Jak przygotować się do porodu naturalnego po cesarskim cięciu

Dziś słowo o przygotowaniu do ciąży i porodu po cięciu cesarskim od fizjoterapeutki uroginekologiczno-położniczej, Małgorzaty Latoń-Izdebskiej z krakowskiej Fizjo-strefy.

Znalezione obrazy dla zapytania cesarean scar massage

Przebyta cesarka NIE jest wskazaniem do kolejnego cięcia, co niestety w wielu szpitalach jest praktykowane. Aby kobieta miała możliwość porodu naturalnego, warto się do niego przygotować.

Blizna po cięciu jest przede wszystkich ograniczeniem mobilności, ruchomości tkanek. Cięcie zostało wykonane na kilku warstwach m.in. skóra, tkanka podskórna aż do mięśnia macicy. Wszystkie te warstwy wymagają odpowiedniej mobilizacji, aby tkanki ponownie zaczęły się ruszać, pracować.

Ruch to krążenie, krążenie to odżywienie. W brzuchu czy miednicy nie ma wolnych przestrzeni, narządy sąsiadujące ze sobą wpływają na siebie nawzajem, w związku z czym, jeśli dojdzie do ograniczenia ruchomości macicy, wpłynie to na pęcherz moczowy, odbytnicę, jajowody, jajniki, jelita itd… Brak ruchu prowadzi do powstawania zrostów wewnętrznych, zrosty mogą ograniczać krążenie i powstawanie np. żylaków czy hemoroidów a także bóle w obrębie miednicy, brzucha. Mogą także wpłynąć na niepłodność – zbyt duże napięcia, ograniczenia ruchu uniemożliwią zapłodnienie.

Dlatego blizna (każda) wymaga mobilizacji. Takiej pracy nauczy Cię fizjoterapeuta. Zmobilizuję bliznę i pokaże Ci jak z nią pracować w domu, co robić, aby poprawić krążenie i zwiększyć mobilność/ruch w Twoim brzuchu i miednicy.

Oprócz blizny ważna jest świadomość ciała, a w szczególności mięśni głębokich, które są odpowiedzialne za stabilizację Twojego kręgosłupa, za utrzymanie Twoich narządów w prawidłowym położeniu. Praca mięśni głębokich zależna jest od prawidłowej pracy przepony oddechowej, a praca przepony zależy od Twojej postawy. Przepona podczas wdechu obniża się do jamy brzusznej, robiąc przestrzeń dla płuc a tym samym rozluźnia mięśnie brzucha i mięśnie dna miednicy, spycha narządy jamy brzusznej w dół. Podczas wydechu przepona wraca pod łuki żebrowe, pomagając płucom pozbyć się powietrza i zasysa narządy i dno miednicy w górę, a w tym pomaga jej mięsień poprzeczny brzucha. To bardzo ważna praca, która daje ruch narządom, dzięki czemu wewnątrz naszego ciała pracuje „masażysta”, który pobudza krążenie, odżywienie, zapobiega zrostom. Po przebytej ciąży przepona często jest zablokowana i wymaga mobilizacji, aby uruchomić cały wyżej opisany proces. Po cięciu cesarskim praca przepony to pierwszy ruch, który pozwoli tkance na gojenie i regenerację. Po CC wart udać się do fizjoterapeuty pracującego z kobietami w połogu, aby nauczył Cię pracy przepony, zmobilizował ją, jeśli tego wymaga.

Mięśnie dna miednicy także należy odpowiednio przygotować, jeśli chcesz urodzić naturalnie. Mięśnie muszą być elastyczne, muszą się umieć rozluźnić. Odpowiednie ćwiczenia, praca z mięśniami są w stanie wpłynąć na ich tonus i przygotować je do porodu.

Podsumowując, jeśli myślisz o kolejnej ciąży, zanim podejmiecie kroki w tym kierunku, udaj się do fizjoterapeuty i zacznij pracować nad rozluźnieniem mięśni w obrębie miednicy i klatki piersiowej, gdyż ich napięcia wpłyną na nieprawidłową postawę a to zaburzy pracę przepony i ruch w Twoim ciele. Zmobilizuj bliznę – przygotuj ją i uelastycznij, aby rosnąca macica mogła się równomiernie rozciągać. W ciąży pracuj nad oddechem, bądź aktywna, rozluźniaj swoje ciało. Techniki osteopatyczne na macicy czy kości krzyżowej dadzą swobodę Twoim narządom, a więc i Twojemu dziecku.

Małgorzata Latoń-Izdebska

fizjoterapeuta uroginekologiczno-położniczy

 www.fizjo-strefa.pl

Zrobiłam to 13 miesięcy po cc! (Szwecja)

Prawdziwa emocjonalna BOMBA! Wzruszająca, chwilami zabawna, ukazująca mądrość Kobiety, Natury, Kobiecego Ciała i Intuicji oraz fantastyczny obraz mądrego skandynawskiego położnictwa. Historia Pauliny.

1 ciąża – Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę, byłam przerażona. Roztaczała się przede mną wizja porodu rodem z horroru, zgodnie z tym, co serwują nam familijne filmy. Chciałam cesarki na życzenie. Aby utwierdzić się w przekonaniu, że poród to okropne doświadczenie, odpaliłam sobie na yt filmik z prawdziwego porodu. Przypadek chciał (a te podobno są tylko w gramatyce), że trafiłam na nagranie domowego porodu w wodzie. Z każdą sekundą czułam się coraz bardziej oszukana, tak daleko ten obraz odbiegał od wszystkiego co widziałam. Tak zaczęły się moje poszukiwania prawdy na temat porodu naturalnego. Na scenę weszły budujące książki (ukochana Ina May), pozytywne historie i zbieranie wiedzy na temat metod radzenia sobie z bólem. Nie wiem w którym momencie z panicznego strachu przed porodem poszłam do punktu, gdzie nie wyobrażałam sobie rodzić inaczej niż naturalnie.

Moja pierwsza ciąża przebiegała bezproblemowo, nie licząc incydentu skurczy w 16 tygodniu, które szybko zostały wyciszone. Na przełomie 38 i 39 tygodnia zgłosiłam się do szpitala z powodu wysokiego ciśnienia. Na początku lekarzowi nie spodobała się ilość wód, niedługo potem waga dziecka. Podejrzenie małowodzia i hipotrofii doprowadziło mnie na sale porodową dokładnie tydzień przed terminem. Czekał mnie test oksytocynowy. Podłączono kroplówkę i ktg. Dosłownie po chwili na salę przyszło kilku lekarzy. Jeden spojrzał na wykres ktg i powiedział- tu będzie cesarka, proszę się przygotować. Od drugiego dowiedziałam się, że córce na skurczach spada tętno i nie przeżyje porodu naturalnego. Zaraz obdzwoniłam rodzinę, podpisałam papiery i w ciągu pół godziny pojechałam na salę operacyjną. Byłam w szoku- jak to, nie sn? Zaraz poznam córkę? Czułam się trochę jakbym oglądała film, a nie przeżywała swoje życie. 

Zaraz przyszło do znieczulenia. Anestezjolog nie mógł się wbić i próbował bardzo bolesne trzy czy cztery razy, a ja czułam się jak dziecko, które nie potrafi dobrze wygiąć pleców. Z pomocą przyszła asystentka anestezjologa, która przytuliła mnie i przytrzymała w odpowiedniej pozycji. Był to chyba jedyny tak czuły gest personelu tego dnia. Przez chwilę mogłam poczuć, że nie jestem sama. Położyłam się pytając anestezjologa skąd mam wiedzieć, że znieczulenie działa. „A czujesz coś? Bo właśnie jesteś otwarta.”

Nie spodziewałam się, że cesarkę tak czuć. Szarpanie było silne, wolną ręką przytrzymywałam się stołu, uczucie było bardzo nieprzyjemne, choć dalekie od bólu. Kiedyś przeczytałam zdanie, które dla mnie celnie opisuje cc – czułam, jakby ktoś zadawał gwałt mojemu ciału. W pewnym momencie usłyszałam króciutkie kwilenie, jak za mgłą zdołałam zobaczyć, jak lekarz przekazuje moją córkę położnej. Potem musiało nastąpić jakieś zamieszanie. Pytałam czy wszystko jest w porządku, anestezjolog próbował mnie zagadać, żeby odwrócić moją uwagę, ale ciśnienie niebezpiecznie mi rosło. Dalej nic nie pamiętam. Świadomość odzyskałam na sali, jak myślałam, poporodowej, jednak byłam na piętrze niżej- oddziale ginekologicznym i patologii ciąży.

Moja córka Róża urodziła się 20.07.2016r o godzinie 9:37, ważąc 2740g i mierząc 50 cm. Reanimowano ją w pierwszej minucie życia, a na samej sali operacyjnej kilkakrotnie. Miała rozległe wady ciała widoczne na pierwszy rzut oka i zakładano, że wiele wewnętrznych. Udało się ustabilizować jej oddech i wezwano specjalistyczną karetkę, aby przetransportować ją do Gdańska.

Każda minuta po cesarce dłużyła mi się jak wieczność. Panowało zamieszanie, wszyscy latali między piętrami szpitala to do mnie, to do małej. Partner przyniósł mi jej zdjęcie, ktoś inny kolejne papiery do podpisania. Po znieczuleniu było mi na przemian lodowato i gorąco, ale na świeżo wyremontowanej sali nie było zamontowanego alarmu wzywającego położne, więc czekałam od jednej osoby do drugie,j aby ktoś mnie przykrył lub odkrył. Błagałam personel, aby pokazał mi córkę, aż w końcu ktoś, nie wiem kto, powiedział, że przyjdą z nią do mnie, kiedy będą zjeżdżać do karetki. Niestety, tak się nie stało. Po pięciu godzinach od narodzin Róży usłyszałam zza okna wyjący sygnał ambulansu. Do teraz na ten dźwięk wszystko mi się przypomina.

Noc była bardzo bolesna. Dostawałam naprzemiennie leki przeciwbólowe z nasennymi, ale ból już rozhulał się w najlepsze, a nasenne nie działały mimo największej możliwej dawki. Bolało bez ustanku. Rano ciszę przerwało dzwonienie, telefon ze szpitala w Gdańsku.
– Bardzo mi przykro, pani córka nie żyje.

Róża żyła 22 godziny. W ciąży nic nie wiedzieliśmy o jej chorobie. W swoim mniemaniu oczekiwałam na zdrowe dziecko. Wielokrotnie później żaląc się na konieczność cesarskiego cięcia, słyszałam znane „ważne, że wszystko z Wami w porządku”, „ważne, że żyjecie”.  No cóż… Cesarka nie zawsze oznacza uratowane życie.

2 ciąża- W drugą ciążę zaszłam trzy miesiące po cc. Zaznajomiona z grupą „Naturalnie po cesarce”, z pragnieniem naturalnego porodu jeszcze z pierwszej ciąży i traumą po operacji, od razu założyłam, że będę próbować sn. Do tego nie wyobrażałam sobie na nowo uczyć się chodzić mając pod opieką noworodka.

