Archives

Historia wielkiej walki i ludzkiego CC (Holandia)

Ta historia nie jest historia VBAC, opowiada jednak historie wielkiej walki. Jak pisze jej autorka i główna bohaterka Ela, „walczylismy wszyscy: ja, moja córka, jej ojciec, nasze położne, szpitalny personel. Walczyliśmy o porod naturalny, potem o życie, a ostatecznie o jak najbardziej „naturalne” cięcie cesarskie. Da sie.” Kochane polskie czytelniczki, chciałabym, żebyście zwróciły uwagę jak wiele czynności można podjąć w razie komplikacji w porodzie ZANIM podejmie się decyzję o cięciu cesarskim. W razie przedłużającego się porodu lub niesatysfakcjonującego zapisu KTG – bezpośrednie monitorowanie czynności serca płodu – pelota na główce płodu (tak, trzeba mieć odpowiedni sprzęt do tego! Ale właśnie takich możliwości powinnyśmy się jako  Kobiety domagać, o to wołać i apelować!) i pobranie krwi z główki płodu celem wykonania badania gazometrycznego, które w przeciwieństwie do KTG daje pewną odpowiedź na to na ile dotlenione jest dzieciątko i czy jest potrzeba natychmiastowego ukończenia porodu czy też nie. Warto też zwrócić uwagę na postępowanie PO cc. Miłej lektury!

Od 4 miałam nieregularne skurcze, słabe ale częste, co 3-7 minut. Od początku trwały ok 1 minuty lub dłużej.
O 8 poinformowałam położne, że coś jest na rzeczy. O 12 wizyta i faktycznie, 3 centymetry! Jaka radość! Kolejna wizyta o 16 i 4 centymetry. Skurcze trochę się nasiliły, ale świetnie sobie radziliśmy. O 18 zmiana położnych, nadal 4 cm. Kolejne badanie po godzinie i werdykt: brak postępu. Położna namawia mnie na przebicie pęcherza, bo jak nie to transfer. No i się zgadzam. Od 19 skurcze nabierają tempa, pojawiają się bóle krzyżowe. Jakbym dostawała kijem basebolowym, bez przerwy. Od 20 skurcze właściwe nie ustawaly, myślę sobie, teraz rodzę na poważnie! D w końcu miał zajęcie – wisiałam na nim na zmianę ze skakaniem na piłce. Coraz trudniej było mi znieść ból, ale wiedziałam, że w takim tempie to już na pewno nie potrwa długo! Po 21 badanie 4 i pół centymetra. To mnie zniszczyło, nie wyobrażałam sobie tego bólu tak długo… straciłam wiarę, poddałam się zupełnie, proszę o epidural. Jedziemy do szpitala, a ja rycze, krzyczę, żal mi samej siebie. Gdzieś w krótkich chwilach świadomości było mi tak strasznie wstyd.
Dojechaliśmy do szpitala, okazuje się ze czeka mnie 30 minut KTG. Błagam o pomoc, już nie chcę, nie mogę. Ale jednak daje radę i przez chwilę nawet wygląda na to, że wychodzimy na prostą. 30 minut trwa już godzinę, coraz więcej ludzi się w okół mnie kręci, pytam czy to już, czy epidural…? Nie. KTG wypadło średnio, musimy założyć elektrode bezpośrednio na główce. Nie wiem, ile to trwało. Patrzę na ekran, skurcz na szczycie, a tętno 50. I spada. Pobierają krew ze skalpu do gazometrii – niedotlenienie. I już jedziemy na salę operacyjną, dali mi coś na zatrzymanie skurczy, ale nie działa, Boże, igła w kręgosłupie i skurcz! Za chwilę nie czuje nic, trzęse się jak galareta, proszę żeby ściągnęli zasłonę, chcę widzieć jak ja wyciągają z brzucha. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to ona. Pierwsze co widzę to węzeł prawdziwy na pępowine. Patrzę i nie wierzę. A za chwilę jest już z nami, wrzeszczy, Boże jak bardzo Ci dziękuję.
 
plac010
Bardzo się cieszę że cc tu (Holandia), a nie w Polsce. Po wydobyciu musiał ją obejrzeć pediatra ale później cały czas już była z nami. Byłam ma nogach po 4 godzinach, żadnej głodówki, od razu pozwolili mi się umyć, spacerować. Nikt się nie roztkliwia nad kikutem, każda prośba uszanowana, każde zdanie wysluchane do końca. Poza tym D śpi z nami w sali, za darmo, nikt mi nie mówi o diecie matki karmiącej ani nie zagląda co chwilę w krocze. Położne bardzo skrupulatnie kontrolują każde przestawianie, żebym nie zniszczyła skutków. Ani słowa o dokarmianiu, zachęcają, żeby mała spala na mnie albo na tacie. Szpital marzeń.

VBA3C w szpitalu Św. Zofii w Warszawie!

Stało się! W końcu i w naszym kraju nastąpił przełom w kwestii porodu drogami natury po 3 cięciach cesarskich.

26 lipca 2017 r. w szpitalu św. Zofii w Warszawie drogami natury na świat przyszedł chłopczyk ważacy  ponad 4300g, którego mama wcześniej trzykrotnie odbyła poród przez cięcie cesarskie. Ogromne BRAWA dla Wspaniałej i Zdeterminowanej Mamy, pani Doroty!

Historii porodów po 3 cięciach cesarskich publikowałam już kilka. Były to jednak historie, które wydarzyły się poza granicami naszego kraju. Dziś jestem dumna i szczęśliwa, że i w polskich szpitalach dziać się zaczyna.

Dyrektor Szpitala św. Zofii w Warszawie, dr Wojciech Puzyna, już wcześniej wspierał próby porodu naturalnego po 3 cięciach cesarskich. Oto historia jednego z takich porodów: http://naturalniepocesarce.pl/?p=1006

Do tej pory jednak brakowało jednak przysłowiowej wisienki na torcie – czyli zakończenia takiego porodu drogami natury. Dwa dni temu, praca  i wsparcie jakie daje kobietom pragnącym urodzić po więcej niż 1 cc dr Puzyna i  zespół sali porodowej w „Zośce” zostały w pełni nagrodzone.

Słowa uznania pragnę też w tym miejscu skierować do  tych mam, które dotychczas podejmowały trud próby porodu po 2  i 3 cc. Bez względu na to jak Wasz poród się zakończył, Wasza postawa i determinacja buduje lepszą porodową rzeczywistość i szersze możliwości  dla wszystkich Kobiet, a zespół lekarzy i położnych ubogaca doświadczeniami tak potrzebnymi do podejmowania kolejnych wyzwań.

Tu więcej informacji na temat VBA3C  w św. Zofii:

http://radiokolor.pl/wiadomosci/n/853/udany-porod-naturalny-po-3-cieciach-cesarskich-to-prawdopodobnie-pierwszy-taki-w-polsce

Na facebooku szpitala można zaś zobaczyć zdjęcie dumnego taty z nowonarodzonym VBA3C chłopczykiem: https://web.facebook.com/szpitalzelazna/photos/rpp.294895603923206/1515991178480303/?type=3&theater

Ginekolog-położnik z ponad 30letnim doświadczeniem w rozmowie o VBAC

Przy współpracy z Dorotą z Moja Planeta TV, udało się nagrać wywiad z jednym ze wspierających porody naturalne po cięciu cesarskim ginekologów-położników dr n. med. Bogdanem Ostrowskim. W rozmowie poruszone zostały m.in. kwestie:

  • korzyści z VBAC oraz korzyści z cięcia cesarskiego wykonywanego po rozpoczęciu akcji porodowej,
  • ryzyka związanego z VBAC oraz ryzyka związanego z powtórnymi cięciami cesarskimi,
  • roli lekarza prowadzącego w przygotowaniu kobiety do VBAC,
  • braku cierpliwości we współczesnym położnictwie.

Warto obejrzeć i podzielić się ze znajomymi!

Zachęcam też do zapoznania się również z innymi wywiadami na kanale Moja Planeta TV oraz do polubienia funpagu Mojej Planety TV na facebooku https://web.facebook.com/mojaplanetatv/?fref=ts . Wspierajmy wartościowe przedsięwzięcia!

