Archiwa

Szpitalny poród drogami natury po cc … POŚLADKOWY! (Australia)

Historia australijskiej mamy, która była wystarczająco zdeterminowana, żeby urodzić naturalnie po cesarce dziecko ułożone pośladkowo. Piękny przykład uszanowania mechanizmu porodu pośladkowego przez personel – podejście „ręce z dala od dziecka rodzącego się pośladkowo”.

Historia w oryginalnej wersji językowej oraz zdjęcia dostępne na: http://birthwithoutfearblog.com/2013/02/26/amazing-breech-vbac-fast-hospital-birth-with-pictures/.

„Moje pierwsze dwa porody były wywoływane i szybkie. Moje 3 dziecko urodziło się przez cięcie cesarskie (w styczniu 2012) z powodu ułożenia pośladkowego. Nigdy nie chciałam mieć cesarki, ale lekarze nalegali. Sama byłam gotowa na naturalny poród pośladkowy, ale lekarze nie zgadzali się, twierdzili, że nie praktykują już porodów pośladkowych drogami natury. W rezultacie, zgodziłam się na planowe cięcie. Córeczka urodziła się w 39 i 4 dniu ciąży, zdrowa i szczęśliwa – idealna. Na szczęście wszystko poszło dobrze.  Jednak wciąż żałuję, że bardziej nie starałam się o poród naturalny, bo wiem, że mogłam urodzić. Zdecydowałam, że na pewno będę rodzić naturalnie po cięciu w 4 ciąży.

10 miesięcy po urodzeniu Mili, dowiedziałam się, że znów jestem w ciąży. Termin porodu miałam na koniec lipca 2012.

Moja 4 ciąża przebiegała bezproblemowo. Nie miałam porannych mdłości ani żadnych innych przypadłości. Chcieliśmy poznać płeć dziecka – w 20 tygodniu okazało się, że to dziewczynka.  Przeprowadziliśmy się z Canberry do Nowej Południowej Walii (tak więc z miasta na wieś) niedługo przed tym, jak dowiedzieliśmy się o ciąży. Tym razem miałam więc rodzić w innym szpitalu.

W 24 tygodniu i 5 dniu ciąży zgłosiłam się do szpitala z bólami brzucha. Zdecydowano, że trzeba usnąć mi wyrostek, który pękł. To było kilka pełnych obaw dni, gdyż istniało zagrożenie przedwczesnego porodu. Przed operacją, nalegałam, aby dali mi leki steroidowe na rozwój płuc dziecka, żeby zrobić wszystko co, możliwe by ją uratować, gdyby poród nastąpił. Na szczęście operacja przebiegła bez komplikacji i szybko doszłam do siebie. Malutka pozostała w brzuszku i nie dało się zauważyć żadnych negatywnych skutków mojego zabiegu na nią. Reszta ciąży przebiegała bez problemów, a ja patrzyłam na swój rosnący brzuszek i byłam coraz bardziej podekscytowana perspektywą narodzin mojego dziecka.

W 37 tygodniu poszłam na USG mające sprawdzić ułożeniu dziecka, mimo, że kilka dni wcześniej na wizycie u lekarza była ułożona główką w dół. Co zaskakujące, przekręciła się do ułożenia pośladkowego. Nie mogłam w to uwierzyć! Myślałam jednak, że skoro kilka dni wcześniej była w ułożeniu główkowym, jeszcze się odwróci. Próbowałam zrobić kilka ćwiczeń mających dziecku pomóc się obrócić – bez specjalnego zapału, gdyż ćwiczenia te nie dały żadnego rezultatu w ciąży z Milą.

Kiedy zaszłam w ciążę, zaczęłam czytać dużo informacji i historii na temat porodów pośladkowych. Wiedziałam, że jeśli tym razem dzidziuś ułoży się znów pupą w dół, będę bardziej naciskać na poród naturalny.  Nigdy jednak nie sądziłam, że ta wiedza mi się przyda.

Spotkałam się z moim lekarzem kilka dni później i powiedziałam, że w żadnym wypadku nie zgodzę się na [planową] cesarkę. Nalegałam na poród naturalny, uważając, że cięcie jest w tym przypadku nieuzasadnione. Lekarz okazał się wspierający. Zgodził się, że z podejmowaniem decyzji poczekamy, aż rozpocznie się poród (byłam zaskoczona jego reakcją, gdyż przygotowywałam się na walkę).  Jakkolwiek, on uważał, że i tak skończę na stole operacyjnym. Kilka miesięcy wcześniej ten sam lekarz pytał mnie dlaczego miałam cesarkę z trzecim dzieckiem. Był zdziwiony, że nie pozwolono mi spróbować urodzić naturalnie, szczególnie, że miałam już za sobą dwa porody drogami natury, a moje dzieci były niezbyt duże. Obecna sytuacja była jednak o tyle inna, że byłam po cięciu cesarskim. Stąd położnik był dość ostrożny.