Była to ciąża bardziej świadoma. Z przygotowań do porodu największą rolę odegrało wdrożenie w styl życia pozytywnego myślenia (Prawo Przyciągania), afrimacje oraz bezcenny program autohipnozy „Cud Narodzin”. W tym momencie należy się mu kilka słów 😉 Wahałam się nad jego kupnem ze względu na cenę, ale ze szczerego serca mogę powiedzieć, że nie żałuję ani złotówki. Pracę z programem zaczęłam w trochę ponad połowie ciąży i niemal od razu zauważyłam jak zmieniają się na lepsze moje codzienne emocje. Nauczyłam się dostrzegać jak często niepotrzebnie spinam różne mięśnie- z pomocą przyszła umiejętność głębokiej relaksacji. Z czasem oswoiłam wszystkie moje strachy i obawy w związku z porodem. Pięknie było spędzić czas ciąży w takim spokoju. Dzięki „Cudowi” moja wiara we własne siły podskoczyła o 200%. Ostatecznie moje umiejętności zdobyte dzięki niemu przydały się nie tylko na czas ciąży i porodu, ale też w połogu. Praca z „Cudem” z perspektywy czasu była najlepszym, co mogłam dla siebie zrobić . Brzmi jak reklama, ale to najszczersza prawda 😉 Piłam jeszcze od 34 tygodnia napar z liści malin, ale zdaje się, że nie pomógł w moim przypadku 😉

W pierwszym trymestrze ciąży odczuwałam lekkie bóle blizny, ale uspokajano mnie, że to normalne. Około 20 tygodnia coś podkusiło mnie o sprawdzenie jej grubości, więc poszłam do najlepszego ginekologa w mieście i się zaczęło 😉 „Blizna cienka, a z czasem będzie jeszcze cieńsza, konieczne planowe cięcie w 38 tygodniu, o ile w ogóle macica wytrzyma do tego czasu”. Podziękowałam temu panu i wyjechałam do partnera, do Szwecji, gdzie docelowo miałam urodzić. Tam z kolei dowiedziałam się, że moja blizna jest silna i elastyczna. I to bez żadnego badania! :) Oni w to wierzyli i ja wierzyłam.

System położniczy w Szwecji różni się od Polskiego, a blisko mu do tego w Wielkiej Brytanii. Vbac są tu czymś normalnym, choć bardziej monitorowanym od zwykłego sn. Nowością było dla mnie brak badania ginekologicznego przez całą ciążę. Po prostu nikt nie zaglądał w „podwozie”, nie widziano takiej potrzeby. W związku z tym nikt nie dawał mi nadziei, że urodzę przed terminem, ani nie straszył, że urodzę po terminie, bo „wszystko pozamykane”.

Takim sposobem doturlałam się do 38 tygodnia. Cisza. No nic, czekamy. 39 tydzień. Morale lekko podupadły, dziwnie mi było chodzić jeszcze w ciąży, w końcu pierwsza w tym momencie się skończyła 😉Zaczęłam biegać po siedmiu piętrach bloku, uskuteczniałam spacery bocianim krokiem, namiętnie masowałam sutki, ale efektem było tylko lekkie okresowe ćmienie- ciało mówiło mi, że to jeszcze nie mój czas. Zmęczona pozytywnym myśleniem, że „mogę urodzić i dzisiaj”, poszłam w drugim kierunku i śmiałam się, że nigdy nie urodzę.

Dzień po terminie zaczęło mnie łamać w kręgosłupie. Jakieś skurcze tworzyły się pod wpływem skakania na piłce, ale ciągle nic spektakularnego. Jak można się domyślić, byłam załamana. Na horyzoncie porodu brak, doszedł tylko dodatkowy ból.

Drugi dzień po terminie – nowe doznania (jak to wtedy określiłam „jakby mi miało dupę rozerwać”). W środku płaczę, że będę ostatnią ciężarówką na świecie, bo wszyscy urodzą przede mną 😉 Powoli nachodzą mnie czarne myśli pod tytułem wywoływanie.

Trzeci dzień po terminie – wieczorem skurcze co 10 min. Chciałam rozkręcić je tańcem do rytmów latyno, jednak rozchodzą się po kościach, ale wstępuje we mnie nowa nadzieja.

Czwarty dzień po terminie przynosi oczyszczenie organizmu i odchodzenie czopu śluzowego. Idę na spacer i staram się jakoś zachęcić córkę do wyjścia.

Piąty dzień po terminie i godzina 22:00, kiedy to łapie mnie najzwyczajniejszy skurcz, jednak coś każe mi poprosić partnera o spojrzenie na zegarek. Drugi nadchodzi za trzy minuty. Kolejny też.
Jestem podekscytowana, a partner przerażony, kiedy informuję go, że TO JUŻ. Leci ze mnie krwista wydzielina. Idziemy zrobić frytki, macham biodrami na skurczu kucając. Aplikacja pokazuje, że skurcze są co 3-5 min i trwają 1-1,5 min. Nie bolą jeszcze tragicznie, choć muszę przerwać na nich wszystkie czynności. Czas spędzam na częstym lataniu do toalety, bujaniu na piłce i słuchaniu „Cudu Narodzin”. Jestem spokojna i skupiona na swoim wnętrzu. Powtarzam dobrze znane afrimacje.

Tak mijają mi 4 godziny, po których decyduję się zameldować telefonicznie w szpitalu. Dostaję informację, że krwawienia ze śluzem są normalne i mam przyjechać jeśli odejdą mi wody lub jak już nie będę mogła wytrzymać. W ogóle cała rozmowa wprowadza mnie w dobry nastrój, bo poziom angielskiego mój i telefonistki prezentuje ten sam marny poziom:
„- Masz może takie coś… hm, jak to powiedzieć? Siadasz i się myjesz?
– Wanna?
– Tak, wanna. Proszę spróbować wziąć kąpiel.”

Mimo, że pół godziny po telefonie już konkretnie miażdży mi kręgosłup, dalej nie czuję, że to moment na szpital. W domu czuję się dobrze. Z polecenia partnera próbuję się zdrzemnąć. Budzę się po dwóch godzinach, biorę prysznic, oglądamy kawałek jakiegoś filmu, idziemy dalej spać, a to wszystko ze skurczami co 3-4 min. Powiadomione o akcji porodowej „moje” grupy na facebooku radzą szybko jechać do szpitala i panikują, że trzeba kontrolować bliznę. Idę jednak za głosem intuicji- nie ma się co spieszyć.

Ranek zastaje mnie wypoczętą. Do siostry piszę, że psychicznie czuję się świetnie, ale na dwieście procent poproszę o epidural i to na wiadra 😉Wydaję już konkretne dźwięki, na skurcze z krzyża zbawienny okazuje się termofor. Boli coraz bardziej, ale dla mnie to ciągle za mało, więc masuje sutki, biorę jeszcze jeden prysznic, skaczę na piłce. Efekt? Akcja porodowa zwalnia, skurcze co 7 min. Jestem lekko podłamana, że moje całonocne bóle to tylko fałszywy alarm. Z drugiej strony pocieszam się, że dobrze zrobiłam, zostając w domu. Jednak za każdą wizytą w łazience leci ze mnie coraz więcej i więcej krwistego śluzu, więc partner żywo przekonuje mnie, aby jednak jechać. Upieram się, że jeszcze trochę policzę skurcze, aby mieć co przekazać szpitalowi przez telefon. Zajmuje mi to całe dwie godziny, podczas których akcja wraca do 3-4 min już tak intensywnych, że skurcz rzuca mnie na czworaka. Dzwonię, że jest już ciężko. Szpital zaprasza. W drodze między skurczami słuchamy radia, ale w bólu dźwięki mnie drażnią. Piosenek słuchamy więc po połowie 😉

Do szpitala dojeżdżamy ok 14:00. Położne bardzo miło nas przyjmują i podpinają ktg.

22538033_1427883570663080_826574694_n

Skurcze piszą się dziwnie niskie, mam wrażenie że cała ich siła mieści się w plecach, nie w brzuchu. Opieram się o partnera, tylko tak skurcze wydają się być do zniesienia. Badanie – 4 cm. Nie powiem, że spodziewałam się więcej, jednak już zaraz następuje moment, w którym zaciera mi się poczucie czasu, bóle rosną, a ja zatapiam się cała w porodzie, myśląc tylko o tym, by przejść kolejną falę.

Przechodzimy do sali porodowej, podpinają mi ktg bez kabli. Na plecy i brzuch dostaję ciepłe woreczki, które wiąże się w pasie, są przyjemne, nie chcę się z nimi rozstać, ale ból pleców jest tak ogromny, że proszę o polecane przez położne zastrzyki podskórne (do teraz nie wiem dokładnie co to było). Moja opinia: 2/10, nie polecam. Wstrzykiwanie boli jak ostatni piorun, a efekt trwa przez chwileczkę. Przychodzi punkt, kiedy za bardzo nie wiem co robić na skurczach. Chodzenie boli, bujanie boli, sławne siedzenie na piłce opierając się o łóżko porodowe jest nie do zniesienia. Na chwilę kładę się na łóżko i to jest ten moment, w którym moje dotychczasowe założenia o aktywnym porodzie szybko czmychają na drzewo 😀 Leżę na boku i ani myślę zejść z łóżka. Dzięki nauce relaksacji, kiedy położne powtarzają mantrę „oddychaj”, umiem odprężyć spięte mięśnie. To pomaga.

Niestety ruchome ktg nie zawsze wyłapuje tętno córki, więc zapada decyzja o przyczepieniu „elektrod” do jej główki, które mają zagwarantować ciągły zapis. Wiąże się z tym przebicie wód, czego trochę się boję, ale ostatecznie nie boli, tylko leci ze mnie i leci. Mam wrażenie, jakby ktoś z przebiciem wód podkręcił gałkę „częstotliwość skurczy”. Przychodzą jeden za drugim, jak chcą, nieregularnie. Czasami czuję, że w ogóle nie dają przerwy. Czuję jakbym miała umrzeć, chcę znieczulenie. Proponują mi gaz rozweselający, ale łapię tylko za niego i ściskam, zamiast oddychać przez maskę i taka forma znieczulenia wcale mi nie odpowiada 😉

Położna: Masz 7cm, poród idzie bardzo szybko, na pewno chcesz epidural? Zaraz będzie po wszystkim.
Ja: kogo mam zabić, żeby dostać co trzeba?

Zaczynają się przygotowania pod epi, kroplówka. Ledwo pamiętam co się wtedy działo. Ze snu budzą mnie skurcze tak silne, że drę się jak na egzorcyzmach. Wiem, że pomyślałam tylko w jednym momencie, jakie to dziwne, że poród się po prostu dzieje, niezależny ode mnie, że pochłania całe ciało, ale zostawia jedną komórkę w mózgu, która pamięta, że jesteś. Czułam więc, że JESTEM i że RODZĘ. Nic więcej.

