Archives

Zrobiłam to 13 miesięcy po cc! (Szwecja)

Prawdziwa emocjonalna BOMBA! Wzruszająca, chwilami zabawna, ukazująca mądrość Kobiety, Natury, Kobiecego Ciała i Intuicji oraz fantastyczny obraz mądrego skandynawskiego położnictwa. Historia Pauliny.

1 ciąża – Kiedy zaszłam w pierwszą ciążę, byłam przerażona. Roztaczała się przede mną wizja porodu rodem z horroru, zgodnie z tym, co serwują nam familijne filmy. Chciałam cesarki na życzenie. Aby utwierdzić się w przekonaniu, że poród to okropne doświadczenie, odpaliłam sobie na yt filmik z prawdziwego porodu. Przypadek chciał (a te podobno są tylko w gramatyce), że trafiłam na nagranie domowego porodu w wodzie. Z każdą sekundą czułam się coraz bardziej oszukana, tak daleko ten obraz odbiegał od wszystkiego co widziałam. Tak zaczęły się moje poszukiwania prawdy na temat porodu naturalnego. Na scenę weszły budujące książki (ukochana Ina May), pozytywne historie i zbieranie wiedzy na temat metod radzenia sobie z bólem. Nie wiem w którym momencie z panicznego strachu przed porodem poszłam do punktu, gdzie nie wyobrażałam sobie rodzić inaczej niż naturalnie.

Moja pierwsza ciąża przebiegała bezproblemowo, nie licząc incydentu skurczy w 16 tygodniu, które szybko zostały wyciszone. Na przełomie 38 i 39 tygodnia zgłosiłam się do szpitala z powodu wysokiego ciśnienia. Na początku lekarzowi nie spodobała się ilość wód, niedługo potem waga dziecka. Podejrzenie małowodzia i hipotrofii doprowadziło mnie na sale porodową dokładnie tydzień przed terminem. Czekał mnie test oksytocynowy. Podłączono kroplówkę i ktg. Dosłownie po chwili na salę przyszło kilku lekarzy. Jeden spojrzał na wykres ktg i powiedział- tu będzie cesarka, proszę się przygotować. Od drugiego dowiedziałam się, że córce na skurczach spada tętno i nie przeżyje porodu naturalnego. Zaraz obdzwoniłam rodzinę, podpisałam papiery i w ciągu pół godziny pojechałam na salę operacyjną. Byłam w szoku- jak to, nie sn? Zaraz poznam córkę? Czułam się trochę jakbym oglądała film, a nie przeżywała swoje życie. 

Zaraz przyszło do znieczulenia. Anestezjolog nie mógł się wbić i próbował bardzo bolesne trzy czy cztery razy, a ja czułam się jak dziecko, które nie potrafi dobrze wygiąć pleców. Z pomocą przyszła asystentka anestezjologa, która przytuliła mnie i przytrzymała w odpowiedniej pozycji. Był to chyba jedyny tak czuły gest personelu tego dnia. Przez chwilę mogłam poczuć, że nie jestem sama. Położyłam się pytając anestezjologa skąd mam wiedzieć, że znieczulenie działa. „A czujesz coś? Bo właśnie jesteś otwarta.”

Nie spodziewałam się, że cesarkę tak czuć. Szarpanie było silne, wolną ręką przytrzymywałam się stołu, uczucie było bardzo nieprzyjemne, choć dalekie od bólu. Kiedyś przeczytałam zdanie, które dla mnie celnie opisuje cc – czułam, jakby ktoś zadawał gwałt mojemu ciału. W pewnym momencie usłyszałam króciutkie kwilenie, jak za mgłą zdołałam zobaczyć, jak lekarz przekazuje moją córkę położnej. Potem musiało nastąpić jakieś zamieszanie. Pytałam czy wszystko jest w porządku, anestezjolog próbował mnie zagadać, żeby odwrócić moją uwagę, ale ciśnienie niebezpiecznie mi rosło. Dalej nic nie pamiętam. Świadomość odzyskałam na sali, jak myślałam, poporodowej, jednak byłam na piętrze niżej- oddziale ginekologicznym i patologii ciąży.

Moja córka Róża urodziła się 20.07.2016r o godzinie 9:37, ważąc 2740g i mierząc 50 cm. Reanimowano ją w pierwszej minucie życia, a na samej sali operacyjnej kilkakrotnie. Miała rozległe wady ciała widoczne na pierwszy rzut oka i zakładano, że wiele wewnętrznych. Udało się ustabilizować jej oddech i wezwano specjalistyczną karetkę, aby przetransportować ją do Gdańska.

Każda minuta po cesarce dłużyła mi się jak wieczność. Panowało zamieszanie, wszyscy latali między piętrami szpitala to do mnie, to do małej. Partner przyniósł mi jej zdjęcie, ktoś inny kolejne papiery do podpisania. Po znieczuleniu było mi na przemian lodowato i gorąco, ale na świeżo wyremontowanej sali nie było zamontowanego alarmu wzywającego położne, więc czekałam od jednej osoby do drugie,j aby ktoś mnie przykrył lub odkrył. Błagałam personel, aby pokazał mi córkę, aż w końcu ktoś, nie wiem kto, powiedział, że przyjdą z nią do mnie, kiedy będą zjeżdżać do karetki. Niestety, tak się nie stało. Po pięciu godzinach od narodzin Róży usłyszałam zza okna wyjący sygnał ambulansu. Do teraz na ten dźwięk wszystko mi się przypomina.

Noc była bardzo bolesna. Dostawałam naprzemiennie leki przeciwbólowe z nasennymi, ale ból już rozhulał się w najlepsze, a nasenne nie działały mimo największej możliwej dawki. Bolało bez ustanku. Rano ciszę przerwało dzwonienie, telefon ze szpitala w Gdańsku.
– Bardzo mi przykro, pani córka nie żyje.

Róża żyła 22 godziny. W ciąży nic nie wiedzieliśmy o jej chorobie. W swoim mniemaniu oczekiwałam na zdrowe dziecko. Wielokrotnie później żaląc się na konieczność cesarskiego cięcia, słyszałam znane „ważne, że wszystko z Wami w porządku”, „ważne, że żyjecie”.  No cóż… Cesarka nie zawsze oznacza uratowane życie.

2 ciąża- W drugą ciążę zaszłam trzy miesiące po cc. Zaznajomiona z grupą „Naturalnie po cesarce”, z pragnieniem naturalnego porodu jeszcze z pierwszej ciąży i traumą po operacji, od razu założyłam, że będę próbować sn. Do tego nie wyobrażałam sobie na nowo uczyć się chodzić mając pod opieką noworodka.

Była to ciąża bardziej świadoma. Z przygotowań do porodu największą rolę odegrało wdrożenie w styl życia pozytywnego myślenia (Prawo Przyciągania), afrimacje oraz bezcenny program autohipnozy „Cud Narodzin”. W tym momencie należy się mu kilka słów 😉 Wahałam się nad jego kupnem ze względu na cenę, ale ze szczerego serca mogę powiedzieć, że nie żałuję ani złotówki. Pracę z programem zaczęłam w trochę ponad połowie ciąży i niemal od razu zauważyłam jak zmieniają się na lepsze moje codzienne emocje. Nauczyłam się dostrzegać jak często niepotrzebnie spinam różne mięśnie- z pomocą przyszła umiejętność głębokiej relaksacji. Z czasem oswoiłam wszystkie moje strachy i obawy w związku z porodem. Pięknie było spędzić czas ciąży w takim spokoju. Dzięki „Cudowi” moja wiara we własne siły podskoczyła o 200%. Ostatecznie moje umiejętności zdobyte dzięki niemu przydały się nie tylko na czas ciąży i porodu, ale też w połogu. Praca z „Cudem” z perspektywy czasu była najlepszym, co mogłam dla siebie zrobić . Brzmi jak reklama, ale to najszczersza prawda 😉 Piłam jeszcze od 34 tygodnia napar z liści malin, ale zdaje się, że nie pomógł w moim przypadku 😉

W pierwszym trymestrze ciąży odczuwałam lekkie bóle blizny, ale uspokajano mnie, że to normalne. Około 20 tygodnia coś podkusiło mnie o sprawdzenie jej grubości, więc poszłam do najlepszego ginekologa w mieście i się zaczęło 😉 „Blizna cienka, a z czasem będzie jeszcze cieńsza, konieczne planowe cięcie w 38 tygodniu, o ile w ogóle macica wytrzyma do tego czasu”. Podziękowałam temu panu i wyjechałam do partnera, do Szwecji, gdzie docelowo miałam urodzić. Tam z kolei dowiedziałam się, że moja blizna jest silna i elastyczna. I to bez żadnego badania! :) Oni w to wierzyli i ja wierzyłam.

System położniczy w Szwecji różni się od Polskiego, a blisko mu do tego w Wielkiej Brytanii. Vbac są tu czymś normalnym, choć bardziej monitorowanym od zwykłego sn. Nowością było dla mnie brak badania ginekologicznego przez całą ciążę. Po prostu nikt nie zaglądał w „podwozie”, nie widziano takiej potrzeby. W związku z tym nikt nie dawał mi nadziei, że urodzę przed terminem, ani nie straszył, że urodzę po terminie, bo „wszystko pozamykane”.

Takim sposobem doturlałam się do 38 tygodnia. Cisza. No nic, czekamy. 39 tydzień. Morale lekko podupadły, dziwnie mi było chodzić jeszcze w ciąży, w końcu pierwsza w tym momencie się skończyła 😉Zaczęłam biegać po siedmiu piętrach bloku, uskuteczniałam spacery bocianim krokiem, namiętnie masowałam sutki, ale efektem było tylko lekkie okresowe ćmienie- ciało mówiło mi, że to jeszcze nie mój czas. Zmęczona pozytywnym myśleniem, że „mogę urodzić i dzisiaj”, poszłam w drugim kierunku i śmiałam się, że nigdy nie urodzę.

Dzień po terminie zaczęło mnie łamać w kręgosłupie. Jakieś skurcze tworzyły się pod wpływem skakania na piłce, ale ciągle nic spektakularnego. Jak można się domyślić, byłam załamana. Na horyzoncie porodu brak, doszedł tylko dodatkowy ból.

Drugi dzień po terminie – nowe doznania (jak to wtedy określiłam „jakby mi miało dupę rozerwać”). W środku płaczę, że będę ostatnią ciężarówką na świecie, bo wszyscy urodzą przede mną 😉 Powoli nachodzą mnie czarne myśli pod tytułem wywoływanie.

Trzeci dzień po terminie – wieczorem skurcze co 10 min. Chciałam rozkręcić je tańcem do rytmów latyno, jednak rozchodzą się po kościach, ale wstępuje we mnie nowa nadzieja.

Czwarty dzień po terminie przynosi oczyszczenie organizmu i odchodzenie czopu śluzowego. Idę na spacer i staram się jakoś zachęcić córkę do wyjścia.

Piąty dzień po terminie i godzina 22:00, kiedy to łapie mnie najzwyczajniejszy skurcz, jednak coś każe mi poprosić partnera o spojrzenie na zegarek. Drugi nadchodzi za trzy minuty. Kolejny też.
Jestem podekscytowana, a partner przerażony, kiedy informuję go, że TO JUŻ. Leci ze mnie krwista wydzielina. Idziemy zrobić frytki, macham biodrami na skurczu kucając. Aplikacja pokazuje, że skurcze są co 3-5 min i trwają 1-1,5 min. Nie bolą jeszcze tragicznie, choć muszę przerwać na nich wszystkie czynności. Czas spędzam na częstym lataniu do toalety, bujaniu na piłce i słuchaniu „Cudu Narodzin”. Jestem spokojna i skupiona na swoim wnętrzu. Powtarzam dobrze znane afrimacje.

Tak mijają mi 4 godziny, po których decyduję się zameldować telefonicznie w szpitalu. Dostaję informację, że krwawienia ze śluzem są normalne i mam przyjechać jeśli odejdą mi wody lub jak już nie będę mogła wytrzymać. W ogóle cała rozmowa wprowadza mnie w dobry nastrój, bo poziom angielskiego mój i telefonistki prezentuje ten sam marny poziom:
„- Masz może takie coś… hm, jak to powiedzieć? Siadasz i się myjesz?
– Wanna?
– Tak, wanna. Proszę spróbować wziąć kąpiel.”

Mimo, że pół godziny po telefonie już konkretnie miażdży mi kręgosłup, dalej nie czuję, że to moment na szpital. W domu czuję się dobrze. Z polecenia partnera próbuję się zdrzemnąć. Budzę się po dwóch godzinach, biorę prysznic, oglądamy kawałek jakiegoś filmu, idziemy dalej spać, a to wszystko ze skurczami co 3-4 min. Powiadomione o akcji porodowej „moje” grupy na facebooku radzą szybko jechać do szpitala i panikują, że trzeba kontrolować bliznę. Idę jednak za głosem intuicji- nie ma się co spieszyć.

Ranek zastaje mnie wypoczętą. Do siostry piszę, że psychicznie czuję się świetnie, ale na dwieście procent poproszę o epidural i to na wiadra 😉Wydaję już konkretne dźwięki, na skurcze z krzyża zbawienny okazuje się termofor. Boli coraz bardziej, ale dla mnie to ciągle za mało, więc masuje sutki, biorę jeszcze jeden prysznic, skaczę na piłce. Efekt? Akcja porodowa zwalnia, skurcze co 7 min. Jestem lekko podłamana, że moje całonocne bóle to tylko fałszywy alarm. Z drugiej strony pocieszam się, że dobrze zrobiłam, zostając w domu. Jednak za każdą wizytą w łazience leci ze mnie coraz więcej i więcej krwistego śluzu, więc partner żywo przekonuje mnie, aby jednak jechać. Upieram się, że jeszcze trochę policzę skurcze, aby mieć co przekazać szpitalowi przez telefon. Zajmuje mi to całe dwie godziny, podczas których akcja wraca do 3-4 min już tak intensywnych, że skurcz rzuca mnie na czworaka. Dzwonię, że jest już ciężko. Szpital zaprasza. W drodze między skurczami słuchamy radia, ale w bólu dźwięki mnie drażnią. Piosenek słuchamy więc po połowie 😉

Do szpitala dojeżdżamy ok 14:00. Położne bardzo miło nas przyjmują i podpinają ktg.

22538033_1427883570663080_826574694_n

Skurcze piszą się dziwnie niskie, mam wrażenie że cała ich siła mieści się w plecach, nie w brzuchu. Opieram się o partnera, tylko tak skurcze wydają się być do zniesienia. Badanie – 4 cm. Nie powiem, że spodziewałam się więcej, jednak już zaraz następuje moment, w którym zaciera mi się poczucie czasu, bóle rosną, a ja zatapiam się cała w porodzie, myśląc tylko o tym, by przejść kolejną falę.

Przechodzimy do sali porodowej, podpinają mi ktg bez kabli. Na plecy i brzuch dostaję ciepłe woreczki, które wiąże się w pasie, są przyjemne, nie chcę się z nimi rozstać, ale ból pleców jest tak ogromny, że proszę o polecane przez położne zastrzyki podskórne (do teraz nie wiem dokładnie co to było). Moja opinia: 2/10, nie polecam. Wstrzykiwanie boli jak ostatni piorun, a efekt trwa przez chwileczkę. Przychodzi punkt, kiedy za bardzo nie wiem co robić na skurczach. Chodzenie boli, bujanie boli, sławne siedzenie na piłce opierając się o łóżko porodowe jest nie do zniesienia. Na chwilę kładę się na łóżko i to jest ten moment, w którym moje dotychczasowe założenia o aktywnym porodzie szybko czmychają na drzewo 😀 Leżę na boku i ani myślę zejść z łóżka. Dzięki nauce relaksacji, kiedy położne powtarzają mantrę „oddychaj”, umiem odprężyć spięte mięśnie. To pomaga.

