Archives

Musi się udać! Moja historia VBA2C (Warszawa)

 

Tak, po 2 cięciach cesarskich można urodzić drkeep-calm-and-vba2c-onogami natury! W Polsce. Więcej, po 2 cc można urodzić drogami natury w 42 tygodniu ciąży, po 3 nieskutecznych próbach indukcji porodu oksytocyną i wreszcie mającej indukcyjny skutek amniotomii. Można także po 2 cc urodzić dziecko ważące więcej niż 4 kg…. a nawet mające więcej niż 4,5 kg. I owszem, nie każdemu będzie taki poród pisany, ale są na to realne szanse. Potrzeba tylko wiele determinacji i samozaparcia. Przeczytajcie niesamowitą historię porodów Ani:

2009

Pierwsza ciąża. Czekamy na syna. Liczymy każdy tydzień. Czytam jak najwięcej o ciąży i porodzie, żeby dobrze przygotować się do tej ważnej chwili. Oglądam wzruszające filmy z porodów, które bardzo podkręcają mnie emocjonalnie. Chodzimy na szkołę rodzenia, która ma nas jeszcze lepiej przygotować do przyjęcia naszego syna na świat. Umawiamy się z położną ze Szpitala Św. Rodziny w Warszawie. Termin porodu wypada w moje urodziny. Ja czuję się gotowa do tej przejmującej chwili. Termin porodu mija. Pierwszy, drugi, trzeci dzień. Wizyty kontrolne na ktg i usg. Trochę się niecierpliwimy, ale czekamy dalej.

12ty dzień po terminie. Budzę się o drugiej w nocy i zauważam, że powoli zaczęły sączyć się wody. Nie zapomnę tych emocji. Serce zaczyna mocniej bić. Nie potrafię ukryć radości. Biegnę do śpiącego męża i oznajmiam..to już! Dzwonię do położnej, która mówi żeby posiedzieć jeszcze kilka godzin w domu. Oczywiście emocje nie pozwalają nam już spać :-) Pakuję się, zjadamy coś, robimy kilka zdjęć. Decydujemy się jechać do szpitala przed 6 żeby potem nie stresować się korkami.

Izba przyjęć, dostajemy piękną sale porodową- cynamonową.

Wody się sączą ale nic więcej się nie dzieje. Mija kilka godzin- schodzę na usg. Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę, a pani doktor też upewnia się i robi pomiar trzy razy. Szacowana waga 4,5 kg.

Wracam do męża na salę porodową i jestem bardziej niż pewna, że ta informacja zablokowała mnie psychicznie na zbliżający się poród. Po wejściu do sali wybucham płaczem i mówię mężowi, że ja nigdy nie urodzę takiego dużego dziecka.

Nie tak miało to wyglądać. Mijają godziny sączących się wód i dalej nic się nie zmienia. Ani jednego skurczu. Dostaję oksytocynę. Nic się nie dzieje. Mija dzień i wieczór na sali porodowej. Nie pozwalają mi jeść. Jesteśmy niewyspani i zmęczeni bezczynnym siedzeniem w czterech ścianach.  24 godziny odpływania wód. Przed północą informują mnie, że w nocy nie będą nic robić, poczekamy do rana i wtedy podejmą decyzję co dalej.. „Proszę się przespać”.

Z przyjemnością przekręcam się na drugi bok i próbuję zasnąć. Ale za pół godziny coś zaczyna mnie boleć. Pierwszy skurcz. Szybko narastają kolejne. Ból jest ogromny. Przychodzą bóle krzyżowe. Cierpienie nie do opisania. Czuję, jakby ktoś łamał mi kręgosłup. Proszę o znieczulenie. Zwijam się na łóżku i prawie w ogóle się nie ruszam. Wciskam jedynie głowę w poręcz i próbuję przetrwać. Znieczulenie, czuję ulgę. Ale po 10 min odpoczynek się kończy- znieczulenie przestaje działać. O co chodzi? Ogromny ból przez 6 godzin. Nadchodzą skurcze parte. Ja dalej nie ruszyłam się z łóżka. Przyjmuję pozycję na boku, na plecach, ponownie na bok. Dziecko nie wstawia się w kanał rodny. Po 2h partych położna nakazuje zejście z łóżka i każe nam przykucać na skurczu. Nie wiem czemu zostawiała nas samych. Przykucamy tak przez ponad pół godziny. Co 20min wizyty lekarzy. Przy którejś z kolei, zaczynam prosić o zrobienie cięcia. Płaczę, cierpię i błagam żeby mi pomogli. No i pomogli. Wojtek urodził się po 32h od odejścia wód. Całe 4,534g szczęścia. Przytuliłam do policzka, pocałowałam i dali go mężowi.

Na sali pooperacyjnej nie oddałam go ani na chwilę. Choć ciężko było mi go trzymać, nie mogąc podnieść nawet głowy. Ręka drętwiała ale trzymałam, całowałam i przytulałam. Łzy też były. Nie udało mi się. Ale następnym razem przygotuję się lepiej!

2011

Karmię mojego 7 miesięcznego syna i czuję się szczęśliwa, bo spodziewamy się kolejnego dziecka.

Cała ciąża bezproblemowa. Prowadzę ją u poprzedniej pani doktor. Jestem przekonana, że tym razem urodzę syna naturalnie. Pod koniec ciąży pytam o pomiar blizny i słyszę, że raczej się tego nie robi, nic to nie daje ale po moich prośbach dostaję skierowanie na pomiar blizny.

Lekarz robiący usg informuje mnie, trochę naśmiewając się ze skierowania, że blizny w zaawansowanej ciąży nie da się zobaczyć na usg…. I nie sprawdził jej. A ja nie wpadłam na pomysł żeby skonsultować to z kimś innym. Usłyszałam to od dwóch lekarzy więc chyba to prawda…

Przeczytałam pierwszy raz książkę Ireny Chołuj. Uświadomiłam sobie swoje błędy w poprzednim porodzie. Postanowiłam, że nigdy więcej nie położę się na łóżku w trakcie skurczów.

Kilka dni przed tp wybrałam się ze starszym synkiem na kwalifikację do psn. Wizyta w Szpitalu. Synka podrzuciłam do znajomej, jedna wizyta i za chwilę wracam.

Wchodzę do gabinetu. Starszy doktor. Kładę się na łóżku. Lekarz maca mój brzuch. Minął rok i 4 mce od cięcia. Dzieciątko małe jak na mnie – szacowana waga ok. 3,5kg. Po dotknięciu brzucha (cudownymi rękoma) lekarz oznajmia zdecydowanym tonem – blizna cienka, nie może Pani rodzić naturalnie. Bardzo mi przykro. Proszę zejść na Izbę Przyjęć i zgłosić się na cięcie. Ale jak to. Nie, to niemożliwe. Położna siedzi obok lekarza i kiwa głową mówiąc „Tak będzie lepiej proszę Pani”. Nie mogę powstrzymać łez. Biorę skierowanie i wychodzę. Znajduję samotny kąt na klatce schodowej, siadam i wybucham płaczem. Próbuję zadzwonić do męża, ale nie jestem w stanie wypowiedzieć słowa. Bolało bardzo. Przecież dobrze się czuję. Nic nie rozumiem. Przyjechałam z synkiem, autobusem na tą wizytę a oni mówią że jestem w stanie zagrożenia. Przyjedź Mężu. Nie urodzimy. Nie mogę. Jedź po torbę. Zorganizuj opiekę dla starszego. Mamy chyba na to chwilę. Kiedy to cięcie? Jutro? „ Ależ skąd! Za chwilę!” Panika jakbym była na skraju życia i śmierci. „Niech Mąż przyjeżdża z wynikami badań, jak najszybciej”

Szybko przebierają, golą. W ciągu 15 min znalazłam się na porodówce. Siedzę samotnie i czekam na męża. Modlę się żeby zdążył. Nie wiem czemu tak się spieszą. Nie krwawię, z synem wszystko w porządku. Nic nie rozumiem. I tego cięcia boję się ogromnie. Przyjeżdża mąż, operacja. Maleństwo rzeczywiście ważyło 3,5 kg. Kolejna igła wbita w moje serce. Taki maleńki, mogłam go spokojnie urodzić..

Fizycznie pozbierałam się lepiej po drugim cięciu niż po pierwszym. Ale psychicznie było jeszcze gorzej.

Czy już nigdy nie urodzę dziecka naturalnie? Jest to coś, o czym marzyłam już jako nastolatka. Przeżyć poród. Doświadczyć pełni kobiecości. Przeżyć to, do czego zostałam stworzona.

Po powrocie do domu od razu wpisałam w wyszukiwarkę -poród naturalny po dwóch cięciach.

Od p. Ireny Chołuj dostałam kontakt do pani doktor ze Szpitala Św Zofii,która prowadzi ciąże po cięciach do próby porodu drogami natury. Po połogu udaję się do niej na wizytę. Długo rozmawiamy. Nie widzi przeszkód żeby podjąć próbę porodu siłami natury. Pyta z jakiego powodu było wykonane drugie cięcie- odpowiadam, że stwierdzono zagrożenie pęknięcia macicy.

