Decydując się na życie, zgadzamy się również na śmierć (Płock)

*** TRIGGER WARNING***

Dzisiejsza historia jest historią trudną. To historia straty. Jeśli jesteś w ciąży, po jej przeczytaniu możesz potrzebować wsparcia. Zanim przeczytasz, warto znaleźć osobę (położną, doulę, psychologa), z którą w razie potrzeby będziesz mogła porozmawiać.

Kilka słów wstępu

Sądzę, że nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że żyjemy w czasach bezpiecznych porodów. W krajach rozwiniętych, do których należy również Polska, odsetek zgonów okołoporodowych zarówno dzieci jak i matek liczony jest w promilach. Nawet z najtrudniejszych sytuacji zazwyczaj udaje się wyjść i zapewnić tak oczekiwany przez wszystkich wynik: „zdrowa mama i zdrowe dziecko”. Dotyczy to zarówno porodów naturalnych jak i cięć cesarskich, a także porodów naturalnych po przebytym cięciu cesarskim (VBAC).

„Zazwyczaj” czy „najczęściej” nie oznacza jednak niestety „zawsze”, a nawet najmniejsze liczby po przecinku nie są równoznaczne z cyfrą zero. Medycyna nie jest wszechmocna, a sytuacje trudne nadal się zdarzają – czasem niespodziewanie i mimo największych starań lekarzy oraz położnych. Zdarza się, że umiera dziecko. Zdarza się, że umiera matka. Czasem zdarza się też, że umierają oboje. Zdarza się, że występują inne bardzo poważne i trudne powikłania. Bardzo rzadko, ale się zdarza. I każdy rodzaj porodu – SN, CC czy VBAC – ma swój odsetek trudnych historii z niepomyślnym zakończeniem. Dzisiejsza historia – historia Patrycji – jest jedną z nich.

śmierć dziecka – Tychy News

#nieudalosie #strata #rozejścieblizny #terminporodu #40tc #aniołkowamama #Płock

Proszę doczytajcie do końca jak runął mój świat! Niestety czasu cofnąć nie mogę choć wszystko bym za to oddała. Mogę jedynie podzielić się swoim dramatem…

13.06.2017
Planowane cc z powodu ułożenia pośladkowego. Cięcie na zimno, do formy wróciłam szybko. Nigdy nie odczuwałam żadnego dyskomfortu ze strony blizny.

16.05.2019
Dwie kreski 💕 ciąża planowana. Zielone światło od 2 nieznających się lekarzy, oboje prowadzili ciążę. Wszystko książkowo, oboje pozwolili VBAC.

21.01.2020
Termin porodu. I od nocy skurcze krzyżowe, odchodzi czop. Ok 17 szczęśliwa jestem w szpitalu – rozwarcie 1 cm i sączą się wody. Szacowana waga 3250 g. Kolejny lekarz pozwala na VBAC. KTG, wanna, ktg (byłam podłączona do samego końca bez przerwy) i ok godziny 22-23 mamy pełne rozwarcie! Prę na boku – tak mi najlepiej, a położna mówi, że tak najlepiej idzie. Przed północą, gdy widać już włoski zaczyna się mój dramat…

Przychodzą wszystkie położne, ginekolog, neonatolog i decyzja o vaccum – za długo to trwa. I nagle ustają skurcze[1] Nie czuję żadnego bólu, normalna „przerwa” między skurczami, tylko za długa… Czekamy chwilę, wzywają drugiego lekarza, położne sprawdzają mi puls. Badanie ginekologiczne – główka dziecka cofnęła się w kanale rodnym[2]. Brak postępu porodu, nie możemy dłużej czekać. Decyzja o szybkim cc. Jest 23.58.

Szybkie przygotowanie do CC (cewnik, itd.). Idę na salę operacyjną. Zakładają znieczulenie podpajęczynówkowe.

Godz. 0.17 rodzi się synek.

Gdy mnie otworzyli okazało się, że doszło do cichego, bezobjawowego rozejścia blizny po cc. Synek nie zapłakał… 😭 Była przerażająca cisza i biegający lekarze… Dostałam coś na uspokojenie i kolejnych +/- 20 minut nie pamiętam.

Gdy odzyskałam świadomość powiedzieli mi, że Synuś urodził się do jamy brzusznej i odkleiło się łożysko. Nie miał akcji serca. Reanimacja nie przyniosła efektów. I zapytali, czy chcę żeby ochrzcili i jakie imię… Zabrali mnie i męża na salę gdzie nam go dali żebyśmy się pożegnali. A powinniśmy się z nim witać 😭 Piękny, zdrowy chłopiec… 3150 g i 56 cm 💔 Nie był dla mnie za duży. Gdyby tylko moja macica wytrzymała ten jeden skurcz, zdążyliby z vaccum…

Pamiętajcie, że nie wszystko da się przewidzieć, podczas porodu może wydarzyć się wszystko. Nawet to co nie ma prawa się wydarzyć. Rzadko ale jednak…

A mi pozostało żyć z bólem i myślą „gdybym poszła na planowane cc…

Słowo na zakończenie 

Chcemy w tym miejscu złożyć wyrazy współczucia Patrycji z powodu straty Synka. Jednocześnie chcemy ogromnie podziękować za to, że zdecydowała się podzielić swoją historią. 

Ta historia jest ważna, bo daje świadomość, że nawet bardzo małe ryzyko, to wciąż realne ryzyko.  Daje nam też zapomnianą w dzisiejszych stosunkowo bezpiecznych czasach lekcję, że decydując się na życie, zgadzamy się również na śmierć – i nie mamy pełnego wpływu na to, kiedy ona nastąpi.

Czy ta historia powinna odstraszać od VBAC? Czy cięcie cesarskie jest bezpieczniejszą drogą porodu?

Ani VBAC ani cięcie cesarskie nie daje 100% gwarancji szczęśliwego zakończenia ciąży, choć w większości przypadków każda z tych dróg porodu kończy się zdrowo i bez komplikacji. Statystyki powikłań, w tym śmiertelności okołoporodowej dzieci i matek, ani w przypadku VBAC ani w przypadku planowego cięcia cesarskiego nie wynoszą jednak 0%. I choć są to niewielkie cyfry po przecinku, kryją się za nimi realne historie, takie jak ta.

Czy zatem należy bać się każdego porodu? I skąd na końcu historii myśl „gdybym poszła na planowane cc…”?

Pytanie „czy należy bać się porodu” to tak naprawdę pytanie „czy należy bać się życia”. W każdym momencie naszego życia (i życia naszych dzieci) może nastąpić jakaś nieprzewidziana sytuacja, która to życie odbierze. Chociażby choroba, wypadek… Staramy się w różny sposób chronić, zabezpieczać, zapobiegać, ale zawsze może stać coś czego nie przewidzieliśmy albo ryzyko czego było niemalże marginalne. Wtedy mierzymy się ze śmiercią. Doświadczamy straty i związanej z nią nieodłącznie żałoby. I tu właśnie – w procesie przeżywania żałoby, pojawia się pełne żalu pytanie „a gdybym tylko…”

„Gdybyśmy tylko nie pojechali na te cholerne narty…” mówią rodzice, których córeczka uległa śmiertelnemu wypadkowi w górach…

„Gdybym tylko pojechał inną trasą, przecież rozważałem jazdę, którędy indziej…” mówi mężczyzna, którego żona i dziecko zginęli w wypadku samochodowym…

Gdybym to zrobił, gdybym tamtego nie zrobiła…

Tymczasem każda z tych sytuacji, to był nieszczęśliwy traf, wypadek, zły los, którego nie można było przewidzieć, bo nic go wcześniej nie zapowiadało.

