Bo moc jest Kobietą – z perspektywy położnej(Katowice)

Poród to głębokie przeżycie nie tylko dla rodzącej Kobiety. Porodowe emocje to także część życia położnych, które towarzyszą przy narodzinach, wspierają i pomagają narodzić się nie tylko dziecku, ale także matce. Dziś zapraszam Was do lektury historii porodowej – wyjątkowej, bo pisanej właśnie przez położną.

Bo moc jest Kobietą – 👩taka przypinka jeździ ze mną w samochodzie (dziękuje za nią moim kochanym doulom – Gosi i Marii).
Dzisiaj będzie o drobnej, eterycznej Strong Woman – Kobiecie, która ma MOC💪.


Znamy się z poprzedniej ciąży i porodu, który zakończył się cc. To zakończenie było dla Strong Woman bardzo trudne, nie akceptowała go, tym bardziej, że jej marzeniem był poród w domu. Wiele później zrobiła aby przejść nad nim do codzienności.
Kiedy Strong Woman napisała mi, że oczekuje Maleństwa zastanawiałam się mocno jaki będzie finał. Ta ciąża nie należała do łatwych, miałam przyjemność ją współprowadzić, dałyśmy radę, moja dzielna Strong Woman przeszła przez wszystkie ciążowe przygody z uniesioną głową, mimo że czasem miała wrażenie, że to już kres jej możliwości. Dała radę – była MOC.


Tym razem jej pragnieniem był poród SN, wiele wysiłku włożyła żeby się do niego przygotować mentalnie i fizycznie. Kiedy pokazała mi plan porodu miałam wątpliwości czy sprostam oczekiwaniom, czy miejsce, które wybrała na finał jest właściwe.


Mały Podróżnik dawał znaki od kilku dni, że wybiera się w drogę, choć ciało Stron Woman nie było jeszcze gotowe. Aż pewnej nocy zaczęło się: przy przyjęciu do szpitala duże rozwarcie, ale główka jeszcze bardzo wysoko. Długie siedzenie na piłce, zmiany pozycji – nic Go nie mogło skłonić do wyjścia. Moja Strong Woman już bardzo zmęczona, otulana w piękne czerwone rebozo nadal walczyła.
Połączyłyśmy siły: ona parła ja uciskałam talerze biodrowe- pomogło- wreszcie zaczął zmierzać w naszym kierunku.
I tak kilka minut po 8.00 urodził się piękny chłopczyk o pięknym imieniu i wreszcie spojrzał w oczy Strong Woman.


To było bezcenne, za te własnie chwile kocham to co robię, za łzy szczęścia, zachwyty nad maleńkimi paluszkami, za krzyk życia. Dziękuję Strong Woman, jej Strong Men i Podróżnikowi za chwile pełne mocy i emocji. I jak w Gwiezdnych wojnach : niech moc będzie z Wami!

Położna Bożena, Katowice

Szczęśliwe zakończenie długiej drogi do wymarzonego VBAC (Warszawa)

Jestem 33-letnią mamą dwojga dzieci. Każde z nich miało inny start na tym świecie. Który z nich lepszy? Czas pokaże.

W mojej opinii, jako kobiety po dwóch różnych porodach, zdecydowanie lepiej dochodziłam do siebie po porodzie siłami natury. Cięcie cesarskie wspominam jako traumę i wymuszone tortury.

W 2013 roku przez CC w jednym z warszawskich szpitali przyszedł na świat mój syn. 3550g, 56cm, 10/10 w skali APGAR. Cięcie wykonano w 37 tygodniu ciąży. Dlaczego tak wcześnie? Przez błędne założenie lekarza, który mnie badał i kwalifikował do cięcia, nie słuchał tego co mówię, iż nie jest to 39 a 37 tc, gdyż znam na tyle swój organizm. Kwalifikacja do cięcia nastąpiła szybko, na pierwszej wizycie. Powodem, podanym oficjalnie, była zakrzepica ciążowa oraz położenie miednicowe. Byłam bardzo nieświadoma i zbyt wystraszona, żeby dyskutować z lekarzem czy kwestionować jego decyzję o cięciu w 37 tygodniu, dobrze rozwijającej się ciąży z prawidłowym przebiegiem. Zakrzepica nie jest jednoznacznym wskazaniem do CC – teraz już to wiem. Nikt nawet słowem nie wspominał o możliwości zewnętrznego obrotu. A jest on w 100% możliwy – teraz już to wiem. Na zimno więc w stresie wyjęto ze mnie syna. Nie wspomnę już o części personelu ze szpitala, która jawnie patrzyła na nie jak na wymuszacza CC, przy czym Pani doktor na obchodzie potrafiła się odezwać słowami: „a Pani tu z jakiego wskazania”, padła moja odpowiedź, że mam planową cesarkę, na co Pani doktor „cesarkę to może Pani mieć na targu! Tu się wykonuje cięcie cesarskie i czemu Pani tego nie wie…” koniec cytatu…

Z racji tego, że cięcie odbyło się późnym wieczorem, dziecko zostało na neonatologii na noc, a ja sama na sali poporodowej „przespałam” noc, jeśli można tak nazwać ból, strach i rozłąkę z dzieckiem. Franek był tylko przez godzinę kangurowany przez swojego tatę na neonatologii. Mi na moment przystawiono go do piersi, a potem zabrano na dobre, aby z samego rana podstawić wózek z dzieckiem i tak nas samych zostawić. Ból był ogromny, dostawałam morfinę, po tramalu niestety wystąpiły wymioty. Gdyby nie mąż nie wiem jak bym przetrwała te 4 dni w szpitalu. Ze stresu i bólu pokarm zanikał, mały spadł bardzo na wadze i był dokarmiany mieszanką. Mąż był z nami 12h plus płacił położnej dodatkowo, żeby w nocy, zajęła się synem, bo ja sama nie byłam w stanie wstać do WC. Wykąpał mnie mąż, na siedząco, pod prysznicem, prawie niosąc mnie tam na rękach. Spokój odzyskaliśmy dopiero w domu, z pomocą Babci – mojej mamy, dochodziliśmy do siebie dość długi czas.

Czułam się niepełna, skrzywdzona, prawie nie matka. Syn miał niedorozwinięty układ pokarmowy co objawiało się wczesną i silną kolką, ciągłym ulewaniem i płaczem. 24h na dobę. Koszmar tamtych dni jest ze mną po dziś dzień i zaburza radość i obecną opiekę nad noworodkiem w domu.

Obydwoje z mężem wiedzieliśmy, że chcemy mieć dwoje dzieci. Z drugim chcieliśmy poczekać aż Franek skończy dwa lata a ja nabiorę sił psychicznych. Po tym czasie zaczęliśmy starania. Ja, przeglądając Internet, trafiłam na grupę wsparcia Naturalnie po Cesarce. Zaczęłam czytać i nadzieja odżyła. Okazało się jednak, że są problemy z zajściem w ciąże. Do tego wykryto u mnie rozejście mięśni brzucha oraz przepuklinę. Przeszliśmy pod opiekę super Pani doktor z Kliniki Novum w Warszawie. Od początku, tym razem z większą świadomością wiedziałam, że jest tylko jedno miejsce, w którym chcę rodzić – Szpital Św. Zofii na Żelaznej w Warszawie.

Na początku 2018 roku test pokazał dwie upragnione kreski. Drugą ciążę przeszłam dużo gorzej niż pierwszą. Męczyły mnie krwawienia i mdłości z wymiotami aż do 2 trymestru. W tym czasie prowadzenie ciąży przeniosłam do przychodni przy szpitalu Św. Zofii do dr Puzyny. Pan doktor, wspaniały i ciepły człowiek, zawsze znalazł chwilę i miał cierpliwość na wszystkie moje pytania i wątpliwości. Zna i ceni grupę Naturalnie po Cesarce i co wizyta raczył mnie pozytywnymi historiami z porodówki. Okres ten wspominam wyjątkowo pozytywnie i dzięki niemu znalazłam w sobie tyle sił na pozytywne nastawienie do porodu. Pan doktor, sam z siebie, pod koniec ostatnich wizyt poprosił o zdjęcie i informację z porodówki. Oczywiście dostał je zaraz po porodzie.

Świadoma tego co chcę, już na początku ciąży, podpisałam umowę z jedną z położnych z listy szpitalnej. Edyta opiekowała się mną od końca 38tc aż po przenosiny na salę poporodową. To ona jest współautorem mojego sukcesu na sali porodowej.

Pod koniec 37tc zaczęły się u mnie małe skurcze i „stawianie” się brzucha z czym radziłam sobie magnezem zgodnie z zaleceniem lekarza. Blizna doskwierała lekko, ale nie była problemem. Przez cały okres ciąży, poza standardowym USG, nikt mi jej nie badał. Konkretna kontrola nastąpiła dopiero kilka chwil po porodzie. Edyta była cały czas pod telefonem, dostępna 24h na dobę. Od 38tc zaczęłam pić herbatę z liści malin oraz łykać olej z wiesiołka. Jagoda była głową w dół, dobrze się rozwijała a łożysko było prawidłowe. Skurcze przepowiadające zaczęły bardziej boleć. Jako pierworódka, mimo cc jako wcześniejszego porodu, nie byłam w stanie określić co takie bóle oznaczają. Warto wtedy pytać lekarza lub położną. Przez telefon Edyta była w stanie stwierdzić co się dzieje. Była gotowa zareagować w każdej chwili, gdyby objawy wskazywały coś poważnego.

Od 39tc skurcze przepowiadające zaczęły być dość mocne i atakować raptownie. Nie byłam w stanie dojść z przedszkola z synem do domu mimo, iż mamy niewielki kawałek drogi. Trafiłam wieczorem na Izbę Przyjęć, bo ból był spory. Po badaniu przez lekarza dyżurnego dostałam Papawerynę i podłączono zapis KTG. Szyjka zamknięta, skraca się, ale to jeszcze nie to. Edyta była cały czas pod telefonem informowana na bieżąco.

14 września 2018 roku zaczął się u mnie 40 tydzień ciąży. O 4 nad ranem obudził nie ból, inny niż dotychczas. Mocniejszy, regularny z kierunkiem ku dołowi plus poczułam coś mokrego. W łazience przekonałam się, że odszedł galaretowaty śluz zabarwiony krwią. Nie był to jeszcze czop, ale coś zaczęło się dziać. Pouczona przez Edytę wzięłam prysznic i wróciłam do łóżka. Ból nie dał mi za bardzo pospać. W ciągu dnia skurcze wracały, nieregularne, ale coraz mocniejsze. Przez cały ten okres, od 38 do 40 tc, prowadziłam dobowy zapis skurczy przez aplikacje w telefonie co też pozwoliło mi dostrzec ewentualną zmianę. Kąpiel i prysznic nie pomogły. O godzinie 19’tej podjęliśmy decyzję o zabraniu rzeczy i pojechaniu na IP. Z IP zadzwoniłam do Edyty, która czekała na wieści. Lekarz w czasie badania szyjki stwierdziła odejście czopa śluzowego, którego właściwie, po lekkim masażu szyjki, wyjęła ręką. Podjęto decyzję o zatrzymaniu mnie na patologii ciąży. Cały czas odchodziła wydzielina śluzowa z odrobiną krwi. Skurcze bolesne i nieregularne męczyły mnie całą noc. Na patologii podano mi Papawerynę na odrobinę snu. Na temat warunków w szpitalu, jedzenia, opieki, wyposażenia jak i tego w jaki sposób każdy przejmujący opiekę nade mną członek personelu posiadał wiedzę na temat mojego aktualnego statusu, nie będę za dużo pisać, z tej prostej przyczyny, iż wystarczy jedno zdanie: czułam się jak KRÓLOWA.