Niestety ruchome ktg nie zawsze wyłapuje tętno córki, więc zapada decyzja o przyczepieniu „elektrod” do jej główki, które mają zagwarantować ciągły zapis. Wiąże się z tym przebicie wód, czego trochę się boję, ale ostatecznie nie boli, tylko leci ze mnie i leci. Mam wrażenie, jakby ktoś z przebiciem wód podkręcił gałkę „częstotliwość skurczy”. Przychodzą jeden za drugim, jak chcą, nieregularnie. Czasami czuję, że w ogóle nie dają przerwy. Czuję jakbym miała umrzeć, chcę znieczulenie. Proponują mi gaz rozweselający, ale łapię tylko za niego i ściskam, zamiast oddychać przez maskę i taka forma znieczulenia wcale mi nie odpowiada 😉

Położna: Masz 7cm, poród idzie bardzo szybko, na pewno chcesz epidural? Zaraz będzie po wszystkim.
Ja: kogo mam zabić, żeby dostać co trzeba?

Zaczynają się przygotowania pod epi, kroplówka. Ledwo pamiętam co się wtedy działo. Ze snu budzą mnie skurcze tak silne, że drę się jak na egzorcyzmach. Wiem, że pomyślałam tylko w jednym momencie, jakie to dziwne, że poród się po prostu dzieje, niezależny ode mnie, że pochłania całe ciało, ale zostawia jedną komórkę w mózgu, która pamięta, że jesteś. Czułam więc, że JESTEM i że RODZĘ. Nic więcej.

W dzienniku przebiegu porodu widać całą godzinę od decyzji o epi do jego podania. Wszystko przez komplikacje przy wkłuciu – powtórka z cesarki. Później dowiedziałam się, że wina tkwi w niestandardowej budowie kręgów i przy ewentualnym kolejnym porodzie mam ostrzegać o tym anestezjologów. W każdym razie, wracając do akcji:
Jeden anestezjolog nie może poradzić sobie z wkłuciem. Wołają drugiego. Chyba jest na sali dużo osób, ale nic mnie to nie obchodzi, włącznie z tym, że jestem cała naga. Ktoś mnie dotyka, ktoś mnie przewraca, dociera do mnie tylko głos partnera tłumaczący co muszę zrobić. Zbieram się w sobie i robię, tak bardzo chcę ten cholerny epidural. Anestezjolog wbił się igłą w kręgosłup, a mnie zalewają fale skurczy. Nie mogę drgnąć, aby nie zakleszczyć igły w środku, a ból dosłownie miota moim ciałem. Nie ruszaj się, nie ruszaj, słyszę głos partnera. Ból w tej pozycji jest ponad wszystkie bóle, a jednak trwam w niej zastygnięta przez całe trzy skurcze. Każdy z nich jest jak godzina. To był zdecydowanie najgorszy moment porodu.

Znieczulenie w końcu zaczyna działać, czuję się jak obudzona ze snu. Pytam która godzina i śmieję się z jakichś żartów. Dzięki Bogu za epidural, mówię i uśmiecham się w duchu do moich założeń o aktywnym porodzie bez znieczulenia 😉

Nie mija dużo czasu, a zaczynam czuć lekkie popieranie. Położna zagląda i stwierdza- 10cm, ale główka nie zeszła. Rozwarcie nie poszło równo, więc obracam się z boku na bok z nóżką do góry, aby w końcu przyjąć normalną pozycję siedzącą na łóżku porodowym. Jestem w pozytywnym szoku, że to już 10 cm. Położne sugerują, że jeśli chcę, mogę spróbować przeć, ale próbuję raz i nie podoba mi się to. Raz po raz przychodzą skurcze, a ja oddycham dalej sposobem na pierwszą fazę porodu i dobrze mi z tym. Położne pozwalają toczyć się akcji jak chce. W międzyczasie chrupię ciasteczka owsiane i popijam kisielkiem. Zaraz wszystko wraca tą samą drogą, co weszło- słyszę od położnej, że to dobry znak. I faktycznie, niedługo popieranie zmienia charakter, zaczyna mi robić się niewygodnie i chcę zmienić pozycję. Z rękami na pionowym oparciu łóżka, z pupą wypiętą na przemiłą twarz położnej, słyszę, że już widać główkę. Sama czuję, że to już „to”, parcie jest nie do powstrzymania. Drę się i czuję siłę i pierwotną moc, czuję dokładnie jak córka przesuwa się w dół – lubię to uczucie. Jest fizycznie przyjemne. Tylko kiedy wyszła już główka, słyszę położną „oddychaj, oddychaj” i nachodzą mnie typowe myśli rodzącej „sama oddychaj, ja tu rodzę!”, czuję że zaraz odlecę w kosmos, ale po sekundzie moje ciało samo wypycha na świat dziecko. To wszystko jest niemożliwe. Patrzę na wszystkich w zdumieniu, że to zrobiłam, że dałam radę!! Ani na chwilę nie pomyślałam o bliźnie.

Moja córka Lilia urodziła się 18.08.2017r o godzinie 21:29, ważąc 3360g i mierząc 49cm, po dwudziestu trzech i pół godzinie porodu (z czego 18 w domu), 6 dni po terminie, 13 miesięcy po cesarskim cięciu. Było to tak cudowne i budujące doświadczenie, że nie sposób tego opisać. To, co dał mi poród naturalny, zmieniło moje postrzeganie siebie, przesunęło granice tego, co jestem w stanie wytrzymać i dało wiarę w to, ile mogę zrobić. Czułam, że mój poród dzieje się naprawdę – nie jak podczas cesarki. Doświadczenie bólu do tych 7 czy może nawet 8 cm nie było złym doświadczeniem. Gdybym miała określić poród jednym słowem, byłoby to słowo POWER, tyle, że czcionką 72 😉 Cały jego obraz jest dla mnie piękny i długo, długo będę z niego czerpać.

quote-there-is-power-that-comes-to-women-when-they-give-birth-they-don-t-ask-for-it-it-simply-invades-sheryl-feldman-299085

Po porodzie, z córką na rękach, oglądałam z położną łożysko. Wcześniej nie kręciły mnie takie rzeczy, ale jak już na niego zerknęłam, nie mogłam wyjść z podziwu- jaki to wspaniały organ! Potem nastąpiło szycie- 5 szwów na trzy małe pęknięcia od środka. Móc wstać, chodzić, siedzieć i jeść po porodzie? Byłam w siódmym niebie :)

Niestety w całej tej szczęśliwej historii dopadł mnie zespół popunkcyjny. Kto poznał ten ból nie potrzebuje więcej słów. Ból głowy ścinał z nóg, nie pozwalał myśleć, jeść, kręcić głową, bolało mruganie oczami i każde światło. Przez dwa tygodnie skutecznie utrudniał mi radość z macierzyństwa.

Każda położna na porodówce (a było ich trochę) była uosobieniem życzliwości, była tam dla mnie, co czułam na każdym kroku. Życzę każdej z Was takiej opieki od serca. Cieszę się jednocześnie, że mogłam urodzić zgodnie ze sobą. Kto wie jak potoczyłoby się wszystko, gdybym rodziła w Polsce i w szpitalu chcieliby mnie widzieć już po kilku godzinach regularnych skurczy? Może byłaby oksy? Może brak postępu?

Na koniec dodam, żebyście wierzyły w siebie i swoje blizny. Przesyłam dużo miłości i dziękuję za tę grupę (Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia – przyp. red.). Podczas ciąży była moim motorem napędowym!
P.S. Kto wytrwał od początku do końca – żółwiczek!

Nic bym nie zmieniła w moim porodzie, no może upewniłabym się, że kamera jest włączona;) (Wielka Brytania)

Porody domowe po cięciu cesarskim (HBAC) są w Polsce tematem trudnym. Z wielu powodów, o których między innymi tutaj. Mam jednak szczerą nadzieję, że dobrniemy kiedyś do takich realiów jakie opisuje bohaterka dzisiejszej historii, Julia, która doświadczyła szczęśliwego HBACu po bardzo trudnym pierwszym porodzie i po stracie maleństwa w kolejnej ciąży.

Pierwszy poród w lipcu 2014. Kupiliśmy voucher na usg bo nie miałam żadnych objawów ciąży (w Anglii nie robią usg do 12 tygodnia). Nie byłam również pewna, kiedy zaszliśmy w ciąże, wiec ciekawość wygrała. Okazało się, że byłam w 7 tygodniu i nosiłam bliźniaki! Szok. Niestety na usg w 12 tygodniu zobaczyliśmy tylko jedno dziecko, drugie zniknęło. Dalej ciąża przebiegała bezproblemowo. Dzidzia długo dała na siebie czekać. 41+5 zgodziłam się na masaż szyjki. Następnego dnia od 4.30 zaczęły się skurcze, od razu co 3 minuty. O 10 byliśmy w szpitalu, 2cm rozwarcia. Poszliśmy na długi spacer (nie mogliśmy wrócić do domu bo trwało Tour the France i Londyn był nie przejezdny). Było piękne lato i wspaniała pogoda. O 16 z powrotem w szpitalu, 3cm…przyjęli nas na oddział nadzorowany tylko przez położne ale zostałam poinformowana, że o północy skończę 42tyg i muszą mnie przenieść do szpitala. Skurcze cały czas co 3 min, takie że nie mogę mówić. No i tak się skończyło. Dostałam znieczulenie, przebili wody. O 6 rano epidural, oksytocyna. Rozwarcie na 5cm. Dostałam wysokiej gorączki. Cały czas byłam przypięta do Ktg. Mała zaczęła się denerwować. Dozowałam sama znieczulenie i cały czas byłam w bólu bo chciałam czuć kiedy przeć. O 14 przyszedł lekarz i powiedział, ze to już za długo trwa. Zgodziłam się. Po 36h przyszła na świat Mia, 4kg i 56cm, cala zdrowa. Niestety ze względu na moja gorączkę musieli jej podać antybiotyk. W szpitalu zostałam 5 dni – ten czas wspominam najgorzej. Istna męka. Potem problem z karmieniem. Mała przez 5 tygodni nie odzyskała wagi urodzeniowej. Wyłam z bólu przy dostawianiu. Przez 2 miesiące odciągałam mleko co 2h. Kiedy skończyła 3 miesiące zaczęła jeść normalnie z piersi i już nigdy nie użyłam laktatora – samoodstawila się w 27 miesiącu, kiedy byłam w 5 miesiącu ciąży).

Ciągle myślałam o tym co źle zrobiłam, dlaczego się lepiej nie przygotowałam. Nikt z mojej rodziny nigdy nie miał cesarki. Ja takie szerokie biodra, nie pomyślała bym, że mi się to przytrafi. Byłam całkowicie rozbita. Jak Mia skończyła rok zdecydowaliśmy, że pora na następne dziecko. Wyliczyłam kiedy ‚to’ zrobić aby urodziła się również w lipcu 2 lata po cesarce. Trafiliśmy bez problemów, idealnie. Niestety na usg w 12 tygodniu okazało się, że nie ma akcji serca. Mały (jestem pewna, że to był chłopak) odszedł koło 9 tygodnia. Czekałam tydzień na poronienie. I znowu o 4.30 zaczęły się skurcze. Urodziłam.

Od razu zaczęliśmy się starać o kolejne dziecko. Zajęło nam to 4 miesiące i się udało. Po poronieniu ciąża to już nie to samo. Ciągły stres, przy każdej wizycie w łazience bicie serca. Na usg w 12 tygodniu myślałam, ze umrę, ale okazało się, że wszystko było w porządku. Tym razem przygotowałam się należycie. Hypnobirthing, daktyle, maliny, wiesiołek no i to co standardowo czyli zdrowa dieta, soki warzywne i różne naturalne suplementy i witaminy. Studiowałam aromaterapie, homeopatie i stosowałam się do zaleceń spinning babies. Byłam gotowa na długa walkę i przygotowałam się na wypadek, gdyby dzidzia miała się znowu urodzić długo po terminie lub gdyby była w złej pozycji. Zdecydowałam, że poród domowy będzie najlepszym wyborem. Nie chciałam być w szpitalu – za dużo wspomnień, które mogłyby zatrzymać akcje. Załatwiłam basen, tens machine i piłkę. Skontaktowałam się z położnymi od porodów domowych i bez problemu przyjęły mnie pod skrzydła. Miałam dwa USG w 12 i 20 tyg. Nie widziałam ginekologa, nikt mi nic nie mierzył ani nie dotykał. Położne nie widziały żadnego problemu (przyjmują kilka HBAC’òw w tygodniu). Miałam prowadząca położna, która najpierw co 3 potem co 2 tygodnie przychodziła do mnie do domu. Ciąża przebiegła bezproblemowo.

23 luty – równo 40 tydzień Mama, która przyleciała z Pl tydzień wcześniej, wzięła Mie na długi spacer. Ja poczułam, że muszę ogarnąć mieszkanie. Umyłam podłogi, cała łazienkę, nawet ściany. Zrobiłam 3 prania i tak mi zleciał cały dzień. Pod wieczór zaczęły mnie boleć plecy. Przeczytałam Mii książkę i poczułam pierwsze nieprzyjemne uczucie w dole brzucha. Ok 8 kiedy mała już spała a napięcia powracały postanowiłam się wykapać aby sprawdzić czy akcja się zatrzyma. Nic to nie dało, wiec położyłam się myśląc, że to jeszcze nie to. Poleżałam 20 min, następnie skakałam na piłce. Było mi niewygodnie. Zaczęłam mierzyć – skurcze były co 4 min. Potem poszłam oddychać na balkon i w kuchni. Słuchałam Hypnobirthing. Podłączyliśmy Tens – duża ulga. Klęczałam na podłodze, wieszałam się na pralce, wystawiałam głowę na dwór, aby lepiej oddychać. Mój partner zaczął pompować basen i wszystko przygotowywać.

Zaczęły odchodzić wody. Mama poszła spać do małej. O 23.30 zadzwoniłam do położnej. Powiedziała aby jeszcze poczekać i zadzwonić jak skurcze będą częstsze. 24 luty O 0.30 zadzwoniłam ponownie bo w zasadzie od godziny czułam, że chce przeć ale myślałam sobie, że to jest niemożliwe, nie mogłam uwierzyć, że tak szybko mogło by się wszystko wydarzyć. Położna powiedziała, że już jedzie. Ja w tym czasie byłam już w basenie.

IMG_8046

Przyjechała, zmierzyła ciśnienie, serce dzidzi. Musiałam się położyć na sprawdzenie rozwarcia – jak można rodzić na leżąco?!!! Położna była powolna, wkurzała mnie. Skurcze przychodziły jeden za drugim, a ona się pyta czy mogę nasikać na paseczek?! Odmówiłam. W końcu sprawdziła rozwarcie i tak jak myślałam 10cm. Szybko wskoczyłam do basenu i zajęłam się parciem. Zawołaliśmy moja mamę. Nie krzyczałam, byłam bardzo spokojna i skupiona. Po ok 20 min urodziła się Nina. Miałam ja urodzić samym oddechem ale chęć parcia była poza mną. Myślę, że jeżeli zaufałabym instynktowi to urodziłabym godzinę wcześniej, ale po tak traumatycznym poprzednim porodzie naprawdę się nie spodziewałam. Nie było kryzysu 7 cm ani przerwy pomiędzy skurczami a partymi. Nie mogłam w to uwierzyć. Położna powstrzymała mnie jak wychodziła głowa, bo byłam gotowa ja wystrzelić. Piekło i myślałam, że rozerwie mi łechtaczkę. Złapałam Ninę pod woda i wyciągnęłam na siebie. Leżałyśmy tak 40min.