I ani wyjazd na narty, ani wybór trasy A zamiast trasy B, ani też wybór VBAC jako drogi porodu nie jest sam w sobie złą czy niebezpieczną decyzją. Każdy z tych wyborów w większości przypadków ma pozytywne skutki, a wypadki i historie z trudnym zakończeniem zdarzają się także w domu, na trasie B i w przypadku wyboru cięcia cesarskiego jako drogi porodu.


[1] Nagłe ustanie uprzednio efektywnej czynności skurczowej, to jeden z możliwych objawów pęknięcia macicy.

[2] Zmiana zaawansowania główki płodu w kanale rodnym to jeden z możliwych objawów pęknięcia macicy.

Wielka radość i niedowierzanie

W czerwcu 2018 roku urodziłam moje pierwsze dziecko. Poród zakończył się cesarskim cięciem z powodu braku postępu, rozwarcie około 4 cm i przedwczesne odejście wód płodowych. Nie byłam zadowolona z takiego rozwiązania, marzyłam o jak najbardziej naturalnym porodzie, najlepiej bez znieczulenia, oksytocyny, nacinania krocza itd. Kiedy lekarz poprosił o podpisanie zgody na cięcie popłakałam się. Niestety rzeczywistość niekiedy daleko odbiega od tego  co byśmy chciały. Przy porodzie towarzyszyła mi doula, wspaniała osoba i ogromne wsparcie dla mnie. Starałam się ze wszystkich sił aby poród przebiegał naturalnie, dużo chodziłam, skakałam na piłce, korzystałam z drabinek. Po północy przewieziono mnie na sale operacyjna i urodziła się moja córeczka, Karolina, ważyła 4350 gram i mierzyła 59 cm, śliczna i zdrowa, 10 pkt w skali Apgar, byłam szczęśliwa i nie myślałam już o tym, że nie udało się urodzić naturalnie. Po cesarce szybko doszłam do siebie, zewnętrzna blizna ładnie się zagoiła, wewnętrzna po kontroli u ginekologa zrosła się dobrze.

W lutym 2019 czyli około 8 miesięcy po cesarskim cięciu zaszłam w drugą ciąże. Bardzo się ucieszyłam, ale zaczęłam martwić czy to nie za szybko, czy blizna wytrzyma i czy czeka mnie kolejna cesarka skoro to taki mały odstęp czasu. Ciąża przebiegała bez komplikacji, a pod koniec okazało się że blizna jest gruba i nie ma przeciwskazań abym rodziła naturalnie. Kiedy nadszedł dzień porodu w listopadzie tego roku, zaczęło się podobnie. Najpierw odeszły wody, pomyślałam że znów za wcześnie. Kiedy dotarłam do szpitala w ogóle nie było rozwarcia, trochę się podłamałam. Przyszła bardzo miła pani doktor. Przeprowadziła ze mną rzeczową rozmowę. Poinformowała o możliwych zagrożeniach, ale zachęciła do tego aby spróbować rodzić naturalnie. Rozwarcie postępowało bardzo powoli, skurcze były słabe. Podano mi kroplówkę z oksytocyną i lek rozkurczowy.

Pomału ruszyło. Z 4 cm zrobiło się 8, a za chwilę usłyszałam, że jest już pełne rozwarcie. Skurcze były bardzo bolesne, czułam,  że główka jest już nisko. Odczułam potrzebę parcia, zaczęła się druga faza porodu. Bardzo się ucieszyłam, ale zarazem trochę bałam czy dam radę. Poparłam kilka razy i ku mojemu zaskoczeniu było już widać główkę. Kasia, doula spytała czy chcę dotknąć. Powiedziałam, że się boję 😉 Położna poprosiła żebym co drugi skurcz nie parła tylko szybko oddychała w celu ochrony krocza.

I tak po 1,5 h przyszedł nasz świat mój syn Andrzej ważący 4050 gram, 54 cm. Wielka radość i niedowierzanie, że się udało. Od razu dostałam go na brzuch i mogłam tulić 2 h, a potem przystawić pierwszy raz do piersi. Podczas rodzenia łożyska cały czas tuliłam synka do piersi i nie mogłam się nacieszyć i nadziwić, że już po wszystkim. Dzielę się swoja historią, bo sama czytałam Wasze będąc w drugiej ciąży bardzo mi pomogły i napawały nadzieją. Dziękuję za wsparcie.

Marta

Coraz bliżej Święta…

Autorka: mgr Katarzyna Osadnik, położna

Kochane Przyszłe Mamy! ❤❤❤
Przed nami goracy miesiąc🎆🎄🎁. W sercu swiateczna atmosfera, szał porzadków i zakupów. Darmowa opieka nad dziećmi w postaci dziadków na Święta. Nic tylko zjeść grzybowej🍲, skubnąć kapusty z grzybami🍄 i popić kompotem ze śliwek🍑. A o północy w Sylwestra wraz z radosnymi wystrzałami wydac z siebie okrzyk radości i powitać Nowy Rok i Nowe Maleństwo. 🥂🎆
Ach szczęśliwa wizja, czasem dla naiwnych.

Kochane, okres Świąt grudniowych to również worek świętego Mikołaja 🎅pełen „przedświątecznych cesarek„.

Czego można się spodziewać?⬇️
🌲„Musimy zrobić cięcie, ponieważ w szpitalu będzie okrojony skład.”
What??? Okroić to można karpia w galarecie. Szpital działa i funkcjonuje jak przez wszystkie wcześniejsze 50 tygodni roku. Skład w szpitalu ma być taki, żeby dyżury były bezpieczne tzn. są położne i lekarze, żeby w razie potrzeby zrobić ratunkowe cięcie cesarskie.

🌲„Jest to okres świąteczny w szpitalu.”
Nie, nie jest. Wiem, że wystrój oddziału i sal porodowych ma nam wszystkim poprawić humor,ale…. lekarze i położne w szpitalu pracują normalnie jak przez wcześniejsze 50 tyg.

🌲 „Zrobimy cięcie i na Święta bedzie Pani w domu z dzieciatkiem pod choinka.”
Nie poleca się klaść noworodzia pod choinką ze wzgledu na kłucie igieł, które może podrażniać skórke słodkiego różowego bobasa. Poza tym miejsce pod choinką jest zarezerowowane dla innego Dzieciątka, którego narodziny celebrujemy od 2000 lat, i niech tak zostanie.

Wiemy, że okres świąteczny jest ważny dla rodziny. Szczególnie Święta Bożego Narodzenia, ale niech okres Świąt nie będzie Waszym wskazaniem do cięcia cesarskiego ani indukcji porodu!!!

Tak więc apelujemy o rozsądek i … spacer po do parku, a niekoniecznie na izbę przyjęć.

Bo moc jest Kobietą – z perspektywy położnej(Katowice)

Poród to głębokie przeżycie nie tylko dla rodzącej Kobiety. Porodowe emocje to także część życia położnych, które towarzyszą przy narodzinach, wspierają i pomagają narodzić się nie tylko dziecku, ale także matce. Dziś zapraszam Was do lektury historii porodowej – wyjątkowej, bo pisanej właśnie przez położną.

Bo moc jest Kobietą – 👩taka przypinka jeździ ze mną w samochodzie (dziękuje za nią moim kochanym doulom – Gosi i Marii).
Dzisiaj będzie o drobnej, eterycznej Strong Woman – Kobiecie, która ma MOC💪.