Nastał dzień 15 września. Od rana mocne, nieregularne skurcze dawały mi się już mocno we znaki. Prysznic nie pomagał. Zapis KTG był prowadzony dość często, dzięki czemu nie bałam się o małą. Pokazywał lekkie skurcze. Około godziny 11’tej Pan doktor Jan, niezwykle sympatyczny i pozytywny lekarz, podjął decyzję o indukcji porodu. Szyjka macicy nie chciała współpracować więc założył mi do niej cewnik Folleya, którego zadaniem było rozszerzenie i zmiękczenie szyjki. Po chwili przerwy, zgodnie z założeniem, skurcze wróciły mocniejsze. W tym czasie dojechał do mnie mąż, z którym spacerowałam pod rękę po korytarzu dając szanse grawitacji i naturze na działanie. Przez cały ten okres nie miałam ochoty na jedzenie, ale mimo wszystko, zgodnie z sugestia i zaleceniem Edyty, jadłam w miarę normalnie. Kiedy ból przyszedł mocniejszy podłączono mi ciągły zapis KTG. Pokazał mocne skurcze a z małą było wszystko w porządku. Na tym etapie ból oceniam w skali 6/10, ale to sprawa zupełnie indywidualna. Ciągły zapis KTG zaczął mi doskwierać, ale Panie pielęgniarki przyniosły mi gorące kulki w materiale do wiązania na kręgosłup co trochę pomogło. Czułam, że cewnik jest coraz luźniejszy a bóle się nasilały. Około godziny 17’tej, leżąc pod KTG, poczułam nagle coś dziwnego. Jakby wystrzał małego korka od szampana w środku brzucha. Po sekundzie podkład na łóżku zrobił się mokry. Zawołaliśmy pielęgniarkę, która bez wątpliwości stwierdziła odejście wód płodowych. Zabrano mnie do gabinetu, gdzie dr Jan z uśmiechem usunął cewnik, co skutkowało fontanna wód płodowych, potwierdził pęknięcie pęcherza płodowego. Było to świetną oznaką i dawało zielone światło na porodówkę. W tym czasie mąż zadzwonił do Edyty informując ją o sytuacji. Pielęgniarki dzwoniły na porodówkę informując o kolejnej rodzącej. Cały personel również wiedział o umowie z Edytą co skutkowało przygotowaniem tzw. „Morelowej Sali” porodowej.
Z radości mało do mnie wtedy docierało. Lekarz pozytywnie zaskoczony jak zadziałał u mnie cewnik żartował ze mną i mężem dzięki czemu przez kilka minut nie czułam, jak nasila się ból podczas skurczy. Po dokładnym badanu okazało się, że szyjka zgładzona. Przeniesiono nas na salę porodową jak tylko przyjechała Edyta.

Od około godziny 19’tej na Sali porodowej, po zbadaniu przez Edytę, mąż włączył naszą muzykę, zaczęły się mocne, regularne skurcze co 3 minuty. Wygodnie było mi siedzieć na fotelu w czasie, gdy miałam ciągły zapis KTG a Edyta podłączała Oksytocynę. Po kilku minutach naprawdę mocnych i bolących skurczy, podczas których po namowie przez Edytę puściła zupełnie głos i dawałam sobie „ujście” nie krzykiem a śpiewem na „Aaaaaa”, okazało się, że mam 5 cm rozwarcia. Prawdą jest, że tych skurczy nijak się nie pominie i różnią się zupełnie od przepowiadających. Zgodnie z planem porodu, nadszedł idealny czas na znieczulenie. Edyta poprosiła Anestezjologa, który podłączył ZZO. Wszystko odbyło się szybko, bezboleśnie, na zupełnym luzie. Znieczulenie przyniosło ulgę po tylu godzinach, skurcze czułam nadal, ale nie były już bolesne.

Około godziny 20’tej Edyta po zbadaniu mnie stwierdziła rozwarcie na 6 cm, zapis KTG ciągły pokazywał mocne, regularne skurcze.

Około godziny 21’ej podczas badania okazało się, że jest już 10 cm rozwarcia, skurcze na KTG ładne, córka ruszała się bardzo, co oczywiście było dobrą oznaką. Moje odczucia „w dole” brzucha nagle uległy zmianie. Czułam parcie, Edyta po szybkim badaniu ze śmiechem uspokoiła mnie, że to Jagoda sama wstawiła się w kanał rodny i możemy zaczynać przeć w momencie skurczu. W międzyczasie Edyta założyła mi na moment cewnik, żeby opróżnić pęcherz, gdyż sama nie byłam w stanie tego zrobić, zwłaszcza po ZZO.

Zaczął się więc najważniejszy etap porodu. Skurcze parte okazały się mocne, regularne i córka sukcesywnie pchała się na świat. Szukałyśmy w tym czasie z położną idealnej pozycji porodowej. Po kilku próbach, najlepsza okazała się pozycja „kucana”, ze wsparciem męża, do ulubionej muzyki, poród trwał do godziny 23:15.

Edyta mówiła mi, kiedy przeć, kontrolowała cały czas dziecko i mnie, nie pozwoliła popełnić błędu, kibicowała, ustawiała do pionu, pocieszała. Na ostatnie dwa skurcze parte poprosiła lekarza o obecność na sali, celem profilaktycznej kontroli blizny. Co tu oszukiwać – byłam padnięta, mąż trzymał mnie mocno, Edyta kibicowała, aż w końcu, resztką moich sił, córka znalazła się na świecie. Zawinięta w pieluchy tetrowe trafiła prosto na moją klatkę piersiową. Ulga, radość, adrenalina, wysiłek połączyły się w jedno uczucie – spokój.

Łożysko urodziło się chwilę po, Edyta je skontrolowała po czym założyła mi trzy drobne szwy, zbadała, zabezpieczyła i sprawdziła małą – 3750g, 58cm, 10/10 w skali APGAR. Dostawiłyśmy ją do piersi, kangurowanie było ciągłe, to jest to co różni ten poród od poprzedniego CC. Dziecko było ze mną, czułam ją a ona mnie. Następnie trafiła na kangurowanie do tatusia a Edyta pomogła mi się wykąpać i przebrać. Dostałam kolację, nie sądziłam, że będę taka głodna. Podczas oczekiwania na miejsce na sali poporodowej, jeszcze na Sali morelowej odwiedziła nas dr Jan

Łożysko urodziło się chwilę po, Edyta je skontrolowała po czym założyła mi trzy drobne szwy, zbadała, zabezpieczyła i sprawdziła małą – 3750g, 58cm, 10/10 w skali APGAR. Dostawiłyśmy ją do piersi, kangurowanie było ciągłe, to jest to co różni ten poród od poprzedniego CC. Dziecko było ze mną, czułam ją a ona mnie. Następnie trafiła na kangurowanie do tatusia a Edyta pomogła mi się wykąpać i przebrać. Dostałam kolację, nie sądziłam, że będę taka głodna. Podczas oczekiwania na miejsce na sali poporodowej, jeszcze na Sali morelowej odwiedził nas dr Jan. Przyszedł pogratulować i zobaczyć czy wszystko w porządku.

Około 2’ej w nocy przeniesiono nas na salę poporodową, gdzie po prostu poszłyśmy spać. To jest ta różnica w porodach – byłam w stanie SAMA przejść z porodówki na sale poporodową, SAMA zająć się dzieckiem, SAMA skorzystać z WC i wziąć prysznic. Nie czułam się skrzywdzona, torturowana czy ograbiona z uczuć. Byłam po prostu „szczęśliwie zmęczona”.

Patrząc z perspektywy, oczywiste jest, że gdybym miała wybierać kolejny raz, zdecydowała bym się na poród siłami natury. W 100% poleciła bym Szpital Św. Zofii na Żelaznej. Opieka medyczna i taka po prostu ludzka nie ma porównania do wielu innych placówek czy lekarzy z którymi miałam kontakt. Natomiast co do dzieci, mając już 11 miesięcy za sobą, mogę powiedzieć iż różnią się między sobą niebywale. Jagoda jest dzieckiem spokoju, sama zasypia, rozwija się bez zarzutu w pełni radosna w porównaniu do Franka, który od małego aż do teraz tak jakby stara się nadrobić stracony czas, od urodzenia przejawiał też nerwowe epizody, wymagał usypiania na rękach i ciągłego dotyku.

Nie dajmy sobie wmówić, że tak ma być, że ktoś decyduje za nas. Nie dajmy się zwieść strachowi niedouczonych lekarzy czy położnych. Dążmy do celu z rozsądkiem i pozytywnym nastawieniem, a jeśli nawet się nie uda to pretensji nie wolno mieć do nikogo a zwłaszcza do siebie. Sama próba porodu siłami natury jest wspaniałym startem dla dziecka i mamy. Liczę na to, że niedługo w Polsce normą będzie próba porodu SN po CC.

Trzymam kciuki za wszystkie przyszłe mamy, żeby znalazły siłę i wsparcie a uda się wszystko.

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie śpią, niemowlę, zbliżenie i w budynku

Dolnośląski VBAC 4 kg+

Podejście do VBAC bywa różne. Niektórzy potrzebują bardzo solidnego przygotowania w trakcie ciąży. Inne mamy nie czują takiej potrzeby i poprzestają na zapewnieniu sobie wsparcia zaufanej położnej. Dziś opowieść Justyny.

Jestem trzy dni po porodzie siłami natury drugiego dziecka. Udało się! Mimo bólu, strachu, w kryzysowych momentów.

Pierwszy synek przyszedł na świat w listopadzie 2016 roku przez cc z powodu spadającego tętna. Był mocno owinięty pępowiną, po otrzymaniu oksytocyny, przebiciu pęcherza płodowego on i tak nie schodził w dół, a tętno na skurczach mocno spadało. Zdecydowano o cc. Bardzo źle się po niej czułam, w szpitalu mąż musiał mi pomoc opiekować się synkiem.

W druga ciąże zaszłam we wrześniu 2018, termin 27.05.2019. Ciężko mi było z góry zdecydować się na cc, nie czułam takiej potrzeby, nie chciałam drugi raz przechodzić przez sale opercyjną, rekonwalescencję, ból brzucha itd. Nie wyobrażałam sobie opieki nad dwulatkiem i niemowlakiem po cc….W tyle głowy ciagle myślałam o porodzie SN. Czytałam czasem tego bloga…Ale do porodu SN w ogóle się nie przygotowywałam. Nie chodziłam już na szkole rodzenia,a mój lekarz prowadzący należy do tych, którzy na życzenie wypisują skierowanie na cc,ale ja takiego skierowania do końca nie chciałam. Mam ciocię położną i to z nią uzgodniłam, że chcę rodzić naturalnie. To było w szpitalu na Dolnym Śląsku. Przewidziany termin porodu na 27 maja minął, ja nadal czekałam. W środę 29.05 od 2 w nocy miałam skurcze co 10 minut. Rano zadzwoniłam do cioci, że to chyba już.