Podczas kolejnych kilku wizyt malutka wciąż była w ułożeniu pośladkowym. Powoli godziłam się z myślą, że się nie obróci.

W 39 tygodniu ciąży poszłam na wizytę do innego położnika (chodziłam w sumie do 2 położników, więc kiedy nadszedł czas porodu, wiedziałam, że będę znała lekarza, który będzie na dyżurze). Lekarka zbadała mnie wewnętrznie. Miałam 2 cm rozwarcia, szyjka była miękka i przygotowana do porodu. Pani doktor powiedziała, że najprawdopodobniej urodzę w tym tygodniu. Wiedziała jaki jest mój stosunek do powtórnego cięcia i że prawdopodobnie się na nie nie zgodzę. I jakkolwiek lekarze bardzo nie chcieli naturalnego porodu pośladkowego, nie mogli odmówić sprawowania opieki nade mną. Czułam się podle stawiając tę panią doktor i drugiego położnika w takiej niekomfortowej sytuacji, jednak alternatywą było pozbawienie siebie możliwości urodzenia, w taki sposób, w jakich chciałam urodzić. A to przecież moje ciało i moje dziecko. Był czwartek, 26 lipiec.

Przez poprzedni tydzień odchodził mi w niewielkich ilościach czop śluzowy. Rankiem w sobotę, 28 lipca (w 39 +6 tygodniu) odeszła mi pozostała część czopa. W mijającym tygodniu miałam także powtarzające się, trochę bolesne (może nie jakoś bardzo, ale zauważalne) skurcze przepowiadające. To zdarzało się głównie, kiedy karmiłam piersią Milę (18 miesięcy). Teraz skurcze też się pojawiały, nawet trochę częściej i bardziej bolesne, lecz wciąż nieregularne. Nie zwracałam na nie uwagi.

Położyłam się spać pół godziny po północy. Zrobiło mi się ciepło i przyjemnie w łóżku. Wtedy złapał mnie kaszel.  Jak tylko zakaszlałam, odeszły mi wody. Zupełnie się tego nie spodziewałam! Przez następne 20 minut usiłowałam dodzwonić się do naszego szpitala. Kiedy wreszcie mi się to udało, położna (Susan) poinformowała mnie, że ponieważ jest weekend a dziecko jest w ułożeniu pośladkowym, musimy jechać do szpitala Orange Base. Nasz lokalny szpital nie dysponował w tamtym momencie zespołem operacyjnym, a chcieli mieć takie wsparcie na wypadek, gdy wystąpiły jakieś komplikacje. Szpital Orange Base był oddalony od nas o ponad godzinę drogi i nie za bardzo uśmiechało nam się tyle jechać, ale nie mieliśmy wyboru.

Kiedy odłożyłam słuchawkę (przed godziną 1 w nocy), zaczęłam odczuwać bolesne skurcze. Były co 5 minut i trwały ponad minutę. To dało mi nadzieję, że ten poród może się udać, gdyż przy moje poprzednie porody zawsze musiały być wywoływane.

Około 1.20 przyjechała moja mama. Zauważyła, że mam skurcze. Zasugerowała, żebyśmy zadzwonili po karetkę i pojechali nią do szpitala, gdyż  Lach (mój mąż) nie czuł się zbyt dobrze (przez ostatni tydzień miał potworną grypę), a moje poprzednie porody drogami natury były szybkie, więc lepiej nie ryzykować rodzenia w samochodzie. Tak więc mama zadzwoniła po ambulans. Ja klęczałam na łóżku na czworakach. Martwiłam się możliwością wypadnięcia pępowiny, bo nie wiedziałam czy dzidzia wstawiła się już pupą w miednicę. Miałam ogromną ochotę wstać i iść pod prysznic, ale nie chciałam ryzykować stawiania się do pionu, co mogłoby skutkować wypadnięciem pępowiny.

Karetka przyjechała około 1.40.  Sanitariusz powiedział, że najpierw musimy pojechać do lokalnego szpitala. Czułam się z tym niezręcznie, bo przecież poinformowano mnie, że mam jechać prosto do Orange Base, ale sanitariusz twierdził, że taki jest regulamin. Po drodze miała jeden albo dwa skurcze, i wcale nie uśmiechało mi się jechać w ten sposób aż do Orange Base. Jeszcze w karetce założono mi wenflon, na wypadek, gdybym potrzebowała płynów dożylnych, itd.