Znamy się z poprzedniej ciąży i porodu, który zakończył się cc. To zakończenie było dla Strong Woman bardzo trudne, nie akceptowała go, tym bardziej, że jej marzeniem był poród w domu. Wiele później zrobiła aby przejść nad nim do codzienności.
Kiedy Strong Woman napisała mi, że oczekuje Maleństwa zastanawiałam się mocno jaki będzie finał. Ta ciąża nie należała do łatwych, miałam przyjemność ją współprowadzić, dałyśmy radę, moja dzielna Strong Woman przeszła przez wszystkie ciążowe przygody z uniesioną głową, mimo że czasem miała wrażenie, że to już kres jej możliwości. Dała radę – była MOC.


Tym razem jej pragnieniem był poród SN, wiele wysiłku włożyła żeby się do niego przygotować mentalnie i fizycznie. Kiedy pokazała mi plan porodu miałam wątpliwości czy sprostam oczekiwaniom, czy miejsce, które wybrała na finał jest właściwe.


Mały Podróżnik dawał znaki od kilku dni, że wybiera się w drogę, choć ciało Stron Woman nie było jeszcze gotowe. Aż pewnej nocy zaczęło się: przy przyjęciu do szpitala duże rozwarcie, ale główka jeszcze bardzo wysoko. Długie siedzenie na piłce, zmiany pozycji – nic Go nie mogło skłonić do wyjścia. Moja Strong Woman już bardzo zmęczona, otulana w piękne czerwone rebozo nadal walczyła.
Połączyłyśmy siły: ona parła ja uciskałam talerze biodrowe- pomogło- wreszcie zaczął zmierzać w naszym kierunku.
I tak kilka minut po 8.00 urodził się piękny chłopczyk o pięknym imieniu i wreszcie spojrzał w oczy Strong Woman.


To było bezcenne, za te własnie chwile kocham to co robię, za łzy szczęścia, zachwyty nad maleńkimi paluszkami, za krzyk życia. Dziękuję Strong Woman, jej Strong Men i Podróżnikowi za chwile pełne mocy i emocji. I jak w Gwiezdnych wojnach : niech moc będzie z Wami!

Położna Bożena, Katowice

Szczęśliwe zakończenie długiej drogi do wymarzonego VBAC (Warszawa)

Jestem 33-letnią mamą dwojga dzieci. Każde z nich miało inny start na tym świecie. Który z nich lepszy? Czas pokaże.

W mojej opinii, jako kobiety po dwóch różnych porodach, zdecydowanie lepiej dochodziłam do siebie po porodzie siłami natury. Cięcie cesarskie wspominam jako traumę i wymuszone tortury.

W 2013 roku przez CC w jednym z warszawskich szpitali przyszedł na świat mój syn. 3550g, 56cm, 10/10 w skali APGAR. Cięcie wykonano w 37 tygodniu ciąży. Dlaczego tak wcześnie? Przez błędne założenie lekarza, który mnie badał i kwalifikował do cięcia, nie słuchał tego co mówię, iż nie jest to 39 a 37 tc, gdyż znam na tyle swój organizm. Kwalifikacja do cięcia nastąpiła szybko, na pierwszej wizycie. Powodem, podanym oficjalnie, była zakrzepica ciążowa oraz położenie miednicowe. Byłam bardzo nieświadoma i zbyt wystraszona, żeby dyskutować z lekarzem czy kwestionować jego decyzję o cięciu w 37 tygodniu, dobrze rozwijającej się ciąży z prawidłowym przebiegiem. Zakrzepica nie jest jednoznacznym wskazaniem do CC – teraz już to wiem. Nikt nawet słowem nie wspominał o możliwości zewnętrznego obrotu. A jest on w 100% możliwy – teraz już to wiem. Na zimno więc w stresie wyjęto ze mnie syna. Nie wspomnę już o części personelu ze szpitala, która jawnie patrzyła na nie jak na wymuszacza CC, przy czym Pani doktor na obchodzie potrafiła się odezwać słowami: „a Pani tu z jakiego wskazania”, padła moja odpowiedź, że mam planową cesarkę, na co Pani doktor „cesarkę to może Pani mieć na targu! Tu się wykonuje cięcie cesarskie i czemu Pani tego nie wie…” koniec cytatu…

Z racji tego, że cięcie odbyło się późnym wieczorem, dziecko zostało na neonatologii na noc, a ja sama na sali poporodowej „przespałam” noc, jeśli można tak nazwać ból, strach i rozłąkę z dzieckiem. Franek był tylko przez godzinę kangurowany przez swojego tatę na neonatologii. Mi na moment przystawiono go do piersi, a potem zabrano na dobre, aby z samego rana podstawić wózek z dzieckiem i tak nas samych zostawić. Ból był ogromny, dostawałam morfinę, po tramalu niestety wystąpiły wymioty. Gdyby nie mąż nie wiem jak bym przetrwała te 4 dni w szpitalu. Ze stresu i bólu pokarm zanikał, mały spadł bardzo na wadze i był dokarmiany mieszanką. Mąż był z nami 12h plus płacił położnej dodatkowo, żeby w nocy, zajęła się synem, bo ja sama nie byłam w stanie wstać do WC. Wykąpał mnie mąż, na siedząco, pod prysznicem, prawie niosąc mnie tam na rękach. Spokój odzyskaliśmy dopiero w domu, z pomocą Babci – mojej mamy, dochodziliśmy do siebie dość długi czas.

Czułam się niepełna, skrzywdzona, prawie nie matka. Syn miał niedorozwinięty układ pokarmowy co objawiało się wczesną i silną kolką, ciągłym ulewaniem i płaczem. 24h na dobę. Koszmar tamtych dni jest ze mną po dziś dzień i zaburza radość i obecną opiekę nad noworodkiem w domu.

Obydwoje z mężem wiedzieliśmy, że chcemy mieć dwoje dzieci. Z drugim chcieliśmy poczekać aż Franek skończy dwa lata a ja nabiorę sił psychicznych. Po tym czasie zaczęliśmy starania. Ja, przeglądając Internet, trafiłam na grupę wsparcia Naturalnie po Cesarce. Zaczęłam czytać i nadzieja odżyła. Okazało się jednak, że są problemy z zajściem w ciąże. Do tego wykryto u mnie rozejście mięśni brzucha oraz przepuklinę. Przeszliśmy pod opiekę super Pani doktor z Kliniki Novum w Warszawie. Od początku, tym razem z większą świadomością wiedziałam, że jest tylko jedno miejsce, w którym chcę rodzić – Szpital Św. Zofii na Żelaznej w Warszawie.

Na początku 2018 roku test pokazał dwie upragnione kreski. Drugą ciążę przeszłam dużo gorzej niż pierwszą. Męczyły mnie krwawienia i mdłości z wymiotami aż do 2 trymestru. W tym czasie prowadzenie ciąży przeniosłam do przychodni przy szpitalu Św. Zofii do dr Puzyny. Pan doktor, wspaniały i ciepły człowiek, zawsze znalazł chwilę i miał cierpliwość na wszystkie moje pytania i wątpliwości. Zna i ceni grupę Naturalnie po Cesarce i co wizyta raczył mnie pozytywnymi historiami z porodówki. Okres ten wspominam wyjątkowo pozytywnie i dzięki niemu znalazłam w sobie tyle sił na pozytywne nastawienie do porodu. Pan doktor, sam z siebie, pod koniec ostatnich wizyt poprosił o zdjęcie i informację z porodówki. Oczywiście dostał je zaraz po porodzie.