W dzienniku przebiegu porodu widać całą godzinę od decyzji o epi do jego podania. Wszystko przez komplikacje przy wkłuciu – powtórka z cesarki. Później dowiedziałam się, że wina tkwi w niestandardowej budowie kręgów i przy ewentualnym kolejnym porodzie mam ostrzegać o tym anestezjologów. W każdym razie, wracając do akcji:
Jeden anestezjolog nie może poradzić sobie z wkłuciem. Wołają drugiego. Chyba jest na sali dużo osób, ale nic mnie to nie obchodzi, włącznie z tym, że jestem cała naga. Ktoś mnie dotyka, ktoś mnie przewraca, dociera do mnie tylko głos partnera tłumaczący co muszę zrobić. Zbieram się w sobie i robię, tak bardzo chcę ten cholerny epidural. Anestezjolog wbił się igłą w kręgosłup, a mnie zalewają fale skurczy. Nie mogę drgnąć, aby nie zakleszczyć igły w środku, a ból dosłownie miota moim ciałem. Nie ruszaj się, nie ruszaj, słyszę głos partnera. Ból w tej pozycji jest ponad wszystkie bóle, a jednak trwam w niej zastygnięta przez całe trzy skurcze. Każdy z nich jest jak godzina. To był zdecydowanie najgorszy moment porodu.

Znieczulenie w końcu zaczyna działać, czuję się jak obudzona ze snu. Pytam która godzina i śmieję się z jakichś żartów. Dzięki Bogu za epidural, mówię i uśmiecham się w duchu do moich założeń o aktywnym porodzie bez znieczulenia 😉

Nie mija dużo czasu, a zaczynam czuć lekkie popieranie. Położna zagląda i stwierdza- 10cm, ale główka nie zeszła. Rozwarcie nie poszło równo, więc obracam się z boku na bok z nóżką do góry, aby w końcu przyjąć normalną pozycję siedzącą na łóżku porodowym. Jestem w pozytywnym szoku, że to już 10 cm. Położne sugerują, że jeśli chcę, mogę spróbować przeć, ale próbuję raz i nie podoba mi się to. Raz po raz przychodzą skurcze, a ja oddycham dalej sposobem na pierwszą fazę porodu i dobrze mi z tym. Położne pozwalają toczyć się akcji jak chce. W międzyczasie chrupię ciasteczka owsiane i popijam kisielkiem. Zaraz wszystko wraca tą samą drogą, co weszło- słyszę od położnej, że to dobry znak. I faktycznie, niedługo popieranie zmienia charakter, zaczyna mi robić się niewygodnie i chcę zmienić pozycję. Z rękami na pionowym oparciu łóżka, z pupą wypiętą na przemiłą twarz położnej, słyszę, że już widać główkę. Sama czuję, że to już „to”, parcie jest nie do powstrzymania. Drę się i czuję siłę i pierwotną moc, czuję dokładnie jak córka przesuwa się w dół – lubię to uczucie. Jest fizycznie przyjemne. Tylko kiedy wyszła już główka, słyszę położną „oddychaj, oddychaj” i nachodzą mnie typowe myśli rodzącej „sama oddychaj, ja tu rodzę!”, czuję że zaraz odlecę w kosmos, ale po sekundzie moje ciało samo wypycha na świat dziecko. To wszystko jest niemożliwe. Patrzę na wszystkich w zdumieniu, że to zrobiłam, że dałam radę!! Ani na chwilę nie pomyślałam o bliźnie.

Moja córka Lilia urodziła się 18.08.2017r o godzinie 21:29, ważąc 3360g i mierząc 49cm, po dwudziestu trzech i pół godzinie porodu (z czego 18 w domu), 6 dni po terminie, 13 miesięcy po cesarskim cięciu. Było to tak cudowne i budujące doświadczenie, że nie sposób tego opisać. To, co dał mi poród naturalny, zmieniło moje postrzeganie siebie, przesunęło granice tego, co jestem w stanie wytrzymać i dało wiarę w to, ile mogę zrobić. Czułam, że mój poród dzieje się naprawdę – nie jak podczas cesarki. Doświadczenie bólu do tych 7 czy może nawet 8 cm nie było złym doświadczeniem. Gdybym miała określić poród jednym słowem, byłoby to słowo POWER, tyle, że czcionką 72 😉 Cały jego obraz jest dla mnie piękny i długo, długo będę z niego czerpać.

quote-there-is-power-that-comes-to-women-when-they-give-birth-they-don-t-ask-for-it-it-simply-invades-sheryl-feldman-299085

Po porodzie, z córką na rękach, oglądałam z położną łożysko. Wcześniej nie kręciły mnie takie rzeczy, ale jak już na niego zerknęłam, nie mogłam wyjść z podziwu- jaki to wspaniały organ! Potem nastąpiło szycie- 5 szwów na trzy małe pęknięcia od środka. Móc wstać, chodzić, siedzieć i jeść po porodzie? Byłam w siódmym niebie :)

Niestety w całej tej szczęśliwej historii dopadł mnie zespół popunkcyjny. Kto poznał ten ból nie potrzebuje więcej słów. Ból głowy ścinał z nóg, nie pozwalał myśleć, jeść, kręcić głową, bolało mruganie oczami i każde światło. Przez dwa tygodnie skutecznie utrudniał mi radość z macierzyństwa.

Każda położna na porodówce (a było ich trochę) była uosobieniem życzliwości, była tam dla mnie, co czułam na każdym kroku. Życzę każdej z Was takiej opieki od serca. Cieszę się jednocześnie, że mogłam urodzić zgodnie ze sobą. Kto wie jak potoczyłoby się wszystko, gdybym rodziła w Polsce i w szpitalu chcieliby mnie widzieć już po kilku godzinach regularnych skurczy? Może byłaby oksy? Może brak postępu?

Na koniec dodam, żebyście wierzyły w siebie i swoje blizny. Przesyłam dużo miłości i dziękuję za tę grupę (Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia – przyp. red.). Podczas ciąży była moim motorem napędowym!
P.S. Kto wytrwał od początku do końca – żółwiczek!

Nic bym nie zmieniła w moim porodzie, no może upewniłabym się, że kamera jest włączona;) (Wielka Brytania)

Porody domowe po cięciu cesarskim (HBAC) są w Polsce tematem trudnym. Z wielu powodów, o których między innymi tutaj. Mam jednak szczerą nadzieję, że dobrniemy kiedyś do takich realiów jakie opisuje bohaterka dzisiejszej historii, Julia, która doświadczyła szczęśliwego HBACu po bardzo trudnym pierwszym porodzie i po stracie maleństwa w kolejnej ciąży.

Pierwszy poród w lipcu 2014. Kupiliśmy voucher na usg bo nie miałam żadnych objawów ciąży (w Anglii nie robią usg do 12 tygodnia). Nie byłam również pewna, kiedy zaszliśmy w ciąże, wiec ciekawość wygrała. Okazało się, że byłam w 7 tygodniu i nosiłam bliźniaki! Szok. Niestety na usg w 12 tygodniu zobaczyliśmy tylko jedno dziecko, drugie zniknęło. Dalej ciąża przebiegała bezproblemowo. Dzidzia długo dała na siebie czekać. 41+5 zgodziłam się na masaż szyjki. Następnego dnia od 4.30 zaczęły się skurcze, od razu co 3 minuty. O 10 byliśmy w szpitalu, 2cm rozwarcia. Poszliśmy na długi spacer (nie mogliśmy wrócić do domu bo trwało Tour the France i Londyn był nie przejezdny). Było piękne lato i wspaniała pogoda. O 16 z powrotem w szpitalu, 3cm…przyjęli nas na oddział nadzorowany tylko przez położne ale zostałam poinformowana, że o północy skończę 42tyg i muszą mnie przenieść do szpitala. Skurcze cały czas co 3 min, takie że nie mogę mówić. No i tak się skończyło. Dostałam znieczulenie, przebili wody. O 6 rano epidural, oksytocyna. Rozwarcie na 5cm. Dostałam wysokiej gorączki. Cały czas byłam przypięta do Ktg. Mała zaczęła się denerwować. Dozowałam sama znieczulenie i cały czas byłam w bólu bo chciałam czuć kiedy przeć. O 14 przyszedł lekarz i powiedział, ze to już za długo trwa. Zgodziłam się. Po 36h przyszła na świat Mia, 4kg i 56cm, cala zdrowa. Niestety ze względu na moja gorączkę musieli jej podać antybiotyk. W szpitalu zostałam 5 dni – ten czas wspominam najgorzej. Istna męka. Potem problem z karmieniem. Mała przez 5 tygodni nie odzyskała wagi urodzeniowej. Wyłam z bólu przy dostawianiu. Przez 2 miesiące odciągałam mleko co 2h. Kiedy skończyła 3 miesiące zaczęła jeść normalnie z piersi i już nigdy nie użyłam laktatora – samoodstawila się w 27 miesiącu, kiedy byłam w 5 miesiącu ciąży).

Ciągle myślałam o tym co źle zrobiłam, dlaczego się lepiej nie przygotowałam. Nikt z mojej rodziny nigdy nie miał cesarki. Ja takie szerokie biodra, nie pomyślała bym, że mi się to przytrafi. Byłam całkowicie rozbita. Jak Mia skończyła rok zdecydowaliśmy, że pora na następne dziecko. Wyliczyłam kiedy ‚to’ zrobić aby urodziła się również w lipcu 2 lata po cesarce. Trafiliśmy bez problemów, idealnie. Niestety na usg w 12 tygodniu okazało się, że nie ma akcji serca. Mały (jestem pewna, że to był chłopak) odszedł koło 9 tygodnia. Czekałam tydzień na poronienie. I znowu o 4.30 zaczęły się skurcze. Urodziłam.

Od razu zaczęliśmy się starać o kolejne dziecko. Zajęło nam to 4 miesiące i się udało. Po poronieniu ciąża to już nie to samo. Ciągły stres, przy każdej wizycie w łazience bicie serca. Na usg w 12 tygodniu myślałam, ze umrę, ale okazało się, że wszystko było w porządku. Tym razem przygotowałam się należycie. Hypnobirthing, daktyle, maliny, wiesiołek no i to co standardowo czyli zdrowa dieta, soki warzywne i różne naturalne suplementy i witaminy. Studiowałam aromaterapie, homeopatie i stosowałam się do zaleceń spinning babies. Byłam gotowa na długa walkę i przygotowałam się na wypadek, gdyby dzidzia miała się znowu urodzić długo po terminie lub gdyby była w złej pozycji. Zdecydowałam, że poród domowy będzie najlepszym wyborem. Nie chciałam być w szpitalu – za dużo wspomnień, które mogłyby zatrzymać akcje. Załatwiłam basen, tens machine i piłkę. Skontaktowałam się z położnymi od porodów domowych i bez problemu przyjęły mnie pod skrzydła. Miałam dwa USG w 12 i 20 tyg. Nie widziałam ginekologa, nikt mi nic nie mierzył ani nie dotykał. Położne nie widziały żadnego problemu (przyjmują kilka HBAC’òw w tygodniu). Miałam prowadząca położna, która najpierw co 3 potem co 2 tygodnie przychodziła do mnie do domu. Ciąża przebiegła bezproblemowo.