Przyjechała druga położna. Potem tata kangurował a ja próbowałam urodzić łożysko. Niestety nie chciało się odkleić. Po 2 godzinach czekania zdecydowałam, że chce zastrzyk bo inaczej musiałabym jechać do szpitala. No i zadziałał. Po 5 min z mała na piersi, na kanapie wypchnęłam łożysko. W końcu położne mogły pojechać do domu. Mała ważyła 3800 g, głowa 34cm i 54cm długości. Bolało, ale nie popękałam. Byłam mega głodna i od razu opróżniłam pół lodówki. Otworzyliśmy szampana i ok 5 poszliśmy spać, tzn. ja poszłam, bo właśnie obudziła się Mia, wiec tatuś musiał się nią zająć. Nawet nie płakałam jak się urodziła, byłam w takim szoku. Nie miałam ‘baby blues’ ani problemu z karmieniem. Wiem, że zrobiłam wszystko, aby ta kruszynka miała jak najlepszy start. Jestem bardzo szczęśliwa. Aż głupio się czuje, że było tak łatwo.

Myślę, że udany HBAC zawdzięczam dobremu ułożeniu dziecka (może dzięki ćwiczeniom) oraz mojej wiedzy, która dała mi spokój i wiarę w to, że moje dziecko nie będzie za duże, aby ze mnie wyjść, i że jestem w stanie je urodzić. Nic bym nie zmieniła w moim porodzie, no może upewniłabym się, że kamera jest włączona;). W domu czułam się bezpiecznie, byłam wśród bliskich, nie martwiłam się o Mie, wiedziałam że smacznie śpi za ścianą. Szpital jest niedaleko a położne naprawdę wiedzą, co robią. Ani ja ani one nie ryzykowałyby, gdyby pojawiły się jakiekolwiek komplikacje. Pomogła również ogólna postawa – nikt się specjalnie nie dziwił, że chce rodzić w domu. Większość moich znajomych urodziło w domu lub rodziło, ale zostało przewiezionych do szpitala w trakcie porodu z różnych powodów. Dziewczyny, wierzcie w siebie, jesteście do tego stworzone. Zawsze warto spróbować. Życzę wam powodzenia.

„Nic nie gotowe, dziecko duże, z tego nic nie będzie” A jednak… VBAC (Legnica)

Według USG miała być Zosia – urodził się Kubuś:) Według lekarzy, miało nic nie wyjść z porodu naturalnego – udał się szczęśliwy VBAC:) Pamiętajcie, prognozy i szacunki – to TYLKO prognozy i szacunki, a nie pewniki. Oto historia Sandry:

C-8281 Midwife Angel-SP281-2T

17maja o godz 21.25 urodziłam synka Jakuba 4100gram 59cm główka 36cm

Pierwsze cc miałam w czerwcu 2014. Lekarz skierował mnie na wywołanie dzień po terminie. Trochę ze względu na nadciśnienie(opanowane lekami), trochę że względu na wagę ok 4kg. No i podali mi oksy, skurcze były bolesne, częste, krótkie i nic nie dające.  W ciągu 3godz tętno synka zaczęło spadać, więc decyzja o cc. Synek był owiniete 2 razy pepowiną.  Urodził się z waga 3900.

Druga ciąża- termin na 13maja tego roku. Ciśnienie w ciąży  cały czas książkowe, żadnych problemów, nigdy nie zabolala mnie blizna więc byłam nastawiona bardzo pozytywnie.  Jedyny lęk był o wagę dziecka bo zapowiadała się jeszcze wyższa i lekarz mnie nią straszył.  Miałam skurcze przepowiadajace dosyć często i uczucie na okres, czego nie było w pierwszej ciąży.

Dostałam czas do 16 maja i tego dnia miałam zgłosić się do szpitala. Lekarz powiedział  „pomyślimy co dalej”. Niestety wystawił mnie, przyjechałam rano, bez boli, wszystko pozamykane. Zaproponowano mi cc lub patologie. Podpisałam odmowę cc i kazali czekać na swojego lekarza który tego dnia przyszedł sobie na 11… I co mi powiedział? „Ja jestem za cc. Jak pani chce to może sobie tutaj leżeć 4 czy 5 dni a i tak skończy się cc”. Wściekłam się na niego… Powiedziałam sobie, że na razie patologia i zastanowię się.  Byłam mega rozbita i tu z pomocą przyszła mi Agata Panfil nasza kochana! Pomogła mi podjąć decyzję i zostałam na patologii.  W międzyczasie 2 położne mnie wsparły – jedna całkiem obca powiedziała ” dziewczyno, chcesz poczekać to poczekaj. Posłuchaj siebie” a inna znajoma cudowna położna, która jest bardzo za porodami naturalnymi nagadała mojemu lekarzowi i powiedziała mężowi, że mam się nie poddawać i że się uda.  Po 15stej w końcu coś zjadłam i powiedziałam, że czekam.  No i długo nie musiałam czekać.

Następnego dnia rano o 7 napisałam do męża SMS „miałam właśnie skurcz, który już nawet zabolał”. Za kilkanaście minut znów.  Co jakiś czas 10-12min miałam lekko bolesne skurcze.  Ok 9 badanie. „Nic nie gotowe, dziecko duże, z tego nic nie będzie”. Kazali mi napisać, że jestem świadoma zagrożeń dla dziecka i pęknięcia blizny i mimo to odmawiam cc. Podpisałam i poszłam sobie liczyć skurcze 😉. Zwiedziłam cały szpital, a skurcze się nasilały i były coraz częstsze. W między czasie rozmawiałam znów z Agatą i bóle były już na tyle bolesne, że musiałam robić przerwy. W okolicy obiadu powiedziałam położnym na patologii o moich bólach.  Już nic nie jadłam, bo wiedziałam że może różnie się skończyć.

Poszłam pod prysznic i już coraz częściej.  Co 6 – 7 min. Zadzwoniłam po męża.  Okazało się, że położna z którą rozmawiałam to moja była sąsiadka, której nie poznałam a ona mnie. Dopiero mąż z nią się poznali bo z psami na spacerach się spotykali. I ona już się mną zajęła.  Zbadala i były 2cm. Znów prysznic i kazała czekać na patologii na razie, pokazała jak kucać przy bólach.  Jak sie potem okazało, to było zalecenie tej znajomej pro sn, żeby mnie za szybko na porodowke nie brali bo zaraz będą chcieli ciąć jak lekko ktg coś pokaże. No i tak przed 19 poszłam na porodowke. Podłączyli mnie pod ktg na leżąco, skurcze co 3 – 4 min. Na szczęście powiedziałam, że mi niewygodnie i poszłam na piłkę.  Czas leciał szybko i skurcze zrobiły się częstsze.  Zaczęły się saczyć wody.  Położna (kolejna znajoma na nasze szczęście!) zbadała i 8cm. Zaczęły mnie brać parte.  Główka była nadal wysoko.  Przebili wody – lekko zielone. Główka się opuściła dzięki temu.  Ja już zostałam na łóżku porodowym, bo czułam parcie. Położna kazała obracać się na boki z nogą w górze, żeby główka się wstawiła. Weszła ale bokiem, dlatego bardzo w środku popekalam.

Parcie trwało jakieś 4 – 5 skurczy i maleństwo było z nami. Przed ostatnim skurczem dotknęłam główki i dostałam powera. I niespodzianka. Czekaliśmy na Zosie. Maluch wyskoczył i położna krzyczy ” No i jest Zo…sia? To miała być Zosia? Tu są jajka!” My z mężem „no Zosia miała być😂” i w śmiech. Radość, łzy szczęścia i śmiech w głos, że my cała ciąże do syna Zośka mówilismy😂 I jest.  Tatuś przeciął pępowinę, ja przytuliłam moje szczęście, szczęśliwa, że się udało! Dziękowałam Bogu bo ten poród był wymodlony przez wielu ludzi; odmawiałam nowenna pompejanska w intencji vbac, babcia codziennie różaniec.

Kochane Bóg jest Wielki i działa cuda! Zaufajcie mu!
W poniedziałek byłam już podłamana, że nic się nie szykuje. Wypłakałam się, wymodliłam, wyspiewałam wszystkie znane mi piosenki i pieśni religijne. Poprosiłam Ducha Świętego o pomoc i otworzyłam Pismo ŚWIĘTE.  Księga Tobiasza zdaje się – o obecności aniołów w naszym życiu.  W szpitalu zaczęłam rozumieć 😉.

Mimo bólu, to było coś absolutnie pięknego! (Mysłowice)

Cięcie cesarskie z powodu przewidywanej makrosomii płodu, która okazała się pomyłką i pełen zawirowań i niepewności cudowny VBAC z szelkami z pępowiny. Oto historia Anny:

Pisałam tę historię w głowie już milion razy. Do 11 czerwca [2017 r. – przyp. red] nie znałam jej zakończenia :)