Świadoma tego co chcę, już na początku ciąży, podpisałam umowę z jedną z położnych z listy szpitalnej. Edyta opiekowała się mną od końca 38tc aż po przenosiny na salę poporodową. To ona jest współautorem mojego sukcesu na sali porodowej.

Pod koniec 37tc zaczęły się u mnie małe skurcze i „stawianie” się brzucha z czym radziłam sobie magnezem zgodnie z zaleceniem lekarza. Blizna doskwierała lekko, ale nie była problemem. Przez cały okres ciąży, poza standardowym USG, nikt mi jej nie badał. Konkretna kontrola nastąpiła dopiero kilka chwil po porodzie. Edyta była cały czas pod telefonem, dostępna 24h na dobę. Od 38tc zaczęłam pić herbatę z liści malin oraz łykać olej z wiesiołka. Jagoda była głową w dół, dobrze się rozwijała a łożysko było prawidłowe. Skurcze przepowiadające zaczęły bardziej boleć. Jako pierworódka, mimo cc jako wcześniejszego porodu, nie byłam w stanie określić co takie bóle oznaczają. Warto wtedy pytać lekarza lub położną. Przez telefon Edyta była w stanie stwierdzić co się dzieje. Była gotowa zareagować w każdej chwili, gdyby objawy wskazywały coś poważnego.

Od 39tc skurcze przepowiadające zaczęły być dość mocne i atakować raptownie. Nie byłam w stanie dojść z przedszkola z synem do domu mimo, iż mamy niewielki kawałek drogi. Trafiłam wieczorem na Izbę Przyjęć, bo ból był spory. Po badaniu przez lekarza dyżurnego dostałam Papawerynę i podłączono zapis KTG. Szyjka zamknięta, skraca się, ale to jeszcze nie to. Edyta była cały czas pod telefonem informowana na bieżąco.

14 września 2018 roku zaczął się u mnie 40 tydzień ciąży. O 4 nad ranem obudził nie ból, inny niż dotychczas. Mocniejszy, regularny z kierunkiem ku dołowi plus poczułam coś mokrego. W łazience przekonałam się, że odszedł galaretowaty śluz zabarwiony krwią. Nie był to jeszcze czop, ale coś zaczęło się dziać. Pouczona przez Edytę wzięłam prysznic i wróciłam do łóżka. Ból nie dał mi za bardzo pospać. W ciągu dnia skurcze wracały, nieregularne, ale coraz mocniejsze. Przez cały ten okres, od 38 do 40 tc, prowadziłam dobowy zapis skurczy przez aplikacje w telefonie co też pozwoliło mi dostrzec ewentualną zmianę. Kąpiel i prysznic nie pomogły. O godzinie 19’tej podjęliśmy decyzję o zabraniu rzeczy i pojechaniu na IP. Z IP zadzwoniłam do Edyty, która czekała na wieści. Lekarz w czasie badania szyjki stwierdziła odejście czopa śluzowego, którego właściwie, po lekkim masażu szyjki, wyjęła ręką. Podjęto decyzję o zatrzymaniu mnie na patologii ciąży. Cały czas odchodziła wydzielina śluzowa z odrobiną krwi. Skurcze bolesne i nieregularne męczyły mnie całą noc. Na patologii podano mi Papawerynę na odrobinę snu. Na temat warunków w szpitalu, jedzenia, opieki, wyposażenia jak i tego w jaki sposób każdy przejmujący opiekę nade mną członek personelu posiadał wiedzę na temat mojego aktualnego statusu, nie będę za dużo pisać, z tej prostej przyczyny, iż wystarczy jedno zdanie: czułam się jak KRÓLOWA.

Nastał dzień 15 września. Od rana mocne, nieregularne skurcze dawały mi się już mocno we znaki. Prysznic nie pomagał. Zapis KTG był prowadzony dość często, dzięki czemu nie bałam się o małą. Pokazywał lekkie skurcze. Około godziny 11’tej Pan doktor Jan, niezwykle sympatyczny i pozytywny lekarz, podjął decyzję o indukcji porodu. Szyjka macicy nie chciała współpracować więc założył mi do niej cewnik Folleya, którego zadaniem było rozszerzenie i zmiękczenie szyjki. Po chwili przerwy, zgodnie z założeniem, skurcze wróciły mocniejsze. W tym czasie dojechał do mnie mąż, z którym spacerowałam pod rękę po korytarzu dając szanse grawitacji i naturze na działanie. Przez cały ten okres nie miałam ochoty na jedzenie, ale mimo wszystko, zgodnie z sugestia i zaleceniem Edyty, jadłam w miarę normalnie. Kiedy ból przyszedł mocniejszy podłączono mi ciągły zapis KTG. Pokazał mocne skurcze a z małą było wszystko w porządku. Na tym etapie ból oceniam w skali 6/10, ale to sprawa zupełnie indywidualna. Ciągły zapis KTG zaczął mi doskwierać, ale Panie pielęgniarki przyniosły mi gorące kulki w materiale do wiązania na kręgosłup co trochę pomogło. Czułam, że cewnik jest coraz luźniejszy a bóle się nasilały. Około godziny 17’tej, leżąc pod KTG, poczułam nagle coś dziwnego. Jakby wystrzał małego korka od szampana w środku brzucha. Po sekundzie podkład na łóżku zrobił się mokry. Zawołaliśmy pielęgniarkę, która bez wątpliwości stwierdziła odejście wód płodowych. Zabrano mnie do gabinetu, gdzie dr Jan z uśmiechem usunął cewnik, co skutkowało fontanna wód płodowych, potwierdził pęknięcie pęcherza płodowego. Było to świetną oznaką i dawało zielone światło na porodówkę. W tym czasie mąż zadzwonił do Edyty informując ją o sytuacji. Pielęgniarki dzwoniły na porodówkę informując o kolejnej rodzącej. Cały personel również wiedział o umowie z Edytą co skutkowało przygotowaniem tzw. „Morelowej Sali” porodowej.
Z radości mało do mnie wtedy docierało. Lekarz pozytywnie zaskoczony jak zadziałał u mnie cewnik żartował ze mną i mężem dzięki czemu przez kilka minut nie czułam, jak nasila się ból podczas skurczy. Po dokładnym badanu okazało się, że szyjka zgładzona. Przeniesiono nas na salę porodową jak tylko przyjechała Edyta.

Od około godziny 19’tej na Sali porodowej, po zbadaniu przez Edytę, mąż włączył naszą muzykę, zaczęły się mocne, regularne skurcze co 3 minuty. Wygodnie było mi siedzieć na fotelu w czasie, gdy miałam ciągły zapis KTG a Edyta podłączała Oksytocynę. Po kilku minutach naprawdę mocnych i bolących skurczy, podczas których po namowie przez Edytę puściła zupełnie głos i dawałam sobie „ujście” nie krzykiem a śpiewem na „Aaaaaa”, okazało się, że mam 5 cm rozwarcia. Prawdą jest, że tych skurczy nijak się nie pominie i różnią się zupełnie od przepowiadających. Zgodnie z planem porodu, nadszedł idealny czas na znieczulenie. Edyta poprosiła Anestezjologa, który podłączył ZZO. Wszystko odbyło się szybko, bezboleśnie, na zupełnym luzie. Znieczulenie przyniosło ulgę po tylu godzinach, skurcze czułam nadal, ale nie były już bolesne.