23 luty – równo 40 tydzień Mama, która przyleciała z Pl tydzień wcześniej, wzięła Mie na długi spacer. Ja poczułam, że muszę ogarnąć mieszkanie. Umyłam podłogi, cała łazienkę, nawet ściany. Zrobiłam 3 prania i tak mi zleciał cały dzień. Pod wieczór zaczęły mnie boleć plecy. Przeczytałam Mii książkę i poczułam pierwsze nieprzyjemne uczucie w dole brzucha. Ok 8 kiedy mała już spała a napięcia powracały postanowiłam się wykapać aby sprawdzić czy akcja się zatrzyma. Nic to nie dało, wiec położyłam się myśląc, że to jeszcze nie to. Poleżałam 20 min, następnie skakałam na piłce. Było mi niewygodnie. Zaczęłam mierzyć – skurcze były co 4 min. Potem poszłam oddychać na balkon i w kuchni. Słuchałam Hypnobirthing. Podłączyliśmy Tens – duża ulga. Klęczałam na podłodze, wieszałam się na pralce, wystawiałam głowę na dwór, aby lepiej oddychać. Mój partner zaczął pompować basen i wszystko przygotowywać.

Zaczęły odchodzić wody. Mama poszła spać do małej. O 23.30 zadzwoniłam do położnej. Powiedziała aby jeszcze poczekać i zadzwonić jak skurcze będą częstsze. 24 luty O 0.30 zadzwoniłam ponownie bo w zasadzie od godziny czułam, że chce przeć ale myślałam sobie, że to jest niemożliwe, nie mogłam uwierzyć, że tak szybko mogło by się wszystko wydarzyć. Położna powiedziała, że już jedzie. Ja w tym czasie byłam już w basenie.

IMG_8046

Przyjechała, zmierzyła ciśnienie, serce dzidzi. Musiałam się położyć na sprawdzenie rozwarcia – jak można rodzić na leżąco?!!! Położna była powolna, wkurzała mnie. Skurcze przychodziły jeden za drugim, a ona się pyta czy mogę nasikać na paseczek?! Odmówiłam. W końcu sprawdziła rozwarcie i tak jak myślałam 10cm. Szybko wskoczyłam do basenu i zajęłam się parciem. Zawołaliśmy moja mamę. Nie krzyczałam, byłam bardzo spokojna i skupiona. Po ok 20 min urodziła się Nina. Miałam ja urodzić samym oddechem ale chęć parcia była poza mną. Myślę, że jeżeli zaufałabym instynktowi to urodziłabym godzinę wcześniej, ale po tak traumatycznym poprzednim porodzie naprawdę się nie spodziewałam. Nie było kryzysu 7 cm ani przerwy pomiędzy skurczami a partymi. Nie mogłam w to uwierzyć. Położna powstrzymała mnie jak wychodziła głowa, bo byłam gotowa ja wystrzelić. Piekło i myślałam, że rozerwie mi łechtaczkę. Złapałam Ninę pod woda i wyciągnęłam na siebie. Leżałyśmy tak 40min.

Przyjechała druga położna. Potem tata kangurował a ja próbowałam urodzić łożysko. Niestety nie chciało się odkleić. Po 2 godzinach czekania zdecydowałam, że chce zastrzyk bo inaczej musiałabym jechać do szpitala. No i zadziałał. Po 5 min z mała na piersi, na kanapie wypchnęłam łożysko. W końcu położne mogły pojechać do domu. Mała ważyła 3800 g, głowa 34cm i 54cm długości. Bolało, ale nie popękałam. Byłam mega głodna i od razu opróżniłam pół lodówki. Otworzyliśmy szampana i ok 5 poszliśmy spać, tzn. ja poszłam, bo właśnie obudziła się Mia, wiec tatuś musiał się nią zająć. Nawet nie płakałam jak się urodziła, byłam w takim szoku. Nie miałam ‘baby blues’ ani problemu z karmieniem. Wiem, że zrobiłam wszystko, aby ta kruszynka miała jak najlepszy start. Jestem bardzo szczęśliwa. Aż głupio się czuje, że było tak łatwo.

Myślę, że udany HBAC zawdzięczam dobremu ułożeniu dziecka (może dzięki ćwiczeniom) oraz mojej wiedzy, która dała mi spokój i wiarę w to, że moje dziecko nie będzie za duże, aby ze mnie wyjść, i że jestem w stanie je urodzić. Nic bym nie zmieniła w moim porodzie, no może upewniłabym się, że kamera jest włączona;). W domu czułam się bezpiecznie, byłam wśród bliskich, nie martwiłam się o Mie, wiedziałam że smacznie śpi za ścianą. Szpital jest niedaleko a położne naprawdę wiedzą, co robią. Ani ja ani one nie ryzykowałyby, gdyby pojawiły się jakiekolwiek komplikacje. Pomogła również ogólna postawa – nikt się specjalnie nie dziwił, że chce rodzić w domu. Większość moich znajomych urodziło w domu lub rodziło, ale zostało przewiezionych do szpitala w trakcie porodu z różnych powodów. Dziewczyny, wierzcie w siebie, jesteście do tego stworzone. Zawsze warto spróbować. Życzę wam powodzenia.

Historia wielkiej walki i ludzkiego CC (Holandia)

Ta historia nie jest historia VBAC, opowiada jednak historie wielkiej walki. Jak pisze jej autorka i główna bohaterka Ela, „walczylismy wszyscy: ja, moja córka, jej ojciec, nasze położne, szpitalny personel. Walczyliśmy o porod naturalny, potem o życie, a ostatecznie o jak najbardziej „naturalne” cięcie cesarskie. Da sie.” Kochane polskie czytelniczki, chciałabym, żebyście zwróciły uwagę jak wiele czynności można podjąć w razie komplikacji w porodzie ZANIM podejmie się decyzję o cięciu cesarskim. W razie przedłużającego się porodu lub niesatysfakcjonującego zapisu KTG – bezpośrednie monitorowanie czynności serca płodu – pelota na główce płodu (tak, trzeba mieć odpowiedni sprzęt do tego! Ale właśnie takich możliwości powinnyśmy się jako  Kobiety domagać, o to wołać i apelować!) i pobranie krwi z główki płodu celem wykonania badania gazometrycznego, które w przeciwieństwie do KTG daje pewną odpowiedź na to na ile dotlenione jest dzieciątko i czy jest potrzeba natychmiastowego ukończenia porodu czy też nie. Warto też zwrócić uwagę na postępowanie PO cc. Miłej lektury!

Od 4 miałam nieregularne skurcze, słabe ale częste, co 3-7 minut. Od początku trwały ok 1 minuty lub dłużej.
O 8 poinformowałam położne, że coś jest na rzeczy. O 12 wizyta i faktycznie, 3 centymetry! Jaka radość! Kolejna wizyta o 16 i 4 centymetry. Skurcze trochę się nasiliły, ale świetnie sobie radziliśmy. O 18 zmiana położnych, nadal 4 cm. Kolejne badanie po godzinie i werdykt: brak postępu. Położna namawia mnie na przebicie pęcherza, bo jak nie to transfer. No i się zgadzam. Od 19 skurcze nabierają tempa, pojawiają się bóle krzyżowe. Jakbym dostawała kijem basebolowym, bez przerwy. Od 20 skurcze właściwe nie ustawaly, myślę sobie, teraz rodzę na poważnie! D w końcu miał zajęcie – wisiałam na nim na zmianę ze skakaniem na piłce. Coraz trudniej było mi znieść ból, ale wiedziałam, że w takim tempie to już na pewno nie potrwa długo! Po 21 badanie 4 i pół centymetra. To mnie zniszczyło, nie wyobrażałam sobie tego bólu tak długo… straciłam wiarę, poddałam się zupełnie, proszę o epidural. Jedziemy do szpitala, a ja rycze, krzyczę, żal mi samej siebie. Gdzieś w krótkich chwilach świadomości było mi tak strasznie wstyd.
Dojechaliśmy do szpitala, okazuje się ze czeka mnie 30 minut KTG. Błagam o pomoc, już nie chcę, nie mogę. Ale jednak daje radę i przez chwilę nawet wygląda na to, że wychodzimy na prostą. 30 minut trwa już godzinę, coraz więcej ludzi się w okół mnie kręci, pytam czy to już, czy epidural…? Nie. KTG wypadło średnio, musimy założyć elektrode bezpośrednio na główce. Nie wiem, ile to trwało. Patrzę na ekran, skurcz na szczycie, a tętno 50. I spada. Pobierają krew ze skalpu do gazometrii – niedotlenienie. I już jedziemy na salę operacyjną, dali mi coś na zatrzymanie skurczy, ale nie działa, Boże, igła w kręgosłupie i skurcz! Za chwilę nie czuje nic, trzęse się jak galareta, proszę żeby ściągnęli zasłonę, chcę widzieć jak ja wyciągają z brzucha. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to ona. Pierwsze co widzę to węzeł prawdziwy na pępowine. Patrzę i nie wierzę. A za chwilę jest już z nami, wrzeszczy, Boże jak bardzo Ci dziękuję.
 
plac010
Bardzo się cieszę że cc tu (Holandia), a nie w Polsce. Po wydobyciu musiał ją obejrzeć pediatra ale później cały czas już była z nami. Byłam ma nogach po 4 godzinach, żadnej głodówki, od razu pozwolili mi się umyć, spacerować. Nikt się nie roztkliwia nad kikutem, każda prośba uszanowana, każde zdanie wysluchane do końca. Poza tym D śpi z nami w sali, za darmo, nikt mi nie mówi o diecie matki karmiącej ani nie zagląda co chwilę w krocze. Położne bardzo skrupulatnie kontrolują każde przestawianie, żebym nie zniszczyła skutków. Ani słowa o dokarmianiu, zachęcają, żeby mała spala na mnie albo na tacie. Szpital marzeń.

VBA3C w szpitalu Św. Zofii w Warszawie!

Stało się! W końcu i w naszym kraju nastąpił przełom w kwestii porodu drogami natury po 3 cięciach cesarskich.

26 lipca 2017 r. w szpitalu św. Zofii w Warszawie drogami natury na świat przyszedł chłopczyk ważacy  ponad 4300g, którego mama wcześniej trzykrotnie odbyła poród przez cięcie cesarskie. Ogromne BRAWA dla Wspaniałej i Zdeterminowanej Mamy, pani Doroty!

Historii porodów po 3 cięciach cesarskich publikowałam już kilka. Były to jednak historie, które wydarzyły się poza granicami naszego kraju. Dziś jestem dumna i szczęśliwa, że i w polskich szpitalach dziać się zaczyna.

Dyrektor Szpitala św. Zofii w Warszawie, dr Wojciech Puzyna, już wcześniej wspierał próby porodu naturalnego po 3 cięciach cesarskich. Oto historia jednego z takich porodów: http://naturalniepocesarce.pl/?p=1006

Do tej pory jednak brakowało jednak przysłowiowej wisienki na torcie – czyli zakończenia takiego porodu drogami natury. Dwa dni temu, praca  i wsparcie jakie daje kobietom pragnącym urodzić po więcej niż 1 cc dr Puzyna i  zespół sali porodowej w „Zośce” zostały w pełni nagrodzone.

