażeniem tego, jaką siłę mamy w sobie, jak nas pięknie natura stworzyła, że nawet po dwóch dniach i dwóch nocach bez snu (no i bez jedzenia) jesteśmy w stanie dokonywać takich rzeczy. Nigdy nie czułam takiej adrenaliny!

Jeszcze raz dziękuję wszystkim dziewczynom z grupy wsparcia, bo bez Was, bez waszych zaciśniętych wtedy kciuków, nie dałabym rady walczyć. Grupa wsparcia to piękne miejsce, które daje nadzieję i wiarę we własne siły. Wszystkim życzę udanych vbaców!

Michał Jan ur. 03.03.2016r. 3.440 kg i 53 cm

To nie poród uczynił mnie matką, to moje dzieci to zrobiły (Mikołów – Zabrze)

Dziś historia Kasi ze specjalną dedykacją dla wszystkich wspaniałych kobiet, których pragnieniem było urodzić naturalnie, ale musiały podjąć decyzję o cięciu cesarskim dla dobra swojego dzieciątka.

Poród? Tylko w domu. Całe swoje życie byłam przekonana,że tak urodzę. Ba, nawet wiedziałam w jakiej pozycji i gdzie. Co będzie robił mój maż. Widziałam siebie, czułam ten wysiłek, przeżywałam tą radość głaszcząc się po brzuchu w pierwszej ciąży. Ze wsparciem bliskich mi osób przygotowywałam się do tego wyjątkowego dnia. Wszystko było gotowe, wyprasowane, przygotowane. Torba do szpitala spakowana, bo moja położna powiedziała,że musi być, „na wszelki wypadek”. Ja w mojej głowie nie widziałam takiego wypadku.

Termin mijał, ten pierwszy, drugi. Minął ten i mój. Ze łzami w oczach jechałam do szpitala. Już wiedziałam, że bez pomocy się nie uda, ale pocieszałam się myślą,że kolejne urodzi się już w domu.
Czas w szpitalu się dłużył,ale udało się. Pojawiły się pierwsze niewinne skurcze. W głowie mantruję „Chcę mocniej,chcę bardziej. Z każdym skurczem jestem bliżej Ciebie kochanie ty moje”. Po kilku godzinach skurczy decyzja,że to „koniec”. Przegrałam z samą sobą. Ze łzami w oczach podpisywałam „zgodę do cc”. Wszyscy mówili,że za chwilę będzie Malutka a ja w głowie miałam wyliczankę komplikacji dla mojego dziecka po cc: Astma, Alergia, Zaburzenia SI. Płakałam najpierw ze smutku… Przez łzy patrzyłam na zegar 16, za 2 min usłyszę moją córeczkę. 16.02 płaczę ze szczęścia, bo już jest. Szybki całus, ciepło jej policzka, aksamit skóry pamiętam do dziś. Ją zabierają a ja odpływam.
Pierwsze dni są trudne. Zmagam się z zespołem popunkcyjnym, dochodzą skoki ciśnienia. Ból uniemożliwia mi opiekę nad dzieckiem. Muszę, walczę ze sobą. „Nie urodziłam Cię, ale Cię wykarmię”. Antosia jest małym ssakiem. Dam radę, postaram się na 110%,żeby poprawić jej życie po cc. Muszę. To nie jej wina,że tak się urodziła. To ja i moje ciało nie daliśmy rady.
18.11 Tosia kończy 7 miesięcy a ja przez telefon słyszę „Beta 800″. O matko, będę mamą. Urodzę, zrobię wszystko. Dzwonie do koleżanki położnej i mówię „Jestem w ciąży!!” Ona milczy i po chwili mówi,że nie wierzy. Ustalamy, który lekarz będzie pro VBAC po takim czasie. 8 miesięcy to czas przygotowania znowu do porodu siłami natury tym razem ma się spełnić marzenie o porodzie w wodzie. Ostatni miesiąc to czas intensywnych przygotowań, tym razem coś się dzieje, czuję,że macica pracuje delikatnie. Tym razem nie zawiodę. Przygotowuję się do porodu z doulą i położną.Mam masaże relaksacyjne, akupresure, akupunkture, piję herbatki, łykam kapsułki, wizualizuję,mantruję, oczyszczam umysł i ciało.
Ostatni trudny moment to spakowanie torby. Rzeczy poukładane na łózku, które wystarczy włożyć do torby. I wtedy coś pęką we mnie…Nie.. To nie wody płodowe, to łzy. Wróciły wspomnienia… Wtedy torbę pakowałam na” wszelki wypadek”, dzisiaj, bo muszę iśc do szpitala. Doula cierpliwie słucha moich smutków, które wylewam przez telefon i pociesza… Nie ocenia… Po prostu jest.
Mój czas znowu mija. Czuję,  że coś się dzieje, tym razem się uda… Ostatni tydzień jestem w kontakcie z położną. Pociesza i wspiera. Upały tego lata są potworne, proszę moją córkę,żeby już wyszła. Niestety forma dobrowolna na nią nie działa. 6.45 wkraczam w chłodne mury szpitala. Czas się skończył, ale probujemy jeszcze ją zachęcić. Położna się śmieje,że mała dostała pierwszy balonik. Chodzę i po godzinie od założenia cewnika zaczynają się pierwsze skurcze. Ok, zaczynamy… W głowie wizualizuję córkę, jak ją przytulam, próbuje oddychać. marzę o przyjęciu pozycji, w której będzie mi wygodnie, ale nie mogę, bo wtedy cewnik nie zadziała, więc się ruszam. Położna pyta czy mam skurcze. mówię, że nie, coś tam delikatnie ciągnie. Ona chwilę obserwuje i mówi, że „Tak”. No to skoro ona tak mówi, to pewnie tak jest. Marzę o wannie, ale jeszcze nie teraz, za wcześnie. Kolejne badania wskazują na postęp. Cudownie, uda się, idziemy do przodu. Siedzę na worku sako, Pojawiają się w końcu warunki do porodu. I słyszę tętno mojego dziecka. BumBum, bumBuum, Buuum,Buuuum… O nie tylko nie to – pomyślałam. Wtedy w mojej głowie pojawiła się myśl „szybko, ratujmy ją”. W sekundę byłam pogodzona z tym, że to koniec. Poczułam, że ona jest najważniejsza i nie chcę jej stracić. Marzeń mogę mieć wiele, ją tylko jedną. To nie poród uczynił mnie matką, to moje dzieci zrobiły. Pierwsza córka nauczyła mnie kochać całym sercem, bezwarunkowo. Druga nauczyła mnie,że miłość się mnoży nie dzieli.
Choć nie było łatwo, bolało i przelałam wiele łez to dzisiaj myślę nie o tym co straciłam a o tym co zyskałam. Pamiętam jak obie pachniały, jak na mnie patrzyły, jak delikatnie kwiliły, jak się przytulały… Nie chcę z tych dni pamiętać niczego więcej…
Chcę pamiętać tylko to jak rodziła się miłość do moich córek.