O 2 w nocy, jadąc szpitalnym korytarzem na porodówkę, miałam kolejny skurcz (leżałam an plecach, AU!). Przyszła moja położna Susan. Musiałam poczekać na dyżurnego lekarza. Kiedy pani doktor przyszła i mnie zbadała, okazało się, że mam rozwarcie na 8 cm! Nie mogłam w to uwierzyć! Właśnie takiego porodu chciałam odkąd dowiedziałam się, że dzidzia jest w ułożeniu pośladkowym, gdyż obaj położnicy, do których chodziłam powiedzieli, że jeśli przyjadę do szpitala z 7-8 cm rozwarciem, nie będą mieli nic przeciwko naturalnemu porodowi pośladkowemu. Tak więc, po badaniu wewnętrznym moja pani doktor powiedziała, że nigdzie nie jadę (JUPI!).

Lekarka i położna wytłumaczyły mi jak będzie wyglądał ten poród. Rozmawiałam wcześniej z panią doktor na ten temat, więc co nieco wiedziałam. Powiedziano mi, że kiedy będę już miała pełne rozwarcie i skurcze parte, będę musiała położyć się na łóżku, na plecach, z pupą na samym końcu łóżka. Personel przyjmie postawę „ręce z daleka”, co znaczyło, że nikt nie będzie dotykał mojego rodzącego się dziecka, aby nie odgięło ono główki będąc jeszcze w moim ciele (mogłoby to spowodować, że dziecko utknęłoby).  Susan (położna) powiedziała, że będzie jej bardzo trudno oprzeć się pokusie dotknięcia dziecka, gdyż jest przyzwyczajona to robić, przyjmując porody w ułożeniu główkowym.

Było prawie wpół do trzeciej, kiedy było już pewne, że zostaję w tym szpitalu. Poszłam pod prysznic (jak dobrze było wstać i nie leżeć na plecach!). Byłam pod prysznice 10 minut. Potem poprosiłam o gaz (używałam tej metody łagodzenia bólu przy poprzednich porodach i pomagała ona mi się odpowiednio skupić).

Niedługo zaczęłam odczuwać potrzebę parcia. Powiedziałam o tym Susan. Musiałam wyjść spod prysznica i położyć się na łóżku. Nie miałam ochoty, ale… Weszłam na łóżko i przyjęłam pozycję na czworakach. Lekarka mnie zbadała. Rozwarcie było prawie pełne. Pozostał tylko rąbek szyjki macicy, który zagradzał drogę dziecku. Pozostałam w takiej pozycji, wdychając gaz i walcząc z potrzebą parcia. Była godzina 2.45.

W końcu, około 3 miałam pełne rozwarcie. Mogłam zacząć przeć. Przekręciłam się na plecy, na pół siedząco i zaczęłam wypierać dziecko.

Po kilku minutach parcia, poczułam, że malutka obniża się. Wyszła jej pupa (zrobiła siku i kupę zaraz przed tym, jak tyłeczek się urodził). Potem wyskoczyły jej stópki. Następnie urodziła się główka i podano mi ją. Moja córeczka urodziła się o 3.13 rano (ciut ponad godzinę po przyjeździe do szpitala, po 2 godzinach porodu).

Susan chciała przeciąć pępowinę, ale przypomniałam jej, że chcę by to zrobiono dopiero, gdy przestanie tętnić, ponieważ wiedziałam, że to bardzo korzystne, by dziecko otrzymało krew łożyskową. Po chwili lekarka powiedziała, żeby przeciąć pępowinę, bo miała wątpliwości co do kondycji malutkiej. Na szczęście wszystko było ok (wiedziałam to, gdyż dzidzia była ożywiona i próbowała płakać). Lach przeciął pępowinę i córeczka została na chwilę zabrana do kącika cieplnego, gdzie udrożniono jej drogi oddechowe. Wkrótce wróciła do mnie i przyssała się do piersi.

Zachwycałam się moją malutką córeczką. Po chwili urodziłam łożysko, zbadano mnie i założono kilka szwów. Mała ważyła 3110 g i mierzyła 48 cm. Wzięłam prysznic i wszyscy troje poszliśmy do sali poporodowej trochę się przespać. Susan pozwoliła Lachowi zostać ze mną, gdyż na oddziale było bardzo spokojnie (zaleta małego szpitala).  Drzemałam i budziłam się przez kolejne kilka godzin. Potem zjadłam śniadanie i czekałam na lekarza, aby dostać wypis. O 11.30 przed południem zostałyśmy wypisane i udaliśmy się do domu przedstawić nową siostrzyczkę starszemu rodzeństwu.”

Filmik dostępny jest również z napisami w języku polskim na: http://www.amara.org/pl/videos/XlM3Qb7naipN/info/natural-breech-vbac-birth-of-remi-graphic/

Dziękuję serwisowi BirthWithouFear za zgodę na tłumaczenie i udostępnianie historii.

http://birthwithoutfearblog.com/2013/02/26/amazing-breech-vbac-fast-hospital-birth-with-pictures/