Archive | Luty 2013

10 znaków świadczących o tym, że twój lekarz planuje zrobić Ci niepotrzebne cesarskie cięcie

Cięcie cesarskie jest w wielu przypadkach operacją ratującą zdrowie i życie dziecka i/lub matki. Jednakże trudno uwierzyć, że odsetek cesarek przekraczający 30%wszystkich porodów jest odzwierciedleniem wyłącznie tych komplikacji ciążowych lub porodowych, które bezwzględnie wymagają operacyjnego rozwiązania. Z jednej strony procent ten jest wynikiem zwiększającej się liczby tzw. cięć na życzenie. Z drugiej jednak strony, rośnie grupa kobiet, które pragnęły urodzić swoje dziecko drogami natury, lecz  ich poród zakończył się cesarką. Czy wszystkie te przypadki stanowiły bezwzględne wskazania do cięcia? Poszukujących odpowiedzi zapraszam do zapoznania się z poniższym artykułem.

 

10 znaków świadczących o tym, że twój lekarz planuje zrobić Ci niepotrzebne cesarskie cięcie.

1. Przychodzi na izbę przyjęć po godzinach pracy i mówi „Wydaje mi się, że to dziecko się nie zmieści”!
2. Trzeci trymestr, rutynowa wizyta kontrolna: „Wydaje się, że dziecko będzie duże. Powinna Pani zdecydować się na cesarkę” – czy wiesz, że ACOG ma bardzo szczegółowe wytyczne dotyczące tego, kiedy powinno się zaproponować kobiecie wybór cesarskiego cięcia w związku z MAKROSOMIĄ płodu (wymyślna nazwa na duże dziecko). „Profilaktyczny poród przez cesarskie cięcie może być brany pod uwagę przy spodziewanej makrosomii płodu przy wadze dziecka wynoszącej 5kg dla kobiet zdrowych i 4,5 kg dla kobiet z cukrzycą ciążową”.

Chcesz przeczytać więcej? Wejdź na:  http://gdzierodzic.info/artykul/44

* A dla mam planujących VBAC dodałabym jeszcze:

12. „Szanse, że uda urodzić się naturalnie to jakieś 10%. Mogę wypisać skierowanie na powtórne cięcie cesarskie” .  Cóż, statystyki pokazują zgoła co innego – szanse od 50% do 95%. Zobacz:  Argumenty za porodem drogami natury po cc i Poród naturalny po cięciu cesarskim – czy jest możliwy?.

Argumenty za porodem drogami natury po cc

Henci Goer i  Amy Romano opublikowały niedawno ich długo wyczekiwaną książkę Optimal Care in Childbirth: The Case for a Physiologic Approach. Ich badania, oparte na najlepszych dostępnych dowodach, przedstawiają argumenty za porodem drogami natury po cięciu cesarskim.

Największą wartością ich książki jest to, iż autorki wybrały wysokiej jakości opracowania porównujące ryzyko związane z powtórnym cięciem cesarskim z wyboru (nie uzasadnionym żadną inną medyczną koniecznością niż stan po cięciu) a porodem drogami natury po cc (VBAC). optimalbook1-225x300

Kto jest odpowiednim kandydatem do porodu drogami natury po uprzednim cięciu cesarskim?

Ponad 95% kobiet , które w przeszłości miały cięcie cesarskie, może urodzić drogami natury bez jakichkolwiek problemów z blizną na macicy. Ta grupa obejmuje:

  • Kobiety po więcej niż jednym cięciu cesarskim;
  • Kobiety z jednowarstwowym szwem ciągłym na macicy;
  • Kobiety z blizną poprzeczną w dole brzucha;
  • Kobiety, których poprzednia ciąża została rozwiązana cięciem przed terminem;
  • Kobiety, u których jest krótka przerwa między porodem operacyjnym a kolejnym porodem (< 18 miesięcy od poprzedniego porodu cc);
  • Kobiety zostające matkami w późniejszym wieku;
  • Kobiety , u których przewiduje się dzieci o cechach makrosomicznych (< 4000 g);
  • Kobiety, których ciąża jest „po terminie”.

Jaka jest szansa, że kobieta, która chce rodzić po cesarce, osiągnie swój cel?

Przeciętnie porody VBAC kończą się sukcesem w 74% [ realia USA], ale duże znaczenie ma opieka, jaką otrzymuje kobieta podczas porodu.  W systemie standardowej opieki szpitalnej odsetek porodów VBAC  zakończonych sukcesem u kobiet, które nie rodziły wcześniej drogami natury, wynosi od 61% do 72%. Jeśli zaś kobieta otoczona jest opieką wspierającą fizjologiczny proces porodu, 81% kobiet podejmujących „próbę porodu”, rodzi drogami natury.

Większość kobiet po uprzednio przebytym cięciu cesarskim może urodzić drogami natury, łącznie z kobietami, które:

  • miały więcej niż jedną cesarkę;
  • miały wcześniejszą cesarkę z któregoś z poniższych powodów:

– dystocja (brak postępu porodu)

– makrosomia (dziecko ważące ponad 4000g)

– macierzyństwo w późniejszym wieku

–  wysoki indeks BMI

– ciąża przeterminowana.

Jest bardziej prawdopodobne, że kobieta urodzi drogami natury po cc, jeśli:

  • rodziła już drogami natury (przed albo po cesarce);
  • poród rozpocznie się spontanicznie; jedną z przyczyn dla których kobiety otyłe, noszące duże dzieci i będące po terminie częściej rodzą przez powtórne cięcie cesarskie jest to, iż u nich częściej wywołuje się poród; [ w tym miejscu warto dodać, iż w Polsce raczej nie praktykuje się sztucznego wywoływania porodu (np. przez podanie oksytocyny) u kobiet po cięciu cesarskim]
  • otoczona jest opieką wspierającą fizjologiczny przebieg porodu z minimalną ilością interwencji medycznych.

Przy zapewnieniu odpowiedniej opieki, ryzyko pęknięcia blizny na macicy może wynosić zaledwie 0,5% czyli 1 na 200 kobiet podejmujących „próbę porodu”.

Prawdopodobieństwo symptomatycznego rozejścia się blizny podczas porodu jest niezależne od typu opieki zapewnianej kobietom zarówno podczas operacji cesarskiego cięcia jak i podczas porodu po cc. Aby zmniejszyć ryzyko pęknięcia blizny na macicy:

  • Lekarze wykonujący cięcie cesarskie powinni stosować dwu- a nie jednowarstwowe szycie macicy;
  • Powinno unikać się syntetycznego wywoływania i wspomagania porodu; [wg mojej wiedzy, ten punkt jest dość restrykcyjnie przestrzegany w Polsce]
  • Lek Misoprostol nie powinien być stosowany;
  • Nie powinno podawać się oksytocyny kobietom, których szyjka macicy nie jest dojrzała;
  • Kobiety, który podaje się preparaty przyspieszające dojrzewanie szyjki macicy przed indukcją porodu, powinny mieć przynajmniej 40 godzin, aby proces ten mógł mieć miejsce;
  • Poród nie powinien sztucznie wspomagany do czasu, aż główka dziecka wstawi się w miednicę i rozwarcie wynosi przynajmniej 3 cm;
  • Powinno minąć co najmniej 12 godzin pomiędzy poszczególnymi dawkami prostaglandyny E2 podawanej w celu przyspieszenia dojrzewania szyjki macicy i wywołania porodu;
  • Kobietom po więcej niż jednym cesarskim cięciu nie powinno się w ogóle podawać prostaglandyny E2;
  • Należy odczekać co najmniej 40 minut przed zwiększeniem dawki oksytocyny.

Nie ma dowodów, że poniższe praktyki przynoszą jakiekolwiek korzyści, mogą natomiast być szkodliwe.

  • Wczesne przyjęcie na oddział porodowy;
  • Rutynowe dożylne podawanie płynów;
  • Stosowanie wewnątrzmacicznego cewnika mierzącego ciśnienie wewnątrz macicy;
  • Zakaz jedzenia i picia na oddziale porodowym;
  • Ustalanie limitu czasu, w którym kobieta powinna osiągnąć pełne rozwarcie i urodzić dziecko;
  • Manualne badanie w macicy w celu upewnienia się czy blizna po cesarce nie rozeszła się.