baby_foot_black_and_white
Nasza historia rozpoczyna się w lipcu 2014 – mam 26 lat i jestem w ciąży. O sposobie rozwiązania myślę od razu: SN! No bo w końcu, czemu ja – duża (65 kg, 170 cm) sprawna fizycznie baba miałabym nie dać rady? Ciąża mija dobrze. Pojawia się kilka niespodziewanych sytuacji: Plamienie w 13 tyg (przyczyn nie znaleziono), stłuczka samochodowa (nie z mojej winy), upadek ze schodów (w 8 miesiącu ciąży – nic się nie stało, poza ogromnym strachem). Termin mam na 26 marca. Lekarz szacuje wagę na 3200 g. Piękna sytuacja. Nic tylko rodzić. W nocy 13 marca odchodzą mi wody. Nie jest ich Bóg wie ile (ok 300-400 ml), ale jest środek nocy, ja zupełnie niedoświadczona, myślałam, że to wszystko – więcej wód nie ma, lub wyleją się później, bo może pęcherz pękł od góry.
Jedziemy do szpitala – najbliższego, w Sosnowcu. Skusiłam się tym, że chodziłam tam do szkoły rodzenia, oddział był pięknie wyremontowany, a mój lekarz był tam ordynatorem, więc krzywdy mi nie zrobią. Przyjeżdżam na IP, bada mnie dyżurna położna i mówi, że żadne wody mi nie odeszły, ale zawoła lekarza. Przyszedł jakiś otyły, spocony ginekolog, który wydarł się na mnie z hasłami typu: „Po co tu przyjeżdżam, przecież nic sie nie dzieje itp.” Nikt mi nie wierzy, że jakieś wody wypłynęły… Nie sprawdzono tego testerem, nie zmierzono AFI. Nie był to mocz na 100%. Długo po tym dowiedziałam się na własną rękę, że mógł to być bardzo rozwodniony czop, nadmierna ilość wydzieliny itp.
Wyszłam z gabinetu zapłakana, czułam się potwornie. Przyjęli mnie na patologie ciąży, nie chciałam, ale położna już zdążyła zrobić mi bransoletkę i mnie zarejestrować. Poza tym – ciąża donoszona. I tak leżałam i czekałam… Nic sie nie działo. Nuda. 16 marca postanowili przyspieszyć akcję podając mi olej rycynowy. Skończyło się na skurczach jelit, odwodnieniu i koszmarnym samopoczuciu. 17 marca łaskawie mnie zbadano. Z dzieckiem wszystko ok, ale będzie duże. Na usg szacują 4500-4700 g! Jestem w szoku… Na tyle dużym, że zapomniałam o tym, że zaledwie kilka dni temu dziecko ważyło na innym usg 3200! Nikt nie pomyślał o ponownym badaniu… Ja też nie. Jestem zbyt przerażona. Wieczorem przychodzi do mnie lekarka z informacją: „Ania, ty go nie urodzisz…” Mój lekarz to potwierdza. Bałam się dyskutować z doświadczonymi specjalistami „przecież na pewno chcą dobrze” i wcale nie chodzi o to żeby się mnie pozbyć z oddziału… Wieczorem przenoszą mnie na porodówkę
[Tutaj mała dygresja: Trafiam na salę przed porodowa z menelką!!! Wyglądała jakby skoczyła pić denaturat dzień wcześniej. Śmierdziała, była brudna i nie miała połowy badań zrobionych. Przepłakałam pól nocy, bo nie chciałam żeby moje wychuchane dzieciątko było z tą brudna babą na sali! Na szczęście udało się!]
Rano mam iść trzecia do ciecia. Przyjeżdżają najbliżsi. Boję się tak bardzo, że trzęsę się ze strachu. Cewnikują mnie i czekam na stole operacyjnym. Zaczynam płakać. Dopiero po podaniu znieczulenia się uspokajam i jest mi błogo i wszystko jedno. Adaś rodzi się o 12:30. Dostaje (jak to cesarz) 8 pkt. Jest piękny. Ale ani śladu makrosomii… Nawet 4 kg nie ważył… Zszyli mnie bardzo sprawnie i ładnie. Przyłożyli to małe ciałko do mojego policzka, a ja chciałam, żeby już mi go zostawili. Wymyli go, zważyli, zmierzyli. Mąż nie mógł dostać do kangurowania. Adaś zassał pierś ładnie i bezproblemowo. Mnie natomiast zapomniano podać środki przeciwbólowe po cc… Jak sobie przypomniano, już było za późno. Przeżyłam najgorsze chwile w moim życiu. Po raz pierwszy bałam się że umrę – nie, nie żartuje i nie przesadzam. Mój mąż nigdy nie był tak przerażony. Dopiero w środku nocy ból zelżał, a ja dostałam… Paracetamol! Na następny dzień doszły problemy z karmieniem. Kolejna trauma. Wyszłam na prostą dopiero po jakiś 3 tyg. Miałam paskudny baby blues, a stan po cc dawał się we znaki. Wygrałam walkę o laktację – karmiłam rok.
Potem przez długi czas starałam się zapomnieć o tym. Adaś pomimo licznych alergii był zdrowy i szczęśliwy. Ale wiadomo jak to jest: jeśli jakiś poważny temat zamieciesz pod dywan, nie przepracujesz go we własnej głowie, on prędzej czy później wróci. Tygodnie mijały, a ja poszłam na kontrolę do mojego ginekologa. Spytałam czy drugie dziecko będę mogła urodzić naturalnie… Usłyszałam że to głupota, nieodpowiedzialność, że pęknie mi macica i umrę. Byłam w szoku. Nie spodziewałam się takiej reakcji. Wyraziłam też swoje zdanie na temat tej bezsensownej cesarki, a lekarz stwierdził: „nie marudzić, tylko dzieci rodzić”. To było nasze ostatnie spotkanie.
Miesiące mijały i coraz więcej moich koleżanek rodziło dzieci. Większość naturalnie. Bardzo im zazdrościłam. Powoli zbliżał się czas kiedy chcieliśmy się starać o drugie maleństwo, a ja dalej wpadałam w panikę na myśl o kolejnej operacji. I wtedy nastąpił bardzo ważny dzień w mojej rodzinie. Urodził się syn mojej szwagierce. Najpierw popłakałam się ze szczęścia – bardzo na niego czekaliśmy, a kilka godzin później, stałam w kuchni nad obiadem i płakałam z żalu i zazdrości. Był wielkościowo taki sam jak Adaś i spokojnie mogła go urodzić drobna dziewczyna. Dlaczego ja bym nie dała rady?! Wtedy mnie dopadło to wszystko co schowałam głęboko w sobie. Mąż tylko stał i mnie pocieszał, a ja wyrzuciłam z siebie całą złość i to wszystko co się gromadziło od ponad roku. Było mi wstyd, że akurat dopadło mnie to przy szczęściu najbliższych mi osób, nie tylko rodziny, ale i przyjaciół. Zwierzyłam się z tego mojej przyjaciółce. I to było jak oczyszczenie. Po pierwsze ona tez po cc przeżywała to samo, po drugie poinformowała mnie że mój ginekolog ma poglądy przestarzałe o kilka dekad no i najważniejsze: o stronie internetowej naturalnie po cesarce i grupie vbacowej na facebooku.
PRZEPADŁAM! Zaczytałam się i rozmarzyłam. Stwierdziłam, że będę próbować choćby nie wiem co, ale przerobiłam w głowie też scenariusz z ewentualnym cięciem. Zaczęłam przygotowania 😉 Punkt pierwszy: Lekarz. Punkt drugi: Szpital. Znalazłam fantastycznego młodego ginekologa, który bardzo pozytywnie wyraził się o moim pomyśle. A szpital: Mysłowice.
We wrześniu zaszłam w ciążę. Niestety sporo chorowałam, przez pewien czas byłam leżąca ze względu na wielowodzie i do tego drugi synek co chwile zmieniał pozycje. Ostatecznie, w 34 tc ułożył się główkowo (bez ćwiczeń). Jedna sprawa spędzała mi sen z powiek – waga maluszka. Wiedziałam, że będzie duży. Mój lekarz, mimo tego, że uważa vbac za super decyzję, trochę obawiał się porodu powyżej 4 kg. Ocenił stan blizny na dobry, choć w najcieńszym miejscu miała 1,8 mm, ale nie nie uznał tego za dyskwalifikację. Z resztą, wybierałam się przecież do Mysłowic na tzw. Kwalifikację. Przeprowadzono ze mną wywiad, zrobiono usg, ktg i zostałam zbadana. Tematu blizny nie było. Dostałam zielone światło mimo tego, że Wojtuś szykował się spory. Już wtedy usg oszacowało wagę na 3800 g. Jedno badanie dało mi duży komfort psychiczny – miednica! Okazało się że jestem posiadaczką zaskakująco szerokiej miednicy. Wróciłam do domu zadowolona i pełna wiary.
Kilka dni później wizyta u lekarza prowadzącego. Szyjka się skraca, jest miękka i rozwarcie na opuszek. Myśle sobie! Wow! Ale super! Na dniach rodzę :) Ale dni mijały, a ja nie byłam ani o krok bliżej porodu. Robiłam wszystko w co wierzyłam, że przyniesie skutek. Co do liści malin, wiesiołka itp jestem raczej sceptyczna, ale co innego aktywność fizyczna i… grawitacja 😉 Sprzątanie, seks, spacery, masaż sutków, chodzenie po schodach zaliczone. No ale… Nie oszukujmy się. Dziecko wyjdzie wtedy, kiedy będzie chciało, a nie kiedy ja sobie wymyślę. W dzień terminu, byłam pełna energii i mocy, ale nic się dalej nie działo, chociaż mąż był przekonany, że coś się zacznie… No i co? O 23:30, podczas pięknej pełni księżyca coś drgnęło.
Zaczęłam czuć stawianie się brzucha, lekkie skurcze i chyba z 6 razy byłam w toalecie, w ciągu godziny. Odszedł mi czop. Od tego momentu zaczęłam odczuwać skurcze. Na początku słabe, a potem już mocniejsze. Były raczej nieregularne 6-12 min, ale upierdliwe, bo nie zmrużyłam oka. Rano już było ciężko. O 8 zadzwoniłam do mamy że zawieziemy jej starszego syna. Jak jechaliśmy do szpitala to w aucie było bardzo męcząco. W szpitalu badanie i okropne słowa: „Pani nie rodzi, to tylko stawianie się macicy. Szyjka długa, 1cm rozwarcia…” Ja w płacz… 12 h skurczy i nic!? Beznadziejnie… Weszliśmy na porodówkę (śliczną) i skakałam na piłce, kręciłam biodrami itp. Nic to nie dało.
Poszłam na oddział. Tam skurcze się rozkręciły i od 16 ledwo się na nogach trzymałam, a ktg dalej nic nie pokazywało!
Dostałam nospe – nic. Dostałam relanium – nic. Dalej ból okropny. O 23 dalej tylko centymetr rozwarcia, a ja dalej cierpię. Poszłam na kolejne badanie. Sytuacja bez zmian, ale pani doktor mi uwierzyła… Zrozumiała, że mimo zapisu ktg, który pokazywał tylko lekkie skurcze, to nie były to żadne przepowiadacze tylko najzwyczajniejszy ból porodowy! Poszłam na porodówkę i w ciągu przejścia 2 pięter po schodach rozwarcie przeszło w 2 cm. Może też psychika zadziałała? Że nareszcie traktują mnie poważnie.
Trafiłam na cudowna położną, która nauczyła mnie oddychać. Dzięki temu nagle w 20 min były 4 cm. Mimo moich ambitnych planów co do chodzenia podczas porodu nie byłam w stanie. Po prostu: 24 godziny bez snu, z bólami doprowadziły do tego że leżałam na boku… Ale oddychanie wystarczyło.
Po kolejnych 20 min mam 6 cm i odeszły mi wody. Zadzwoniłam po męża. Jak przyjechał było już 8 cm. No i do tego momentu było znośnie… Aczkolwiek nie czułam większej różnicy miedzy bólami z 1 cm, a z 8 cm. Ostatnie 2 cm to był szok. Nie miałam kryzysu 7 cm. Miałam kryzys psychiczny podczas 1 cm, a 10 cm to był kryzys fizyczny…. I wtedy usłyszałam najgorsze słowa: „Ania, on jest za wysoko.. Nie wstawia się w kanał” Chyba będzie cc. I telefon do pani ginekolog…
Okropne uczucie – po tylu godzinach… I wtedy się zablokowałam. Dali mi jeszcze pól godziny, a ja już nie chciałam rodzić. Nie krzyczałam, że chce cc. Po prostu chciałam iść do domu. Mąż wtedy bardzo mnie prosił żebym spróbowała jeszcze trochę. Spróbowałam. I nagle Emilia krzyczy, że udaje się! Mały schodzi! Jezu… Jaka ulga! I wtedy zrozumiałam, że poród na prawdę jest w głowie, bo dostałam jakiś nadludzkich sił. Potem przyszły parte, które też były ciężkie i długie, nie czułam wcale ulgi, ale mogłam dotknąć główki. Po jakiś 45 minutach usłyszałam jak położna dzwoni po lekarzy: Do porodu!
O 2:25 urodził się ten cud – Wojtek. Miał szelki z pępowiny i był poplątany, ale cały czas tętno miał świetne. Dostałam go na brzuch. Był taki cieplutki, pachnący i nasz… Potem mąż dostał go do kangurowania na czas rodzenia łożyska (nie było to łatwe, bo było bardzo duże!) i szycia (6 szwów – na ostatniej prostej trochę pękłam). Nikt mi Wojtka nie mył, nie ważył, nie mierzył. To było później. Wtedy był czas tylko dla nas. 4h spokoju, tulenia się i miłości. Po tym czasie sama wstałam, wymyłam się i zjadłam porządne śniadanie!
Krocze trochę bolało, ale myślałam że będzie o wiele gorzej. Ogólnie, pomimo tego strasznego bólu, było to coś absolutnie pięknego. Jestem z siebie po raz pierwszy w życiu dumna! Że nie dałam sobie wciskać kitu o rozerwanych macicach u każdej rodzącej i o cienkich bliznach itp. Miałam super opiekę i gdyby coś się złego działo reakcja byłaby natychmiastowa. Ponad to położna podczas partych co skurcz pytała: Ania, czujesz bliznę? Na szczęście nie czułam, a miedzy skurczami ciągle mierzyła tętno. Czułam się bezpiecznie. Nie miałam podanej żadnej oksytocyny, zero znieczuleń, nawet gazu – 100% natury. Urodziliśmy go razem: Ja, mąż i Emilia.
Wojciech Marcin ur 11.06.2017 2:25
Waga: 4080g, Długość: 59 cm
Chciałabym podziękować całej grupie z facebooka, która dodawała siły, otuchy i opisywała piękne historie. Poza tym, mojej wspanialej przyjaciółce Oli, za takiego kopa pozytywnej energii i zdrowy rozsądek, który rozpędzał moje strachy, mojemu mężowi – Marcinowi, który nigdy nie zwątpił w moje szanse, a podczas porodu oddychał razem ze mną i… nie gadał za dużo 😉 A także cudownej położnej Emilii, która była moim aniołem, która urodziła Wojtka razem ze mną. Była niesamowita. I na koniec wszystkim mamom, którym vbac sie nie udał – dzięki tym wielu historiom, przestałam wywierać na siebie presję… To przecież życie jest najważniejsze, sposób przyjścia na świat dziecka nie determinuje tego jakimi jesteśmy mamami. A skoro bardzo przeżywacie nieudaną próbę to oznacza tylko, że jesteście mamami WSPANIAŁYMI, bo Wam zależy :)

Indukowany VBA2C 14 dni po terminie, wąska miednica, -8 dioptrii w obu oczach, syn 4 kg/58 cm (Warszawa)

Ten poród do łatwych nie należał. Wymagał determinacji i siły zarówno w przygotowaniu do porodu jak i podczas samego aktu rodzenia. Kto dałby radę jeśli nie Kobieta? Siła jest Kobietą. A tej Kobiecie dziś na imię Monika. Oto historia jej VBA2C.

41123ad6ec62bfae9fddcc090bac779e

Historia mojego porodu vbac2cc

Pierwszy poród w czerwcu 2010, cesarskie cięcie ze względu na dużą wadę wzroku i nagłe skoki ciśnienia. Moja wiedza na temat porodu naturalnego przy takich wskazaniach praktycznie żadna.

Druga ciąża, ogromne pragnienie porodu siłami natury, wiedza na temat vbac1cc większa, okazuje się, że wada wzroku nie musi być przeszkodą. Termin porodu 13 sierpnia 2013. Wynajmuję położną, planuję rodzić w Centrum Medycznym Żelazna. Myślę sobie, że tym razem musi się udać, bardzo żałuję, że nie szukałam więcej informacji w 2010. Teraz mocno pragnę porodu sn.

Mija termin porodu, zaczynam jeździć na IP do Centrum Medycznego Żelazna, to co mnie tam spotyka jest zbyt bolesne by o tym pamiętać. Ogromna niechęć lekarzy by przychylnie spojrzeć na mój vbac1cc. Nikt poza położną i mężem nie wspiera mojej decyzji. Dziecko, wagowo rokuje niezbyt dobrze (około 4500 na koniec lipca). Podpisuję odmowy hospitalizacji jedną za drugą. W końcu 13 dni po terminie porodu zgadzam się na przyjęcie mnie na oddział patologii ciąży. Ciągle czekamy, rozmawiam z lekarzem –  nie straszy, rozmawia, to bardzo ważne. Dwa razy zbiera się konsylium, przekonują, że powinnam mieć cesarskie cięcie. W końcu doszliśmy do ugody, dają mi jeszcze 2 dni, jeśli 15 dni po terminie dziecko nie zacznie się rodzić samo, będzie cięcie cesarskie. O indukcji nie ma mowy.

15 dni po terminie trafiam na stół operacyjny, cięcie cesarskie, dziecko 5130 i 60cm. Do dziś czasem żałuję, że pierwszy i drugi poród zakończyły się operacyjnie.

Trzecia ciąża, tak naprawdę przygotowanie do tej ciąży zaczęło się dużo wcześniej. Chciałam pokonać wszystkie przeszkody, które mogłyby zablokować mój poród vbac2cc. Plan działania był następujący:

– zadbam o rozwój fizyczny

– zadbam o rozwój duchowy

– poszukam Położnej, która zechce ze mną rodzić

– skonsultuję się z dr Puzyną

– będę się starała jak najpóźniej trafić na oddział patologii ciąży

– zastosuję wszystkie możliwe sposoby naturalnego wywoływania porodu (oczywiście nic nie dały 😉 )

26 lutego urodził się mój 3 syn, Maciek, vbac2cc.

Do końca nie wierzyłam, że tym razem urodzę siłami natury, czasem wpadłam w euforię, że jasne, uda się, a czasem wcale w to nie wierzyłam.

Od listopada konsultowałam się z dr Puzyna, robiłam usg u dr Makowskiego, i wciąż nie wierzyłam, ze mogę rodzić naturalnie. Największą obawą była waga dziecka, jako, że mój drugi synek ważył 5130. Obawa, że będzie zbyt duży i dr Puzyna nie zgodzi się na psn. Mimo zapewnień dr Puzyny, dr Makowskiego i Położnej, ja ciągle nie wierzyłam, że moje dziecko będzie ważyło mniej niż 4 kg.

Nadchodził czas terminu porodu, 12 luty, a u mnie nic, zero akcji, samopoczucie wyśmienite, nie mam wrażenia końcówki ciąży. Scenariusz jak w każdej ciąży, do końca jestem bardzo aktywna i nie czuję potrzeby rodzenia.

Minął 12, 13, 14 luty, a u mnie nadal nic się nie dzieje. Sytuacja niezbyt mnie zaskakująca, ponieważ przy drugim synu było identycznie. Teraz, naiwnie myślałam, że może coś ruszy wcześniej.

18 lutego spotkałam się po raz ostatni z dr Puzyna, umówiliśmy się, że przyjadę 23 lutego i będę przyjęta na oddział patologii ciąży. Wtedy też zaczniemy indukcję. Miała być ona powolna i niezbyt inwazyjna. Na początek 23 lutego miałam mieć wprowadzony na 24 godziny cewnik Foleya.

Stawiłam się na oddziale patologii, liczyłam na to, że zakładaniem cewnika zajmie się dr Puzyna, jednak trafiłam na innego lekarza, który za wszelką cenę, staram się teraz myśleć, że może z troski, chciał mi wykonać cesarskie cięcie. Najpierw mnie przekonywał, że powinnam się zgodzić na operację, a potem zaczął mi wykonywać badanie usg, z pomiarem dziecka, badanie grubości blizny, następnie zaczął wspominać o mojej wadzie wzroku. Niestety, albo raczej dla mnie stety, wszystkie parametry wyszły w normie: dziecko 3800/3900, blizna 3,9mm, a na wadę wzorku miałam podpisać oświadczenia, że jestem świadoma ewentualnych komplikacji. Po tych wszystkich badaniach i rozmowach doktor dyżurujący założył mi cewnik.

Chodziłam z cewnikiem 24 godziny, niestety nie rozpoczął on u mnie akcji porodowej, nie wypadł samoistnie, tylko musiał zostać wyjęty. Dalszą indukcją zajmował się już doktor Puzyna. Po wyjęciu cewnika miałam rozwarcie na 5 cm, dr przekazał mi, że to wystarczy, aby móc przebić pęcherz. Ale to miało nastąpić dopiero w niedzielę. W sobotę miałam zalecenie wyspać się, wypocząć i zrelaksować.

Niedziela, około godziny 9 przebicie pęcherza, wody się sączą, nie są czyste, ale nadal mam pozwolenie na poród siłami natury. Dzwonię do Położnej, ma zaraz przyjechać. Nie przyjeżdża, oddzwania, że ktoś zajął mi salę porodową i muszę czekać na oddziale.

Podłączają mnie do ktg, zapis marny, dziecko się prawie nie rusza. Tłumaczę, że muszę coś zjeść, w końcu po 30 minutach słabego zapisu, dostaję banana, dziecko rusza i zapis jest w porządku.

Czekam, wody się wylewają, sytuacja mało komfortowa, mam jakieś skurcze, ale słabe, akcja prawie się nie rozkręca, trochę chodzę, trochę przykucam, masuję brodawki, skurcze są, ale bardzo słabe.

Około 11 przychodzi mój mąż i położna. Jedziemy na dół, na salę porodową-orzechową. Położna mnie bada, przychodzi lekarz dyżurującą, konsultują się, u mnie zielone wody, ale pozwalają rodzić naturalnie. Dostaję piłkę i nakaz masażu brodawek. Mąż jest ze mną, rozmawiamy, śmiejemy się. Skurcze się piszą, nawet niektóre bardzo silne, ale w badaniu wychodzi, ze szyjka skrócona tylko o 0,5 cm. Czas płynie, na naszą niekorzyść.

Około 14, gdy wykonałam milion skoków na piłce, położna mówi, ze za 30 minut włączymy oksytocynę, ponieważ nic się nie zmienia. Albo ruszy po oksytocynie, albo będę miała cesarskie cięcie.

14:30 po podłączeniu oksytocyny zaczyna się poród. Na pewno nie jest to poród o jakim się marzy, ale jest to poród naturalny

Położna, bardzo rzeczowa i pomocna proponuje mi wejście do wanny. Ufam Jej i podczas całego porodu godzę się na wszystko, co mi proponuje.

