Archives

Historia lubi się powtarzać….? (Francja)

Półtorej doby po pęknięciu pęcherza płodowego, po długim oczekiwaniu, po chwilach zwątpienia i z fantastycznym wsparciem położnej oraz męża.  Dziś szczęśliwa polska opowieść Kasi  we francuskich realiach.

 

26 miesięcy temu zaczeło się tak samo… 3 tygodnie przed wyznaczona datą porodu  straciłam wody i pojechałam na porodowkę. 26 miesięcy temu Eryk urodził sie przez cesarskie cięcie…
Tym razem, po wielu miesiącach psychicznych przygotowań do naturalnego porodu, książek i artykułów przeczytanych na temat VBACu mialo byc inaczej! A jednak zaczeło się tak samo i nie tak jak się mialo zacząć… Miało się zaczać skurczami, które jak najdłużej miałam „przeżyć w domu’’, żeby w ostatniej chwili pojechać do szpitala i tam już – za późno na znieczulenie – urodzić moją oczekiwaną Lenkę. A jednak historia lubi sie powtarzać…
O 3 nad ranem ze łzami w oczach budzę męża informując go, że znowu straciłam wody i nie mam skurczy. Prawdopodnie będę miała kolejną cesarkę. Byłam załamana. Wsiedliśmy do samochodu, zostawiając Eryczka z dziadkiem, który przyjechał na ten okres z Polski. W szpitalu standardowe badania, po których okazało się, że rozwarcie jest na pół palca. W moich dokumentach było napisane wielkimi czerwonymi literami: po cesarskim cięciu, chęć na VBAC. Położna mnie pociesza i mówi, że wczoraj rano przyjeła dwie panie w identycznej sytuacji jak moja i jedna urodziła „normalnie’’. Położyli mnie do pokoju i kazali czekać na skurcze… To były najgorsze chwile – czekanie na skurcze,  które się nie pojawiają. Po 24 godzinach ciągle nic… Wypadałoby, żeby poród sie zaczął, bo bez wód teoretycznie protokoły ze szpitala nie pozwalaja przetrzymywać dłużej niż 24 godziny. Ale ja byłam zdeterminowana a lekarze i polożne pozytywnie nastawieni. Po 28 godzinach od straty wod, w środe rano po obchodzie decyzja była podjęta. Psychicznie byłam nastawiona na cesarkę. W południe przyszła położna i zaprosiła mnie na salę porodową I powiedziala, że będę rodzić VBAC! Byłam tak zaskoczona, zmęczona po tylu godzinach czekania, że psychicznie nie wytrzymałam. Rozpłakałam sie i chciałam, żeby mnie już pocieli, bo ja nie wytrzymam jeszcze paru godzin porodu i bólu podczas skurczy. Polożna, Valérie (zapamietam tę kobietę do końca mojego życia!) wytlumaczyła mi, że 10 lat temu miała identyczną sytuację i udało się. Żebym spróbowała. Że zostawi mnie na 15 minut, żebym przemyslała czy chce rodzić VBAC, bo jeśli nie będę pozytywnie nastawiona to nie ma sensu i rzeczywiście najlepiej wtedy ciąć. Wyszła z porodówki i zostawiła mnie z mężem, który powiedział, że jeśli nie spróbuje teraz, to do końca życia będe mu marudzić… rozwarcie ciągle miałam na pół palca.
Po powrocie położnej, na nowo zmotywowana powiedziałam, że chcę próbować. Dostałam minimalną dawkę hormonów na wywołanie porodu dla kobiet po wczesniejszym cięciu, znieczulenie zewnątrzoponowe i viola  – zaczęło się. Co godzinę Valerié przychodziła, żeby sprawdzić jak poród postępuje. Znieczulenie od czasu do czasu przesawało dzialać i krzyczałam, żeby anestezjolog na nowo uruchamiał moją pompkę, która wstrzykiwałam sobie znieczulenie… ale bolało…. Valérie zmieniała mi pozycję, bo mała była ułożona plecami do moich pleców, więc dużo czasu spędziłam na czworaka, aby mała się obróciła.. przez 5 godzin doszlam do 5cm, wiec „standardowo’’ jak powinno być. Jedyna rzecz,  która mnie martwiła to to, że Valérie kończy zmianę o 19:00 i następna położna może będzie mniej przyjazna. Valérie na nowo zmieniła mi pozycję, tym razem na boku. O 18:00 wraca, bada mnie i zaczyna przygotowywać narzędzia do porodu. Z meżem nie rozumiemy, co się dzieje, a ona że za chwile bede przeć!!! Przez godzinę z 5 cm zrobiło sie 10cm.
Udało sie! Po 30 minutach, bez nacięcia, miałam Lenkę na rękach – zadowolone maleństwo, które patrzyło na mnie wielkimi oczami, possało cyca przez 3 minuty i usneło sobie spokojnie na mnie… Tego dnia nie zapomnę do końca życia, jak również mojej polożnej Valérie.

Bliźniaczy VBAC cz.2 (USA)

Dziś druga część historii Kathy, dzielnej mamy bliźniaków, która nie bała się zawalczyć o to by JEJ poród odbywał się na JEJ warunkach. Część pierwsza tutaj.

*Historia prezentowana na niniejszym portalu jest nieco skróconą wersją oryginalnej opowieści, którą można przeczytać na blogu Kathy: http://lovinlifewithkids.blogspot.com/2014/10/the-twins-birth-story-part-1.html. Dziękujemy za zgodę na przetłumaczenie i wykorzystanie tej historii oraz zdjęć przez portal NATURALNIE PO CESARCE.*

Próba generalna

Na dzień 14 marca, piątek, perspektywa była następująca: jeżeli nie urodzę do środy, 19 marca, mój lekarz wyjedzie na 4 dni i wróci dopiero w późnym wieczorem, w niedzielę, 23 marca.

We wtorek, 18 marca, późnym popołudniem zaczęłam odczuwać skurcze. Inne niż dotychczas i regularne. Zadzwoniliśmy do naszej położnej, która przyjechała, aby posłuchać tętna dzieci  i zbadać mnie. Miałam 3 cm rozwarcia, a szyjka była zgładzona w 80%. Zaczęliśmy myśleć, że może to już. Zadzwoniliśmy do szpitala, gdzie powiedziano nam, że będziemy skierowani najpierw do lekarza dyżurnego, a dopiero później zawiadomią naszego położnika. Wybraliśmy wersję „na skróty” przez naszą położną, która zadzwoniła do doktora Wassermana.  Był bardzo podenerwowany, że jesteśmy w domu i chciał, żebym pojechała do szpitala. Obawiał się, że poród może postępować szybko i nie chciał, żeby nas zaskoczył w domu. Sądziłam, że skurcze są wystarczająco mocne i częste, aby pojechać. Tak też zrobiliśmy.

Przybyliśmy do szpitala około 23 i zaprowadzono mnie do „mojej sali”. Akcja porodowa trochę przycichła podczas jazdy samochodem, ale mieliśmy nadzieję, że wzmocni się ponownie, gdy będziemy w szpitalu i będę mogła się skoncentrować. Dr Wasserman był już w szpitalu z inną pacjentką i zamierzał zostać do rana, więc nie obawialiśmy się konieczności  bycia pod opieką innego lekarza. Zgodziłam się na zapis KTG. Dr Wasserman zaglądnął, żeby się przywitać, ale zaraz poszedł.

Przez kilka godzin spacerowałam po korytarzach z Joe, Dede i Tracy (naszą fotograf porodową)  bez specjalnego rozwoju akcji skurczowej. Byłam tym naprawdę sfrustrowana. Jazda do szpitala skutkująca zatrzymaniem porodu była jedną z moich największych obaw, a to właśnie się działo. Przestałam przemierzać salę tam i z powrotem, bo mój poród i tak całkowicie się zatrzymał. Przespałam się chwilę. Około 4 rano przyszedł dr Wasserman i powiedział, że chciałby zrobić mi zapis KTG, aby sprawdzić czy z maluszkami jest wszystko w porządku. Zgodziłam się. Przysypiałam i budziłam się. Następnie odbyłam bardzo emocjonalną rozmowę z Dede (przyjaciółką) dając upust swojej złości na sytuację, w której byłam. Za mniej niż 12 godzin jedyny lekarz, któremu ufałam wyjeżdżał i jeśli poród zacząłby się podczas jego nieobecności, byłabym pod opieką kogoś zupełnie nieznajomego. Mówiąc bez ogródek, byłam wściekła.  Całe miesiące przekonywałam siebie to perspektywy, że to właśnie dr Wasserman przyjmie mój poród, a teraz czułam się opuszczona.

Dr Wasserman przyszedł ponownie o 7 rano i zapytał co dalej robimy. Powiedziałam, że nie wiem i że źle się czuję. Wielokrotnie powtórzyłam, że jestem zła na to, że nigdy nie powiedział słowa o swoich wakacjach podczas moich wizyt prenatalnych i że przyjazd do szpitala skutkujący zatrzymaniem porodu był moją największą obawą. Doktor powiedział, że czuje się „paskudnie” w kwestii planów wakacyjnych. Rozważyliśmy jakie mamy opcje. Opcja nr 1: zostać w szpitalu i spróbować urodzić zanim doktor wyjedzie (co wiązało się z zastosowaniem oksytocyny lub przebiciem pęcherza płodowego – na żadno z powyższych nie chciałam się zgodzić).  Opcja nr 2: wrócić do domu. Przedyskutowaliśmy, kto zastąpiłby doktora Wassermana podczas jego nieobecności; powiedział, że porozmawia z doktorem L. i potwierdzi czy tamten zgadza się na wszystkie nasze ustalenia dotyczące porodu. Zdecydowaliśmy, że jedziemy do domu.

Dwa dni później miałam kolejne USG wykonywane przez perinatologa doktora P. Była zaskoczony, że wciąż jestem w dwupaku i przynajmniej dwa razy powiedział: „W 38,5 tygodniu ciąży i przy 3 cm rozwarcia naprawdę nie ma żadnej korzyści w utrzymywaniu tej ciąży.” Nic nie odpowiadałam, ale myślałam: „No tak, nie ma żadnej korzyści oprócz tego, że najwyraźniej maluchy nie są jeszcze gotowe, aby się urodzić, albo już byłyby na świecie!” USG zajęło dwa razy tyle co zwykle. Kiedy badanie się zakończyło, dr P. powiedział: „ Droga Pani, szukałem najmniejszej rzeczy, przez którą mógłbym wysłać Panią do szpitala. Sprawdziłem ruchy oddechowe, poziom wód płodowych, (i kilka innych rzeczy, których nie pamiętam), ale nic niepokojącego nie znalazłem. Wszystko jest z nimi w porządku i nie widzę żadnych wskazań do jakichkolwiek interwencji.”  Doceniłam uczciwość doktora P. w tym, iż nie znalazł na siłę przyczyny, aby „mieszać” w mojej ciąży.