Słowa uznania pragnę też w tym miejscu skierować do  tych mam, które dotychczas podejmowały trud próby porodu po 2  i 3 cc. Bez względu na to jak Wasz poród się zakończył, Wasza postawa i determinacja buduje lepszą porodową rzeczywistość i szersze możliwości  dla wszystkich Kobiet, a zespół lekarzy i położnych ubogaca doświadczeniami tak potrzebnymi do podejmowania kolejnych wyzwań.

Tu więcej informacji na temat VBA3C  w św. Zofii:

http://radiokolor.pl/wiadomosci/n/853/udany-porod-naturalny-po-3-cieciach-cesarskich-to-prawdopodobnie-pierwszy-taki-w-polsce

Na facebooku szpitala można zaś zobaczyć zdjęcie dumnego taty z nowonarodzonym VBA3C chłopczykiem: https://web.facebook.com/szpitalzelazna/photos/rpp.294895603923206/1515991178480303/?type=3&theater

„Nic nie gotowe, dziecko duże, z tego nic nie będzie” A jednak… VBAC (Legnica)

Według USG miała być Zosia – urodził się Kubuś:) Według lekarzy, miało nic nie wyjść z porodu naturalnego – udał się szczęśliwy VBAC:) Pamiętajcie, prognozy i szacunki – to TYLKO prognozy i szacunki, a nie pewniki. Oto historia Sandry:

C-8281 Midwife Angel-SP281-2T

17maja o godz 21.25 urodziłam synka Jakuba 4100gram 59cm główka 36cm

Pierwsze cc miałam w czerwcu 2014. Lekarz skierował mnie na wywołanie dzień po terminie. Trochę ze względu na nadciśnienie(opanowane lekami), trochę że względu na wagę ok 4kg. No i podali mi oksy, skurcze były bolesne, częste, krótkie i nic nie dające.  W ciągu 3godz tętno synka zaczęło spadać, więc decyzja o cc. Synek był owiniete 2 razy pepowiną.  Urodził się z waga 3900.

Druga ciąża- termin na 13maja tego roku. Ciśnienie w ciąży  cały czas książkowe, żadnych problemów, nigdy nie zabolala mnie blizna więc byłam nastawiona bardzo pozytywnie.  Jedyny lęk był o wagę dziecka bo zapowiadała się jeszcze wyższa i lekarz mnie nią straszył.  Miałam skurcze przepowiadajace dosyć często i uczucie na okres, czego nie było w pierwszej ciąży.

Dostałam czas do 16 maja i tego dnia miałam zgłosić się do szpitala. Lekarz powiedział  „pomyślimy co dalej”. Niestety wystawił mnie, przyjechałam rano, bez boli, wszystko pozamykane. Zaproponowano mi cc lub patologie. Podpisałam odmowę cc i kazali czekać na swojego lekarza który tego dnia przyszedł sobie na 11… I co mi powiedział? „Ja jestem za cc. Jak pani chce to może sobie tutaj leżeć 4 czy 5 dni a i tak skończy się cc”. Wściekłam się na niego… Powiedziałam sobie, że na razie patologia i zastanowię się.  Byłam mega rozbita i tu z pomocą przyszła mi Agata Panfil nasza kochana! Pomogła mi podjąć decyzję i zostałam na patologii.  W międzyczasie 2 położne mnie wsparły – jedna całkiem obca powiedziała ” dziewczyno, chcesz poczekać to poczekaj. Posłuchaj siebie” a inna znajoma cudowna położna, która jest bardzo za porodami naturalnymi nagadała mojemu lekarzowi i powiedziała mężowi, że mam się nie poddawać i że się uda.  Po 15stej w końcu coś zjadłam i powiedziałam, że czekam.  No i długo nie musiałam czekać.

Następnego dnia rano o 7 napisałam do męża SMS „miałam właśnie skurcz, który już nawet zabolał”. Za kilkanaście minut znów.  Co jakiś czas 10-12min miałam lekko bolesne skurcze.  Ok 9 badanie. „Nic nie gotowe, dziecko duże, z tego nic nie będzie”. Kazali mi napisać, że jestem świadoma zagrożeń dla dziecka i pęknięcia blizny i mimo to odmawiam cc. Podpisałam i poszłam sobie liczyć skurcze 😉. Zwiedziłam cały szpital, a skurcze się nasilały i były coraz częstsze. W między czasie rozmawiałam znów z Agatą i bóle były już na tyle bolesne, że musiałam robić przerwy. W okolicy obiadu powiedziałam położnym na patologii o moich bólach.  Już nic nie jadłam, bo wiedziałam że może różnie się skończyć.

Poszłam pod prysznic i już coraz częściej.  Co 6 – 7 min. Zadzwoniłam po męża.  Okazało się, że położna z którą rozmawiałam to moja była sąsiadka, której nie poznałam a ona mnie. Dopiero mąż z nią się poznali bo z psami na spacerach się spotykali. I ona już się mną zajęła.  Zbadala i były 2cm. Znów prysznic i kazała czekać na patologii na razie, pokazała jak kucać przy bólach.  Jak sie potem okazało, to było zalecenie tej znajomej pro sn, żeby mnie za szybko na porodowke nie brali bo zaraz będą chcieli ciąć jak lekko ktg coś pokaże. No i tak przed 19 poszłam na porodowke. Podłączyli mnie pod ktg na leżąco, skurcze co 3 – 4 min. Na szczęście powiedziałam, że mi niewygodnie i poszłam na piłkę.  Czas leciał szybko i skurcze zrobiły się częstsze.  Zaczęły się saczyć wody.  Położna (kolejna znajoma na nasze szczęście!) zbadała i 8cm. Zaczęły mnie brać parte.  Główka była nadal wysoko.  Przebili wody – lekko zielone. Główka się opuściła dzięki temu.  Ja już zostałam na łóżku porodowym, bo czułam parcie. Położna kazała obracać się na boki z nogą w górze, żeby główka się wstawiła. Weszła ale bokiem, dlatego bardzo w środku popekalam.

Parcie trwało jakieś 4 – 5 skurczy i maleństwo było z nami. Przed ostatnim skurczem dotknęłam główki i dostałam powera. I niespodzianka. Czekaliśmy na Zosie. Maluch wyskoczył i położna krzyczy ” No i jest Zo…sia? To miała być Zosia? Tu są jajka!” My z mężem „no Zosia miała być😂” i w śmiech. Radość, łzy szczęścia i śmiech w głos, że my cała ciąże do syna Zośka mówilismy😂 I jest.  Tatuś przeciął pępowinę, ja przytuliłam moje szczęście, szczęśliwa, że się udało! Dziękowałam Bogu bo ten poród był wymodlony przez wielu ludzi; odmawiałam nowenna pompejanska w intencji vbac, babcia codziennie różaniec.

Kochane Bóg jest Wielki i działa cuda! Zaufajcie mu!
W poniedziałek byłam już podłamana, że nic się nie szykuje. Wypłakałam się, wymodliłam, wyspiewałam wszystkie znane mi piosenki i pieśni religijne. Poprosiłam Ducha Świętego o pomoc i otworzyłam Pismo ŚWIĘTE.  Księga Tobiasza zdaje się – o obecności aniołów w naszym życiu.  W szpitalu zaczęłam rozumieć 😉.

Mimo bólu, to było coś absolutnie pięknego! (Mysłowice)

Cięcie cesarskie z powodu przewidywanej makrosomii płodu, która okazała się pomyłką i pełen zawirowań i niepewności cudowny VBAC z szelkami z pępowiny. Oto historia Anny:

Pisałam tę historię w głowie już milion razy. Do 11 czerwca [2017 r. – przyp. red] nie znałam jej zakończenia :)

