Archives

Moje Światowe Dni Młodych- Kraków 2016. Szpital na Siemiradzkiego

Poronienie, trudna ciąża zakończona cięciem cesarskim. Przepracowywanie trudnych emocji. Kolejna ciąża z przebojami, utrata zaufania do lekarza prowadzącego w 36 tygodniu ciąży (nowe wskazanie do cc – Światowe Dni Młodzieży;), zmiana planowanego szpitala, poród po terminie, indukcja i znieczulenie zewnątrzoponowe. Udany VBAC! Oto historia Ani:)

Ta historia zaczyna się w 2012 roku, kiedy po wielkim oczekiwaniu zobaczyliśmy na teście ciążowym upragnione dwie kreski. Niestety Nasza radość trwała stanowczo za krótko. W 13 tygodniu straciliśmy Nasze Szczęście. Był ogromy żal, może wylanych łez i jeszcze większa chęci zostania rodzicami.

Dwa miesiące później byłam już w drugiej ciąży. W ciąży tak bardzo chcianej, że aż niewyobrażalnej. W ciąży pełnej obaw i wielkiej nadziei, że tym razem się uda. Całą ciąże przed każdą wizyta drżałam ze strachu o moje Maleństwo. Kolorowo nie było. L4. Masa tabletek na podtrzymanie. Anemia – bo przecież jeszcze nie zdążyłam dojść do siebie po poronieniu. I słowa mojego lekarza, które dawały mi wiarę w to wszystko „Widocznie organizm był już gotowy, widocznie Ktoś na górze tak chciał”. Mijał tydzień za tygodniem, a dzidzia pod moim sercem zagnieździła się na dobre Termin miałam na 01.08.2013. Od maja czułam delikatne skurcze, lekarz straszył przedwczesnym porodem. Synek nie chciał się odwrócić główką w dół i już wtedy lekarz wspominał o cesarce. Dziecko duże, spory obwód główki, Pani zbyt wąska, anemia, poronienie- słyszałam na każdej wizycie. Im bliżej terminu tym bardziej utwierdzałam się w tym że nie dam rady urodzić naturalnie. Lekarz zaproponował nam rozwiązanie w 39tc przez cesarskie cięcie, nie byłam do tego przekonana. Pamiętam że przepłakałam wtedy chyba z 3 noce. Tak bardzo bałam się o moje dziecko. Tak bardzo chciałam żeby było całe i zdrowe. Poddałam się. Dzisiaj bardzo żałuję że wtedy nie zawalczyłam. Niestety czasu nie cofnę.

25 lipca 2013 roku przez cesarskie cięcie przyszedł na świat nasz syn Leon. 3890g 56cm. Obwód tej niby dużej główki 37cm… 10 punktów. Jeszcze na Sali operacyjnej mogłam przywitać się z Małym. Baa mogłam nawet z pomocą położnej przystawić Go do piersi. Dałam mu odruchowo buziaka w czółko próbował ssać a do mnie dotarło, że wszystko co się dzieje, dzieje się poza mną. Jedyne co czułam to wielka pustka i żal. Nie było żadnych fajerwerków nie było tryskającej miłości. Wiedziałam że jest mój, ten jedyny, ten wyczekiwany. Mój Syn.

sdm

Po powrocie do domu kiedy widziałam jak mój mąż zajmuję się Małym miałam do siebie jeszcze większy żal. Wszystko co przy nim robił było otoczone ogromną miłością. Ja czułam że nie potrafię Go kochać tak mocno jakbym chciała, miałam wrażenie że wszystko co robie, robie machinalnie. Przez pewien czas uczyliśmy się z Małym siebie nawzajem. A ja z każdym dniem zakochiwałam się w Nim coraz bardziej, aż utonęłam w tej miłości po uszy

Mały rósł a ja w głowie miliony razy przepracowywałam swój poród. Nie raz zdarzało mi się płakać jak koleżanki opowiadały o swoich naturalnych porodach… tak bardzo im zazdrościłam.

Gdy Leo skończył rok odstawiliśmy się od piersi, wróciłam do pracy i zaczęliśmy intensywnie myśleć o kolejnym dziecku. Niestety ciągle się nie udawało. Było dużo badań, dużo żalu i ciągły niedosyt że się nie udaje. W lipcu 2015 roku okazało się że moje jajowody są niedrożne, kilka tygodni później usunięto zrosty. We wrześniu pierwszy raz dostałam tabletki ‘’wspomagające”. W końcu w listopadzie 2015 roku zobaczyliśmy na teście dwie upragnione delikatne kreseczki. Lekarz potwierdził ciąże i ku memu zaskoczeniu już na pierwszej wizycie założył mi kartę ciąży (przy wcześniejszych ciążach tak nie było). Nie dostałam żadnych lekarstw na podtrzymanie, morfologia w normie. Będzie dobrze pomyślałam. Czułam się świetnie. Pracowałam, zapisałam się na zajęcia ruchowe dla ciężarnych. Miałam tyle energii. Niestety nie trwało to długo.

W 6tc zaczęłam krwawić. Przerażenie. Telefon do lekarza. Telefon do męża. Na USG okazało się że z Dzieckiem wszystko dobrze. Dostałam lekarstwa i zalecenie żeby się oszczędzać. Krwawienie ustało. Po 2 dniach przerwy kolejne krwawienie. Lekarz kazał nam jechać na izbę przyjęć. Pozbierałam potrzebne rzeczy z domu, podświadomie czułam, że to już koniec. Drogi do szpitala w ogóle nie pamiętam, pamiętam tylko że siedziałam w samochodzie i czułam jak coś się ze mnie wylewa. Łzy same napływały mi do oczu. W szpitalu badanie i USG. Usłyszałam bicie serca mojego Dziecka i znowu ryczałam jak bóbr- tym razem ze szczęścia Zwiększyli mi dawkę leków. Zalecili spoczynkowy tryb życia wypisali L4 i odesłali do domu. W 12 tygodniu, dzień po badaniach prenatalnych znowu zaczęłam krwawić. Dzień wcześniej widziałam jak moje dziecko buszuje po moim brzuchu a teraz to?? Nie wiedziałam o co chodzi. Krwi było dużo, bardzo dużo. Jeszcze do tego byliśmy poza Krakowem. Zadzwoniłam do mojego lekarza, kazał jak najszybciej jechać do najbliższego szpitala. Zrobili USG, serce bije. Zostawili mnie na obserwację. Wypisałam się na żądanie. Nie czułam się tam komfortowo, chciałam wracać do Krakowa.

Przeboje z krwawieniem powtarzały się jeszcze dwa razy, w 18tc i ostatnie w 21 .Całą ciąże towarzyszyła mi anemia. Przy ostatnim pobycie na patologii ciąży okazało się że szyjka zaczyna się rozwierać. Czułam że coś się dzieje. Bolał mnie brzuch, męczyły skurcze przepowiadające. Bardzo bałam się, żeby nie urodzić za wcześnie. W 24tygodniu założyli mi szew okrężny na szyjkę. Spędziłam znowu kilka dni w szpitalu. Przy wypisie ordynator poinformował mnie że jeśli wszystko dobrze się ułoży w 35 tygodniu lekarz ściągnie mi szew a w 38 umawiamy się na cięcie… i wtedy mnie tchnęło. Zaczęłam po cichutku myśleć czy aby na pewno tak musi być… a może by tak pokrzyżować im plany?? Tak!!! Spróbuję. Wróciłam do domu, wyprzytulałam Starszaka i zasiadłam do komputera.

Wtedy o VBAC nie wiedziałam nic. Na szczęście bardzo szybko znalazłam się na stronie naturalniepocesarce.pl, zaczęłam chłonąć Wasze historie jak gąbka, zaczęłam marzyć o takim porodzie. Po kilku dniach, kiedy byłam już przekonana do swojej decyzji porozmawiałam z mężem. Pokazałam mu materiały dostępne na stronie. Przeczytał kilka historii i powiedział, że jeśli taka jest moja decyzja to On będzie mnie wspierał. Z mężem poszło jak z płatka, ale wiedziałam że czeka mnie jeszcze rozmowa z moim lekarzem. Pod skórą czułam, że nie będzie entuzjastycznie nastawiony do mojego pomysłu ,więc postanowiłam działać. Umówiłam się na wizytę do lekarki proVBAC, która miała odbyć się tydzień po wizycie u mojego lekarza prowadzącego (pomyślałam że jeśli mój lekarz się nie zgodzi, to po prostu go zmienię).  Ku mojemu zaskoczeniu lekarz wcale nie powiedział jednoznacznie nie. Co prawda trochę mnie ochrzanił, że jeszcze miesiąc temu walczyliśmy o to, abym nie urodziła wcześniaka a ja już wymyślam no ale… Dość długo rozmawialiśmy, niczym mnie nie straszył, powiedział że będziemy bacznie wszystko obserwować i podejmiemy najlepszą decyzję. Uwierzyłam mu. Byłam szczęśliwa po wyjściu z gabinetu, bo przecież wcale nie chciałam zmieniać lekarza. Przecież On jest najlepszy, najlepiej mnie zna. Zawsze mogłam na niego liczyć, zawsze odbierał ode mnie telefony i służył radą a zdarzało mi się dzwonić o kosmicznych godzinach. Po tej wizycie stwierdziłam, że skoro mój lekarz tak do tego wszystkiego podchodzi to nie będę konsultowała się z innym, bo przecież mam wsparcie.

Termin miałam na 19 lipca w Krakowie wszyscy przygotowywali się do Światowych Dni Młodych – my żyliśmy własnym życiem i przygotowywaliśmy się jak najlepiej potrafiliśmy do naszego porodu do porodu siłami natury po uprzednim cesarskim cięciu. W 35tc byłam umówiona z moim lekarzem na ściągnięcie szwu. Poszło szybko sprawinie i prawie bezboleśnie. Później USG, waga Synka 2800 więc raczej mały w porównaniu do brata Po KTG i badaniu lekarz stwierdził że prędko nie urodzę …i w tym momencie jego słowa prawie zwaliły mnie z nóg… „To jak umawiamy się na 12 lipca na cięcie?” Ale że co? Ja się na nic nie umawiam, przecież nie tak miało być, przecież ja chce rodzić dołem! Przecież rozmawialiśmy o tym! I wtedy usłyszałam, że niby tak, ale zbliżają się ŚDM, że przecież nie wiadomo jak będzie z dojazdem do szpitala, że On może nie dojechać na czas, a wtedy ordynator się nie zgodzi na taki poród i że lepiej będzie jak w ŚDM będę już z Małym w domu. No tak, idealne wskazanie do ciecia!  W życiu bym na to nie wpadła – porażka.