Zaczyna się naprawdę

W sobotę, 22 marca (2014), obudziłam się o 4 rano, żeby pójść do łazienki (jak zawsze). Około pół godziny później znów zaczęłam odczuwać „te” skurcze. Nie byłam zadowolona – dr Wasserman miał wrócić dopiero późnym wieczorem kolejnego dnia. Robiłam wszystko co przyszło mi do głowy, aby poród się zatrzymał, ale skurcze przychodziły co 3-4 minuty. Około 9 napisałam smsa do Deb (położnej) z informacją, że chyba rozpoczął się poród. Odpisała mi, że właśnie jest przy innym porodzie i że da mi znać jak tylko będzie mogła przyjechać. Zapewniła mnie, że wszystko będzie dobrze. Joe był zdenerwowany i chciał jechać do szpitala, z racji tego, że Deb nie mogła przyjechać i skontrolować stanu maluszków tak jak planowaliśmy. Zadzwoniliśmy do szpitala i pojechaliśmy tam, wstępując wcześniej do mojej kręgarki, razem z Dede około godziny 10.30.

Po drodze dowiedzieliśmy się, że doktora L. (który miał zastępować doktora Wassermana) w tym dniu nie ma aż do wieczora, co oznaczało, że będzie się mną opiekował inny lekarz, którego w ogóle nie znałam. Była to dr X. (Celowo nie podaję tu nawet inicjału jej prawdziwego nazwiska, gdyż biorąc pod uwagę nietypową sytuację w jakiej została postawiona, sądzę, że byłoby to nie w porządku, aby ktoś na podstawie tej historii wyrabiał sobie o niej zdanie.) Trudno mi wyrazić jak frustrujące było to dla mnie. Skurcze zniknęły na 20 minut. Tak ciężko pracowałam nad tym, aby zaakceptować fakt, że to dr Wasserman przyjmie poród moich bliźniąt. Potem dowiedziałam się, że jest spora szansa, że doktora Wassermana nie będzie przy moim porodzie. Musiałam więc spróbować pogodzić się z perspektywą, że będzie to dr L. Jeszcze do końca tego nie przetrawiłam, kiedy teraz, w ostatnim momencie, okazało się, że będę rodzić z kimś zupełnie mi obcym. Nie wiedziałam wtedy jeszcze nawet czy dr X. jest kobietą czy mężczyzną! Zaczęłam się modlić, żeby to okazał się kolejny „fałszywy alarm” i bym mogła wrócić do domu i zaczekać dopóki dr L. lub dr Wasserman nie wrócą.

Przyjechaliśmy do szpitala około 11.30. Joe zostawił mnie i Dede przed wejściem, a sam pojechał zaparkować samochód (był weekend i nie było miejsc). Poszłyśmy z Dede do wind i czekałyśmy na Joe. Po 10 minutach zadzwoniłam do niego na komórkę, ale nie było sygnału.  W końcu zapytałyśmy o niego w recepcji i dowiedziałyśmy się, że jest już na sali porodowej. Była tam też Tracy, fotografka porodowa.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-2

Poznaliśmy wspaniałą położną, Nicole, i zanim w ogóle się przebrałam, sprawdzałyśmy przez chwilę tętno maluszków. Bliźniak A był przez całą ciążę w położeniu podłużnym główkowym, bliźniak B był zawsze położony pośladkowo. Kiedy teraz próbowano podpiąć mnie do KTG, tętno bliźniaka A było słyszalne tam gdzie zawsze, ale serduszko bliźniaka B słychać było w zupełnie innym miejscu. Zaczęłam się zastanawiać  w jakim położeniu znajduje się mój drugi bliźniak. Zdecydowano zrobić USG. Okazało się, że jest położeniu poprzecznym, z główką przytuloną do brzuszka braciszka. Zwiększało to szansę, że maluch odwróci się jeszcze do położenia główkowego  i nie będzie konieczne ręczne wydobycie.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-4

Zgodziłam się na badanie wewnętrzne- miałam 5 cm rozwarcia, a główka pierwszego bliźniaka była przyparta. Ucieszyłam się, że połówka rozwierania już za mną. Joe pobiegł do sklepu po coś do jedzenia dla wszystkich. Przez następne ½ godziny skakałam na piłce. Nicole założyła mi wenfon.  Dobrze radziłam sobie ze skurczami, ale ponieważ robiły się coraz mocniejsze, zdecydowałam pójść pod prysznic. Wzięliśmy piłkę i usiadłam na niej w kabinie prysznicowej polewając wodą dolny odcinek pleców. Spędziłam tam chyba z godzinę razem Joe, który karmił mnie zupą serowo-brokułową pomiędzy skurczami, jak przystało na wspaniałego męża i partnera porodowego. Później spędziłam chwilę na łóżku w pozycji kolankowo-łokciowej. Skurcze były już bardzo intensywne. Sądziłam, że przede mną jeszcze długie godziny rodzenia, gdyż mój najkrótszy poród trwał 27 godzin (Teraz akcja porodowa trwała dopiero 11 godzin). Było ciężko, miałam łzy w oczach. Poprosiłam, aby mnie zbadano – chciałam wiedzieć czy jest jakiś postęp. Nie mogłam wyobrazić sobie wytrzymania tego dużo dłużej. (Dla tych, którzy nie wiedzą: to typowe oznaki kryzysu 7 cm).

Przyszła dr X. Nie była zbyt miła. Zbadała mnie i powiedziała, że jest 6 cm rozwarcia, a główka jest ustalona we wchodzie. Gdzieś „z tyłu głowy” wiedziałam z moich poprzednich porodów, że od osiągnięcia 6 cm do chwili, gdy trzymałam dziecko w ramionach mijało nie więcej niż 2 godziny. Z drugiej strony myślałam sobie: „To wszystko dla tego 1 marnego centymetra???” Deb przypomniała mi jednak, że nie tylko rozwarcie się zwiększyło, ale także dziecko obniżyło się w kanale rodnym, przez co poczułam się ciut lepiej.

Po badaniu dr X. stanęła obok łóżka ze skrzyżowanymi ramionami i można z jej postawy wyczytać, że nie jest zadowolona. Biło od niej napięcie, powiedziałabym nawet negatywizm. Nie byłam do końca świadoma konwersacji jak odbywała się pomiędzy nią, a moimi osobami towarzyszącymi, ale przypominam sobie jak powiedziała coś w stylu: „Rozumiem, że pewne rzeczy były ustalone, ale ja w tych ustaleniach nie brałam udziału, a muszę jednak pracować w swojej strefie komfortu.” Bez żartów …. WPADŁAM W SZAŁ.

Myślałam wtedy: “Do DIABŁA, nie. Nie mam mowy, żeby ta pindzia przychodziła tutaj i spie…..ła całe miesiące mojego planowania ponieważ jest wku……na, że została wkręcona w mój poród.” Chyba nic nie powiedziałam, gdyż wciąż byłam skupiona na radzeniu sobie ze skurczami. Zostawiłam to mojemu zespołowi towarzyszącemu – w końcu po to tam byli. Nie wiem jak wyglądała dalsza rozmowa. Pamiętam tylko, że kiedy tylko lekarka wyszła z sali, powiedziałam głośno: “Nie lubię jej.”

Zajęłam się rodzeniem, podczas gdy pomiędzy moimi towarzyszami a położną odbywała się rozmowa (której ja nie byłam świadoma). Efekt tej rozmowy był taki, że Nicole (położna) poprosiła dr X., aby nie robiła niczego bez mojej zgody.

Około 15.30 z powrotem usiadłam na piłce, potem zwisałam na tyle łóżka, a w końcu stanęłam na łóżku. Stanie to była pozycja w której na tamten moment  było mi najwygodniej, jednak byłam zmęczona, a stojąc na łóżku mogłam podtrzymywać się rękoma o poręcze po bokach nie obciążając nóg. Nie wiem jak często taka pozycja zdarzała się  w szpitalu, bo kiedy Nicole mnie zobaczyła, powiedziała: „O! Ok, uda się.”

Około 16 poszłam do łazienki, ale zamiast wrócić ponownie na łóżko, stanęłam z jego tyłu pochylając się. Nasz fotograf przyniosła mi trochę poduszek, abym mogła odpocząć – było mi już naprawdę ciężko znosić skurcze. Zaczęło mnie troszeczkę popierać, ale sama przed sobą zaprzeczałam, że może być już tak blisko końca. Deb zapytała mnie czy czuję parcie. Powiedziałam, że nie jestem pewna.

Na tym etapie była całkowicie odcięta od rzeczywistości, w swoim świecie, więc opowiem jak te wydarzenia wyglądały z mojej perspektywy, dorzucając gdzie niegdzie informację, których dowiedziałam się później.

Zaczęłam czuć parcie i poprosiłam o przeciwucisk. Dede uciskała mi plecy. Poczułam OGROMNĄ potrzebę  parcia. Pomyślałam sobie: “Będą chcieli, żebym się położyła na łóżku, żeby mnie zbadać.”. Zaraz potem pękł pęcherz płodowy pierwszego bliźniaka zalewając całą podłogę. Jego główka była na samym wychodzie. (Deb, która słyszała zmianę w dźwiękach, które wydawałam zdążyła położyć pomiędzy moimi nogami ręczniki. Siedziała teraz na podłodze sięgając pomiędzy nogami Dede, aby pomóc urodzić się główce. W pewnym momencie Dede podniosła nogę, a Deb przybliżyła się, aby w razie czego złapać maluszka.)

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-26

Byłam w czymś w rodzaju półprzysiadu i powiedziałam coś w stylu: „Rodzę!” albo „Dziecko wychodzi!”. Ktoś na to odrzekł: „Deb jest za tobą.” Więc się nie powstrzymywałam. Urodziła się główka, a pare sekund później reszta ciałka. Kurcze, od razu poczułam się lepiej!

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-29 Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-33

Pomiędzy porodem pierwszego i drugiego bliźniaka było tylko 7 minut, więc wszystkie opisane poniżej wydarzenia działy się bardzo szybko.