Do 16 jeszcze jakoś się trzymam, skurcze są mocne, ale do wytrzymania, boli niesamowicie, ale daję radę. Do 15:30 mam 4 cm, do 16:30 7 cm. . Skurcze są tak silne, że wydaje się, że jeszcze jednego nie da się wytrzymać. To jest potężny ból. Ale to ma sens, prowadzi do wyjścia mojego dziecka na świat siłami natury.

Położna mnie wspiera, mówi, ze pięknie rodzę, ze szybko rodzę. Ze teraz to juz nie ma odwrotu i urodzę naturalnie. W chwilach kryzysu przypomina, że mogę mieć cięcie cesarskie, te słowa podziały na mnie bardzo dobrze, dały mi siłę do dalszego rodzenia.

Ja już mam dość, jestem bardzo wymęczona skurczami. A tu jeszcze 3 cm. Ale budzi się we mnie wojowniczka, myślę, muszę, dam radę, pokażę niedowiarkom, ze umiem urodzić sn.

Obok siedzi mój mąż, modli się i prosi znajomych o modlitwę, nie jest w stanie mi pomóc, każdy dotyk mnie drażni, światło mi przeszkadza, w końcu i Położna mnie drażni. Rozumiem, że musi mnie badać, zmieniać pozycję, żeby dziecko trafiło do kanału rodnego, staram się, ale chcę pozostać sama ze swoim bólem. Z trudem przychodzi mi wewnętrzna zgoda na poprawianie pelot, na badanie wewnętrzne. Maria robi co należy, zbytnio nie komentuje, gdy mówię: zostaw, odejdź. Ona trwa i mówi: wiesz, że muszę.

To co się działo między 7, a 10 cm, to Droga Krzyżowa. Mój krzyk, moje cierpienie i moja modlitwa, żeby Pan Jezus zabrał ode mnie ten ból. I nagle, kiedy myślę, że już nie wytrzymam, że zaraz z tego bólu umrę, mam długa przerwę między skurczami, jakby dwa skurcze mniej. Czułam się takim słaba, ze juz nie wytrzymuje, że mam taki kryzys. Ale nagle wchodzi Położna i mnie bada. Oznajmia: masz 10 cm, wychodzisz z wanny.

Nie dam rady wyjść, nie mam siły, wyjście z wanny jest dla mnie niemożliwe. I znowu z pomocą przychodzi Mąż i Położna. Udaje mi się wydostać z wanny. Proszę oboje, żeby mi pomogli, głos mi się już łamie. Pierwsze skurcze parte mam przy wannie. Nie są tak straszne jak skurcze porodowe w wannie. Przechodzimy na fotel porodowy, kucam, na polecenie Położnej. Podczas skurczy partych czuje się wojownikiem, odczuwam też, że coś mi w dole przeszkadza, to napierająca główka dziecka. Przeszkadza mi na tyle, że chce ją szybko wypchnąć, czuje mocnym dyskomfort. Prę, tak jak chce moje ciało. Co jakiś czas Położna każe mi przeć o raz więcej niż parłam. Mija 30 minut i Maciuś jest na świecie. Wielka radość i wielkie zdumienie, że się udało i że to już, że tak szybko.

Wszyscy mi gratulują, a ja jestem tak zmęczona i oszołomiona, ze niewiele do mnie dociera.

4kg/58 cm vbac2cc, wąska miednica, -8 w obu oczach, 2 cc bez jakiejkolwiek akcji porodowej.

Moje Światowe Dni Młodych- Kraków 2016. Szpital na Siemiradzkiego

Poronienie, trudna ciąża zakończona cięciem cesarskim. Przepracowywanie trudnych emocji. Kolejna ciąża z przebojami, utrata zaufania do lekarza prowadzącego w 36 tygodniu ciąży (nowe wskazanie do cc – Światowe Dni Młodzieży;), zmiana planowanego szpitala, poród po terminie, indukcja i znieczulenie zewnątrzoponowe. Udany VBAC! Oto historia Ani:)

Ta historia zaczyna się w 2012 roku, kiedy po wielkim oczekiwaniu zobaczyliśmy na teście ciążowym upragnione dwie kreski. Niestety Nasza radość trwała stanowczo za krótko. W 13 tygodniu straciliśmy Nasze Szczęście. Był ogromy żal, może wylanych łez i jeszcze większa chęci zostania rodzicami.

Dwa miesiące później byłam już w drugiej ciąży. W ciąży tak bardzo chcianej, że aż niewyobrażalnej. W ciąży pełnej obaw i wielkiej nadziei, że tym razem się uda. Całą ciąże przed każdą wizyta drżałam ze strachu o moje Maleństwo. Kolorowo nie było. L4. Masa tabletek na podtrzymanie. Anemia – bo przecież jeszcze nie zdążyłam dojść do siebie po poronieniu. I słowa mojego lekarza, które dawały mi wiarę w to wszystko „Widocznie organizm był już gotowy, widocznie Ktoś na górze tak chciał”. Mijał tydzień za tygodniem, a dzidzia pod moim sercem zagnieździła się na dobre Termin miałam na 01.08.2013. Od maja czułam delikatne skurcze, lekarz straszył przedwczesnym porodem. Synek nie chciał się odwrócić główką w dół i już wtedy lekarz wspominał o cesarce. Dziecko duże, spory obwód główki, Pani zbyt wąska, anemia, poronienie- słyszałam na każdej wizycie. Im bliżej terminu tym bardziej utwierdzałam się w tym że nie dam rady urodzić naturalnie. Lekarz zaproponował nam rozwiązanie w 39tc przez cesarskie cięcie, nie byłam do tego przekonana. Pamiętam że przepłakałam wtedy chyba z 3 noce. Tak bardzo bałam się o moje dziecko. Tak bardzo chciałam żeby było całe i zdrowe. Poddałam się. Dzisiaj bardzo żałuję że wtedy nie zawalczyłam. Niestety czasu nie cofnę.

25 lipca 2013 roku przez cesarskie cięcie przyszedł na świat nasz syn Leon. 3890g 56cm. Obwód tej niby dużej główki 37cm… 10 punktów. Jeszcze na Sali operacyjnej mogłam przywitać się z Małym. Baa mogłam nawet z pomocą położnej przystawić Go do piersi. Dałam mu odruchowo buziaka w czółko próbował ssać a do mnie dotarło, że wszystko co się dzieje, dzieje się poza mną. Jedyne co czułam to wielka pustka i żal. Nie było żadnych fajerwerków nie było tryskającej miłości. Wiedziałam że jest mój, ten jedyny, ten wyczekiwany. Mój Syn.

sdm

Po powrocie do domu kiedy widziałam jak mój mąż zajmuję się Małym miałam do siebie jeszcze większy żal. Wszystko co przy nim robił było otoczone ogromną miłością. Ja czułam że nie potrafię Go kochać tak mocno jakbym chciała, miałam wrażenie że wszystko co robie, robie machinalnie. Przez pewien czas uczyliśmy się z Małym siebie nawzajem. A ja z każdym dniem zakochiwałam się w Nim coraz bardziej, aż utonęłam w tej miłości po uszy

Mały rósł a ja w głowie miliony razy przepracowywałam swój poród. Nie raz zdarzało mi się płakać jak koleżanki opowiadały o swoich naturalnych porodach… tak bardzo im zazdrościłam.

Gdy Leo skończył rok odstawiliśmy się od piersi, wróciłam do pracy i zaczęliśmy intensywnie myśleć o kolejnym dziecku. Niestety ciągle się nie udawało. Było dużo badań, dużo żalu i ciągły niedosyt że się nie udaje. W lipcu 2015 roku okazało się że moje jajowody są niedrożne, kilka tygodni później usunięto zrosty. We wrześniu pierwszy raz dostałam tabletki ‘’wspomagające”. W końcu w listopadzie 2015 roku zobaczyliśmy na teście dwie upragnione delikatne kreseczki. Lekarz potwierdził ciąże i ku memu zaskoczeniu już na pierwszej wizycie założył mi kartę ciąży (przy wcześniejszych ciążach tak nie było). Nie dostałam żadnych lekarstw na podtrzymanie, morfologia w normie. Będzie dobrze pomyślałam. Czułam się świetnie. Pracowałam, zapisałam się na zajęcia ruchowe dla ciężarnych. Miałam tyle energii. Niestety nie trwało to długo.

W 6tc zaczęłam krwawić. Przerażenie. Telefon do lekarza. Telefon do męża. Na USG okazało się że z Dzieckiem wszystko dobrze. Dostałam lekarstwa i zalecenie żeby się oszczędzać. Krwawienie ustało. Po 2 dniach przerwy kolejne krwawienie. Lekarz kazał nam jechać na izbę przyjęć. Pozbierałam potrzebne rzeczy z domu, podświadomie czułam, że to już koniec. Drogi do szpitala w ogóle nie pamiętam, pamiętam tylko że siedziałam w samochodzie i czułam jak coś się ze mnie wylewa. Łzy same napływały mi do oczu. W szpitalu badanie i USG. Usłyszałam bicie serca mojego Dziecka i znowu ryczałam jak bóbr- tym razem ze szczęścia Zwiększyli mi dawkę leków. Zalecili spoczynkowy tryb życia wypisali L4 i odesłali do domu. W 12 tygodniu, dzień po badaniach prenatalnych znowu zaczęłam krwawić. Dzień wcześniej widziałam jak moje dziecko buszuje po moim brzuchu a teraz to?? Nie wiedziałam o co chodzi. Krwi było dużo, bardzo dużo. Jeszcze do tego byliśmy poza Krakowem. Zadzwoniłam do mojego lekarza, kazał jak najszybciej jechać do najbliższego szpitala. Zrobili USG, serce bije. Zostawili mnie na obserwację. Wypisałam się na żądanie. Nie czułam się tam komfortowo, chciałam wracać do Krakowa.

Przeboje z krwawieniem powtarzały się jeszcze dwa razy, w 18tc i ostatnie w 21 .Całą ciąże towarzyszyła mi anemia. Przy ostatnim pobycie na patologii ciąży okazało się że szyjka zaczyna się rozwierać. Czułam że coś się dzieje. Bolał mnie brzuch, męczyły skurcze przepowiadające. Bardzo bałam się, żeby nie urodzić za wcześnie. W 24tygodniu założyli mi szew okrężny na szyjkę. Spędziłam znowu kilka dni w szpitalu. Przy wypisie ordynator poinformował mnie że jeśli wszystko dobrze się ułoży w 35 tygodniu lekarz ściągnie mi szew a w 38 umawiamy się na cięcie… i wtedy mnie tchnęło. Zaczęłam po cichutku myśleć czy aby na pewno tak musi być… a może by tak pokrzyżować im plany?? Tak!!! Spróbuję. Wróciłam do domu, wyprzytulałam Starszaka i zasiadłam do komputera.

Wtedy o VBAC nie wiedziałam nic. Na szczęście bardzo szybko znalazłam się na stronie naturalniepocesarce.pl, zaczęłam chłonąć Wasze historie jak gąbka, zaczęłam marzyć o takim porodzie. Po kilku dniach, kiedy byłam już przekonana do swojej decyzji porozmawiałam z mężem. Pokazałam mu materiały dostępne na stronie. Przeczytał kilka historii i powiedział, że jeśli taka jest moja decyzja to On będzie mnie wspierał. Z mężem poszło jak z płatka, ale wiedziałam że czeka mnie jeszcze rozmowa z moim lekarzem. Pod skórą czułam, że nie będzie entuzjastycznie nastawiony do mojego pomysłu ,więc postanowiłam działać. Umówiłam się na wizytę do lekarki proVBAC, która miała odbyć się tydzień po wizycie u mojego lekarza prowadzącego (pomyślałam że jeśli mój lekarz się nie zgodzi, to po prostu go zmienię).  Ku mojemu zaskoczeniu lekarz wcale nie powiedział jednoznacznie nie. Co prawda trochę mnie ochrzanił, że jeszcze miesiąc temu walczyliśmy o to, abym nie urodziła wcześniaka a ja już wymyślam no ale… Dość długo rozmawialiśmy, niczym mnie nie straszył, powiedział że będziemy bacznie wszystko obserwować i podejmiemy najlepszą decyzję. Uwierzyłam mu. Byłam szczęśliwa po wyjściu z gabinetu, bo przecież wcale nie chciałam zmieniać lekarza. Przecież On jest najlepszy, najlepiej mnie zna. Zawsze mogłam na niego liczyć, zawsze odbierał ode mnie telefony i służył radą a zdarzało mi się dzwonić o kosmicznych godzinach. Po tej wizycie stwierdziłam, że skoro mój lekarz tak do tego wszystkiego podchodzi to nie będę konsultowała się z innym, bo przecież mam wsparcie.

Termin miałam na 19 lipca w Krakowie wszyscy przygotowywali się do Światowych Dni Młodych – my żyliśmy własnym życiem i przygotowywaliśmy się jak najlepiej potrafiliśmy do naszego porodu do porodu siłami natury po uprzednim cesarskim cięciu. W 35tc byłam umówiona z moim lekarzem na ściągnięcie szwu. Poszło szybko sprawinie i prawie bezboleśnie. Później USG, waga Synka 2800 więc raczej mały w porównaniu do brata Po KTG i badaniu lekarz stwierdził że prędko nie urodzę …i w tym momencie jego słowa prawie zwaliły mnie z nóg… „To jak umawiamy się na 12 lipca na cięcie?” Ale że co? Ja się na nic nie umawiam, przecież nie tak miało być, przecież ja chce rodzić dołem! Przecież rozmawialiśmy o tym! I wtedy usłyszałam, że niby tak, ale zbliżają się ŚDM, że przecież nie wiadomo jak będzie z dojazdem do szpitala, że On może nie dojechać na czas, a wtedy ordynator się nie zgodzi na taki poród i że lepiej będzie jak w ŚDM będę już z Małym w domu. No tak, idealne wskazanie do ciecia!  W życiu bym na to nie wpadła – porażka.

Tym sposobem w 36tc zostałam bez lekarza prowadzącego. Po tym co usłyszałam powiedziałam sobie, że ja już tam nie wrócę. Było mi źle, nie wiedziałam co mam robić i co będzie dalej. Byłam załamana. Z grupy wsparcia wiedziałam już gdzie w Krakowie mogę szukać pocieszenia i chodź wcześniej nie dopuszczałam myśli, że mogę powitać Synka w innym szpitalu niż Starszaka tak teraz wiedziałam, że muszę zaryzykować. Następnego dnia obdzwoniłam szpitale proVBAC i tak kilka dni później byłam już po pierwszej konsultacji u dr Wójcika w Przyszpitalnej poradni na ul. Kremerowskiej. Dostałam skierowanie na USG blizny i na pomiar miednicy. Tydzień później dostałam od doktora zielone światło na próbę porodu. Blizna w najcieńszym miejscu 2,2mm. Zdecydowaliśmy z mężem, że by czuć się pewniej, opłacimy dodatkową opiekę położnej. Trochę z przypadku trafiłam na cudowna panią Danusię, która bardzo wspierała mnie w mojej decyzji. Termin porodu zbliżał się wielkim krokami. Do moich wcześniejszych przygotowań (typu herbata z liści malin i olej z wiesiołka) dołączyła większa aktywność fizyczna i szeroko pojęte domowe porządki Za każdym razem KTG książkowe, zero skurczy, chociaż w nocy nie raz „coś” nie dawało mi spać.

Tydzień przed terminem skurcze na KTG się pojawiły. Młoda lekarka chciała nawet skierować mnie już do szpitala, tłumacząc że stan po cc i że trzeba uważać. Na szczęście skonsultowała się z dr Wójcikiem, który po badaniu stwierdził, że nie ma sensu kłaść mnie na oddział, zalecił tylko częstsze KTG. Na kolejnych badaniach żadnych skurczy, rozwarcie 1,5cm, główka wysoko.