Tym sposobem w 36tc zostałam bez lekarza prowadzącego. Po tym co usłyszałam powiedziałam sobie, że ja już tam nie wrócę. Było mi źle, nie wiedziałam co mam robić i co będzie dalej. Byłam załamana. Z grupy wsparcia wiedziałam już gdzie w Krakowie mogę szukać pocieszenia i chodź wcześniej nie dopuszczałam myśli, że mogę powitać Synka w innym szpitalu niż Starszaka tak teraz wiedziałam, że muszę zaryzykować. Następnego dnia obdzwoniłam szpitale proVBAC i tak kilka dni później byłam już po pierwszej konsultacji u dr Wójcika w Przyszpitalnej poradni na ul. Kremerowskiej. Dostałam skierowanie na USG blizny i na pomiar miednicy. Tydzień później dostałam od doktora zielone światło na próbę porodu. Blizna w najcieńszym miejscu 2,2mm. Zdecydowaliśmy z mężem, że by czuć się pewniej, opłacimy dodatkową opiekę położnej. Trochę z przypadku trafiłam na cudowna panią Danusię, która bardzo wspierała mnie w mojej decyzji. Termin porodu zbliżał się wielkim krokami. Do moich wcześniejszych przygotowań (typu herbata z liści malin i olej z wiesiołka) dołączyła większa aktywność fizyczna i szeroko pojęte domowe porządki Za każdym razem KTG książkowe, zero skurczy, chociaż w nocy nie raz „coś” nie dawało mi spać.

Tydzień przed terminem skurcze na KTG się pojawiły. Młoda lekarka chciała nawet skierować mnie już do szpitala, tłumacząc że stan po cc i że trzeba uważać. Na szczęście skonsultowała się z dr Wójcikiem, który po badaniu stwierdził, że nie ma sensu kłaść mnie na oddział, zalecił tylko częstsze KTG. Na kolejnych badaniach żadnych skurczy, rozwarcie 1,5cm, główka wysoko.

W dniu terminu bardzo źle się czułam, pół dnia wymiotowałam, byłam osłabiona nie mogłam jeść ani pić. Wiedziałam, że tak naprawdę nic się nie dzieje, żadnych skurczy nie było. Zadzwoniłam do położnej. Porozmawiałyśmy, trochę się uspokoiłam, ale czułam wewnętrznie że potrzebuję wsparcia, ściągnęłam męża z pracy i na szczęście powoli wszystko się wyciszyło. Odebraliśmy Starszaka z przedszkola, poszliśmy na długi spacer, później na plac zabaw, pograliśmy w piłkę. Ciągle miałam nadzieję, że coś się ruszy. Nie ruszyło.

Kolejna noc była spokojna, wyspałam się, odprowadziłam Synka do przedszkola i wybrałam się na maraton zakupowy. Wróciłam do domu i po raz setny urządziłam wielkie sprzątanie. Po kolejnym KTG (byłam wtedy 2 dni po terminie ) lekarka dała mi czas do 26 lipca na rozruszanie akcji, a jeśli nic się nie będzie działo, we wtorek rano miałam się zgłosić do szpitala na badanie wydolności łożyska. W przychodni dostałam jeszcze przepustkę na dojazd do szpitala – było to konieczne ze względu na trwające ŚDM. Od razu po wyjściu z przychodni zadzwoniłam do położnej. Pani Danusia odpowiedziała na wszystkie nurtujące mnie pytania i jak zwykle mnie uspokoiła. Na końcu jak zwykle przypomniała, że mam zjeść konkretne śniadanie, bo muszę mieć siłę by rodzić

W zasadzie ta data 26 lipca była mi trochę na rękę. 25 lipca obchodziliśmy 3 urodziny Starszaka, więc chciałam być z Nim w tym dniu. A tak w ogóle, to przecież 26 są moje imieniny to idealna data na poród, pomyślałam

W poniedziałek wieczorem przyjechali moi rodzice, mieli zostać ze Starszakiem, kiedy my będziemy rodzic. Rano 26 lipca (za radą położnej) zjadłam śniadanie, pożegnałam się z Synkiem i ruszyliśmy do szpitala. Koło 10 przyjęli mnie na oddział i podłączyli pierwszą dawkę oksytocyny, leżałam tak chyba z 3 godziny, nie czułam skurczy chociaż na KTG „coś tam” się pisało. Odłączyli oxy, zjadłam obiad. Przyszedł dr Wójcik, zbadał mnie, popatrzył na KTG, powiedział że daje mi 2 dni, bo łożysko dłużej nie da rady. Złożył mi życzenia imieninowe i powiedział, że jeśli nic nie zacznie się dziać, to widzimy się w piątek na ponownym OCT. Miałam w głowie tysiące myśli, niby cieszyłam się, że mogę wrócić do domu, że mam jeszcze kolejne kilka dni na rozkręcenie akcji, ale z drugiej strony byłam już wykończona tym całym przeterminowaniem. Po drodze do domu zaliczyliśmy Mc Donalda. Miałam ogromną ochotę na pochłonięcie czegoś „obrzydliwego” Zjadłam, wypiłam kubek coca-coli i szczęśliwa wróciłam do domu Wieczorem zadzwoniłam do położnej, wyżaliłam się. Ustaliłyśmy, że jeśli nic się nie wydarzy, to w piątek (29 lipca) widzimy się w szpitalu.

Noc była ciężka, skurcze męczyły, ale były do zniesienia. Rano odszedł czop. Zaczęłam delikatnie krwawić. Byłam przeszczęśliwa, że Dzidzia daje znaki Niestety dzień mijał nadzwyczaj spokojnie, a ja w głowie już przewidywałam najgorszy scenariusz.

Wieczorem usiedliśmy z mężem na kanapie, rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki, cieszyliśmy się chwilą. Byłam spokojna jak nigdy wcześniej. Złe myśli odeszły, wsłuchiwałam się z muzykę, razem z Red Hot Chili Peppers nuciłam Dark Necessities Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie swój wymarzony poród.

Rano powtórka z rozrywki, śniadanie, buziak dla Małego i w drogę. Tym razem w szpitalu było spokojniej. Dość szybko przyjęli mnie na oddział. Blizna 2,2cm, rozwarcie 1,5 cm, główka wysoko. Położna zaprowadziła mnie na pierwsze piętro gdzie już czekała na mnie moja Pani D.

29 lipca, 10 dni po terminie o 9:18 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. W międzyczasie zbadała mnie Pani D. – zafundowała niezbyt komfortowy masaż i stwierdziła, że rozwarcie 2cm. Koło 11 skurcze zaczęły stawać się coraz bardzie wyczuwalne. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba się zaczyna. Po 30 minutach już wiedziałam, że nie chyba

Ja rodzę! Czuję skurcze! Hura!!

Moja radość nie trwała długo. Nie mogłam się ruszać, a ból z minuty na minutę był mocniejszy. Pani D. zdecydowała, że odpinamy KTG i kroplówkę, kazała mi pochodzić po korytarzu. Pomogło, było lżej, ale bardzo chciałam, żeby mąż był już przy mnie (to mogło się stać dopiero jak przejdziemy na salę porodową). Wróciłam na sale przygotowawczą – tam czekała na mnie Pani D. z ciepłą zupa i workiem Sako. Zjadłam zupę, niechcący natknęłam się w torbie na Snicersa – musiałam go zjeść, nooo musiałam, czułam że jak go zjem to urodzę naturalnie(co prawda był przygotowany dla Męża no ale.. ).

Kolejny zapis KTG miałam podłączony na worku, przy skurczach mogłam się delikatnie ruszać, co na tym etapie przynosiło ulgę. Pod oknami szpitala przedzierały się tłumy pielgrzymów, śpiewali, krzyczeli, a ja czułam się jakby mi kibicowali. Kolejna dawka oxy. O 13 miałam dość, w głowie błagałam o cesarkę. Koło 13:30 kolejne badanie 3,5cm, skurcze mocne regularne i decyzja o przeniesieniu na sale porodowa. Zadzwoniłam do męża – od tamtej chwili byliśmy już razem. Poszłam pod prysznic, ruszałam się – było trochę lepiej. Ciągle miałam uczucie, że zaraz zwymiotuję, czułam się tragicznie. Pani D. uspokajała, że to dobry znak, że szyjka pracuje. Po jakimś czasie znowu ktg na leżąco – wykańczało mnie to, ale położna obiecała, że postara się, żeby to był ostatni zapis w takiej pozycji. Dałam radę. Później wybawieniem okazała się piłka, bujałam się na niej delikatnie a Mąż przy skurczach dzielnie masował plecy.

Koło 16 byłam już tak zmęczona, że miedzy skurczami przysypiałam. Skurcze były tak bolesne, że poprosiłam o znieczulenie. Cudowne uczucie! Mogłam się zregenerować i nabrać sił. Później lekarka zdecydowała o przebiciu wód płodowych. W tym czasie Mąż czytał Maluchowi książkę, słuchaliśmy muzyki, zjedliśmy kolację. Później udało mi się na chwilę zasnąć. Około 19:40 zaczęło puszczać znieczulenie. Czułam delikatne skurcze. Po badaniu wielkie zaskoczenie – pełne rozwarcie. Mamy 10 cm. Nie wierzyłam. Pani D. zmobilizowała mnie do wstania z łóżka i podpięciu KTG na piłce. Po wstaniu czułam jak wody się sączą. Druga faza zaczęła się o 19:50. O 20:40 położna wytłumaczyła mi co mam robić gdy poczuję parcie i zaprosiła mnie na łóżko. Byłam przerażona – jak to już !? Wydawało mi się, że nie jestem gotowa, że te skurcze nie są na tyle bolesne, żebym dała radę przeć. Wydawało mi się, że ból będzie mocniejszy, że będę wiedziała co mam robić, ale nie wiedziałam. Pierwsze parcie masakra, główka się cofnęła. Parcie. Maż tłumaczył mi co kiedy mam robić i to było moje wybawienie, bo ja zupełnie tego nie czułam. W pewnym momencie Pani D. zapytała czy chcę dotkną główki, zdążyłam tylko wykrzyczeć: nie! bo już czułam, że nadchodzi kolejne parcie.

I tak o godzinie 21:10 powitaliśmy Ksawerego.

sdm2

Poczułam jego cudowne ciepło na moim brzuchu i zakochałam się bez pamięci Wtedy dotarło do mnie że się udało, urodziłam! Pani D. poinformowała nas że pępowina przestała tętnić więc tata zabrał się za przecięcie, a później mogliśmy się tulić. Mały urodził się z wagą 3760g i 53cm wzrostu. Obwód główki 38cm. Rodził się z rączką przy buzi i był owinięty pępowiną. Niestety pękłam i zostałam nacięta. Później okazało się, że jest problem z urodzeniem łożyska. Bardzo mnie to zaskoczyło. Musieli zabrać Małego na chwilę, bo ból był tak mocny, że nie byłam w stanie go utrzymać. Dostałam oksytocynę i kolejną dawkę znieczulenia. Okazało się, że łożysko przykleiło się do tylnej ściany. Musieli łyżeczkować. Na koniec zafundowali mi jeszcze sprawdzanie blizny (wiedziałam o tym, że w szpitalu mają takie procedury). Później szycie, niby na znieczuleniu, ale i tak czułam każdy ruch.

Zaraz po szyciu Maluch z tatą wrócili z ważenia.

Nasza sala pustoszeje, zostajemy tylko my i nasze Szczęście. Później, przytulasy i pierwsze karmienie. Pani D. zagląda do nas, przynosi nam słodką herbatę i kolejną kolację. Koło 24 wędrujemy na 2 piętro. Dostajemy pożegnalnego buziaka od taty, cały potok wspaniałych słów od Pani D. i zostajemy w tę piękną noc sami. Ja i mój Syn. Patrzę na Niego jak spokojnie śpi, ja sama nie mogę zasnąć. Patrzę i ciągle się uśmiecham. Patrzę i wciąż nie wierze, że się udało.

Nasz magiczny czas!