To był godny poród (Rzeszów)

Marysia swoją drugą córeczkę Laurę urodziła  w Tygodniu Godnego Porodu. I jak sama mówi – to był godny poród. Nie zabrakło w nim wsparcia. Nie zabrakło też  świadomości i psychicznego przygotowania Mamy oraz determinacji, by nie poddać się, gdy pojawiały się trudności i zakręty.

W pierwszej ciąży zamarzył mi się poród domowy. Niestety nie znalazłam na Podkarpaciu położnej, która przyjęłaby poród w domu. Pogodziłam się więc z faktem, że Róża przyjdzie na świat w szpitalu. Nie spodziewałam się jednak, że poród odbędzie się przez cesarskie cięcie, w dodatku na zimno. 5 dni po przewidywanym terminie porodu lekarka wysłała mnie na obserwację do szpitala. Już pierwszej nocy, zaraz po odejściu czopa śluzowego dostałam gorączki, a u córki pojawiła się tachykardia. Lekarz zarządził cięcie. Nie udzielono mi informacji o tym, co się dzieje ze mną i z maleństwem, dlatego napisałam, że lekarz “zarządził” cięcie, a nie zalecił je. Lekarze obecni na sali byli bardzo opryskliwi i nie dostałam od nich żadnego wsparcia psychicznego, wręcz odwrotnie, potraktowano mnie przedmiotowo. Zapłakana i roztrzęsiona zostałam przewieziona na salę operacyjną. Tak pojawiła się na tym świecie Różyczka.

Długo dochodziłam do siebie po porodzie. Ciało pomału się regenerowało, ale na myśl o okolicznościach w jakich przywitałam na świecie córkę, łzy przez wiele miesięcy napływały mi do oczu. Od pierwszej nocy po porodzie śledziłam historie opublikowane na tym portalu. Czerpałam z nich siłę i wiarę w swoje ciało oraz w to, że kolejne dziecko urodzę naturalnie i będę w stanie odpowiednio się nim zaopiekować od pierwszych chwil.