Obróciłam się i ze zdziwieniem ujrzałam lekarkę (dr H.) trzymającą(z nie mniejszym od mojego zdziwieniem) moje dziecko. „To chłopiec!” zaśmiałam się i wzięłam go w ramiona. Usiadłam na łóżku I zdałam sobie sprawę, że sala jest pełna ludzi w niebieskich fartuchach. Nie miałam pojęcia kiedy przyszli. Wszyscy rozmawiali między sobą w atmosferze podekscytowania ponieważ poród pierwszego bliźniaka w pozycji stojącej, na który asysta ledwie zdążyła przyjść nie był częścią planu. Aparat USG nie był chyba jeszcze nawet włączony. Maluch wylądował na moim brzuchu. Nicole zajęła się pępowinę i poprosiła, abyśmy pomasowali mu plecki, aby pobudzić go do płaczu. Ale my nie skupialiśmy się na tym zbytnio. Jedna z pielęgniarek nałożyła na mój brzuch dużą porcję żelu USG, ale urządzenie jeszcze się nie uruchomiło. Dr X. zapytała mnie czy może mnie zbadać, gdyż  uruchamianie USG trwało zbyt długo. Badanie było okropnie bolesne, bo akurat przyszedł skurcz. Powiedziała, że czuje główkę i bulgoczący pęcherz płodowy. Odetchnęłam z ulgą. Zaraz po zakończeniu badania udało się urochomić USG i położenie główkowe drugiego bliźniaka zostało potwierdzone. Do sali zaglądnął neonatolog (dzwoniono po niego, ale ponieważ Oddział Intensywnej Terapii Noworodka jest na innym piętrze, a dziecko urodziło się tak szybko, nie zdążył na poród), ale ponieważ pierwszy bliźniak był już na zewnątrz, a kondycja drugiego nie budziła wątpliwości, poszedł.

Powiedziałam, że muszę  podnieść się do pionu, więc obniżono wezgłowie, a ja podniosłam się. Wtedy Nicole podniosła wezgłowie z powrotem, tak, że byłam w sumie w pozycji półsiedzącej. Dr X. powiedziała by odciąć pępowinę i Joe to zrobił. Powiedziałam mu by wziął dziecko, gdyż poczułam, że idzie kolejny skurcz . Dr H. chciała położyć jałową niebieską serwetę pod moje pośladki, co nie było zbyt zabawne podczas skurczu, ale się udało. Okazało się, ze serweta się przydała, bo pod koniec skurczu odeszły mi wody, które spłynęły na tę serwetę. Było w nich troszkę smółki. Dr X. zapytała Deb jaki był plan na taka okoliczność. Deb powiedziała, że o ile po urodzeniu maluch będzie w dobrym stanie, plan jest taki, aby wylądował na brzuchu mamy, na co dr X. powiedziała: „Ok.” Podczas oczekiwania na kolejny skurcz dr X. powiedziała coś o zbliżającym się końcu, na co ja odpowiedziałam: „Dzięki Bogu”. Miałam zamknięte oczy i usiłowałam się zrelaksować.

Joe, który trzymał już urodzonego synka, podszedł do mnie powiedzieć mi, że świetnie sobie radzę. Popatrzyłam na niego i powiedziałam: „Weź to dziecko skóra do skóry!” Zrobił to, z pomocą położnej i Deb.

Poczułam kolejny skurcz i przypomniałam sobie jak bardzo nie cierpiałam przeć na plecach podczas mojego ostatniego porodu. To najbardziej niewygodna pozycja do rodzenia.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-40

Czułam skurcz u góry brzucha i miałam wrażenie, że źle prę. Wiele osób mnie dopingowało. Dede mówiła, że robiłam to już 4 razy w przeszłości, a dr X. powtarzała mi, że świetnie mi idzie. Kiedy skurcz osiągnął szczyt i poczułam go niżej, przypomniałam sobie jak się prze. Urodziła się główka, a kilka sekund później nasz drugi bliźniak był już cały na świecie! Dr X. położyła mi go na brzuchu, a ja obwieściłam, że mamy kolejnego chłopca! Kilka osób biło brawo. Odczekano kilka minut, aż pępowina przestała tętnić. Jako, że Joe był zajęty pierwszym maluchem, pozwoliłam, aby pępowinę odcięła Dede.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-44

Po około 5 minutach z tatusiem, personel zabrał pierwszego bliźniaka do cieplarki, aby go zbadać.

(W tym czasie  ja i Joe odbyliśmy krótką rozmowę na temat imion. Pierwszy bliźniak otrzymał imię Ethan, a drugi Lucas.)

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-59

W porównaniu z  bratem, całe ciało Ethana było sinawe. Popatrzyłam na Nicole i powiedziałam: „On wygląda naprawdę sino”. Odpowiedziała: „Tak, wezmę go do cieplarki podam mu troszkę tlenu. Jednak Ethan nie zaróżowił się, a kiedy sprawdzono wysycenie jego krwi tlenem, wynosiło tylko 70%. Wezwano więc neonatologa, aby go zbadał.  Nie wiem dokładnie ile czasu upłynęło, a wydaje mi się, że po 10 minutach zdecydowano, że Ethan zostanie zabrany na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka. Nikt nie wydawał się tym zbytnio przejęty w tamtym momencie. Joe poszedł razem z małym.

(W tym momecie, historia Ethana staje się odrębną historią, którą być może kiedyś  jeszcze opiszę.)

[…]

6 miesięcy później, ciągle nie do końca dociera do mnie, że się udało. Nie tylko urodziłam w szpitalu, ale urodziłam BLIŹNIĘTA i to był poród na moich warunkach.

Przez ostatnie 10 lat byłam bardzo źle nastawiona do świata medycznego – nie bez powodu. Doświadczyłam manipulacji i nadużyć ze strony „systemu” i nie chciałam mieć z nim więcej do czynienia. Nigdy bym nie przypuszczała, że grupa zupełnie obcych mi ludzi zrobi aż tyle, aby uczynić mój poród nie tylko znośnym, ale naprawdę DOBRYM. I mogę zupełnie szczerze powidzieć: to był DOBRY poród. Nie, to nie był poród domowy, ale to był prawdopodobnie najlepszy poród szpitalny jaki mogłam mieć. Teraz patrzę z zupełnie innej perspektywy na to, co ludzie są w stanie zrobić, jeśli się ich o to poprosi.

To wszystko nie udałoby się gdyby nie ogromna praca Patty i zespołu pielęgniarskiego, a także chęci różnych specjalistów do nagięcie się i spróbowania czegoś nowego. To prawda, dr Wasserman nie był przy porodzie, co spowodowało trochę stresu, ale bez jego początkowej zgody, taki poród nie byłby możliwy. Wiem, że nie widział tego wszystkiego w ten sposób, kiedy pierwszy raz poinformował nas, że zostaniemy rodzicami bliźniaków, ale była bardzo wspierający i wykonał ogromną pracę, żeby nasz plan mógł zaistnieć. Tak, dr X. miała niezbyt dobrą postawę  i przyprawiła mnie o dodatkowy stres podczas porodu, ale pytała mnie o zgodę zanim cokolwiek zrobiła i robiła to o co była proszona, czyli zostawiła mnie w spokoju przez większość czasu I nie upuściła dzieci;)

Mimo tego, że poród nie przebiegł dokładnie tak go planowaliśmy (nie przewidziałam, że urodzę na stojąco), mam nadzieję, że personel szpitala odebrał to doświadczenie w pozytywny sposób i trochę się dzięki niemu rozwinął. Mam nadzieję, że ludzie ci zobaczyli i pamiętają, że nie muszą robić wszystkiego w ten sam sposób, za każdym razem.  Mam nadzieję, że przyjdzie czas gdy porody bliźniąt poza salą operacyjną będą bardziej akceptowane I kobiety będą doświadczać takich porodów jakiego ja doświadczyłam. A przede wszystkim, mam nadzieję, że kobiety czytające tę historię zdadzą sobie sprawę, żę MAJĄ WYBÓR i nie muszą zgadzać się na to jest rutynowo robione, jeśli im to nie odpowiada.

Bliźniaczy VBAC cz. 1 (USA)

To, że bliźniaki nie muszą automatycznie oznaczać porodu przez cięcie cesarskie, nawet po uprzednio przebytym cięciu, już wiemy. Ta historia pokazuje jednak coś więcej. Kathy i jej rodzina udowodnili, że nawet w sytuacjach  pozornie bez wyjścia wyjście można znaleźć. Że warto drążyć, szukać, rozmawiać, prosić, tłumaczyć, nie zgadzać się, stawać „na rzęsach” i innych na tych rzęsach stawiać. Że czasem to jest właśnie droga wiodąca do satysfakcjonującego porodu. I być może droga do zmian na lepsze na salach porodowych! Dziś pierwsza część tej nie codziennej historii. A już niedługo druga, opatrzona zdjęciami:)

Niespodzianka!

Ja i mój mąż Joe byliśmy w szoku, kiedy podczas USG w 9 tygodniu ciąży lekarz (dr Wasserman) powiedział: „Gratulacje! Będziecie Państwo mieli bliźnięta.” A ponieważ wiedział, że nasza położna nie przyjmuje porodów bliźniaczych w domu, dodał jeszcze: „To będzie musiał być poród szpitalny.”

Każdy kto zna szczegóły mojej historii położniczej zrozumie dlaczego to był dla mnie cios. Dla tych, którzy nie wiedzą nic na temat mojej przeszłości: cierpiałam na ciężki zespół stresu pourazowego i depresję poporodową po cięciu cesarskim 10 lat wcześniej. Szpitale powodują u mnie traumę i w ogóle nie mam zaufania do lekarzy, pielęgniarek i położnych. Troje moich ostatnich dzieci szczęśliwie urodziłam w domu.

Po kilku dniach, kiedy już udało nam się trochę oswoić z myślą, że noszę bliźnięta, zaczęłam szukać informacji. Byłam w ciąży bliźniaczej dwuowodniowej, dwukosmówkowej, co oznaczało, że każde z bliźniąt miało własne łożysko i własny worek owodniowy. To najbezpieczniejsza wersja ciąży bliźniaczej i takie bliźniaki mogą być bezpiecznie urodzone w domu. Znaleźliśmy położną, która zgodziła się asystować przy moim porodzie i która wydawała się nam odpowiadać. Jednakże, ani ja ani Joe nie byliśmy 100% przekonani do rodzenia bliźniąt w domu. Pomimo trzech wcześniejszych przebiegających bez komplikacji porodów domowych, obecna sytuacja była dla nas czymś całkiem nowym, a biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy około 40 minut drogi (przy najlepszych wiatrach) do szpitala, gdzie pracuje lekarz, którego wybraliśmy, podchodziliśmy niepewnie do wersji pozostania w domu.