„To ile mm miała blizna?” ????

„Jeśli nie zmierzono blizny na usg to skąd wiadomo że była cienka?” Powiedziałam, że lekarz dotknął rękoma brzuch i tak oświadczył. Spojrzenie Pani doktor powiedziało mi wszystko.

Zrobiło mi się strasznie smutno. Poczułam się oszukana. Znowu ból. Czyli tak naprawdę zrobiono mi rutynowe cięcie. Mogłam rodzić. Miałam małe dziecko. Wszystko przemawiało za tym, że mogło się udać. Ciężko poradzić sobie z takim żalem.

Ale moja nowa pani doktor szybko postawiła mnie na nogi. Koniec użalania się nad sobą. Czekamy na ciąże i będziemy działać.

2013

Jestem w ciąży. Oczekujemy trzeciego syna. Ciąża przebiega prawidłowo, pomijając mniejsze dolegliwości. Moja Doktor stale wspiera mnie w decyzji o porodzie naturalnym. Uspokaja, nie straszy.

Nadchodzi święty termin i standardowo nic się nie dzieje. Ale nikt nie panikuje. Doktor sprawdza bliznę w czasie badania usg. Jest dobrze, mamy zielone światło do próby porodu naturalnego. Czuję się uskrzydlona. Zgłaszam się na kontrolne ktg kilka dni po terminie i następuje pierwsza konfrontacja z personelem szpitala. Ale czuję się silna psychicznie i jestem bardzo zdeterminowana więc się nie daję :-) Po zapisie wizyta w gabinecie. Trafiam na młodego lekarza, dość opryskliwego w pierwszej chwili. „3 dni po tp. Stan po dwóch cięciach. Co Pani robi jeszcze na wolności? Dzwonię zapytać czy jest miejsce na patologii” Czekam cierpliwie aż doktor skończy rozmowę bo wcześniej nie dał mi dojść do słowa. „ Niestety nie ma dziś miejsca” Odpowiadam mu, że bardzo mnie to cieszy bo nie wybieram się póki co na oddział. Wracam do domu i czekam bo chcę rodzić naturalnie. „Naturalnie?! A wie Pani że macica Pani pęknie?!” Biorę głęboki wdech. Tak wiem, że jest taka możliwość. Mimo wszystko chcę spróbować. Pan Doktor opisał jeszcze dość makabrycznie wszelkie możliwości jakie mogą się wydarzyć, chcąc mnie nastraszyć, ale nie podziałało to na mnie. Odetchnęłam. Druga część rozmowy była już całkiem przyjemna.

Odmówiłam hospitalizacji też kolejny raz gdy zjawiłam się na kontrolnym zapisie.

Tydzień po terminie. Kolejna wizyta na ktg. Niby wszystko w porządku ale lekarz kręci nosem. Coś nie podoba mu się zapis. „ Ale oczywiście nie musi Pani zgadzać się na hospitalizację” Wyczułam sarkazm. Używając fachowego języka wytłumaczyła co jest nie do końca w porządku w moim zapisie. Stwierdziłam, że jeśli cokolwiek jest nie tak to oczywiście zostaję w szpitalu. Dzwonię do męża żeby przywiózł mi torbę i zabrał auto bo przecież sama przyjechałam na tą wizytę i planowałam jeszcze powrót do domu..

Patologia. Na piętrze jest spokojniej. Zupełnie inna atmosfera niż na Izbie Przyjęć. Dowiedziałam się, że w moim zapisie ktg nie było żadnych nieprawidłowości. Zatrzymali mnie podstępem.

Od następnego dnia zaczęłam spacerować podłączona do kroplówki z oksytocyną. Wcześniej odbyłam rozmowę na temat mojej decyzji i musiałam podpisać oświadczenie.

Dzień minął bez skurczów. Potem dzień przerwy. I tak przez 6 dni spacerowałam co drugi dzień z kroplówką która nie spowodowała nic. Można dostać 3 dawki. Leżały ze mną w sali dziewczyny, którym poród zaczynał się już po pierwszej dawce. Koleżanki się zmieniały a ja dalej czekałam. Przy każdym obchodzie trzymałam się swojej wersji i zdania nie zmieniałam.

Muszę podkreślić jedną ważną rzecz. To co mówią lekarze, o jakich procedurach wspominają na IP, nie do końca trzyma się rzeczywistości na piętrze. Tam czas zwalnia. Mówili mi, że będąc po dwóch cięciach poczekają maksymalnie tydzień na poród a potem zrobią cięcie. A tymczasem tydzień po terminie dopiero znalazłam się na oddziale i nikt się nie wyrywał z operacją. Wszyscy cierpliwie czekali obserwując postępy lub ich brak po oksytocynie..

Porodu nie ma. 42tc. Informują mnie, że podanie kroplówki nic nie dało więc na drugi dzień będą musieli wykonać cięcie. Dłużej czekać już nie mogą. Kontaktuje się z moim lekarzem prowadzącym żeby naładować akumulatory i usłyszeć, że jeszcze nie wszystko stracone. Zaczynam wątpić w to czy się uda. Słyszę, że mam się trzymać. Wytrzymałam tak długo więc mam się nie poddawać. Z dzieckiem jest wszystko w porządku, z blizną też. Są warunki do tego żebym jednak rodziłą.. Pytam ją o przebicie pęcherza. Chcę to zaproponować bo już tylko to mi zostało. Utwierdzona na nowo w swoim wyborze informuję o tym personel. Mam dwa wyjścia, albo przebiją pęcherz i się uda albo robią cc. Działamy.

11 dnia po terminie porodu zostałam zaproszona do gabinetu na rozmowę z Zastępcą Ordynatora Oddziału Patologii. Rozmowa była spokojna ale bardzo dla mnie ciężka. Pani doktor na wstępie zaznaczyła, że nie ma na celu straszenie mnie, jednak musi mnie poinformować o wszelkich możliwych scenariuszach i planach działania. Usłyszałam o tym, że może pęknąć mi macica, że może wystąpić krwotok, że dziecko może urodzić się w złym stanie, że może być robione inne cięcie i nie będą mogli mnie od razu ratować… Nogi zrobiły mi się miękkie. Tysiąc myśli naraz. I co ja mam robić. Podpisuję oświadczenie : W pełni świadoma konsekwencji odmawiam wykonania cięcia cesarskiego….

Przychodzi Pani Ordynator i zaczyna bolesne badanie w trakcie którego przebija z impetem pęcherz. Zaczęło się. Nie ma odwrotu.

Wracam do sali i zaczynam płakać. Dzwonię do męża żeby przyjeżdżał jak najszybciej. Zaczynam się bać. Czy dobrze robię? Czy przez moje decyzje nie wyrządzę krzywdy synowi? Wątpliwości.

Ale odwrotu nie ma. Godzina 14:00. Mija pół godziny w trakcie których zjawia się mąż. Leżę pod ktg. Zaczynają się skurcze. Coraz boleśniejsze. Zapominam o strachu. W jednej sekundzie zapominam o wszystkim i zaczynam myśleć o tym co się dzieje. Tu i teraz. Odłączają mnie od ktg i zaprowadzają na blok porodowy. Podczas czekania na windę zalewam cały korytarz wodami..

Jestesmy na sali. Poznajemy położną. Bardzo miła. Rozwarcia jeszcze nie ma. Zostajemy sami. Mając w pamięci pierwszy poród, z daleka omijam łóżko. Zwisam na linie, opieram się o drabinki, wchodzę na chwilę do wanny.

3cm rozwarcia. Zaczynam się cieszyć, że nie ma bólu w krzyżu. Skurcze są do zniesienia. Zadowolenie mija szybko bo nadchodzi ból którego nie da się z niczym porównać. Jednak kolejny poród z bólami krzyżowymi.. Znów jakby ktoś gniótł mi kręgosłup. Nie czuję bólu w podbrzuszu tylko ogromne rozpieranie w krzyżu. Siadam na piłce i siedząc wieszam się na drabinkach. Rozpoczynają się dwie godziny walki o przetrwanie. Przychodzi położna, proponuje zmianę pozycji ale ja nie mam zamiaru nigdzie się ruszać. Położna nie protestuje, zapina mi przenośne ktg i mogę walczyć dalej. Kontrola co jakiś czas. W międzyczasie mąż dostaje podgrzany woreczek z pestkami wiśni, który ma przykładać do bolącego krzyża. Po jakimś czasie zaczynam przysypiać między skurczami. Opieram się o drabinki i śpię gdy nie czuję bólu. Drażni mnie każdy dźwięk. Najmniejsze słowo wypowiedziane przez męża. Pragnę ciszy. Oby wytrwać. Już ledwo żyję. Przychodzi położna, zostało jeszcze trochę centymetrów. Proszę męża żeby poszedł podgrzać woreczek. Zostaję sama w sali. Odczuwam nagle nieodpartą potrzebę pójścia pod prysznic. Muszę zdążyć tam dojść między skurczami. Wstaję szybko z piłki i rozbieram się. Skurcz pod prysznicem jest nie do zniesienia ale jakby inny. Mąż wraca z woreczkiem, ale nie jest on już potrzebny. „Zawołaj położną!”