Czy tak wyobrażałam sobie mój poród?

Nie.

Myśląc o nim wcześniej, nie chciałam indukcji, nie chciałam oksytocyny, nie chciałam rodzić w znieczuleniu. Chciałam urodzić jak najbardziej naturalnie.

Nie udało się. Sama z biegiem upływających dni zgodziłam się na indukcję, sama widziałam, że po każdej próbie odłączenia oksytocyny skurcze słabły i stawały się nieefektywne, więc godziłam się na kolejne dawki. Sama po wcześniejszej rozmowie z położną zdecydowałam się na znieczulenie. To były moje świadome decyzje, których dziś nie żałuję .Czułam że to mój poród i że to ja o wszystkim decyduję. Dzięki wiedzy zdobytej na grupie wsparcia, dzięki pełnemu zaufaniu mojej cudownej położnej i wielkiemu wsparciu mojego Męża czuję się spełnioną mamą moich cudownych Synów.

Dziś wiem, że poród drogami natury to niewyobrażalny ból, ale wiem też, że to jedyny ból który ma sens. Ból który prowadzi do najpiękniejszych chwil w życiu kobiety i daje spełnienie.

Ania

Duże Szczęście – VBAC na urodziny (Knurów)

Nie jeden raz pisałam już, że szacowana masa dziecka przekraczająca 4 kg NIE jest bezwzględnym przeciwwskazaniem do próby VBAC. Historia Ewy pokazuje, że 4700g szczęścia również można urodzić naturalnie po cesarce:)

Historia mojego VBAC rozpoczęła się w sierpniu 2014 roku, na sali pooperacyjnej, gdy przez cesarskie cięcie przyszła na świat moja córka z powodu zagrażającej zamartwicy w 42tc. Poród dobrze wspominam, szybko doszłam do siebie, nie było żadnych komplikacji, ale czułam niedosyt. Czułam, że nie tak miało być, że natura inaczej to wymyśliła.
Od razu zaczęłam szukać informacji ma temat porodu naturalnego po cięciu i ku mojej radości znalazłam informacje, że tak się da. W mojej vbacowej drodze bardzo wspierał mnie mój mąż oraz lekarz. Zaplanowaliśmy drugą ciążę tak, aby minęło przynajmniej 18 miesięcy od cc, lekarz uznał to za bezpieczny czas a ja byłam zdeterminowana.
Przez całą ciążę czułam się świetnie, byłam aktywna a dzidziuś dobrze się rozwijał. Pod koniec, gdy termin porodu zbliżał się już dużymi krokami, zaczęłam mieć wątpliwości. Okazało się, że dziecko będzie duże albo nawet bardzo duże. Tydzień przed terminem byłam na konsultacji u innego lekarza, mały na USG miał już 3850g. Dostałam skierowanie na CC na zimno. W tym momencie trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce i po przeczytaniu wielu postów postanowiłam schować skierowanie do szuflady. Mam je jeszcze na pamiątkę, na szczęście nie było potrzebne. Uznałam, że jestem wysoka i dam radę urodzić dziecko nawet trochę ponad 4kg.
Dwa dni przed terminem, dokładnie w moje urodziny nad ranem obudziły mnie delikatne skurcze. Niby nic nadzwyczajnego pod koniec ciąży, ale ucieszyła mnie ich regularność co 5-7 minut. Pora na bobasa! Potem było już sprawnie: córka do Dziadków, ja z mężem na izbę, badanie jedno, drugie, ktg, USG i szok! Dziecko z wagą prognozowaną 4500g. Poprosiłam o powtórzenie badania i wyszło 4700g. Wielu odradzało mi próbę porodu naturalnego, ale mój lekarz pozwolił mi spróbować na własną odpowiedzialność i zaproponował przebicie wód. Zgodziłam się bez wahania, zaufałam. Poczekaliśmy, aż sala na ewentualne cc się zwolni i o 15:30 przebito wody. Potem to już był ekspres. Dostałam gaz rozweselający, byłam pod prysznicem, na piłce i nie wiem co to kryzys 7cm, bo u mnie w badaniu było 6cm a za godzinę już 10. Wykres ktg był poza skalą a ja z uśmiechem na twarzy cieszyłam się z każdego kolejnego skurczu, ból był do zniesienia a ja nastawiona na działanie. Cały czas dzielnie wspierał mnie mąż i położna. Pod koniec towarzyszyło mi 2 lekarzy i 3 położne, wszyscy na oddziale wiedzieli, że rodzi się duży vbac. Co chwilę ktoś pytał mnie o bliznę, o ból między skurczami i ogólne samopoczucie. Wszystko szło szybko i sprawnie.
Karol urodził się po godzinie skurczy partych o 19:25. Miał faktycznie 4700g. Czułam się świetnie. Byłam szczęśliwa, dumna i spełniona.
Dziękuję Naturalnie po Cesarce za wsparcie. Bez Was zdecydowałabym się na cesarskie cięcie na zimno co pewnie ograniczyłoby ilość naszych dzieci. Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę i dzięki Wam mam dalej taką możliwość!
DSC05793

„Kto nie boi się wierzyć, że się uda? Ja nie! Ja wierzę, wiara czyni cuda!” Vbacowy cud narodzin w Wielkopolsce.

Dzisiejsza opowieść wywołała we mnie prawdziwy koktajl emocji. Od tych  trudnych (smutku, złości, frustracji), jakich doświadczałam czytając o warunkach i podejściu personelu szpitala, do tych ogromnie pozytywnych – radości, wzruszenia, zachwytu nad cudem natury jakim są narodziny i podziwu dla siły i mądrości Kobiety, która tą historią postanowiła się podzielić. Oto opowieść o porodach Małgosi:

Moja historia rozpoczyna się w momencie, w którym usłyszałam od czterech różnych lekarzy, że będę miała wielkie trudności z zajściem w ciążę. Jak się niewiele później okazało, wcale nie było to takie trudne 😉 Niecały rok po ślubie urodziłam przez cc naszą pierwszą córeczkę – Martynkę. Podobno moja budowa ciała miała uniemożliwić mi poród naturalny dziecka ponad 4200-gramowego, dlatego przyniesiono mi do podpisania papierek ze zgodą na cesarkę. Nikt z dyżurujących lekarzy, czy położnych nie pofatygował się do mnie, by ze mną na ten temat porozmawiać. A ja, jako, że była to moja pierwsza ciąża i byłam bardzo nieświadoma, naiwna i ślepo-wierząca w nieomylność i rację lekarzy, podpisałam zgodę, o nic nie pytając.

W międzyczasie pojawił się mój lekarz prowadzący. Zdziwił się, kiedy usłyszał o planowanym zabiegu. Porozmawiał ze mną na temat operacji i czym ona będzie dla dzidziusia. Niestety wtedy nie pomyślałam, że jeszcze mogę wyrazić sprzeciw wobec cesarki, wystarczy, że o tym powiem ordynatorowi szpitala. To był mój błąd. Mój strach i brak asertywności zasądziły o takim a nie innym rozwiązaniu ciąży.

Martynka urodziła się przez cesarskie cięcie na początku kwietnia 2014 roku, o 11.42, mając 3420 gram(a nie planowane 4200 i więcej), 54 centymetry długości oraz 9 punktów w skali Apgar (za kolor skóry). W drugiej dobie po porodzie przegoniono mnie z jednej sali na drugą, każąc przenosić wszystkie swoje rzeczy i dziecko. Oczywiście bez przemyślenia chwyciłam cały ciężki bagaż w jedną rękę, drugą pchałam dziecko i udałam się tam, gdzie mi zalecono. Zaraz po tej jakże przyjemnej, dla dopiero co operowanej kobiety, dawce aerobiku, dostałam krwotoku i trafiłam kolejny raz na stół operacyjny. Od tamtego momentu wszystko zaczęło się powoli uspokajać i goić. Najdłużej zdrowiała moja dusza. Poczucie winy (przecież mogłam się odezwać) i niespełnienia towarzyszyły mi przez bardzo długi czas. Chyba już na zawsze gdzieś tam pozostaną. Przepracowane, czy nie, ale są częścią mnie, częścią jednej z najpiękniejszych chwil mojego życia – pojawienia się upragnionego dziecka.

Gdy dowiedziałam się o drugiej ciąży, pierwsze co pomyślałam, to: „Nigdy więcej cesarki bez podstaw!”. Lekarz prowadzący stwierdził, że jeśli nie będzie żadnych przeciwskazań ze strony dzidziusia i mojej, to mam zielone światło na poród sn. Słowa te sprawiły, że do połowy ciąży byłam spokojna, nie myślałam też zbyt wiele o zbliżającym się terminie rozwiązania. Sytuacja zaczęła się zmieniać w okolicy 6 miesiąca. Wtedy otrzymałam wiele wsparcia od moich bliskich. Szczególnie od mamy i siostry. Zadręczałam je pytaniami o poród i nieświadomie wymagałam na nich ciągłe potwierdzanie, że na pewno mi się uda, że dam radę. Mój mąż też nie miał ze mną łatwego życia. Pod koniec szóstego miesiąca zaczęłam co drugi dzień płakać, bo nie wiedziałam, czy podejmując decyzję o porodzie siłami natury, postępuję właściwie. Znajome, które były po dwóch lub trzech cięciach, na wieść o moim pomyśle rodzenia naturalnie, mówiły: teraz tak twierdzisz, tak chyba miała każda z nas, ale jak usłyszysz o rozchodzącej się bliźnie, czy pękającej macicy, to szybko zmienisz zdanie! Ich słowa spowodowały, że zaczęłam szukać coraz więcej informacji na temat vbaców.

Niestety większość artykułów, do których dotarłam, raczej mnie przerażała, a nie uspokajała. W siódmym miesiącu ciąży wpadałam już w panikę. Na dodatek teściowie nie byli zachwyceni moim pomysłem, bo po co ryzykować. Mąż, chociaż starał się mnie wspierać, to czasem pytał, dlaczego uparłam się rodzić naturalnie. Miałam totalny chaos w głowie i w sercu. Moja mama zaprzęgła chyba wszystkie swoje znajome do modlitwy za mnie, za dzidzię i za nasz poród. To mnie bardzo uspokoiło. W końcu dotarłam na stronę Naturalnie po cesarce, a niewiele później zapisałam się do grupy wsparcia. To było to, czego szukałam. Tyle historii. Tyle emocji. Tyle udanych i zakończonych cc vbac-ów. Tyle wsparcia. Zaczęłam wierzyć, że się uda. Że nawet jeśli nie urodzę siłami natury, to zrobię wszystko, żeby nie mieć cc na zimno. Tak też zrobiłam.

U nas w mieście każda ciężarna musi ok. miesiąca przed porodem udać się do szpitala na tzw. badania jednodniowe. Na początku kwietnia trafiłam zatem na oddział położniczy. Panie na izbie przyjęć, słysząc moją deklarację o naturalnym porodzie, stwierdziły z przekąsem: „chyba nie u nas w szpitalu”. Niezbyt podbudowana takim komentarzem czekałam, co powie na temat mojego pomysłu zgromadzenie lekarzy. Na badaniu przez ordynatora (nasz szpital jest dość mały i prawie zawsze te badania są przeprowadzane przez ordynatora w asyście wszystkich lekarzy i dyżurujących położnych – czasem jest ponad 10 osób w sali badań), gdy już chciano ustalić mi termin cc, powiedziałam głośno, że chcę rodzić naturalnie. Niektórzy spojrzeli na mnie jak na niespełna rozumu. Pan ordynator stwierdził, że jeśli podpiszę oświadczenie, że nie zgadzam się na sugerowane przez nich cesarskie cięcie oraz jeśli nie wystąpią żadne przeciwskazania, to mogę rodzić. Kazano mi stawić się na oddziale na kilka dni przed terminem rozwiązania. Oczywiście do domu wracałam jak na skrzydłach, bo usłyszałam upragnione „TAK” dla porodu naturalnego.