Kompromisem wydawał się poród w domu narodzin, który został właśnie otworzony w połowie drogi między naszym domem a szpitalem, gdzie pracował nasz położnik. Dom narodzin był piękny, a ja byłam podekscytowana faktem, że udało się znaleźć sposób, aby urodzić te dzieci poza szpitalem. Na kolejnej wizycie prenatalnej dałam mojemu lekarzowi list, w którym opisałam mu moją historię i wyjaśniłam dlaczego opcja porodu szpitalnego  nie była odpowiednia dla mnie. Poinformowaliśmy też lekarza o naszych planach porodu w domu narodzin oraz powiedzieliśmy, że zamierzamy kontynuować wizyty u niego w razie gdyby pojawiły się jakieś komplikacje i musiałabym iść do szpitala. Doktor nie był zachwycony naszym pomysłem, ale tak naprawdę niewiele mógł na to poradzić.

Co teraz?

Moja ciąża przebiegała bez komplikacji, poza tym, że miałam ciągle nic nie znaczące aczkolwiek irytujące skurcze. Kiedy byłam w 23 tygodniu otrzymałam list od naszej położnej z informacją, że nie będzie ona jednak dla nas dyspozycyjna w marcu i musimy poszukać kogoś innego na jej miejsce. Do tej pory nie wiemy dlaczego się wycofała, ale to był cios, ponieważ wiedziała ona, że była dla nas jedyną „wykonalną” opcją porodu poza szpitalem. Alternatywą było bowiem albo pozostanie w domu z położnymi, co do doświadczenia których mieliśmy wątpliwości albo podróżowanie do innego domu narodzin oddalonego 2 godziny drogi. Po kilku dniach przygnębienia i złości podjęliśmy trudną decyzję, że urodzę w szpitalu.

Teraz musiałam się skupić na poradzeniu sobie z byciem zmuszoną do rodzenia w miejscu którego nie cierpiałam i na tym jak mogę to doświadczenie uczynić pozytywnym. Miałam koszmary senne i flashbacki, zaczęłam więc chodzić do terapeuty, do którego chodziłam kilka lat wcześniej po poronieniu.  Rozpoczęliśmy terapię zwaną EMDR (Eye Movement Desensitization and Reprocessing), aby zmniejszyć moje reakcje na stres. Ciężko pracowałam, aby być w stanie zaakceptować perspektywę bycia w szpitalu. Musiałam też ciężko pracować nad  kwestią mojego zaufania do personelu służby zdrowia.

Polityka każdego szpitala w naszej okolicy (oprócz jednego, do którego wrócę później) jest taka, że mamom rodzącym bliźniaki pozwala się I okres porodu spędzić w normalnej sali, ale kiedy osiągnął pełne rozwarcie, są przenoszone do sali operacyjnej. Są podłączane do przeróżnych urządzeń tak jak do operacji  i rodzą leżąc płasko na plecach z nogami na strzemionach na małym stole operacyjnym. Kiedy urodzin się pierwszy bliźniak, jego pępowina natychmiast jest zaciskana i odcinana, a maluch oddawany jest do badań zespołowi neonatologicznemu. Następnie lekarz-położnik wkłada swoją dłoń (i potencjalnie przedramię) do ciała matki i odszukuje drugiego bliźniaka. Jeśli jest o w położeniu główkowym, matka wypiera dziecko. Jeśli zaś w miednicowym, położnik dokonuje ręcznego wydobycia, i wyciąga dziecko za stópki. To dziecko zostaje położone na brzuchu mamy do czasu aż pępowina przestanie tętnić. W sumie, w sali wokół stołu operacyjnego byłoby od 7 do 11 osób, więc w moim odczuciu byłabym na wystawie niczym zwierzę w zoo.

Mając w przeszłości wspaniałe położne, które przyjmowały porody bliźniacze w domu, WIEDZIAŁAM, że żadna z powyższych procedur nie była konieczna w przypadku dwukosmówkowych, dwuowodniowych bliźniąt, a niektóre mogły być po prostu szkodliwe. Nie mogłam wyobrazić sobie wypierania dziecka leżąc płasko (lub prawie płasko) na plecach. Nie chciałam, aby pierwszy z bliźniaków stracił możliwość skorzystania z dobrodziejstw późnego odpępniania. Nie widziałam też powodu, dlaczego pierwsze z bliźniąt, jeśli będzie w dobrym stanie,  nie mogłoby być położone na mnie podczas oczekiwania na drugie maleństwo. Biorąc pod uwagę moją traumatyczną historię, wizja lekarza wkładającego rękę po łokieć do mojego ciała była wprost przerażająca. Poza tym, jako że rodzę bez znieczulenia, mogłam sobie tylko wyobrazić jak byłoby to bolesne. Potrzebowałam prywatności i kontroli nad moim otoczeniem, więc widownia jaka szykowała się w szpitalnym scenariuszu była raczej nie do zaakceptowania. Krótko mówiąc, żadna z tych rzeczy nie mogła zaistnieć w moim przypadku. Jednakże wymyślenie jak tego wszystkiego uniknąć było wyzwaniem.

Planowanie

Musiałam dowiedzieć się jak zareaguję na pobyt w przestrzeniach szpitala, więc mój lekarz skontaktował mnie z Przełożoną Sali Porodowej, żebyśmy mogli przyjść zwiedzić porodówkę. Powiedzieć, że byłam spięta tym wydarzeniem to mało. Moja przyjaciółka Dede pokonała 8 godzinną trasę w obie strony, aby być ze mną podczas tego „zwiedzania”. Kiedy przyjechaliśmy do szpitala, kobieta, która miała nas oprowadzić (Patty) była zajęta. Zastąpiła ją Joan, stojąca na czele całego pionu „Women’s services” świadczącego usługi medyczne kobietom [„Women’s services” obejmuje takie oddziały jak patologia ciąży, sala porodowa, oddział położniczo-noworodkowy, czasem także oddział ginekologii].

Byłoby niedopowiedzeniem rzec, że „zwiedzanie” nie poszło dobrze. W zwykłej sali porodowej całkiem się rozkleiłam i zajęło mi dobrą chwilę ( i kilka rozmów z Dede) zanim się uspokoiłam na tyle, aby kontynuować „zwiedzanie”. Weszliśmy do sali operacyjnej  i samo spojrzenie przez otwarte drzwi spowodowało u mnie atak paniki. Po kilku minutach, zdołałam zrobić kilka kroków do środka, wytrzymać 10 sekund, po czym wyszłam na korytarz, znalazłam jakiś kąt, wycofałam się tam i kompletnie załamałam.

Trzeba przyznać, że Joan zachowała się wspaniale. Szczerze wątpię czy kiedykolwiek miała takich zwiedzających. Ciągle pytała czy coś można zrobić, aby polepszyć moje samopoczucie. Dede rozmawiała z nią za mnie, bo ja nie byłam w stanie. Opuszczałam szpital z zapewnieniem , że mogę przyjść „oswajać się” z tym miejscem tak wiele razy jak będę potrzebowała, a szpital zrobi wszystko co w ich mocy, aby pomóc mi przez to przejść. Mogę powiedzieć z całą pewnością, że nie mieli pojęcia dokąd ich to w rezultacie zaprowadzi.

Wiedziałam, że szpital usiłował pomóc, ale propozycje, które dostaliśmy od Joan na temat tego co mogą mi zapewnić nie były wystarczające. Potrzebowałam trzymać się z daleka od sali operacyjnej. Dlatego też zaczęliśmy szukać innego szpitala. Jest jeden szpital, trochę bardziej prowincjonalny, mniej więcej w podobnej odległości od naszego domu, który ma położnika przyjmującego porody bliźniacze poza salą operacyjną. Spotkaliśmy się z doktorem B. i rozmawialiśmy na temat objęcia przez niego opieką mojej ciąży. Miałam poczucie, że to może być rozwiązanie w przypadku gdyby Szpital Columbia St. Mary’s [ten który uprzednio „zwiedzaliśmy”] nie zgodził się, abym rodziła poza salą operacyjną. Dowiedzieliśmy się jednak podczas tego spotkania, że ten szpital ma oddział neonatologiczny I-go stopnia referencyjności, co oznaczało, że jeśli zaczęłabym rodzić przed 36 tygodniem, nie będą mogli mnie przyjąć i odeślą mnie do najbliższego szpitala, gdzie będę musiała rodzić z lekarzem, którego nigdy wcześniej nie widziałam i który prawdopodobnie nie postępowałby zgodnie z moimi potrzebami. Zresztą nawet gdybym dotrwała do terminu porodu, jeśli którekolwiek z dzieci miałoby problemy, prawdopodobnie zostałyby przetransportowane do Szpitala Dziecięcego. W dodatku, dr B. miał być na wyjeździe przez cały 37 tydzień mojej ciąży. Co prawda kilku jego kolegów potrafi przyjmować porody pośladkowe, ale pozostali trzej nie potrafią, więc jeśli drugi bliźniak nie obróciłby się główką w dół, zrobiliby mi cesarkę.

Co śmieszniejsze, mój położnik (dr Wasserman), jedyny lekarz, któremu przez ostanie 10 lat byłam w stanie zaufać, wyjeżdżał w podróż służbową od 32 do 35 tygodnia mojej ciąży. Jako, że w świecie położniczym „bliźnięta zawsze rodzą się wcześniej”, martwiłam się, że nie będzie go przy porodzie. Moje położne były jednak przekonane, że nie urodzę na tyle wcześniej, bo przeszłam na tzw. Bliźniaczą Dietę Położnej.

Podczas wizyt u doktora Wassermana, próbowaliśmy wyczuć jaki jest jego stosunek do tego ,abym rodziła poza salą operacyjną, ale właściwie zbywał nas wymówkami. On mówił, że to decyzja szpitala, szpital (rzecznik prasowy) mówił, że to zależy od lekarza. Pod uwagę należało brać również to, że także zespoły anestezjologiczny, neonatologiczny i pielęgniarski będą chciały wyrazić swoją opinię i że będę musiała uzyskać ich „aprobatę”, nawet jeśli Departament Zarządzania Ryzykiem wyraziłby zgodę.

Było 2 tygodnie przed planowaną podróżą doktora Wassermana i nie było takiej możliwości, abym zdołała odbyć rozmowy z wszystkimi tymi ludźmi zanim on wyjedzie. Zaproponowaliśmy więc spotkanie wszystkich przy „okrągłym stole” i ku naszemu zdziwieniu doktor się zgodził. Skontaktowaliśmy się z Joan, która zgodziła się pomóc nam w organizacji tego spotkania.