Wraca położna,bada mnie na stojąco pod prysznicem i mówi „ Pani Aniu, rodzimy.”

Nie do końca ją zrozumiałam. No przecież rodzę już 2,5 godziny. O co chodzi. Co ja mam robić.

„ Ale idzie już główka!” Nie zapomnę nigdy tej chwili. Przechodzimy do wanny na moje życzenie. Skurcze parte. Nigdy wcześniej i nigdy później nie wydawałam z siebie takiego gardłowego krzyku jak wtedy. Kilka skurczów partych w wodzie ale główka się cofa więc położna pomaga mi wyjść i sadza na stołeczku porodowym. Kolejne skurcze. Po którymś skurczu rodzi się główka. „Mamy główkę. Chce Pani dotknąć?” Tak, oczywiście, że chcę dotknąć. To było coś czego pragnęłam od zawsze. To o czym marzyłam właśnie się spełniało. Ciepła, aksamitna główka. Wyszła i nastąpiła długa chwila zanim nadszedł kolejny skurcz i wraz z nim wyszedł cały Jaś. 4100g.

Przechodzimy na łóżko i zaczynamy się tulić. Lecą łzy wzruszenia. Udało się. Warto było walczyć do końca.

2015

Poród naszego czwartego syna. Dla mnie kolejne niesamowite przeżycie bo to był pierwszy poród przy którym nie dostałam oksytocyny. Końcówka ciąży była prawie identyczna jak trzecia. Po terminie porodu byłam w stałym kontakcie z moją doktor prowadzącą. Poszłam ze dwa razy na kontrolne ktg. Ale tym razem nie było żadnego straszenia. Nie byłam już sensacją :-) Urodziłam już raz więc teraz nikt nie traktował mnie jak kobietę niespełna rozumu 😉 Tydzień po terminie dostałam skierowanie przyjęcia na oddział i miałam zgłosić się najpóźniej 10 dni po terminie. Tak zaleciła moja lekarka więc się tego trzymałam. W domu oczywiście robiłam wszystko żeby poród rozpoczął się sam. Ale niestety i tym razem to nie nastąpiło. Spodziewałam się scenariusza z poprzedniej ciąży. Oksytocyna, przebicie pęcherza.

Przyjęli mnie na oddział i niespodzianka. Młody doktor na drugi dzień zaproponował od razu przebicie pęcherza. Zero kroplówki. Zgodziłam się.

Badanie, podczas którego lekarz w sposób zupełnie inny niż ostatnio, przebija pęcherz. Delikatnie, używając narzędzia. Dostaję przemiłą położną, która zabiera mnie na porodówkę. Położna z patologii krzyczy za mną powodzenia i mówi, że na pewno uwiniemy się przed 19. Chciałam rodzić w wodzie ale dostałam salę bez wanny. Godzina 16. Nic nie czuję. Ostatnio skurcze pojawiły się szybko, z impetem i strasznie bolesne. A teraz nic. Mam nakaz spacerów i masażu brodawek. Po 30 min zaczęłam odczuwać bardzo delikatne kłucie w podbrzuszu, które spokojnie narastało co jakiś czas. Położna zjawiała się co chwila sprawdzając, jak się mamy.

Po 1,5 godzinie rozpoczął się, już mi znany, czas walki o przetrwanie. Znowu siadam na piłce. Potem wieszam się na drabinkach. Położna nie mówiła mi postępu w centymetrach, tylko zawsze po badaniu oznajmiała, że jeszcze TROCHĘ. Poleciła zmianę pozycji, żeby odciążyć kręgosłup. Zostałam w niej na dłużej. Położna przyszła po raz kolejny i wyszła zostawiając mnie znowu z „jeszcze trochę”. Mija 5 minut i nakazuję mężowi żeby zawołał Ewę. Wraca i mówi, że zaczynam przeć więc prosi o przejście na łóżko. Staje mi przed oczami pierwszy poród. Nie, ja na łóżku nie urodzę. Nie ma mowy. Ale syn był duży i powiedziała, że na stojąco pęknę. Ulegam i kładę się na boku. To był naprawdę fantastyczny czas. Prawie spadałam z łóżka ale mąż mnie podtrzymywał. Parłam w ciszy bo nie miałam potrzeby krzyczeć. Nawet rzuciłam jakiś żart bo wszyscy się zaczęli śmiać. Urodził się Leon. 18:55, zdążyliśmy przed 19 😉 Całe 4600 g szczęścia.

Spełniłam swoje marzenie. Nawet podwójnie. Ale po cichu mam jeszcze nadzieję, że kiedyś pojadę do szpitala już nie na oddział patologii ale prosto na salę porodową. I nikt nie będzie ingerował już w tą piękną chwilę.

Dwa porody po 2 cc (Warszawa)

W Polsce porodów po 2 cc jest wciąż niewiele. Ale SĄ! I wierzę, że może ich być co raz więcej! Dziś kolejna inspiracja…

Dzięki uprzejmości jednej z mam otrzymałam kontakt do  pani Moniki, która urodziła swoje trzecie i czwarte dziecko siłami natury, mimo iż dwoje pierwszych potomków przyszło na świat przez cięcie cesarskie. Być może niektórzy z Was znają już jej historię, bo opisywała te wspaniałe porodowe sukcesy na forum Poród Domowy. Tam właśnie dziś zapraszam do podwójnej lektury:)

VBA2C, sporo „po terminie” (43tydzień):

 http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,73342258,124535933,wielki_sukces_sil_natury_i_poloznictwa_.html

2VBA2C:

http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,73342258,144921090,narodziny_czwartego_4_5_domowego_.html

Walcz o swoje prawo do naturalnego porodu – poród siłami natury po 2 cięciach cesarskich

Zachęcam Was dziś do obejrzenie filmu pokazującego naturalne narodziny po 2 przebytych wcześniej cięciach cesarskich. Choć poród miał miejsce w Stanach Zjednoczonych – w odmiennej więc od naszej polskiej rzeczywistości – to historia i przesłanie tej dzielnej mamy idealnie wpasowują się w to, czego i u nas potrzeba i o co warto walczyć.

Warto nadmienić, że poniższy poród był pierwszym od ponad 20 lat porodem po 2 cięciach cesarskich w całej praktyce 6 lekarzy związanych z tym wydarzeniem. (Może i u nas warto się starać, aby takie przełomy następowały…)

Porody po 2cc w Polsce też się zdarzają:)

Przeczytałam ostatnio w otchłaniach internetu (a dokładniej na forum Poród Domowy) cudowną historię porodu sn po 2 cc. W POLSCE:) Mam nadzieję, ze uda mi się skontaktować z tą dzielną mamą i uzyskać jej zgodę na zamieszczenie historii na portalu. Tymczasem wklejam linki do tejże opowieści – ku pokrzepieniu serc:)

Odcinek 1:http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,119442367,119442367,moj_trzeci_pierwszy_raz.html
Odcinek 2:http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,119485202,119485202,moj_trzeci_pierwszy_raz_odcinek_drugi.html
Odcinek 3:
http://forum.gazeta.pl/forum/w,45447,119485250,119485250,moj_trzeci_pierwszy_raz_odcinek_trzeci_ostat.html

Naturalnie, w domu, do wody… po 3 cięciach cesarskich! (Wielka Brytania)

Przedstawiam Wam dzisiaj historię Brytyjki, Lisy, która urodziła naturalnie po 3 wcześniejszych cięciach cesarskich. Lisa nie tylko podzieliła się z nami swoją niesamowitą historią, ale wyraziła również chęć  kontaktu z osobami, które chciałyby porozmawiać z nią bliżej na temat tego pięknego doświadczenia, które stało się jej udziałem. Osoby zainteresowane otrzymaniem kontaktu* do Lisy proszę o  wiadomość mailową: kontakt@naturalniepocesarce.pl lub za pośrednictwem facebooka.

„W końcu zobaczyłam upragnione dwie kreski na teście ciążowym! Miałam już troje dzieci, ale po ciąży pozamacicznej, która przydarzyła mi się rok wcześniej, minęło aż 9 miesięcy zanim ponownie udało mi się zajść w ciążę. Mój mąż i ja byliśmy podekscytowani, ale niestety wiadomość ta miała też swoją ciemną stronę – wiedzieliśmy bowiem jaką bitwę będziemy musieli stoczyć o nasz poród.

Moja pierwsza córka urodziła się przez nieplanowane cięcie cesarskie wykonane „na cito” z powodu (jak wówczas wierzyłam) jakiegoś rodzaju odklejenia się łożyska. Rekonwalescencja po tej operacji nie była łatwa. Zapadłam na depresję poporodową, właśnie w związku z cesarką.