Jednakże, elektroniczne monitorowanie płodu za pomocą KTG jest wiarygodnym indykatorem pęknięcia blizny pooperacyjnej na macicy. W ponad 90% przypadków pęknięcie blizny jest wykrywane na podstawie wykraczającego poza normę zapisu KTG (bradykardia).

Jakie są korzyści z naturalnego porodu po cc?

Uniknięcie zagrożeń związanych z kolejnymi porodami operacyjnymi.

Kolejne cięcia cesarskie zwiększają prawdopodobieństwo:

  • wystąpienia łożyska przodującego, łożyska wrośniętego i kombinacji obu tych komplikacji;
  • obfitego krwawienia;
  • histerektomii (usunięcia macicy);
  • leczenia matki  na oddziale intensywnej terapii;
  • problemów matki z oddychaniem;
  • tromboembolizmu (zakrzepicy);
  • niedrożności jelit;
  • urazów chirurgicznych;
  • zrostów.

Z kolei, urodzenie dziecka drogami natury po cięciu cesarskim zmniejsza ryzyko pęknięcia macicy podczas kolejnych takich porodów.

Zagrożenia dla dziecka, jakie niosą ze sobą kolejne cięcia cesarskie:

  • poród przedwczesny i inne komplikacje;
  • trudności z oddychaniem;
  • konieczność leczenia na oddziale intensywnej terapii noworodka.

Ryzyko związane z ponownym cięciem cesarskim a ryzyko związane z naturalnym porodem po cc:

Ponowne cięcie cesarskie nieznaczenie zwiększa( o 0,021%) ryzyko śmierci matki.

Ryzyko śmierci dziecka w okresie okołoporodowym (t.j. podczas lub do kilku dni po porodzie) jest o 0,04% większe w przypadku VBAC niż w przypadku planowanej powtórnej cesarki. Jednakże, badania dotyczące śmierci dziecka w okresie noworodkowym (t.j. w ciągu pierwszych czterech tygodni po porodzie) są niespójne. Jedno badanie wykazało 11 zgonów noworodków na 10 000 porodów drogami natury po cc, w porównaniu do 5 zgonów noworodków na 10 000 poród przez planowane powtórne cięcie cesarskie. Jednakże, dwa inne badania wykazały identyczne lub prawie identyczne wskaźniki śmiertelności noworodków (0,07 – 0,08 %) zarówno  przypadku planowanego powtórnego cięcia cesarskiego jak i w przypadku porodu drogami natury po cc.

Goer i Romano są optymistami w kwestii naturalnego porodu po cięciu cesarskim. Twierdzą, iż kobiety mają ogromne szanse na VBAC, jeśli otoczy się je odpowiednią opieką.

„… kobieta rodząca w środowisku o niskim poziomie stresu, otoczona przez opiekunów [lekarzy/ położne(przyp. tłum.)], którzy nie są spięci i ufają jej zdolności do urodzenia dziecka, którzy podejmują decyzje wspólnie z nią[a nie za nią (przyp.tłum.)] i którzy pomagają jej poradzić sobie z jej lękami i niepokojami, ma większe szanse na dobrze postępujący poród zakończony wydaniem na świat dziecka drogami natury niż kobieta, która czuje konieczność przybierania postawy obronnej i która jest niepewna i przestraszona.”

Autorki cytowanej książki uważają również, że poród po cięciu cesarskim nie powinien być zarezerwowany wyłącznie dla „optymalnych przypadków” [tylko jedno wcześniejsze cięcie, odpowiednia przerwa miedzy porodami, dziecko o wadze nie większej niż 4000g, itd.].

„… połowa kobiet, u których występują czynniki niesprzyjające porodowi po cesarce, i tak rodzi drogami natury. Uważamy, że próby przewidzenia porodów drogami natury po cięciu cesarskim skazane są na niepowodzenie, ponieważ zakładają, że problem leży po stronie kobiet, a nie po stronie ich opiekunów [lekarzy/położnych]. Jednak bez względu na warunki (ze strony kobiety i płodu), większość kobiet urodzi drogą pochwową, jeśli ich opiekunowie będą wierzyć w ich możliwości i odpowiednio je traktować. Uważamy, że powinno się zaprzestać ograniczania porodów po cięciu cesarskim do wyłącznie optymalnych przypadków, na rzecz przekazywania kobietom precyzyjnych informacji na temat prawdopodobieństwa porodu drogami natury w każdym indywidualnym przypadku. Kobiety, które chcą urodzić drogami natury po cięciu, powinny być do tego zachęcane, z rzadkimi wyjątkami, do których zaliczają się kobiety, które doświadczyły problemów z blizną na macicy podczas poprzedniego porodu.”

Informacje zawarte w powyższym artykule są kompilacją treści pochodzących ze strony http://www.vbac.com/2012/12/the-latest-best-evidence-on-the-safety-of-vbac/ oraz rozdziału 6 książki Optimal Care in Childbirth: The Case for a Physiologic Approach.

Rekomendacje Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego dotyczące porodu po cc

Czy możliwy jest poród po więcej niż jednym cięciu cesarskim? Czy można w jakikolwiek sposób indukować/stymulować poród po cc? Czy jest szansa na VBAC w przypadku ciąży bliźniaczej? Czy mamy z cukrzycą ciążową mogą rodzić naturalnie po cc?  A co, jeśli jest się „po terminie”? Odpowiedzi na te i inne pytanie szukamy w rekomendacjach Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego.

1. Poród po przebytym cięciu cesarskim, jest możliwy drogami natury, gdy istnieją dogodne warunki ze strony rodzącej i płodu, a zespół prowadzący poród jest przygotowany do ciągłego monitorowania porodu i szybkiego wykonania cięcia cesarskiego w przypadku pojawiających się powikłań podczas porodu.
2. Kobiety ciężarne i rodzące po przebytym cięciu cesarskim mogą być zakwalifikowane do porodu, gdy spełnione są wszystkie procedury, a rodząca akceptuje próbę porodu drogami rodnymi i wyraża świadomą zgodę na próbę porodu drogami rodnymi, podpisaną w załączonej dokumentacji.
3. U kobiety z przebytym więcej niż jednym cięciem cesarskim można podejmować próbę porodu drogą pochwową. 
4. W karcie wypisowej ciąży i porodu należy umieścić informację o sposobie nacięcia macicy.
5. Należy dążyć do uzyskania dokumentacji lekarskiej opisującej przebieg poprzedniego cięcia cesarskiego w celu ustalenia sposobu wykonania nacięcia macicy.
6. Należy ocenić stan blizny mięśnia macicy u ciężarnych po przebytym cięciu cesarskim poprzez: wywiad – badanie podmiotowe, badanie palpacyjne dolnego odcinka macicy przez powłoki brzuszne, zastosowanie ultrasonografii w ocenie dolnego odcinka macicy.
7. Po porodzie drogami rodnymi można przeprowadzić ręczną kontrolę blizny mięśnia macicy po przebytym cięciu cesarskim.
8. W przypadku podejrzenia pęknięcia macicy wymagane jest natychmiastowe wykonanie laparotomii w celu zmniejszenia powikłań oraz zgonu matki i noworodka.
9. Podczas próby porodu drogami rodnymi, po przebytym cięciu cesarskim, należy prowadzić ciągłe elektroniczne monitorowanie czynności serca płodu.
10. Po przeanalizowaniu sytuacji położniczej możliwe jest (ostrożne) stosowanie stymulacji porodu oksytocyną. 
11. Indukcja porodu prostaglandynami PGE2 (Dinoproston) i PGE1 (Misoprostol) ze względu na zwiększone ryzyko pęknięcia macicy jest dopuszczalna wyłącznie w przypadku ciąży obumarłej.
12. Cewnik Foleya można bezpiecznie stosować w przypadku niedojrzałej do porodu szyjki macicy u kobiet planujących poród drogami rodnymi po przebytym cięciu cesarskim. 
13. Ciąża wielopłodowa nie stanowi bezwzględnego przeciwwskazania do porodu drogami rodnymi u kobiet po przebytym cięciu cesarskim. 
14. Cukrzyca nie stanowi przeciwwskazania do podjęcia próby porodu drogami rodnymi u kobiet po przebytym cięciu cesarskim. 
15. Makrosomia płodu jest wskazaniem do cięcia cesarskiego.
16. Poród po 40 tygodniu ciąży nie stanowi przeciwwskazania do podjęcia próby porodu drogami rodnymi u kobiet po przebytym cięciu cesarskim.