W dniu terminu bardzo źle się czułam, pół dnia wymiotowałam, byłam osłabiona nie mogłam jeść ani pić. Wiedziałam, że tak naprawdę nic się nie dzieje, żadnych skurczy nie było. Zadzwoniłam do położnej. Porozmawiałyśmy, trochę się uspokoiłam, ale czułam wewnętrznie że potrzebuję wsparcia, ściągnęłam męża z pracy i na szczęście powoli wszystko się wyciszyło. Odebraliśmy Starszaka z przedszkola, poszliśmy na długi spacer, później na plac zabaw, pograliśmy w piłkę. Ciągle miałam nadzieję, że coś się ruszy. Nie ruszyło.

Kolejna noc była spokojna, wyspałam się, odprowadziłam Synka do przedszkola i wybrałam się na maraton zakupowy. Wróciłam do domu i po raz setny urządziłam wielkie sprzątanie. Po kolejnym KTG (byłam wtedy 2 dni po terminie ) lekarka dała mi czas do 26 lipca na rozruszanie akcji, a jeśli nic się nie będzie działo, we wtorek rano miałam się zgłosić do szpitala na badanie wydolności łożyska. W przychodni dostałam jeszcze przepustkę na dojazd do szpitala – było to konieczne ze względu na trwające ŚDM. Od razu po wyjściu z przychodni zadzwoniłam do położnej. Pani Danusia odpowiedziała na wszystkie nurtujące mnie pytania i jak zwykle mnie uspokoiła. Na końcu jak zwykle przypomniała, że mam zjeść konkretne śniadanie, bo muszę mieć siłę by rodzić

W zasadzie ta data 26 lipca była mi trochę na rękę. 25 lipca obchodziliśmy 3 urodziny Starszaka, więc chciałam być z Nim w tym dniu. A tak w ogóle, to przecież 26 są moje imieniny to idealna data na poród, pomyślałam

W poniedziałek wieczorem przyjechali moi rodzice, mieli zostać ze Starszakiem, kiedy my będziemy rodzic. Rano 26 lipca (za radą położnej) zjadłam śniadanie, pożegnałam się z Synkiem i ruszyliśmy do szpitala. Koło 10 przyjęli mnie na oddział i podłączyli pierwszą dawkę oksytocyny, leżałam tak chyba z 3 godziny, nie czułam skurczy chociaż na KTG „coś tam” się pisało. Odłączyli oxy, zjadłam obiad. Przyszedł dr Wójcik, zbadał mnie, popatrzył na KTG, powiedział że daje mi 2 dni, bo łożysko dłużej nie da rady. Złożył mi życzenia imieninowe i powiedział, że jeśli nic nie zacznie się dziać, to widzimy się w piątek na ponownym OCT. Miałam w głowie tysiące myśli, niby cieszyłam się, że mogę wrócić do domu, że mam jeszcze kolejne kilka dni na rozkręcenie akcji, ale z drugiej strony byłam już wykończona tym całym przeterminowaniem. Po drodze do domu zaliczyliśmy Mc Donalda. Miałam ogromną ochotę na pochłonięcie czegoś „obrzydliwego” Zjadłam, wypiłam kubek coca-coli i szczęśliwa wróciłam do domu Wieczorem zadzwoniłam do położnej, wyżaliłam się. Ustaliłyśmy, że jeśli nic się nie wydarzy, to w piątek (29 lipca) widzimy się w szpitalu.

Noc była ciężka, skurcze męczyły, ale były do zniesienia. Rano odszedł czop. Zaczęłam delikatnie krwawić. Byłam przeszczęśliwa, że Dzidzia daje znaki Niestety dzień mijał nadzwyczaj spokojnie, a ja w głowie już przewidywałam najgorszy scenariusz.

Wieczorem usiedliśmy z mężem na kanapie, rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki, cieszyliśmy się chwilą. Byłam spokojna jak nigdy wcześniej. Złe myśli odeszły, wsłuchiwałam się z muzykę, razem z Red Hot Chili Peppers nuciłam Dark Necessities Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie swój wymarzony poród.

Rano powtórka z rozrywki, śniadanie, buziak dla Małego i w drogę. Tym razem w szpitalu było spokojniej. Dość szybko przyjęli mnie na oddział. Blizna 2,2cm, rozwarcie 1,5 cm, główka wysoko. Położna zaprowadziła mnie na pierwsze piętro gdzie już czekała na mnie moja Pani D.

29 lipca, 10 dni po terminie o 9:18 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. W międzyczasie zbadała mnie Pani D. – zafundowała niezbyt komfortowy masaż i stwierdziła, że rozwarcie 2cm. Koło 11 skurcze zaczęły stawać się coraz bardzie wyczuwalne. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba się zaczyna. Po 30 minutach już wiedziałam, że nie chyba

Ja rodzę! Czuję skurcze! Hura!!

Moja radość nie trwała długo. Nie mogłam się ruszać, a ból z minuty na minutę był mocniejszy. Pani D. zdecydowała, że odpinamy KTG i kroplówkę, kazała mi pochodzić po korytarzu. Pomogło, było lżej, ale bardzo chciałam, żeby mąż był już przy mnie (to mogło się stać dopiero jak przejdziemy na salę porodową). Wróciłam na sale przygotowawczą – tam czekała na mnie Pani D. z ciepłą zupa i workiem Sako. Zjadłam zupę, niechcący natknęłam się w torbie na Snicersa – musiałam go zjeść, nooo musiałam, czułam że jak go zjem to urodzę naturalnie(co prawda był przygotowany dla Męża no ale.. ).

Kolejny zapis KTG miałam podłączony na worku, przy skurczach mogłam się delikatnie ruszać, co na tym etapie przynosiło ulgę. Pod oknami szpitala przedzierały się tłumy pielgrzymów, śpiewali, krzyczeli, a ja czułam się jakby mi kibicowali. Kolejna dawka oxy. O 13 miałam dość, w głowie błagałam o cesarkę. Koło 13:30 kolejne badanie 3,5cm, skurcze mocne regularne i decyzja o przeniesieniu na sale porodowa. Zadzwoniłam do męża – od tamtej chwili byliśmy już razem. Poszłam pod prysznic, ruszałam się – było trochę lepiej. Ciągle miałam uczucie, że zaraz zwymiotuję, czułam się tragicznie. Pani D. uspokajała, że to dobry znak, że szyjka pracuje. Po jakimś czasie znowu ktg na leżąco – wykańczało mnie to, ale położna obiecała, że postara się, żeby to był ostatni zapis w takiej pozycji. Dałam radę. Później wybawieniem okazała się piłka, bujałam się na niej delikatnie a Mąż przy skurczach dzielnie masował plecy.

Koło 16 byłam już tak zmęczona, że miedzy skurczami przysypiałam. Skurcze były tak bolesne, że poprosiłam o znieczulenie. Cudowne uczucie! Mogłam się zregenerować i nabrać sił. Później lekarka zdecydowała o przebiciu wód płodowych. W tym czasie Mąż czytał Maluchowi książkę, słuchaliśmy muzyki, zjedliśmy kolację. Później udało mi się na chwilę zasnąć. Około 19:40 zaczęło puszczać znieczulenie. Czułam delikatne skurcze. Po badaniu wielkie zaskoczenie – pełne rozwarcie. Mamy 10 cm. Nie wierzyłam. Pani D. zmobilizowała mnie do wstania z łóżka i podpięciu KTG na piłce. Po wstaniu czułam jak wody się sączą. Druga faza zaczęła się o 19:50. O 20:40 położna wytłumaczyła mi co mam robić gdy poczuję parcie i zaprosiła mnie na łóżko. Byłam przerażona – jak to już !? Wydawało mi się, że nie jestem gotowa, że te skurcze nie są na tyle bolesne, żebym dała radę przeć. Wydawało mi się, że ból będzie mocniejszy, że będę wiedziała co mam robić, ale nie wiedziałam. Pierwsze parcie masakra, główka się cofnęła. Parcie. Maż tłumaczył mi co kiedy mam robić i to było moje wybawienie, bo ja zupełnie tego nie czułam. W pewnym momencie Pani D. zapytała czy chcę dotkną główki, zdążyłam tylko wykrzyczeć: nie! bo już czułam, że nadchodzi kolejne parcie.

I tak o godzinie 21:10 powitaliśmy Ksawerego.

sdm2

Poczułam jego cudowne ciepło na moim brzuchu i zakochałam się bez pamięci Wtedy dotarło do mnie że się udało, urodziłam! Pani D. poinformowała nas że pępowina przestała tętnić więc tata zabrał się za przecięcie, a później mogliśmy się tulić. Mały urodził się z wagą 3760g i 53cm wzrostu. Obwód główki 38cm. Rodził się z rączką przy buzi i był owinięty pępowiną. Niestety pękłam i zostałam nacięta. Później okazało się, że jest problem z urodzeniem łożyska. Bardzo mnie to zaskoczyło. Musieli zabrać Małego na chwilę, bo ból był tak mocny, że nie byłam w stanie go utrzymać. Dostałam oksytocynę i kolejną dawkę znieczulenia. Okazało się, że łożysko przykleiło się do tylnej ściany. Musieli łyżeczkować. Na koniec zafundowali mi jeszcze sprawdzanie blizny (wiedziałam o tym, że w szpitalu mają takie procedury). Później szycie, niby na znieczuleniu, ale i tak czułam każdy ruch.

Zaraz po szyciu Maluch z tatą wrócili z ważenia.

Nasza sala pustoszeje, zostajemy tylko my i nasze Szczęście. Później, przytulasy i pierwsze karmienie. Pani D. zagląda do nas, przynosi nam słodką herbatę i kolejną kolację. Koło 24 wędrujemy na 2 piętro. Dostajemy pożegnalnego buziaka od taty, cały potok wspaniałych słów od Pani D. i zostajemy w tę piękną noc sami. Ja i mój Syn. Patrzę na Niego jak spokojnie śpi, ja sama nie mogę zasnąć. Patrzę i ciągle się uśmiecham. Patrzę i wciąż nie wierze, że się udało.

Nasz magiczny czas!

Czy tak wyobrażałam sobie mój poród?

Nie.

Myśląc o nim wcześniej, nie chciałam indukcji, nie chciałam oksytocyny, nie chciałam rodzić w znieczuleniu. Chciałam urodzić jak najbardziej naturalnie.

Nie udało się. Sama z biegiem upływających dni zgodziłam się na indukcję, sama widziałam, że po każdej próbie odłączenia oksytocyny skurcze słabły i stawały się nieefektywne, więc godziłam się na kolejne dawki. Sama po wcześniejszej rozmowie z położną zdecydowałam się na znieczulenie. To były moje świadome decyzje, których dziś nie żałuję .Czułam że to mój poród i że to ja o wszystkim decyduję. Dzięki wiedzy zdobytej na grupie wsparcia, dzięki pełnemu zaufaniu mojej cudownej położnej i wielkiemu wsparciu mojego Męża czuję się spełnioną mamą moich cudownych Synów.

Dziś wiem, że poród drogami natury to niewyobrażalny ból, ale wiem też, że to jedyny ból który ma sens. Ból który prowadzi do najpiękniejszych chwil w życiu kobiety i daje spełnienie.

Ania

Duże Szczęście – VBAC na urodziny (Knurów)

Nie jeden raz pisałam już, że szacowana masa dziecka przekraczająca 4 kg NIE jest bezwzględnym przeciwwskazaniem do próby VBAC. Historia Ewy pokazuje, że 4700g szczęścia również można urodzić naturalnie po cesarce:)

Historia mojego VBAC rozpoczęła się w sierpniu 2014 roku, na sali pooperacyjnej, gdy przez cesarskie cięcie przyszła na świat moja córka z powodu zagrażającej zamartwicy w 42tc. Poród dobrze wspominam, szybko doszłam do siebie, nie było żadnych komplikacji, ale czułam niedosyt. Czułam, że nie tak miało być, że natura inaczej to wymyśliła.
Od razu zaczęłam szukać informacji ma temat porodu naturalnego po cięciu i ku mojej radości znalazłam informacje, że tak się da. W mojej vbacowej drodze bardzo wspierał mnie mój mąż oraz lekarz. Zaplanowaliśmy drugą ciążę tak, aby minęło przynajmniej 18 miesięcy od cc, lekarz uznał to za bezpieczny czas a ja byłam zdeterminowana.
Przez całą ciążę czułam się świetnie, byłam aktywna a dzidziuś dobrze się rozwijał. Pod koniec, gdy termin porodu zbliżał się już dużymi krokami, zaczęłam mieć wątpliwości. Okazało się, że dziecko będzie duże albo nawet bardzo duże. Tydzień przed terminem byłam na konsultacji u innego lekarza, mały na USG miał już 3850g. Dostałam skierowanie na CC na zimno. W tym momencie trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce i po przeczytaniu wielu postów postanowiłam schować skierowanie do szuflady. Mam je jeszcze na pamiątkę, na szczęście nie było potrzebne. Uznałam, że jestem wysoka i dam radę urodzić dziecko nawet trochę ponad 4kg.
Dwa dni przed terminem, dokładnie w moje urodziny nad ranem obudziły mnie delikatne skurcze. Niby nic nadzwyczajnego pod koniec ciąży, ale ucieszyła mnie ich regularność co 5-7 minut. Pora na bobasa! Potem było już sprawnie: córka do Dziadków, ja z mężem na izbę, badanie jedno, drugie, ktg, USG i szok! Dziecko z wagą prognozowaną 4500g. Poprosiłam o powtórzenie badania i wyszło 4700g. Wielu odradzało mi próbę porodu naturalnego, ale mój lekarz pozwolił mi spróbować na własną odpowiedzialność i zaproponował przebicie wód. Zgodziłam się bez wahania, zaufałam. Poczekaliśmy, aż sala na ewentualne cc się zwolni i o 15:30 przebito wody. Potem to już był ekspres. Dostałam gaz rozweselający, byłam pod prysznicem, na piłce i nie wiem co to kryzys 7cm, bo u mnie w badaniu było 6cm a za godzinę już 10. Wykres ktg był poza skalą a ja z uśmiechem na twarzy cieszyłam się z każdego kolejnego skurczu, ból był do zniesienia a ja nastawiona na działanie. Cały czas dzielnie wspierał mnie mąż i położna. Pod koniec towarzyszyło mi 2 lekarzy i 3 położne, wszyscy na oddziale wiedzieli, że rodzi się duży vbac. Co chwilę ktoś pytał mnie o bliznę, o ból między skurczami i ogólne samopoczucie. Wszystko szło szybko i sprawnie.
Karol urodził się po godzinie skurczy partych o 19:25. Miał faktycznie 4700g. Czułam się świetnie. Byłam szczęśliwa, dumna i spełniona.
Dziękuję Naturalnie po Cesarce za wsparcie. Bez Was zdecydowałabym się na cesarskie cięcie na zimno co pewnie ograniczyłoby ilość naszych dzieci. Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę i dzięki Wam mam dalej taką możliwość!
DSC05793

Cudowny vba2c Lilianny ♥ – Rzeszów Rycerska 18.12.2016

Autorkę i zarazem bohaterkę dzisiejszej historii możnaby utytułować mianem Miss Determinacji i Cierpliwości. To właśnie w ogromnej mierze dzięki tym dwóm przymiotom charakteru swojej Mamy mała Lilianna dostała szansę by wybrać sobie dzień i sposób swoich narodzin. A ja miałam ten zaszczyt, by w tych narodzinach uczestniczyć  ♥. Oto opowieść Eweliny – przygotujcie się na prawdziwy porodowy kalejdoskop emocji:

W PORPZEDNICH ODCINKACH…

Cofnjjmy się na chwilę do roku 2011. Pierwsza ciąża, termin na 2 października. Z usg syn wychodził większy o tydzień, toteż nie zdziwiło mnie gdy 24 września nadeszły skurcze regularne co 5 min i lekko bolesne. Ja, pierworódka, posłuchałam rad bliskich i pojechałam do szpitala. Na porodówce zbadano mnie, ale rozwarcia nie było więc przeniesiono mnie na patologie i tam spędziłam magiczne 3 nfz-owskie doby. Wypisano mnie 27 września, a jeszcze tej samej nocy ok godz. 2.00 wróciłam na porodówkę z 3cm rozwarcia. Dalej było typowo, rozwarcie nie postępowało, o godzinie 6 było 4cm, więc zdecydowano o oxy. Po oxy był hardkor, dostałam jakiś środek przeciwbólowy, potem gaz. W międzyczasie przebito pęcherz płodowy. Nie miałam siły się ruszać, mogłam tylko leżeć. Tak przeleżałam w bólach do 13.30. Następnie lekarz zbadał mnie i stwierdził 9,5cm rozwarcia. Ja już czułam parte, ale główka się nie wstawiła do kanału i zaczęły się spadki tętna. I tak po prawie 12h porodu wylądowałam na stole. Wtedy byłam wdzięczna że to koniec i że syn urodził się zdrowy. 3850g 56cm główka 34cm. Ja cesarke zniosłam dobrze ale czułam niedosyt.