Vbac wywoływany ze względu na cukrzyce ciążowa (Warszawa)

Wbrew krążącym tu i ówdzie mitom, cukrzyca ciążowa NIE jest przeciwwskazaniem do porodu drogami natury po cięciu cesarskim (rekomendacje PTG 2008). Historia Ani jest tego pięknym potwierdzeniem:

3,5 toku temu urodziłam córkę, poród był wywoływany ze względu na moje wysokie ciśnienie. Rodziłam w szpitalu Bielańskim. Dostałam 3 kroplówki z oksytocyna, po 8 godzinach porodu i rozwarciu 10 cm, córce zaczęło spadać tętno i groziła jej zamartwica. Szybka decyzja lekarzy i pojechałam na stół operacyjny. Cięcie cesarskie przeszłam gładko, nie miałam problemów z bólem głowy, raną, chodzeniem. Jednak była to operacja, i nie czułam się na siłach, brzuch bolał, szwy ciągnęły, był strach przed kichaniem i kaszlem. Jakoś specjalnie nie miałam wyrzutów do siebie, że nie udało mi się urodzić naturalnie. Cieszyłam się, że akcja skurczowa była i doszłam do pełnego rozwarcia, i że córka urodziła się zdrowa.

Niecałe 3 lata później zaszłam w kolejna ciąże. Na początku od razu myślałam, że będę mieć kolejną cesarkę, bo przecież raz cesarka, zawsze cesarka. I myślałam, że to nawet dobrze, bo będzie ustalona konkretna data, nie będzie problemu z organizacja opieki dla córki na ten czas.

Po jakimś czasie przypomniało mi się, że kiedyś trafiłam na grupę na Facebooku „naturalnie po cesarce”. Od razu poprosiłam o dołączenie i zaczęłam czytać o udanych i nie udanych vbac-ach. Postanowiłam, że i ja spróbuje. Miałam kilka wątpliwości – obawiałam się, że moja waga bedzie przeciwskazaniem do vbac (ponad 100 kg), że znowu będę mieć problemy z nadciśnieniem. Porozmawiałam z moim ginekologiem na ten temat i on nie widział u mnie żadnych przeciwwskazań do próby porodu siłami natury. Więc postanowione. Powiedziałam rodzinie o moich planach – jedynie mąż mnie wspierał. Pamiętał jak cieżko się ruszałam po operacji.  Mama twierdziła, że głupio robię, że skazuje się na taki ból, tata z kolei straszył powikłaniami u dziecka po porodzie. Nie dałam się zastraszyć i namówić na kolejna cesarkę.

birth_plan_icon_vbac_by_olayar-d8kh4ho

Ciąża do czasu przebiegała prawidłowo. Niestety w 3 trymestrze okazało się, że mam cukrzyce ciążowa. Udało mi się kontrolować cukry samą dietą, jednak mój ginekolog powiedział, że przy cukrzycy muszę urodzić do terminu porodu i nie mogę czekać dodatkowych dwóch tygodni na samoistne rozpoczęcie porodu, ze względu na starzejące się łożysko. Miałam nadzieję, że akcja zacznie się sama przed terminem, próbowałam naturalnych metod wywołania porodu, ale niestety nie udało się. Musiałam stawić się w szpitalu.

Lekarze zdecydowali, że indukcję zaczniemy od oksytocyny, ale małej ilości. Prosiłam o przebicie wód porodowych, ale lekarz powiedział, że wody przebijemy następnego dnia, jeżeli oksytocyna nie zadziała. Przez 5 godzin miałam bardzo delikatne skurcze, zeszło pół kroplówki oksytocyny i już się załamywałam, że nic się nie dzieje i udało mi się uprosić innego lekarza, aby przebiła wody. Wtedy akcja ruszyła, zaczęły się skurcze co 2-3 minuty. Wtedy zdecydowano o odłączeniu oksytocyny i akcja zwolniła, skurcze miałam co 5 lub więcej minut. W tym momencie przyszła moja położna, która wiedziała, że bardzo zależy mi na porodzie naturalnym. Zdecydowała o podłączeniu oksytocyny ponownie i akcja znowu przyspieszyła. Nie zgodziłam się na ciągły zapis ktg, więc mogłam chodzić, skorzystać z prysznica. Położna podpowiadała mi co robić, aby skurcze były efektywniejsze. Zaczęło się robić nieznośnie, prosiłam o znieczulenie, niestety dużo cesarek akurat było w szpitalu i anastezjolog ciagle był zajęty. Z szyjką było ciężko, zaczynałam z 1 cm szyjką, miękką z rozwarciem na dwa palce. Później skróciła się do 0,5 cm i tak już została praktycznie do końca. Miałam wrażenie ze nic się z szyjka nie dzieje, bo po kilku godzinach skurczy rozwarcie zawsze było tylko o 1 cm większe.
Przy rozwarciu 6-7 cm miałam kryzys. Skurcze były bardzo bolesne, po każdym skurczu telepało mną, nie miałam nad tym kontroli, miedzy skurczami trochę przysypiałam. Ale gdy przychodził skurcz miałam wrażenie, że główka syna napiera na bliznę i czułam jakby moje dziecko chciało wyjść przez brzuch. Ból był straszny, myślałam, że rozchodzi mi się blizna po pierwszej cesarce.

Położna zawołała lekarza i jednocześnie, w razie czego, szykowała mnie na cesarkę. Przyszło dwoje lekarzy, dyżurujący i ordynator oddziału. Zbadali mnie i zaczęli uspokajać, że z blizna jest wszystko w porządku, bo gdyby się rozchodziła, to nie miałabym skurczy i to co czuje to po prostu ból porodowy. Powiedzieli, że mam już 7 cm rozwarcia i od razu mi się skojarzyło – miałam kryzys siódmego centymetra. Powiedziałam, że skoro już jest 7 to rodzimy dalej. Jestem bardzo wdzięczna tym lekarzom, że potrafili mnie uspokoić w tym kryzysie i bólu, i że dodali trochę odwagi, i przede wszystkim, że nie wzięli mnie na cesarkę pomimo tego, że byłam już przebrana i przygotowana na blok operacyjny.

Niedługo później miałam już skurcze parte, a właściwie krzyżowe i parte jednocześnie. Trwały półtorej godziny, może nawet dwie, straciłam wtedy już poczucie czasu. Najwygodniej było mi na podłodze na klęczkach i nie chciałam zmienić pozycji. W końcu położnej udało się namówić mnie na zmianę pozycji. Chciała, abym położyła się na łóżko, ale łóżko było dla mnie tak niewygodne, że się nie zgodziłam. Namówiła mnie na worek sako, położyłam się na plecach, miałam zrobić z siebie kulkę, nogi do siebie głowa do piersi. W takiej pozycji 4-5 skurczów partych i w końcu wyszła główka. Myślałam, że mnie rozerwie od środka, byłam pewna, że pęknę, ale mam tylko jeden szew, bo główka synka mnie lekko obtarła. Jeszcze jedno parcie, aby wyszły barki i koniec! Dostałam synka na brzuch i od razu zapomniałam o bólu. Popłakałam się i cały czas mówiłam że udało mi się urodzić, i że mam syna. W sali wszyscy zaczęli się przytulać i gratulować (położna z lekarzami). Położna też mnie wyściskała i wycałowała, powiedziała, że świetnie sobie poradziłam.
Urodziłam o 23:15, 3350 gram i 54 cm, obwód główki 33 cm. Oksytocynę podali mi o 10.30, a wody przebili ok. 15:00. W książeczce synka mam napisane, że pierwsza faza porodu trwała 7 godzin, druga 15 minut i odejście wód nastąpiło 8 godzin i 25 minut przed narodzinami synka.

Po porodzie czułam się świetnie! 2 godziny bo kontakcie skóra do skóry poszłam pod prysznic. Pierwsze siku trochę piekło – to był jedyny dyskomfort jaki czułam po porodzie. Każdy lekarz podczas obchodu pytał się jak lepiej rodzić. „Oczywiście, że naturalnie!”  odpowiadałam.

Pomimo okropnego bólu, nie zamieniłabym porodu naturalnego na cesarkę. Kobieta naprawdę jest w stanie wytrzymać wiele i w sekundę zapomnieć o tym bólu. Nastawienie jest połową sukcesu, trzeba nastawić się, że będzie boleć, że poród może być długi. Mi bardzo pomogło przeczytanie książki „Położna. 3550 cudów narodzin”, dzięki niej pamiętałam w jaki sposób oddychać a jak nie, jakie pozycje powodowały osłabienie skurczy, ogólnie wiedza z tej książki spowodowała, że lepiej współpracowałam z położną podczas porodu.