Materiał zaczerpnięty ze  strony http://pulsmedycyny.pl/2582141,72628,ciecie-cesarskie-rekomendacje-polskiego-towarzystwa-ginekologicznego. Zachęcam do zapoznania się z całością w/w artykułu. Oprócz problematyki porodu po cięciu cesarskim, poruszone są w nim zagadnienia takie jak:

– wskazania do cięcia cesarskiego,

– rodzaje cięć cesarskich,

– metody znieczulenia do cięcia cesarskiego,

– cięcie cesarskie na życzenie, bez wskazań medycznych,

– formularz świadomej zgody pacjentki na cięcie cesarskie.

Pełen wsparcia naturalny poród po cięciu w kształcie litery T (USA)

Jakkolwiek poród po cięciu cesarskim wykonanym w kształcie odwróconej litery T jest obarczony większym ryzykiem niż poród po cięciu poprzecznym w dole brzucha, są mamy, które decydują się na takie rozwiązanie. Z powodzeniem! Poniżej krótka historia takiego właśnie porodu.

Oryginał postu i więcej zdjęć na stronie: http://birthwithoutfearblog.com/2012/11/07/supported-vbac-after-t-incision-pictures-and-video/

Weźcie chusteczkę. Naprawdę. Mama,  o której mowa, urodziła naturalnie po wcześniejszym cięciu cesarskim w kształcie odwróconej litery T . Rzadko zdarza, żeby kobieta znalazła wsparcie [medyczne] dla naturalnego porodu przy tego rodzaju bliźnie, ale jej się udało.

Jej poprzednia ciąża zakończyła się zaledwie w 25 tygodniu. Z powodu tak wczesnego rozwiązania ciąży wykonano cięcie w kształcie litery T (po dwóch latach dziecko wówczas urodzone jest zdrowe i prawidłowo się rozwija). W drugiej ciąży powiedziano jej, że musi mieć ponowną cesarkę, ale ona szukała informacji i zaufała sobie.

IMG_0323-copy1

Wsparcie dawane rodzącej i energia tego porodu są niesamowite. To pozytywny przykład jak może wyglądać poród szpitalny. Wzruszająca jest też relacja pomiędzy rodzącą a jej matką.

Zapraszam do oglądania. Koniecznie z chusteczką!

Kolosalna różnica między cesarką a porodem naturalnym

Zapraszam do obejrzenia krótkiego filmu przedstawiającego drogę do porodu domowego po 2 cc pewnej mamy ze Stanów Zjednoczonych.  Ukazuje on ogromną różnicę pomiędzy doświadczeniem porodu przez cięcie cesarskie i porodu naturalnego – różnicę zarówno dla mamy jak i dla rodzącego się dziecka.

Ponieważ film jest w wersji anglojęzycznej, zachęcam do wcześniejszego zapoznania się z poniższym streszczeniem (choć emocje, które ten film pięknie pokazuje, nie znają bariery językowej):

Pierwszy poród  – 13 września 2001 – narodziny Katharine Grace: planowany poród naturalny w szpitalu, który zakończył cesarskim cięciem z powodu „braku postępu porodu”.

Kontakt mamy z dzieckiem i pierwsze karmienie następuje po około 44 minutach od narodzin (po północy – 14 września 2011).

Drugi poród  – 27 październik 2004 – narodziny Madeline Alexandry – planowany był poród drogami natury po CC. Jednak USG w 39 tygodniu ciąży oszacowało, iż dziecko jest DUŻE. Lekarze zdecydowali o cesarce.

Cesarka jest zaplanowana. Dzień wcześniej mama ze starszą córeczką Katharine przygotowują tort urodzinowy dla dzidziusia.

Dziecko wydobywane jest z łona za pomocą próżnociągu.

Tym razem kontakt mamy z dzieckiem następuje dopiero po 4 godzinach od narodzin (nie licząc krótkiego przytulenia maleństwa do twarzy mamy na sali operacyjnej).

Do szpitala przychodzi starsza córeczka. Mama jest mocno odurzona środkami przeciwbólowymi. Niewiele pamięta z chwili, kiedy jej starsza córeczka pierwszy raz zobaczyła młodszą.

Trzeci poród – 25 luty 2007 – narodziny Josephine Elizabeth – planowany poród domowy po dwóch CC.

Pierwsze ujęcie z tego porodu: 24 luty 2007, godzina 17:26.

Poród odbył się do wody o godzinie 5:48 rano dnia następnego.

„Zrobiłam TO!!!” mówi wzruszona mama.

„Zrobiłaś to!” potwierdzają z radością mąż i położne, „Zrobiłaś to zupełnie sama”.

„By przeżyć taką chwilę warto czekać wiek” (Rzeszów)

Pomyślałam sobie, że skoro zachęcam Was do dzielenia się swoimi doświadczeniami porodowymi, to sama również podzielę się własnymi. Zmobilizowałam się więc wreszcie do spisania ich. Poniżej przedstawiam historię mojego cudownego porodu VBAC opatrzoną wstępem przywołującym  kilka wcześniejszych wydarzeń. Miłej lektury:)

Trochę historii czyli… mój pierwszy poród „cesarski”

Od zawsze miałam poczucie, że naturalny poród to piękne doświadczenie, które chciałam przeżyć.  Nie bałam się za bardzo porodu. Bałam się szpitala, rutyny tam panującej i wszelkich interwencji tam wykonywanych. Kiedy więc jesienią 2008 roku zaszłam w ciążę z pierwszym dzieckiem (Mikołaj, 3,5 roku), najlepszą opcją wydawał mi się poród w domu. Wychowana w kulturze, gdzie ciąża i poród nieodłącznie kojarzą się z lekarzem, początkowo zaczęłam szukać położnika, do którego miałabym zaufanie i który zainteresowany byłby asystowaniem przy porodzie domowym. Bez skutku. W moim mieście nie znalazłam także położnej, która podjęłaby się oficjalnie przyjęcia porodu w domu. Z braku innego wyjścia (nie byłam chyba wystarczająco zdeterminowana, żeby jechać do innego miasta) zdecydowałam się urodzić w szpitalu. Aby choć trochę tę perspektywę szpitala „udomowić”, miałam rodzić ze „swoją” położną, która miała zapewnić mi tak dużo swobody i prywatności, jak tylko jest to w szpitalu możliwe – żadnych wspomagaczy, żadnego leżenia na łóżku porodowym, żadnego rutynowego nacinania krocza, świece, muzyka, tylko ja, mój mąż i nasza położna. Tak miało być. Było zupełnie inaczej.

Mój wymarzony naturalny poród zakończył się zanim jeszcze zdążył się właściwie rozpocząć. Przyjechałam do szpitala na dyżur mojej położnej (chcąc rodzić z osobą, którą znałam i ufałam, musiałam dostosować się do harmonogramu jej dyżurów, gdyż ona nie miała prawa przyjść do porodu na nie swoim dyżurze). Prawie bez akcji skurczowej. Przy badaniu wewnętrznym okazało się, że niewyczuwalne są wody płodowe. Potem zrobiono mi KTG, podczas którego tętno dziecka spadało co jakiś czas do wartości 70 -60.  Jak dziś pamiętam piszczący dźwięk urządzenia do KTG, reagującego w ten sposób na deceleracje. Położna zawołała lekarza. USG. Znów KTG. I znów wahania tętna. Potem słowa lekarza: „W tej sytuacji proponuję pani rozwiązanie ciąży przez cesarskie cięcie”. Poczułam wielką gulę w gardle i napływające do oczu łzy. Z trudem opanowywałam się, aby nie wybuchnąć płaczem. Burza myśli szalała w mojej głowie: „To nie może być prawda! Ja nie mogę mieć cesarki! Przecież miałam rodzić! Miało być ciężko, miało boleć, ale miałam dać radę! Sama i naturalnie!” Wszystko potem toczyło się jakby poza mną. Jakbym była widzem na jakimś koszmarnym filmie. Cewnik. Anestezjolog. Jakieś papiery do podpisu. Sala operacyjna. Znieczulenie. Nieprzyjemne uczucie rozdzierania w brzuchu i … już z nami był! Mój synek, Mikołajek. 10 / 10 Apgar. Krzyczał chyba na pół szpitala. Poczułam ulgę – był zdrowy. Próbowałam się do niego uśmiechać, powitać go. Wykonywałam gesty i wypowiadałam słowa, które wydawały mi się odpowiednie, ale to było jak granie roli, w którą nie za bardzo umiałam się wczuć. Racjonalnie wiedziałam, że to moje dziecko, że mnie potrzebuje, że POWINNAM je kochać. Ale emocjonalnie nie było eksplozji macierzyńskich uczuć. Była pustka i żal za utraconym doświadczeniem.