Na kilka dni przed rozwiązaniem stawiłam się w szpitalu. Robiono mi podstawowe badania, w tym ktg. Niestety codziennie miałam któryś zapis powtarzany, ponieważ niepokojąco się zawężał. Bywało, że trzy razy dziennie po dwie godziny leżałam podpięta pod to ustrojstwo. W sumie 6h. Obłęd. W dodatku nikt mi nic nie mówił. Mój lekarz prowadzący od jakiegoś czasu nie pracuje w tym szpitalu, więc nie miał się kto o mnie troszczyć. Jest to dosyć smutne w dzisiejszych czasach. Każdy lekarz troszczy się o swojego pacjenta. Ciągle słyszałam komentarze o podejmowanym przeze mnie ryzyku, które miały chyba mną wstrząsnąć i wpłynąć na zmianę decyzji. Wszyscy wkoło uważali, że byłoby bezpieczniej dla mnie i dziecka, gdybym zgodziła się na cięcie. Czułam wielką presję. Czułam, że wszyscy woleliby zrobić mi cięcie i mieć mój poród z głowy.

W międzyczasie okazało się, że szpital nie posiada drukowanych oświadczeń o chęci porodu sn po cc, więc cały tekst został mi podyktowany słowo po słowie. Pani doktor nie omieszkała zawrzeć w nim stwierdzenia o możliwości urodzenia martwego dziecka przez podjętą przeze mnie decyzję. Tego właśnie trzeba ciężarnej oczekującej porodu. Niech wie, że działa na własne ryzyko i tylko sobie będzie winna, jeśli coś pójdzie nie tak. Nic, tylko rodzić! 😀 Przerażona wróciłam do sali, ale nie dałam się tak łatwo zastraszyć. Pomodliłam się i przyszedł spokój (Czułam się jak desperatka, więc na czas przedporodowy obrałam sobie za patronów Maryję, św. Gerarda i św. Ritę od spraw beznadziejnych – z takim wsparciem da się rodzić :D) Wiem, że personel nie robił tego złośliwie. W pewnym momencie jednak nie wytrzymałam, nerwy puściły i musiałam sobie popłakać. Do teraz się śmieję, że to była najbardziej spektakularna załamka, jaką widział ten szpital i moi bliscy. Poszłam do toalety, żeby sobie kulturalnie pochlipać mężowi w słuchawkę i tym samym nie denerwować niepotrzebnie dziewczyn na sali. Pech chciał, że mąż akurat był zajęty pracą na ogrodzie, więc włączył rozmowę na głośnik. Tym sposobem wszyscy wkoło niego, czyli moja córeczka, moi rodzice i moja siostrzenica słyszeli mój szloch. Dodam jeszcze, że uchodzę za osobę bardzo zrównoważoną, więc gdy usłyszeli mnie w tym stanie, wpadli w panikę. Za 15 minut moja mama przybiegła na oddział w nerwach wołając i pytając dziewczyn, gdzie jestem, bo wie, że płaczę. Cały zastęp ciężarnych super dziewczyn zaczęło mnie szukać. Jak już zostałam odnaleziona, zapewniłam je, że nic takiego się ze mną nie dzieje, po prostu mam kryzys. Żeby nie robić sobie więcej wstydu, wyszłam z rodzicami na korytarz. Nie mogłam się uspokoić. Łzy ciągle kapały i kapały i nie chciały przestać. Jakby tego było mało, okazało się, że w tym dniu odwiedziła szpital grupa ze szkoły rodzenia, na którą uczęszczałam! Oczywiście wychodząc z oddziału minęły mnie wszystkie znajome dziewczyny… Nie mogło być chyba gorzej, a jednak.

Poszłam z mężem na rozmowę z lekarką mającą tego dnia dyżur. Poradziła mi to moja wspaniała położna, myśląc, że to mnie uspokoi i ukoi skołatane nerwy. Jeśli ktoś spodziewa się rozmowy twarzą w twarz w zacisznych, budzących spokój i zaufanie warunkach, niestety musi zmienić szpital. Zostaliśmy przyjęci na korytarzu! Zero prywatności. Podobno wszystkie rozmowy tak tam wyglądają. Wszystkie odbywają się na korytarzu! Jakby tego było mało, zostaliśmy niezwykle niemiło potraktowani, a ja szczególnie. Cytuję: ”czy myślę, że jak mi łezki pociekną, to wszyscy zaczną wokół mnie biegać na paluszkach?”. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Może pani doktor miała zły humor i kiepski dzień. Może zostałam źle zrozumiana. Nie mam pojęcia. Do teraz się zastanawiam, kto znający emocje ciężarnych przed porodem, jest w stanie wpędzić je w jeszcze większą histerię, zamiast uspokoić i pocieszyć. Chciałam tylko usłyszeć, że wszystko z dzidzią jest ok i że jestem w dobrych rękach. Nic ponadto. Niestety nie było mi to dane. Koniec końców zmusiłam się do zebrania w kupę, by na wieczornym obchodzie zdziwić się niemiłosiernie odmianą w zachowaniu dyżurującej pani doktor. Była bardzo miła, rozumiejąca i po prostu sympatyczna. Można? Można. Ale po co.

Kolejne dni mijały, kolejne ktg, kolejne powtórki ktg i tak do nocy z wtorku na środę. O 1 w nocy w dzień terminu wyznaczonego przeze mnie, tj. 4.05.2016 obudziły mnie skurcze. Próbowałam zasnąć dalej, ale niestety skurcze na to nie pozwalały, były bolesne, pojawiały się co 3-4 minuty, więc wstałam i zaczęłam spacerować po sali. Koło 5 podłączono mnie pod ktg. Wtedy pomyślałam sobie, że chyba nie ma nic gorszego od rodzenia na leżąco :) Mimo bólu i dyskomfortu nie opuszczał mnie dobry nastrój. Napisałam mężowi, że prawdopodobnie coś się zaczęło. Byłam tak przejęta, że nie mogłam nic jeść. Wciągnęłam suchą kromkę chleba. Po tym odżywczym śniadaniu poszłam pod gorący prysznic. Skurcze się nasilały, były już co 2-3 minuty. O 9.30 zastępca ordynatora zalecił podłączenie mnie pod ktg na sali porodowej. Ze stresu skurcze zaczęły słabnąć, ale po godzinie znowu się rozkręciły. Dyżurująca pani doktor (żeby życie miało dla mnie smaczek była to ta sama pani doktor, która dyktowała mi oświadczenie i jednocześnie ta sama, z którą wcześniej miałam nieprzyjemną rozmowę) powiedziała mojej położnej, żeby dała mi gaz. Powdychałam go sobie troszkę i skurcze stały się bardziej znośne, szyjka ślicznie się zgładziła, za to częstotliwość skurczów znowu opadła. Zagryzłam zęby i próbowałam jak najdłużej wytrwać bez wspomagaczy. Leżąc na tym nieszczęsnym łóżku błagałam o pozwolenie na chodzenie, skakanie, cokolwiek, byle ruszyć się z miejsca i nie czuć, jakbym zaraz miała tam umrzeć. Niestety ze względu na stan po cięciu, przedpotopowe ktg i ogólną politykę szpitala, nie pozwolono mi wstać.

O 10.30 miałam 4 cm rozwarcia. Moje ciało rodziło swoim rytmem. Ok.12.00 przy badaniu nastąpiła chwila grozy, ponieważ spadło małej tętno. Porzucałam się trochę na łóżku z jednej strony na drugą i wszystko wróciło do normy. O 14.00, gdy koleżanka rodząca na łóżku obok miała 9 cm, ja miałam zaledwie 6 cm. Mój duch troszkę osłabł, gdy usłyszał, jaka różnica nas dzieli i ile mi jeszcze zostało do końca po 11 godzinach męczarni. W dodatku znowu na badaniu spadło małej tętno. Czułam, że cesarka jest coraz bliżej. O dziwo wewnątrz byłam spokojna i myślałam sobie, że co ma być, to będzie. Zdrowie dziecka i moje jest na pierwszym miejscu. Na szczęście, po kolejnych ruchach z jednej na drugą stronę łóżka, tętno powróciło do normy. W międzyczasie wezwano anestezjologa z drugiego szpitala (u nas na porodówce nie ma na stałe anestezjologa, dlatego nie mamy również dostępu do znieczulenia zewnątrzoponowego), żeby był na miejscu w razie konieczności cięcia. Od godziny 15.00 w ogóle nic nie pamiętam, oprócz budzenia się na skurcze. O 15.40 pojawiły się parte i tu dopiero zaczęła się zabawa. Parłam mając jedną nogę na pani doktor, a drugą na położnej. Moja położna przytrzymywała mi głowę i mówiła, kiedy brać wdechy, a mąż krzyczał do ucha motywujące teksty. Pierwsze parcia były nieefektywne, gdyż całą parę wypuszczałam płucami, a nie dołem. W końcu, po 25 minutach totalnej wariacji, o 16.04 przyszła na świat moja maleńka Wiktoria, moje Zwycięstwo. 25 miesięcy po 1 cc, po 15 godzinach skurczy, mając 3440 gram, 53 centymetrów i 9 punktów w skali Apgar. Mała wyglądała jak ufoludek ze względu na maziste zielone wody, ale dla mnie i tak była najpiękniejsza na świecie . Gdy zaczęto wyjmować pępowinę usłyszałam: „o matko! Pani doktor! Niech pani spojrzy! Węzeł!”, by za chwilę znowu usłyszeć: „Matko kochana! Matko kochana! Jeszcze jeden! Naprawdę jest jeszcze jeden!”.

8244_4_26-umbilical-cord-knot

Zdjęcie poglądowe – nie stanowi części historii porodowej.

Rodząc Wiktorię, dowiedziałam się, że cuda się zdarzają. Że taki cud zdarzył się i mnie. „Kto nie boi się wierzyć, że się uda? Ja nie! Ja wierzę! Wiara czyni cuda!” – to był hymn mojej ciąży, który sprawdził się w 100%. Moja córeczka urodziła się całkiem zdrowa w naturalny sposób, mając zawiązane na pępowinie dwa węzły prawdziwe. Do teraz przechodzą mnie ciarki, gdy pomyślę, co się mogło stać. Że mogła urodzić się w silnym niedotlenieniu. Że mogłam ją stracić, gdy jeszcze rozwijała się w brzuszku. Po porodzie mój mąż powiedział na głos z dumą, że urodziłam na przekór wszystkiemu i wszystkim. To zdanie pięknie podsumowało mój pobyt i czekanie w szpitalu na poród.