Około godziny 20’tej Edyta po zbadaniu mnie stwierdziła rozwarcie na 6 cm, zapis KTG ciągły pokazywał mocne, regularne skurcze.

Około godziny 21’ej podczas badania okazało się, że jest już 10 cm rozwarcia, skurcze na KTG ładne, córka ruszała się bardzo, co oczywiście było dobrą oznaką. Moje odczucia „w dole” brzucha nagle uległy zmianie. Czułam parcie, Edyta po szybkim badaniu ze śmiechem uspokoiła mnie, że to Jagoda sama wstawiła się w kanał rodny i możemy zaczynać przeć w momencie skurczu. W międzyczasie Edyta założyła mi na moment cewnik, żeby opróżnić pęcherz, gdyż sama nie byłam w stanie tego zrobić, zwłaszcza po ZZO.

Zaczął się więc najważniejszy etap porodu. Skurcze parte okazały się mocne, regularne i córka sukcesywnie pchała się na świat. Szukałyśmy w tym czasie z położną idealnej pozycji porodowej. Po kilku próbach, najlepsza okazała się pozycja „kucana”, ze wsparciem męża, do ulubionej muzyki, poród trwał do godziny 23:15.

Edyta mówiła mi, kiedy przeć, kontrolowała cały czas dziecko i mnie, nie pozwoliła popełnić błędu, kibicowała, ustawiała do pionu, pocieszała. Na ostatnie dwa skurcze parte poprosiła lekarza o obecność na sali, celem profilaktycznej kontroli blizny. Co tu oszukiwać – byłam padnięta, mąż trzymał mnie mocno, Edyta kibicowała, aż w końcu, resztką moich sił, córka znalazła się na świecie. Zawinięta w pieluchy tetrowe trafiła prosto na moją klatkę piersiową. Ulga, radość, adrenalina, wysiłek połączyły się w jedno uczucie – spokój.

Łożysko urodziło się chwilę po, Edyta je skontrolowała po czym założyła mi trzy drobne szwy, zbadała, zabezpieczyła i sprawdziła małą – 3750g, 58cm, 10/10 w skali APGAR. Dostawiłyśmy ją do piersi, kangurowanie było ciągłe, to jest to co różni ten poród od poprzedniego CC. Dziecko było ze mną, czułam ją a ona mnie. Następnie trafiła na kangurowanie do tatusia a Edyta pomogła mi się wykąpać i przebrać. Dostałam kolację, nie sądziłam, że będę taka głodna. Podczas oczekiwania na miejsce na sali poporodowej, jeszcze na Sali morelowej odwiedziła nas dr Jan

Łożysko urodziło się chwilę po, Edyta je skontrolowała po czym założyła mi trzy drobne szwy, zbadała, zabezpieczyła i sprawdziła małą – 3750g, 58cm, 10/10 w skali APGAR. Dostawiłyśmy ją do piersi, kangurowanie było ciągłe, to jest to co różni ten poród od poprzedniego CC. Dziecko było ze mną, czułam ją a ona mnie. Następnie trafiła na kangurowanie do tatusia a Edyta pomogła mi się wykąpać i przebrać. Dostałam kolację, nie sądziłam, że będę taka głodna. Podczas oczekiwania na miejsce na sali poporodowej, jeszcze na Sali morelowej odwiedził nas dr Jan. Przyszedł pogratulować i zobaczyć czy wszystko w porządku.

Około 2’ej w nocy przeniesiono nas na salę poporodową, gdzie po prostu poszłyśmy spać. To jest ta różnica w porodach – byłam w stanie SAMA przejść z porodówki na sale poporodową, SAMA zająć się dzieckiem, SAMA skorzystać z WC i wziąć prysznic. Nie czułam się skrzywdzona, torturowana czy ograbiona z uczuć. Byłam po prostu „szczęśliwie zmęczona”.

Patrząc z perspektywy, oczywiste jest, że gdybym miała wybierać kolejny raz, zdecydowała bym się na poród siłami natury. W 100% poleciła bym Szpital Św. Zofii na Żelaznej. Opieka medyczna i taka po prostu ludzka nie ma porównania do wielu innych placówek czy lekarzy z którymi miałam kontakt. Natomiast co do dzieci, mając już 11 miesięcy za sobą, mogę powiedzieć iż różnią się między sobą niebywale. Jagoda jest dzieckiem spokoju, sama zasypia, rozwija się bez zarzutu w pełni radosna w porównaniu do Franka, który od małego aż do teraz tak jakby stara się nadrobić stracony czas, od urodzenia przejawiał też nerwowe epizody, wymagał usypiania na rękach i ciągłego dotyku.

Nie dajmy sobie wmówić, że tak ma być, że ktoś decyduje za nas. Nie dajmy się zwieść strachowi niedouczonych lekarzy czy położnych. Dążmy do celu z rozsądkiem i pozytywnym nastawieniem, a jeśli nawet się nie uda to pretensji nie wolno mieć do nikogo a zwłaszcza do siebie. Sama próba porodu siłami natury jest wspaniałym startem dla dziecka i mamy. Liczę na to, że niedługo w Polsce normą będzie próba porodu SN po CC.

Trzymam kciuki za wszystkie przyszłe mamy, żeby znalazły siłę i wsparcie a uda się wszystko.

Obraz może zawierać: co najmniej jedna osoba, ludzie śpią, niemowlę, zbliżenie i w budynku

Dolnośląski VBAC 4 kg+

Podejście do VBAC bywa różne. Niektórzy potrzebują bardzo solidnego przygotowania w trakcie ciąży. Inne mamy nie czują takiej potrzeby i poprzestają na zapewnieniu sobie wsparcia zaufanej położnej. Dziś opowieść Justyny.

Jestem trzy dni po porodzie siłami natury drugiego dziecka. Udało się! Mimo bólu, strachu, w kryzysowych momentów.

Pierwszy synek przyszedł na świat w listopadzie 2016 roku przez cc z powodu spadającego tętna. Był mocno owinięty pępowiną, po otrzymaniu oksytocyny, przebiciu pęcherza płodowego on i tak nie schodził w dół, a tętno na skurczach mocno spadało. Zdecydowano o cc. Bardzo źle się po niej czułam, w szpitalu mąż musiał mi pomoc opiekować się synkiem.

W druga ciąże zaszłam we wrześniu 2018, termin 27.05.2019. Ciężko mi było z góry zdecydować się na cc, nie czułam takiej potrzeby, nie chciałam drugi raz przechodzić przez sale opercyjną, rekonwalescencję, ból brzucha itd. Nie wyobrażałam sobie opieki nad dwulatkiem i niemowlakiem po cc….W tyle głowy ciagle myślałam o porodzie SN. Czytałam czasem tego bloga…Ale do porodu SN w ogóle się nie przygotowywałam. Nie chodziłam już na szkole rodzenia,a mój lekarz prowadzący należy do tych, którzy na życzenie wypisują skierowanie na cc,ale ja takiego skierowania do końca nie chciałam. Mam ciocię położną i to z nią uzgodniłam, że chcę rodzić naturalnie. To było w szpitalu na Dolnym Śląsku. Przewidziany termin porodu na 27 maja minął, ja nadal czekałam. W środę 29.05 od 2 w nocy miałam skurcze co 10 minut. Rano zadzwoniłam do cioci, że to chyba już.