 
P.S. Informacje o lekarzu prowadzącym i położnej proVBAC z niniejszej historii można uzyskać drogą mailową:)

Musi się udać! Moja historia VBA2C (Warszawa)

 

Tak, po 2 cięciach cesarskich można urodzić drkeep-calm-and-vba2c-onogami natury! W Polsce. Więcej, po 2 cc można urodzić drogami natury w 42 tygodniu ciąży, po 3 nieskutecznych próbach indukcji porodu oksytocyną i wreszcie mającej indukcyjny skutek amniotomii. Można także po 2 cc urodzić dziecko ważące więcej niż 4 kg…. a nawet mające więcej niż 4,5 kg. I owszem, nie każdemu będzie taki poród pisany, ale są na to realne szanse. Potrzeba tylko wiele determinacji i samozaparcia. Przeczytajcie niesamowitą historię porodów Ani:

2009

Pierwsza ciąża. Czekamy na syna. Liczymy każdy tydzień. Czytam jak najwięcej o ciąży i porodzie, żeby dobrze przygotować się do tej ważnej chwili. Oglądam wzruszające filmy z porodów, które bardzo podkręcają mnie emocjonalnie. Chodzimy na szkołę rodzenia, która ma nas jeszcze lepiej przygotować do przyjęcia naszego syna na świat. Umawiamy się z położną ze Szpitala Św. Rodziny w Warszawie. Termin porodu wypada w moje urodziny. Ja czuję się gotowa do tej przejmującej chwili. Termin porodu mija. Pierwszy, drugi, trzeci dzień. Wizyty kontrolne na ktg i usg. Trochę się niecierpliwimy, ale czekamy dalej.

12ty dzień po terminie. Budzę się o drugiej w nocy i zauważam, że powoli zaczęły sączyć się wody. Nie zapomnę tych emocji. Serce zaczyna mocniej bić. Nie potrafię ukryć radości. Biegnę do śpiącego męża i oznajmiam..to już! Dzwonię do położnej, która mówi żeby posiedzieć jeszcze kilka godzin w domu. Oczywiście emocje nie pozwalają nam już spać :-) Pakuję się, zjadamy coś, robimy kilka zdjęć. Decydujemy się jechać do szpitala przed 6 żeby potem nie stresować się korkami.

Izba przyjęć, dostajemy piękną sale porodową- cynamonową.

Wody się sączą ale nic więcej się nie dzieje. Mija kilka godzin- schodzę na usg. Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę, a pani doktor też upewnia się i robi pomiar trzy razy. Szacowana waga 4,5 kg.

Wracam do męża na salę porodową i jestem bardziej niż pewna, że ta informacja zablokowała mnie psychicznie na zbliżający się poród. Po wejściu do sali wybucham płaczem i mówię mężowi, że ja nigdy nie urodzę takiego dużego dziecka.

Nie tak miało to wyglądać. Mijają godziny sączących się wód i dalej nic się nie zmienia. Ani jednego skurczu. Dostaję oksytocynę. Nic się nie dzieje. Mija dzień i wieczór na sali porodowej. Nie pozwalają mi jeść. Jesteśmy niewyspani i zmęczeni bezczynnym siedzeniem w czterech ścianach.  24 godziny odpływania wód. Przed północą informują mnie, że w nocy nie będą nic robić, poczekamy do rana i wtedy podejmą decyzję co dalej.. „Proszę się przespać”.

Z przyjemnością przekręcam się na drugi bok i próbuję zasnąć. Ale za pół godziny coś zaczyna mnie boleć. Pierwszy skurcz. Szybko narastają kolejne. Ból jest ogromny. Przychodzą bóle krzyżowe. Cierpienie nie do opisania. Czuję, jakby ktoś łamał mi kręgosłup. Proszę o znieczulenie. Zwijam się na łóżku i prawie w ogóle się nie ruszam. Wciskam jedynie głowę w poręcz i próbuję przetrwać. Znieczulenie, czuję ulgę. Ale po 10 min odpoczynek się kończy- znieczulenie przestaje działać. O co chodzi? Ogromny ból przez 6 godzin. Nadchodzą skurcze parte. Ja dalej nie ruszyłam się z łóżka. Przyjmuję pozycję na boku, na plecach, ponownie na bok. Dziecko nie wstawia się w kanał rodny. Po 2h partych położna nakazuje zejście z łóżka i każe nam przykucać na skurczu. Nie wiem czemu zostawiała nas samych. Przykucamy tak przez ponad pół godziny. Co 20min wizyty lekarzy. Przy którejś z kolei, zaczynam prosić o zrobienie cięcia. Płaczę, cierpię i błagam żeby mi pomogli. No i pomogli. Wojtek urodził się po 32h od odejścia wód. Całe 4,534g szczęścia. Przytuliłam do policzka, pocałowałam i dali go mężowi.

Na sali pooperacyjnej nie oddałam go ani na chwilę. Choć ciężko było mi go trzymać, nie mogąc podnieść nawet głowy. Ręka drętwiała ale trzymałam, całowałam i przytulałam. Łzy też były. Nie udało mi się. Ale następnym razem przygotuję się lepiej!

2011

Karmię mojego 7 miesięcznego syna i czuję się szczęśliwa, bo spodziewamy się kolejnego dziecka.

Cała ciąża bezproblemowa. Prowadzę ją u poprzedniej pani doktor. Jestem przekonana, że tym razem urodzę syna naturalnie. Pod koniec ciąży pytam o pomiar blizny i słyszę, że raczej się tego nie robi, nic to nie daje ale po moich prośbach dostaję skierowanie na pomiar blizny.

Lekarz robiący usg informuje mnie, trochę naśmiewając się ze skierowania, że blizny w zaawansowanej ciąży nie da się zobaczyć na usg…. I nie sprawdził jej. A ja nie wpadłam na pomysł żeby skonsultować to z kimś innym. Usłyszałam to od dwóch lekarzy więc chyba to prawda…

Przeczytałam pierwszy raz książkę Ireny Chołuj. Uświadomiłam sobie swoje błędy w poprzednim porodzie. Postanowiłam, że nigdy więcej nie położę się na łóżku w trakcie skurczów.

Kilka dni przed tp wybrałam się ze starszym synkiem na kwalifikację do psn. Wizyta w Szpitalu. Synka podrzuciłam do znajomej, jedna wizyta i za chwilę wracam.

Wchodzę do gabinetu. Starszy doktor. Kładę się na łóżku. Lekarz maca mój brzuch. Minął rok i 4 mce od cięcia. Dzieciątko małe jak na mnie – szacowana waga ok. 3,5kg. Po dotknięciu brzucha (cudownymi rękoma) lekarz oznajmia zdecydowanym tonem – blizna cienka, nie może Pani rodzić naturalnie. Bardzo mi przykro. Proszę zejść na Izbę Przyjęć i zgłosić się na cięcie. Ale jak to. Nie, to niemożliwe. Położna siedzi obok lekarza i kiwa głową mówiąc „Tak będzie lepiej proszę Pani”. Nie mogę powstrzymać łez. Biorę skierowanie i wychodzę. Znajduję samotny kąt na klatce schodowej, siadam i wybucham płaczem. Próbuję zadzwonić do męża, ale nie jestem w stanie wypowiedzieć słowa. Bolało bardzo. Przecież dobrze się czuję. Nic nie rozumiem. Przyjechałam z synkiem, autobusem na tą wizytę a oni mówią że jestem w stanie zagrożenia. Przyjedź Mężu. Nie urodzimy. Nie mogę. Jedź po torbę. Zorganizuj opiekę dla starszego. Mamy chyba na to chwilę. Kiedy to cięcie? Jutro? „ Ależ skąd! Za chwilę!” Panika jakbym była na skraju życia i śmierci. „Niech Mąż przyjeżdża z wynikami badań, jak najszybciej”

Szybko przebierają, golą. W ciągu 15 min znalazłam się na porodówce. Siedzę samotnie i czekam na męża. Modlę się żeby zdążył. Nie wiem czemu tak się spieszą. Nie krwawię, z synem wszystko w porządku. Nic nie rozumiem. I tego cięcia boję się ogromnie. Przyjeżdża mąż, operacja. Maleństwo rzeczywiście ważyło 3,5 kg. Kolejna igła wbita w moje serce. Taki maleńki, mogłam go spokojnie urodzić..

Fizycznie pozbierałam się lepiej po drugim cięciu niż po pierwszym. Ale psychicznie było jeszcze gorzej.