P1020771

Przez kolejny rok uczyłam się miłości do swojego dziecka i usiłowałam pogodzić się z faktem, że urodziłam przez cesarskie cięcie. Nie było łatwo. Ilekroć widziałam ciężarną kobietę lub spotykałam którąś z moich koleżanek, która urodziła naturalnie, łzy cisnęły mi się do oczu. Ale czas leczy rany. Po pierwszych urodzinach synka, moje emocje nie były już tak ekstremalne. Z perspektywy czasu, myślę, że to był rok swoistej żałoby, po utraconym doświadczeniu naturalnego porodu. Musiałam to przeżyć.

Narodziny Marysi (VBAC)

Kiedy w czerwcu 2011 roku odkryłam, że znów jestem w ciąży, ani przez chwilę nie miałam wątpliwości, że będę chciała spróbować urodzić siłami natury. Jednocześnie przez całą ciążę starałam się zbytnio nie nastawiać na „sukces” i brać pod uwagę ewentualność kolejnej cesarki. Jednak w miarę jak zbliżał się termin porodu, narastał stres.

Mój położnik nie okazał się zbytnim entuzjastą VBACów, ale dał mi zielone światło – dostałam skierowanie do szpitala z adnotacją „Próba porodu”. (Swoją drogą, nie lubię tego sformułowania. Mam poczucie, że sugeruje ono możliwość niepowodzenia. Wiadomo, przy porodzie niczego nie da się do końca przewidzieć. Ale dlaczego w takim razie przy normalnym porodzie (nie VBAC ) nie piszę się „próba porodu”?)

Potrzebowałam wsparcia. Miałam je w mężu. Ale potrzebowałam go też ze strony medycznej. Na szczęście mieliśmy wybraną do porodu wspaniałą położną (zdecydowałam się rodzić z „prywatną” położną; przy drugim porodzie była już w moim mieście taka możliwość), która do porodów po cc podchodziła z optymizmem. Uważała, że jedyną znaczącą różnicą między porodem po cc, a normalnym porodem jest to, że w przypadku VBAC [w naszym kraju] nie wywołuje się ani nie wspomaga sztucznie porodu np. przez podanie oksytocyny, gdyż zwiększa to ryzyko pęknięcia macicy. „Jeśli poród rozpocznie się i będzie postępował normalnie, to nie czemu miałabyś nie urodzić?”

12 luty 2012, niedziela

Dzień ten widnieje w mojej karcie ciąży jako termin porodu. Nic się nie dzieje (oprócz nieregularnych napinań brzucha, które towarzyszyły mi prawie od połowy ciąży).

13 luty 2012, poniedziałek

Idę na wizytę do mojego lekarza, który mówi, że mogę czekać maksymalnie 5 dni na samoczynne rozpoczęcie się porodu. „Jeśli nie urodzi pani do piątku, proszę zgłosić się do szpitala”. Czuję narastającą presję i stres. Wiem przecież, że jeśli pojadę do szpitala bez postępującej regularnie akcji porodowej, trafię prosto na stół operacyjny. A to jest ostatnia rzecz, której bym chciała.

Widząc moje zdenerwowanie, mąż dzwoni do B., naszej położnej. Umawiamy się na spotkanie następnego dnia wieczorem.

14 luty 2012, wtorek

Wieczorem jedziemy do szpitala do B. Cóż za romantyczne walentynki! B. bada mnie i mówi, że moja szyjka robi się miękka i przygotowuje się do porodu. Dostaję zalecenie dalszego pojenia się herbatką z liści malin i … zrelaksowania się (Tylko ciekawe jak?!). B. zwraca także uwagę, że ktoś źle skalkulował mój termin porodu. To nie jest 12, ale 16 luty! Czyli tak naprawdę nie jestem jeszcze po terminie! To mnie troszkę pociesza.

15 luty 2012, środa

Wieczorem idziemy ze znajomymi na karaoke, żeby się wybawić zanim pochłoną nas nowe obowiązki rodzicielskie. Mam lekkie skurcze, ale nie są regularne.

16 luty 2012, czwartek

Mój prawidłowy termin porodu. Zaczyna mi odchodzić czop śluzowy. Wieczorem zaczynam mieć w miarę regularne skurcze, które przez noc stają się coraz intensywniejsze. Jestem podekscytowana! Całą noc chodzę po domu (tak jest najłatwiej znosić skurcze). Staram się oddychać głęboko, żeby moja dziewczynka miała jak najwięcej tlenu. Chyba pierwszy raz w życiu odczuwanie bólu sprawia mi radość! Z entuzjazmem czekam na każdy kolejny skurcz. Nie wiem czy tym razem się uda, ale cieszę się każdą minutą tego doświadczenia, którego tak bardzo pragnęłam, a które w całości straciłam poprzednim razem. Niestety, kiedy zaczyna świtać, skurcze ustają.

17 luty 2012, piątek

Trochę martwię się czy wszystko jest w porządku, dlatego kontaktujemy się z B., która zapewnia nas, że wszystko co się dzieje to pozytywne oznaki zbliżającego się porodu.

W ciągu dnia mam tylko kilka nieregularnych skurczy. Wiem, że piątek jest dniem, kiedy miałam zgłosić się do szpitala, ale przez cały dzień zwlekam, jakby mając nadzieję, że skurcze znów się zaczną i będzie z czym jechać. Wieczorem decyduję, że nie pojadę jednak na Izbę Przyjęć, tylko do na wizytę lekarską w przychodni. Mojego położnika już nie ma. Nawet się cieszę. Idę do innego lekarza. Zleca KTG. Na szczęście z dzidzią wszystko jest w porządku. Na USG też nie widać nic niepokojącego. Pytam o ilość wód płodowych (po poprzednim porodzie to moja zmora). Jest ich trochę poniżej normy, ale malutka ma pełny pęcherz. Jak się wysiusia, powinno być ok. Po badaniu wewnętrznym okazuje się, że mam rozwarcie na 2 place. To ekscytujące! Czyli poprzednia noc nie była bezowocna! Rozmawiam z lekarzem o naturalnym porodzie po cc. Przypadkiem uzyskuję cenną dla mnie informację – jeśli już zgłoszę się do szpitala, a dalej będę chciała rodzić naturalnie, będę musiała podpisać tzw. świadomą zgodę (papierek mówiący o tym, że znam ryzyko związane z VBAC i świadomie rezygnuję z opcji cesarskiego cięcia). Na koniec doktor życzy mi powodzenia i sugeruje czekanie najpóźniej do następnego dnia.

Wracamy do domu i kładziemy się spać. Po chwili budzą mnie skurcze. Scenariusz poprzedniej nocy powtarza się. Do rana spaceruję po domu w rytm całkiem regularnych skurczy. Ok. 6 rano  wszystko ustaje. No nie, znowu to samo! Ale przynajmniej mogę się trochę przespać.

18 luty 2012, sobota

Około południa skurcze powracają. Ale nie są częstsze niż co 15 minut i niezbyt regularne, więc nie chcę robić sobie nadziei i staram się je ignorować. Zaczynam świrować, że nie chcę iść do szpitala, bo w tej sytuacji na pewno zrobią mi cesarkę, więc Piotrek (mój mąż) dzwoni do B. i zamiast na Izbę Przyjęć mamy  pojechać do niej pod koniec jej dziennego dyżuru. Wcześniej idę pod prysznic i razem z mężem robimy sobie spacer do sklepu. Po drodze, mąż mierzy czas między skurczami. Jakkolwiek są teraz dość bolesne, to nie są zbyt regularne – czasem co 5 minut, a czasem co 15.