O 9 byłam na izbie przyjęć,ale skurcze jakby ustały,a ja w ogóle nie wyglądałam jak do porodu. Zbadano mnie i stwierdzono 3 cm rozwarcia. Lekarz robiący usg stwierdził,ze powinna być cesarka,bo za pierwszym razem miałam zagrożenie zamartwicy płodu. No i jeszcze prognoza 4 kg dzieciątka… zaczęłam wątpić i płakać,bo każde rozwiązanie będzie dla mnie bolesne. Ale poszłyśmy z ciocia robić zapis ktg, o 13 wraz z inna położna stwierdziły,ze przebija pęcherz płodowy, skurcze trwały nadal. Przy 7 cm miałam ogromny kryzyzs, prosiłam o cc, byłam bardzo zmęczona. Bardzo wsparł mnie mąż i ciocia. Niestety przy 7 cm skurcze teoche ucichły i zdecydowano o podaniu małej dawki oksytocyny- byłam przerażona, bardzo bałam się tego wzmocnionego bólu. Ale jakoś wyciszyłam się, przysypiałam między skurczami i nawet nie wiem kiedy doszłam do pełnego rozwarcia.

Parcie nie było przyjemnością, ale nie było też aż tak bolesne jak skurcze. Niestety musieli mnie naciąć, ale po kilku parciach udało się wydać na świat chłopca o wadze 4070 kg i długości 60 cm. Ja nadal nie wierzyłam, że go urodziłam!!!! Jestem z siebie dumna!

Udany VBA2C (Pyskowice)

Cięcie cesarskie bywa błogosławieństwem ratującym zdrowie i życie. Takich dwóch cięć doświadczyła Kasia rodząc swoje starsze córeczki. Jednak przebyte 2 cięcia cesarskie nie muszą oznaczać konieczności urodzenia kolejnego dziecka również opracyjnie. Kasia wiedziała o tym i była otoczona profesjonalistami, którzy ją wspierali w drodze do VBA2C. Oto jej historia:

Chciałam Wam opisać moją historię, która będzie troszkę długa.

Pierwszy poród, cc nagłe w 36 tygodniu z powodu zagrażającej zamartwicy płodu. Po 30 tygodniu zaczynają mi strasznie puchnąć nogi, moja ginekolog mówi „Kasia coś mi się tu nie podoba”. Od 32 tygodnia przyjeżdżam co kolka dni do szpitala na ktg i usg, po 35 tygodniu zostaje bo tętno Aguni szaleje i podejrzewają zagrożenie zakażeniem wewnątrzmacicznym. Lekarze szukają pępowiny, nie mogą znaleźć, podejrzewają, że gdzieś się schowała. W drugim dniu leże pod ktg prawie 12 h. Wieczorem każą mi iść spać i trochę odpocząć, ale widzę, że moja Pani doktor ma nie wesołą minę. Około północy budzi mnie położna i mówi, Kasia wstań, szykujemy Cię do cc. Okazało się, że tętno dziecka bardzo spada. Próbowali jeszcze czekać, szukano tętna w różnych pozycjach, ale ciągle spadało i tak około 1.30 przyszła na świat moja pierwsza córka z pępowiną o długości 22 cm. Prawdopodobnie drogami natury mogłaby się nie urodzić żywa.

Ciąża druga, do samego końca ze mną i z dzidziusiem wszystko w porządku. W połowie ciąży zaczynam szukać lekarza i szpitala, w którym mogłabym próbować rodzić siłami natury po cc. Trafiam na doktora Binkiewicza i Panią Wiesie w Pyskowicach. Termin porodu na 21 czerwca 2016. W dniu terminu, to jest środa, daję się przyjąć na oddział, bo w piątek Pan doktor z Panią Wiesią idą na urlop. Wszyscy mamy nadzieję, ze coś się może zacznie, niestety nic. Rozwarcie na opuszek, dziecko wysoko, szyjka w ogóle nie przygotowana do porodu. Ja nie pozwalam na indukcję porodu. I tak czekałam do 30 czerwca, aż coś samo się zacznie. No i zaczęło się – 41+7 o 5 rano zaczynają się skurcze przepowiadające, o 15.00 już regularne skurcze porodowe, które potem ustają na jakąś godzinę i potem znów się zaczynają, ale rozwarcie się nie robi, szyjka się nie skraca, dziecko wysoko. Położna, która była w zastępstwie za Panią Wiesię mówi, że powinnam odpocząć bo od 5 nie śpię i prawie nie jem. Daje mi coś na sen, około północy zasypiam na około 2 godziny, po czym budzą mnie bardzo mocne regularne skurcze. W okolicach 2.00 w nocy odchodzą mi wody. Proszę o badanie, po czym zostaje podłączona pod ktg i położona na łóżku. To było straszne. Ale okazuje się , ze dość szybko zaczyna robić się rozwarcie, położna mnie bada mówi 2 cm, po jakimś czasie 4 cm, potem znowu 6 cm. Strasznie krwawie, potem zaczyna spasać tętno Małgosi. Lekarz proponuje cc, mówi: Pani Kasiu nie wiemy skąd to krwawienie, poza tym tętno dziecka zaczyna spadać i pyta mnie i męża o decyzję. Nie chcemy ryzykować życia naszego dziecka , zgadzamy się. I tak o 5.05 przychodzi na świat Małgosia. Zdrowa i piękna. Zaraz po zakończeniu operacji dostaję dziecko do siebie, jesteśmy razem przez dwie godziny, cały czas pilnują nas mój mąż i położna. Mała od razu dostawia się do piersi i nie ma problemu ze ssaniem. Mimo cięć cesarskich karmiłam dzieci od razu z powodzeniem. Dziękuję za to Bogu, bo wiem, że różnie bywa. A może trafiałam na takie dobre położne.

W 2018 roku zachodzę w trzecią ciąże. Od razu chodzę do Pana doktora Binkiewicza i chce rodzić w Pyskowicach (po za tym okazuje się, że po 2 cięciach tylko tam tak naprawdę można bez problemu próbować). Pan doktor mówi, że to dobry znak, że w poprzedniej próbie doszłam do 6 cm. Przez całą ciążę mam czerwone światło. Tym razem mam zamiar mieć obok siebie Panią Wiesię, doule (Iwonkę Pinocy) oraz mojego kochanego męża. Rozmawiam też z Panią Wiesią o pozycji podczas badania ktg, okazuje się, że maja już telemetrię, czyli ktg pod którym można być w ruchu. Myślę sobie – to cudownie! Stosuję się do zaleceń Pani Wiesi i przygotowuję się do porodu, spotykam się też z doulą i też przyjmuję cenne rady na temat przygotowania do porodu. Stosuję się do wszystkiego i naprawdę wkładam dużo starań w to by przygotować moje ciało. W terminie porodu jak ostatnio nic się nie dzieje, ja zaczynam się podłamywać, przeplata się to z przekonaniem, że tak naprawdę to poród może się zacząć z dnia na dzień. Iwonka mnie wspiera, za każdym razem kiedy do niej dzwonię, mój mąż też. Po 40 tygodniu zgłaszam się na badanie do Pani Wiesi, no i jakiś jeden luźny palec, dziecko ładnie się układać, i schodzić do kanału na usg wszystko ok, wracam do domu. Zgłaszam się do szpitala po 41 tygodniu. Dwie ostatnie noce były nie do wytrzymania przez skurcze. Iwonka tylko powtarzała pełna nadziei, że moje ciało pięknie się przygotowuje. Przy badaniu lekarz mnie bada i okazuje się,że 2 palce, czuć główkę i czop ładnie odchodzi. Na ktg cały czas się piszą skurcze, ale takie co 10,12,15 minut i trwają do 30 sekund, więc czekam cierpliwie. Na drugi dzień po wyjściu z ktg około 18 idę do męża, który właśnie do mnie przyjechał i czuję 3 dłuższe skurcze takie co 5 minut. Mówię do męża zacznij liczyć i tak mamy 10 skurcz, 15 – idę pod prysznic, nie mijają, dzwonię po Iwonkę i Panią Wiesię. Pani Wiesia mówi, żeby wejść pod prysznic ale tak na pół godziny. Tak robię, wychodzę a skurcze są jeszcze mocniejsze. Idę do położnej na badanie – 4 cm i główka ładnie przyparta. Podłączają nie pod ktg i chcą położyć na łóżko, na szczęście zaraz jest Pani Wiesia, jest też Iwonka. Dostaje ktg przy którym mogę się ruszać. Znowu mnie badają okazuje się ze luźne 7 cm. Po 23 mam już 8 i zaraz 9 i 10. Od 9 cm leżę już pod ścisłą kontrolą Pani Wiesi, słucham jej rad i bardzo szybko przechodzimy na łóżko porodowe. I tutaj zaczyna się mój kryzys. Mówię: matko ja Wam tu nic nie poprę, ja nie dam rady tego zrobić, Pani Wiesiu ja zaraz poproszę o cięcie! Pani Wiesia tylko się uśmiechnęła i powiedziała tak wiem Kasia, jestem do tego przyzwyczajona. I tylko słyszałam poprzyj, poprzyj. Oddychaj, nie przyj. I tak kilka razy. Iwonka mi tylko powtarzała Kasia pięknie rodzisz, zaraz zobaczysz małą, zaraz będziesz ją miała na swojej piersi, mój mąż patrzył z miłością i trzymał za rękę delikatnie się uśmiechając. I tak o godz. 1.30 przyszła na świat nasza 3 córeczka Hania – 3680, 54 cm.

Hania

Chciałam zakończyć tym, że bardzo dobrze wspominam mój poród. Jestem wdzięczna za wsparcie mojego męża. Pani Wiesi i Iwonki. To wspaniałe, że mogłam doświadczyć takiego wsparcia psychicznego i usłyszeć dużo pozytywnych komunikatów podczas tak ważnego wydarzenia jakim jest wydanie na świat nowego życia.

Historia VBAC z Nowej Zelandii

Opowieść o cierpliwym oczekiwaniu, potrzebnej indukcji, o godnym naśladowania wsparciu położnych i o tym, że doświadczenie cięcia cesarskiego, nawet niechcianego, może nas rozwinąć i ubogacić nasze przeżywanie kolejnych porodów. Oto historia Anny, która urodziła VBAC w Nowej Zelandii:

1024px-Flag_of_New_Zealand.svg

Chciałabym opowiedzieć o moim porodzie naturalnym. Mimo że upłynęło już ponad 7 miesięcy, nadal uwielbiam go wspominać. Rodziłam w Nowej Zelandii. Nie usłyszałam od nikogo ani jednego złego słowa na temat VBAC, wręcz przeciwnie, wydawało mi się, że personel szpitala był jeszcze bardziej przyjaźniejszy, gdy dowiadywał się, że próbuję VBAC.