Nie wiem, czy kiedykolwiek byłyście w takiej sytuacji, w której wiedziałyście, że umysł trzeba wyciszyć, żeby dał pracować ciału. Są w naszym życiu takie momenty, kiedy musimy zdać się na instynkt, na wrodzoną mądrość natury. Dla mnie tą chwilą był poród. Była we mnie modlitwa, wiara i przepiękna jedność ciała i ducha, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Wiem, że byłabym spokojna, nawet wtedy, gdy potrzebne byłoby zrobienie cięcia. Zrozumiałam, że poród naprawdę w dużej mierze znajduje się w naszej głowie. Oczywiście nie wszystko zależy od nas, czy od naszego nastawienia, ale jednak ma ono niebagatelny wpływ na przebieg narodzin. Takie godzenie się z tym, co ma nadejść, uzdrowiło mój umysł i ociepliło myśli o poprzedniej cesarce. Każdej z Was, dziewczyny życzę nie tylko tego, żeby vbac się udał. Życzę Wam tego, co będzie najlepsze dla Was i Waszych maleństw. Życzę Wam ogromu wsparcia od bliskich, mądrego personelu i spokoju ducha. By cud narodzin mógł się stać. W ten lub inny sposób. Amen.

VBAC po 2 nocach przygotowań i 12 godzinach rodzenia (Rzeszów)

Brak postępu porodu – król współczesnych wskazań do cięcia cesarskiego. Wskazanie pod którym wiele się może kryć. Wskazanie często nadużywane i stawiane pochopnie… Może w końcu zbiorę się by napisać na jego temat osobny, wyjaśniający post. Tymczasem, opowieść Ani o tym jak można urodzić naturalnie po cięciu cesarskim z powodu braku postępu porodu.

baby_foot_black_and_white

„Jestem miesiąc przed terminem i popadam w panikę gdzie mam rodzić tak żeby się udało naturalnie”. Od tego moja historia vbac się zaczęła na poważnie.

To, że chcę próbować rodzić sn wiedziałam już po pierwszej cesarce, która odbyła się w 2014 roku. Jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu pytałam położną, co w przypadku drugiej ciąży, czy dostanę pozwolenie na poród naturalny i jaki czas jest potrzebny od porodu do porodu żeby móc próbować. Niestety nie dano mi nadziei. Ja jednak w głowie cały czas miałam niedosyt, że nie udało się naturalnie i że na pewno będę próbować przy kolejnej ciąży. Pierwsza ciąża zakończona cc z powodu braku postępu porodu.

Przez całą drugą ciążę zastanawiałam się czy wybrałam dobrego lekarza, który poprze moją decyzję o próbie porodu naturalnego i do którego szpitala pojechać rodzić. Kogo wziąć ze sobą, żeby mieć dobre wsparcie.

Miesiąc przed terminem opowiedziałam znajomej o swoich wątpliwościach a ona bez zastanowienia poleciła mi konkretny szpital. Sama była po porodzie i miała okazję leżeć z kobietą, której udało sie urodzić po dwóch cesarkach. I tak po nitce do kłębka dotarłam na stronę naturalniepocesarce.pl i do grupy wsparcia.

Wczytywałam się w historie udanych vbac,  rozmawiałam i pytałam dziewczyn, który szpital polecają. Wiele nieprzespanych nocy spędzonych na przemyśleniach. To był stresujący czas. Dotarłam również do douli, która  podpowiadała jak się przygotować do porodu. Wcześniej spotkałam się z prywatną położną. Nie negowała mojej decyzji, ale też nie czułam wsparcia. Raczej odradzała próbę naturalnego porodu i nie dawała większych szans na powodzenie sn.

Ostatecznie podjęłam decyzje o miejscu porodu [Szpital Miejski, Rycerska (przyp. red.)]. Kamień z serca.  Druga decyzja: osobą towarzyszącą będzie mąż i doula. Niestety mąż nie mógł być przy porodzie, ale na szczęście była doula. Wcześniej nie rozumiałam jak można prosić kogoś obcego by towarzyszył przy porodzie i wydawało mi się, że ja na pewno douli mieć nie będę.

Tydzień przed porodem trafiłam do szpitala z powodu złego zapisu ktg. Zero rozwarcia, szyjka długa, słabe, nieregularne skurcze. Codziennie czekałam na rozwój akcji. Zapisy wychodziły prawidłowo, a lekarze uspokajali, że mamy czas. Dwa dni przed porodem zaczęły się mocne skurcze nocne, które nie pozwalały spać. W dzień wszystko się wyciszało. Odszedł czop. Radość moja była wielka. Coś się działo :). Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.

Trzeciej nocy skurcze nie pozwoliły leżeć. Poszłam na salę porodową. Rozwarcie na palec. Trochę byłam przestraszona że za mało i znowu akcja utknie w martwym punkcie. Ale lekarka uspokajała. Dostałam poduszkę i kołdrę żeby móc drzemać.

Skurcze nad ranem zaczęły się wyciszać…Przyszedł lekarz i znowu pocieszał, że się uda. Podano mi oksytocynę. Później przebicie pęcherza płodowego. Szyjka skracała się nie symetrycznie. Poród postępował bardzo powoli i wśród położnych krążyło hasło, że najwyżej zakończymy cesarką. Po ok 11 godz porodu położna zapytała czy na pewno chcę nadal próbować. Widziałam zmęczenie i bezradność w jej oczach. (A uważam, że nie mogłam trafić na lepszą położną.  Otoczyła mnie profesjonalną opieką i wyjątkowym ciepłem). Chciałam się poddać i wbrew temu co myślałam powiedziałam TAK. No i się zaczęło. Doula zachęciła mnie, żebym zeszła z łóżka, żeby się poruszać. Wcale nie miałam już na to siły. Ale posłuchałam. Stałam przy poręczy i ruszałam się w swoim rytmie.
Nadeszły długo oczekiwane bóle parte. Powrót na łóżko. I tu wspaniała praca ze strony personelu. Ciągła zmiana pozycji i motywowanie. Udało się, po 12 godzinach urodziłam synka 3850g i 59cm.

Dziękuję wszystkim którzy pomogli mi tego dokonać, całemu personelowi medycznemu, szczególnie Pani położnej, douli, która była ze mną przez cały poród, za jej ciepło,wspaniały masaż nóg w trakcie skurczów i silną rękę przy bólach partych.

Historia z Trzema Archaniołami w tle (Warszawa)

Znów historia cc z braku postępu porodu. I znów UDANY VBAC!!! Wbrew wróżeniu lekarza, ale za to ze wspaniałym wsparciem bliskich:) Oto opowieść Dobromiły:

31.05.2015 miałam cc z powodu braku postępu porodu… Sączące wody, oxy 24h. Młoda zdrowa 3240g, ale ja dochodziłam do siebie 2mce… Nie rozumiałam jak można chcieć cc z własnego wyboru. Bardzo żałowałam, że nie udało się urodzić SN… Gdy po 7mcach znów zaszłam w ciążę byłam załamana, że znów czeka mnie CC… Ale dowiedziałam się, że jest coś takiego jak VBAC a potem trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia . Gdyby nie to pewnie bym miała CC na zimno przed terminem jak sugerował ginekolog…

Ale do rzeczy Termin miałam na 22.09. W 35tc byłam na USG i pani doktor stwierdziła, że dzidzia już tak nisko ma główkę, że na pewno urodzę wcześniej. Wtedy ważyła ok 2860g czyli nie tak mało. Pani doktor kazała się oszczędzać, ale jak to zrobić mając 15miesięczną niechodzącą córeczkę w domu, więc się raczej nie oszczędzałam 😛 W piątek 23.09. pojechaliśmy na ktg na Żelazną gdzie mnie zbadał pan doktor wzdłuż i w szerz i stwierdził że młoda duża waży ok 4060g i że nie wróży mi porodu sn…

Poryczałam się i załamałam… Pojechałam do rodziców, a rodzice bardzo proVBACowi, bo doskonale wiedzieli co to jest CC, a mama po CC urodziła i mnie, i młodszą siostrę naturalnie Zaczęli mnie pocieszać, wspierać i mówić, że dam radę. Pocieszona i z nową nadzieją postanowiłam poczekać w domu na akcje, mimo, że lekarz sugerował hospitalizacje (na Żelaznej nie było miejsc więc gdzieś indziej).

Powoli zaczęłam się martwić bo 26.09… 27.09.. i nic… Mama poleciła mi ten nieszczęsny olejek rycynowy… Jednak i aptekarka, i znajomi, i ta grupa troszkę podcięła moje chęci do spożycia „koktajlu”. W końcu w środę rano poczułam taki inny ból właśnie jak na miesiączkę w dole brzucha i takie w dole pleców… Zaczęłam się ekscytować czy to już, ale nie ściągałam męża z pracy, bo skurcze były rzadkie . Udało mi się nawet zdrzemnąć w ciągu dnia . Wieczorem o g.19 jak mąż wrócił z pracy włączyliśmy aplikacje „Pora na bobasa”, żeby policzyć skurcze, bo były już naprawdę częste (choć słabe). Okazało się, że co 2 min po 20 sekund . Napisałam do na grupę, potem załatwiłam opiekę dla córeczki, wykąpaliśmy młodą i mnie, dopakowaliśmy torbę i o g.23 wyruszyliśmy z Otwocka do Warszawy . W drodze zadzwoniłam do mojej mamy i moja siostra stwierdziła, że chyba mi skurcze odpuściły bo były co 5 minut. Mama powiedziała żebyśmy w takim razie zajechali do nich na herbatkę na Tarchomin aby akcja się rozkręciła „bo jak teraz pojedziesz to Cię tam pokroją” . Wpadliśmy na herbatkę a tam mama dała mi taki obrazek z Aniołem Stróżem i intencją:) Mama napisała do jednego zakonu z prośbą o modlitwę nowenny do Trzech Archaniołów, których święto przypada 29.09. Nowenna trwała od 20 do 28 września i właśnie w środę przyszedł pocztą ten obrazek z zapewnieniem, że modlitwa w intencji szczęśliwego rozwiązania mojej ciąży została odmówiona Od razu uwierzyłam, że to naprawdę może się stać, że wszyscy się modlą, abym urodziła Klarunię naturalnie i aby wszystko poszło dobrze!

archangels

Ok 1:30 pojechaliśmy na Żelazną (naszukaliśmy się miejsca trochę:P). Od razu nas przyjęto, zaspana Pani doktor zbadała mnie, sprawdziła te wyniki poprzedniego lekarza i potem zrobiła szybkie USG. Powiedziała, że wychodzi jej mniejsza dzidzia niż temu lekarzowi 23.09. ale że główka jest tak nisko że nie da się zmierzyć… Troszkę mnie przestraszyła ale na pytanie „Jak pani chce rodzić” odpowiedziałam twardo „Naturalnie!”. Wszystkie tam panie patrzyły na mnie wielkimi oczami i taka dumna byłam, że robię „wrażenie”:P Przyszła przecudowna pani położna Aneta (nazwisko chyba na G ale nie pamiętam) i zaprowadziła nas do sali orzeszkowej . Tam się przebrałam i czekaliśmy na położną i jej „rozkazy” . Podłączyła mi płyny, KTG, a potem zwymiotowałam (organizm się przygotowywał ). Kazała niestety leżeć i to było dla mnie najgorsze bo skurcze, które nadeszły były tak bolesne i długie, że w życiu takich nie miałam… Zaczęłam wyć jak wilk do księżyca…

Mężuś cały czas był przy mnie i mnie wspierał mimo, że był po dniu w ciężkiej pracy fizycznej 12h i był strasznie zmęczony. Po 3h już zaczęłam błagać o jakieś znieczulenie, ale niestety „nie ma”… Doszło do tego, że zaczęłam mieć myśli czy CC nie było lepszym rozwiązaniem ale tego nie powiedziałam ani razu… Gdy zmieniałam pozycje albo skakałam na piłce było jako tako… najgorzej było na leżąco… W końcu aż piszczałam i czułam, że mi struny głosowe siadają 😛 Ból był PRZEOGROMNY!!! Przynieśli kroplówę oxy i zaczęłam się buntować, że nie chcę i nie… Ale pani położna przekonała mnie że trzeba… Szczerze? Wcale nie widziałam różnicy w bólu:P Gdy były przerwy w skurczach to kładłam głowę i spałam – mężuś to samo . W końcu ok 6 rano zaczęły się parte… I szczerze? Były o wiele mniej bolesne niż te wcześniejsze! Owszem parcie wymaga wysiłku ale przynajmniej czujesz, że działasz ;D O g.7 rano przyszła nowa położna normalnie jak Anioł była tak dla mnie miła, mówiła po imieniu „Dobrusia” i powiedziała, że „Pani zaraz urodzi” .