Drugi poród to lipiec 2014. Termin miałam na 3 lipca wg om (wg usg 7.07), od początku do gina mówiłam, że chcę próbować naturalnie. Mówił, że zobaczymy, będziemy badać bliznę, i że najlepiej do terminu porodu i jeśli dziecko będzie nie za duże. Miałam się stawić u niego w dniu tp. Córka niestety przed terminem wyjść nie chciała. Poszłam więc na wizytę i usłyszałam: „To co, cesarka?” Koniec końców umówiłam się na szpital następnego dnia i cc na  dzień kolejny. Przy przyjęciu do szpitala ordynator dał mi jeszcze weekend na rozkręcenie, ale nic się nie działo a atmosfera szpitala działała na mnie depresyjnie. W końcu 8 lipca o godz. 10.35 urodziła się córka 3950g 60cm główka 36 cm. Wszyscy zarówno lekarze, położne oraz moi bliscy mówili, że dobrze się stało, że dziecko duże, że mógłby się powtórzyć scenariusz z pierwszego porodu. To na chwilę uleczyło mój żal do siebie, żal i niedosyt. Wtedy nie wiedziałam że można inaczej, że można lepiej, że można nie na zimno. Drugą cc przeżyłam gorzej i stwierdziłam, że nie chcę nigdy więcej.

Gdzieś po roku od drugiej cc, ktoś na grupie chustowej wspomniał o grupie Naturalnie po cesarce. Wiedziałam, że będziemy się starać o trzecie dziecko więc dołączyłam do tej grupy i od tej pory poszerzałam swoją wiedzę.
Post Basi, która urodziła naturalnie po dwóch cesarkach, i to w Rzeszowie (nie tak daleko ode mnie), dodał mi skrzydeł i wzbudził nadzieje. Jeśli jej sie udało to i mnie może – myślałam i od tamtej pory przygotowywałam sobie głowę na vba2c.

PROLOG
Cała historia zaczyna się 22 listopada 2016 r., kiedy to w 38tc udaję się na wizytę do ordynatora szpitala miejskiego w Rzeszowie – dr Ostrowskiego, któremu mówię, że chciałabym próbować urodzić naturalnie w jego szpitalu m.in. dlatego, że wszędzie indziej wszyscy chcą mnie ciąć. Doktor wypisuje skierowanie i zaprasza mnie w dniu terminu porodu.

Stawiam się więc w dniu terminu tj. 5 grudnia z uwagi na daleką odległość (100km – 1,5h jazdy), a także dlatego, iż jest to jedyny termin tylko z usg i niewiadomo czy był on dokładnie obliczony. W szpitalu na przyjęciu personel sympatyczny, zbadano mnie – szyjka miękka acz zamknięta, oraz zrobiono usg – dziecko waga 3500 główka 32 cm – dobra waga, można próbować. Na obchodzie ordynator mówi, że muszę uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż się rozkręcę, jako że po dwóch cc nie mogą silnie indukować. Rozsądne podejście- pomyślałam, a potem jak miałam, tak czekałam. W międzyczasie miałam skurcze ale były to tylko przepowiadacze, nie robiły nic konkretnego z moją szyjką. Czekałam i czekałam.. miałam dołki, z których na szczęście bliscy szybko mnie wyciągali, miałam też wsparcie w mojej douli ♥, która powtarzała, że to dla mojego dobra. Ciężko było mi tak czekać, gdy inne dziewczyny z sali rodziły a ja dalej leżałam, ciężko mi było bez moich dzieci, ale musiałam myśleć o tym trzecim w brzuchu i chciałam jej dać najlepszy start w życie. To była moja ostatnia szansa na poród naturalny. I nie mogłam się już wycofać.

Tak mijały dni, minął tydzień od terminu, minęło 10 dni. Cały czas miałam skurcze przepowiadające, bolesne, brzuszne, ładnie się pisały na ktg i tylko tyle.. lub aż tyle.. W środę (14.12.) natomiast zmieniły się.. przeszły na krzyż i zaczęły doskwierać mocniej. Z każdym dniem czułam je intensywniej jednak w piątek 16 grudnia badanie nadal nie pokazywało rozwarcia, a bez niego nie można było zrobić preindukcji foleyem.

Wszystko zmieniło się piątek wieczorem gdy odszedł mi czop. Skurcze krzyżowe przybrały na sile, przeszłam się więc na salę porodową, a tam po badaniu wyszło rozwarcie na 2,5 palca (5cm)! Ooo jaka radość – unikneliśmy balonika:) Skurcze były jeszcze znośne, więc chodziłam z nimi po korytarzu. Gdy zrobiły się bardziej intensywne, zadzwoniłam po doulę. Resztę nocy spędziłam to na piłce, to na łóżku, to na stojąco. Próbowałam wszelkich pozycji, lecz niestety – noc minęła a rano ordynator zbadawszy mnie oświadczył, że rozwarcie nie zwiększyło się i jako że jestem umęczona po nocy powinnam odpocząć i się posilić. Dzięki Bogu za tę decyzję. Bałam się, że będą chcieli próbować oxy.

AKT GŁÓWNY – Sobota 17.12.2016
Po całym piątku skurczy i dalej po całej sobocie, sobocie wypełnionej wielkim dołkiem i zrezygnowaniem, przyszedł wieczór. Jak zwykle wieczorem skurcze nasilały się, ale nauczona doświadczeniem poprzedniej nocy, położyłam się po prostu spać. Przyszedł jeden skurcz, i za chwilę przyszedł drugi. Nagle usłyszałam to charakterystyczne „pyk” i polało mi się na spodnie od piżamy. Ciepło i dużo tego było. Od razu zrozumiałam, że to wody i że to już to ta noc i że nie ma już odwrotu :) Ściskając uda poszłam na drugą stronę (na porodówkę) i zawiadomiłam położne. Nienajlepsza to była zmiana, ale nastawiłam się na współpracę, nie na walkę. Czułam że tak będzie mi lżej. Niepotrzebne mi były dodatkowe stresy gdy mnie bolało 😉
To była godzina 23.00.

Niedługo potem lewatywa i o północy ktg. Skurcze średnio bolesne, na ktg 30-40. Po ktg o 00.30 poszłam pod prysznic, a w międzyczasie zadzwoniłam po Magdę – moją doulę. Pod prysznicem skurcze nasiliły się, a gdy z niego wyszłam Magda już była. Położna dała piłkę i tak siedziałam na niej do godz. 01.50. Skurcze zrobiły się nieznośne, zaczęłam sie bać – ale nie bólu tylko porażki. Powiedziałam Madzi, że jak powtórzy się sytuacja z piątku, to nie chcę indukcji, to będę chciała cesarke.

Po wizycie w toalecie o 2.00 znowu ktg (co 2h zapis) i położna zaczęła mnie badać. ” 3 palce!” – mówi ucieszona, – „idzie, pani Ewelino, idzie.” Ja szybkie spojrzenie na Magdę, uśmiech i nowe siły przyszły 😀
Była godz. 2.30 jak skończyło się ktg i położna mnie zbadała, a tu 3,5 palca (7cm). Mówię do Magdy – dzwoń do męża niech przyjeżdża.

Od tej pory leżałam już na łóżku porodowym, raz na jednym raz na drugim boku, skurcze byly masakryczne… Pamiętam jak mówiłam w bólu „nieee, nieee chcee”, a Magda „chcesz, chcesz”. Miała rację. Chciałam tego tak bardzo, że nawet wtedy w bólach nie myślałam żeby się poddać. Byłam tak blisko przecież.

Gdzieś w międzyczasie pojawił się przy nas lekarz, młody pan sympatyczny doktor i po jego badaniu nagle się zrobiło 4 palce. W ciągu kilku minut, po paru skurczach słyszę „mała dłoń” (4,5 palców = 9 cm). Położna niedowierza, ale się cieszy, doktor też obudził się od razu 😀

Godzina 2.45 pełne rozwarcie, czuję jak puszcza pęcherz moczowy. Położna woła „ooo rodzi się” słyszę „przynieście zestaw”. Obniżają łóżko i zaczyna się drugi okres porodu.

Ściskam Magdy rękę i zaczynam czuć parcie. Położna zezwala, więc prę. Najpierw się drę, krzyczę, ale to nie działa. Położna mówi „nabierz powietrze jak do nurkowania i trzymaj i próbuj wypchnąć jakbyś kupę miała zrobić.” To działa… po kilku parciach słyszę, że idzie główka. Pytam czy mogę dotknąć… dotykam a tu włosy:) Nowe siły przyszły… przemy dalej… Słyszę, że krocze trzyma… Trzeba naciąć… Nacinają – nie czuję tego boleśnie… Słyszę „aha bo z ręką idzie” i za chwilę na ostatnim skurczu udaje mi się ją wypchnąć.

Lilianna rodzi się o godz. 3.10, 4 godziny od odejścia wód, na moich własnych skurczach, :) 3700g i 58 cm. Główka 33cm.

Kładą mi ją na brzuchu, a mnie zalewa fala euforiii… zaczynam płakać. Mówię „Boże udało się.. nie wierzę… Udało się. 😀 Cześć Lileczko, udało się wiesz?” Aż się zaczęłam zanosić z płaczu 😀 Gdy się uspokoiłam, spojrzałam na wszystkich… Ich miny – bezcenne! Wszyscy się uśmiechają… Położna… doktor… inne położne… nawet doktorka, która nie jest pro vbac, widzę, że się uśmiecha. Dziękuję Magdzie przede wszystkim, nie dałabym rady bez niej… mówię „mąż nie zdążył taki ekspres heh :D”

Przychodzi pielęgniarka od noworodków. Mówię „jeszcze nie”, trzymam za pępowinę i upewniam się, że już nie tętni. W międzyczasie rodze łożysko i śmieję się, że to taki placek 😉 Potem zabierają małą na chwilę do ważenia, Magda z nią idzie, a mnie usypiają, szyją i łyżeczkują. Sprawdzają też bliznę po cc, okazuje się (to po fakcie się dowiedziałam), że w jednym miejscu puściła, ale się nie rozeszła, i że sama się zrośnie.
Potem oddają mi Lilkę i cycamy się. Mała już na brzuchu szukała cyca, dałam jej wtedy polizać brodawke, teraz natomiast ładnie się przyssała.

15726986_10153962266217330_3298136280280290226_n
Ok godz. 5.00 dociera mąż, znowu płaczę ze szczęścia. Chwilę gadamy, mąż się wita z Lili, a mnie przewożą na dół na położniczy.
Przed godziną 7 odwiedza mnie położna Małgosia z którą rodziłam, znowu zalewają mnie łzy i przytulam ją w podziękowaniach. Widzę, że również się wzrusza. Mówi, że byłam dzielna, że pięknie słuchałam i że mi serdecznie gratuluje. Potem odwiedza mnie jeszcze ten młody lekarz, również uśmiechnięty od ucha do ucha. Rano zaś cała świta na obchodzie z ordynatorem na czele uśmiecha się i gratulacje składa. „Warto było czekać prawda?” pyta – oj warto :)

EPILOG
Miałam piękny poród. Tak jak sobie wymarzyłam tę chwilę narodzin Lili, tak się stało.
Na powodzenie mojego vba2c miało wpływ wiele różnych czynników. Moje nastawienie przede wszystkim. Moja cierpliwość i wytrwałość. Wsparcie jakie otrzymałam od mojej douli – dziękuję Madziu ♥ – doświadczona położna, personel provbac, a przede wszystkim lekarz, ordynator dr Ostrowski, który przynajmniej w moim przypadku się nie spieszył i dzięki temu dał mi maksimum szans na sukces. Jestem mu bardzo wdzięczna.
No i Lilianna.. jestem wdzięczna mojej córce, że była najmniejsza z moich dzieci, że ładnie się wstawiała i że chciała się urodzić właśnie tak jak się urodziła :)

Do was drogie vbaczki mogę tylko powiedzieć byście się nigdzie nie spieszyły i pozwoliły naturze działać. Czy to będzie sn czy cc, natura zawsze wie co robi. Pięknych porodów wam życzę. Takich jak mój. :)

„Kto nie boi się wierzyć, że się uda? Ja nie! Ja wierzę, wiara czyni cuda!” Vbacowy cud narodzin w Wielkopolsce.

Dzisiejsza opowieść wywołała we mnie prawdziwy koktajl emocji. Od tych  trudnych (smutku, złości, frustracji), jakich doświadczałam czytając o warunkach i podejściu personelu szpitala, do tych ogromnie pozytywnych – radości, wzruszenia, zachwytu nad cudem natury jakim są narodziny i podziwu dla siły i mądrości Kobiety, która tą historią postanowiła się podzielić. Oto opowieść o porodach Małgosi:

Moja historia rozpoczyna się w momencie, w którym usłyszałam od czterech różnych lekarzy, że będę miała wielkie trudności z zajściem w ciążę. Jak się niewiele później okazało, wcale nie było to takie trudne 😉 Niecały rok po ślubie urodziłam przez cc naszą pierwszą córeczkę – Martynkę. Podobno moja budowa ciała miała uniemożliwić mi poród naturalny dziecka ponad 4200-gramowego, dlatego przyniesiono mi do podpisania papierek ze zgodą na cesarkę. Nikt z dyżurujących lekarzy, czy położnych nie pofatygował się do mnie, by ze mną na ten temat porozmawiać. A ja, jako, że była to moja pierwsza ciąża i byłam bardzo nieświadoma, naiwna i ślepo-wierząca w nieomylność i rację lekarzy, podpisałam zgodę, o nic nie pytając.

W międzyczasie pojawił się mój lekarz prowadzący. Zdziwił się, kiedy usłyszał o planowanym zabiegu. Porozmawiał ze mną na temat operacji i czym ona będzie dla dzidziusia. Niestety wtedy nie pomyślałam, że jeszcze mogę wyrazić sprzeciw wobec cesarki, wystarczy, że o tym powiem ordynatorowi szpitala. To był mój błąd. Mój strach i brak asertywności zasądziły o takim a nie innym rozwiązaniu ciąży.

Martynka urodziła się przez cesarskie cięcie na początku kwietnia 2014 roku, o 11.42, mając 3420 gram(a nie planowane 4200 i więcej), 54 centymetry długości oraz 9 punktów w skali Apgar (za kolor skóry). W drugiej dobie po porodzie przegoniono mnie z jednej sali na drugą, każąc przenosić wszystkie swoje rzeczy i dziecko. Oczywiście bez przemyślenia chwyciłam cały ciężki bagaż w jedną rękę, drugą pchałam dziecko i udałam się tam, gdzie mi zalecono. Zaraz po tej jakże przyjemnej, dla dopiero co operowanej kobiety, dawce aerobiku, dostałam krwotoku i trafiłam kolejny raz na stół operacyjny. Od tamtego momentu wszystko zaczęło się powoli uspokajać i goić. Najdłużej zdrowiała moja dusza. Poczucie winy (przecież mogłam się odezwać) i niespełnienia towarzyszyły mi przez bardzo długi czas. Chyba już na zawsze gdzieś tam pozostaną. Przepracowane, czy nie, ale są częścią mnie, częścią jednej z najpiękniejszych chwil mojego życia – pojawienia się upragnionego dziecka.