Zaszłam w ciążę 11 miesięcy po moim pierwszym porodzie, który zakończył się cesarskim cięciem. W Nowej Zelandii ciążę bez komplikacji prowadzi położna, którą kobieta sobie sama wybiera. Znalazłam więc położną, której wartości i filozofia podejścia do porodu mi odpowiadały i mogłam być pewna, że nie będzie dążyć do żadnych interwencji medycznych, o ile nie jest to konieczne. Termin miałam na 4 marca 2018.

12 marca – tydzień po terminie – miałam umówioną wizytę w szpitalu. Podczas wizyty rozmawiałam z panią doktor o tym, jakich procedur mogę się spodziewać przy wywoływaniu porodu biorąc pod uwagę, że będę próbowała VBAC, umówiłam się na termin (wybrałam ostatni z możliwych, aby dać sobie jak najdłuższy czas na rozpoczęcie akcji porodowej samoistnie), studentka asystująca pani doktor sprawdziła tętno dziecka i to było wszystko.

W ciągu 42 tygodnia ciąży moja położna zrobiła mi dwa masaże szyjki macicy, jednakże nie wpłynęło to na rozpoczęcie akcji porodowej.

18 marca – dokładnie ostatni dzień 42 tygodnia – zgłosiłam się do szpitala na wywołanie porodu. Po przyjściu zostałam podłączona pod KTG (KTG miałam robione przez cały czas pobytu w szpitalu, co około 6 godzin). Około godziny 13 założono mi cewnik Foyleya. Po dwóch godzinach zaczęłam odczuwać skurcze, które w krótkim czasie stały się prawie regularne, co 7 minut i coraz bardziej bolesne. Niestety około godziny 18 całkowicie ustały.

19 marca – około 3 nad ranem wypadł mi cewnik. Nie czułam skurczy (choć KTG pokazywało, że jakieś skurcze mam) i nic ze mną nie robiono z powodu braku personelu. Dopiero o godzinie 18 przebito mi pęcherz płodowy. Miałam lekko zielonkawe wody i pani doktor stwierdziła, żeby lepiej nie czekać czy akcja porodowa się rozpocznie, lecz od razu podłączyć oksytoksynę. Zostałam podłączona pod kroplówkę z oksytoksyną o 19.15. Od tej pory miałam też już cały czas KTG. Poprosiłam o bezprzewodowe, bo chciałam mieć swobodę ruchów, zapomniałam jednak, że będę przecież uwiązana do kroplówki. Z początku przeszkadzało mi to, jednakże bardzo szybko zaczęłam wsłuchiwać się w moje ciało i zapomniałam o wszelkich niedogodnościach.

Na początku siedziałam na brzegu łóżka i rozmawiałam ze szpitalną położną (zgodnie ze szpitalną procedurą, przy podawaniu oksytoksyny musi ktoś przy mnie cały czas być). Przy pierwszych boleśniejszych skurczach zeskakiwałam z łóżka i kołysałam biodrami. Powoli bóle stawały się coraz potężniejsze. O godzinie 22 były już bardzo silne i bolesne, siedzenie było już nie do wytrzymania, więc stałam cały czas, a na skurczach zniżałam się tak, jak bym miała usiąść w powietrzu, opierając się o męża. O godzinie 22.30 miałam badanie, rozwarcie dopiero było 3-4 cm, ale główka dziecka była już bardzo nisko. O godzinie 23.30 przyjechała moja położna, która prowadziła moją ciążę. Ledwo zwróciłam na nią uwagę, takie miałam już bóle, ale sama jej obecność (a także studentki, która odbywała u niej praktykę), bardzo mi pomogła. Położna i studentka były cudowne. Nie mówiły mi co mam robić, oprócz sugerowania pójścia do toalety i sugerowania wody do picia, po prostu mi towarzyszyły. Bezprzewodowe KTG nie działało najlepiej i na skurczach się zsuwało. Podczas gdy ja się ruszałam, kucałam, a czasami nawet klękałam na podłodze, one klękały a nawet kładły się na ziemi, po to, aby przytrzymać KTG na moim brzuchu.

Trwałam w tym moim bólu, krzycząc na skurczach ile sił w płucach, ale ani razu nie pomyślałam o czymś takim jak środki przeciwbólowe. Położna raz zaproponowała mi gaz, ale wzięłam jeden wdech i odrzuciłam go, nie wiem nawet dlaczego, ale widocznie mój organizm tak chciał. Miałam ze sobą spakowane w walizce aparaty TENS, które można przyczepić do pleców i swoimi drganiami podobno rozpraszają ból, ale zapomniałam o nich kompletnie i nie użyłam ich w ogóle. Byłam w swoim własnym świecie. Około godziny 2 w nocy przyszły trzy bardzo, ale to bardzo, bolesne skurcze, takie, że myślałam, że mi brzuch rozsadzą, czułam je nie tylko tak jak do tej pory u dołu brzucha, ale i u góry pod żebrami. Na trzecim skurczu zeszłam na klęk, czułam, że muszę być blisko podłogi, że muszę dotknąć pośladkami podłogę i… wstąpiła we mnie nadzieja. Pamiętałam z warsztatów aktywnego rodzenia, że niektóre kobiety mają taką potrzebę bycia blisko ziemi, taki pierwotny instynkt pojawiający się tuż przed wypchnięciem dziecka na zewnątrz… Moja położna pewnie też zobaczyła, że czuję te skurcze inaczej i zaproponowała, że mnie zbada. Powiedziała mi także, że przyjdzie do sali lekarz i zaproponuje, aby przyczepić do główki dziecka urządzenie mierzące rytm serca. To dlatego, że KTG ciągle obsuwało się na skurczach i nie było ciągłości pomiaru. Miałam się zastanowić czy chcę, aby to było przyczepione, ona jest spokojna o dziecko i jeżeli nie chcę, to mogę odmówić. Było to zgodne z naszą umową, że o wszelkich możliwych interwencjach będzie mnie informować wcześniej (o ile to możliwe), abym miała chwilę do namysłu i przygotowania się do tego, co ma nastąpić.

Wdrapałam się na łóżko, położna mnie zbadała, że jest już hip hurra 10 cm rozwarcia, a główka dziecka jest bardzo nisko, właściwie już ją widać. W tym samym czasie przyszedł lekarz, powiedział mi o tym urządzeniu do przyczepienia do główki dziecka, zapewnił także, że nie wiąże się z tym żadne ryzyko, więc się zgodziłam. Położna powiedziała mi, że jeżeli czuję potrzebę parcia na skurczach to mogę już przeć. Zaczęłam robić coś, co myślałam, że jest parciem, wtedy doktor powiedział, abym ten krzyk na skurczu skierowała do środka, bo tracę tak energię. Założył to coś na główkę dziecka, przekręciłam się z pleców do klęku i odwróciłam tyłem i chwyciłam za oparcie łóżka i na skurczach nadal robiłam coś, co mi się wydawało parciem. Miałam prawie cały czas zamknięte oczy, bardzo bolało, doktor zbliżył się do mojej głowy i powiedział powoli i wyraźnie, tak jak się mówi do małego dziecka, że urządzenie jest założone, teraz moja położna nauczy mnie jak oddychać, aby efektywnie przeć i że wszystko jest na dobrej drodze.

Powoli przestawałam czuć bóle (później dowiedziałam się, że zmniejszono mi oksytoksynę). Jednak położna i studentka mówiły mi, że dziecko już prawie wychodzi i żebym parła jeszcze raz, że bardzo ładnie mi idzie, mój mąż obejmował mnie, twarzą prawie, że przytulał się do mojej twarzy i też mi mówił wciąż, że bardzo ładnie, że daję radę. Bardzo mnie to budowało, aczkolwiek dziwne było, że dziecko jest niby tuż tuż, bardzo ładnie, ale jeszcze muszę przeć. Studentka powiedziała mi, że mogę ręką dotknąć główkę dziecka, delikatnie wyciągnęłam rękę dotknęłam coś i studentka powiedziała, że to główka to włosy. Och, teraz to się przestraszyłam. Pomyślałam, że dziecko zaraz utknie i się udusi, nie pamiętałam o tym, że przecież można rozciąć krocze, użyć narzędzi itd, myślałam tylko o tym, że jak nie wyprę dziecka to umrze na wpół na zewnątrz na wpół w środku. Ta dziwna myśl dodała mi niesamowitej motywacji, bo, mimo że już bóli nie czułam, skurczy nie czułam, szukałam w sobie właściwy moment i w tym momencie parłam. I jeszcze raz i jeszcze raz. To była jakbym zagadka taka „na myślenie”, musiałam się skoncentrować i przeć wtedy, kiedy wydawało mi się, że teraz jest dobrze i teraz trzeba przeć. I miałam zakodowane w głowie, że to jest ostatnia i najważniejsza rzecz, którą muszę teraz zrobić, muszę tą ostatnią rzecz zrobić… wyprzeć dziecko, wyprzeć dziecko…Położna powiedziała, że na koniec poczuję pieczenie i to znaczy, że już dziecko się przedostaje. W końcu pieczenie przyszło, aż się wstrzymałam, odczekałam chwilę i poczułam, że coś się mi w brzuchu przewraca i… zrobiłam jeszcze jedno parcie i dziecko wyskoczyło!!! Wydawało mi się, że moje parcie trwało pięć minut, a tymczasem okazało się, że faza parcia trwała całą godzinę.

Od razu dostałam córeczkę do rąk. Klęczałam cały czas twarzą w stronę podniesionej połowy łózka i trzymałam małą istotkę całą w mazi i śmiałam się razem z mężem. Po długiej chwili odważyłam się ją pocałować, bardzo delikatnie, w czółko i poczułam się niesamowicie szczęśliwa.

Położna „majstrowała” przy mnie jeszcze z godzinę: dostałam zastrzyk na urodzenie łożyska, potem położna pokazywała studentce, że mam jedno malutkie rozdarcie i zastanawiały się czy opłaca się to zszywać czy nie. A ja leżąc już na plecach cały czas trzymałam moją malutką istotkę w ramionach. Gdy już wszystko zostało przy mnie zrobione, studentka wzięła ode mnie małą, aby ją zważyć, zmierzyć i wytrzeć, a ja mogłam pójść pod prysznic. Jeszcze gdy byłam pod prysznicem, mąż dostał już ubraną w pampersa małą do kangurowania. Potem ubraliśmy małą, mąż przyniósł fotelik samochodowy i byliśmy gotowi do przejazdu do szpitala, w którym mogłam zostać przez dwa dni po porodzie (to tutaj normalna procedura, że jeżeli poród przebiega bez komplikacji, to nie zostaje się w szpitalu głównym tylko jedzie się samemu do szpitala będącego odpowiednikiem izby porodowej).