Spotkanie zostało umówione na kilka dni przed wyjazdem doktora Wassermana. Było dość tłumnie: ja ,Joe, Dede, Deb (nasza położna, która tu występowała w roli douli), nasz lekarz, kierownik zespołu neonatologicznego, dyżurny anestezjolog, przełożona Sali Porodowej (Patty) i Joan. Prawie natychmiast zrobiło się jasne, że wszyscy czekali na dycyzję doktora Wassermana.  Byliśmy pewni, że jeśli on zgodzi się na poród poza salą operacyjną, wszyscy inni pójdą w jego ślady, pod warunkiem, że my damy im pewność, iż rozumiemy związane z tym ryzyko i je akceptujemy. Po początkowych tarciach, dalsza część spotkania przebiegła doskonale. Dr Wasserman przyznał, że szanse na to, ze mój poród przebiegnie bez komplikacji wynoszą 95-97 %, a ja jasno potwierdziłam, że akceptuje istniejący procent ryzyka.

Zgodzono się, abym rodziła poza salą operacyjną, jeśli będzie wszystko ok z dziećmi i mój stan będzie stabilny. Chciano zastosować ciągły monitoring KTG ponieważ byłam po cesarce, ale uszanowano moje prawo do odmowy, jeśli chciałabym np. przez jakiś czas pospacerować lub iść pod prysznic.  Ustaliliśmy, że jeśli pierwszy bliźniak urodzi się w dobrej kondycji, nie będzie natychmiast odpępniony, zostanie położony na moim brzuchu, a do określenia położenia drugiego bliźniaka zostanie użyte USG. Zgodziłam się na założenie wkłucia dożylnego, na wypadek gdyby było potrzebne, ale ustaliliśmy, że nic nie będzie mi podawane bez mojej wyraźnej zgody. Zgodziłam się także na ręczne wydobycie drugiego bliźniaka, gdyby był w położeniu miednicowym i byłoby to konieczne. Nie było też limitu czasu w którym musi urodzić się drugi bliźniak.

Żeby uświadomić Wam jak ogromną rewolucją było to, co usiłowaliśmy zrobić, powiem tylko, że miałam być pierwszą matką od przynajmniej 34 lat, która miała urodzić bliźnięta poza salą operacyjną w tym szpitalu. Wymagało to od wszystkich członków personelu ogromnego „nagięcia się” , ale wychodziłam ze spotkania z dozą optymizmu, że to ma szanse się powieść.

Dr Wasserman wyjechał, a ja widywałam w zastępstwie doktora L. Zapewnił mnie on, że nie miał zastrzeżeń do naszych planów pod warunkiem, że dzieci nie będą wcześniakami.

 W oczekiwaniu

Ciąża przebiegała książkowo. Byłam w kontakcie z Patty, gdyż ustalałyśmy szczegóły dot. porodu, i dowiedziałam się, że szpital wypróbowuje różne sale porodowe, aby wybrać  tę, która będzie najodpowiedniejsza biorąc pod uwagę cały sprzęt i personel mający uczestniczyć w moim porodzie. Około 34 tygodnia, ponowne pojechałam „zwiedzać porodówkę”, z moją terapeutką. Było dużo lepiej niż za pierwszym razem. Pojawiło się kilka rzeczy, które dodaliśmy do mojego planu, m.in. aby starano się, by jak najmniej personelu było w zasięgu mojego wzroku (by dać mi choćby iluzoryczne poczucie intymności).  Około 36 tygodnia ciąży dowiedziałam się, że sala dla mnie jest już przygotowana i zarezerwowana.

Dr Wasserman wrócił z podróży. Zadzwonił zaraz po wylądowaniu w kraju z pytaniem czy już urodziłam. W 37 tygodniu i 5 dniu ciąży miałam kolejną wizytę u doktora. I pojawiły się kolejne schody. Doktor Wasserman powiedział, że jeśli nie urodzę do 38 tygodnia i 3 dnia ciąży, to ponownie nie będzie dyspozycyjny aż do godziny 22 dnia, kiedy skończę 39 tydzień. Okazało się, że doktor nie przypuszczał, że donoszę ciąże aż do tego tygodnia – zgodnie z powszechnym w środowisku położniczym przekonaniem, założył, że „bliźnięta zawsze rodzą się wcześniej” i zaplanował sobie wakacje. Nigdy wcześniej nie było mowy o tym, że doktor zamierzał wyjechać na 4 dni pod koniec mojej ciąży.

Nie potrafię nawet opisać jak bardzo sfrustrowana byłam z jego powodu. Przez całą ciążę powtarzałam mu, że bardzo staram się, aby donosić te dzieci do terminu. Nigdy nie zapytał co w tym celu robiłam, jakie miało to mieć działanie czy jakie były podstawy, aby uważać, że to zadziała.  Po prostu założył, że to wszystko nie ma wpływu na czas trwania ciąży. Byłam trochę zszokowana perspektywą, że nie będzie go przy porodzie (znowu), ale nie zamierzałam zgadzać się na indukcję i ryzykować kaskadą komplikacji i interwencji, jakie mogła ona za sobą pociągnąć.

Bliźniaki … naturalnie po cesarce! (USA)

Amerykańskie Kolegium Położników i Ginekologów w wytycznych z 2010 roku dotyczących porodów po cięciu cesarskim rekomenduje, aby kobiety po 1 cięciu cesarskim wykonanym poprzecznie w dole brzucha, u których nie istnieją inne przeciwwskazania do naturalnego porodu bliźniąt, miały możliwość podejmowania próby porodu pochwowego. Cieszy fakt, że są już miejsca na świecie, gdzie te zalecenia są wprowadzane w życie.

Poniżej przedstawiam Wam historię Joanny, która szczęśliwie urodziła swoje córeczki – bliźniaczki jednokosmówkowe dwuowodniowe – drogami natury po wcześniej przebytym cięciu cesarskim. Poród rozpoczął się spontanicznie w 37 tygodniu ciąży i miał miejsce w szpitalu Legacy Emanuel w Portland, w stanie Oregon. 

To był mój  trzeci poród. Pierwszy raz rodziłam naturalnie, bez ingerencji. W 40 tygodniu odeszły mi wody, skurcze zaczęły się 14 godzin później, a urodziłam po 6 godzinach akcji skurczowej. Parłam trzy razy, nie było żadnych komplikacji. Mój drugi poród to była nieplanowana cesarka w 39 tygodniu, przed wystąpieniem akcji skurczowej z powodu wątpliwości co do wzrastania dziecka i jego serduszka.

Przez całą trzecią ciążę – z bliźniaczkami – rozmawiałam z lekarzami i mówiłam im jak bardzo chciałabym urodzić naturalnie. Bardzo wyraźnie artykułowałam jak było to dla mnie ważne.  Rozmawialiśmy o wszystkich zagrożeniach i możliwych scenariuszach.  Druga bliźniaczka była w położeniu miednicowym, co napawało moją ginekolog niepokojem, ale ponieważ obydwa maluchy odpowiednio rosły, pod koniec ciąży lekarze zgodzili się spróbować ręcznego wydobycia drugiego „miednicowego” bliźniaka, po urodzeniu pierwszego.

Moja ginekolog obiecała mieć pieczę nade mną podczas porodu, nawet jeśli nie będzie jej na dyżurze. Postarałam się również, aby specjalista medycyny matczyno-płodowej obiecał mi swoją obecność przy porodzie, gdyż wiedziałam, że ręczne wydobycie płodu w położeniu miednicowym było dla niego mniej problematyczne niż dla mojej ginekolog. Kiedy jednak nadszedł czas przyjazdu do szpitala nie było żadnego z tych lekarzy.

Zdarza się dość często, że kiedy kobieta myśli, iż poród potoczy się w pewien sposób, przebiega on  zgoła odmiennie. Ważne jest, aby być na to przygotowanym i nadal jasno i otwarcie komunikować się  oraz być pewnym siebie, bez względu na to, co się dzieje.

Kiedy zgłosiliśmy się do szpitala, zajęła się nami bardzo troskliwa położna, która poświęcała nam dużo uwagi. Myślę, że to miało ogromne znaczenie. Powiedziałam jej, że chciałabym urodzić naturalnie, bez ingerencji. Wspierała mnie w tym. Potem przyszedł lekarz, więc znów zaczęłam mówić jak ważny jest dla mnie poród naturalny. I znów spotkałam się ze wsparciem. W końcu, kiedy przyszła lekarka dyżurna, powiedziałam jej jak bardzo fakt, iż jej nie znam wytrącił mnie z równowagi. Omówiłyśmy mój plan porodu. Pani doktor była BARDZO otwarta. Dała mi jasno do zrozumienia, że chce mnie wspierać. Równie jasno powiedziała mi, że chciałaby uniknąć rodzenia jednego bliźniaka  drogami natury, a drugiego przez cięcie cesarskie, jak również, że nie chce wykonywać ręcznego wydobycia położonego miednicowo drugiego płodu ponieważ był on o około pół kilo większy od pierwszego bliźniaka. Pani doktor powiedziała, że będzie chciała obrócić drugie bliźnię po porodzie pierwszego. Z tego powodu musiałam zdecydować się na znieczulenie zewnątrzoponowe.

Lekarka przebiła mi pęcherz płodowy i otrzymałam małą dawkę znieczulenia. Przez kolejne 3 godziny poród postępował dobrze. Przewieziono mnie na salę operacyjną (gdyż jest taki wymóg, aby porody podwyższonego ryzyka, jakim był poród drugiego bliźniaka, odbywały się na sali operacyjnej). Pierwsze dziecko urodziło się bardzo szybko – po 1 parciu. Myślę, że to dlatego, że to była już 3 ciąża. Potem przez około 20 minut lekarze usiłowali obrócić drugiego bliźniaka do położenia główkowego, ale córeczka nie obracała się. Wreszcie mała wstawiła się stópkami w kanał rodny. Zrezygnowana lekarka powiedziała, że teraz nie ma już szans na obrót i zapytała jak jestem nastawiona do porodu w położeniu miednicowym . Bez wahania zgodziłam się.