Normalnie nie mogłam uwierzyć, że tak szybko (choć wcześniej mi się dłużyło :P). Przyszły też jakieś młode położne pomóc, obok trzymał mnie mój mąż, motywował i pomagał dociskać moją głowę do klatki piersiowej, inne położne pomagały dociskać nogi do brzucha Słyszałam miliard miłych słów i tak niesamowicie motywujących. W końcu widziałam, że nowa położna pani „Anioł” coś tam szuka i doskonale rozumiałam czego… Aby mnie naciąć… Ale wiedząc, że córeczka nie jest mała stwierdziłam, że tak trzeba… Niestety bolało przy nacinaniu poczułam taki piekący ból ale wolę to niż CC . I zaraz wyszła śliczna główeńka mojej Klaruni . Jeszcze jeden skurcz i cała Klara była na rękach pani położnej a następnie wylądowała mi na piersiach <3 . Troszkę zrobili panikę bo zielone wody, ale młoda zrobiła po prostu kupkę z wrażenia i już było OK .

Trzymałam moją córeczkę w ramionach i patrzyliśmy na nią z mężem tak szczęśliwi jak nigdy . A tekst mojego męża na końcu sprawił, że miałam ochotę go wycałować. Powiedział: „Widzisz? Urodziliśmy Klarę RAZEM”!!!
K.O.N.I.E.C. <3

Podsumowanie:
Klara Gabriela Pływaczewska
urodzona SN 29.09 (Śwęto Trzech Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała) o g.7:15
Waga:3720g, Wzrost:56cm, 10 punktów apgar

P.S.Porównując poród CC do porodu SN są plusy i minusy ale fakt, że mogę chodzić bez zginana, że mogę się wyprostować, normalnie funkcjonować powoduje, że poród SN WYGRYWA PO CAŁOŚCI! Także NIGDY WIĘCEJ CC!!! VBAC RZĄDZI!!!

Mój szkocki vbac (Szkocja)

A tak wygląda VBAC w Szkocji – opowieść Kasi:

scottish_flag_infant_bodysuit

Zbieram się żeby w końcu opisać jak to było z nami.
Na początek  jednak trochę historii. Pierwszy synek przyszedł na świat w lipcu 2014 roku w Polsce. Ta ciąża była wyjątkowo trudna. Po czterech wcześniejszych stratach całe 9 miesięcy były pełne strachu: o zdrowie  maluszka i szczęśliwe zakończenie ciąży.

Od początku chciałam mimo wszystko rodzić sn – cesarka to była opcja, której nie brałam pod uwagę nawet w myślach, mimo tego, że mój lekarz przez moment proponował to jako bezpieczniejsze rozwiązanie.
Ale w końcu zdecydowaliśmy, że próbuję rodzić sn.

Mimo moich  najlepszych starań poród zakończył się jednak cieciem po 12 godzinach przy 10 cm rozwarcia kiedy okazało się że główka jest zbyt wysoko I  ciągle się cofa…
Świadomość tego, że byłam tak blisko … A jednak tak daleko i że sie nie udało przez wiele miesięcy potegowała uczucie żalu, pretensji do losu, że jako kobieta zawiodłam, moje ciało nie dało rady. Do tego doszła długa rekonwalescencja, blizna długo dawała mi się we znaki. Zaczęłam szukać pocieszenia w tej sytuacji. Wtedy też przypadkiem odkryłam grupę Naturalnie po cesarce i zaczęłam śledzić historie VBAC. Od tej chwili wstapiła we mnie nadzieja, że kolejna ciąża nie musi skończyć się cesarką.

W listopadzie 2015 roku okazało się że spodziewamy się  kolejnego dzieciątka. Byliśmy przeszczęśliwi. Tym razem moją ciąża była prowadzona w Szkocji. Po wielu za i przeciw uznałam, że moja próba VBAC znajdzie tutaj dużo większe wsparcie i przychylność szpitala i personelu.

I nie myliłam się od początku położna wspiera mój wybór. Tym razem ciąża przebiegała spokojnie i bez wiekszych problemów. Blizny nikt mi nie mierzył. Nie jest to uznawane  tutaj w Szkocji jako wyznacznik powodzenia vbac. Przez jakiś czas była we mnie obawa,że to może jednak źle …że może podejmuję zbyt duże ryzyko ? I strach,że może jednak się blizna rozejść. Na szczęście mój lekarz z Polski wspierał mój vbac I dodawał otuchy. Mąż też od początku wierzył, że dam radę.

Do porodu jakoś specjalnie się nie przygotowywałam. Tym razem miałam w sobie ten spokój, że wszystko potoczy się tak jak powinno. Ale z drugiej strony byłam pogodzona z możliwością cesarki gdyby zaszła taka konieczność. Poród zaczął się 13 lipca 2016 roku  4 dni przed terminem w nocy… cały dzień spedziłam na relaksie nad morzem. Byłam bardzo spokojna. I wyluzowana.

Cieszyłam się, że wszystko zaczęło się samoistnie gdyż w szpitalu w którym miałam rodzić po cc nie indukują porodu przy pomocy oxy. Kiedy skurcze były co 5 minut obudziłam męża i pojechaliśmy  do szpitala. Na miejscu położna po badaniu stwierdziła 3 cm ! Hura! A więc rodzimy.

Mogłam  wziąść prysznic i poskakać na piłce. Kiedy skurcze, zaczęły robić się nieznośne zdecydowałam się na gaz. Niestety od tego już momentu musiałam być unieruchomiona na łóżku i podpięta pod ktg. Na szczęście po gazie czułam się dobrze i mimo silnych skurczów pomógł mi się on  wyluzować na tyle, że ból był do wytrzymania.

Po  czterech godzinach kolejne badanie I tu ku mojemu zdziwieniu już 7 cm…Propozycja wzięcia znieczulenia…Ale  grzecznie odmawiam… czuję w sobie tą siłę i moc, że dam radę. Nie chce żadnych zbędnych ingerencji.

Po godzinie przychodzi nowa zmiana położnych. Mi trafia się młodziutka położna – nie cały rok po skończeniu szkoły. Na kolejnych skurczach mówię jej, że czuję już parte, na co ona, że to nie możliwe, że to za wcześnie, że pewnie dziecko leży w takiej pozycji, że uciska. Po kolejnych skurczach odchodzą wody. Naciskam Nicol, żeby jednak mnie zbadała ( tak to badają co 4 godziny). Ku jej zaskoczeniu okazuje się, że jest już 10 cm. Od tego momentu wszystko toczy się w ekspresowym tempie. Moment wyparcia główki wspominam jako najtrudniejszy. W tym porodzie  same skurcze były dla mnie nie najgorsze.

14 lipca 2016 roku o godz 9:10 po 6 godzinach akcji rodzi się nasz drugi synek. Dwa lata bez dwóch tygodni po cc. Od razu ląduje na moim brzuchu co jest cudownym doznaniem, którego brakło mi przy pierwszym synku, który szybko został zabrany na noworodki po otrzymaniu tylko calusa. Za to drugim skarbem mogliśmy się cieszyć nie przerwanie non stop. Mimo komplikacji pęknięcia krocza 3 stopnia i krwotoku bardzo szybko dochodzę do siebie.

24 godziny po porodzie jesteśmy już w domku. Podsumowując mój vbac mogę tylko powiedzieć, że nie miałam specjalnych oczekiwań, obaw przed tym czy się uda czy nie. Po prostu uwierzyłam, że jest we mnie ta siła. W odróżnieniu od pierwszego porodu był we mnie wewnętrzny spokój i opanowanie wiara, że jest to możliwe myślę, że to pozwoliło mi przeżyć ten piękny pórod w pełni tak jak zawsze o tym marzyłam.

Urodziłam zanim dotarło do mnie, że to już się dzieje (Katowice)

Często potrzeba wiele własnej determinacj by urodzić naturalnie po cesarce. Zwłaszcza po cesarce wykonanej z powodu „braku postępu porodu”. A jest to możliwe! Historia Asi jest tego przykładem:

 baby_foot_black_and_white
Trzy lata temu przeszłam cc, którą bardzo źle zniosłam fizycznie i psychicznie. Gdy zaszłam w ciążę po raz drugi, koszmarne wspomnienia wróciły. Przepłakałam dwa tygodnie pewna, że drugiej cesarki nie  przeżyję. Na szczęście trafiłam na stronę naturalniepocesarce i wiedziałam, że muszę spróbować. Wybrałam szpital Leszczyńskiego w Katowicach, bo mam zaufanie do jego lekarzy, a zwłaszcza do ordynatora, dr Świtały.
Zgłosiłam się do szpitala w 38 tc z powodu skurczy i lekarz dyżurny chciał namówić mnie na cc, jednak postanowił zaczekać na decyzję ordynatora. Skurcze minęły, ale zostałam na obserwacji. Następnego dnia ordynator dał mi szansę na pn, ale stwierdził, że szanse sa niewielkie (1 cc z powodu braku postępu porodu, powikłana, blizna 2mm). I tak spędziłam trzy dni w szpitalu, tłumacząc się na każdym obchodzie ze swojej decyzji. Aż we wtorek młoda pani doktor stwierdziła, że to super i ona chce być przy moim porodzie :) Ja zażartowałam, że mogę urodzić na jej dyżurze.
Zaczęły mnie łapać lekkie skurcze, ale sądziłam że to kolejny fałszywy alarm. Godzinę później bardzo rozbolał mnie kręgosłup. Poprosiłam o ktg, ale nie wykazało skurczy. Uznałam to za kolejną ciążową dolegliwość, wzięłam prysznic, zjadłam lody;) Ciągle leżałam na sali i żartowałam ze współlokatorkami. W końcu lekarz zawołał mnie na badanie, ale musiał pobiec na pilne cc. Zbadała mnie położna, którą spotkałam na korytarzu. Najpierw powiedziała mi, że jak boli tylko kręgosłup to na pewno nie rodzę, a za chwilę zrobiła wielkie oczy. Miałam rozwarcie na 6cm i odeszły mi wody. Nie zdążyłam ze znieczuleniem, a bardzo bałam się bólu. Jednak po chwili miałam już skurcze parte, które były o niebo lepsze od bólów krzyżowych. W sumie od odejścia wód bo urodzenia synka minęła niecała godzina. Przy końcówce kibicowało mi chyba z 15 osób.
Najwspanialsze było to, że po wszystkim mogłam przytulić synka, spełniło się moje marzenie o naturalnym porodzie. Udowodniłam sobie, że potrafię, że moje ciało jednak da radę. Mój mąż dojechał do szpitala na samą końcówkę akcji i nie został już wpuszczony na salę, ale oboje byliśmy z tego zadowoleni 😉
Już kilka godzin później sama zajmowałam się synkiem, bez tego potwornego bólu po cc.
Dziś jestem szczęśliwą mamą dwóch synów. Staram się myśleć już tyko o dobrych stronach. Że gdyby nie ta pierwsza cesarka, to nie doceniłabym pełni szczęścia i siły jaką dał mi naturalny poród.
Ale przyznam szczerze, że byłam w szoku, urodziłam zanim dotarło do mnie że to już się dzieje :)

To nie będzie próba porodu siłami natury, tylko tak urodzę (Poznań)

Ciąża niepodobna do żadnej z poprzednich zwieńczona cudnym VBACiem:) Oto historia Cherry:

To była moja trzecia, dość nieoczekiwana ciąża… Nieoczekiwana, bo moje starsze pociechy są z in vitro, a tu nagle niespodzianka – ciąża naturalna i do tego z zaskoczenia.