Jeszcze przez kilka tygodni po porodzie byłam w euforii (zresztą nawet teraz, osiem miesięcy później jestem wciąż podekscytowana, gdy piszę te słowa). Codziennie, najczęściej podczas karmienia małej, myślami wracałam do porodu, miałam wielką ochotę ciągle o tym rozmawiać. Zrozumiałam także, że poprzednia cesarka sprawiła, że tym razem byłam o wiele lepiej przygotowana mentalnie. Wprawdzie nadal nie wiedziałam jak tak naprawdę poród wygląda, jak wyglądają naprawdę bolesne skurcze i co dzieje się potem, jednak teraz wiedziałam, czego chcę. Bardzo chciałam przeżyć cały normalny proces rodzenia swojego dziecka. Dla większości kobiet, które znam, poród to ból a nawet koszmar, przez który trzeba po prostu przejść. Natomiast dla mnie poród, naturalny poród, przez to, że taki wymarzony i wyczekany, stał się pięknym przeżyciem. Cieszę się, że mogłam tego uczucia zaznać w swoim życiu.

Krąg życia. Poród domowy po cesarskim cięciu (Kraków)

Poród po cięciu cesarskim w warunkach domowych jest rozwiązaniem niezalecanym w aktualnych światowych rekomendacjach dotyczących VBAC (m.in ACOG 2017 i SOGC 2018), ze względu na brak bezpośredniej dostępności sali operacyjnej niezbędnej w przypadku pęknięcia macicy. Jednak na świecie taki poród nie jest mimo wszystko zjawiskiem niespotykanym. Część kobiet decyduje się na HBAC w ucieczce przed szpitalną traumą lub z powodu braku możliwości znalezienia realnego wsparcia dla VBAC w szpitalach w ich regionie (nie rzadko dotyczy to kobiet po kilku cc, z dodatkowymi przeciwwskazaniami do porodu domowego). Badanie w formie wywiadów przeprowadzone przez  Keedle i in. wśród 12 kobiet rodzących po cc w domu w Australii wskazało właśnie na takie motywacje. W Polsce zdarzają się podobne sytuacje, czasem niestety wykraczające znacznie poza granice bezpieczeństwa. Dlatego wniosek autorów powyższego badania z powodzeniem można odnieść również do naszej rzeczywistości: „Procedury dotyczące VBAC i praktyki szpitalne powinny być elastyczne, aby umożliwiać kobietom wynegocjowanie takiej opieki jakiej oczekują.”

Czy poród domowy po cc (HBAC) jest więc opcją, którą powinniśmy wyeliminować z uwagi na bezpieczeństwo?Jako adwokat świadomego wyboru kobiety nie odważyłabym się podpisać pod takim twierdzeniem. W dużej mierze bowiem, ciężarne z cc w wywiadzie, decydując się na HBAC, podejmują racjonalną decyzję opartą o bilans prawdopodobnych zysków i zagrożeń obu opcji porodu (szpitalnego i domowego). Kobiety te znają i uwzględniają ryzyko pęknięcia macicy (oraz jego możliwe konsekwencje) i akceptują jego poziom (ok. 0,5%, a jak wskazują niektóre badania, w porodzie bez interwencji medycznych, nawet mniej – ok. 0,13 – 0,36% [ Źródło: RCOG 2015). Można także znaleźć badania wykazujące, iż poziom bezpieczeństwa porodu domowego (w szczególności stan urodzeniowy noworodków) u niektórych kobiet z cc w wywiadzie jest porównywalny z pierworódkami i kobietami rodzącymi drugie dziecko po przebytym PSN  (https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/25180460ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/26098383). Szczególnie zdrowe kobiety w zdrowej ciąży mające za sobą niepowikłany VBAC wydają się być dobrymi kandydatkami do HBAC w kolejnej ciąży, z racji tego iż przebyty VBAC zwiększa nawet do ponad 90% szanse na kolejny poród naturalny i jest jednocześnie czynnikiem zmniejszającym ryzyko pęknięcia macicy. W niektórych miejscach za granicą (np. w Danii) właśnie takie „przypadki” mają szanse znaleźć wsparcie położnych w porodzie domowym.

W Polsce jednak poza kwestiami bezpieczeństwa, HBAC pozostaje opcją w większości niedostępną, ze względu na obecne uregulowania prawne, brak rozwiązań systemowych dla porodów domowych oraz nieprzychylność sporej części środowiska medycznego wobec porodów domowych w ogóle (o czym więcej tutaj).

Czy ma się to szanse zmienić? Czy chciałybyście, żeby się zmieniło?

Przeczytajcie historię Magdy, która po cięciu cesarskim w pierwszej ciąży, a następnie porodzie naturalnym w szpitalu (VBAC), zdecydowała się swoją trzecią córeczkę urodzić w domu.


Chyba w całej historii mojego trzeciego porodu najważniejsze dla mnie było to, co stało się dzień przed nim niż w trakcie. Termin porodu miałam wyznaczony na 06.04.2018. na każdym USG, z pomiarów płodu wychodziła dokładnie ta sama data. Pierwsza córa urodziła się kilka dni po terminie, druga – w dniu terminu, więc całą ciążę żyłam w przeświadczeniu, że urodzę przed terminem. Tymczasem dzień terminu nadszedł i nic się nie działo. Minął i dalej nic się nie działo. Tydzień po terminie zaczęłam się bardzo stresować. Ale nie o to, że coś jest nie tak z dzieckiem, tylko, że nie uda mi się urodzić nie tylko w domu, ale w ogóle naturalnie. Na badaniu KTG lekarze chcieli mnie już położyć w szpitalu, bo „przecież po terminie”, więc przestałam chodzić na KTG do szpitala. Wszystkie badania robiłam prywatnie, bo nie chciałam, żeby mnie ktoś straszył czy naciskał, że powinnam być w szpitalu (pomimo nienagannych wyników). 10 dni po terminie, w poniedziałek 16.04. byłam już w fatalnym stanie psychicznym – spięta i zmartwiona, cały czas zastanawiająca się, co będzie, jeśli poród się nie zacznie w ciągu najbliższych dni. Co więcej, moja położna od porodu domowego powiedziała, że będzie mnie miała pod opieką tylko do piątku. Czyli jeśli nie urodzę do piątku, to przyjdzie mi się zgłosić do szpitala, gdzie personel wyleje mi na głowę wiadro pomyj za to, że zgłaszam się tak późno. Tymczasem nadal nic nie zapowiadało, żeby poród miał się zacząć. Skurcze przepowiadające miałam każdego dnia od dwóch tygodni, ale nic z nich nie wynikało. Byłam już tak zestresowana, że nie potrafiłam myśleć o niczym innym. Wsłuchiwałam się w swoje ciało i co chwilę zadawałam sobie pytanie: „czy to już?”. Coś mnie zabolało – czy to już? Dziecko więcej się rusza – czy to już? Dziecko mniej się rusza – czy to już? Pogoniło mnie do toalety – no to już na pewno musi być już! Dużo spacerowałam, wymyłam okna, wyszorowałam na kolanach cały taras (jeśli zastanawiacie się, gdzie się podziało trzecie „S”, to nic się nie martwcie, też było).

Wiem, możecie powiedzieć: „Ale o co chodzi? Trzeba było się tym tak nie spinać!”. Niestety, świat się dzieli na ludzi, którzy umieją przestać myśleć o rzeczach, na które nie mają wpływu (szczęściarze!) i na tych, którzy będą się zadręczać, aż doprowadzą się na granicę szaleństwa (to ja!).

We wtorek, 17.04. obudziłam się i zanim jeszcze wstałam z łóżka, to się popłakałam, że nadal nic się jeszcze nie zaczęło i na pewno skończy się tym, że pójdę do szpitala, a tam mnie najpierw opierdolą, a potem zastraszą śmiercią dziecka i zrobią cesarkę. I jak sobie tak leżałam i popłakiwałam, to dotarło do mnie, że mam dwie możliwości. Jedną jest dalej międlić to w głowie i co chwilę płakać i doprowadzać się do szaleństwa. A drugą jest… przestać to robić i poczekać do piątku. I pierwszy raz w życiu zdecydowałam, że nie mogę sobie robić takiej krzywdy. Że moim głównym zadaniem jest zatroszczyć się o siebie i w związku z tym muszę przestać. I… przestałam. Spędziłam bardzo miły dzień nie myśląc o tym kompletnie. Zamiast robić wszystko to, co powinno przyspieszyć poród, ja zrobiłam dokładnie na odwrót. Zamiast wysiłku fizycznego – leżenie na kanapie i oglądanie Mad mena. Moim największym wysiłkiem tamtego dnia było pomalowanie sobie paznokci u stóp na czerwono (ej, to BYŁ spory wysiłek i akrobacja dla kobiety w 10-tym miesiącu ciąży). Co więcej, nie musiałam odbierać Starszej z przedszkola, bo mama jednego z jej kolegów (dzięki Madzia!) zaproponowała, że ją zabierze do siebie. A w ciągu dnia zadzwoniła i zaproponowała, że Starsza może zostać na noc i ona ją rano odwiezie z powrotem do przedszkola (dzięki, dzięki, dzięki, Madzia!).

W nocy odeszły mi wody, gdy wstałam zrobić siku. Najpierw poczułam straszną ulgę – wody nie były zielone, nie trzeba jechać do szpitala. Obudziłam Pawła, zaczęliśmy liczyć skurcze. Regularne, co 5 minut, niezbyt bolesne. Zadzwoniliśmy po położną i po moją przyjaciółkę Marysię, która miała się zająć dziewczynami. Wiedziałam, że rodzenie w nieposprzątanym mieszkaniu będzie mi przeszkadzać, więc zajęliśmy się ogarnianiem domu. Sprzątaliśmy porozrzucane rzeczy, ja myłam toaletę, Paweł zamiatał. Było w tym coś radosnego i odświętnego – oto szykujemy nasz dom na pojawienie się Ważnego Gościa. Już wtedy pomyślałam, że to cudowne, że zamiast w panice pakować się i jechać do szpitala, mogę w spokoju zdejmować wyschnięte pranie z suszki.

Koło piątej dotarła Marysia i położna Wiola. Skurcze się wyciszyły, pojawiały się co 10 minut i nie były bolesne. Po 6 obudziła się Młodsza, zjedliśmy razem śniadanie. Marysia nastawia rosół. Powiedziałam Wioli, że czuję, że muszę chodzić i czy mogę iść na spacer. Poszłam pospacerować z Marysią, był piękny, słoneczny poranek. Potem odprowadziłyśmy wspólnie Młodszą do żłobka. Pani opiekunka zapytała: „A to Pani jeszcze nie urodziła?”, a mnie się chciało śmiać, bo przecież ja WŁAŚNIE w tym momencie rodziłam.