Czy już nigdy nie urodzę dziecka naturalnie? Jest to coś, o czym marzyłam już jako nastolatka. Przeżyć poród. Doświadczyć pełni kobiecości. Przeżyć to, do czego zostałam stworzona.

Po powrocie do domu od razu wpisałam w wyszukiwarkę -poród naturalny po dwóch cięciach.

Od p. Ireny Chołuj dostałam kontakt do pani doktor ze Szpitala Św Zofii,która prowadzi ciąże po cięciach do próby porodu drogami natury. Po połogu udaję się do niej na wizytę. Długo rozmawiamy. Nie widzi przeszkód żeby podjąć próbę porodu siłami natury. Pyta z jakiego powodu było wykonane drugie cięcie- odpowiadam, że stwierdzono zagrożenie pęknięcia macicy.

„To ile mm miała blizna?” ????

„Jeśli nie zmierzono blizny na usg to skąd wiadomo że była cienka?” Powiedziałam, że lekarz dotknął rękoma brzuch i tak oświadczył. Spojrzenie Pani doktor powiedziało mi wszystko.

Zrobiło mi się strasznie smutno. Poczułam się oszukana. Znowu ból. Czyli tak naprawdę zrobiono mi rutynowe cięcie. Mogłam rodzić. Miałam małe dziecko. Wszystko przemawiało za tym, że mogło się udać. Ciężko poradzić sobie z takim żalem.

Ale moja nowa pani doktor szybko postawiła mnie na nogi. Koniec użalania się nad sobą. Czekamy na ciąże i będziemy działać.

2013

Jestem w ciąży. Oczekujemy trzeciego syna. Ciąża przebiega prawidłowo, pomijając mniejsze dolegliwości. Moja Doktor stale wspiera mnie w decyzji o porodzie naturalnym. Uspokaja, nie straszy.

Nadchodzi święty termin i standardowo nic się nie dzieje. Ale nikt nie panikuje. Doktor sprawdza bliznę w czasie badania usg. Jest dobrze, mamy zielone światło do próby porodu naturalnego. Czuję się uskrzydlona. Zgłaszam się na kontrolne ktg kilka dni po terminie i następuje pierwsza konfrontacja z personelem szpitala. Ale czuję się silna psychicznie i jestem bardzo zdeterminowana więc się nie daję :-) Po zapisie wizyta w gabinecie. Trafiam na młodego lekarza, dość opryskliwego w pierwszej chwili. „3 dni po tp. Stan po dwóch cięciach. Co Pani robi jeszcze na wolności? Dzwonię zapytać czy jest miejsce na patologii” Czekam cierpliwie aż doktor skończy rozmowę bo wcześniej nie dał mi dojść do słowa. „ Niestety nie ma dziś miejsca” Odpowiadam mu, że bardzo mnie to cieszy bo nie wybieram się póki co na oddział. Wracam do domu i czekam bo chcę rodzić naturalnie. „Naturalnie?! A wie Pani że macica Pani pęknie?!” Biorę głęboki wdech. Tak wiem, że jest taka możliwość. Mimo wszystko chcę spróbować. Pan Doktor opisał jeszcze dość makabrycznie wszelkie możliwości jakie mogą się wydarzyć, chcąc mnie nastraszyć, ale nie podziałało to na mnie. Odetchnęłam. Druga część rozmowy była już całkiem przyjemna.

Odmówiłam hospitalizacji też kolejny raz gdy zjawiłam się na kontrolnym zapisie.

Tydzień po terminie. Kolejna wizyta na ktg. Niby wszystko w porządku ale lekarz kręci nosem. Coś nie podoba mu się zapis. „ Ale oczywiście nie musi Pani zgadzać się na hospitalizację” Wyczułam sarkazm. Używając fachowego języka wytłumaczyła co jest nie do końca w porządku w moim zapisie. Stwierdziłam, że jeśli cokolwiek jest nie tak to oczywiście zostaję w szpitalu. Dzwonię do męża żeby przywiózł mi torbę i zabrał auto bo przecież sama przyjechałam na tą wizytę i planowałam jeszcze powrót do domu..

Patologia. Na piętrze jest spokojniej. Zupełnie inna atmosfera niż na Izbie Przyjęć. Dowiedziałam się, że w moim zapisie ktg nie było żadnych nieprawidłowości. Zatrzymali mnie podstępem.

Od następnego dnia zaczęłam spacerować podłączona do kroplówki z oksytocyną. Wcześniej odbyłam rozmowę na temat mojej decyzji i musiałam podpisać oświadczenie.

Dzień minął bez skurczów. Potem dzień przerwy. I tak przez 6 dni spacerowałam co drugi dzień z kroplówką która nie spowodowała nic. Można dostać 3 dawki. Leżały ze mną w sali dziewczyny, którym poród zaczynał się już po pierwszej dawce. Koleżanki się zmieniały a ja dalej czekałam. Przy każdym obchodzie trzymałam się swojej wersji i zdania nie zmieniałam.

Muszę podkreślić jedną ważną rzecz. To co mówią lekarze, o jakich procedurach wspominają na IP, nie do końca trzyma się rzeczywistości na piętrze. Tam czas zwalnia. Mówili mi, że będąc po dwóch cięciach poczekają maksymalnie tydzień na poród a potem zrobią cięcie. A tymczasem tydzień po terminie dopiero znalazłam się na oddziale i nikt się nie wyrywał z operacją. Wszyscy cierpliwie czekali obserwując postępy lub ich brak po oksytocynie..

Porodu nie ma. 42tc. Informują mnie, że podanie kroplówki nic nie dało więc na drugi dzień będą musieli wykonać cięcie. Dłużej czekać już nie mogą. Kontaktuje się z moim lekarzem prowadzącym żeby naładować akumulatory i usłyszeć, że jeszcze nie wszystko stracone. Zaczynam wątpić w to czy się uda. Słyszę, że mam się trzymać. Wytrzymałam tak długo więc mam się nie poddawać. Z dzieckiem jest wszystko w porządku, z blizną też. Są warunki do tego żebym jednak rodziłą.. Pytam ją o przebicie pęcherza. Chcę to zaproponować bo już tylko to mi zostało. Utwierdzona na nowo w swoim wyborze informuję o tym personel. Mam dwa wyjścia, albo przebiją pęcherz i się uda albo robią cc. Działamy.

11 dnia po terminie porodu zostałam zaproszona do gabinetu na rozmowę z Zastępcą Ordynatora Oddziału Patologii. Rozmowa była spokojna ale bardzo dla mnie ciężka. Pani doktor na wstępie zaznaczyła, że nie ma na celu straszenie mnie, jednak musi mnie poinformować o wszelkich możliwych scenariuszach i planach działania. Usłyszałam o tym, że może pęknąć mi macica, że może wystąpić krwotok, że dziecko może urodzić się w złym stanie, że może być robione inne cięcie i nie będą mogli mnie od razu ratować… Nogi zrobiły mi się miękkie. Tysiąc myśli naraz. I co ja mam robić. Podpisuję oświadczenie : W pełni świadoma konsekwencji odmawiam wykonania cięcia cesarskiego….

Przychodzi Pani Ordynator i zaczyna bolesne badanie w trakcie którego przebija z impetem pęcherz. Zaczęło się. Nie ma odwrotu.

Wracam do sali i zaczynam płakać. Dzwonię do męża żeby przyjeżdżał jak najszybciej. Zaczynam się bać. Czy dobrze robię? Czy przez moje decyzje nie wyrządzę krzywdy synowi? Wątpliwości.

Ale odwrotu nie ma. Godzina 14:00. Mija pół godziny w trakcie których zjawia się mąż. Leżę pod ktg. Zaczynają się skurcze. Coraz boleśniejsze. Zapominam o strachu. W jednej sekundzie zapominam o wszystkim i zaczynam myśleć o tym co się dzieje. Tu i teraz. Odłączają mnie od ktg i zaprowadzają na blok porodowy. Podczas czekania na windę zalewam cały korytarz wodami..

Jestesmy na sali. Poznajemy położną. Bardzo miła. Rozwarcia jeszcze nie ma. Zostajemy sami. Mając w pamięci pierwszy poród, z daleka omijam łóżko. Zwisam na linie, opieram się o drabinki, wchodzę na chwilę do wanny.