baby_foot_black_and_white
Nasza historia rozpoczyna się w lipcu 2014 – mam 26 lat i jestem w ciąży. O sposobie rozwiązania myślę od razu: SN! No bo w końcu, czemu ja – duża (65 kg, 170 cm) sprawna fizycznie baba miałabym nie dać rady? Ciąża mija dobrze. Pojawia się kilka niespodziewanych sytuacji: Plamienie w 13 tyg (przyczyn nie znaleziono), stłuczka samochodowa (nie z mojej winy), upadek ze schodów (w 8 miesiącu ciąży – nic się nie stało, poza ogromnym strachem). Termin mam na 26 marca. Lekarz szacuje wagę na 3200 g. Piękna sytuacja. Nic tylko rodzić. W nocy 13 marca odchodzą mi wody. Nie jest ich Bóg wie ile (ok 300-400 ml), ale jest środek nocy, ja zupełnie niedoświadczona, myślałam, że to wszystko – więcej wód nie ma, lub wyleją się później, bo może pęcherz pękł od góry.
Jedziemy do szpitala – najbliższego, w Sosnowcu. Skusiłam się tym, że chodziłam tam do szkoły rodzenia, oddział był pięknie wyremontowany, a mój lekarz był tam ordynatorem, więc krzywdy mi nie zrobią. Przyjeżdżam na IP, bada mnie dyżurna położna i mówi, że żadne wody mi nie odeszły, ale zawoła lekarza. Przyszedł jakiś otyły, spocony ginekolog, który wydarł się na mnie z hasłami typu: „Po co tu przyjeżdżam, przecież nic sie nie dzieje itp.” Nikt mi nie wierzy, że jakieś wody wypłynęły… Nie sprawdzono tego testerem, nie zmierzono AFI. Nie był to mocz na 100%. Długo po tym dowiedziałam się na własną rękę, że mógł to być bardzo rozwodniony czop, nadmierna ilość wydzieliny itp.
Wyszłam z gabinetu zapłakana, czułam się potwornie. Przyjęli mnie na patologie ciąży, nie chciałam, ale położna już zdążyła zrobić mi bransoletkę i mnie zarejestrować. Poza tym – ciąża donoszona. I tak leżałam i czekałam… Nic sie nie działo. Nuda. 16 marca postanowili przyspieszyć akcję podając mi olej rycynowy. Skończyło się na skurczach jelit, odwodnieniu i koszmarnym samopoczuciu. 17 marca łaskawie mnie zbadano. Z dzieckiem wszystko ok, ale będzie duże. Na usg szacują 4500-4700 g! Jestem w szoku… Na tyle dużym, że zapomniałam o tym, że zaledwie kilka dni temu dziecko ważyło na innym usg 3200! Nikt nie pomyślał o ponownym badaniu… Ja też nie. Jestem zbyt przerażona. Wieczorem przychodzi do mnie lekarka z informacją: „Ania, ty go nie urodzisz…” Mój lekarz to potwierdza. Bałam się dyskutować z doświadczonymi specjalistami „przecież na pewno chcą dobrze” i wcale nie chodzi o to żeby się mnie pozbyć z oddziału… Wieczorem przenoszą mnie na porodówkę
[Tutaj mała dygresja: Trafiam na salę przed porodowa z menelką!!! Wyglądała jakby skoczyła pić denaturat dzień wcześniej. Śmierdziała, była brudna i nie miała połowy badań zrobionych. Przepłakałam pól nocy, bo nie chciałam żeby moje wychuchane dzieciątko było z tą brudna babą na sali! Na szczęście udało się!]
Rano mam iść trzecia do ciecia. Przyjeżdżają najbliżsi. Boję się tak bardzo, że trzęsę się ze strachu. Cewnikują mnie i czekam na stole operacyjnym. Zaczynam płakać. Dopiero po podaniu znieczulenia się uspokajam i jest mi błogo i wszystko jedno. Adaś rodzi się o 12:30. Dostaje (jak to cesarz) 8 pkt. Jest piękny. Ale ani śladu makrosomii… Nawet 4 kg nie ważył… Zszyli mnie bardzo sprawnie i ładnie. Przyłożyli to małe ciałko do mojego policzka, a ja chciałam, żeby już mi go zostawili. Wymyli go, zważyli, zmierzyli. Mąż nie mógł dostać do kangurowania. Adaś zassał pierś ładnie i bezproblemowo. Mnie natomiast zapomniano podać środki przeciwbólowe po cc… Jak sobie przypomniano, już było za późno. Przeżyłam najgorsze chwile w moim życiu. Po raz pierwszy bałam się że umrę – nie, nie żartuje i nie przesadzam. Mój mąż nigdy nie był tak przerażony. Dopiero w środku nocy ból zelżał, a ja dostałam… Paracetamol! Na następny dzień doszły problemy z karmieniem. Kolejna trauma. Wyszłam na prostą dopiero po jakiś 3 tyg. Miałam paskudny baby blues, a stan po cc dawał się we znaki. Wygrałam walkę o laktację – karmiłam rok.
Potem przez długi czas starałam się zapomnieć o tym. Adaś pomimo licznych alergii był zdrowy i szczęśliwy. Ale wiadomo jak to jest: jeśli jakiś poważny temat zamieciesz pod dywan, nie przepracujesz go we własnej głowie, on prędzej czy później wróci. Tygodnie mijały, a ja poszłam na kontrolę do mojego ginekologa. Spytałam czy drugie dziecko będę mogła urodzić naturalnie… Usłyszałam że to głupota, nieodpowiedzialność, że pęknie mi macica i umrę. Byłam w szoku. Nie spodziewałam się takiej reakcji. Wyraziłam też swoje zdanie na temat tej bezsensownej cesarki, a lekarz stwierdził: „nie marudzić, tylko dzieci rodzić”. To było nasze ostatnie spotkanie.
Miesiące mijały i coraz więcej moich koleżanek rodziło dzieci. Większość naturalnie. Bardzo im zazdrościłam. Powoli zbliżał się czas kiedy chcieliśmy się starać o drugie maleństwo, a ja dalej wpadałam w panikę na myśl o kolejnej operacji. I wtedy nastąpił bardzo ważny dzień w mojej rodzinie. Urodził się syn mojej szwagierce. Najpierw popłakałam się ze szczęścia – bardzo na niego czekaliśmy, a kilka godzin później, stałam w kuchni nad obiadem i płakałam z żalu i zazdrości. Był wielkościowo taki sam jak Adaś i spokojnie mogła go urodzić drobna dziewczyna. Dlaczego ja bym nie dała rady?! Wtedy mnie dopadło to wszystko co schowałam głęboko w sobie. Mąż tylko stał i mnie pocieszał, a ja wyrzuciłam z siebie całą złość i to wszystko co się gromadziło od ponad roku. Było mi wstyd, że akurat dopadło mnie to przy szczęściu najbliższych mi osób, nie tylko rodziny, ale i przyjaciół. Zwierzyłam się z tego mojej przyjaciółce. I to było jak oczyszczenie. Po pierwsze ona tez po cc przeżywała to samo, po drugie poinformowała mnie że mój ginekolog ma poglądy przestarzałe o kilka dekad no i najważniejsze: o stronie internetowej naturalnie po cesarce i grupie vbacowej na facebooku.
PRZEPADŁAM! Zaczytałam się i rozmarzyłam. Stwierdziłam, że będę próbować choćby nie wiem co, ale przerobiłam w głowie też scenariusz z ewentualnym cięciem. Zaczęłam przygotowania 😉 Punkt pierwszy: Lekarz. Punkt drugi: Szpital. Znalazłam fantastycznego młodego ginekologa, który bardzo pozytywnie wyraził się o moim pomyśle. A szpital: Mysłowice.
We wrześniu zaszłam w ciążę. Niestety sporo chorowałam, przez pewien czas byłam leżąca ze względu na wielowodzie i do tego drugi synek co chwile zmieniał pozycje. Ostatecznie, w 34 tc ułożył się główkowo (bez ćwiczeń). Jedna sprawa spędzała mi sen z powiek – waga maluszka. Wiedziałam, że będzie duży. Mój lekarz, mimo tego, że uważa vbac za super decyzję, trochę obawiał się porodu powyżej 4 kg. Ocenił stan blizny na dobry, choć w najcieńszym miejscu miała 1,8 mm, ale nie nie uznał tego za dyskwalifikację. Z resztą, wybierałam się przecież do Mysłowic na tzw. Kwalifikację. Przeprowadzono ze mną wywiad, zrobiono usg, ktg i zostałam zbadana. Tematu blizny nie było. Dostałam zielone światło mimo tego, że Wojtuś szykował się spory. Już wtedy usg oszacowało wagę na 3800 g. Jedno badanie dało mi duży komfort psychiczny – miednica! Okazało się że jestem posiadaczką zaskakująco szerokiej miednicy. Wróciłam do domu zadowolona i pełna wiary.
Kilka dni później wizyta u lekarza prowadzącego. Szyjka się skraca, jest miękka i rozwarcie na opuszek. Myśle sobie! Wow! Ale super! Na dniach rodzę :) Ale dni mijały, a ja nie byłam ani o krok bliżej porodu. Robiłam wszystko w co wierzyłam, że przyniesie skutek. Co do liści malin, wiesiołka itp jestem raczej sceptyczna, ale co innego aktywność fizyczna i… grawitacja 😉 Sprzątanie, seks, spacery, masaż sutków, chodzenie po schodach zaliczone. No ale… Nie oszukujmy się. Dziecko wyjdzie wtedy, kiedy będzie chciało, a nie kiedy ja sobie wymyślę. W dzień terminu, byłam pełna energii i mocy, ale nic się dalej nie działo, chociaż mąż był przekonany, że coś się zacznie… No i co? O 23:30, podczas pięknej pełni księżyca coś drgnęło.
Zaczęłam czuć stawianie się brzucha, lekkie skurcze i chyba z 6 razy byłam w toalecie, w ciągu godziny. Odszedł mi czop. Od tego momentu zaczęłam odczuwać skurcze. Na początku słabe, a potem już mocniejsze. Były raczej nieregularne 6-12 min, ale upierdliwe, bo nie zmrużyłam oka. Rano już było ciężko. O 8 zadzwoniłam do mamy że zawieziemy jej starszego syna. Jak jechaliśmy do szpitala to w aucie było bardzo męcząco. W szpitalu badanie i okropne słowa: „Pani nie rodzi, to tylko stawianie się macicy. Szyjka długa, 1cm rozwarcia…” Ja w płacz… 12 h skurczy i nic!? Beznadziejnie… Weszliśmy na porodówkę (śliczną) i skakałam na piłce, kręciłam biodrami itp. Nic to nie dało.
Poszłam na oddział. Tam skurcze się rozkręciły i od 16 ledwo się na nogach trzymałam, a ktg dalej nic nie pokazywało!
Dostałam nospe – nic. Dostałam relanium – nic. Dalej ból okropny. O 23 dalej tylko centymetr rozwarcia, a ja dalej cierpię. Poszłam na kolejne badanie. Sytuacja bez zmian, ale pani doktor mi uwierzyła… Zrozumiała, że mimo zapisu ktg, który pokazywał tylko lekkie skurcze, to nie były to żadne przepowiadacze tylko najzwyczajniejszy ból porodowy! Poszłam na porodówkę i w ciągu przejścia 2 pięter po schodach rozwarcie przeszło w 2 cm. Może też psychika zadziałała? Że nareszcie traktują mnie poważnie.
Trafiłam na cudowna położną, która nauczyła mnie oddychać. Dzięki temu nagle w 20 min były 4 cm. Mimo moich ambitnych planów co do chodzenia podczas porodu nie byłam w stanie. Po prostu: 24 godziny bez snu, z bólami doprowadziły do tego że leżałam na boku… Ale oddychanie wystarczyło.
Po kolejnych 20 min mam 6 cm i odeszły mi wody. Zadzwoniłam po męża. Jak przyjechał było już 8 cm. No i do tego momentu było znośnie… Aczkolwiek nie czułam większej różnicy miedzy bólami z 1 cm, a z 8 cm. Ostatnie 2 cm to był szok. Nie miałam kryzysu 7 cm. Miałam kryzys psychiczny podczas 1 cm, a 10 cm to był kryzys fizyczny…. I wtedy usłyszałam najgorsze słowa: „Ania, on jest za wysoko.. Nie wstawia się w kanał” Chyba będzie cc. I telefon do pani ginekolog…
Okropne uczucie – po tylu godzinach… I wtedy się zablokowałam. Dali mi jeszcze pól godziny, a ja już nie chciałam rodzić. Nie krzyczałam, że chce cc. Po prostu chciałam iść do domu. Mąż wtedy bardzo mnie prosił żebym spróbowała jeszcze trochę. Spróbowałam. I nagle Emilia krzyczy, że udaje się! Mały schodzi! Jezu… Jaka ulga! I wtedy zrozumiałam, że poród na prawdę jest w głowie, bo dostałam jakiś nadludzkich sił. Potem przyszły parte, które też były ciężkie i długie, nie czułam wcale ulgi, ale mogłam dotknąć główki. Po jakiś 45 minutach usłyszałam jak położna dzwoni po lekarzy: Do porodu!
O 2:25 urodził się ten cud – Wojtek. Miał szelki z pępowiny i był poplątany, ale cały czas tętno miał świetne. Dostałam go na brzuch. Był taki cieplutki, pachnący i nasz… Potem mąż dostał go do kangurowania na czas rodzenia łożyska (nie było to łatwe, bo było bardzo duże!) i szycia (6 szwów – na ostatniej prostej trochę pękłam). Nikt mi Wojtka nie mył, nie ważył, nie mierzył. To było później. Wtedy był czas tylko dla nas. 4h spokoju, tulenia się i miłości. Po tym czasie sama wstałam, wymyłam się i zjadłam porządne śniadanie!
Krocze trochę bolało, ale myślałam że będzie o wiele gorzej. Ogólnie, pomimo tego strasznego bólu, było to coś absolutnie pięknego. Jestem z siebie po raz pierwszy w życiu dumna! Że nie dałam sobie wciskać kitu o rozerwanych macicach u każdej rodzącej i o cienkich bliznach itp. Miałam super opiekę i gdyby coś się złego działo reakcja byłaby natychmiastowa. Ponad to położna podczas partych co skurcz pytała: Ania, czujesz bliznę? Na szczęście nie czułam, a miedzy skurczami ciągle mierzyła tętno. Czułam się bezpiecznie. Nie miałam podanej żadnej oksytocyny, zero znieczuleń, nawet gazu – 100% natury. Urodziliśmy go razem: Ja, mąż i Emilia.
Wojciech Marcin ur 11.06.2017 2:25
Waga: 4080g, Długość: 59 cm
Chciałabym podziękować całej grupie z facebooka, która dodawała siły, otuchy i opisywała piękne historie. Poza tym, mojej wspanialej przyjaciółce Oli, za takiego kopa pozytywnej energii i zdrowy rozsądek, który rozpędzał moje strachy, mojemu mężowi – Marcinowi, który nigdy nie zwątpił w moje szanse, a podczas porodu oddychał razem ze mną i… nie gadał za dużo 😉 A także cudownej położnej Emilii, która była moim aniołem, która urodziła Wojtka razem ze mną. Była niesamowita. I na koniec wszystkim mamom, którym vbac sie nie udał – dzięki tym wielu historiom, przestałam wywierać na siebie presję… To przecież życie jest najważniejsze, sposób przyjścia na świat dziecka nie determinuje tego jakimi jesteśmy mamami. A skoro bardzo przeżywacie nieudaną próbę to oznacza tylko, że jesteście mamami WSPANIAŁYMI, bo Wam zależy :)