O 18 spotykamy się z B. Spotkanie z nią znów podnosi mnie na duchu. Mam dalej rozwarcie na 2 palce, ale B. mówi, że „poród wisi na włosku”. Robi mi KTG. Znów przed oczami mam poprzedni poród i to wyjące urządzenie. Boję się. Na szczęście z tętnem malutkiej wszystko jest dobrze. B. lekko masuje mi brzuch i zachęca niunię do wyjścia. Żegnamy się i wychodzimy. Kiedy stawiam się do pionu, czuję mocniejszy skurcz. „Coś czuję, że noc nie moja” rzuca na dowidzenia z uśmiechem B. I dodaje „Nie jedźcie windą, tylko zejdźcie sobie lepiej po schodach”.

Po wyjściu ze szpitala jedziemy na chwilę do teściów –  po domowy chlebek. Skurcze bolą. Teściowie mieszkają w wieżowcu, więc wykorzystujemy schody, żeby jeszcze „podkręcić” skurcze. Dwa razy schodzimy schodami w dół (koniecznie W DÓŁ!) – raz z 6, a raz z 10 piętra.

Od tego momentu robi się coraz intensywniej. W domu spaceruję po salonie przestępując z nogi na nogę, bujając się lekko na kolanach. Ten dziwny „taniec” pomaga mi znosić kolejne skurcze. Boli, ale cieszę się tą chwilą. Czekam z niecierpliwością na każdy kolejny skurcz. Pomiędzy skurczami czytam jakiś kolorowy plotkarski magazyn. W pewnej chwili starszy synek woła mnie, żebym się z nim położyła. Próbuję. Leżenie jest straszne! Nie dziwię się, że kobiety wspominają poród jak horror, jeśli były zmuszone do leżenia! Chcę do pionu! Chcę się ruszać! Tak jest o niebo lepiej!

Około 22 Piotrek idzie się przespać. Ja też usiłuję. Ale nawet leżenie na boku jest trudne do zniesienia. Skurcze są teraz silne i częste. Mam bóle krzyżowe. Opieram się o stojące obok naszego łóżka dziecinne łóżeczko i bujam się na stopach. Staram się oddychać głęboko. Pomiędzy skurczami, Piotrek masuje mi plecy.

Około północy skurcze są co 2 minuty i wydaje mi się, że nie ma między nimi przerw. Klęczę na podłodze i pojękuję. Podejmujemy decyzję, że czas jechać do szpitala. Piotrek dzwoni do B. Ubieram się i … skurcze ustają! Czyżby znowu scenariusz z poprzednich nocy? „Nie, nie mogę tak jechać!” myślę, „Przyjadę bez skurczy i zrobią mi cesarkę!” Jest mi straszni niezręcznie, ale mówię do Piotrka, żeby ponownie zadzwonił do B. i powiedział, że na razie jednak nie jedziemy. B. proponuje, żebym spróbowała się przespać. Tak też robię. Oczy mi się kleją. Ale nie długo mogę leżeć. Wkrótce wracają jeszcze intensywniejsze regularne skurcze.

19 luty 2012, niedziela

Około 1.30 decydujemy ponownie pojechać do szpitala. Piotrek dzwoni do B. Docieramy na Izbę Przyjęć około 2. Chwilę czekamy na przyjazd B. Nie chcę iść nigdzie bez niej. Skurcze są trochę mniej intensywne niż w domu.

2.20 przyjeżdża B. Załatwiamy formalności na Izbie i idziemy na salę porodową. Piotrek zostaje jeszcze na Izbie, żeby opłacić prywatną opiekę położnej. Martwię się, bo skurcze znacznie osłabły i rzadko się pojawiają. „Nie martw się, wrócą” pociesza mnie B. Przychodzi dyżurny lekarz, aby mnie zbadać. „3,5 palca, no prawie 4 palce rozwarcia”! Potem jeszcze tylko podpisanie tzw. świadomej zgody (Jak dobrze, że wiedziałam o tym wcześniej!) i lekarz wychodzi. Zostajemy z B. same. Zgadzam się na lewatywę. Moment później przychodzi Piotrek. Powoli powraca regularna akcja skurczowa. Spaceruję po sali. Próbuję pobujać się na piłce, ale jest mi niewygodnie. Drażni mnie też masaż. Wolę swój bujany „taniec” z nogi na nogę. B. podłącza mnie do bezprzewodowego KTG. Tętno jest w normie. Uff. Skurcze są silne, ale jeszcze nie tak częste jak przed wyjazdem z domu. Teraz przy każdym skurczu stoję pochylona do przodu opierając się o męża.

W pewnej chwili poczułam, że coś ze mnie wystaje. Mówię o tym B. Bada mnie . To chyba pęcherz płodowy. B. prosi, abym położyła się na łóżku. Mówi, że będziemy uczyć się przeć. „Jak to, już?” Jestem zaskoczona. Nastawiałam się jeszcze na co najmniej kilka godzin skurczy zanim będzie mowa o parciu.

Uczymy się. Z początku mi nie wychodzi. Poza tym źle mi leżeć na plecach. B. mówi, abym spróbowała kierować powietrze w dół brzucha, tak jak przy nurkowaniu. To porównanie bardzo mi pomaga – jako dziecko uwielbiałam nurkować. Zmieniam też pozycję. Najwygodniej jest mi klęczeć opierając się o podniesione do pozycji siedzącej łóżko.

Przy każdym skurczu prę 2 – 3 razy. Boli. Wkładam w to parcie całą swoją energię i w pewnym momencie mam wrażenie, że nie mam już siły. B. pozwala mi przez kolejne 2 skurcze odpocząć. Popijam Powerrade’a. I dalej do pracy! (Nie bez powodu w języku angielskim poród i praca określane są tym samym słowem „labour”).

Parcie nie trwa długo (jakieś 20 minut) ale to dla mnie zdecydowanie najtrudniejsza część porodu.  Słyszę swój krzyk podczas każdego skurczu. To jednak nie krzyk rozpaczy ani tortur. To krzyk wojownika albo sztangisty zdobywającego się na maksymalny wysiłek. Jest mi potrzebny. Czuję jakby dodawał mojemu parciu energii.

W końcu pęka pęcherz płodowy. Słyszę głos B. mówiący do słuchawki „Poród na (tu pada numer sali, którego już nie pamiętam)”. Jeszcze chwila i czuję piekący ból w okolicy cewki moczowej. Z moich ust wydobywa się jakieś „Au, jak to boli!” i… główka jest już na zewnątrz. B. prosi mnie o kolejne parcie. Działam jak automat. Nabieram powietrza i ….. wyskakuje reszta ciałka mojej córeczki. Jest 4.45.

Jestem tak oszołomiona, że nie jestem nawet pewna czy moja córeczka jest rzeczywiście dziewczynką czy nieJ. Powoli odwracam się, siadam na łóżku, biorę ją na ręce… i zakochuję się. Dopiero teraz zaczyna do mnie docierać, że UDAŁO SIĘ! URODZIŁAM! Ogarnia mnie EUFORIA. Czuję się jakbym zdobyła medal olimpijski.

Dopiero teraz widzę zauważam, że na sali jest jeszcze lekarz, druga położna i pielęgniarka noworodkowa. B. daje mi jakiś zastrzyk (oksytocyna) i przy kolejnym skurczu rodzę fioletowawy worek – łożysko.

Malutka zostaje zważona i zmierzona, po czym wraca do mnie. B. okrywa nas kołdrą i rozpoczynamy pierwszy posiłek. Druga położna i pielęgniarka noworodkowa wychodzą. Lekarz bada jeszcze moją bliznę po cc, gratuluje mi i też wychodzi. Wkrótce zostajemy sami – we trójkę: ja, mąż i nasza kruszynka. Siedzimy tak przez kolejne 2 godziny popijając wodę i zaspokajając wilczy apetyt, który mnie dopadł,  wszystkim, co mieliśmy w torbie (biszkoptami, sztanglem i grzybowymi BakeRollsami). B. od czasu do czasu do nas zagląda, by sprawdzić czy wszystko ok.

Około 6 przejeżdżamy na salę poporodową. Pielęgniarka z oddziału pyta B. po jakim jestem porodzie. „Naturalny, stan po cięciu, bez znieczulenia, bez nacięcia”. Jestem z siebie dumna! Jestem ogromnie wdzięczna B. Jestem szczęśliwa i spełniona.