3cm rozwarcia. Zaczynam się cieszyć, że nie ma bólu w krzyżu. Skurcze są do zniesienia. Zadowolenie mija szybko bo nadchodzi ból którego nie da się z niczym porównać. Jednak kolejny poród z bólami krzyżowymi.. Znów jakby ktoś gniótł mi kręgosłup. Nie czuję bólu w podbrzuszu tylko ogromne rozpieranie w krzyżu. Siadam na piłce i siedząc wieszam się na drabinkach. Rozpoczynają się dwie godziny walki o przetrwanie. Przychodzi położna, proponuje zmianę pozycji ale ja nie mam zamiaru nigdzie się ruszać. Położna nie protestuje, zapina mi przenośne ktg i mogę walczyć dalej. Kontrola co jakiś czas. W międzyczasie mąż dostaje podgrzany woreczek z pestkami wiśni, który ma przykładać do bolącego krzyża. Po jakimś czasie zaczynam przysypiać między skurczami. Opieram się o drabinki i śpię gdy nie czuję bólu. Drażni mnie każdy dźwięk. Najmniejsze słowo wypowiedziane przez męża. Pragnę ciszy. Oby wytrwać. Już ledwo żyję. Przychodzi położna, zostało jeszcze trochę centymetrów. Proszę męża żeby poszedł podgrzać woreczek. Zostaję sama w sali. Odczuwam nagle nieodpartą potrzebę pójścia pod prysznic. Muszę zdążyć tam dojść między skurczami. Wstaję szybko z piłki i rozbieram się. Skurcz pod prysznicem jest nie do zniesienia ale jakby inny. Mąż wraca z woreczkiem, ale nie jest on już potrzebny. „Zawołaj położną!”

Wraca położna,bada mnie na stojąco pod prysznicem i mówi „ Pani Aniu, rodzimy.”

Nie do końca ją zrozumiałam. No przecież rodzę już 2,5 godziny. O co chodzi. Co ja mam robić.

„ Ale idzie już główka!” Nie zapomnę nigdy tej chwili. Przechodzimy do wanny na moje życzenie. Skurcze parte. Nigdy wcześniej i nigdy później nie wydawałam z siebie takiego gardłowego krzyku jak wtedy. Kilka skurczów partych w wodzie ale główka się cofa więc położna pomaga mi wyjść i sadza na stołeczku porodowym. Kolejne skurcze. Po którymś skurczu rodzi się główka. „Mamy główkę. Chce Pani dotknąć?” Tak, oczywiście, że chcę dotknąć. To było coś czego pragnęłam od zawsze. To o czym marzyłam właśnie się spełniało. Ciepła, aksamitna główka. Wyszła i nastąpiła długa chwila zanim nadszedł kolejny skurcz i wraz z nim wyszedł cały Jaś. 4100g.

Przechodzimy na łóżko i zaczynamy się tulić. Lecą łzy wzruszenia. Udało się. Warto było walczyć do końca.

2015

Poród naszego czwartego syna. Dla mnie kolejne niesamowite przeżycie bo to był pierwszy poród przy którym nie dostałam oksytocyny. Końcówka ciąży była prawie identyczna jak trzecia. Po terminie porodu byłam w stałym kontakcie z moją doktor prowadzącą. Poszłam ze dwa razy na kontrolne ktg. Ale tym razem nie było żadnego straszenia. Nie byłam już sensacją :-) Urodziłam już raz więc teraz nikt nie traktował mnie jak kobietę niespełna rozumu 😉 Tydzień po terminie dostałam skierowanie przyjęcia na oddział i miałam zgłosić się najpóźniej 10 dni po terminie. Tak zaleciła moja lekarka więc się tego trzymałam. W domu oczywiście robiłam wszystko żeby poród rozpoczął się sam. Ale niestety i tym razem to nie nastąpiło. Spodziewałam się scenariusza z poprzedniej ciąży. Oksytocyna, przebicie pęcherza.

Przyjęli mnie na oddział i niespodzianka. Młody doktor na drugi dzień zaproponował od razu przebicie pęcherza. Zero kroplówki. Zgodziłam się.

Badanie, podczas którego lekarz w sposób zupełnie inny niż ostatnio, przebija pęcherz. Delikatnie, używając narzędzia. Dostaję przemiłą położną, która zabiera mnie na porodówkę. Położna z patologii krzyczy za mną powodzenia i mówi, że na pewno uwiniemy się przed 19. Chciałam rodzić w wodzie ale dostałam salę bez wanny. Godzina 16. Nic nie czuję. Ostatnio skurcze pojawiły się szybko, z impetem i strasznie bolesne. A teraz nic. Mam nakaz spacerów i masażu brodawek. Po 30 min zaczęłam odczuwać bardzo delikatne kłucie w podbrzuszu, które spokojnie narastało co jakiś czas. Położna zjawiała się co chwila sprawdzając, jak się mamy.

Po 1,5 godzinie rozpoczął się, już mi znany, czas walki o przetrwanie. Znowu siadam na piłce. Potem wieszam się na drabinkach. Położna nie mówiła mi postępu w centymetrach, tylko zawsze po badaniu oznajmiała, że jeszcze TROCHĘ. Poleciła zmianę pozycji, żeby odciążyć kręgosłup. Zostałam w niej na dłużej. Położna przyszła po raz kolejny i wyszła zostawiając mnie znowu z „jeszcze trochę”. Mija 5 minut i nakazuję mężowi żeby zawołał Ewę. Wraca i mówi, że zaczynam przeć więc prosi o przejście na łóżko. Staje mi przed oczami pierwszy poród. Nie, ja na łóżku nie urodzę. Nie ma mowy. Ale syn był duży i powiedziała, że na stojąco pęknę. Ulegam i kładę się na boku. To był naprawdę fantastyczny czas. Prawie spadałam z łóżka ale mąż mnie podtrzymywał. Parłam w ciszy bo nie miałam potrzeby krzyczeć. Nawet rzuciłam jakiś żart bo wszyscy się zaczęli śmiać. Urodził się Leon. 18:55, zdążyliśmy przed 19 😉 Całe 4600 g szczęścia.

Spełniłam swoje marzenie. Nawet podwójnie. Ale po cichu mam jeszcze nadzieję, że kiedyś pojadę do szpitala już nie na oddział patologii ale prosto na salę porodową. I nikt nie będzie ingerował już w tą piękną chwilę.

Cisnęli mnie, ale byłam twarda. (Łódź)

Dziś pełna mocy historia Marii. Krótko, dosadnie i na temat: :)images (4)

2,5 roku temu urodziłam córkę przez cc. Było tydzień po terminie i dałam się wkręcić w wywoływanie – cewnik foleya, oxy i cały ten syf. Leżałam ze skurczami pod ktg 11 godzin, (nie wiem kto by k…wa urodził w takich warunkach). Skończyło się pod nożem, więc historia stara jak świat -dałam się nastraszyć przemysłowi medycznemu. Córka miała kolki i przy okazji walki z nimi trafiłam na ludzi z niemainstreamowym podejściem do medycyny, w tym na książkę M.Odenta „Odrodzone narodziny”.

Chciałam rodzić w domu, ale wynajmuję mieszkanie na parterze i nie czuję się tu swobodnie pod okiem i uchem sąsiadów. Miałam swoją położną, która przyjmuje porody domowe i byłam z nią umówiona w szpitalu jak pojawią się skurcze. Czas mijał, było już 2 tyg po „terminie” więc zaczęłam się martwić, ale byłam zdeterminowana. Na ktg chodziłam co 3 dni, na przepływy poszłam 2 tyg i 3 dni po terminie – było ok. Po 2 dniach spróbowałam rycyny, wypiłam pół butelki o 14 – horror. Srałam i rzygałam.

O 18 zaczęły się skurcze, co 10 minut. Nie wiedziałam czy to z bólu czy rodzenia. O 20 zaczęły być co 3-4 minuty, czekałam w domu. Wytrzymałam do 2 w nocy, wtedy wsiedliśmy do auta. 20 minut w aucie ze skurczami co 2 minuty, (ała) i izba przyjęć. Po badaniu wyszedł czop, wjechałam na porodówkę. Musiałam kłamać z terminem porodu, walczyć i pisemnie odmówić zalecenia cięcia, założenia wenflonu na wszelki wypadek, podania antybola na gbs, bo zgubiłam wynik. O 5 rano wzięłam znieczulenie, bo już od tej 18 ledwo się trzymałam. Lekarz chciał mnie od początku mieć przy ktg cały czas, między skurczami kłóciłam się o to, że stanowczo nie, bo chcę mieć swobodę na własną odpowiedzialność. Cisnęli mnie, ale byłam twarda.