Drugie dzieciątko poczęło się dokładnie półtora roku po cc. Od początku wiedziałam, że zrobię, co w mojej mocy, aby zawalczyć o poród siłami natury. Na pierwszej wizycie lekarz oświadczył mi, że skoro jestem po cc, to umówimy się na termin kolejnego cc. Poinformowałam go, że zamierzam rodzić naturalnie, co wyraźnie go zaskoczyło, jednak nie odradzał próby porodu sn. Skontaktowałam się z doulą Madzią Hul, wybrałam szpital, w którym będę rodzić i zaglądałam regularnie na grupę wsparcia naturalniepocesarce na FB. Bycie w tej grupie, czytanie pozytywnych historii i zdobywanie wiedzy o vbac napełniło mnie ogromną siłą i sprawiło, że wyzbyłam się lęku przed próbą vbac. Ciąża przebiegała prawidłowo, zależało mi, żeby dzieciątko nie było bardzo duże (wiadomo, że w takim wypadku lekarze odradzają próbę porodu sn), dlatego praktycznie wyeliminowałam z diety cukry proste, nie suplementowałam się też żadnymi, poza kwasem foliowym, witaminami.

Na kilka tygodni przed miesiącem porodowym pojawiły się skurcze przepowiadające, do środkowego dnia terminu szyjka pozostawała jednak długa i zamknięta. Od 38. tygodnia piłam herbatę z liści malin i olej z wiesiołka, i czekałam na rozpoczęcie porodu. Przewidywany termin porodu przypadał na 7 marca, 8. byłam u lekarza, który ocenił, że nie widać, aby poród miał się wkrótce rozpocząć. 2 dni później zaczął odchodzić czop śluzowy i pojawiły się skurcze. Początkowo rzadkie i bezbolesne. Wieczorem już silne, ale nie częstsze niż co 5 min. Na wszelki wypadek wieczorem zadzwoniłam po mamę męża, aby przyjechała do starszej córki, miałam nadzieję, że w nocy poród wejdzie w aktywną fazę i pojadę do szpitala. Do godz. 2 w nocy nic nie przyspieszało, więc poszłam spać. Rano znów skurcze zaczęły się rozkręcać. Były bardzo silne, nie mogłam na skurczu zrobić kroku i zaczęłam podpierać ściany w domu. Bardzo cieszył mnie ten ból, bo wiedziałam, że przybliża mnie do poznania drugiej córeczki. Niestety po jakimś czasie doszły bóle krzyżowe, które bardzo dawały mi się we znaki i tylko leżenie w wodzie pomagało mi je znieść. Pod wieczór Róża pojechała z babcią na wieś, a ja zostałam z mężem w domu. Martwiło mnie, że skurcze są już tak mocno odczuwalne, a wcale się nie zagęszczają, ciągle co ok. 5 min. Zadzwoniłam do douli po wsparcie, Madzia podpowiedziała jak pomóc maleństwu wejść w kanał rodny i doradziła, aby zrobić ktg.

Pojechaliśmy z mężem do Szpitala Miejskiego w Rzeszowie, gdzie zamierzałam rodzić, jednak odmówili mi tam badania. Dyżurna lekarka poleciła mnie przyjąć, dopiero wówczas mogłaby mnie zbadać. Znów telefon do Madzi, która sugerowała mi, żeby jechać do prywatnego szpitala Pro Familia. Na izbie przyjęć położna podpięła mnie pod KTG, serduszko dziecka biło prawidłowo, skurcze co 9 minut. Następnie przyszedł zbadać mnie lekarz. I tu zaczął się dla mnie horror. Najpierw zbadał mi szyjkę i stwierdził, że wszystko zamknięte, a szyjka ma jeszcze 2,3 cm. Potem zrobił USG. Pierwsze, co zmierzył, to blizna, ocenił ją na 1,4 mm. Poinformował mnie, że bezpieczne minimum to 2,5 mm. Badając mnie dalej opowiadał, co się stanie ze mną i dzieckiem, gdy pęknie blizna. Jego słowa nie do końca do mnie docierały, z emocji zaczęło mi się kręcić w głowie. Stwierdził, że z dzieciątkiem OK, a poziom wód w normie. Namawiał mnie, żebym została w szpitalu, chciał wziąć mnie od razu na stół operacyjny. Czułam, jak osuwa mi się grunt pod nogami, jednak wiedziałam, że nie dam sobie i dziecku tak łatwo zafundować porodu operacyjnego.