Kiedy zaszłam w ciążę z drugim dzieckiem, poprosiłam w moim lokalnym szpitalu o wsparcie mnie w próbie urodzenia tego dziecka siłami natury – w taki sposób, w jaki zawsze pragnęłam urodzić, a który niestety straciłam za pierwszym razem. Niestety, nie otrzymałam żadnego wsparcia i powiedziano mi, że jeśli chcę być przytomna przy porodzie mojego dziecka, muszę mieć kolejne cięcie cesarskie, tym razem planowane. Serce mi pękło na taką wiadomość, ale ze względu na to, że miałam poprzednio ogólne znieczulenie i była to tak nagła sytuacja, czułam, że nie mam wyboru. Moja druga córka urodziła się więc [przez cięcie], a ja byłam przytomna, co było wspaniałe, ale ciągle czułam, że tracę coś jako kobieta i jako matka nie mając możliwości nawet spróbować URODZIĆ dziecka.

Niedługo po tym, jak zaszłam w ciążę z moim synem, ponownie poszłam do mojego lokalnego szpitala poprosić o wsparcie mnie w próbie naturalnego porodu po dwóch cesarkach. Przyjęto mnie tym razem jeszcze gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Powiedziano mi, że po pierwsze będę musiała mieć kolejną cesarkę, a po drugie muszę zostać wysterylizowana! Nie zgodziłam się na sterylizację, co zostało opatrzone komentarzem: „Nie uważa Pani, że troje dzieci wystarczy?”. A jeśli chodzi o próbę rodzenia naturalnie po dwóch cesarkach, mój lekarz powiedział mi bez ogródek: „jeśli chce Pani zabić siebie i swoje dziecko – to Pani wybór!”. Oczywiście, słysząc coś takiego, umówiłam termin kolejnej cesarki. (Powiedziano mi także, że podczas poprzedniego porodu straciłam dużo krwi (500ml), więc teraz byłam w grupie podwyższonego ryzyka, jeśli chodzi o krwotok. Ponadto, z dyskusji z moim lekarzem wynikło to, iż nie mógł się on dopatrzeć [w dokumentacji] żadnego dowodu na odklejenie łożyska w moim pierwszym porodzie.)

Tak więc, po wszystkich tych przejściach, oczekiwaliśmy na dziecko nr 4. Po dogłębnym zbadaniu tematu, nabrałam przekonania, że próba porodu siłami natury po 3 cięciach cesarskich, odbywająca się po czujnym nadzorem, jest opcją bezpieczną. Musiałam tylko znaleźć lekarza lub położną z odpowiednim doświadczeniem i chęcią wspierania mnie w mojej decyzji. Oczywiście wybrałam się najpierw do mojego szpitala, lecz ponownie spotkałam się z absolutną paniką w oczach pracowników tego ośrodka na samą myśl o porodzie siłami natury po 3 cc. Musiałam sama przemyśleć sobie: czy moja macica może pęknąć na samą myśl o porodzie? Jakie dokładnie jest ryzyko w moim przypadku i na ile jest ono porównywalne z ryzykiem związanym z czwartym cięciem cesarskim? Studiując w dalszym ciągu dogłębnie te tematy, poznałam doulę, która sama urodziła naturalnie po trzech cięciach cesarskich, a następnie wpadłam na informacje o Niezależnych Położnych. Zapoznałam się z jedną z takich położnych, która wyspecjalizowała się z porodach drogami natury po cc po jej własnym VBACu w szpitalu. Przyjrzała się historiom moich poprzednich ciąż i porodów. Dokładnie przedyskutowałyśmy wszystkie aspekty tych porodów, aby móc ocenić czynniki ryzyka w moim przypadku i zadecydować czy istnieje jakakolwiek szansa, abym bezpiecznie podjęła próbę porodu siłami natury po 3 cc oraz gdzie taki poród miałby się odbywać. Położna nie znalazła niczego, co kwalifikowałoby mnie jako przypadek wysokiego ryzyka, poza 3 poprzednimi cięciami. Wtedy zapytaliśmy ją z mężem czy podejmie się asystowania przy moim porodzie i, dzięki Bogu, zgodziła się. Moi marzeniem było urodzić w domu do wody – położna oczywiście nie mogła mi tego zagwarantować, ale powiedziała, że nie ma powodów, aby nie planować takiej opcji. Oglądałam wcześniej zakończony sukcesem domowy poród Melanie po 4 cięciach cesarskich (2008), przy którym asystowała moja położna.  [Obejrzyj ten filmik z polskimi napisami: http://www.amara.org/en/videos/Yy2vxduWza7h/info/a-hba4c-a-mothers-story-to-vbac-at-home-after-four-ceasarean-sections/] Pomyślałam więc sobie: jeśli Melanie mogła to zrobić, ja też MOGĘ! Zabrałam się za organizowanie swojego zespołu do porodu.

Moja położna skontaktowała się z moim lekarzem w lokalnym szpitalu, aby powiadomić go o naszych zamiarach. Wyjaśniła, że wiem jakie ryzyko podejmuję i robię to świadomie. Doktor uszanował naszą decyzję rodzenia w domu i zgodził się nas wspierać. Powiedział też, że możemy na niego liczyć, jeśli zaistniałaby potrzeba skorzystania z jego pomocy. Ulżyło mi – nie musiałam już dłużej walczyć. Mogłam cieszyć się ciążą i przygotowywać się do porodu.

Moja ciąża przebiegała bez komplikacji. Termin porodu minął bez echa i …nagle byłam w 42 tygodniu ciąży. Umówiłam się więc na wizytę u lekarza (wypadała dniu  w 42 tygodniu i 3 dniu ciąży), aby porozmawiać o moich opcjach w tej sytuacji. Czułam, że moje marzenia stają się coraz mniej realne. Położna podtrzymywała mnie na duchu i mówiła, bym ufała swojemu ciału, gdyż wszystko idzie w dobrym kierunku. Po dwóch nocach fałszywego porodu, moje ciało zaczęło rodzić – dziwnym zbiegiem okoliczności, była to noc przed umówioną wizytą u mojego lekarza!

Kiedy skurcze były już co pięć minut poprosiłam męża by zadzwonił po położną. Jeszcze nigdy nie czuliśmy takiej ulgi na niczyj widok! Do tego momentu nastawiłam się już, że pojadę do szpitala, jeśli okaże się, że nie ma postępu – musiałam się tego dowiedzieć. Po badaniu wewnętrznym okazało się, że mam rozwarcie na 7 cm!! Moja położna oznajmiła: „odwołajmy tę wizytę u lekarza i urodźmy dzisiaj to dziecko w domu”!!! Jakież było wówczas moje podekscytowanie. Byłam w basenie, w moim salonie, z moim mężem, dwoma położnymi i moją doulą – z całym zespołem, z ludźmi, którym ufałam, w otoczeniu, która znałam i gdzie czułam się komfortowo. Będąc w basenie, otoczona świecami, słowami zachęty i wsparcia, poród postępował szybko i zanim się spostrzegłam poczułam potrzebę parcia. Zawsze zastanawiałam się jak to będzie i czy będę widziała kiedy przeć. Odpowiedź brzmiała: tak. Wiedziałam i moje ciało nie potrzebowało żadnej zachęty – wiedziało dokładnie co ma robić. Wkrótce moja córeczka pojawiła się na świecie – urodziłam ją własnymi siłami, w basenie i podniosłam ją do mojej piersi. Moja piękna córeczka leżała w moich ramionach, urodzona w sposób, o którym zawsze marzyłam, całkowicie naturalnie.

Jako kobieta i jako matka czuję się teraz spełniona i  będę dozgonnie wdzięczna mojej Niezależnej Położnej za wiarę we mnie i wsparcie, które pomogło mi spełnić moje marzenie. Teraz czuję się tak mocna, że mogę poradzić sobie ze wszystkim. Poród pochwowy po kilku cięciach cesarskich nie musi być procesem wymagającym kierowania nim na każdym kroku ze względu na ryzyko, którego właściwie nie da się precyzyjnie ocenić (ponieważ nie ma wystarczająco dużej ilości kobiet, którym dano szansę spróbować urodzić naturalnie po kilku cc). Ale proszę dodajcie mnie do grupy tych szczęśliwych mam, które tę szansę otrzymały!”

Lisa

*Jeśli chcesz skontaktować się z Lisą, ale barierą jest dla Ciebie język, służę pomocą:)

Kolosalna różnica między cesarką a porodem naturalnym

Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmu przedstawiającego drogę do porodu domowego po 2 cc pewnej mamy ze Stanów Zjednoczonych.  Ukazuje on ogromną różnicę pomiędzy doświadczeniem porodu przez cięcie cesarskie i porodu naturalnego – różnicę zarówno dla mamy jak i dla rodzącego się dziecka.