Ale najpierw trochę historii – numer 1 – ciąża książkowa, zero mdłości, cudowne samopoczucie, do 27tc kiedy rozpoczął się przedwczesny poród. Szpital, patologia ciąży, kroplówki i ogromny strach, że nie doczekam się swojego upragnionego dzidziusia. Ale na szczęście, leki zadziałały, założono mi pesar i dotrwałam do końca 36 tc. Później poszło szybko. Odeszły wody, masa bólu z krzyża, zero kontroli nad oddechem, ale udało się! Urodziłam zdrowego chłopca siłami natury bez nacięcia, z minimalnym pęknięciem. Bez oksytocyny, bez procedur medycznych w trakcie (były za to po). Było cudownie. Byłam jak na haju. Najszczęśliwsza na świecie.

Dwa lata później – powtórka. Ciąża tym razem bez komplikacji. Trochę mdłości w pierwszym trymestrze. Tyle. W 32tc złe wieści – położenie miednicowe.
Nie mogłam tego przeżyć… Próbowałam wszystkiego – miejscowych znachorów, medycyny chińskiej, akupunktury, ćwiczeń, poszłam do chiropraktyka, żeby ustawił mi miednicę… Chiropraktyk pomógł – przestały boleć plecy – ale mały jak był głową w górę, tak pozostał.
36tc1 znów odeszły wody i pojechaliśmy do szpitala. Płakałam, żałowałam, ale bałam się porodu pośladkowego i komplikacji. Mały urodził się przez CC. Zdrowy.
Za to ja czułam się jakbym miała umrzeć. Samopoczucie po cesarce było straszne. Nie miałam sił. Bolał brzuch. Gdzie było to wspaniałe uczucie, które znałam z pierwszego porodu?
Pogodziłam się z CC. Stwierdziłam, że nie będę żałować i rozpamiętywać. Ale pozostał niedosyt, zwłaszcza po takim pięknym pierwszym porodzie.

No i niespodzianka, ciąża nr 3, dziewuszka. Ciąża jak z horroru – wymioty do 6 miesiąca i znów w 9-tym… Bóle pleców… Spuchnięte nogi…
Zmęczenie, które nie idzie w parze z dwoma urwisami w domu.
Wiedziałam jedno – o CC nie ma mowy i dzięki opatrzności – mała była obrócona główkowo.
Byłam przekonana, że znów urodzę 4 tygodnie przed terminem. Ale minął tydzień 37, 38, 39. I nic.
Minął tydzień 40 i nadal nic. No może poza skierowaniem do szpitala na wywołanie. I znowu stres – nie zacznie się. Skończy się cesarką.
Byłam zła, zmęczona, niepocieszona.

W końcu, 4 dni po terminie obudziło mnie o 04:00 pyknięcie. Wody. Zeszłam cichcem na dół w celu oceny sytuacji. Skurcze co 5 minut. I decyzja czy jedziemy do naszego lokalnego właśnie remontowanego szpitala czy Poznań – Raszei. Pada na Poznań. Do chłopców przyjechała babcia, cała spanikowana.
Ja, ciążowo-porodowa weteranka, jestem dziwnie spokojna.
Jedziemy. Skurcze zanikają i są co 20 minut. Zaczynam się martwić, że to fałszywy alarm.
Dojeżdżamy. Izba przyjęć i jest potwierdzenie, pękły błony, jest rozwarcie na 2cm. Rodzimy.
Spotykam położną – Kasię – przemiłą osobę. Wszyscy wspierają mnie w mojej decyzji porodu siłami natury, mimo że po cesarce.
Podkreślam na każdym kroku – żadnych cesarek ani nacięć krocza. Nie ma mowy. Nikt nie namawia, wszyscy wręcz pochwalają decyzję porodu siłami natury.
Lekarz pyta czy podejmuję próbę SN – oznajmiam zdecydowanie, że .

Zaczynają się bóle krzyżowe, ale Kasia czuwa, przypomina o oddechu. Trochę nad tym panuję. Mąż trzyma mnie za rękę i po prostu jest.
Po godzinie są 4cm i czuję, że tylko wanna może mnie uratować. Pod koniec kąpieli zaczynam tracić kontrolę i czuję, że mnie popiera. Zaczynam myśleć, że nie dam rady, ale wtedy wiem że to już pewnie 7cm i zaraz urodzę. Kasia wyciąga mnie z wanny i jest 8cm tylko po pół godzinie. Zwisam na drabince i czuję już parte kiedy Kasia zakłada mi TENSa. Zaraz więc go ściągamy. Boję się, że nie dojdę na fotel i urodzę przy drabince.
W końcu skurcz mija, siadam na fotel i prę. Mówię, że chcę dotknąć główki i jestem w szoku, bo urodziła się już cała. Prę znowu i rodzi się mała. 4004g, 10/10. Wielkoludka. Chłopaki byli mali 2800 i 3100. Nie nacięli, nie pękłam. Jestem w szoku, że to już.
I najszczęśliwsza na świecie. Znowu!

W tym miejscu, chcę podziękować całemu personelowi szpitala im. F. Raszei za wsparcie. Nikt nawet się nie zająknął o ponownym CC. Wszyscy mnie wspierali.
A położna Kasia jest właściwą osobą na właściwym miejscu i nigdy nie zapomnę tego cudownego porodu.

Z pozdrowieniami
Cherry

Bajka o cesarzu Nikodemie i VBAC-owej księżniczce Łucji (Krapkowice)

Dziś zapraszam Was do lektury porodowej bajki, która zdarzyła się naprawdę. Jej autorką i główną bohaterką jest Magdalena:

Mówi się, że życie to nie bajka. Dobrze jednak, że wiele naszych historii kończy się happy endem.

Moja historia rozpoczyna się nie dawno, dawno temu, ale w 2012 roku, nie za siedmioma górami, za siedmioma lasami, ale w małej miejscowości o nazwie Kędzierzyn-Koźle. Pojawi się w niej także Wrocław, a finał rozegra się w KRAPKOWICACH.

10 sierpnia 2012 roku, w dniu urodzin mojego męża, wykonałam pierwszy w moim życiu test ciążowy. Ku naszej nieopisanej radości wyszedł pozytywny. Nie przeczuwając, że coś może pójść nie tak, nie biorąc pod uwagę żadnego czarnego scenariusza, zaczęliśmy przygotowania do zbliżającego się porodu. Z domu wyniosłam przekonanie, że ciąża to nie choroba, a poród w sumie nie swędzi, ale można to przeżyć. Lekarza prowadzącego wybrałam we Wrocławiu, bo miałam po drodze, idąc na uczelnię. Podobało mi się też to, że ośrodek wyglądał super nowocześnie (samo odkażająca się deska klozetowa, karta ciąży w formie regularnie aktualizowanego wydruku, pani doktor, która cytologię ciężarnych wykonywała patyczkiem, a nie szczoteczką, aby nie drażnić niepotrzebnie wrażliwej szyjki, jednorazowe plastikowe wzierniki, delikatne i dokładne badania itp.). Porodu we Wrocławiu jednak nie planowałam. Około 30 tygodnia ciąży zmieniłam lekarza prowadzącego na takiego, który pracuje w szpitalu, w którym chciałam rodzić. Koleżanka całą sobą zachwalała Krapkowice, więc nie namyślając się długo, zapisałam się na wizytę. I tu sielanka się skończyła. USG – mina lekarza nie dająca żadnych złudzeń – ułożenie pośladkowe. Czułam głowę synka pod żebrami po prawej stronie cały czas. Ani przez myśl mi nie przeszło stresowanie się tym faktem. Założyłam, że będę rodziła naturalnie i koniec kropka. Słowo cesarka przewijało się jedynie na stronach internetowych, gdy czytałam sobie różne różności na temat porodu. Gdybym ćwiczyła, żeby pomóc synkowi odwrócić się, gdybym szukała lekarza, który pomógłby mi urodzić pośladki, gdyby… Płakałam na myśl o operacji niemal do dnia porodu.

Nadszedł dzień planowanego cięcia cesarskiego. Nie miałam żadnej wiedzy na temat cesarki na zimno. Zaufałam lekarzowi, bo to dobry fachowiec. O 9:00 stawiłam się na oddziale. Położna zbadała mnie na tyle brutalnie, że miałam ochotę odgryźć jej rękę. Czy miała być to dla mnie kara, że przychodzę sobie na planowaną cesareczkę? Nie chciało mi się wtedy tłumaczyć, że ja nie z tych, co to chcą się ciąć na życzenie. Myślałam jedynie o moim synku. KTG przestraszyło położne, bo synek się nie ruszał. Mnie ani na chwilę nie opuszczało przeczucie, że z synkiem wszystko dobrze i po prostu sobie śpi. Położna, która właśnie została przyjęta do pracy, założyła mi wenflon (auuuuu!!!) i cewnik (jeszcze większe auuuuuu!!!). Z obolałą ręką i szczypiącą cewką moczową czekałam na planowany zabieg (operacja jak nic!). Atmosfera była miła. Bardzo mi ulżyło po strzale w kręgosłup (znieczulenie wykonane fachowo i naprawdę bezboleśnie) – w końcu zapomniałam, że mam ten wstrętny cewnik. Ruszałam sobie stopami, sprawdzając, kiedy traci się czucie. Personel się przestraszył, że mam jakieś zaburzenia. Ech, nerwowi wszyscy. Nagle usłyszałam słowo nóż. I wtedy dopiero oblał mnie zimny pot. Chciałam uciec jak najdalej i jak najszybciej. Takiego strachu dawno nie czułam – a jeśli to będzie bolało? Na szczęście nic nie poczułam – znieczulenie działało jak należy. Następne było przewalanie brzucha – bo: „Przecież pani musi jakoś urodzić.” Nie czułam, że rodzę. 11 kwietnia 2013 roku o godzinie 13:12 wyciągnięto ze mnie moje maleństwo, które niczego się nie spodziewało. Do tej pory bardzo dziwnie się czuję, gdy mówię, że urodziłam synka. Położna przystawiła mi go do ust, żebym go mogła chociaż pocałować. Tego ciepłego, mokrego ciałka na moich ustach nie zapomnę do końca życia. Chociaż taka rekompensata za to, że nie leżał na moim brzuchu w kontakcie skóra do skóry. Łatali, łatali, a w międzyczasie słyszałam tylko okrzyki: „57 cm, 3200 g, 10 punktów” i już wiedziałam, że moje maleństwo jest całe i zdrowe. Tylko to się liczyło. Po przewiezieniu na salę położnic, przystawiono mi synka do piersi. I tak karmimy się już prawie 40 miesięcy. Nie miałam ani depresji, ani nawet baby blues. Nie miałam sobie za złe, że dałam się pociąć dla mojego synka. Nie rozpamiętywałam cięcia, ale wiedziałam, że za drugim razem będzie inaczej, będzie po mojemu.