Wróciłyśmy do domu, gdzie już czekała przywieziona Starsza. Akcja się nie rozkręcała, Wiola zaproponowała, żebym weszła do wanny. Po pół godziny wyszłam, Wiola powiedziała, że musimy czekać, ona jedzie, a ja dobrze by było, żebym położyła się i przespała. Niedługo po wyjściu położnej, Marysia zabrała Starszą i pojechały do miasta. Prawie natychmiast po ich wyjściu akcja nagle ruszyła, skurcze były co 5 minut i o wiele boleśniejsze niż wcześniej. Zrozumiałam, moje ciało uznało, że nie chce dzieci przy porodzie. Zadzwoniliśmy do Marysi, żeby nie wracała i po położną, żeby wracała. Po powrocie zbadała mnie – 5 cm, sztywna szyjka, jeszcze daleko. Dalej potrzebowałam chodzić. Poszłam na spacer z Pawłem, na każdym skurczu ściskałam go za ramię, później na skurczach klękałam i opierałam się na ławce, a potem szliśmy dalej. Po powrocie skurcze były już mocno bolesne. Pomiędzy skurczami odpoczywałam siedząc na krześle i opierając się na piłce, na skurczu nadal miałam ogromną potrzebę poruszania się. Gdy skurcz się zaczynał, zrywałam się z krzesła, Paweł łapał mnie za ręce i prowadzał mnie po całym mieszkaniu. Opierałam się o niego, zamykałam oczy i starałam się głęboko oddychać. Wiola prosiła, żebym chodziła wysoko podnosząc kolana, żeby Mała lepiej się wstawiała. Kolejne badanie – 7cm, Wiola robi mi masaż szyjki. Bóle zmieniają się – nagle przy każdym skurczu zaczynają mnie boleć biodra. Ból jest straszny, mam wrażenie, że coś mi rozsadza stawy biodrowe od środka. Wiola stara się coś zaradzić, ale to nie jest typowy ból porodowy i nic, co robi, nie przynosi ulgi. Proponuje wejście do wanny. Siedzę w ciepłej wodzie, jest mi niezbyt wygodnie, bo wanna jest mała i dość płytka. Paweł jest cały czas przy mnie, polewa mi brzuch wodą. W wodzie ból nie jest tak dojmujący. Zaczynam na każdym skurczu prosić Małą, żeby się pospieszyła, tłumaczyć, że już nie mam siły. Wychodzę z wanny, straszliwy ból bioder wraca. Wytrzymuję kilka skurczy opierając się o stół w salonie, żadna pozycja nie przynosi ulgi. Jestem strasznie zmęczona, nogi mi drżą, jak po wielokilometrowym biegu. Kładę się na boku na narożniku w salonie. Paweł jest cały czas przy mnie, teraz dołącza do niego Wiola. Bada mnie, jest 10 cm rozwarcia, ale nie pojawiają się skurcze parte. Wiola mówi, że musimy czekać na parte, ja jestem zdezorientowana i straszliwie zmęczona. Nie wiem, co się dzieje, nie rozumiem, jak to możliwe, że jest rozwarcie, a nadal są skurcze z I fazy porodu. Pytam się Wioli, ale nie jestem w stanie zrozumieć jej tłumaczenia. Skurcze razem z bólem bioder tworzą mieszankę, która wyciska ze mnie resztki sił. Wiola zaczyna się mnie pytać czy dam radę i czy chcę jednak jechać do szpitala. Chce mi się śmiać z tej porpozycji, ale nie mam siły tego zrobić. W mojej głowie szybko robię przegląd sytuacji i stwierdzam, że to nic nie da. Ja chcę, by ten straszliwy ból skończył się już, w tej chwili. Co da mi szpital? Nikt mi nie da znieczulenia przy 10 cm rozwarcia. Albo wycisną ze mnie dziecko albo zrobią mi cesarkę. Nie ma już odwrotu, muszę dać radę.

Odpoczynek pomiędzy skurczami, jeszcze jest całkiem spoko.

Kładę się na narożniku w salonie. Próbuję zasypiać między skurczami, ale ból bioder nie ustępuje nawet wtedy i nie pozwala odpocząć. Dostaję dreszczy z zimna (leżę nago, nie pamiętam, kiedy się rozebrałam). Paweł przykrywa mnie kocem, Wiola pomiędzy skurczami poi gorącą, bardzo słodką herbatą. Nagle przychodzi pierwszy skurcz party i jest to wstrząsające doznanie. To jest jakaś potężna siła, kompletnie nie do okiełznania. Krzyczę z całych sił. Po skurczu Wiola mnie chwali, mówi, że pięknie wypycham Małą, słuchamy jej tętna, wszystko jest w porządku. Wiola mówi, że mogę rodzić na leżąco, ale jej się wydaje, że lepiej mi będzie w innej pozycji. Proponuje, żebym klękła przy narożniku. Przeniesienie ciała z pozycji leżącej do klęku wydaje mi się ponad moje siły, całe ciało mi drży, jest mi na zmianę gorąco i zimno. Klękam, Paweł siedzi na narożniku, trzyma mnie za ręce. Nadchodzi kolejny skurcz, krzyczę w poduszki, słyszę swój własny krzyk i nie mogę uwierzyć, że jestem w stanie wydać z siebie takie dźwięki. Wiola klęczy za mną, mówi, że pięknie mi idzie. Czuję, jak po każdym skurczu główka się cofa, mówię Wioli o tym, ona tłumaczy, że tak ma być, dzięki temu wszystko się dzieje delikatnie i nic mi nie pęknie. Kolejny skurcz, wydaje mi się, że nie jestem w stanie wytrzymać ani jednego więcej. Wiola mówi, że widać już główkę, prowadzi moją rękę, czuję pod palcami delikatne włoski usmarowane w jakiejś mazi. Kolejny skurcz, wychodzi główka, Wiola mówi, że jest piękna, że się uśmiecha. Ostatni skurcz, czuję, jak ciałko Małej wysuwa się ze mnie, patrzę w dół, widzę, jak wylewa się ze mnie ogrom krwi. Wiola podaje mi Małą pomiędzy moimi nogami, pyta: „Trzymasz? Trzymasz ją?”. Obejmuję Małą, jest różowiutka i czysta, cała śliska, Paweł i Wiola pomagają mi się odwrócić i usiąść. Siedzę na podłodze w naszym domu, w kałuży krwi, obejmuję naszą piękną, małą córeczkę, śmieję się, Paweł siada obok mnie, płacze. Wiola wychodzi z pokoju.

Za jakiś czas wraca, przecinamy pępowinę. Pytam się Wioli, czy bardzo popękałam, w końcu jest tyle krwi. Wiola mówi, że wcale, a krew to wynik tego, że łożysko już zaczęło się odrywać. Nagle pojawia się straszliwie bolesny skurcz, zaczynam płakać, jak to możliwe, że to nie koniec tego bólu? Wiola mówi, żebym z powrotem klękła, Paweł zabiera Małą. Rodzę łożysko w trzech potwornie bolesnych skurczach. Sadzają mnie na narożniku, dostaję Maleńką owiniętą w pieluchy, próbuję ją przystawić. Wiola zabiera miskę z łożyskiem i idzie je obejrzeć w łazience. Paweł siada obok mnie. Nie wiem, ile czasu tak siedzimy. Wiola poi mnie gorącym rosołem, co chwilę sprawdza, jak obkurcza się macica, nadal mocno krwawię, co widać, że trochę ją niepokoi. Za jakiś czas idę się wykąpać. Wraca Marysia ze swoim mężem, przyprowadzają dziewczynki. Dziewczyny siadają koło mnie, są zachwycone malutkim dzidziusiem. Wszyscy razem siadamy do stołu i jemy rosół na kolację. [tak naprawdę Marysia przyprowadziła dziewczynki raz, a potem wyszła z nimi jeszcze na dwie godziny i dopiero wróciła i zjedliśmy kolację, ale ja zupełnie tego nie pamiętam.]

Pierwsze spotkanie z siostrami.

Refleksje Magdy:

Ten poród nie był dla mnie przeżyciem mistycznym. Większą część porodu czułam się (pomimo nasilającego się bólu) dobrze, bezpiecznie, spokojnie. Wczuwałam się w swoje ciało i wiedziałam, czego potrzebuję, by bolało mniej i poród przebiegał płynnie. Problemy zaczęły się wraz z bólem bioder mniej więcej na 2 godziny przed końcem. Ból był tak wszechogarniający, że straciłam kontakt ze swoim ciałem. Straciłam kompletnie kontrolę, nie byłam w stanie zrobić nic, by ulżyć sobie w cierpieniu, czułam się bezbronna. Na wszystkie próby pomocy ze strony Wioli i jej pytania, czy tak jest mi lepiej, a może jednak jeszcze jakoś inaczej, odpowiadałam nieprzytomnym: „nie wiem, nie wiem”. Także tak, ta część porodu była najboleśniejszym doświadczeniem w moim życiu. Nigdy nie przeżyłam czegoś nawet odrobinę zbliżonego.

Myślę, że pierwsze 24 godziny po porodzie moja głowa najbardziej zajęta była próbą przyswojenia sobie i jakoś poukładania, jak to możliwe, że to tak straszliwie bolało. Ale pomimo tego nie mam złych wspomnień z porodu, nie czuję się źle. Co więcej, gdybym mogła wrócić i zdecydować jeszcze raz, to podjęłabym taką samą decyzję. Dlaczego?

W całym tym doświadczeniu było coś takiego szalenie oczywistego… nie wiem, czy to dobre słowo… może bardziej „naturalnego”? Teraz całą sobą mam poczucie, że dom to jest miejsce, gdzie ludzie nie tylko żyją, ale powinni przychodzić na świat i umierać. To daje jakiś taki spokój i poczucie, że wszystko jest dobrze i tak, jak powinno być. Krąg życia. Dom to jest miejsce, gdzie powinniśmy witać nowe życie.

Niesamowite było dla mnie ile we mnie nagle spokoju, ile cierpliwości zarówno wobec Małej, jak i wobec dziewczyn. Że pomimo niewyspania i zmęczenia czuję się spokojna. Wiem, że robię dobrze, wiem, że wszystko, co trudne, niedługo minie. Co więcej, minie tym szybciej, im więcej ja zachowam spokoju. Nie mogłam się nadziwić, że gdy ja jestem pełna spokoju, to cały nasz dom, cała nasza rodzina jest spokojna. Patrzyłam na spokojne, radosne dziewczynki, które bawiły się razem zgodnie i radośnie, przytulałam się do Pawła, patrzyłam na śpiącą w chuście Małą. Tydzień po porodzie nasza rodzina nadal „unosiła się nad ziemią”. Teraz widzę, jaką matką mogę być, gdy zatroszczę się o… siebie samą. Jaką matką mogłabym być dla Najstarszej, gdyby tylko nikt nie zniszczył naszego powitania i naszych pierwszych wspólnych dni. Z jednej strony czuję straszny smutek, że nie potrafiłam być taka dla żadnej z dziewczyn wtedy, na początku. Z drugiej strony cieszę się, że mogą mieć taką matkę teraz.

To jest to, co zyskałam dzięki porodowi domowemu – początek, którego nikt nam nie zburzył, nie utrudnił. Dzięki temu wiem, jaka mogę być. I nawet, gdy w różnych momentach będzie mi gorzej, to będę miała w pamięci, że potrafię być też świetną matką i że da się do tego wrócić. I one też będą to wiedziały.

Więcej refleksji Magdy, zdjęć, a także historia porodowa widziana oczami jej męża Pawła oraz przyjaciółki Marysi na blogu Magdy: http://www.matkaskaut.pl/porod-domowy-po-cesarskim-cieciu-historia-moja-i-pawla/

Marzenie, które rodziło się powoli (Ruda Śląska)

Bardzo trudny, wręcz traumatyczny pierwszy poród – zabiegowy poród drogami natury. Następnie cięcie cesarskie – można by rzec „na życzenie”. Nerwica lękowa. Czy w tym scenariuszu może być jeszcze miejsce na szczęśliwy VBAC? Poznajcie historię Zuzanny.