Ponieważ film jest w wersji anglojęzycznej, zachęcam do wcześniejszego zapoznania się z poniższym streszczeniem (choć emocje, które ten film pięknie pokazuje, nie znają bariery językowej):

Pierwszy poród  – 13 września 2001 – narodziny Katharine Grace: planowany poród naturalny w szpitalu, który zakończył cesarskim cięciem z powodu „braku postępu porodu”.

Kontakt mamy z dzieckiem i pierwsze karmienie następuje po około 44 minutach od narodzin (po północy – 14 września 2011).

Drugi poród  – 27 październik 2004 – narodziny Madeline Alexandry – planowany był poród drogami natury po CC. Jednak USG w 39 tygodniu ciąży oszacowało, iż dziecko jest DUŻE. Lekarze zdecydowali o cesarce.

Cesarka jest zaplanowana. Dzień wcześniej mama ze starszą córeczką Katharine przygotowują tort urodzinowy dla dzidziusia.

Dziecko wydobywane jest z łona za pomocą próżnociągu.

Tym razem kontakt mamy z dzieckiem następuje dopiero po 4 godzinach od narodzin (nie licząc krótkiego przytulenia maleństwa do twarzy mamy na sali operacyjnej).

Do szpitala przychodzi starsza córeczka. Mama jest mocno odurzona środkami przeciwbólowymi. Niewiele pamięta z chwili, kiedy jej starsza córeczka pierwszy raz zobaczyła młodszą.

Trzeci poród – 25 luty 2007 – narodziny Josephine Elizabeth – planowany poród domowy po dwóch CC.

Pierwsze ujęcie z tego porodu: 24 luty 2007, godzina 17:26.

Poród odbył się do wody o godzinie 5:48 rano dnia następnego.

„Zrobiłam TO!!!” mówi wzruszona mama.

„Zrobiłaś to!” potwierdzają z radością mąż i położne, „Zrobiłaś to zupełnie sama”.

Poród drogami natury po 2 cięciach cesarskich w 42 tygodniu i 6 dniu ciąży (USA)

Dwa wcześniejsze cięcia cesarskie, ciąża mocno przeterminowana, kilka serii skurczy przepowiadających, narodziny dopiero po 15 godzinach od odejścia wód płodowych. Oto historia bardzo zdeterminowanej mamy, która pokonała wiele trudności, aby urodzić drogami natury. To także przykład wspaniałego lekarza-położnika, który podjął się wspierania tej mamy w jej decyzji o naturalnym porodzie po 2 CC.

 

Oryginał postu oraz zdjęcia na: http://birthwithoutfearblog.com/2012/05/22/vba2c-at-426-weeks/

„Trzeba troszkę dać, trzeba troszkę wziąć,

I pozwolić sercu troszeczkę pęknąć.

To historia miłości, to wspaniałość miłości.”[1]

Żeby opowiedzieć historię Bunni Larue, muszę przedstawić trochę wcześniejszych wydarzeń. Historie Sylvii Joleigh i Justusa Brooksa są skondensowane, ale podpowiedzą wam w jaki sposób podchodziłam do porodu Bunni.

Mój mąż i ja poznaliśmy się w chatroomie Yahoo w styczniu 2005 roku. On był w tamtym czasie żołnierzem służącym w Korei, ja zaś studiowałam w Nowym Jorku. Spędziliśmy parę miesięcy rozmawiając tylko przez telefon. W czerwcu 2005 roku pojechałam po raz pierwszy się z nim spotkać. Wydawało się jakbyśmy od zawsze byli razem. Pobraliśmy się w maju 2006 roku. Od tego czasu, mąż służył rok w Korei, dwa lata w Iraku i rok w Afganistanie. Byliśmy wydelegowani do Ft. Hood  w stanie Teksas i Ft. Richardson w stanie Alaska.

W jakiś sposób w tych miejscach byliśmy w stanie spłodzić 3 ukochanych dzieci. Zajęło nam półtora roku, żeby dać życie Sylvii. W pewnym momencie myśleliśmy nawet, że może nie będziemy mogli mieć dzieci. Więc nie posiadaliśmy się z radości kiedy okazało się, że jestem w ciąży. Mąż był na misji i przyjechał do domu na połówkowy urlop zaraz przed tym jak zaczął się poród. Sylvia urodziła się o 3.18 nad ranem, 18 grudnia 2008 roku, dokładnie w 39 tygodniu ciąży. Ważyła 3630g i mierzyła 48 cm. Miałam zapalenie błon płodowych, co doprowadziło do koniecznej nieplanowanej cesarki w znieczuleniu ogólnym i tygodniowego pobytu dziecka na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka. John [mąż] nie mógł być przy porodzie z powodu zastosowania nieczulenia ogólnego. Dzień po tym, wróciliśmy z Sylvią do domu ze szpitala, mąż musiał wracać na służbę do Iraku i nie widział jej aż do czasu gdy miała 6 miesięcy. Sylvia otrzymała imię po swojej babci. Sylvia to także bogini lasu i matka założycieli Rzymu – Remusa i Romulusa. Jo i Leigh to drugie imiona naszych matek.

W ciągu 6 miesięcy od powrotu Johna do domu znów zaszłam w ciążę! Jestem prawie pewna, że ten magiczny moment miał miejsce w noc pierwszych urodzin Sylvii… Następne 9 miesięcy było strasznie stresujące. Kilka razy przeprowadzaliśmy się, a John pojechał do Afganistanu dokładnie rok po powrocie z Iraku. Justus urodził się 59 minut po północy, 17 września 2010 roku, w 42 tygodniu ciąży. Ważył 3515g i mierzył 50 cm. Planowałam urodzić naturalnie w domu (HBAC[2]) w Nowym Jorku. Rodziłam w domu przez 48 godzin. Nie pamiętam dokładnie czasu, ale myślę, że miałam prawie pełne rozwarcie przez 7 godzin. Jednak moja szyjka zaczęła puchnąć przy 9.5 cm nie rozwierając się całkowicie. Kiedy moja położna przebiła pęcherz płodowy, wody były zabrudzone smółką. Biorąc pod uwagę kilka czynników, zdecydowałam się na transfer do szpitala i w końcu również na cesarkę. Okazało się, że synek był w ułożeniu potylicowym tylnym z główką przygiętą do barku i, jak mówiła moja mama, był 3 razy owinięty pępowiną. John był w okropnym punkcie w Afganistanie i w ogóle nie mógł być przy porodzie Justusa. Wrócił do domu tydzień później z powodu mojej cesarki i tego, że potrzebowałam pomocy. Potem nie widział swojego syna przez kolejne 10 miesięcy. Justus to bardzo stare łacińskie imię, a Brooks to drugie imię Johna.

„Trzeba śmiać się troszkę, trzeba płakać troszkę.

Aż w końcu chmury rozwieją się troszkę.

To historia miłości, to wspaniałość miłości”

Wiedzieliśmy, że chcemy kolejnego dziecka, ale nie przypuszczaliśmy, że stanie się to tak szybko. W  ciągu kilku tygodni od powrotu Johna z Afganistanu, znów zaszłam w ciążę.  Ani przez chwilę nie wątpiłam, że będę próbowała urodzić naturalnie (VBA2C[3]). Wiedziałam też, że z kilku powodów nie będę planować porodu domowego – jednym z tych powodów był fakt, iż miałam lekarza, który mnie wspierał [ w mojej chęci urodzenia naturalnie]. Wróciłam do pracy, żeby nie mieć czasu na myślenie [o porodzie].

Tak jak i poprzednio, moja ciąża przebiegała bez większych problemów. Jedyne co tym razem było inaczej, to to, że miałam różne wysypki skórne, swędzenie i alergiczną reakcję na mango. Zawsze miałam to szczęście, że omijały mnie takie problemy ciążowe jak wysokie ciśnienie czy  cukrzyca ciążowa. Nie dokuczały mi też zbytnio poranne mdłości. Nie brałam typowych ciążowych suplementów diety, za wyjątkiem witaminy C, D, witamin z grupy B i magnezu. Jedyne co z pieczołowitością robiłam, to regularne wizyty u chiropraktyka[4].  Z doświadczeń moich poprzednich porodów wiedziałam, że moje dzieci nie przyjmowały optymalnej pozycji do porodu. Co więcej, gdy zaczęłam chodzić do doktora Jen, wszystkie dolegliwości bólowe, jakie  miałam, zniknęły. Do końca ciąży przytyłam około 5,5 kg i miałam negatywny wynik badania na GBS[5]. I wtedy zaczęło się chorowanie!