O 7 rano minęło znieczulenie, weszłam w 3 fazę porodu na żywca. Rodziłam na stojąco, potem w kucki, mąż trzymał mnie pod pachami. Trwało to 2 godziny, zaczęło pękać krocze i zgodziłam się na wejście na fotel niestety, bo już nie miałam siły na walkę z lekarzem. Wtedy oczywiście pękło po całości, pękniecie 2 stopnia, bo on chciał „obserwować „…

O 9.07 na tym pie…..nym fotelu urodziłam Konstantego, 3940 g, 55cm. Potem już tylko szycie, mdlenie i 3 transfuzje dla mnie, a dla niego 10/10 apgar i kangurowanie. Nie wyobrażam sobie, jak by to wyglądało, gdyby nie moja determinacja i wsparcie męża i położnej, a zaznaczam, że to był bardzo przyjazny szpital, a i tak musiałam przekłamać datę terminu i nie zgadzać się na różne procedury.

Jestem bardzo dumna z tego, że mi się udało, ale równie często myślę o tym, jak niesprawiedliwe jest to, że wielu kobietom naturalny poród – czy po cesarce, czy nie, jest zabierany przez ingerencje lekarzy. Czuję się zła i bezsilna czytając historie dziewczyn, którym vbac się nie udał, bo prawie zawsze są tam zwroty typu „lekarz nie pozwolił”, „doktor kazał” albo „powiedzieli, że muszę”. Więcej wiary w siebie! W każdym razie, gdyby nie Wy, Odent, położna i oczywiście mój mąż nic by z tego nie było, dzięki!

Niebo a ziemia vs vbac a cc (Warszawa)

Znów z opóźnieniem, ale znów wspaniała i inspirująca – historia porodu Asi, która szczęśliwie urodziła drogami natury w warszawskim szpitalu na Madalińskiego 21 miesięcy po cięciu cesarskim.

Chciałam opisać moją przygodę przeżycia i pojawienia się naszego drugiego synka Tymoteusza w 2015 r, po pierwszej ciąży w sierpniu 2013 r zakończonej cc z powodu położenie miednicowego. Termin był na 18 czerwca. Cała ciąża przebiegała ok i synek ułożony prawidłowo nie jak w 1szej ciąży miednicowo. Od 30 tg zaczęłam się zastanawiać jaką decyzję podjąć co do rodzaju porodu. Trafiłam na ciekawą stronkę vbac czyli vaginal birth after cesation, w której rozczytałam się w opowieściach mam, które urodziły sn po cc i oglądałam parę filmików, które dały mi do myślenia i powoli dodawało otuchy do podjęcia decyzji i SN.

Chciałam zyskać:

  1. Szybko dojść do siebie po porodzie by móc zajmować się od razu maleństwem i starszym niespełna 2 letnim dzieckiem,
  2. Zyskać jak najwięcej dobroczynnych skutków sn dla Tymusia typu zasiedlenie przez bakterie mamy, przejście przez kanał rodny i wyciśnięcie z płuc wody owodniowej, od razu kontakt skóra do skóry itp.
  3. Spełnić swoje marzenie i zmierzyć się po kobiecemu z wyzwaniem porodu,
  4. Zrobić wszystko co w mojej mocy by uniknąć cc

 

 

Rozpoczęłam więc przygotowania do sn: picie herbatki z liści malin w 34 tg, łykałam olej wiesiołka i tez aplikowałam dopochwowo ale po herbatce brzuch mi twardniał i czułam bolesne skurcze, choć delikatne to tak jakby mi się okres zaczynał i po około 3 dniach odstawiłam herbatkę, skurcze zanikły. Olejek dalej stosowałam a do herbatki wróciłam po skończonym 36 tyg, ok 3 kubki dziennie.

27 maja godzina 15 i brzuch staje mi dęba i tak co 15 min. Piszę do męża sms: próba mikrofonu albo Tymek sobie żartuje albo powoli się zbiera do nas. Starszy synek wraca 15:30 daję radę go odebrać i się nim zająć pomimo tych bezbolesnych choć niekomfortowych skurczy. Wraca mąż 17:30, skurcze nie przechodzą, kładę się odpocząć a one nadal się pojawiają. Biorę też kąpiel 40 minut jak uczyli w szkole rodzenia ale skurcze wcale nie przechodzą. Łykam 2 nospy max i tez nic. Idę wcześniej spać ok 21. Wcześniej układam chronologicznie i w skoroszycie wszystkie dokumenty już skompletowane by nie szukać na IP. Cały czas czuje ten twardniejący brzuch aż do 00:50 kiedy po raz pierwszy poczułam ból jak na okres w dole brzucha i w lędźwiach. Zerkałam na zegarek i pojawiał się regularnie co 10 min. Wytrzymałam tak leżąc do godziny pierwszej i wstałam mówiąc do męża, że to raczej będzie dziś.

Poszłam dopakować resztki do torby do szpitala typu poduszka kojec w kształcie litery C, na której spałam itp, za jakiś czas wstał mąż i też nie mógł zasnąć już z wrażenia więc poszedł spakować rzeczy do samochodu. Czas mijał a skurcze cały czas były regularne, próbowałam przespać się pomiędzy bo nie wiedziałam jak to dalej się potoczy i jak rozłożyć siły. Mąż od pewnego momentu zaczął mi masować plecy przy skurczu i było trochę lżej. Tak minęła noc, męża poprosiłam by został ze mną i nie szedł do pracy a był to czwartek. Synek poszedł do niani. Do godziny 9 rano trwały regularne skurcze co 10 min i zadzwoniła znajoma. Jak zaczęłam chodzić w trakcie rozmowy tel, to skurcze zanikły na około godzinę więc po parunastu minutach rozmowy dowiedziałam się, że są to skurcze przepowiadające i pewnie jeszcze daleko do porodu. Zasmuciło mnie to, że już tyle bolesnych skurczy i godzin za mną a to nie to i mąż wziął wolne a jak poród zacznie się dopiero w następnym tygodniu? No nic, mąż poszedł się zdrzemnąć ja też spróbowałam. Nasz starszy synek odesłany do niani więc czas się zregenerować skoro skurcze ustały. I tak drzemałam około godzinę do 10 a od 10 godz znów wróciły regularne i silniejsze skurcze. Z powodu już sporego zmęczenia poprzednimi skurczami spałam nadal pomimo bólu, na który się budziłam delikatnie i znów zasypiałam. To trwało do ok godziny 11 kiedy udałam się do toalety i nadal skurcze. Wydawało mi się, że coś wypadło ale nic nie zauważyłam więc machnęłam ręką i udałam się w stronę wyjścia z wc i nagle w coś wdepnęłam skarpetą…… zdziwiłam się co takiego miękkiego leży na podłodze, może jakaś zabawka starszego syna? zapalam światło podnoszę stopę i widzę na skarpecie spory kawałek galarety delikatnie podbarwionej na różowo. To był czop śłuzowy. Naśmiałam się bo skojarzyło mi się to z tymi żelowymi wkładkami do powiększania biustu ale zarazem też ucieszyłam się, że coś się dzieje i idzie do przodu. Znów tel kolejna kol, która rodziła w lutym br. Rozmawiamy i skurcze znów zanikły. Skarżyłam się jej,że nie wiem jak rozłożyć siły i że wszyscy mówili mi do tej pory włącznie z położną, że to może dopiero za parę dni się zacząć, że to macica ćwiczy i się przygotowuje. Szczerze miałam dość takiego ćwiczenia i nadal byłam niespokojna i co tu robić by sprawdzić co się dzieje, położna powiedziała że w szpitalu na Madalińskiego ma właśnie dyżur i jest sajgon: panie czekają na korytarzu więc odradza przyjechanie w tym czasie. Zadzwoniła kolejna znajoma i poradziła bym pojechała do szpitala w Pruszkowie i zrobiła KTG, dobry pomysł, na miejscu i powiedzą co się dzieje faktycznie a nie z przypuszczeń. Mąż więc zabrał sie za szukanie nr tel do szpitala na Wrzesinie czyli w Pruszkowie a na stronie internetowej jak byk, że szpital się czyści do końca maja. Bu no i co tu robić, zadzwoniliśmy do Enel-Medu a tam czeka się 2 dni i trzeba mieć skierowanie- znów nic. Zostaje jeszcze Babka Medica, w której robiłam wszystkie badania w ciąży. Umówili nas na 15:25 więc musielibyśmy wyjechać godzinę wcześniej by być na czas i tak się umówiliśmy z mężem. Mąż ugotował mi ponownie udko kurczaka i rosół, który pochłonęłam szybciutko bo skurcze mnie też wygłodziły i osłabiły. Ok godziny 13.45 położyłam się by wypocząć i zdrzemnąć się chwilkę przed wyjazdem. Obudziłam się 14:10 w samą porę, pomyślałam i już zbierałam się by wstać i znów skurcz. Byłam w pokoju dziecięcym gdzie jeszcze mamy swoje łózko małżeńskie. Zdążyłam wstać i oprzeć się o mebelki dziecięce i poczułam, że coś mi wypływa powoli więc kontrolnie zdjęłam spodnie by sprawdzić i wtedy odeszły mi wody, na szczęście nie na wykładzinę tylko na puzzle podłogowe starszego syna i nie na spodnie bo wcześniej zdążyłam zdjąć:). Zawołałam męża a on dzielnie przybiegł i posprzątał po mnie:) To był jeden z najzabawniejszych momentów bo chlusnęło ze mnie i czułam się dosłownie jak krowa na łące, która podnosi ogon i sika fontanną. Taki obraz mi powstał w głowie. Oczywiście ucieszona, hura!!!!!!!zaczął się pierwszy okres porodu więc to dziś będzie i to nie były tylko skurcze przepowiadające.