 

DSC_7005

VBACowy Joszko

„ROZPOZNANIE: CIII PIII poród siłami natury 23.05.2018r. Urodzono syna żywego 3640 g, Apgar 10 pkt.
O80.0 – poród samoistny w położeniu podłużnym potylicowym.”Te słowa na moim wypisie ze szpitala czytam tydzień po porodzie. Do oczu napływają mi łzy, czuję ścisk w gardle. Nie mogę uwierzyć, że spełniło się marzenie, które jeszcze rok temu nawet nie istniało, nie miało racji bytu. Dziwne marzenie, które rodziło się powoli, nieśmiało, niepewnie, od niechcenia i bez przekonania. Marzenie o szybkim, bezproblemowym porodzie naturalnym. Zaczęło we mnie kiełkować dopiero po zajściu w trzecią ciążę, 13 miesięcy po cesarskim cięciu…
PORÓD I. Szpital Bonifratrów w Katowicach.17 stycznia 2014 o godz. 12.55  dokładnie 2 tygodnie przed terminem, po ok. 7 godzinach od pierwszych skurczy urodziłam Gniewka Beniamina. Właściwie ostatecznie brutalnie wyciągnięto go ze mnie po kilkunastu nieudanych próbach – drugim rodzajem próżnociągu (vacuum). Wcześniej zastosowano manewr Kristellera, bo dziecko nie chciało się wstawić w kanał przy pełnym rozwarciu, a tętno dramatycznie spadało. Po 25 minutach wyciągnięto w końcu mojego syna, bladego, niepłaczącego. Zastosowano sztuczną wentylację workiem Ambu. W 1 minucie 4 Apg (potem 5-7-8). 56cm, 3440g. Synek miał krwiaka na główce po vacuum, obniżone napięcie mięśniowe, był rehabilitowany, ale, dzięki Bogu, nie ucierpiał poważnie i jest  dziś całkowicie zdrowym chłopcem.
Opis całego porodu tutaj (tylko dla osób o mocnych nerwach ;)) :
images
Ten pierwszy poród był dla mnie traumą. Długo dochodziłam do siebie psychicznie i fizycznie. Z perspektywy wiem, że otarłam się o depresję poporodową. Wiedziałam wówczas, że chcę i będę miała więcej dzieci (od zawsze planowaliśmy minimum trójkę), ale jedyną drogę porodu, jaką dopuszczała moja głowa po tym pierwszym, było cesarskie cięcie. Dodatkowo urazy po vacuum dawały obraz, który mógł sugerować poważne problemy z dnem miednicy. W ciągu roku byłam na konsultacjach u kilku lekarzy. Ostatecznie okazało się, że nie są to tak poważne urazy, jakimi mogły się początkowo wydawać. Nie mniej miałam już oficjalną „wymówkę” dla cesarskiego cięcia: „stan po porodzie urazowym”. Moja ginekolog poszła mi na rękę, bo wiedziała, z jaką traumą wiązał się dla mnie poprzedni poród, nie chciała dokładać mi zmartwień o poród w czasie ciąży. Nie ukrywam, że perspektywę cesarki postrzegałam jako wybawienie i pozwoliła mi ona w miarę spokojnie przebrnąć przez cały okres drugiej ciąży. I stało się.
images
PORÓD II. Szpital Miejski w Rudzie Śląskiej Goduli. 12 sierpnia 2016 o godz. 11.10, w 39 tygodniu ciąży przez elektywne cesarskie cięcie urodziłam Iwa Joachima. 56 cm, 3540 g, 10 Apg.
Jak się okazało, to też nie było dla mnie wymarzone rozwiązanie. Podczas operacji wpadłam w panikę, byłam absolutnie przerażona, a utrata z własnej woli jakiejkolwiek „mocy sprawczej” okazała się dla mnie wiązać z pewnym rodzajem rzeczywistej straty. Po zejściu znieczulenia cierpiałam całą noc mimo środków przeciwbólowych. Ból rany na macicy w połączeniu ze skurczami obkurczającymi był dla mnie nie do zniesienia. Absolutnie nic mi nie pomagało, a ja cicho jęczałam, wiedząc, że nic więcej przeciwbólowego mi nie zechcą podać. Mimo, że fizycznie bardzo się starałam szybko wrócić do formy, a psychicznie czułam się o niebo lepiej niż poprzednio, dobitnie przekonałam się, że operacja to jednak… operacja. Nie działa dobrze ani na ciało, ani na ducha. Opis całego porodu i moich przemyśleń tutaj:
To może wydać się dziwne, ale, mimo wszystko, nie żałuję tego cesarskiego cięcia. Myślę, że miało swój sens. Było po coś. Dało mi zmianę perspektywy, inne spojrzenie na poród. Uświadomiło, że nie ma łatwych rozwiązań.
 images
Gdy niespodziewanie 13 miesięcy po cesarce odkryłam, że jestem w kolejnej ciąży, stopniowo zaczęłam się zastanawiać nad możliwością innego niż operacyjne zakończenia ciąży. Ta myśl powoli kiełkowała we mnie, dojrzewała z każdym kolejnym tygodniem. O grupie wsparcia Naturalnie po Cesarce wiedziałam wcześniej, ale nie od razu się do niej zapisałam. Coś w środku mnie blokowało. Zachęciła mnie koleżanka i ostatecznie się odważyłam. Odważyłam się też zapytać co sądzi o TOLAC moja ginekolog, choć miałam obawy, że będzie niechętna pomysłowi. Myliłam się – po usłyszeniu, jaka jest moja motywacja, nie miała nic przeciwko, o ile „w praniu” nie wyjdą jakieś dodatkowe przeciwskazania. I wtedy jakiś dziwny ciężar ze mnie spadł… A wstąpiła bardzo nieśmiała nadzieja, że mam szansę na lepszy poród, chociaż jeszcze chwilę temu nawet tego nie oczekiwałam, nawet nie chciałam o tym myśleć.
Od początku tej ciąży mówiłam – nic na siłę, nie za wszelką cenę, będzie, co ma być. Nie chciałam czytać książek, nie chciałam medytacji, afirmacji, czegokolwiek. Nie neguję tych praktyk, jestem przekonana, że wielu osobom przyniosły one korzyść. Ja postanowiłam nie myśleć, nie zastanawiać i zdać się na wolę Bożą. Z własnego doświadczenia wiedziałam, że są rzeczy, na które i tak nie mam wpływu, że nie wszystko zależy od psychiki, nastawienia i dobrej woli rodzącej. Pomyślałam, że po prostu chciałabym szybkiego, niepowikłanego, fizjologicznego porodu, który rozpocznie się samoistnie. I szczerze mówiąc, do teraz (a minęły już ponad 3 tygodnie od tego momentu) nie mogę uwierzyć, że to mnie spotkało…
 images
PORÓD III. Jest środa, 23.05.2018. Trudno dokładnie określić wiek mojej ciąży, ale przyjęliśmy, że termin porodu wypada między 26 a 31.05. Po cichu trochę liczę, że skoro do tej pory nic nie ruszyło, to może jeszcze zdążę zaliczyć konsultację anestezjologiczną, którą mam zaplanowaną na piątek, a bez której najprawdopodobniej nie otrzymam znieczulenia ZZO (chciałam je mieć jako opcję „w zanadrzu”). Póki co, na godzinę 11.00 zjawiam się na umówionym KTG w szpitalu w Rudzie Śląskiej, gdzie zamierzam rodzić. Przy okazji moja ginekolog bada mnie, by ostatecznie skwitować sytuację: „Nic nowego! Szyjka długa, rozwarcie może na palec, główka gdzieś tam wysoko, niewstawiona. Oj, jeśli mam być szczera, to nie sądzę, że poród rozpocznie się niebawem samoistnie”. Umawiamy się więc na kolejne KTG w sobotę, a jeśli nic samo nie ruszy, to w poniedziałek lub środę mam się stawić na wywołanie porodu przy użyciu cewnika Foleya. Mimo wszystko nie biorę sobie do serca tych słów. Zdaję sobie sprawę, że to niejednokrotnie toczy się bardzo spontanicznie i równie dobrze poród może się rozpocząć w każdym momencie. Daję sobie więc luz na kolejne dni, z dalszym nastawieniem „będzie co ma być, ale jednak sądzę, że zacznie się samo” ;).
 images
Po wyjściu ze szpitala idę jeszcze z moją mamą do kawiarni nieopodal na ciastko i kawę, a potem jadę do przedszkola po mojego starszaka. Na koniec wstępuję do krawcowej. Dalsze popołudnie upływa mi również w przyjemnej i luźnej atmosferze, bo mąż postanowił wziąć dzieci na spacer. Siadam więc przed komputerem i zjadam w dwie minuty pół paczki Delicji. Brzuch często twardnieje, niemniej od jakichś dwóch miesięcy skurcze Braxtona-Hicksa są stałym elementem rozkładu dnia, więc się nie dziwię. Siedząc w fotelu w pewnym momencie czuję coś, co sprawia, że przemyka mi przez głowę ulotna myśl „może to dziecko się właśnie wstawia”. Do dziś nie wiem, czy tak faktycznie było, czy to tylko przypadkowe odczucie, ale pamiętam, że dokładnie coś takiego w pewnym momencie przyszło mi do głowy.
 images
Po niedługim czasie czuję delikatnie pobolewanie w podbrzuszu, uznaję więc, że pora na lekki odpoczynek i kładę się na łóżku. Niedługo potem czuję ponownie lekki ból, który teraz identyfikuję już jako skurcz. Robię się czujna i spoglądam asekuracyjnie za zegarek. Jest 18:06. Kiedy kilka minut później czuję kolejny skurcz,  dzwonię do męża, informując go, że niewykluczone, iż „coś się szykuje”. Skurcze są nieregularne (podczas pierwszego porodu również były) – z przerwami od 10 do kilku minut – ale robią się coraz mocniejsze. Biorę prysznic – nie mijają. Dzwonię ponownie do męża i mówię, że wolałabym się szykować do szpitala. Mąż standardowo powątpiewa, że rodzę i dopytuje, czy aby na pewno nie za wcześnie ;). Dzwonię też do mamy, żeby została z dzieciakami pod naszą nieobecność. W pół godziny jesteśmy gotowi do wyjazdu. Wychodząc z domu, czuję pierwszy naprawdę mocny skurcz, który moja mama komentuje „Ty chyba naprawdę rodzisz”.
 images
Na Izbie Przyjęć jesteśmy po 19:00. Na szczęście nie ma kolejek. Zaczynam tłumaczyć pani w rejestracji, że mam skurcze, że to mój trzeci poród, że jestem po CC i chcę rodzić naturalnie… I nagle skurcze zaczynają niesamowicie przybierać na sile. Mam wrażenie, że są co minutę i są naprawdę bardzo mocne. Przypomina mi się ten ból, który dosłownie powala na ziemię. Nagle przestaję się przejmować, czy wypada czy nie, zaczynam jęczeć i kładę głowę na blacie przy rejestracji. Pani, widząc, że akcja najwyraźniej posuwa się do przodu, w pośpiechu każe mi podpisywać papiery (po raz pierwszy żałuję, że mam takie długie nazwisko ;)) i dzwoni na porodówkę. Każą mi się przebrać w „kreację porodową”. Jestem cała zlana potem, do przebieralni sunę po ziemi, trzymając się kurczowo ramienia mojego męża. Kiedy tylko skurcz na chwilę odpuszcza, staram się wykorzystać moment i przebieram się w ekspresowym tempie, byle tylko zdążyć przed kolejnym. Robi się nerwowo, bo mąż nie do końca ogarnia zawartość mojej walizki, ale ostatecznie jakoś się nam to udaje. Wychodzę z przebieralni krokiem żywego trupa i zmierzam do windy, nadal głośno jęcząc z bólu. I wtedy przytrafia mi się ciekawy przypadek wspólnoty losu. Mijam faceta, który również zwija się z bólu i jęczy tak samo głośno, jak ja. Echo naszych symultanicznych jęków odbija się od ścian korytarza i myślę sobie, że w sumie jestem w lepszej sytuacji, bo mnie boli z powodu porodu, a jego z powodu choroby lub innego uszczerbku na zdrowiu.
 images
Kolejny, cholernie mocny skurcz, chwyta mnie w momencie, gdy otwierają się przede mną drzwi windy na porodówce. Położna wita mnie więc dokładnie w chwili, gdy z moich ust rozlega się pierwszy, donośny okrzyk bólu. Kładę się spiesznie na łóżku porodowym w celu zbadania. I słyszę coś, co mnie (mówiąc delikatnie) już na starcie nie nastraja pozytywnie: „2 cm rozwarcia. O, długa jeszcze droga przed panią”. Ta informacja niemal mnie dobija i zaczynam się zastanawiać, jakim cudem mam przy tym bólu dotrwać do pełnego rozwarcia, to jakiś kosmos. Nieśmiało zagaduję o znieczulenie –  mówię, że byłam umówiona na konsultację na piątek. „I CO TERAZ???” Szybko się orientuję, że do tematu nie ma raczej sensu wracać –  na znieczulenie w tej sytuacji generalnie nie ma co liczyć.
Leżę cały czas na lewym boku, zaciskam ręce na oparciu albo na ręce mojego męża, któremu w międzyczasie rozrywam szpitalną szatę. I powieki też zaciskam, niemal cały czas. Otwieram je ponownie, gdy mam podpisać papiery z ankiety, na której pytania odpowiadam pomiędzy skurczami. Cztery podpisy. Po raz drugi żałuję podwójnego nazwiska. Wiem, że zadeklarowałam zgodę na nacięcie krocza i na użycie gazu rozweselającego, więcej grzechów nie pamiętam.
Tymczasem skurcze nadal są nie-do-zniesienia, ale nie mija wiele czasu (jakieś 15 minut), a w kolejnym badaniu ginekologicznym położna odkrywa, że jest już 7 cm! Wygląda na to, że sama jest zaskoczona, podobnie jak i reszta personelu. Może jednak dam radę…  Przypominam sobie o słynnym „kryzysie 7 centymetra”. W międzyczasie ktoś pyta o płeć dziecka. „Syn. Trzeci…” – mówię. „Trzeci syn! To co, reflektuje pani jeszcze na dziewczynkę?” – słyszę dowcipny komentarz. „Yyy… teraz nie.” – odpowiadam ledwie zipiąc pomiędzy jednym a drugim skurczem.
 images
Wracając do „reszty personelu” – towarzyszy nam przez większość czasu dwóch lekarzy. Jeden z nich uporczywie wypytuje mnie o powody poprzedniej cesarki. Próbuję wyjaśniać i chyba wyjaśniam za dużo, bo dalsze pytania nie ustają – najwyraźniej są wątpliwości. Odnoszę wrażenie, że większość porodu spędzam na odpowiadaniu na pytania… Mam wrażenie, że obaj lekarze nie są zachwyceni moim VBACkiem – jeden z nich wygląda na wyraźnie niezadowolonego z faktu, że miałam cesarkę i  komentuje to słowami „jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B”. Mój mąż z sali porodowej zdążył jednak  wcześniej zadzwonić do mojej lekarki, która (co słyszę na własne uszy) dzwoni do lekarzy dyżurujących, by ich przekonać, że mają mi pozwolić rodzić naturalnie, przy okazji tłumacząc się z mojej cesarki. Chwilę po jej telefonie położna woła lekarzy – jest 9 cm . Zaraz potem bada mnie lekarz i mówi jedno zdanie, które mnie bardzo uspokaja: „pełne rozwarcie, główka napiera”. Czyli chyba nie będzie powtórki z rozrywki 🙂
Położna mówi, że mogę sobie „poprzeć” na skurczu. Prawdę mówiąc, wcześniej mi to nie przyszło do głowy, więc wnioskuję, że nie miałam potrzeby parcia jeszcze na tym etapie. Pytam, czy to już „te parte?” I słyszę, że tak. Próbuję więc przeć i odkrywam, o co tutaj chodzi. Odkrywam, bo mimo, że przy pierwszym porodzie też próbowałam przeć, to było to zupełnie nieefektywne (dziecko było zbyt głęboko), nie czułam tego w żaden sposób i ostatecznie z tego powodu skończyło się vacuum. Tym razem czuję inaczej, czuję, że prę i główka napiera, a potem się cofa.
 images
Nadal leżę na lewym boku, tak, jak i przez cały poród. Przyznam szczerze, że kompletnie nie mam siły zmienić pozycji, nie wyobrażam sobie, jak inne kobiety znajdują energię, by jeszcze iść pod prysznic, skakać na piłce, stać… Położna pyta, czy chcę usiąść, a ja odpowiadam… „nie wiem”. I nie robię nic. Próbuję nadal przeć na boku. Prę i prę, mam wrażenie, że trwa to w nieskończoność i nie jestem w stanie dziecka wyprzeć (w rzeczywistości faza II trwała zaledwie 25 minut). Drę się „nie dam rady, on się cofa, nie mogę, auaaaa”.
W pewnym momencie dotykam główki, położna mnie nawet do tego zachęca, a ja cofam wtedy rękę i mówię, że nie chcę (dziwna reakcja). I dalej prę, wszyscy kibicują, mój mąż mówi „dajesz, dajesz” – przypomina mi się, że tak się dopingowało podczas wspinaczki w skałach ;), a ja mam wrażenie, że to jest zupełnie niemożliwe, żeby wyprzeć to dziecko. Kolejne próby parcia to nadludzki wysiłek. Wiem, że dziecko cały czas jest w worku owodniowym, dopiero na sam koniec położna przebija pęcherz, chwilę przed nacięciem. Nacięcie nie boli, zwłaszcza, że chwilę potem słyszę z ust położnej: „już jest, mam go” i czuję, jak wychodzi główka a zaraz potem barki. Jestem w szoku. Powtarzam tylko w całkowitym zdumieniu „O Boże, o Boże…!”, a małe, ciepłe ciałko ląduje na mojej piersi. Wszystko jest inaczej – jest tak, jak być powinno.
DSC_7020
Joszko Samuel (jak się okaże później) waży 3640 g i mierzy 56 cm, a więc wagowo jest największy z braci, choć różnice między nimi są niewielkie. Tymczasem kiedy mi go podają, jestem pewna, że nie może ważyć więcej niż 2,5 kg, podejrzewam go wręcz o hipotrofię, tak maleńki wydaje mi się w porównaniu ze starszakami ;). Na urodzenie łożyska chwilę czekamy – czuję jeszcze jeden skurcz (ale to już pikuś, można powiedzieć) i wychodzi – kompletne. Położna odczekuje, aż pępowina przestanie tętnić i mój mąż po raz pierwszy ma okazję ją przeciąć! To także nowość… Młoda lekarka, która później mnie szyje, najpierw ręcznie sprawdza ciągłość blizny na macicy. Nie jest to najprzyjemniejsze, ale w porównaniu z bólem skurczowym – mała niedogodność. Następne dwie godziny spędzamy wspólnie.