W 40 tygodniu ciąży dopadła mnie jakaś infekcja żołądkowa, która mocno mnie wyczerpała. Wzięłam zwolnienie na kilka dni. Potem wróciłam na 1 dzień do pracy, czując lekkie łaskotanie w gardle. Myślałam, że to jakieś przeziębienie. Ale, wyobraźcie sobie, że nie! W 41 tygodniu ciąży miałam grypę! (Influenza typ A). Czułam się strasznie. Byłam bardzo, bardzo chora. Dzięki Bogu, prawie natychmiast zaczęłam brać Tamiflu[6], który skrócił czas trwania infekcji. Modliłam się, żeby malutka poczekała jeszcze kilka dni, aby mogła odzyskać siły. Mniej więcej w tym czasie zaczął odchodzić mi czop śluzowy. Na mojej 41-tygodniowej wizycie lekarskiej moja szyjka była w 50% zgładzona i miałam rozwarcie na 2 cm, ale nie miałam jeszcze żadnych skurczy. Wszystko było dziwnie spokojne „tam na dole”. Byłam wniebowzięta, bo to był etap, na który dotarłam dopiero po całej nieprzespanej nocy podczas porodu Justusa. Jednak po kilku dniach zaczęłam się siebie czepiać. Co drugi dzień miałam wykonywane KTG i z dzieckiem zawsze było wszystko ok. Mój położnik wspomniał o możliwości zastosowania cewnika Foleya [7]dzień przed upływem 42 tygodnia ciąży (jeśli bym chciała).

Minął piątek i …dalej nic! Poszłam na wizytę i zgodziłam się na cewnik. To był w sumie zmyślny wynalazek, który składał się z dwóch baloników – jednego umieszczonego z boku szyjki macicy, drugiego na zewnątrz. Lekarz wypełnił każdy z tych baloników 80 ml solanki i wysłał mnie do domu. Nie mogłam w to uwierzyć – wysłał mnie DO DOMU! Założenie cewnika nie było bolesne, ale siedzenie prosto z tym ustrojstwem nie należało do wygodnych. Gdy wróciłam do domu, po wcześniejszej wizycie w Wal-Marcie[8], miałam skurcze co 10 minut. Jednocześnie zaczęłam pić wywar z kory korzenia bawełny[9] oraz niebieskiego i czarnego cohoshu[10]. Cewnik miałam założony przez około 12 godzin. Potem upuściłam ok. 20 ml solanki i z łatwością go wyjęłam. Wiedziałam, iż to oznacza, że mam około 3-4 cm rozwarcia. Miałam skurcze przez całą noc, ale rano znów ustały.

42 tydzień ciąży. To był chyba najcięższy dzień z całych 9 miesięcy. Nigdy wcześniej nie byłam bardziej po terminie. Wiedziałam, że statystycznie szanse na naturalny poród coraz bardziej maleją. Próbowałam pocieszyć się myślą, że przecież nie jestem statystyką i moje dzieci potrzebują więcej czasu, ale naprawdę byłam przybita. Skontaktowałam się z moją doulą i zapytałam czy którakolwiek z kobiet, z którymi pracowała była tak bardzo po terminie? Odpowiedź brzmiała TAK. Była kobieta, która urodziła naturalnie dopiero po 43 tygodniu ciąży. Była również pod opieką mojego położnika, jej poród trwał 36 godzin, a dziecko ważyło 4990 g. I to także był poród drogami natury po 2 cięciach cesarskich. Poczułam się lepiej. Potem skontaktowałam się z inną koleżanką z ICAN[11], która urodziła dopiero po 42 tygodniu. Jej dziecko przyszło na świat w domu po 55 godzinach porodu. Cóż za inspiracja! Jeśli jej się udało, to mnie też się uda! Widać trzeba mi było poużalać się nad sobą dzień czy dwa, żeby w niedzielę poczuć się dobrze, zarówno fizycznie jak i emocjonalnie. Zaczęłam mieć podejście w stylu: „No to zobaczmy ile dzidzia ma jeszcze zamiar posiedzieć w brzuszku?” Przestałam pić jakiekolwiek zioła, dużo odpoczywałam i postanowiłam przez kilka dni nic nie robić.

W poniedziałek miałam KTG [a dokładniej test niestresowy[12]] w szpitalu. Z malutką było wszystko w najlepszym porządku. Nikt nie badał mnie wewnętrznie. Nie miałam ani jednego skurczu przez cały ten czas. Nikt jednak nie mówił o wywoływaniu porodu. Mój położnik pozostawił decyzję mnie. Chociaż raz czułam, że w pełni kontroluję decyzje dotyczące mojego ciała i mojego dziecka. We wtorek miałam przez cały dzień skurcze w odstępach co 15 minut. Zaczęły robić się co raz bardziej intensywne i wieczorem pojawiały się co 5-6 minut, ale były do zniesienia. Potem obudziłam się w środku nocy czując straszny głód i ciągle miałam skurcze. Jednak rano wszystko ucichło.

W środę mieliśmy wykonać profil biofizyczny płodu (test Manninga)[13]. Myślę, że to było to, co przystopowało moje skurcze. Zdenerwowałam się czy wszystko będzie dobrze z dzieckiem. Dostałyśmy 10 punktów na 10 możliwych. Ilość płynu owodniowego nie była zbyt duża, ale też nie najgorsza. Łożysko wykazywało pewne cechy starzenia, ale nie było to nic niepokojącego. Waga malutkiej została oszacowana na 3340 g. (Co ciekawe, w 39 tygodniu ciąży na wizycie konsultacyjnej u innego lekarza (szpital nakłonił mnie do odbycia takiej wizyty, gdyż odmawiałam ciągłego monitorowania płodu za pomocą KTG i uznano, że mój położnik nie straszy mnie wystarczająco ryzykiem jakie istnieje) wagę oszacowano na 3370 g.) Potem miałam wizytę u mojego położnika. Zbadał mnie i okazało się, że mam szyjkę zgładzoną w 75% i rozwarcie na 4,5cm! Tak! Wiedziałam, że to nie potrwa już długo i że prawdopodobnie kolejna seria skurczy już się nie skończy tak jak poprzednie]. Dr Elrod przyniósł olej rycynowy. Po wizycie zaopatrzyliśmy się w ten specyfik, który postawiłam na ladzie kuchennej  i wpatrywałam się weń z nadzieją, że samo patrzenie na niego wywoła u mnie poród.

Następnego ranka poszliśmy z Johnem na duże śniadanie do IHOP[14]. Zrobiliśmy też jakieś zakupy i kiedy wróciliśmy do domu była godzina 10.30. Postanowiłam spróbować oleju rycynowego. Zmieszałam 60 ml oleju rycynowego z 60 ml soku pomarańczowego i przełknęłam. To jest moment, od którego wszystko zaczęło się tocz ć szybko. Odczekałam 30 minut i znów zaczęłam popijać zioła  – jedna pipetka kory korzenia bawełny, jedna pipetka czarnego cohoshu; 15 minut przerwy; jedna pipetka kory korzenia bawełny, jedna pipetka niebieskiego cohoshu. I tak przez godzinę. Po oleju rycynowym prawie natychmiast przegoniło mnie do ubikacji[15]. Zanim wybiła godzina 12.30 (w południe) miałam lekkie skurcze co 5 minut. W głębi serca wiedziałam, że to już poród. Nagle skurcze zaczęły stawać się intensywniejsze. Do godziny 13.30 były co 3 minuty. Niektóre trwały nawet 2 minuty! Ale ja byłam trochę zdezorientowana. Mogłam bez problemu chodzić i rozmawiać podczas skurczu. Wszystko toczyło się szybko, ale intensywność akcji była jak najbardziej znośna. Postanowiłam zadzwonić po naszą opiekunkę do dziecka – tak na wszelki wypadek. John pojechał po Sylvię i Justusa do szkoły, a Skylar [opiekunka] przyjechała około 15.30. John zbierał jakieś ostatnie rzeczy, a ja siedziałam na skraju łóżka. Ciągle rozmawiałam i żartowałam podczas skurczy, i złościłam się, że wyjeżdżamy tak wcześnie, jednak intuicyjnie wiedziałam, że trzeba wkrótce jechać.

O 15.45 poczułam i usłyszałam jak coś we mnie pękło. Nie miałam wątpliwości, pękł pęcherz płodowy. Ale nie było żadnych wód. Wstałam i poczułam cienką strużkę. Dzięki Bogu wody były czyste! Modliłam się o to. Kiedy usiadłam na toalecie, odeszło mi dużo śluzu z krwią, lecz wód nadal było niewiele. Kiedy nadszedł kolejny skurcz zrozumiałam dlaczego. Mała była już nisko w kanale rodnym. To dodało mi energetycznego kopniaka! Od tego momentu też skurcze były częste i intensywne. Nie było mowy o chodzeniu czy rozmawianiu w ich trakcie. Pojękiwałam w czasie każdego skurczu powoli kierując się do samochodu.