Poród przebiegł szybko i bez komplikacji. Sporo w tym zasługi pani ginekolog, która nie zawahała się i zaufała mi. Ale i tak najważniejsze jest zaufanie kobiety do samej siebie i jej wiara we własne siły!

joanna

Dluuugie narodziny Mateuszka – dla pokrzepienia serc czekających:) (UK)

Niekorzystne ułożenie maleństwa nie zawsze musi oznaczać cesarkę. Czasem wystarczy umiejętna pomoc lekarza i mama może urodzić tak, jak tego pragnęła. Oto historia Edyty, która swojego synka urodziła na wyspach brytyjskich:

Na poczatku moze wyjasnie ze sam poród nie był dlugi…. lecz kochane skurcze przepowiadajace meczyly mnie prawie tydzien….
Nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy bo przy Kacprze nie mialam zadnych naturalnych skurczy a urodzil sie po 3 dniowym wywoływaniu i koncowo cc w 42 tyg ciazy….
Jestem osoba bardzo wierzaca i bardzo sie modlilam o szanse naturalnego porodu. Ugadałam sie z duszyczkami czysccowymi ze ofiaruje bol porodowy za nie jezeli sie samo zacznie. No ale sie nie zaczynało. Termin na 6 wrzesnia. Glupia lekarka dyszaca mi na karku ze jak sie nie zacznie do 6 to musimy podjac decyzje o cc. Zdolalam ja przekonac ze nie urodze do 6 bo wiem kiedy zaszlam w ciaze i ze data z usg jest naciagana. Zgodzila sie od razu poczekac do 12 wrzesnia i uzgodnilysmy ze jak sie nie ruszy to sprobujemy masazu szyjki zanim potniemy. Spadłmi kamien z serca i sie jakos przestałam przejmowac… bo przeciez jeszcze 2 tygodnie do 12 wrzesnia….

30 sierpnia zrobilam sobie kapiel bąbelkową z wyciagami i olejkami z lawendy, szalwii kwiatu pomaranczy i takich tam jeszcze….
31 piatek zaczal mi odchodzic czop. Woow! Nigdy tak nie mialam! Potem skurcze co 10 min w sobote w nocy, niedziele, itd itd, przychodzily, odchodzily bolały, czasem nie. W srode o 5 rano zadzwonilam do szpitala ze chce zabukowac cesarke bo nie spalam od soboty i mam okropne skurcze i juz nie dam rady… Kochana pani polozna powiedziala bym wziela paracetamol i ciepla kapiel, ze robie dobrze czekajac na porod naturalny i ze jezeli chce cc to musze zadzwonic o 11 jak beda wszyscy lekarze… I tak o 6 rano wszystko przeszlo… Czulam sie rewelacyjnie, bawilam sie z Kacprem i chodzilismy do parku. Skurcze wracaly tylko w nocy ale dalo sie przezyc.

W piatek rano od 8.30 znowu skurcze. No to na pilke, potem prysznic i paracetamol. Ale jakies takie inne byly i dawaly w kosc i czulam ze sa czesciej niz 5 minut. Zaczelam liczyc i przez godzine byly juz co 2-3 minuty. Dzwonie ze jade. Polozna mowi ze slyszy po moim glosie ze rodze  Jeszcze kilka telefonow i pojechalismy. Dojechalismy na 12. O 12.30 poprosilam polozna by mi sprawdzila rozwarcie bo chce wiedziec czy tym razem rodze na prawde. Szyjka cienka jak papier i 5 cm rozwarcia!!!  (  wiesiolek wiesiolek wiesiolek )
Pozniej juz lecialo. Maz masowal plecy tak jak zalecała nasza forumowa Marta Milon na Dzieci sa wazne. Cudo. Polozna w szoku ze ja wszystko bez znieczulenia. Pomagala wizualizacja. Wodospad i woda w jaskini nie bardzo ale otwierajacy sie kwiat lotosu i calineczka tak tak tak…
Ok 15 zaczelam sie drzec na Lukasza ze zle mi zawiazal wlosy i zeby przestal mi naciagac koszule na pupe przy masowaniu…. Ja wolałam tak z gołą gonic  Polozna sie zaczela smiac ze chyba sie zblizamy do 10 cm patrzac na moje nerwy….  Poprosilam by mnie drugi raz sprawdzila i jest! 10 cm! Musiala sciagnac jakac ”warge szyjki??” ale umiejetnie to zrobila.

Partych nie czulam w ogole. Mowie do niej ze ja nigdy partych nie mialam. Utwierdzala mnie ze przyjda i ze bede wiedziala ze to to. Byla to jakas ulga ze juz nie boli i szczerze jak juz mialam parte to nie bolaly. Byly taka wlasnie ulga.

Parłam dlugo, w koncu przyszla lekarka i mowi ze ”Time is ticking” i ze sie martwi juz o moja blizne. Wymacala ja, jest ok ale i tak nie podobalo mi sie patrzenie na zegarek, szczegolnie ze dziecko mialo sie caly czas dobrze.

Przyszla potem znowu i chciala wymacac ulozenie Mateuszka. Bolało jak cholera! Stwierdzila ze jest niefajnie ulozony. Plecy do pleców i idzie pierwsze twarza i zablokowal sie czołem o moja kość łonową. Ze przygotuja sale operacyjna i obróca go kleszczami a jak to nie wyjdzie to cc…… Kurka tak blisko.

Wrocila za chwile i mowi ze jest jakas nagla sytuacja na operacyjnej, ze wezma mnie za pol godziny i ze mam juz nie przec  No sorry ale to na prawde boli. Polozna powiedziala ze moge troszku przec i ze to pomoze doktorom.. Parlam sobie wiec malutko… Znow wrocila ze sala dalej zajeta. Zebym czekala. W koncu wpadla fajna pani doktor portorykanka i mowi ”Let’s have this baby delivered!” Robimy to tu na lokalnym znieczuleniu w krocze i gazie. Wszystko szlo szybko. Bol niesamowity i ogromnie musialam przec ale 1.Odwrocili go, 2. Glowka. 3. Cialko.
I dzidzius na moim brzuchu caly mokry i cudowny. Spelnienie moich marzen!!!
Byl to piatek 7/9/12 godzina 19.00. Lezalam tak w szoku mowiac do niego dzidzius bo tak polozyli ze nie widzialam co mamy! Polozna go odwrocila i jest. Synek! Chwila niezapomniana i warta wszystkiego!

Walcz o swoje prawo do naturalnego porodu – poród siłami natury po 2 cięciach cesarskich

Zachęcam Was dziś do obejrzenie filmu pokazującego naturalne narodziny po 2 przebytych wcześniej cięciach cesarskich. Choć poród miał miejsce w Stanach Zjednoczonych – w odmiennej więc od naszej polskiej rzeczywistości – to historia i przesłanie tej dzielnej mamy idealnie wpasowują się w to, czego i u nas potrzeba i o co warto walczyć.

Warto nadmienić, że poniższy poród był pierwszym od ponad 20 lat porodem po 2 cięciach cesarskich w całej praktyce 6 lekarzy związanych z tym wydarzeniem. (Może i u nas warto się starać, aby takie przełomy następowały…)

Szpitalny poród drogami natury po cc … POŚLADKOWY! (Australia)

Historia australijskiej mamy, która była wystarczająco zdeterminowana, żeby urodzić naturalnie po cesarce dziecko ułożone pośladkowo. Piękny przykład uszanowania mechanizmu porodu pośladkowego przez personel – podejście „ręce z dala od dziecka rodzącego się pośladkowo”.

Historia w oryginalnej wersji językowej oraz zdjęcia dostępne na: http://birthwithoutfearblog.com/2013/02/26/amazing-breech-vbac-fast-hospital-birth-with-pictures/.

„Moje pierwsze dwa porody były wywoływane i szybkie. Moje 3 dziecko urodziło się przez cięcie cesarskie (w styczniu 2012) z powodu ułożenia pośladkowego. Nigdy nie chciałam mieć cesarki, ale lekarze nalegali. Sama byłam gotowa na naturalny poród pośladkowy, ale lekarze nie zgadzali się, twierdzili, że nie praktykują już porodów pośladkowych drogami natury. W rezultacie, zgodziłam się na planowe cięcie. Córeczka urodziła się w 39 i 4 dniu ciąży, zdrowa i szczęśliwa – idealna. Na szczęście wszystko poszło dobrze.  Jednak wciąż żałuję, że bardziej nie starałam się o poród naturalny, bo wiem, że mogłam urodzić. Zdecydowałam, że na pewno będę rodzić naturalnie po cięciu w 4 ciąży.

10 miesięcy po urodzeniu Mili, dowiedziałam się, że znów jestem w ciąży. Termin porodu miałam na koniec lipca 2012.

Moja 4 ciąża przebiegała bezproblemowo. Nie miałam porannych mdłości ani żadnych innych przypadłości. Chcieliśmy poznać płeć dziecka – w 20 tygodniu okazało się, że to dziewczynka.  Przeprowadziliśmy się z Canberry do Nowej Południowej Walii (tak więc z miasta na wieś) niedługo przed tym, jak dowiedzieliśmy się o ciąży. Tym razem miałam więc rodzić w innym szpitalu.

W 24 tygodniu i 5 dniu ciąży zgłosiłam się do szpitala z bólami brzucha. Zdecydowano, że trzeba usnąć mi wyrostek, który pękł. To było kilka pełnych obaw dni, gdyż istniało zagrożenie przedwczesnego porodu. Przed operacją, nalegałam, aby dali mi leki steroidowe na rozwój płuc dziecka, żeby zrobić wszystko co, możliwe by ją uratować, gdyby poród nastąpił. Na szczęście operacja przebiegła bez komplikacji i szybko doszłam do siebie. Malutka pozostała w brzuszku i nie dało się zauważyć żadnych negatywnych skutków mojego zabiegu na nią. Reszta ciąży przebiegała bez problemów, a ja patrzyłam na swój rosnący brzuszek i byłam coraz bardziej podekscytowana perspektywą narodzin mojego dziecka.

W 37 tygodniu poszłam na USG mające sprawdzić ułożeniu dziecka, mimo, że kilka dni wcześniej na wizycie u lekarza była ułożona główką w dół. Co zaskakujące, przekręciła się do ułożenia pośladkowego. Nie mogłam w to uwierzyć! Myślałam jednak, że skoro kilka dni wcześniej była w ułożeniu główkowym, jeszcze się odwróci. Próbowałam zrobić kilka ćwiczeń mających dziecku pomóc się obrócić – bez specjalnego zapału, gdyż ćwiczenia te nie dały żadnego rezultatu w ciąży z Milą.

Kiedy zaszłam w ciążę, zaczęłam czytać dużo informacji i historii na temat porodów pośladkowych. Wiedziałam, że jeśli tym razem dzidziuś ułoży się znów pupą w dół, będę bardziej naciskać na poród naturalny.  Nigdy jednak nie sądziłam, że ta wiedza mi się przyda.