Indukowany VBA2C 14 dni po terminie, wąska miednica, -8 dioptrii w obu oczach, syn 4 kg/58 cm (Warszawa)

Ten poród do łatwych nie należał. Wymagał determinacji i siły zarówno w przygotowaniu do porodu jak i podczas samego aktu rodzenia. Kto dałby radę jeśli nie Kobieta? Siła jest Kobietą. A tej Kobiecie dziś na imię Monika. Oto historia jej VBA2C.

41123ad6ec62bfae9fddcc090bac779e

Historia mojego porodu vbac2cc

Pierwszy poród w czerwcu 2010, cesarskie cięcie ze względu na dużą wadę wzroku i nagłe skoki ciśnienia. Moja wiedza na temat porodu naturalnego przy takich wskazaniach praktycznie żadna.

Druga ciąża, ogromne pragnienie porodu siłami natury, wiedza na temat vbac1cc większa, okazuje się, że wada wzroku nie musi być przeszkodą. Termin porodu 13 sierpnia 2013. Wynajmuję położną, planuję rodzić w Centrum Medycznym Żelazna. Myślę sobie, że tym razem musi się udać, bardzo żałuję, że nie szukałam więcej informacji w 2010. Teraz mocno pragnę porodu sn.

Mija termin porodu, zaczynam jeździć na IP do Centrum Medycznego Żelazna, to co mnie tam spotyka jest zbyt bolesne by o tym pamiętać. Ogromna niechęć lekarzy by przychylnie spojrzeć na mój vbac1cc. Nikt poza położną i mężem nie wspiera mojej decyzji. Dziecko, wagowo rokuje niezbyt dobrze (około 4500 na koniec lipca). Podpisuję odmowy hospitalizacji jedną za drugą. W końcu 13 dni po terminie porodu zgadzam się na przyjęcie mnie na oddział patologii ciąży. Ciągle czekamy, rozmawiam z lekarzem –  nie straszy, rozmawia, to bardzo ważne. Dwa razy zbiera się konsylium, przekonują, że powinnam mieć cesarskie cięcie. W końcu doszliśmy do ugody, dają mi jeszcze 2 dni, jeśli 15 dni po terminie dziecko nie zacznie się rodzić samo, będzie cięcie cesarskie. O indukcji nie ma mowy.

15 dni po terminie trafiam na stół operacyjny, cięcie cesarskie, dziecko 5130 i 60cm. Do dziś czasem żałuję, że pierwszy i drugi poród zakończyły się operacyjnie.

Trzecia ciąża, tak naprawdę przygotowanie do tej ciąży zaczęło się dużo wcześniej. Chciałam pokonać wszystkie przeszkody, które mogłyby zablokować mój poród vbac2cc. Plan działania był następujący:

– zadbam o rozwój fizyczny

– zadbam o rozwój duchowy

– poszukam Położnej, która zechce ze mną rodzić

– skonsultuję się z dr Puzyną

– będę się starała jak najpóźniej trafić na oddział patologii ciąży

– zastosuję wszystkie możliwe sposoby naturalnego wywoływania porodu (oczywiście nic nie dały 😉 )

26 lutego urodził się mój 3 syn, Maciek, vbac2cc.

Do końca nie wierzyłam, że tym razem urodzę siłami natury, czasem wpadłam w euforię, że jasne, uda się, a czasem wcale w to nie wierzyłam.

Od listopada konsultowałam się z dr Puzyna, robiłam usg u dr Makowskiego, i wciąż nie wierzyłam, ze mogę rodzić naturalnie. Największą obawą była waga dziecka, jako, że mój drugi synek ważył 5130. Obawa, że będzie zbyt duży i dr Puzyna nie zgodzi się na psn. Mimo zapewnień dr Puzyny, dr Makowskiego i Położnej, ja ciągle nie wierzyłam, że moje dziecko będzie ważyło mniej niż 4 kg.

Nadchodził czas terminu porodu, 12 luty, a u mnie nic, zero akcji, samopoczucie wyśmienite, nie mam wrażenia końcówki ciąży. Scenariusz jak w każdej ciąży, do końca jestem bardzo aktywna i nie czuję potrzeby rodzenia.

Minął 12, 13, 14 luty, a u mnie nadal nic się nie dzieje. Sytuacja niezbyt mnie zaskakująca, ponieważ przy drugim synu było identycznie. Teraz, naiwnie myślałam, że może coś ruszy wcześniej.

18 lutego spotkałam się po raz ostatni z dr Puzyna, umówiliśmy się, że przyjadę 23 lutego i będę przyjęta na oddział patologii ciąży. Wtedy też zaczniemy indukcję. Miała być ona powolna i niezbyt inwazyjna. Na początek 23 lutego miałam mieć wprowadzony na 24 godziny cewnik Foleya.

Stawiłam się na oddziale patologii, liczyłam na to, że zakładaniem cewnika zajmie się dr Puzyna, jednak trafiłam na innego lekarza, który za wszelką cenę, staram się teraz myśleć, że może z troski, chciał mi wykonać cesarskie cięcie. Najpierw mnie przekonywał, że powinnam się zgodzić na operację, a potem zaczął mi wykonywać badanie usg, z pomiarem dziecka, badanie grubości blizny, następnie zaczął wspominać o mojej wadzie wzroku. Niestety, albo raczej dla mnie stety, wszystkie parametry wyszły w normie: dziecko 3800/3900, blizna 3,9mm, a na wadę wzorku miałam podpisać oświadczenia, że jestem świadoma ewentualnych komplikacji. Po tych wszystkich badaniach i rozmowach doktor dyżurujący założył mi cewnik.

Chodziłam z cewnikiem 24 godziny, niestety nie rozpoczął on u mnie akcji porodowej, nie wypadł samoistnie, tylko musiał zostać wyjęty. Dalszą indukcją zajmował się już doktor Puzyna. Po wyjęciu cewnika miałam rozwarcie na 5 cm, dr przekazał mi, że to wystarczy, aby móc przebić pęcherz. Ale to miało nastąpić dopiero w niedzielę. W sobotę miałam zalecenie wyspać się, wypocząć i zrelaksować.

Niedziela, około godziny 9 przebicie pęcherza, wody się sączą, nie są czyste, ale nadal mam pozwolenie na poród siłami natury. Dzwonię do Położnej, ma zaraz przyjechać. Nie przyjeżdża, oddzwania, że ktoś zajął mi salę porodową i muszę czekać na oddziale.

Podłączają mnie do ktg, zapis marny, dziecko się prawie nie rusza. Tłumaczę, że muszę coś zjeść, w końcu po 30 minutach słabego zapisu, dostaję banana, dziecko rusza i zapis jest w porządku.

Czekam, wody się wylewają, sytuacja mało komfortowa, mam jakieś skurcze, ale słabe, akcja prawie się nie rozkręca, trochę chodzę, trochę przykucam, masuję brodawki, skurcze są, ale bardzo słabe.

Około 11 przychodzi mój mąż i położna. Jedziemy na dół, na salę porodową-orzechową. Położna mnie bada, przychodzi lekarz dyżurującą, konsultują się, u mnie zielone wody, ale pozwalają rodzić naturalnie. Dostaję piłkę i nakaz masażu brodawek. Mąż jest ze mną, rozmawiamy, śmiejemy się. Skurcze się piszą, nawet niektóre bardzo silne, ale w badaniu wychodzi, ze szyjka skrócona tylko o 0,5 cm. Czas płynie, na naszą niekorzyść.

Około 14, gdy wykonałam milion skoków na piłce, położna mówi, ze za 30 minut włączymy oksytocynę, ponieważ nic się nie zmienia. Albo ruszy po oksytocynie, albo będę miała cesarskie cięcie.

14:30 po podłączeniu oksytocyny zaczyna się poród. Na pewno nie jest to poród o jakim się marzy, ale jest to poród naturalny

Położna, bardzo rzeczowa i pomocna proponuje mi wejście do wanny. Ufam Jej i podczas całego porodu godzę się na wszystko, co mi proponuje.

Do 16 jeszcze jakoś się trzymam, skurcze są mocne, ale do wytrzymania, boli niesamowicie, ale daję radę. Do 15:30 mam 4 cm, do 16:30 7 cm. . Skurcze są tak silne, że wydaje się, że jeszcze jednego nie da się wytrzymać. To jest potężny ból. Ale to ma sens, prowadzi do wyjścia mojego dziecka na świat siłami natury.

Położna mnie wspiera, mówi, ze pięknie rodzę, ze szybko rodzę. Ze teraz to juz nie ma odwrotu i urodzę naturalnie. W chwilach kryzysu przypomina, że mogę mieć cięcie cesarskie, te słowa podziały na mnie bardzo dobrze, dały mi siłę do dalszego rodzenia.

Ja już mam dość, jestem bardzo wymęczona skurczami. A tu jeszcze 3 cm. Ale budzi się we mnie wojowniczka, myślę, muszę, dam radę, pokażę niedowiarkom, ze umiem urodzić sn.

Obok siedzi mój mąż, modli się i prosi znajomych o modlitwę, nie jest w stanie mi pomóc, każdy dotyk mnie drażni, światło mi przeszkadza, w końcu i Położna mnie drażni. Rozumiem, że musi mnie badać, zmieniać pozycję, żeby dziecko trafiło do kanału rodnego, staram się, ale chcę pozostać sama ze swoim bólem. Z trudem przychodzi mi wewnętrzna zgoda na poprawianie pelot, na badanie wewnętrzne. Maria robi co należy, zbytnio nie komentuje, gdy mówię: zostaw, odejdź. Ona trwa i mówi: wiesz, że muszę.