Znów Madzia i znajoma położna na telefonie, nie namawiały mnie do niczego, dodały jedynie otuchy. Ustaliłam z mężem, że skoro z dzieciątkiem wszystko OK, jedziemy do domu. Było już bardzo późno, więc wzięłam relaksującą kąpiel i położyłam się. Mąż czuwał przy mnie całą noc, a ja zasypiałam i budziłam się na każdym skurczu. Mąż patrzył na zegarek i informował mnie, ile upłynęło minut. Skurcze były do zniesienia, za to bóle krzyżowe ciężko było wytrzymać. Czopek rozkurczowy, który doradziła położna, wcale nie pomógł. Dotrwałam tak do rana, o 8 wstałam, a mąż się położył. Po wieczornym badaniu byłam zdruzgotana psychicznie. Męczyłam się tyle czasu i żadnego rozwarcia, nie mogłam w to uwierzyć. Zaczęłam wątpić we własne siły i biłam się z myślami. Czy nie za bardzo narażam życie dziecka? Czy jest sens tak się upierać przy vbac? Stres potęgował napięcie, co nasilało bóle pleców. Czułam się strasznie zagubiona.

W południe zadzwoniłam do znajomej położnej, która pracuje w Miejskim i opisałam jej sytuację. Okazało się, że akurat ma dyżur. Zaproponowała, że zrobi mi KTG i poprosi lekarkę, żeby mnie zbadała. Po południu obudziłam męża i o 16 wyruszyliśmy do szpitala. Plan był taki: najpierw najeść się w Pizza Hut, potem do szpitala, już z nastawieniem, że zostaję na oddziale. W trakcie jazdy samochodem skurcze zrobiły się znów nieco częstsze i bardziej bolesne. Napełniliśmy brzuchy sałatkami i dotarliśmy wreszcie do szpitala. KTG prawidłowe, skurcze co 5 min. Na badaniu lekarskim okazało się, że jest 4 cm rozwarcia. Przeszczęśliwa faktem takiego postępu przyjęłam się do szpitala. Lekarka zrobiła USG i zmierzyła mi bliznę na 5mm!! Okazała mi bardzo dużo wsparcia, uspokajała, że jestem pod dobrą opieką i że sala operacyjna jest za drzwiami, i że w razie konieczności z pewnością zdążą mi zrobić cc. Przed snem miałam 2 razy zrobione KTG, o 23 lekarka zbadała mnie, rozwarcie bez zmian, dostałam paracetamol i hydroksyzynę, i poszłam spać.

Spałam jak niemowlę, ale już po 2 godzinach obudził mnie bardzo silny ból i potrzeba wypróżnienia ☺ Wydawało mi się nierealne, abym tak szybko doszła do 5 palców rozwarcia, więc myślałam, że muszę się załatwić. Gdy zauważyłam, że krwawię, ogarnęło mnie przerażenie. Pomyślałam, że to blizna się rozchodzi i że czeka mnie cc. Przerażona zadzwoniłam do męża, powiedziałam mu, żeby przyjeżdżał, bo chyba będę miała cc i się rozłączyłam. Nieźle biedaka nastraszyłam, ale sama byłam wówczas przerażona. Obudziłam położne, jedna do mnie wstała. KTG w porządku, skurcze co 3 minuty i prawie pełne rozwarcie. Przeleżałam pod KTG chyba godzinę, rozwarcie miało się zwiększyć jeszcze o rąbek. Potem na łóżko porodowe, wreszcie przyjechał mąż, położna wytłumaczyła jak oddychać na skurczach no i maleńka zaczęła schodzić w dół. Nie zgodziłam się na przebicie pęcherza, po chwili trysnęły wody. Parłam początkowo na boku, a później w pozycji półleżącej, z nogami przy tułowiu. Faza parcia trwała 25 min, po bólach partych był to już relaks, sił do rodzenia mi nie brakowało, bo przed snem najadłam się potajemnie upieczonymi w domu batonami musli ☺. Położna nacięła mi krocze i po chwili maleńka była już na moim brzuchu. Radość niesamowita, a u męża łzy szczęścia. Córcia ważyła 2880g i dostała 10 pkt w skali Apgar.

Miałam bardzo długi poród, po drodze wiele chwil zwątpienia. Na szczęście cały czas miałam wsparcie w mężu, douli i położnych, i wszystko skończyło się wspaniale. Teraz bez obaw myślę o kolejnym porodzie, a o przyjściu na świat Laury mówię z zadowoleniem, że był to godny poród.