Spotkałam się z moim lekarzem kilka dni później i powiedziałam, że w żadnym wypadku nie zgodzę się na [planową] cesarkę. Nalegałam na poród naturalny, uważając, że cięcie jest w tym przypadku nieuzasadnione. Lekarz okazał się wspierający. Zgodził się, że z podejmowaniem decyzji poczekamy, aż rozpocznie się poród (byłam zaskoczona jego reakcją, gdyż przygotowywałam się na walkę).  Jakkolwiek, on uważał, że i tak skończę na stole operacyjnym. Kilka miesięcy wcześniej ten sam lekarz pytał mnie dlaczego miałam cesarkę z trzecim dzieckiem. Był zdziwiony, że nie pozwolono mi spróbować urodzić naturalnie, szczególnie, że miałam już za sobą dwa porody drogami natury, a moje dzieci były niezbyt duże. Obecna sytuacja była jednak o tyle inna, że byłam po cięciu cesarskim. Stąd położnik był dość ostrożny.

Podczas kolejnych kilku wizyt malutka wciąż była w ułożeniu pośladkowym. Powoli godziłam się z myślą, że się nie obróci.

W 39 tygodniu ciąży poszłam na wizytę do innego położnika (chodziłam w sumie do 2 położników, więc kiedy nadszedł czas porodu, wiedziałam, że będę znała lekarza, który będzie na dyżurze). Lekarka zbadała mnie wewnętrznie. Miałam 2 cm rozwarcia, szyjka była miękka i przygotowana do porodu. Pani doktor powiedziała, że najprawdopodobniej urodzę w tym tygodniu. Wiedziała jaki jest mój stosunek do powtórnego cięcia i że prawdopodobnie się na nie nie zgodzę. I jakkolwiek lekarze bardzo nie chcieli naturalnego porodu pośladkowego, nie mogli odmówić sprawowania opieki nade mną. Czułam się podle stawiając tę panią doktor i drugiego położnika w takiej niekomfortowej sytuacji, jednak alternatywą było pozbawienie siebie możliwości urodzenia, w taki sposób, w jakich chciałam urodzić. A to przecież moje ciało i moje dziecko. Był czwartek, 26 lipiec.

Przez poprzedni tydzień odchodził mi w niewielkich ilościach czop śluzowy. Rankiem w sobotę, 28 lipca (w 39 +6 tygodniu) odeszła mi pozostała część czopa. W mijającym tygodniu miałam także powtarzające się, trochę bolesne (może nie jakoś bardzo, ale zauważalne) skurcze przepowiadające. To zdarzało się głównie, kiedy karmiłam piersią Milę (18 miesięcy). Teraz skurcze też się pojawiały, nawet trochę częściej i bardziej bolesne, lecz wciąż nieregularne. Nie zwracałam na nie uwagi.

Położyłam się spać pół godziny po północy. Zrobiło mi się ciepło i przyjemnie w łóżku. Wtedy złapał mnie kaszel.  Jak tylko zakaszlałam, odeszły mi wody. Zupełnie się tego nie spodziewałam! Przez następne 20 minut usiłowałam dodzwonić się do naszego szpitala. Kiedy wreszcie mi się to udało, położna (Susan) poinformowała mnie, że ponieważ jest weekend a dziecko jest w ułożeniu pośladkowym, musimy jechać do szpitala Orange Base. Nasz lokalny szpital nie dysponował w tamtym momencie zespołem operacyjnym, a chcieli mieć takie wsparcie na wypadek, gdy wystąpiły jakieś komplikacje. Szpital Orange Base był oddalony od nas o ponad godzinę drogi i nie za bardzo uśmiechało nam się tyle jechać, ale nie mieliśmy wyboru.

Kiedy odłożyłam słuchawkę (przed godziną 1 w nocy), zaczęłam odczuwać bolesne skurcze. Były co 5 minut i trwały ponad minutę. To dało mi nadzieję, że ten poród może się udać, gdyż przy moje poprzednie porody zawsze musiały być wywoływane.

Około 1.20 przyjechała moja mama. Zauważyła, że mam skurcze. Zasugerowała, żebyśmy zadzwonili po karetkę i pojechali nią do szpitala, gdyż  Lach (mój mąż) nie czuł się zbyt dobrze (przez ostatni tydzień miał potworną grypę), a moje poprzednie porody drogami natury były szybkie, więc lepiej nie ryzykować rodzenia w samochodzie. Tak więc mama zadzwoniła po ambulans. Ja klęczałam na łóżku na czworakach. Martwiłam się możliwością wypadnięcia pępowiny, bo nie wiedziałam czy dzidzia wstawiła się już pupą w miednicę. Miałam ogromną ochotę wstać i iść pod prysznic, ale nie chciałam ryzykować stawiania się do pionu, co mogłoby skutkować wypadnięciem pępowiny.

Karetka przyjechała około 1.40.  Sanitariusz powiedział, że najpierw musimy pojechać do lokalnego szpitala. Czułam się z tym niezręcznie, bo przecież poinformowano mnie, że mam jechać prosto do Orange Base, ale sanitariusz twierdził, że taki jest regulamin. Po drodze miała jeden albo dwa skurcze, i wcale nie uśmiechało mi się jechać w ten sposób aż do Orange Base. Jeszcze w karetce założono mi wenflon, na wypadek, gdybym potrzebowała płynów dożylnych, itd.

O 2 w nocy, jadąc szpitalnym korytarzem na porodówkę, miałam kolejny skurcz (leżałam an plecach, AU!). Przyszła moja położna Susan. Musiałam poczekać na dyżurnego lekarza. Kiedy pani doktor przyszła i mnie zbadała, okazało się, że mam rozwarcie na 8 cm! Nie mogłam w to uwierzyć! Właśnie takiego porodu chciałam odkąd dowiedziałam się, że dzidzia jest w ułożeniu pośladkowym, gdyż obaj położnicy, do których chodziłam powiedzieli, że jeśli przyjadę do szpitala z 7-8 cm rozwarciem, nie będą mieli nic przeciwko naturalnemu porodowi pośladkowemu. Tak więc, po badaniu wewnętrznym moja pani doktor powiedziała, że nigdzie nie jadę (JUPI!).

Lekarka i położna wytłumaczyły mi jak będzie wyglądał ten poród. Rozmawiałam wcześniej z panią doktor na ten temat, więc co nieco wiedziałam. Powiedziano mi, że kiedy będę już miała pełne rozwarcie i skurcze parte, będę musiała położyć się na łóżku, na plecach, z pupą na samym końcu łóżka. Personel przyjmie postawę „ręce z daleka”, co znaczyło, że nikt nie będzie dotykał mojego rodzącego się dziecka, aby nie odgięło ono główki będąc jeszcze w moim ciele (mogłoby to spowodować, że dziecko utknęłoby).  Susan (położna) powiedziała, że będzie jej bardzo trudno oprzeć się pokusie dotknięcia dziecka, gdyż jest przyzwyczajona to robić, przyjmując porody w ułożeniu główkowym.

Było prawie wpół do trzeciej, kiedy było już pewne, że zostaję w tym szpitalu. Poszłam pod prysznic (jak dobrze było wstać i nie leżeć na plecach!). Byłam pod prysznice 10 minut. Potem poprosiłam o gaz (używałam tej metody łagodzenia bólu przy poprzednich porodach i pomagała ona mi się odpowiednio skupić).

Niedługo zaczęłam odczuwać potrzebę parcia. Powiedziałam o tym Susan. Musiałam wyjść spod prysznica i położyć się na łóżku. Nie miałam ochoty, ale… Weszłam na łóżko i przyjęłam pozycję na czworakach. Lekarka mnie zbadała. Rozwarcie było prawie pełne. Pozostał tylko rąbek szyjki macicy, który zagradzał drogę dziecku. Pozostałam w takiej pozycji, wdychając gaz i walcząc z potrzebą parcia. Była godzina 2.45.

W końcu, około 3 miałam pełne rozwarcie. Mogłam zacząć przeć. Przekręciłam się na plecy, na pół siedząco i zaczęłam wypierać dziecko.

Po kilku minutach parcia, poczułam, że malutka obniża się. Wyszła jej pupa (zrobiła siku i kupę zaraz przed tym, jak tyłeczek się urodził). Potem wyskoczyły jej stópki. Następnie urodziła się główka i podano mi ją. Moja córeczka urodziła się o 3.13 rano (ciut ponad godzinę po przyjeździe do szpitala, po 2 godzinach porodu).

Susan chciała przeciąć pępowinę, ale przypomniałam jej, że chcę by to zrobiono dopiero, gdy przestanie tętnić, ponieważ wiedziałam, że to bardzo korzystne, by dziecko otrzymało krew łożyskową. Po chwili lekarka powiedziała, żeby przeciąć pępowinę, bo miała wątpliwości co do kondycji malutkiej. Na szczęście wszystko było ok (wiedziałam to, gdyż dzidzia była ożywiona i próbowała płakać). Lach przeciął pępowinę i córeczka została na chwilę zabrana do kącika cieplnego, gdzie udrożniono jej drogi oddechowe. Wkrótce wróciła do mnie i przyssała się do piersi.

Zachwycałam się moją malutką córeczką. Po chwili urodziłam łożysko, zbadano mnie i założono kilka szwów. Mała ważyła 3110 g i mierzyła 48 cm. Wzięłam prysznic i wszyscy troje poszliśmy do sali poporodowej trochę się przespać. Susan pozwoliła Lachowi zostać ze mną, gdyż na oddziale było bardzo spokojnie (zaleta małego szpitala).  Drzemałam i budziłam się przez kolejne kilka godzin. Potem zjadłam śniadanie i czekałam na lekarza, aby dostać wypis. O 11.30 przed południem zostałyśmy wypisane i udaliśmy się do domu przedstawić nową siostrzyczkę starszemu rodzeństwu.”

Filmik dostępny jest również z napisami w języku polskim na: http://www.amara.org/pl/videos/XlM3Qb7naipN/info/natural-breech-vbac-birth-of-remi-graphic/

Dziękuję serwisowi BirthWithouFear za zgodę na tłumaczenie i udostępnianie historii.

http://birthwithoutfearblog.com/2013/02/26/amazing-breech-vbac-fast-hospital-birth-with-pictures/

Naturalnie, w domu, do wody… po 3 cięciach cesarskich! (Wielka Brytania)

Przedstawiam Wam dzisiaj historię Brytyjki, Lisy, która urodziła naturalnie po 3 wcześniejszych cięciach cesarskich. Lisa nie tylko podzieliła się z nami swoją niesamowitą historią, ale wyraziła również chęć  kontaktu z osobami, które chciałyby porozmawiać z nią bliżej na temat tego pięknego doświadczenia, które stało się jej udziałem. Osoby zainteresowane otrzymaniem kontaktu* do Lisy proszę o  wiadomość mailową: kontakt@naturalniepocesarce.pl lub za pośrednictwem facebooka.