To była najgorsza przejażdżka w moim życiu. John jechał szybko. Ruch był duży – jak zwykle o 16 w czwartek przy wyjeździe z Anchorage. Ciężko było mi się zrelaksować. Przyjechaliśmy do szpitala o 16.30 i poproszono nas o zaczekanie w holu. Poszłam do łazienki i zaczęłam wymiotować. Byłam spocona i trzęsłam się. Od tego momentu do około 22 wszystko pamiętam jak przez mgłę. Na początku mieliśmy okropną położną[16] i John szybko poprosił o jej zmianę. Nie pamiętam kto to powiedział, ale zawsze miałam w głowie takie zdanie: „ Jest duża szansa, że jeśli ty nie lubisz położnej, która się tobą opiekuje, ona również nie przepada za tobą. Różnica polega na tym, że ona nie może poprosić o zmianę pacjenta, którym się opiekuje, więc zrób jej przysługę i ty poproś o inną położną.” Wciąż nudziła o monitorowaniu [KTG], którego ja już nawet w tamtym momencie nie odmawiałam. Zgodziłam się na początkowy zapis KTG. Jedyne czego odmawiałam, to leżenie. Na szczęście nasza córeczka pięknie współpracowała i udało się złapać jej tętno, kiedy byłam w pozycji stojącej.

Przyszedł Dr Elrod i mnie zbadał. Szyjka była prawie całkowicie zgładzona, a rozwarcie wynosiło 5 cm. Dziwne, ale miałam to gdzieś.  Nie miałam czasu, żeby  o tym myśleć. Z perspektywy czasu, kiedy myślę o Inie May Gaskin i jej wywodom na temat odruchu zwieracza[17], dochodzę do wniosku, że  chyba właśnie ten odruch wtedy u mnie zadziałał. Byłam przestraszona, czułam się jak na wystawie. Był moment, kiedy tętno małej spadło podczas skurczu do 70 – 80. Dr Elrod nic nie powiedział, ale zauważyłam rysujący się na jego twarzy niepokój. Na szczęście tętno wróciło do normy jak tylko skurcz się kończył. Przez cały czas czułam, że z małą jest wszystko dobrze. Widzieliśmy, że ta deceleracja tętna zdarzyła się, kiedy pochyliłam się podczas skurczu, więc od tej pory starałam się stać prosto. Moja doula zachęcała mnie, abym mówiła do dziecka i nawiązywała z nim kontakt, zapewniając je, że wszystko jest ok. Nie raz wracałam do tego momentu [już po porodzie] i jestem wdzięczna Dr Elrodowi za jego opanowanie i pewność. Myślę, że gdyby to był jakikolwiek inny lekarz, pojechałabym prosto na cesarkę, mimo tego, że pewne deceleracje podczas skurczu są zupełnie normalne.

Jedyne czego chciałam to ukryć się w łazience… sama.  Myślę, że poród był bardziej zaawansowany niż wskazywało na to rozwarcie. Czułam taki ucisk jakbym nie mogła usiąść na tyłku. Skurcze były co 2-3 minuty i trwały przynajmniej 1,5 minuty. Niektóre miały też podwójny szczyt – pierwszy skurcz nadchodził, nigdy do końca nie mijał, po czym przychodził kolejny. Następny skurcz był normalny.

W końcu otrzymaliśmy salę. Założono mi wenflon. Krótko potem zaczęłam znowu wymiotować. Kiedy wymiotowałam, odchodziło mi dużo zabarwionego krwią śluzu. Miałam podpięte bezprzewodowe KTG, dzięki czemu cały czas mogłam się ruszać.  Potem weszłam do wanny, jednak nie przyniosło mi to takiej ulgi, jakiej oczekiwałam i jaką pamiętałam z porodu Justusa. Myślałam wtedy: jak ja w ogóle przetrwałam te 48 godzin rodzenia w domu  [przy porodzie Justusa]? Wydawało mi się, że teraz nie dam rady przetrwać nawet kolejnej godziny. Walczyłam ze skurczami, nie potrafiłam się rozluźnić i współpracować z własnym ciałem. Myślałam tylko o tym, jak szybko to wszystko się toczy. Poprosiłam o znieczulenie zewnątrzoponowe. Moja doula powstrzymywała mnie przez chwilę. Ja jednak znów poprosiłam. Byłam pewna, że tego chcę. Rozmawiałam i z moją doulą, i z Johnem. Potem przyszedł dr Elrod i zapytał dlaczego zmieniłam plan. Powiedziałam mu, że czuję, że walczę ze skurczami [zamiast z nimi współpracować] i że jeśli choć trochę udałoby mi się zrelaksować, mała wkrótce urodziłaby się. Wiedziałam też, że nie chcę leków narkotycznych. Wszyscy bardzo mnie wspierali, a John powiedział, że popiera moją decyzję, jeśli tylko nie będę miała potem wyrzutów. Byłam pewna, że chcę znieczulenie.

Najpierw dostałam kroplówkę z płynami. To trwało WIEKI! Potem anestezjolog dał mi niewielką dawkę znieczulenia, która nic nie pomogła. Zaczęło działać dopiero po dłuższej chwili. Zanim to nastąpiło, niemal wspinałam się po łóżku przy każdym skurczu. Były tak intensywne. W międzyczasie dostałam zastrzyk z lekiem przeciw mdłościom. (Zdecydowanie, wymioty to nieodłączna cześć każdego z moich porodów. Taka już moja uroda.) To wystarczyło, żeby złagodzić moje odczucia. W końcu, po czasie wydającym się wiecznością, intensywność skurczy zaczęła słabnąć.

Zaledwie godzinę po tym, jak znieczulenie zaczęło działać, poczułam silne parcie. Dr Elrod zbadał mnie. Miałam pełne rozwarcie, a główka dziecka była już bardzo nisko w kanale rodnym (2 cm poniżej kolców kulszowych). To było szybkie! W tym momencie wiedziałam, że podjęłam słuszną decyzję prosząc o znieczulenie. Kilka razy próbowałam przeć i doszłam do wniosku, że muszę odpocząć. Byłam wyczerpana i parcie było nieefektywne. Mała nie była jeszcze gotowa. Około 3 nad ranem ponownie spróbowałam przeć. Mała nadal nie była gotowa. Położyłam się spać. W tym czasie znieczulenie przestało działać.

O 6 rano nadszedł czas by rodzić. Na powrót czułam skurcze i ogromne parcie. Atmosfera była bardzo spokojna, tak jak sobie to wyobrażałam. Na sali byli tylko dr Elrod, położna, moja doula i John. Nie musiałam przeć na komendę. Światła były przygaszone. Próbowałam przeć [leżąc] przytrzymując się za nogi, ale najefektywniejsze było „przeciąganie liny” z położną. Ona trzymała ręcznik, a ja ciągnęłam go tak mocno jak tylko mogłam podczas skurczu. Miałam okropne bóle w krzyżu, które spowalniały mój wysiłek. Wydawało mi się, że poród nie za bardzo postępuje.

W końcu John powiedział, że widzi główkę. Przyniesiono mi lusterko, żebym ja też mogła ją zobaczyć. Dr Elrod na chwilę wyszedł, a ja parłam dalej z położną. Nagle poczułam jak mała ześlizguje się w dół. Położna aż podskoczyła, zakrzyknąwszy krótkie „Whoa!”, i przyłożyła dłoń do mojego krocza. To było dla mnie dziwnie śmieszne; co ona miała zamiar zrobić? Zatrzymać dziecko w środku? Główka małej była w połowie na zewnątrz, i powiedziałam, że przy następnym skurczu urodzi się. Zaczęłam płakać. Moja doula zaczęła mówić, abym się nie bała, ale nie o to chodziło. Ja naprawdę rodziłam. Robiłam to. Moja córeczka to robiła! Moje ciało to robiło! Nie musiałam nawet przeć! Wtedy poczułam jak pęka mi krocze.

Wszedł dr Elrod, a John próbował nałożyć rękawiczki.  Biedny facet, miał ubraną jedną rękawiczkę, a dr Elrod mówi: „ Chłopie, to twoje dziecko, lepiej ją złap!”. Dokładnie w tym momencie, John wcisnął drugą rękawiczkę na rękę a ja poczułam jak ramionka, nóżki i reszta ciałka malutkiej przesuwają się przez moją miednicę i wyślizgują na zewnątrz. O 6.49 rano mój mąż złapał naszą kruszynkę niczym piłeczkę i położył ją na moim brzuchu [mała zdążyła go do tego momentu obrobić smółką;)]. 15 godzin po tym, jak odeszły mi wody płodowe, i prawie 8 godzin po osiągnięciu pełnego rozwarcia, mój mąż przyjął poród naszej córeczki … nasz poród drogami natury po 2 cięciach cesarskich.

„ Póki jesteśmy razem we dwoje

Do nas należy świata korona.

A kiedy świat zamknie przed nami podwoje,

Będziemy mieć wciąż swe ramiona”

Czas się zatrzymał. To był najpiękniejszy moment w moim życiu. Malutka jeszcze nie oddychała, ale wiedziałam, że wszystko jest z nią w porządku. Nikt jej nie zabierał. Zostałyśmy przykryte kocykiem i zaczęliśmy małą wycierać i do niej mówić. Przyszła inna położna, jedna z moich ulubionych, i również zaczęła przemawiać do małej, tłumacząc jej, że musi zapłakać. Wiedziałam, że jest dobrze. Poczułam jak po raz pierwszy nabiera powietrza. Wydawało mi się jakbyśmy nadal były jednym, jej skóra przy mojej skórze, wciąż połączone pępowiną. Nigdy nie zapłakała. Pielęgniarka wreszcie powiedziała: „Oddycha prawidłowo, wszystko jest w porządku”. Udało się. Modliłam się wiele nocy, żeby udało nam się tego razem dokonać. Nie mogłam w to uwierzyć.