Poszłam więc do toalety i znów skurcz, o rety są co 7 minut więc piszę do położnej co się dzieje, oddzwania i mówi bym na spokojnie się spakowała co uczyniłam już w nocy, zjadła coś, wzięła kąpiel i za godzinę wyruszała lub jak będą skurcze co 5 min to wcześniej. Wstałam i znów skurcz i znów ten sam obraz krowa na łące sikająca fontanną tym razem na kafelki w łazience:) Mąż poszedł coś zanieść do garażu a ja widzę że skurcze nadal co 5 min. Więc sprawdziliśmy listę postępowania w razie rozpoczęcia porodu i wyruszyliśmy do szpitala. W aucie podroż około 40 min, skurcze coraz silniejsze i boleśniejsze co 7 lub 10 min i nadal ze mnie odpływały wody przy każdym skurczu. Na szczęście założyłam spodnie piżamowe i podkład na siedzenie w aucie. Jak dojechaliśmy byłam mokra do kostek wręcz. Swoją drogą dziwnie się idzie w mokrych spodniach wśród ludzi. Na IP byłam prawie godzinę, masakra, zawiesił się system i nie drukowały się moje poprawne dane tylko stare z poprzedniego porodu. Przyjechałam o 16:20 z rozwarciem na 2 lub 3 cm wg badania ginekologicznego, nadal ze mnie leciało przy skurczach. O 17:20 w końcu trafiam na blok porodowy. Byłam już tak zmęczona, że słabo pamiętam ten czas. Niestety nie było wolnej sali więc musieliśmu czekać 1,5 godziny na korytarzu. Parę skurczy na korytarzu, wypełniłam jakieś doksy, zbadano tętno dzidzi i przyszła nasza umówiona położna – była nadal na dyżurze ale o 19 kończyła i miała się już tylko nami zająć, zabrała nas do sali pooperacyjnej zanim zwolni się sala porodowa. Uf w końcu łóżko i mogłam na kucaka na nim się oprzeć na worku sako. Kolejne skurcze coraz mocniejsze, mąż masuje mi plecy daje to ulgę ale nie zmniejsza bólu. W sumie byłam tak zmęczona, że ten czas minął mi jak 20 min a w rzeczywistości było to 1,5 godz. W tej sali pooperacyjnej położna przyniosła piłkę, na której mówiła by skakać. Podłączyła ktg, zaaplikowała wenflon, pierwsza próba nie udana i krew się tylko w próbówce podczas pobrania pieniła. Druga próba udana, pobrana krew. Godzina 19 i położna już tylko dla nas, rozpoczyna się skakanie na piłce, masaż sutków by wywołać regularne skurcze jako że mi ciągle zanikały albo zwalniały, podłączona do ktg, na plecach z gorącym termoforem do łagodzenie bóli krzyżowych. Zaraz potem przeszliśmy na salę porodową, nazywała się cynamonowa, pomyślałam o fajnie bo lubię cynamon:)

Do momentu znieczulenia czyli do 21 pamiętam ten czas jak przez mgłę. Pierwsze badanie i słyszę że mam jakąś kość chyba ogonową zakrzywioną dlatego mnie tak mocno boli i szyjka macicy też jest wygięta. Więc pomyślałam aha to się nie uda przez te atrakcje. Trochę w kuckach na łóżku parę skurczy, potem nadal skakaliśmy na piłce, położna walczyła masażem sutków o regularne i dłuższe skurcze. Podpytałam męża co w tym czasie się działo bo ja już byłam tak umęczona. Pamiętam też, że chyba na początku zadała pytanie co robimy ze znieczuleniem ja odpowiedziałam, że bez na pewno nie dam rady. Położna to bardzo radosna osoba ja już nie miałam siły ale w duchu się uśmiechałam np. gdy zapytałam czy np. te codzienne porody i masaże sutków nie wpływają na nią a odpowiedź była następująca: „Mnie kobiety nie kręcą:) „ szkoda że nie miałam siły się śmiać. Mi generalnie chodziło o to czy na jej postrzeganie własnej seksualności nie wpływa i nie oziębia np. He he. Potem już nawet w duchu się nie uśmiechałam bo ból przy skurczach był tak rozsadzający nieznośnie, tak promieniujący, że traciłam panowanie nad ciałem i oddechem, łzy mi same płynęły i wtedy pomyślałam- nie dam rady…. naprawdę już nie dam rady……

To było okropne, ból jakby przejął kontrolę nad moim ciałem. To był najgorszy moment jaki pamiętam. Powiedziałam ostatnimi siłami „czemu to tak boli, kto to wymyślił” i „ja chcę tylko spać”. Wtedy położna mnie zbadała bo widziała, że robię się już jak warzywko lejąca z bólu. Na badania na łóżku oczywiście znów polały się wody. Położna była naprawdę delikatna i współczująca i zapowiadała, że np. jeszcze trochę bym wytrzymała, że zaraz kończy. Przy skurczu rozwarcie było na 6cm więc poszła po anestezjologa. Przyszedł pan z panią, pan wytłumaczył mi na czym to ma polegać, co się może ze mną dziać i co po kolei będą robić, i czego ja mam nie robić zwłaszcza w momencie skurczu oraz możliwe i rzadkie skutki uboczne. W trakcie znieczulenia złapały mnie ze 2 skurcze ale przygotowałam się na nie by się nie ruszać – złapałam mocno męża obie ręce i ściskałam max i pomogło. Był moment kiedy mocno mnie zakuło w plecach i bezwarunkowo prawie podskoczyłam za co zostałam upomniana, że takie coś może się źle skończyć. Po podaniu znieczulenia stresowałam się, że znieczulenie przestanie działać i nie wytrzymam pod koniec porodu, położna mnie uspokoiła, że dopóki nie urodzę nie odłączy pompy ze znieczuleniem. Przy opowieściach o porodach słyszałam o takim momencie że robi się zimno zwłaszcza w stopy i ja ten etap osiągnęłam już przed znieczuleniem choć nie byłam tego świadoma przez dotychczasowy ból. Skutkiem ubocznym zzo jest ciepło w nogach i stopach, co mi się podobało bo to było miłe mieć ciepłe stopy. Jedna noga prawa moja była bezwładna i śmiesznie jak zmienialiśmy pozycję z boku na bok na łóżku to ona mi uciekała:) śmiesznie to wyglądało z mojej perspektywy. Znieczulenie zadziałało i to była najwspanialszy moment porodu, błogi…..