O 9 byłam na izbie przyjęć,ale skurcze jakby ustały,a ja w ogóle nie wyglądałam jak do porodu. Zbadano mnie i stwierdzono 3 cm rozwarcia. Lekarz robiący usg stwierdził,ze powinna być cesarka,bo za pierwszym razem miałam zagrożenie zamartwicy płodu. No i jeszcze prognoza 4 kg dzieciątka… zaczęłam wątpić i płakać,bo każde rozwiązanie będzie dla mnie bolesne. Ale poszłyśmy z ciocia robić zapis ktg, o 13 wraz z inna położna stwierdziły,ze przebija pęcherz płodowy, skurcze trwały nadal. Przy 7 cm miałam ogromny kryzyzs, prosiłam o cc, byłam bardzo zmęczona. Bardzo wsparł mnie mąż i ciocia. Niestety przy 7 cm skurcze teoche ucichły i zdecydowano o podaniu małej dawki oksytocyny- byłam przerażona, bardzo bałam się tego wzmocnionego bólu. Ale jakoś wyciszyłam się, przysypiałam między skurczami i nawet nie wiem kiedy doszłam do pełnego rozwarcia.

Parcie nie było przyjemnością, ale nie było też aż tak bolesne jak skurcze. Niestety musieli mnie naciąć, ale po kilku parciach udało się wydać na świat chłopca o wadze 4070 kg i długości 60 cm. Ja nadal nie wierzyłam, że go urodziłam!!!! Jestem z siebie dumna!

Udany VBA2C (Pyskowice)

Cięcie cesarskie bywa błogosławieństwem ratującym zdrowie i życie. Takich dwóch cięć doświadczyła Kasia rodząc swoje starsze córeczki. Jednak przebyte 2 cięcia cesarskie nie muszą oznaczać konieczności urodzenia kolejnego dziecka również opracyjnie. Kasia wiedziała o tym i była otoczona profesjonalistami, którzy ją wspierali w drodze do VBA2C. Oto jej historia:

Chciałam Wam opisać moją historię, która będzie troszkę długa.

Pierwszy poród, cc nagłe w 36 tygodniu z powodu zagrażającej zamartwicy płodu. Po 30 tygodniu zaczynają mi strasznie puchnąć nogi, moja ginekolog mówi „Kasia coś mi się tu nie podoba”. Od 32 tygodnia przyjeżdżam co kolka dni do szpitala na ktg i usg, po 35 tygodniu zostaje bo tętno Aguni szaleje i podejrzewają zagrożenie zakażeniem wewnątrzmacicznym. Lekarze szukają pępowiny, nie mogą znaleźć, podejrzewają, że gdzieś się schowała. W drugim dniu leże pod ktg prawie 12 h. Wieczorem każą mi iść spać i trochę odpocząć, ale widzę, że moja Pani doktor ma nie wesołą minę. Około północy budzi mnie położna i mówi, Kasia wstań, szykujemy Cię do cc. Okazało się, że tętno dziecka bardzo spada. Próbowali jeszcze czekać, szukano tętna w różnych pozycjach, ale ciągle spadało i tak około 1.30 przyszła na świat moja pierwsza córka z pępowiną o długości 22 cm. Prawdopodobnie drogami natury mogłaby się nie urodzić żywa.

Ciąża druga, do samego końca ze mną i z dzidziusiem wszystko w porządku. W połowie ciąży zaczynam szukać lekarza i szpitala, w którym mogłabym próbować rodzić siłami natury po cc. Trafiam na doktora Binkiewicza i Panią Wiesie w Pyskowicach. Termin porodu na 21 czerwca 2016. W dniu terminu, to jest środa, daję się przyjąć na oddział, bo w piątek Pan doktor z Panią Wiesią idą na urlop. Wszyscy mamy nadzieję, ze coś się może zacznie, niestety nic. Rozwarcie na opuszek, dziecko wysoko, szyjka w ogóle nie przygotowana do porodu. Ja nie pozwalam na indukcję porodu. I tak czekałam do 30 czerwca, aż coś samo się zacznie. No i zaczęło się – 41+7 o 5 rano zaczynają się skurcze przepowiadające, o 15.00 już regularne skurcze porodowe, które potem ustają na jakąś godzinę i potem znów się zaczynają, ale rozwarcie się nie robi, szyjka się nie skraca, dziecko wysoko. Położna, która była w zastępstwie za Panią Wiesię mówi, że powinnam odpocząć bo od 5 nie śpię i prawie nie jem. Daje mi coś na sen, około północy zasypiam na około 2 godziny, po czym budzą mnie bardzo mocne regularne skurcze. W okolicach 2.00 w nocy odchodzą mi wody. Proszę o badanie, po czym zostaje podłączona pod ktg i położona na łóżku. To było straszne. Ale okazuje się , ze dość szybko zaczyna robić się rozwarcie, położna mnie bada mówi 2 cm, po jakimś czasie 4 cm, potem znowu 6 cm. Strasznie krwawie, potem zaczyna spasać tętno Małgosi. Lekarz proponuje cc, mówi: Pani Kasiu nie wiemy skąd to krwawienie, poza tym tętno dziecka zaczyna spadać i pyta mnie i męża o decyzję. Nie chcemy ryzykować życia naszego dziecka , zgadzamy się. I tak o 5.05 przychodzi na świat Małgosia. Zdrowa i piękna. Zaraz po zakończeniu operacji dostaję dziecko do siebie, jesteśmy razem przez dwie godziny, cały czas pilnują nas mój mąż i położna. Mała od razu dostawia się do piersi i nie ma problemu ze ssaniem. Mimo cięć cesarskich karmiłam dzieci od razu z powodzeniem. Dziękuję za to Bogu, bo wiem, że różnie bywa. A może trafiałam na takie dobre położne.

W 2018 roku zachodzę w trzecią ciąże. Od razu chodzę do Pana doktora Binkiewicza i chce rodzić w Pyskowicach (po za tym okazuje się, że po 2 cięciach tylko tam tak naprawdę można bez problemu próbować). Pan doktor mówi, że to dobry znak, że w poprzedniej próbie doszłam do 6 cm. Przez całą ciążę mam czerwone światło. Tym razem mam zamiar mieć obok siebie Panią Wiesię, doule (Iwonkę Pinocy) oraz mojego kochanego męża. Rozmawiam też z Panią Wiesią o pozycji podczas badania ktg, okazuje się, że maja już telemetrię, czyli ktg pod którym można być w ruchu. Myślę sobie – to cudownie! Stosuję się do zaleceń Pani Wiesi i przygotowuję się do porodu, spotykam się też z doulą i też przyjmuję cenne rady na temat przygotowania do porodu. Stosuję się do wszystkiego i naprawdę wkładam dużo starań w to by przygotować moje ciało. W terminie porodu jak ostatnio nic się nie dzieje, ja zaczynam się podłamywać, przeplata się to z przekonaniem, że tak naprawdę to poród może się zacząć z dnia na dzień. Iwonka mnie wspiera, za każdym razem kiedy do niej dzwonię, mój mąż też. Po 40 tygodniu zgłaszam się na badanie do Pani Wiesi, no i jakiś jeden luźny palec, dziecko ładnie się układać, i schodzić do kanału na usg wszystko ok, wracam do domu. Zgłaszam się do szpitala po 41 tygodniu. Dwie ostatnie noce były nie do wytrzymania przez skurcze. Iwonka tylko powtarzała pełna nadziei, że moje ciało pięknie się przygotowuje. Przy badaniu lekarz mnie bada i okazuje się,że 2 palce, czuć główkę i czop ładnie odchodzi. Na ktg cały czas się piszą skurcze, ale takie co 10,12,15 minut i trwają do 30 sekund, więc czekam cierpliwie. Na drugi dzień po wyjściu z ktg około 18 idę do męża, który właśnie do mnie przyjechał i czuję 3 dłuższe skurcze takie co 5 minut. Mówię do męża zacznij liczyć i tak mamy 10 skurcz, 15 – idę pod prysznic, nie mijają, dzwonię po Iwonkę i Panią Wiesię. Pani Wiesia mówi, żeby wejść pod prysznic ale tak na pół godziny. Tak robię, wychodzę a skurcze są jeszcze mocniejsze. Idę do położnej na badanie – 4 cm i główka ładnie przyparta. Podłączają nie pod ktg i chcą położyć na łóżko, na szczęście zaraz jest Pani Wiesia, jest też Iwonka. Dostaje ktg przy którym mogę się ruszać. Znowu mnie badają okazuje się ze luźne 7 cm. Po 23 mam już 8 i zaraz 9 i 10. Od 9 cm leżę już pod ścisłą kontrolą Pani Wiesi, słucham jej rad i bardzo szybko przechodzimy na łóżko porodowe. I tutaj zaczyna się mój kryzys. Mówię: matko ja Wam tu nic nie poprę, ja nie dam rady tego zrobić, Pani Wiesiu ja zaraz poproszę o cięcie! Pani Wiesia tylko się uśmiechnęła i powiedziała tak wiem Kasia, jestem do tego przyzwyczajona. I tylko słyszałam poprzyj, poprzyj. Oddychaj, nie przyj. I tak kilka razy. Iwonka mi tylko powtarzała Kasia pięknie rodzisz, zaraz zobaczysz małą, zaraz będziesz ją miała na swojej piersi, mój mąż patrzył z miłością i trzymał za rękę delikatnie się uśmiechając. I tak o godz. 1.30 przyszła na świat nasza 3 córeczka Hania – 3680, 54 cm.