Pępowina szybko przestała pulsować. Zaskoczyło mnie to. Była całkowicie zwiotczała i biała. John przeciął ją. Wtedy powoli zaczęło do mnie docierać to co działo się w sali dookoła mnie. Czy ktoś odkręcił kran? „Czy to moja krew?” zapytałam. Słyszałam jak leje się z łóżka. Dr Elrod popatrzył na mnie i powiedział: „ Tak. Ariel, wiem, że nie chciałaś zastrzyku z oksytocyną, ale teraz naprawdę tego potrzebujesz! Nie chcę, żeby za parę minut konieczna była transfuzja krwi.” Traciłam bardzo dużo krwi i w tej euforii, w jakiej wtedy byłam było mi naprawdę wszystko jedno, co mi kto robił. Moja macica nie obkurczała się. Dostałam oksytocynę, a lekarz i położne energicznie masowali mój brzuch. Następnie dostałam zastrzyk z lekiem Methergine i krwotok zaczął ustawać. Jak się później okazało, straciłam około 4 filiżanek krwi. Dr Elrod wstał i podniósł do góry ręce: „ Popatrz, żebyś miała pogląd”. Był po łokcie umazany moją krwią. Lekko poparłam przy następnym skurczu i poczułam jak wyślizguje się ze mnie ciepła, miękka tkanka łożyska. Poprosiłam, żeby mi je pokazano. Było duże i wyglądało zdrowo. Nic dziwnego, że malutkiej było dobrze w brzuszku.

Trzymałam ją skóra do skóry i karmiłam przez około 2 godziny zanim zaczęła zżerać mnie ciekawość. Instynktownie wiedziałam, że była najmniejsza z wszystkich moich dzieci. Chciałam wiedzieć ile waży. Pielęgniarka wzięła ją do zważenie i zmierzenia. Ważyła 3200g i  miała 51 cm długości. Była moim najmniejszym [wagowo], ale jednocześnie najdłuższym dzieckiem! Pielęgniarka delikatnie ją umyła. Wyraźnie podobało jej się mycie włosów, a ja z przyjemnością patrzyłam jak moja mała dziewczynka jest pielęgnowana.

Otrzymała imię Bunni – jest to skrócona forma od imienia bogini Bereniki czyli Przynoszącej Zwycięstwo. Jej drugie imię Larue to drugie imię mojej babci.

Podsumowując, nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale byłam na to przygotowana. Poszło dokładnie tak, jak miało pójść. Długo zwlekałam z napisaniem planu porodu, bo sama do końca nie wiedziałam, czego chciałam. W głowie miałam tylko dwa punkty: poród drogami natury i zdrowe dziecko. Nic innego nie miało znaczenia i niczego nie żałuję. Po porodzie pytałam siebie niemal każdego dnia „Czy żałuję, że wzięłam znieczulenie?”. Odpowiedź brzmiała zawsze: „Nie, ani trochę nie żałuję”. Jedyne, czego żałuję, to to, że nie pojechałam do szpitala, kiedy moja mama mi to sugerowała (kiedy nie byłam jeszcze pewna czy na pewno już rodzę, bo wciąż mogłam chodzić i rozmawiać podczas skurczy). Miałam awersję do szpitali, a w sumie było fantastycznie! Szkoda, że nie miałam trochę więcej czasu na początku, żeby oswoić się z tym, co się działo i złapać wewnętrzną równowagę, zanim skurcze stały się tak bardzo intensywne. To czego ten poród najbardziej mnie nauczył, to to, jak istotne jest wsparcie ludzi, którzy ci towarzyszą.  Gdyby nie mój położnik nie wiem czy udałoby mi się urodzić drogami natury po 2 CC.  Zwłaszcza, że malutka czekała, aż do 42 tygodnia i 6 dnia ciąży. Nie znam żadnego innego lekarza, który w takiej sytuacji wspierałby mnie [i nie nalegał na cesarkę]. Jestem szczęśliwą mamą i z podekscytowaniem czekam na to, co przyszłość przyniesie dla naszej małej „bogini zwycięstwa”.

Oryginał postu oraz zdjęcia na: http://birthwithoutfearblog.com/2012/05/22/vba2c-at-426-weeks/

Lekarz, który przyjmował poród opisany w powyższej historii to Dr. D. Glen Elrod z Sleeping Lady Women’s Health Care in Wasilla, Alaska (http://www.sleepingladywomenshealthcare.com/index.html)

 


[1] Fragment piosenki „The Glory of Love”.

[2] Home Birth After Cesarean – Domowy Poród po Cięciu Cesarskim.

[3] Poród Siłami Natury po 2 Cięciach Cesarskich.

[4] Chiropraktyka – dziedzina medycyny niekonwencjonalnej koncentrująca się na diagnozie, leczeniu i zapobieganiu urazom narządów ruchu, szczególnie kręgosłupa. Korzyści stosowania chiropraktyki podczas ciąży to m.in. zredukowanie dolegliwości bólowych kręgosłupa i stawów, a także wspomaganie optymalnego ułożenia płodu do porodu.

[5] Group B Streptococcus – rodzaj paciorkowca występujący dość powszechnie u człowieka; niegroźny dla dorosłych, niebezpieczny dla płodu i noworodka; więcej na: http://www.paciorkowiec.pl/2001.html

[6] Preparat stosowany w leczeniu grypy.

[7] Cewnik Foleya zwyczajowo używany jest do udrożniania pęcherza. Przypomina rurkę zakończoną balonikiem. Warunkiem koniecznym do zastosowania tej metody podczas porodu jest rozwarcie kanału szyjki co najmniej na grubość cewnika (najlepiej ok. 1 cm.). Wypełniony solą fizjologiczną balonik pozwala mechanicznie rozwierać szyjkę, zarazem zachęcając organizm do uwolnienia naturalnych prostaglandyn. Metoda jest tania, wygodna i bezpieczna. Nie może być jednak stosowana w przypadku przodującego lub nisko usadowionego łożyska, krwawienia z szyjki macicy, wcześniejszego odpłynięcia płynu owodniowego, stanów zapalnych pochwy. (Zaczerpnięte z http://m.poradnikzdrowie.pl/ciaza-i-macierzynstwo/porod/bezpieczne-metody-wywolywania-porodu_36624.html).

[8]Popularny  amerykański supermarket.

[9] Korę bawełny stosuje się w medycynie jako środek powstrzymujący krwawienie. Stwierdzono, że gossypol z kory korzeni jest środkiem przeciwwirusowym, likwidującym obrzęki i gojącym rany. Nalewkę ze świeżej kory korzeni stosuje się w homeopatii przy bezpłodności, zatruciach ciążowych i zakłóceniach w regularności miesiączkowania. (Zaczerpnięte z http://www.huuskaluta.com.pl/marekc/parfleche03.php)

[10] Black Cohosh – egzotyczna roślina, pobudza powstawanie nowych włókien podporowych utrzymujących jędrność i napięcie skóry. Więcej: http://depilacjakrakow.blox.pl/2009/10/Black-Cohosh-kiedys-w-Ameryce-teraz-u-nas.html.

[11] International Cesarean Association Network – organizacja non-profit, której misją jest polepszenie zdrowia matek i dzieci poprzez zapobieganie niekoniecznym cesarkom, wsparcie w rekonwalescencji po cięciu cesarskim i promowanie naturalnego porodu po cięciu cesarskim.

[12] ciągły 30 minutowy zapis KTG

[13] Zestaw nieinwazyjnych badań płodu określający stan płodu na podstawie pięciu parametrów biofizycznych: czynności serca płodu (FHR), napięcia mięśniowego płodu, ruchów płodu, ruchów oddechowych płodu, ilości płynu owodniowego.

[14] Popularna restauracja w USA.

[15] Olej rycynowy ma działanie przeczyszczające.

[16] W oryginale „pielęgniarkę”, gdyż na porodówkach w szpitalach w Stanach Zjednoczonych pracują tylko lekarze i pielęgniarki, nie zaś położne („midwives”). Jednakże tamtejsze pielęgniarki spełniają podobne zadania jak położne w polskich szpitalach, stąd też zastosowanie tego słowa w tłumaczeniu.

[17] Prawo zwieracza sformułowane przez słynną amerykańską położną Inę May Gaskin mówi o tym że szyjka macicy oraz pochwa, tak samo jak zwieracze wydalnicze, działają najlepiej w atmosferze intymności, nie podlegają zbytnio sile woli i mogą się nagle zacisnąć (nawet jeśli wcześniej były rozluźnione) pod wpływem stresu, strachu lub zawstydzenia. Więcej na ten temat w książce Iny May Gaskin „Poród naturalny”.