Po przybyciu na salę poporodową idę pod prysznic. Miło zmyć z siebie trudy ostatnich kilku godzin.  Trudy, bo nie było łatwo i bezboleśnie, ale …. czuję, że chciałabym to przeżyć jeszcze raz! Potem kładę się do łóżka i, mimo trzech prawie nieprzespanych nocy, nie mogę zasnąć. Patrzę na moją malutką córeczkę, na zasypiającego na krześle męża i rozkoszuję się NAJPIĘKNIEJSZYM DNIEM W MOIM ŻYCIU.

P1090645

Poród naturalny po cięciu cesarskim – czy jest możliwy?

Na początek zapraszam do przeczytania artykułu Poród naturalny po cięciu cesarskim – czy jest możliwy?, który pokrótce pozwala zapoznać się z korzyściami płynącymi z naturalnego porodu po cc, czynnikami ryzyka związanymi z takim porodem, a także sposobami na zwiększenie szans powodzenia VBAC.

 

Poród drogami natury po 2 cięciach cesarskich w 42 tygodniu i 6 dniu ciąży (USA)

Dwa wcześniejsze cięcia cesarskie, ciąża mocno przeterminowana, kilka serii skurczy przepowiadających, narodziny dopiero po 15 godzinach od odejścia wód płodowych. Oto historia bardzo zdeterminowanej mamy, która pokonała wiele trudności, aby urodzić drogami natury. To także przykład wspaniałego lekarza-położnika, który podjął się wspierania tej mamy w jej decyzji o naturalnym porodzie po 2 CC.

 

Oryginał postu oraz zdjęcia na: http://birthwithoutfearblog.com/2012/05/22/vba2c-at-426-weeks/

„Trzeba troszkę dać, trzeba troszkę wziąć,

I pozwolić sercu troszeczkę pęknąć.

To historia miłości, to wspaniałość miłości.”[1]

Żeby opowiedzieć historię Bunni Larue, muszę przedstawić trochę wcześniejszych wydarzeń. Historie Sylvii Joleigh i Justusa Brooksa są skondensowane, ale podpowiedzą wam w jaki sposób podchodziłam do porodu Bunni.

Mój mąż i ja poznaliśmy się w chatroomie Yahoo w styczniu 2005 roku. On był w tamtym czasie żołnierzem służącym w Korei, ja zaś studiowałam w Nowym Jorku. Spędziliśmy parę miesięcy rozmawiając tylko przez telefon. W czerwcu 2005 roku pojechałam po raz pierwszy się z nim spotkać. Wydawało się jakbyśmy od zawsze byli razem. Pobraliśmy się w maju 2006 roku. Od tego czasu, mąż służył rok w Korei, dwa lata w Iraku i rok w Afganistanie. Byliśmy wydelegowani do Ft. Hood  w stanie Teksas i Ft. Richardson w stanie Alaska.

W jakiś sposób w tych miejscach byliśmy w stanie spłodzić 3 ukochanych dzieci. Zajęło nam półtora roku, żeby dać życie Sylvii. W pewnym momencie myśleliśmy nawet, że może nie będziemy mogli mieć dzieci. Więc nie posiadaliśmy się z radości kiedy okazało się, że jestem w ciąży. Mąż był na misji i przyjechał do domu na połówkowy urlop zaraz przed tym jak zaczął się poród. Sylvia urodziła się o 3.18 nad ranem, 18 grudnia 2008 roku, dokładnie w 39 tygodniu ciąży. Ważyła 3630g i mierzyła 48 cm. Miałam zapalenie błon płodowych, co doprowadziło do koniecznej nieplanowanej cesarki w znieczuleniu ogólnym i tygodniowego pobytu dziecka na Oddziale Intensywnej Terapii Noworodka. John [mąż] nie mógł być przy porodzie z powodu zastosowania nieczulenia ogólnego. Dzień po tym, wróciliśmy z Sylvią do domu ze szpitala, mąż musiał wracać na służbę do Iraku i nie widział jej aż do czasu gdy miała 6 miesięcy. Sylvia otrzymała imię po swojej babci. Sylvia to także bogini lasu i matka założycieli Rzymu – Remusa i Romulusa. Jo i Leigh to drugie imiona naszych matek.

W ciągu 6 miesięcy od powrotu Johna do domu znów zaszłam w ciążę! Jestem prawie pewna, że ten magiczny moment miał miejsce w noc pierwszych urodzin Sylvii… Następne 9 miesięcy było strasznie stresujące. Kilka razy przeprowadzaliśmy się, a John pojechał do Afganistanu dokładnie rok po powrocie z Iraku. Justus urodził się 59 minut po północy, 17 września 2010 roku, w 42 tygodniu ciąży. Ważył 3515g i mierzył 50 cm. Planowałam urodzić naturalnie w domu (HBAC[2]) w Nowym Jorku. Rodziłam w domu przez 48 godzin. Nie pamiętam dokładnie czasu, ale myślę, że miałam prawie pełne rozwarcie przez 7 godzin. Jednak moja szyjka zaczęła puchnąć przy 9.5 cm nie rozwierając się całkowicie. Kiedy moja położna przebiła pęcherz płodowy, wody były zabrudzone smółką. Biorąc pod uwagę kilka czynników, zdecydowałam się na transfer do szpitala i w końcu również na cesarkę. Okazało się, że synek był w ułożeniu potylicowym tylnym z główką przygiętą do barku i, jak mówiła moja mama, był 3 razy owinięty pępowiną. John był w okropnym punkcie w Afganistanie i w ogóle nie mógł być przy porodzie Justusa. Wrócił do domu tydzień później z powodu mojej cesarki i tego, że potrzebowałam pomocy. Potem nie widział swojego syna przez kolejne 10 miesięcy. Justus to bardzo stare łacińskie imię, a Brooks to drugie imię Johna.

„Trzeba śmiać się troszkę, trzeba płakać troszkę.

Aż w końcu chmury rozwieją się troszkę.

To historia miłości, to wspaniałość miłości”

Wiedzieliśmy, że chcemy kolejnego dziecka, ale nie przypuszczaliśmy, że stanie się to tak szybko. W  ciągu kilku tygodni od powrotu Johna z Afganistanu, znów zaszłam w ciążę.  Ani przez chwilę nie wątpiłam, że będę próbowała urodzić naturalnie (VBA2C[3]). Wiedziałam też, że z kilku powodów nie będę planować porodu domowego – jednym z tych powodów był fakt, iż miałam lekarza, który mnie wspierał [ w mojej chęci urodzenia naturalnie]. Wróciłam do pracy, żeby nie mieć czasu na myślenie [o porodzie].

Tak jak i poprzednio, moja ciąża przebiegała bez większych problemów. Jedyne co tym razem było inaczej, to to, że miałam różne wysypki skórne, swędzenie i alergiczną reakcję na mango. Zawsze miałam to szczęście, że omijały mnie takie problemy ciążowe jak wysokie ciśnienie czy  cukrzyca ciążowa. Nie dokuczały mi też zbytnio poranne mdłości. Nie brałam typowych ciążowych suplementów diety, za wyjątkiem witaminy C, D, witamin z grupy B i magnezu. Jedyne co z pieczołowitością robiłam, to regularne wizyty u chiropraktyka[4].  Z doświadczeń moich poprzednich porodów wiedziałam, że moje dzieci nie przyjmowały optymalnej pozycji do porodu. Co więcej, gdy zaczęłam chodzić do doktora Jen, wszystkie dolegliwości bólowe, jakie  miałam, zniknęły. Do końca ciąży przytyłam około 5,5 kg i miałam negatywny wynik badania na GBS[5]. I wtedy zaczęło się chorowanie!