Hania

Chciałam zakończyć tym, że bardzo dobrze wspominam mój poród. Jestem wdzięczna za wsparcie mojego męża. Pani Wiesi i Iwonki. To wspaniałe, że mogłam doświadczyć takiego wsparcia psychicznego i usłyszeć dużo pozytywnych komunikatów podczas tak ważnego wydarzenia jakim jest wydanie na świat nowego życia.

Historia VBAC z Nowej Zelandii

Opowieść o cierpliwym oczekiwaniu, potrzebnej indukcji, o godnym naśladowania wsparciu położnych i o tym, że doświadczenie cięcia cesarskiego, nawet niechcianego, może nas rozwinąć i ubogacić nasze przeżywanie kolejnych porodów. Oto historia Anny, która urodziła VBAC w Nowej Zelandii:

1024px-Flag_of_New_Zealand.svg

Chciałabym opowiedzieć o moim porodzie naturalnym. Mimo że upłynęło już ponad 7 miesięcy, nadal uwielbiam go wspominać. Rodziłam w Nowej Zelandii. Nie usłyszałam od nikogo ani jednego złego słowa na temat VBAC, wręcz przeciwnie, wydawało mi się, że personel szpitala był jeszcze bardziej przyjaźniejszy, gdy dowiadywał się, że próbuję VBAC.

Zaszłam w ciążę 11 miesięcy po moim pierwszym porodzie, który zakończył się cesarskim cięciem. W Nowej Zelandii ciążę bez komplikacji prowadzi położna, którą kobieta sobie sama wybiera. Znalazłam więc położną, której wartości i filozofia podejścia do porodu mi odpowiadały i mogłam być pewna, że nie będzie dążyć do żadnych interwencji medycznych, o ile nie jest to konieczne. Termin miałam na 4 marca 2018.

12 marca – tydzień po terminie – miałam umówioną wizytę w szpitalu. Podczas wizyty rozmawiałam z panią doktor o tym, jakich procedur mogę się spodziewać przy wywoływaniu porodu biorąc pod uwagę, że będę próbowała VBAC, umówiłam się na termin (wybrałam ostatni z możliwych, aby dać sobie jak najdłuższy czas na rozpoczęcie akcji porodowej samoistnie), studentka asystująca pani doktor sprawdziła tętno dziecka i to było wszystko.

W ciągu 42 tygodnia ciąży moja położna zrobiła mi dwa masaże szyjki macicy, jednakże nie wpłynęło to na rozpoczęcie akcji porodowej.

18 marca – dokładnie ostatni dzień 42 tygodnia – zgłosiłam się do szpitala na wywołanie porodu. Po przyjściu zostałam podłączona pod KTG (KTG miałam robione przez cały czas pobytu w szpitalu, co około 6 godzin). Około godziny 13 założono mi cewnik Foyleya. Po dwóch godzinach zaczęłam odczuwać skurcze, które w krótkim czasie stały się prawie regularne, co 7 minut i coraz bardziej bolesne. Niestety około godziny 18 całkowicie ustały.

19 marca – około 3 nad ranem wypadł mi cewnik. Nie czułam skurczy (choć KTG pokazywało, że jakieś skurcze mam) i nic ze mną nie robiono z powodu braku personelu. Dopiero o godzinie 18 przebito mi pęcherz płodowy. Miałam lekko zielonkawe wody i pani doktor stwierdziła, żeby lepiej nie czekać czy akcja porodowa się rozpocznie, lecz od razu podłączyć oksytoksynę. Zostałam podłączona pod kroplówkę z oksytoksyną o 19.15. Od tej pory miałam też już cały czas KTG. Poprosiłam o bezprzewodowe, bo chciałam mieć swobodę ruchów, zapomniałam jednak, że będę przecież uwiązana do kroplówki. Z początku przeszkadzało mi to, jednakże bardzo szybko zaczęłam wsłuchiwać się w moje ciało i zapomniałam o wszelkich niedogodnościach.

Na początku siedziałam na brzegu łóżka i rozmawiałam ze szpitalną położną (zgodnie ze szpitalną procedurą, przy podawaniu oksytoksyny musi ktoś przy mnie cały czas być). Przy pierwszych boleśniejszych skurczach zeskakiwałam z łóżka i kołysałam biodrami. Powoli bóle stawały się coraz potężniejsze. O godzinie 22 były już bardzo silne i bolesne, siedzenie było już nie do wytrzymania, więc stałam cały czas, a na skurczach zniżałam się tak, jak bym miała usiąść w powietrzu, opierając się o męża. O godzinie 22.30 miałam badanie, rozwarcie dopiero było 3-4 cm, ale główka dziecka była już bardzo nisko. O godzinie 23.30 przyjechała moja położna, która prowadziła moją ciążę. Ledwo zwróciłam na nią uwagę, takie miałam już bóle, ale sama jej obecność (a także studentki, która odbywała u niej praktykę), bardzo mi pomogła. Położna i studentka były cudowne. Nie mówiły mi co mam robić, oprócz sugerowania pójścia do toalety i sugerowania wody do picia, po prostu mi towarzyszyły. Bezprzewodowe KTG nie działało najlepiej i na skurczach się zsuwało. Podczas gdy ja się ruszałam, kucałam, a czasami nawet klękałam na podłodze, one klękały a nawet kładły się na ziemi, po to, aby przytrzymać KTG na moim brzuchu.