To co się działo między 7, a 10 cm, to Droga Krzyżowa. Mój krzyk, moje cierpienie i moja modlitwa, żeby Pan Jezus zabrał ode mnie ten ból. I nagle, kiedy myślę, że już nie wytrzymam, że zaraz z tego bólu umrę, mam długa przerwę między skurczami, jakby dwa skurcze mniej. Czułam się takim słaba, ze juz nie wytrzymuje, że mam taki kryzys. Ale nagle wchodzi Położna i mnie bada. Oznajmia: masz 10 cm, wychodzisz z wanny.

Nie dam rady wyjść, nie mam siły, wyjście z wanny jest dla mnie niemożliwe. I znowu z pomocą przychodzi Mąż i Położna. Udaje mi się wydostać z wanny. Proszę oboje, żeby mi pomogli, głos mi się już łamie. Pierwsze skurcze parte mam przy wannie. Nie są tak straszne jak skurcze porodowe w wannie. Przechodzimy na fotel porodowy, kucam, na polecenie Położnej. Podczas skurczy partych czuje się wojownikiem, odczuwam też, że coś mi w dole przeszkadza, to napierająca główka dziecka. Przeszkadza mi na tyle, że chce ją szybko wypchnąć, czuje mocnym dyskomfort. Prę, tak jak chce moje ciało. Co jakiś czas Położna każe mi przeć o raz więcej niż parłam. Mija 30 minut i Maciuś jest na świecie. Wielka radość i wielkie zdumienie, że się udało i że to już, że tak szybko.

Wszyscy mi gratulują, a ja jestem tak zmęczona i oszołomiona, ze niewiele do mnie dociera.

4kg/58 cm vbac2cc, wąska miednica, -8 w obu oczach, 2 cc bez jakiejkolwiek akcji porodowej.

NieUDANY vbac (Warszawa)

Kochani, dzisiaj opowieść Kasi – dla wszystkich mam, których poród potoczył się zgodnie z planem B, C czy też zupełnie poza jakimkolwiek planem, „które przeszły drogę inną niż planowały i pragnęły, ale również WYGRAŁY!”

Pierwszy poród, pierwsze cc z powodu odklejającego się łożyska, znieczulenie ogólne, 3 minuty ratujące nasze życia i na świat przyszedł Franek ( 20 miesięcy temu, sierpień 2015).
Wtedy nie miałam żadnych pretensji, żalu, złości – po prostu uratowali nas i byłam wdzieczna.
W tej ciąży miałam ogromną nadzieję, że się uda, że doświadcze bólu narodzin (tak, bałam się tego bólu i nadal tak bardzo chciałam go doświadczyć). Dużo modlitwy, czytania, przygotowania. Z racji mojego wywiadu (odklejające się łożysko) oraz moich zaburzeń rytmu serca (które się uspokoiły w drugiej części ciąży -ale na czerwono w książeczce zaznaczone były) byłam pod dość ostrym i surowym rygorem mojej pani doktor (pro vbac ale rozsądna – super kobieta).  Dlatego w dniu terminu, zgodnie z wcześniejszą umową, (choć korciło mnie, by zostać w domu chociaż o jeden dzień dłużej) zgłosiłam się na izbę i położono mnie na patologii ciąży. Zjadłam pizzę, którą przyniósł mi mąż ,bo już było dawno po kolacji (długo zwlekałam z wyjazdem, z wiadomych powodów), rozłożyłam się na łóżku i stwierdziłam, że do jutra będę odpoczywać (rano miały się „podejmować „decyzje, co ze mną, zatem wiedziałam, że będzie walka i chciałam nabrać sił – szczególnie, że tak przy okazji powiedziano mi, żebym była na czczo do obchodu…).
Marzyłam, że w końcu się wyśpię a moi chłopcy zrobią sobie męski wieczór w domu i im też będzie fajnie ( i w końcu przestałam przeżywać rozstanie z synkiem… trudne to było ). Koleżanka z łóżka obok zaproponowała ogladanie komedii ” Jak się pozbyć celulitu?” – zgodziłam się, dlaczego nie;) Wtedy weszła pani z ktg, koleżanka musiała coś jeszcze zrobić, więc podpięto mnie. I się pisze to ktg i się pisze i nagle „pyk”! Ja sobie myślę, że tak wysoko to ja jelita nie mam… i cała tonę w wodach… Koleżanka spanikowana biegnie po położną, ja ciagle w szoku, że tyle tego, położna, że więcej będzie, każe siadać na wózek i biegiem na porodówkę. Wody są super,więc się nie martwię -dzwonię do męża żeby zawracał i zostawił syna tam, gdzie był wcześniej i żeby zawiadamiał kogo trzeba (zatem ruszyła lawina telefonów i strumienie modlitwy).
To był dzień terminu, ale wszyscy dosłownie wszyscy) w szpitalu byli pewni, że ja na cięcie przyjechałam. Co chwila musiałam tłumaczyć- że NIE! Bałam się, że w końcu braknie mi sił na to ciągłe tłumaczenie i patrzenie na zdziwione miny i kręcące się głowy. Moja lekarka powiadomiona (ona wiedziała czego chcę i do dnia terminu dawała mi zielone światło), położna była w drodze. Ale na porodówce wszyscy znowu mocno zdziwieni. Czekam. Ok, jest zgoda – jak się samo zacznie – niech będzie ( nie miałam jeszcze skurczy). Gorzej jak nie… (a dowiadywałam się wcześniej czy w mojej sytuacji jakby co pomogą i mieli pomóc… ale życie pisze swój scenariusz…).
Leżę pod ktg (miałam je przez cały poród -musiałam w mojej sytuacji) i jest! Jeden skurcz, za chwilę drugi,trzeci,dziesiąty. ..zaczyna się! Podchodzi do mnie położna (nie moja, tylko taka rozkładowa – moja jeszcze  jedzie). To od niej ciągle słyszałam za plecami: mały odstęp czasu, na pewno słaba blizna – dzięki przygotowaniu się do vbacu, dzięki Wam [chodzi o grupę wsparcia – przyp.red.] wiedziałam, że mam to ignorować i tyle. Ale ona mówiła to do lekarki dyżurującej, ta dzwoniła do ordynatora, ten tylko, że na razie ok, ale nic nie pomagamy, tylko czekamy. A jak coś nie tak – tniemy… Zatem przychodzi ta położna, bada mnie i ku mojemu zdziwieniu mówi: poród, ewidentnie poród. Aż ona się uciszyła! Dziwne;)
No i się zaczęło. Rozwarcie szło pięknie. 20.00 pierwsze skurcze- ok 1.45 – 9 cm (przy pierwszym porodzie nie było żadnego rozwarcia). Ale… Ale niestety mała za wysoko… Położna robi ze mną wszystko, co się da… Zaczynają się parte a córka wciska się jakoś pod kątem, ciągle za wysoko, jej tętno coraz wyższe. Tachykardia. Zbierają się nade mną mąż, lekarka, moja położna i pytają o zgodę na cc. Wtedy wiem już, że nie mam wyjścia i nieodpowiedzialnym jest dalej się upierać. Chcę żeby moja córka była zdrowa, a to jest właśnie zagrożone… Wiele wygranych bitew wcześniej stoczyłam, ale tego już za bitwę nie uznalam – nie miałam przed sobą wrogów tylko tych, którzy patrzyli na mnie z podziwem i miłością, ale i z wielką troską o nasze życia. Podpisałam.
W bolach partych idę na stoł, wkłuwają się (podczas skurczu – najgorszy moment porodu… „nie może się pani teraz w ogóle poruszyć ” – wtedy naprawdę ma się przed oczami życie i śmierć). I za moment ból ustał. Ale moje ciało było już tak zmęczone, że przez całą operację się trzęsłam – nic nie bolało, już się nie bałam o Małą – wszystko z nią było w porządku – a ja nie potrafiłam tego opanować. W końcu na sali poopercyjnej przeszło.
Na początku było mi bardzo przykro. Mąż ciągle powtarzał, że było dobrze, jest dobrze, że wszystko się udało. Ja miałam jednak smutek. Ale! I to „Ale” jest najważniejsze!
Ciągle to do mnie dochodzi, ciągle jeszcze pracuje w głowie, jednak wiem już na pewno – lepiej być nie mogło. Zrobiłam wszystko, co się dało, walczyłam bardzo. Jednak z jakiś powodów,(których teraz może jeszcze nie znam) nie było mi dane zakończyć tak, jak myślałam, że będzie najlepiej. Chcę tylko przez to powiedzieć, że każdy ma swoją historię i ona jest dla mniego najlepsza, nawet jeśli nie wyśniona:) 
W pierwszych chwilach po porodzie nie chciałam tutaj pisać -miałam przecież wcześniej tak wielką nadzieję, że dam nadzieję innym pisząc: Udany Vbac. Ale teraz wiem,że to nie jest żadna porażka i że nie można w ten sposób myśleć, bo nie jest to prawdą a zabiera radość ,wdzięczność, pokój i zachwyt nad cudem nowego życia. Po prostu można się tak nakręcić na swoją (nie mówię że złą), ale swoją wizję, że potem nie udaje się cieszyć z tego, co jest nam dane. I dlatego jednak opisałam, co przeszliśmy. Długo, wiem- przepraszam. Ale poczułam, że muszę. Że ten tekst może dodać otuchy tym, które przeszły drogę inną niż planowały i pragnęły,ale również WYGRAŁY!
Ps. Ja mówię teraz, że miałam dwa porody w jednym i w końcu jestem z tego naprawdę dumna:)
Poznajcie Weronikę- 21.04.2017., 3900, 57cm. Nasza śliczna Królewna
18057843_1634905126523091_2083102276762210621_n

Zgoda na próbę porodu drogami natury po cięciu cesarskim

Zgodnie z treścią rekomendacji Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego z roku 2008, kobieta pragnąca podjąć próbę porodu drogami natury po przebytym cięciu cesarskim powinna wyrazić świadomą zgodę na taki poród.

Praktyka w poszczególnych szpitalach w kraju jest różna – część placówek oczekuje od pacjentek podpisania takiej zgody, inne nie.

Zgoda ta jest pisemnym potwierdzeniem faktu, iż kobieta w pełni świadomie i dobrowolnie decyduje się na VBAC. Jest także zabezpieczeniem dla personelu szpitala, potwierdzającym, iż do takiego porodu kobiety nie przymusił.

Położna Katarzyna Osadnik stworzyła opierający się na aktualnych rekomendacjach i badaniach naukowych formularz zgody na podjęcie próby porodu pochwowego po cięciu cesarskim. Poza samą formułą zgody na poród drogami natury po cięciu cesarskim, zawiera on załącznik, w którym podane zostały podstawowe informacje dotyczące próby porodu po przebytym cięciu cesarskim (a także po 2 cc), w porównaniu z powtórnym cięciem cesarskim.

Zachęcam do pobierania niniejeszej zgody w celach edukacyjnych oraz w celu przedstawiania jej przy przyjęciu do porodu w szpitalu.

zgoda-na-vbac