W 40 tygodniu ciąży dopadła mnie jakaś infekcja żołądkowa, która mocno mnie wyczerpała. Wzięłam zwolnienie na kilka dni. Potem wróciłam na 1 dzień do pracy, czując lekkie łaskotanie w gardle. Myślałam, że to jakieś przeziębienie. Ale, wyobraźcie sobie, że nie! W 41 tygodniu ciąży miałam grypę! (Influenza typ A). Czułam się strasznie. Byłam bardzo, bardzo chora. Dzięki Bogu, prawie natychmiast zaczęłam brać Tamiflu[6], który skrócił czas trwania infekcji. Modliłam się, żeby malutka poczekała jeszcze kilka dni, aby mogła odzyskać siły. Mniej więcej w tym czasie zaczął odchodzić mi czop śluzowy. Na mojej 41-tygodniowej wizycie lekarskiej moja szyjka była w 50% zgładzona i miałam rozwarcie na 2 cm, ale nie miałam jeszcze żadnych skurczy. Wszystko było dziwnie spokojne „tam na dole”. Byłam wniebowzięta, bo to był etap, na który dotarłam dopiero po całej nieprzespanej nocy podczas porodu Justusa. Jednak po kilku dniach zaczęłam się siebie czepiać. Co drugi dzień miałam wykonywane KTG i z dzieckiem zawsze było wszystko ok. Mój położnik wspomniał o możliwości zastosowania cewnika Foleya [7]dzień przed upływem 42 tygodnia ciąży (jeśli bym chciała).

Minął piątek i …dalej nic! Poszłam na wizytę i zgodziłam się na cewnik. To był w sumie zmyślny wynalazek, który składał się z dwóch baloników – jednego umieszczonego z boku szyjki macicy, drugiego na zewnątrz. Lekarz wypełnił każdy z tych baloników 80 ml solanki i wysłał mnie do domu. Nie mogłam w to uwierzyć – wysłał mnie DO DOMU! Założenie cewnika nie było bolesne, ale siedzenie prosto z tym ustrojstwem nie należało do wygodnych. Gdy wróciłam do domu, po wcześniejszej wizycie w Wal-Marcie[8], miałam skurcze co 10 minut. Jednocześnie zaczęłam pić wywar z kory korzenia bawełny[9] oraz niebieskiego i czarnego cohoshu[10]. Cewnik miałam założony przez około 12 godzin. Potem upuściłam ok. 20 ml solanki i z łatwością go wyjęłam. Wiedziałam, iż to oznacza, że mam około 3-4 cm rozwarcia. Miałam skurcze przez całą noc, ale rano znów ustały.

42 tydzień ciąży. To był chyba najcięższy dzień z całych 9 miesięcy. Nigdy wcześniej nie byłam bardziej po terminie. Wiedziałam, że statystycznie szanse na naturalny poród coraz bardziej maleją. Próbowałam pocieszyć się myślą, że przecież nie jestem statystyką i moje dzieci potrzebują więcej czasu, ale naprawdę byłam przybita. Skontaktowałam się z moją doulą i zapytałam czy którakolwiek z kobiet, z którymi pracowała była tak bardzo po terminie? Odpowiedź brzmiała TAK. Była kobieta, która urodziła naturalnie dopiero po 43 tygodniu ciąży. Była również pod opieką mojego położnika, jej poród trwał 36 godzin, a dziecko ważyło 4990 g. I to także był poród drogami natury po 2 cięciach cesarskich. Poczułam się lepiej. Potem skontaktowałam się z inną koleżanką z ICAN[11], która urodziła dopiero po 42 tygodniu. Jej dziecko przyszło na świat w domu po 55 godzinach porodu. Cóż za inspiracja! Jeśli jej się udało, to mnie też się uda! Widać trzeba mi było poużalać się nad sobą dzień czy dwa, żeby w niedzielę poczuć się dobrze, zarówno fizycznie jak i emocjonalnie. Zaczęłam mieć podejście w stylu: „No to zobaczmy ile dzidzia ma jeszcze zamiar posiedzieć w brzuszku?” Przestałam pić jakiekolwiek zioła, dużo odpoczywałam i postanowiłam przez kilka dni nic nie robić.

W poniedziałek miałam KTG [a dokładniej test niestresowy[12]] w szpitalu. Z malutką było wszystko w najlepszym porządku. Nikt nie badał mnie wewnętrznie. Nie miałam ani jednego skurczu przez cały ten czas. Nikt jednak nie mówił o wywoływaniu porodu. Mój położnik pozostawił decyzję mnie. Chociaż raz czułam, że w pełni kontroluję decyzje dotyczące mojego ciała i mojego dziecka. We wtorek miałam przez cały dzień skurcze w odstępach co 15 minut. Zaczęły robić się co raz bardziej intensywne i wieczorem pojawiały się co 5-6 minut, ale były do zniesienia. Potem obudziłam się w środku nocy czując straszny głód i ciągle miałam skurcze. Jednak rano wszystko ucichło.

W środę mieliśmy wykonać profil biofizyczny płodu (test Manninga)[13]. Myślę, że to było to, co przystopowało moje skurcze. Zdenerwowałam się czy wszystko będzie dobrze z dzieckiem. Dostałyśmy 10 punktów na 10 możliwych. Ilość płynu owodniowego nie była zbyt duża, ale też nie najgorsza. Łożysko wykazywało pewne cechy starzenia, ale nie było to nic niepokojącego. Waga malutkiej została oszacowana na 3340 g. (Co ciekawe, w 39 tygodniu ciąży na wizycie konsultacyjnej u innego lekarza (szpital nakłonił mnie do odbycia takiej wizyty, gdyż odmawiałam ciągłego monitorowania płodu za pomocą KTG i uznano, że mój położnik nie straszy mnie wystarczająco ryzykiem jakie istnieje) wagę oszacowano na 3370 g.) Potem miałam wizytę u mojego położnika. Zbadał mnie i okazało się, że mam szyjkę zgładzoną w 75% i rozwarcie na 4,5cm! Tak! Wiedziałam, że to nie potrwa już długo i że prawdopodobnie kolejna seria skurczy już się nie skończy tak jak poprzednie]. Dr Elrod przyniósł olej rycynowy. Po wizycie zaopatrzyliśmy się w ten specyfik, który postawiłam na ladzie kuchennej  i wpatrywałam się weń z nadzieją, że samo patrzenie na niego wywoła u mnie poród.

Następnego ranka poszliśmy z Johnem na duże śniadanie do IHOP[14]. Zrobiliśmy też jakieś zakupy i kiedy wróciliśmy do domu była godzina 10.30. Postanowiłam spróbować oleju rycynowego. Zmieszałam 60 ml oleju rycynowego z 60 ml soku pomarańczowego i przełknęłam. To jest moment, od którego wszystko zaczęło się tocz ć szybko. Odczekałam 30 minut i znów zaczęłam popijać zioła  – jedna pipetka kory korzenia bawełny, jedna pipetka czarnego cohoshu; 15 minut przerwy; jedna pipetka kory korzenia bawełny, jedna pipetka niebieskiego cohoshu. I tak przez godzinę. Po oleju rycynowym prawie natychmiast przegoniło mnie do ubikacji[15]. Zanim wybiła godzina 12.30 (w południe) miałam lekkie skurcze co 5 minut. W głębi serca wiedziałam, że to już poród. Nagle skurcze zaczęły stawać się intensywniejsze. Do godziny 13.30 były co 3 minuty. Niektóre trwały nawet 2 minuty! Ale ja byłam trochę zdezorientowana. Mogłam bez problemu chodzić i rozmawiać podczas skurczu. Wszystko toczyło się szybko, ale intensywność akcji była jak najbardziej znośna. Postanowiłam zadzwonić po naszą opiekunkę do dziecka – tak na wszelki wypadek. John pojechał po Sylvię i Justusa do szkoły, a Skylar [opiekunka] przyjechała około 15.30. John zbierał jakieś ostatnie rzeczy, a ja siedziałam na skraju łóżka. Ciągle rozmawiałam i żartowałam podczas skurczy, i złościłam się, że wyjeżdżamy tak wcześnie, jednak intuicyjnie wiedziałam, że trzeba wkrótce jechać.

O 15.45 poczułam i usłyszałam jak coś we mnie pękło. Nie miałam wątpliwości, pękł pęcherz płodowy. Ale nie było żadnych wód. Wstałam i poczułam cienką strużkę. Dzięki Bogu wody były czyste! Modliłam się o to. Kiedy usiadłam na toalecie, odeszło mi dużo śluzu z krwią, lecz wód nadal było niewiele. Kiedy nadszedł kolejny skurcz zrozumiałam dlaczego. Mała była już nisko w kanale rodnym. To dodało mi energetycznego kopniaka! Od tego momentu też skurcze były częste i intensywne. Nie było mowy o chodzeniu czy rozmawianiu w ich trakcie. Pojękiwałam w czasie każdego skurczu powoli kierując się do samochodu.