„W końcu zobaczyłam upragnione dwie kreski na teście ciążowym! Miałam już troje dzieci, ale po ciąży pozamacicznej, która przydarzyła mi się rok wcześniej, minęło aż 9 miesięcy zanim ponownie udało mi się zajść w ciążę. Mój mąż i ja byliśmy podekscytowani, ale niestety wiadomość ta miała też swoją ciemną stronę – wiedzieliśmy bowiem jaką bitwę będziemy musieli stoczyć o nasz poród.

Moja pierwsza córka urodziła się przez nieplanowane cięcie cesarskie wykonane „na cito” z powodu (jak wówczas wierzyłam) jakiegoś rodzaju odklejenia się łożyska. Rekonwalescencja po tej operacji nie była łatwa. Zapadłam na depresję poporodową, właśnie w związku z cesarką.

Kiedy zaszłam w ciążę z drugim dzieckiem, poprosiłam w moim lokalnym szpitalu o wsparcie mnie w próbie urodzenia tego dziecka siłami natury – w taki sposób, w jaki zawsze pragnęłam urodzić, a który niestety straciłam za pierwszym razem. Niestety, nie otrzymałam żadnego wsparcia i powiedziano mi, że jeśli chcę być przytomna przy porodzie mojego dziecka, muszę mieć kolejne cięcie cesarskie, tym razem planowane. Serce mi pękło na taką wiadomość, ale ze względu na to, że miałam poprzednio ogólne znieczulenie i była to tak nagła sytuacja, czułam, że nie mam wyboru. Moja druga córka urodziła się więc [przez cięcie], a ja byłam przytomna, co było wspaniałe, ale ciągle czułam, że tracę coś jako kobieta i jako matka nie mając możliwości nawet spróbować URODZIĆ dziecka.

Niedługo po tym, jak zaszłam w ciążę z moim synem, ponownie poszłam do mojego lokalnego szpitala poprosić o wsparcie mnie w próbie naturalnego porodu po dwóch cesarkach. Przyjęto mnie tym razem jeszcze gorzej niż kiedykolwiek wcześniej. Powiedziano mi, że po pierwsze będę musiała mieć kolejną cesarkę, a po drugie muszę zostać wysterylizowana! Nie zgodziłam się na sterylizację, co zostało opatrzone komentarzem: „Nie uważa Pani, że troje dzieci wystarczy?”. A jeśli chodzi o próbę rodzenia naturalnie po dwóch cesarkach, mój lekarz powiedział mi bez ogródek: „jeśli chce Pani zabić siebie i swoje dziecko – to Pani wybór!”. Oczywiście, słysząc coś takiego, umówiłam termin kolejnej cesarki. (Powiedziano mi także, że podczas poprzedniego porodu straciłam dużo krwi (500ml), więc teraz byłam w grupie podwyższonego ryzyka, jeśli chodzi o krwotok. Ponadto, z dyskusji z moim lekarzem wynikło to, iż nie mógł się on dopatrzeć [w dokumentacji] żadnego dowodu na odklejenie łożyska w moim pierwszym porodzie.)

Tak więc, po wszystkich tych przejściach, oczekiwaliśmy na dziecko nr 4. Po dogłębnym zbadaniu tematu, nabrałam przekonania, że próba porodu siłami natury po 3 cięciach cesarskich, odbywająca się po czujnym nadzorem, jest opcją bezpieczną. Musiałam tylko znaleźć lekarza lub położną z odpowiednim doświadczeniem i chęcią wspierania mnie w mojej decyzji. Oczywiście wybrałam się najpierw do mojego szpitala, lecz ponownie spotkałam się z absolutną paniką w oczach pracowników tego ośrodka na samą myśl o porodzie siłami natury po 3 cc. Musiałam sama przemyśleć sobie: czy moja macica może pęknąć na samą myśl o porodzie? Jakie dokładnie jest ryzyko w moim przypadku i na ile jest ono porównywalne z ryzykiem związanym z czwartym cięciem cesarskim? Studiując w dalszym ciągu dogłębnie te tematy, poznałam doulę, która sama urodziła naturalnie po trzech cięciach cesarskich, a następnie wpadłam na informacje o Niezależnych Położnych. Zapoznałam się z jedną z takich położnych, która wyspecjalizowała się z porodach drogami natury po cc po jej własnym VBACu w szpitalu. Przyjrzała się historiom moich poprzednich ciąż i porodów. Dokładnie przedyskutowałyśmy wszystkie aspekty tych porodów, aby móc ocenić czynniki ryzyka w moim przypadku i zadecydować czy istnieje jakakolwiek szansa, abym bezpiecznie podjęła próbę porodu siłami natury po 3 cc oraz gdzie taki poród miałby się odbywać. Położna nie znalazła niczego, co kwalifikowałoby mnie jako przypadek wysokiego ryzyka, poza 3 poprzednimi cięciami. Wtedy zapytaliśmy ją z mężem czy podejmie się asystowania przy moim porodzie i, dzięki Bogu, zgodziła się. Moi marzeniem było urodzić w domu do wody – położna oczywiście nie mogła mi tego zagwarantować, ale powiedziała, że nie ma powodów, aby nie planować takiej opcji. Oglądałam wcześniej zakończony sukcesem domowy poród Melanie po 4 cięciach cesarskich (2008), przy którym asystowała moja położna.  [Obejrzyj ten filmik z polskimi napisami: http://www.amara.org/en/videos/Yy2vxduWza7h/info/a-hba4c-a-mothers-story-to-vbac-at-home-after-four-ceasarean-sections/] Pomyślałam więc sobie: jeśli Melanie mogła to zrobić, ja też MOGĘ! Zabrałam się za organizowanie swojego zespołu do porodu.

Moja położna skontaktowała się z moim lekarzem w lokalnym szpitalu, aby powiadomić go o naszych zamiarach. Wyjaśniła, że wiem jakie ryzyko podejmuję i robię to świadomie. Doktor uszanował naszą decyzję rodzenia w domu i zgodził się nas wspierać. Powiedział też, że możemy na niego liczyć, jeśli zaistniałaby potrzeba skorzystania z jego pomocy. Ulżyło mi – nie musiałam już dłużej walczyć. Mogłam cieszyć się ciążą i przygotowywać się do porodu.

Moja ciąża przebiegała bez komplikacji. Termin porodu minął bez echa i …nagle byłam w 42 tygodniu ciąży. Umówiłam się więc na wizytę u lekarza (wypadała dniu  w 42 tygodniu i 3 dniu ciąży), aby porozmawiać o moich opcjach w tej sytuacji. Czułam, że moje marzenia stają się coraz mniej realne. Położna podtrzymywała mnie na duchu i mówiła, bym ufała swojemu ciału, gdyż wszystko idzie w dobrym kierunku. Po dwóch nocach fałszywego porodu, moje ciało zaczęło rodzić – dziwnym zbiegiem okoliczności, była to noc przed umówioną wizytą u mojego lekarza!

Kiedy skurcze były już co pięć minut poprosiłam męża by zadzwonił po położną. Jeszcze nigdy nie czuliśmy takiej ulgi na niczyj widok! Do tego momentu nastawiłam się już, że pojadę do szpitala, jeśli okaże się, że nie ma postępu – musiałam się tego dowiedzieć. Po badaniu wewnętrznym okazało się, że mam rozwarcie na 7 cm!! Moja położna oznajmiła: „odwołajmy tę wizytę u lekarza i urodźmy dzisiaj to dziecko w domu”!!! Jakież było wówczas moje podekscytowanie. Byłam w basenie, w moim salonie, z moim mężem, dwoma położnymi i moją doulą – z całym zespołem, z ludźmi, którym ufałam, w otoczeniu, która znałam i gdzie czułam się komfortowo. Będąc w basenie, otoczona świecami, słowami zachęty i wsparcia, poród postępował szybko i zanim się spostrzegłam poczułam potrzebę parcia. Zawsze zastanawiałam się jak to będzie i czy będę widziała kiedy przeć. Odpowiedź brzmiała: tak. Wiedziałam i moje ciało nie potrzebowało żadnej zachęty – wiedziało dokładnie co ma robić. Wkrótce moja córeczka pojawiła się na świecie – urodziłam ją własnymi siłami, w basenie i podniosłam ją do mojej piersi. Moja piękna córeczka leżała w moich ramionach, urodzona w sposób, o którym zawsze marzyłam, całkowicie naturalnie.

Jako kobieta i jako matka czuję się teraz spełniona i  będę dozgonnie wdzięczna mojej Niezależnej Położnej za wiarę we mnie i wsparcie, które pomogło mi spełnić moje marzenie. Teraz czuję się tak mocna, że mogę poradzić sobie ze wszystkim. Poród pochwowy po kilku cięciach cesarskich nie musi być procesem wymagającym kierowania nim na każdym kroku ze względu na ryzyko, którego właściwie nie da się precyzyjnie ocenić (ponieważ nie ma wystarczająco dużej ilości kobiet, którym dano szansę spróbować urodzić naturalnie po kilku cc). Ale proszę dodajcie mnie do grupy tych szczęśliwych mam, które tę szansę otrzymały!”

Lisa

*Jeśli chcesz skontaktować się z Lisą, ale barierą jest dla Ciebie język, służę pomocą:)

Pełen wsparcia naturalny poród po cięciu w kształcie litery T (USA)

Jakkolwiek poród po cięciu cesarskim wykonanym w kształcie odwróconej litery T jest obarczony większym ryzykiem niż poród po cięciu poprzecznym w dole brzucha, są mamy, które decydują się na takie rozwiązanie. Z powodzeniem! Poniżej krótka historia takiego właśnie porodu.

Oryginał postu i więcej zdjęć na stronie: http://birthwithoutfearblog.com/2012/11/07/supported-vbac-after-t-incision-pictures-and-video/

Weźcie chusteczkę. Naprawdę. Mama,  o której mowa, urodziła naturalnie po wcześniejszym cięciu cesarskim w kształcie odwróconej litery T . Rzadko zdarza, żeby kobieta znalazła wsparcie [medyczne] dla naturalnego porodu przy tego rodzaju bliźnie, ale jej się udało.

Jej poprzednia ciąża zakończyła się zaledwie w 25 tygodniu. Z powodu tak wczesnego rozwiązania ciąży wykonano cięcie w kształcie litery T (po dwóch latach dziecko wówczas urodzone jest zdrowe i prawidłowo się rozwija). W drugiej ciąży powiedziano jej, że musi mieć ponowną cesarkę, ale ona szukała informacji i zaufała sobie.

IMG_0323-copy1

Wsparcie dawane rodzącej i energia tego porodu są niesamowite. To pozytywny przykład jak może wyglądać poród szpitalny. Wzruszająca jest też relacja pomiędzy rodzącą a jej matką.

Zapraszam do oglądania. Koniecznie z chusteczką!