Gdy dowiedziałam się o drugiej ciąży, pierwsze co pomyślałam, to: „Nigdy więcej cesarki bez podstaw!”. Lekarz prowadzący stwierdził, że jeśli nie będzie żadnych przeciwskazań ze strony dzidziusia i mojej, to mam zielone światło na poród sn. Słowa te sprawiły, że do połowy ciąży byłam spokojna, nie myślałam też zbyt wiele o zbliżającym się terminie rozwiązania. Sytuacja zaczęła się zmieniać w okolicy 6 miesiąca. Wtedy otrzymałam wiele wsparcia od moich bliskich. Szczególnie od mamy i siostry. Zadręczałam je pytaniami o poród i nieświadomie wymagałam na nich ciągłe potwierdzanie, że na pewno mi się uda, że dam radę. Mój mąż też nie miał ze mną łatwego życia. Pod koniec szóstego miesiąca zaczęłam co drugi dzień płakać, bo nie wiedziałam, czy podejmując decyzję o porodzie siłami natury, postępuję właściwie. Znajome, które były po dwóch lub trzech cięciach, na wieść o moim pomyśle rodzenia naturalnie, mówiły: teraz tak twierdzisz, tak chyba miała każda z nas, ale jak usłyszysz o rozchodzącej się bliźnie, czy pękającej macicy, to szybko zmienisz zdanie! Ich słowa spowodowały, że zaczęłam szukać coraz więcej informacji na temat vbaców.

Niestety większość artykułów, do których dotarłam, raczej mnie przerażała, a nie uspokajała. W siódmym miesiącu ciąży wpadałam już w panikę. Na dodatek teściowie nie byli zachwyceni moim pomysłem, bo po co ryzykować. Mąż, chociaż starał się mnie wspierać, to czasem pytał, dlaczego uparłam się rodzić naturalnie. Miałam totalny chaos w głowie i w sercu. Moja mama zaprzęgła chyba wszystkie swoje znajome do modlitwy za mnie, za dzidzię i za nasz poród. To mnie bardzo uspokoiło. W końcu dotarłam na stronę Naturalnie po cesarce, a niewiele później zapisałam się do grupy wsparcia. To było to, czego szukałam. Tyle historii. Tyle emocji. Tyle udanych i zakończonych cc vbac-ów. Tyle wsparcia. Zaczęłam wierzyć, że się uda. Że nawet jeśli nie urodzę siłami natury, to zrobię wszystko, żeby nie mieć cc na zimno. Tak też zrobiłam.

U nas w mieście każda ciężarna musi ok. miesiąca przed porodem udać się do szpitala na tzw. badania jednodniowe. Na początku kwietnia trafiłam zatem na oddział położniczy. Panie na izbie przyjęć, słysząc moją deklarację o naturalnym porodzie, stwierdziły z przekąsem: „chyba nie u nas w szpitalu”. Niezbyt podbudowana takim komentarzem czekałam, co powie na temat mojego pomysłu zgromadzenie lekarzy. Na badaniu przez ordynatora (nasz szpital jest dość mały i prawie zawsze te badania są przeprowadzane przez ordynatora w asyście wszystkich lekarzy i dyżurujących położnych – czasem jest ponad 10 osób w sali badań), gdy już chciano ustalić mi termin cc, powiedziałam głośno, że chcę rodzić naturalnie. Niektórzy spojrzeli na mnie jak na niespełna rozumu. Pan ordynator stwierdził, że jeśli podpiszę oświadczenie, że nie zgadzam się na sugerowane przez nich cesarskie cięcie oraz jeśli nie wystąpią żadne przeciwskazania, to mogę rodzić. Kazano mi stawić się na oddziale na kilka dni przed terminem rozwiązania. Oczywiście do domu wracałam jak na skrzydłach, bo usłyszałam upragnione „TAK” dla porodu naturalnego.

Na kilka dni przed rozwiązaniem stawiłam się w szpitalu. Robiono mi podstawowe badania, w tym ktg. Niestety codziennie miałam któryś zapis powtarzany, ponieważ niepokojąco się zawężał. Bywało, że trzy razy dziennie po dwie godziny leżałam podpięta pod to ustrojstwo. W sumie 6h. Obłęd. W dodatku nikt mi nic nie mówił. Mój lekarz prowadzący od jakiegoś czasu nie pracuje w tym szpitalu, więc nie miał się kto o mnie troszczyć. Jest to dosyć smutne w dzisiejszych czasach. Każdy lekarz troszczy się o swojego pacjenta. Ciągle słyszałam komentarze o podejmowanym przeze mnie ryzyku, które miały chyba mną wstrząsnąć i wpłynąć na zmianę decyzji. Wszyscy wkoło uważali, że byłoby bezpieczniej dla mnie i dziecka, gdybym zgodziła się na cięcie. Czułam wielką presję. Czułam, że wszyscy woleliby zrobić mi cięcie i mieć mój poród z głowy.

W międzyczasie okazało się, że szpital nie posiada drukowanych oświadczeń o chęci porodu sn po cc, więc cały tekst został mi podyktowany słowo po słowie. Pani doktor nie omieszkała zawrzeć w nim stwierdzenia o możliwości urodzenia martwego dziecka przez podjętą przeze mnie decyzję. Tego właśnie trzeba ciężarnej oczekującej porodu. Niech wie, że działa na własne ryzyko i tylko sobie będzie winna, jeśli coś pójdzie nie tak. Nic, tylko rodzić! 😀 Przerażona wróciłam do sali, ale nie dałam się tak łatwo zastraszyć. Pomodliłam się i przyszedł spokój (Czułam się jak desperatka, więc na czas przedporodowy obrałam sobie za patronów Maryję, św. Gerarda i św. Ritę od spraw beznadziejnych – z takim wsparciem da się rodzić :D) Wiem, że personel nie robił tego złośliwie. W pewnym momencie jednak nie wytrzymałam, nerwy puściły i musiałam sobie popłakać. Do teraz się śmieję, że to była najbardziej spektakularna załamka, jaką widział ten szpital i moi bliscy. Poszłam do toalety, żeby sobie kulturalnie pochlipać mężowi w słuchawkę i tym samym nie denerwować niepotrzebnie dziewczyn na sali. Pech chciał, że mąż akurat był zajęty pracą na ogrodzie, więc włączył rozmowę na głośnik. Tym sposobem wszyscy wkoło niego, czyli moja córeczka, moi rodzice i moja siostrzenica słyszeli mój szloch. Dodam jeszcze, że uchodzę za osobę bardzo zrównoważoną, więc gdy usłyszeli mnie w tym stanie, wpadli w panikę. Za 15 minut moja mama przybiegła na oddział w nerwach wołając i pytając dziewczyn, gdzie jestem, bo wie, że płaczę. Cały zastęp ciężarnych super dziewczyn zaczęło mnie szukać. Jak już zostałam odnaleziona, zapewniłam je, że nic takiego się ze mną nie dzieje, po prostu mam kryzys. Żeby nie robić sobie więcej wstydu, wyszłam z rodzicami na korytarz. Nie mogłam się uspokoić. Łzy ciągle kapały i kapały i nie chciały przestać. Jakby tego było mało, okazało się, że w tym dniu odwiedziła szpital grupa ze szkoły rodzenia, na którą uczęszczałam! Oczywiście wychodząc z oddziału minęły mnie wszystkie znajome dziewczyny… Nie mogło być chyba gorzej, a jednak.

Poszłam z mężem na rozmowę z lekarką mającą tego dnia dyżur. Poradziła mi to moja wspaniała położna, myśląc, że to mnie uspokoi i ukoi skołatane nerwy. Jeśli ktoś spodziewa się rozmowy twarzą w twarz w zacisznych, budzących spokój i zaufanie warunkach, niestety musi zmienić szpital. Zostaliśmy przyjęci na korytarzu! Zero prywatności. Podobno wszystkie rozmowy tak tam wyglądają. Wszystkie odbywają się na korytarzu! Jakby tego było mało, zostaliśmy niezwykle niemiło potraktowani, a ja szczególnie. Cytuję: ”czy myślę, że jak mi łezki pociekną, to wszyscy zaczną wokół mnie biegać na paluszkach?”. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Może pani doktor miała zły humor i kiepski dzień. Może zostałam źle zrozumiana. Nie mam pojęcia. Do teraz się zastanawiam, kto znający emocje ciężarnych przed porodem, jest w stanie wpędzić je w jeszcze większą histerię, zamiast uspokoić i pocieszyć. Chciałam tylko usłyszeć, że wszystko z dzidzią jest ok i że jestem w dobrych rękach. Nic ponadto. Niestety nie było mi to dane. Koniec końców zmusiłam się do zebrania w kupę, by na wieczornym obchodzie zdziwić się niemiłosiernie odmianą w zachowaniu dyżurującej pani doktor. Była bardzo miła, rozumiejąca i po prostu sympatyczna. Można? Można. Ale po co.

Kolejne dni mijały, kolejne ktg, kolejne powtórki ktg i tak do nocy z wtorku na środę. O 1 w nocy w dzień terminu wyznaczonego przeze mnie, tj. 4.05.2016 obudziły mnie skurcze. Próbowałam zasnąć dalej, ale niestety skurcze na to nie pozwalały, były bolesne, pojawiały się co 3-4 minuty, więc wstałam i zaczęłam spacerować po sali. Koło 5 podłączono mnie pod ktg. Wtedy pomyślałam sobie, że chyba nie ma nic gorszego od rodzenia na leżąco :) Mimo bólu i dyskomfortu nie opuszczał mnie dobry nastrój. Napisałam mężowi, że prawdopodobnie coś się zaczęło. Byłam tak przejęta, że nie mogłam nic jeść. Wciągnęłam suchą kromkę chleba. Po tym odżywczym śniadaniu poszłam pod gorący prysznic. Skurcze się nasilały, były już co 2-3 minuty. O 9.30 zastępca ordynatora zalecił podłączenie mnie pod ktg na sali porodowej. Ze stresu skurcze zaczęły słabnąć, ale po godzinie znowu się rozkręciły. Dyżurująca pani doktor (żeby życie miało dla mnie smaczek była to ta sama pani doktor, która dyktowała mi oświadczenie i jednocześnie ta sama, z którą wcześniej miałam nieprzyjemną rozmowę) powiedziała mojej położnej, żeby dała mi gaz. Powdychałam go sobie troszkę i skurcze stały się bardziej znośne, szyjka ślicznie się zgładziła, za to częstotliwość skurczów znowu opadła. Zagryzłam zęby i próbowałam jak najdłużej wytrwać bez wspomagaczy. Leżąc na tym nieszczęsnym łóżku błagałam o pozwolenie na chodzenie, skakanie, cokolwiek, byle ruszyć się z miejsca i nie czuć, jakbym zaraz miała tam umrzeć. Niestety ze względu na stan po cięciu, przedpotopowe ktg i ogólną politykę szpitala, nie pozwolono mi wstać.

O 10.30 miałam 4 cm rozwarcia. Moje ciało rodziło swoim rytmem. Ok.12.00 przy badaniu nastąpiła chwila grozy, ponieważ spadło małej tętno. Porzucałam się trochę na łóżku z jednej strony na drugą i wszystko wróciło do normy. O 14.00, gdy koleżanka rodząca na łóżku obok miała 9 cm, ja miałam zaledwie 6 cm. Mój duch troszkę osłabł, gdy usłyszał, jaka różnica nas dzieli i ile mi jeszcze zostało do końca po 11 godzinach męczarni. W dodatku znowu na badaniu spadło małej tętno. Czułam, że cesarka jest coraz bliżej. O dziwo wewnątrz byłam spokojna i myślałam sobie, że co ma być, to będzie. Zdrowie dziecka i moje jest na pierwszym miejscu. Na szczęście, po kolejnych ruchach z jednej na drugą stronę łóżka, tętno powróciło do normy. W międzyczasie wezwano anestezjologa z drugiego szpitala (u nas na porodówce nie ma na stałe anestezjologa, dlatego nie mamy również dostępu do znieczulenia zewnątrzoponowego), żeby był na miejscu w razie konieczności cięcia. Od godziny 15.00 w ogóle nic nie pamiętam, oprócz budzenia się na skurcze. O 15.40 pojawiły się parte i tu dopiero zaczęła się zabawa. Parłam mając jedną nogę na pani doktor, a drugą na położnej. Moja położna przytrzymywała mi głowę i mówiła, kiedy brać wdechy, a mąż krzyczał do ucha motywujące teksty. Pierwsze parcia były nieefektywne, gdyż całą parę wypuszczałam płucami, a nie dołem. W końcu, po 25 minutach totalnej wariacji, o 16.04 przyszła na świat moja maleńka Wiktoria, moje Zwycięstwo. 25 miesięcy po 1 cc, po 15 godzinach skurczy, mając 3440 gram, 53 centymetrów i 9 punktów w skali Apgar. Mała wyglądała jak ufoludek ze względu na maziste zielone wody, ale dla mnie i tak była najpiękniejsza na świecie . Gdy zaczęto wyjmować pępowinę usłyszałam: „o matko! Pani doktor! Niech pani spojrzy! Węzeł!”, by za chwilę znowu usłyszeć: „Matko kochana! Matko kochana! Jeszcze jeden! Naprawdę jest jeszcze jeden!”.

8244_4_26-umbilical-cord-knot

Zdjęcie poglądowe – nie stanowi części historii porodowej.

Rodząc Wiktorię, dowiedziałam się, że cuda się zdarzają. Że taki cud zdarzył się i mnie. „Kto nie boi się wierzyć, że się uda? Ja nie! Ja wierzę! Wiara czyni cuda!” – to był hymn mojej ciąży, który sprawdził się w 100%. Moja córeczka urodziła się całkiem zdrowa w naturalny sposób, mając zawiązane na pępowinie dwa węzły prawdziwe. Do teraz przechodzą mnie ciarki, gdy pomyślę, co się mogło stać. Że mogła urodzić się w silnym niedotlenieniu. Że mogłam ją stracić, gdy jeszcze rozwijała się w brzuszku. Po porodzie mój mąż powiedział na głos z dumą, że urodziłam na przekór wszystkiemu i wszystkim. To zdanie pięknie podsumowało mój pobyt i czekanie w szpitalu na poród.

Nie wiem, czy kiedykolwiek byłyście w takiej sytuacji, w której wiedziałyście, że umysł trzeba wyciszyć, żeby dał pracować ciału. Są w naszym życiu takie momenty, kiedy musimy zdać się na instynkt, na wrodzoną mądrość natury. Dla mnie tą chwilą był poród. Była we mnie modlitwa, wiara i przepiękna jedność ciała i ducha, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Wiem, że byłabym spokojna, nawet wtedy, gdy potrzebne byłoby zrobienie cięcia. Zrozumiałam, że poród naprawdę w dużej mierze znajduje się w naszej głowie. Oczywiście nie wszystko zależy od nas, czy od naszego nastawienia, ale jednak ma ono niebagatelny wpływ na przebieg narodzin. Takie godzenie się z tym, co ma nadejść, uzdrowiło mój umysł i ociepliło myśli o poprzedniej cesarce. Każdej z Was, dziewczyny życzę nie tylko tego, żeby vbac się udał. Życzę Wam tego, co będzie najlepsze dla Was i Waszych maleństw. Życzę Wam ogromu wsparcia od bliskich, mądrego personelu i spokoju ducha. By cud narodzin mógł się stać. W ten lub inny sposób. Amen.