Na pytanie od 1 do 10 jak silne miałam skurcze odpowiedziałam 9/10 a na ile oceniam znieczulenie w tej samej skali to było mocne 9:). Zgaszono światła, mąż puścił ulubioną muzykę, położono mnie na boczku przykryto kołdrą i odpoczywałam, nabierałam sił przed ciężką pracą, ze 3 razy nawet zasnęłam w ciągu tej godziny, słyszałam jak za ścianą pani rodząca krzyczy i jak krzyczy jej nowo narodzone dzieciątko ale nie miałam sił by coś powiedzieć. Położna siedziała obok łózka i monitorowała ktg. To był najwspanialszy czas porodu taki błogi, że trudno ująć w słowa. Leżałam tak do 22 ale o 22 wcale nie czułam się już na siłach ani zregenerowana więc położna widząc mnie dętkę pozwoliła jeszcze pół godziny na ten stan ale już skurcze i ich bolesność zaczęły się nasilać niektóre nawet bardzo. O 22:30 przystąpiliśmy do ciężkiej pracy, szyjka macicy stanęła na 8cm i była twarda a skurcze parły więc położna zaproponowała jakiś lek, który miał ją zmiękczyć szyjkę by nie pękła, jednak była obawa z powodu, że to lek rozkurczowy, martwiła się czy moje nieregularne skurcze nie zanikną. Udało się, nie zanikły, tych bóli nie potrafię opisać choć też były mocne jak poprzednio to po prostu nie pamiętam. Pamiętam jedynie jak usłyszałam jest 10 cm to zaczynamy a ja taka zdziwiona już? Jest 10? nie mogłam w to uwierzyć udało się!!! dobrnęłam do drugiego okresu porodu. Jupi!!!!. Położna zrobiła przemeblowanie, zdjęła kołdrę i rozłożyła koniec łóżka porodowego w takie ginekologiczne z oparciami na nogi. Wyglądało to śmiesznie z mojego pkt widzenia jakby rozkładała samolot. Potem przystawiła stolik na dzieciątko jak się urodzi i wtedy zrobiło mi się tak miło i przyjemnie i dodało mi powera, że to już niedługo na pewno nie dłużej niż 2 godziny i zobaczę mojego niepokornego synka. Nie wiem, w którym momencie słyszałam, że główka wstawia się trochę nie tak jak trzeba. Po tym w duchu rozmawiałam z synkiem, by wstawił się jak trzeba i miałam taką nadzieję, że to słyszy i o dziwo poprawił się i wstawił prawidłowo. Oczywiście położna manewrowała mną odpowiednio by pomóc, tak samo w pewnym momencie dobrała taką pozycję by odciążyć bliznę po cc i co jakiś czas pytała czy mnie tam nie boli więc w moim odczuciu troszczyła się o tę kwestię. Potem to już pamiętam urywki, jak mąż trzymał mi lizaka w buzi i wyjmował na skurcze, że skurcze bolały inaczej bardziej znośnie choć nadal mocno. W pewnych momentach krzyczałam, żeby wykrzyczeć dziecko ale po paru dosłownie razach tak mnie gardło bolało i też coś położna powiedziała, żeby bardziej to w siebie ten krzyk brać i nie tracić energii. Posłusznie posłuchałam. Dalej tak jak w 1 etapie się zapowietrzałam z bólu ale jak mąż oddychał za mnie i z boku też położną słyszałam to mega ogromnie pomagało wrócić na odpowiedni tor oddechu. Tak w drugim etapie znów miałam kłopot z odpowiednim oddechem, gdyż trzeba było przeponą i nie nabierać w usta jak chomik powietrze, tylko w brzuch i przeć i tak 3 razy pod rząd i zazwyczaj przy trzecim albo się zapowietrzałam albo skurcz mi mijał. Poza tym Tymek stanął w newralgicznym miejscu i jak parłam to szedł do przodu ale jak przestawałam to się cofał tak jakby nie mógł przejść najwęższego miejsca. Brakowało ze 3 cm do wyjścia, słyszałam, że dziecko ma dużo czarnych włosów, mąż mógł sobie zerknąć na główkę synka a ja zapytałam czy nie można go za te włosy wyciągnąć? Chciałam już żeby się skończyło i było mi obojętnie jak. Położna mi bardzo dopingowała i krzyczała w pozytywnym sensie dopingu w trakcie skurczy co naprawdę pomagało. Niestety Tymonek nie mógł się ruszyć a ja słabłam. Dostałam oksytocynę dożylnie. Położna zadzwoniła po panią dr Kasię, położna stała nade mną dzwoniąc. Pamiętam ten moment doskonale bo nie wróżył nic dobrego i ja pomimo wycieńczenia doskonale o tym wiedziałam. Chodziło o próżnociąg choć słowo te nie padło z niczyich ust. Przyszła pani dr i były 3 próby by mogła oszacować, słyszałam, „no nie da rady a druga na to no widzę, że nie da rady”. Usłyszałam:” trzeba będzie naciąć” z czego nie byłam zadowolona ale powiedziałam no dobra trudno. W momencie parcia otworzyłam instynktownie oczy i widziałam jak położna się skupia miną i tnie krocze więc zamknęłam szybko oczy by dalej nie widzieć co robi. Nic nie czułam, choć widziałam w którym momencie to robiła, nawet nie czułam, że mnie dotyka. Koncentracja na parciu bólu i skurczu jest tak wielka, że reszty nie czuć zupełnie. Był taki moment w ostatnich minutach, że położna już nie wierzyła, że się uda i to też nie było wyartykułowane ale ja to tak mocno czułam i trochę podcięło mi to skrzydła, skoro położna już nie wierzy to się nie da. Ale położna ambitna osoba i pomimo powiedziała ok, to ostatni raz próbujemy ale czułam w głosie że to takie próbujemy by mieć czyste sumienie ale się i tak nie uda. A więc 0:54 29.05. 2015 r w sali cynamonowej na Madalińskiego wyglądał tak.

Mówię idzie skurcz, pani dr złapała mnie mocno za nogę lewą i przygięła, położna zrobiła to samo, pani dr oparła się jeszcze za brzuch ale jak i co robiła już nie wiem, mąż podał mi rękę za którą chwyciłam obiema swoimi rękoma, drugą ręką przygiął mi głowę do klatki piersiowej. Ustawienie tych 3 osób względem mnie trwało może ze 2 sekundy jak zbliżał się skurcz. Jednym słowem złożono mnie jak kanapkę na pół i przyszedł skurcz, zaczęłam przeć i słyszałam jak położna entuzjastycznie i radośnie głośno krzyczy co dodało mi sił. Pani dr też coś mówiła ale nie pamiętam już co i nagle słyszę: „o jest głowa i wychodzi z ręką na głowie dlatego tak opornie”. Na drugim parciu słyszę „jest ręka i ramiona” co odczułam bardziej bo szersze o 1 cm od główki były i na trzecim wyszły nogi.

 

JEST. URODZIŁAM TYMOTEUSZA:)!!!!!!!!!!!!

 

Te ostatnie wychodzenie w moim odczuciu było podobne jeśli ktoś pamięta z cc to do tego szarpania na stole jak wyjmują dziecko, niby nie boli ale takie nieprzyjemne.

Słyszę znów: „o nie jest taki mały”, spodziewaliśmy się 3 kg po ostatnim usg. Jak wyszedł z brzucha i widziałam jak położna go trzymała w ręku to powiedziała: „obiecałam, że dostaniesz klapsa jak wyjdziesz za to, że tak opornie wychodziłeś to masz i klaps w tyłek” Też miałam ochotę mu dać klapsa za to, że się ociągał , he he i buch

 

TYMOTEUSZ 3480 kg 57 cm LĄDUJE NA MOIM BRZUCHU I KRZYCZY.

 

Był dla mnie taki mały i taki przyjemnie ciepły, że aż mnie coś za serce chwyciło:)

Tata przeciął pępowinę na 2 i położna stwierdziła, że spotkamy się jeszcze raz na co ja zapewniłam o nie, nie będzie już następnego razu.

Reszta nie do opisania….

Potem szycie ze znieczuleniem miejscowym, 3 okres czyli poród łożyska. Razem z mężem chcieliśmy zobaczyć jak wygląda a położna nam zademonstrowała dokładnie jak w brzuchu było ułożone i szok takie coś i w nim 9 miesięcy dziecko siedzi i nie przerwało się a takie cienkie a łożysko jak mięsna meduza:)

 

Wnioski, żałuję, że za pierwszym razem nie było dane mi to przeżyć, by za drugim razem jeszcze lepiej się przygotować siłowo i oddechowo przede wszystkim.

Czuję się mega dumna i szczęśliwa jak nigdy w życiu.

Moje marzenie jako kobiety, żony i matki się spełniło, choć przy pierwszej ciąży zostało mi to odebrane co bardzo przeżywałam emocjonalnie. Tym razem się udało i to naprawdę się udało i bez większej ingerencji. Nigdy nie myślałam, że będę zdolna takiemu wyzwaniu stawić czoła i wygrać w 100% unikając przede wszystkim cc jak i próżnociągu, choć sekundy od niego dzieliły.

Jednym słowem czuję się spełniona choć nadal nie wierzę, że urodziłam naturalnie i dałam radę przy moim niskim progu bólowym:)))).

Asia