Trwałam w tym moim bólu, krzycząc na skurczach ile sił w płucach, ale ani razu nie pomyślałam o czymś takim jak środki przeciwbólowe. Położna raz zaproponowała mi gaz, ale wzięłam jeden wdech i odrzuciłam go, nie wiem nawet dlaczego, ale widocznie mój organizm tak chciał. Miałam ze sobą spakowane w walizce aparaty TENS, które można przyczepić do pleców i swoimi drganiami podobno rozpraszają ból, ale zapomniałam o nich kompletnie i nie użyłam ich w ogóle. Byłam w swoim własnym świecie. Około godziny 2 w nocy przyszły trzy bardzo, ale to bardzo, bolesne skurcze, takie, że myślałam, że mi brzuch rozsadzą, czułam je nie tylko tak jak do tej pory u dołu brzucha, ale i u góry pod żebrami. Na trzecim skurczu zeszłam na klęk, czułam, że muszę być blisko podłogi, że muszę dotknąć pośladkami podłogę i… wstąpiła we mnie nadzieja. Pamiętałam z warsztatów aktywnego rodzenia, że niektóre kobiety mają taką potrzebę bycia blisko ziemi, taki pierwotny instynkt pojawiający się tuż przed wypchnięciem dziecka na zewnątrz… Moja położna pewnie też zobaczyła, że czuję te skurcze inaczej i zaproponowała, że mnie zbada. Powiedziała mi także, że przyjdzie do sali lekarz i zaproponuje, aby przyczepić do główki dziecka urządzenie mierzące rytm serca. To dlatego, że KTG ciągle obsuwało się na skurczach i nie było ciągłości pomiaru. Miałam się zastanowić czy chcę, aby to było przyczepione, ona jest spokojna o dziecko i jeżeli nie chcę, to mogę odmówić. Było to zgodne z naszą umową, że o wszelkich możliwych interwencjach będzie mnie informować wcześniej (o ile to możliwe), abym miała chwilę do namysłu i przygotowania się do tego, co ma nastąpić.

Wdrapałam się na łóżko, położna mnie zbadała, że jest już hip hurra 10 cm rozwarcia, a główka dziecka jest bardzo nisko, właściwie już ją widać. W tym samym czasie przyszedł lekarz, powiedział mi o tym urządzeniu do przyczepienia do główki dziecka, zapewnił także, że nie wiąże się z tym żadne ryzyko, więc się zgodziłam. Położna powiedziała mi, że jeżeli czuję potrzebę parcia na skurczach to mogę już przeć. Zaczęłam robić coś, co myślałam, że jest parciem, wtedy doktor powiedział, abym ten krzyk na skurczu skierowała do środka, bo tracę tak energię. Założył to coś na główkę dziecka, przekręciłam się z pleców do klęku i odwróciłam tyłem i chwyciłam za oparcie łóżka i na skurczach nadal robiłam coś, co mi się wydawało parciem. Miałam prawie cały czas zamknięte oczy, bardzo bolało, doktor zbliżył się do mojej głowy i powiedział powoli i wyraźnie, tak jak się mówi do małego dziecka, że urządzenie jest założone, teraz moja położna nauczy mnie jak oddychać, aby efektywnie przeć i że wszystko jest na dobrej drodze.

Powoli przestawałam czuć bóle (później dowiedziałam się, że zmniejszono mi oksytoksynę). Jednak położna i studentka mówiły mi, że dziecko już prawie wychodzi i żebym parła jeszcze raz, że bardzo ładnie mi idzie, mój mąż obejmował mnie, twarzą prawie, że przytulał się do mojej twarzy i też mi mówił wciąż, że bardzo ładnie, że daję radę. Bardzo mnie to budowało, aczkolwiek dziwne było, że dziecko jest niby tuż tuż, bardzo ładnie, ale jeszcze muszę przeć. Studentka powiedziała mi, że mogę ręką dotknąć główkę dziecka, delikatnie wyciągnęłam rękę dotknęłam coś i studentka powiedziała, że to główka to włosy. Och, teraz to się przestraszyłam. Pomyślałam, że dziecko zaraz utknie i się udusi, nie pamiętałam o tym, że przecież można rozciąć krocze, użyć narzędzi itd, myślałam tylko o tym, że jak nie wyprę dziecka to umrze na wpół na zewnątrz na wpół w środku. Ta dziwna myśl dodała mi niesamowitej motywacji, bo, mimo że już bóli nie czułam, skurczy nie czułam, szukałam w sobie właściwy moment i w tym momencie parłam. I jeszcze raz i jeszcze raz. To była jakbym zagadka taka „na myślenie”, musiałam się skoncentrować i przeć wtedy, kiedy wydawało mi się, że teraz jest dobrze i teraz trzeba przeć. I miałam zakodowane w głowie, że to jest ostatnia i najważniejsza rzecz, którą muszę teraz zrobić, muszę tą ostatnią rzecz zrobić… wyprzeć dziecko, wyprzeć dziecko…Położna powiedziała, że na koniec poczuję pieczenie i to znaczy, że już dziecko się przedostaje. W końcu pieczenie przyszło, aż się wstrzymałam, odczekałam chwilę i poczułam, że coś się mi w brzuchu przewraca i… zrobiłam jeszcze jedno parcie i dziecko wyskoczyło!!! Wydawało mi się, że moje parcie trwało pięć minut, a tymczasem okazało się, że faza parcia trwała całą godzinę.

Od razu dostałam córeczkę do rąk. Klęczałam cały czas twarzą w stronę podniesionej połowy łózka i trzymałam małą istotkę całą w mazi i śmiałam się razem z mężem. Po długiej chwili odważyłam się ją pocałować, bardzo delikatnie, w czółko i poczułam się niesamowicie szczęśliwa.

Położna „majstrowała” przy mnie jeszcze z godzinę: dostałam zastrzyk na urodzenie łożyska, potem położna pokazywała studentce, że mam jedno malutkie rozdarcie i zastanawiały się czy opłaca się to zszywać czy nie. A ja leżąc już na plecach cały czas trzymałam moją malutką istotkę w ramionach. Gdy już wszystko zostało przy mnie zrobione, studentka wzięła ode mnie małą, aby ją zważyć, zmierzyć i wytrzeć, a ja mogłam pójść pod prysznic. Jeszcze gdy byłam pod prysznicem, mąż dostał już ubraną w pampersa małą do kangurowania. Potem ubraliśmy małą, mąż przyniósł fotelik samochodowy i byliśmy gotowi do przejazdu do szpitala, w którym mogłam zostać przez dwa dni po porodzie (to tutaj normalna procedura, że jeżeli poród przebiega bez komplikacji, to nie zostaje się w szpitalu głównym tylko jedzie się samemu do szpitala będącego odpowiednikiem izby porodowej).

Jeszcze przez kilka tygodni po porodzie byłam w euforii (zresztą nawet teraz, osiem miesięcy później jestem wciąż podekscytowana, gdy piszę te słowa). Codziennie, najczęściej podczas karmienia małej, myślami wracałam do porodu, miałam wielką ochotę ciągle o tym rozmawiać. Zrozumiałam także, że poprzednia cesarka sprawiła, że tym razem byłam o wiele lepiej przygotowana mentalnie. Wprawdzie nadal nie wiedziałam jak tak naprawdę poród wygląda, jak wyglądają naprawdę bolesne skurcze i co dzieje się potem, jednak teraz wiedziałam, czego chcę. Bardzo chciałam przeżyć cały normalny proces rodzenia swojego dziecka. Dla większości kobiet, które znam, poród to ból a nawet koszmar, przez który trzeba po prostu przejść. Natomiast dla mnie poród, naturalny poród, przez to, że taki wymarzony i wyczekany, stał się pięknym przeżyciem. Cieszę się, że mogłam tego uczucia zaznać w swoim życiu.