33397486_10208817639356537_3790412194676473856_n

Na koniec kilka słów:
Bardzo dziękuję  za grupę wsparcia Naturalnie po Cesarce. Dużą nadzieję dały Wasze szczęśliwie zakończone historie, a przekonały mnie badania naukowe i wytyczne dostępne w plikach i na stronie Naturalnie po Cesarce. Chapeau bas dla pomysłodawczyń i administratorek <3 Dziękuję.
Dziękuję wszystkim dziewczynom, które deklarowały modlitwę w intencji mojego udanego VBAC, a także mojej ginekolog, która nie tylko nie próbowała mnie przekonywać do zmiany planów, ale wspierała mnie od początku do końca.
Bardzo polecam wizytę u fizjoterapeutki uroginekologicznej wszystkim wieloródkom – zarówno tym po CC jak i po SN. Ja tę ciążę przeszłam zdecydowanie bardziej świadomie niż poprzednią – serdecznie polecam moją fizjoterapeutkę Iwonę Mazur-Ważny (Fizjo Activ w Czeladzi). Bliznę mobilizowałam już 3 tyg po CC – w ciąży ani podczas porodu nie miałam najmniejszych dolegliwości z jej strony mimo, że pierwszy rok towarzyszyła mi przeczulica tej okolicy.

Asertywność i partnerstwo podczas ciąży i na sali porodowej

 

ANALIZA KRAN (1)

Jak być asertywnym i rozmawiać z lekarzami i położnymi z pozycji partnera? jak podejmować własne decyzje, kiedy nie jest się specjalistą? Poniższe proste narzędzie – analiza KRAN – z pewnością będzie pomocne!

Zobaczmy jak to działa.

Wyobraź sobie, że w 38 tygodniu ciąży stoisz przed decyzją czy wyrazić zgodę cięcie cesarskie z powodu miednicowego położenia płodu. Jak rozmawiać z lekarzem?

K – Jakie KORZYŚCI przyniesie mi i mojemu dziecku planowe cięcie cesarskie w 38 tygodniu? Na ile te korzyści są pewne/ prawdopodobne?
R – Jakie krótko i długofalowe RYZYKO dla mnie i dla dziecka wiąże się z decyzją o cięciu cesarskim?
A – Jakie ALTERNATYWNE metody postępowania można byłoby zastosować? I z jakimi korzyścia i ryzykiem się one wiążą?
N – Co może się stać jeśli nie zrobimy na razie NIC? I na ile jest to prawdopodobne?

Czego oczekiwać w odpowiedzi?

Kokretnych, jasnych i zrozumiałych informacji, najlepiej opartych na dowodach naukowych.

Jeśli ktoś odpowiada wymijająco, niezrozumiale lub Cię zbywa, powinna się zapalić w Twojej głowie czerwona lapka ostrzegawacza „Nie można mu do końca ufać!”

Na co jeszcze zwrócić uwagę?

Każda interwencja medyczna wiąże się z jakimś ryzykiem. Odpowiedź ” nie ma żadnego ryzyka” jest fałszywa!

W większości sytuacji istnieją alternatywne sposoby postępowania.