Minęły trzy lata. Postanowiliśmy z mężem (no dobrze, przekonałam męża), że postaramy się o drugie dzieciątko. Przecież lepiej dla synka, jeśli nie będzie jedynakiem. Jakoś we wrześniu (przy 3-latku dokładne zapisywanie i analizowanie co, kiedy i dlaczego, raczej nie wchodzi w grę) wykonałam ponownie test ciążowy. Radość ogromna – znowu zdany pozytywnie. Jako że nie mogłam się doczekać, aby ujrzeć bijące serduszko, umówiłam się na wizytę do lekarza w okolicach 6 tygodnia. A tu niespodzianka – worek owodniowy niby jest, ale jakiś taki niekształtny. Zarodka brak. Dostałam receptę na sztuczny progesteron i kolejna wizyta za dwa tygodnie. Mieliśmy wrócić z radosną nowiną do synka i teściów, a tu takie średnie wieści. Czułam się tak jakbym była trochę w ciąży. Całe szczęście po dwóch tygodniach worek przybrał kształt jak należy, a serduszko biło jak dzwon. Odetchnęliśmy z ulgą. Ciąża, podobnie jak poprzednia, przebiegała książkowo. Czułam się doskonale. Wyniki laboratoryjne miałam tak dobre, iż lekarz nie dowierzał, że to na pewno moje. Pracowałam do 36 tygodnia ciąży. Tym razem wzięłam od razu byka za rogi i już zawczasu kręciłam biodrami oraz wykonywałam wszystkie ćwiczenia skłaniające dziecko do przyjęcia położenia główkowego. Udało się, mimo iż lekarz stukał się w czółko, gdy mu o tym mówiłam (lekarze wierzą w to, co przebadane i udokumentowane). Nie przejmowałam się tym, tylko robiłam swoje. Już na pierwszej wizycie powiedziałam, że będę rodziła naturalnie. Lekarz stwierdził, że jeśli nie będzie przeciwwskazań, to będę mogła podjąć próbę porodu siłami natury. Bardzo irytujące jest to, że to ktoś ma nam pozwolić lub nie próbować urodzić. Jakie próbować?! Ja nie urodzę?! To się przekonacie, że dam radę. Blizna na finiszu niby 2 mm, ale jednak 1,4 mm, nie, w sumie 3 mm – grunt, że jest ciągła. Jak tu nie oszaleć? Dzieciątko ma masę? No właściwie to nie wiem, bo lekarz mówi tylko, że nie za duże. W dniu porodu z USG wychodzi 3450 g. Pan doktor zarządził, że akcja ma ruszyć sama. On leków naskurczowych nie poda, ponieważ blizna może nie wytrzymać. Daje mi 8 dni po terminie i mam się zgłosić do szpitala.

Robię wszystko: piję liście malin, łykam kapsułki wiesiołka, dużo chodzę, wieszam firanki, sprzątam jak oszalała, męczę męża do upadłego, czytam pozytywną literaturę porodową, stosuję akupresurę i co? I cisza. Jakieś lekkie skurczyki pojawiały się na chwilę, by zniknąć na kolejne kilka godzin. Traciłam powoli nadzieję, że cokolwiek samo się zacznie. Postanowiłam więc odpuścić i się porządnie zrelaksować. Pię dni po terminie wzięłam pod pachę męża oraz synka i poszliśmy na duże zakupy. Pochodziłam po sklepach trzy godziny. Przy kasie stwierdziłam, że teraz mogę rodzić, ponieważ mam już na pewno wszystko. Następnego dnia położyliśmy się z synkiem spać o 13:00, ponieważ kontynuowaliśmy lenistwo przed zbliżającą się godziną zero. O 14:30 obudził mnie ból jak na miesiączkę. Trzy skurcze w odstępach kilkunastu minut. Ogarnęłam się troszkę i nagle poczułam jak ciepły płyn spływa mi po nogach. Płacz, śmiech przez łzy, radość, euforia, szok, lekki stres, trzęsące się nogi – to wszystko dopadło mnie na raz. Nie wiedziałam, czy już jechać, czy może jednak zrobić lewatywę w domu, a czy nogi dobrze wydepilowane, czy wszystko spakowane, czy synek poradzi sobie beze mnie w nocy sam z babcią, czy nadejdą prawdziwe skurcze, jak to w ogóle będzie??? Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. Synek poganiał mnie, żebym przypadkiem nie urodziła siostrzyczki w domu. Ostatecznie przywołałam się do pionu, wzięłam szybki prysznic, przejrzałam spakowane rzeczy, wycałowałam synka na do widzenia i ruszyliśmy.

W samochodzie sprawdzałam za pomocą aplikacji częstotliwość skurczy. Były co 8-10 minut. W szpitalu weekendowy popołudniowy spokój. Przyjęto mnie na ginekologii, uzupełniono papierologię, zbadano mnie (0,5 cm rozwarcia, szyjka nie w osi, twarda), zrobiono KTG i USG, założono mi ten nieszczęsny wenflon (mimo mojego buntu, tego dnia byłam spokojna i poprosiłam tylko o chwilkę na znieczulenie miejsca wkłucia – wysmarowałam się kremikiem z lignokainą) i przeprowadzono na porodówkę. Tam nastąpiła zmiana warty (ucieszyłam się, bo nowy personel okazał się milszy). Podpisałam też zgodę na lewatywę jako metodę indukcji porodu i zgodę na nacięcie krocza (o oxy i zzo mogłam zapomnieć, ponieważ w tym małym szpitalu nie mają zbyt często do czynienia z vbac i troszkę się boją, że coś może pójść nie tak). Ucieszyłam się, że tak naprawdę, to czeka mnie całkowicie naturalny poród. W sali zgaszono nam światło, położne przychodziły co jakiś czas sprawdzać puls dzidziusia i od czasu do czasu fundowano mi masaż szyjki (położna robiła to na skurczu, natomiast pani doktor – kiedy popadnie bardzo, bardzo niedelikatnie). Wody nadal się sączyły, skurcze nadchodziły prosto z kręgosłupa co 2 minuty albo i częściej. Czułam jakby mnie na kole łamano. W pewnej chwili zdecydowano, że podadzą mi domięśniowo coś na rozwieranie szyjki. W sumie to nikt nie pytał mnie o zgodę, ale ja wnikliwie o wszystko dopytywałam. Położna przyniosła mi dmuchaną piłkę, co okazało się wybawieniem dla moich lędźwi. Przypomniałam sobie rady koleżanki, żeby na skurczach skakać na piłce, a między skurczami kręcić biodrami. Kręcenie było bardzo relaksujące, o ile w 30 sekund można się zrelaksować, natomiast na skurczach wcale nie uśmiechało mi się skakanie.

Z czasem już nic nie dawało ulgi w bólu: ani stanie, ani chodzenie, ani leżenie. Przygotowałam się na długie godziny męki, a tu nagle położna każe mi powiedzieć, kiedy będę czuła parcie główki. Troszkę mnie to rozbawiło, bo naprawdę nie liczyłam się z tym, że za chwilę wejdziemy w drugą fazę porodu. W międzyczasie miałam zrobioną lewatywę i rzeczywiście, od tego momentu czas stanął dla mnie w miejscu. Niby nadal wszystko kontrolowałam, ale zupełnie inaczej, jakbym wyszła z siebie i stanęła obok. Położna założyła swój fartuch rodem z rzeźni i przygotowała niezbędne akcesoria. Ja poczułam bóle parte (nie można ich pomylić z rozwierającymi, o co też się bałam). Kazano mi się położyć na lewym boku i przeć. Coś mocno zapiekło – to główka przechodziła przez szyjkę. Później jednak miałam odwrócić się na plecy. Skurcze parte miałam króciutkie i nieefektywne. Wrzeszczałam jak opętana. Drapałam siebie i męża, gryzłam się po rękach. Nagle spojrzałam w dół – zobaczyłam czubek główki – nadal wydawało mi się, że to niemożliwe, że to jeszcze długo potrwa, bo przecież druga faza może trwać i trwać. Położna wzięła do ręki nożyce. Wrzasnęłam: „Błagam, nie!” Pani doktor stwierdziła, że możemy poczekać i zobaczymy jak będzie, ale mogę popękać i coś tam, coś tam. Główka to wychodziła, to się chowała. W końcu skapitulowałam. Samo nacięcie nie bolało, bo było robione na skurczu, ale szycie… Znieczulenie nie złapało tak jak trzeba, więc dobrych kilka szwów miałam zakładane na żywca – oj, krzyczałam wtedy okrutnie.

Po nacięciu moja kochana córeczka wyskoczyła jak z procy 12 czerwca 2016 roku o godzinie 00:45. Od razu znalazła się na moim brzuchu. Jej mokre i ciepłe ciałko przylegało do mojego ciała. Gdy pępowina przestała tętnić, dumny tatuś ją przeciął. Tuż po tym, mała znalazła się przy piersi i zaczęła ssać. Przez kolejną godzinę trwałyśmy w nieprzerwanym kontakcie skóra do skóry – nawet podczas szycia oraz oceny malutkiej przez neonatologa (dyszka Apgar). Dopiero po tym czasie położna szybciutko zważyła (3526 g), zmierzyła (56 cm) i ubrała małą. Córeczka mogła spokojnie wrócić do mnie. Po ponad dwóch godzinach przeszliśmy na salę położnic. W przeciwieństwie do nocy po cc, tym razem nie musiałam oddawać dziecka położnym. Nie spałam. Adrenalina nadal działała. Towarzyszyła mi radość i euforia. Czułam bezgraniczną miłość do mojego męża, moich dzieci, wdzięczność dla personelu i tysiąc innych pozytywnych uczuć.

madzia

Pragnę przeżyć to jeszcze raz. Nie pamiętam już bólu przewidzianego przez naturę (I i II faza porodu), a jedynie szycie na żywca po sn, czy pierwsze wstawanie po cc. Na szczęście w miarę upływu czasu nawet te przykre wspomnienia blakną i zacierają się, a w sercu rodzi się pragnienie posiadania coraz większej, kochającej się, wspaniałej rodziny.

Szczególne podziękowania kieruję dla całej grupy NATURALNIE PO CESARCE. To wspaniałe być dopingowaną podczas porodu przez kobiety z różnych zakątków, nie tylko Polski. Dziewczyny, jesteście wielkie!

madzia2