To była najgorsza przejażdżka w moim życiu. John jechał szybko. Ruch był duży – jak zwykle o 16 w czwartek przy wyjeździe z Anchorage. Ciężko było mi się zrelaksować. Przyjechaliśmy do szpitala o 16.30 i poproszono nas o zaczekanie w holu. Poszłam do łazienki i zaczęłam wymiotować. Byłam spocona i trzęsłam się. Od tego momentu do około 22 wszystko pamiętam jak przez mgłę. Na początku mieliśmy okropną położną[16] i John szybko poprosił o jej zmianę. Nie pamiętam kto to powiedział, ale zawsze miałam w głowie takie zdanie: „ Jest duża szansa, że jeśli ty nie lubisz położnej, która się tobą opiekuje, ona również nie przepada za tobą. Różnica polega na tym, że ona nie może poprosić o zmianę pacjenta, którym się opiekuje, więc zrób jej przysługę i ty poproś o inną położną.” Wciąż nudziła o monitorowaniu [KTG], którego ja już nawet w tamtym momencie nie odmawiałam. Zgodziłam się na początkowy zapis KTG. Jedyne czego odmawiałam, to leżenie. Na szczęście nasza córeczka pięknie współpracowała i udało się złapać jej tętno, kiedy byłam w pozycji stojącej.

Przyszedł Dr Elrod i mnie zbadał. Szyjka była prawie całkowicie zgładzona, a rozwarcie wynosiło 5 cm. Dziwne, ale miałam to gdzieś.  Nie miałam czasu, żeby  o tym myśleć. Z perspektywy czasu, kiedy myślę o Inie May Gaskin i jej wywodom na temat odruchu zwieracza[17], dochodzę do wniosku, że  chyba właśnie ten odruch wtedy u mnie zadziałał. Byłam przestraszona, czułam się jak na wystawie. Był moment, kiedy tętno małej spadło podczas skurczu do 70 – 80. Dr Elrod nic nie powiedział, ale zauważyłam rysujący się na jego twarzy niepokój. Na szczęście tętno wróciło do normy jak tylko skurcz się kończył. Przez cały czas czułam, że z małą jest wszystko dobrze. Widzieliśmy, że ta deceleracja tętna zdarzyła się, kiedy pochyliłam się podczas skurczu, więc od tej pory starałam się stać prosto. Moja doula zachęcała mnie, abym mówiła do dziecka i nawiązywała z nim kontakt, zapewniając je, że wszystko jest ok. Nie raz wracałam do tego momentu [już po porodzie] i jestem wdzięczna Dr Elrodowi za jego opanowanie i pewność. Myślę, że gdyby to był jakikolwiek inny lekarz, pojechałabym prosto na cesarkę, mimo tego, że pewne deceleracje podczas skurczu są zupełnie normalne.

Jedyne czego chciałam to ukryć się w łazience… sama.  Myślę, że poród był bardziej zaawansowany niż wskazywało na to rozwarcie. Czułam taki ucisk jakbym nie mogła usiąść na tyłku. Skurcze były co 2-3 minuty i trwały przynajmniej 1,5 minuty. Niektóre miały też podwójny szczyt – pierwszy skurcz nadchodził, nigdy do końca nie mijał, po czym przychodził kolejny. Następny skurcz był normalny.

W końcu otrzymaliśmy salę. Założono mi wenflon. Krótko potem zaczęłam znowu wymiotować. Kiedy wymiotowałam, odchodziło mi dużo zabarwionego krwią śluzu. Miałam podpięte bezprzewodowe KTG, dzięki czemu cały czas mogłam się ruszać.  Potem weszłam do wanny, jednak nie przyniosło mi to takiej ulgi, jakiej oczekiwałam i jaką pamiętałam z porodu Justusa. Myślałam wtedy: jak ja w ogóle przetrwałam te 48 godzin rodzenia w domu  [przy porodzie Justusa]? Wydawało mi się, że teraz nie dam rady przetrwać nawet kolejnej godziny. Walczyłam ze skurczami, nie potrafiłam się rozluźnić i współpracować z własnym ciałem. Myślałam tylko o tym, jak szybko to wszystko się toczy. Poprosiłam o znieczulenie zewnątrzoponowe. Moja doula powstrzymywała mnie przez chwilę. Ja jednak znów poprosiłam. Byłam pewna, że tego chcę. Rozmawiałam i z moją doulą, i z Johnem. Potem przyszedł dr Elrod i zapytał dlaczego zmieniłam plan. Powiedziałam mu, że czuję, że walczę ze skurczami [zamiast z nimi współpracować] i że jeśli choć trochę udałoby mi się zrelaksować, mała wkrótce urodziłaby się. Wiedziałam też, że nie chcę leków narkotycznych. Wszyscy bardzo mnie wspierali, a John powiedział, że popiera moją decyzję, jeśli tylko nie będę miała potem wyrzutów. Byłam pewna, że chcę znieczulenie.

Najpierw dostałam kroplówkę z płynami. To trwało WIEKI! Potem anestezjolog dał mi niewielką dawkę znieczulenia, która nic nie pomogła. Zaczęło działać dopiero po dłuższej chwili. Zanim to nastąpiło, niemal wspinałam się po łóżku przy każdym skurczu. Były tak intensywne. W międzyczasie dostałam zastrzyk z lekiem przeciw mdłościom. (Zdecydowanie, wymioty to nieodłączna cześć każdego z moich porodów. Taka już moja uroda.) To wystarczyło, żeby złagodzić moje odczucia. W końcu, po czasie wydającym się wiecznością, intensywność skurczy zaczęła słabnąć.

Zaledwie godzinę po tym, jak znieczulenie zaczęło działać, poczułam silne parcie. Dr Elrod zbadał mnie. Miałam pełne rozwarcie, a główka dziecka była już bardzo nisko w kanale rodnym (2 cm poniżej kolców kulszowych). To było szybkie! W tym momencie wiedziałam, że podjęłam słuszną decyzję prosząc o znieczulenie. Kilka razy próbowałam przeć i doszłam do wniosku, że muszę odpocząć. Byłam wyczerpana i parcie było nieefektywne. Mała nie była jeszcze gotowa. Około 3 nad ranem ponownie spróbowałam przeć. Mała nadal nie była gotowa. Położyłam się spać. W tym czasie znieczulenie przestało działać.

O 6 rano nadszedł czas by rodzić. Na powrót czułam skurcze i ogromne parcie. Atmosfera była bardzo spokojna, tak jak sobie to wyobrażałam. Na sali byli tylko dr Elrod, położna, moja doula i John. Nie musiałam przeć na komendę. Światła były przygaszone. Próbowałam przeć [leżąc] przytrzymując się za nogi, ale najefektywniejsze było „przeciąganie liny” z położną. Ona trzymała ręcznik, a ja ciągnęłam go tak mocno jak tylko mogłam podczas skurczu. Miałam okropne bóle w krzyżu, które spowalniały mój wysiłek. Wydawało mi się, że poród nie za bardzo postępuje.

W końcu John powiedział, że widzi główkę. Przyniesiono mi lusterko, żebym ja też mogła ją zobaczyć. Dr Elrod na chwilę wyszedł, a ja parłam dalej z położną. Nagle poczułam jak mała ześlizguje się w dół. Położna aż podskoczyła, zakrzyknąwszy krótkie „Whoa!”, i przyłożyła dłoń do mojego krocza. To było dla mnie dziwnie śmieszne; co ona miała zamiar zrobić? Zatrzymać dziecko w środku? Główka małej była w połowie na zewnątrz, i powiedziałam, że przy następnym skurczu urodzi się. Zaczęłam płakać. Moja doula zaczęła mówić, abym się nie bała, ale nie o to chodziło. Ja naprawdę rodziłam. Robiłam to. Moja córeczka to robiła! Moje ciało to robiło! Nie musiałam nawet przeć! Wtedy poczułam jak pęka mi krocze.

Wszedł dr Elrod, a John próbował nałożyć rękawiczki.  Biedny facet, miał ubraną jedną rękawiczkę, a dr Elrod mówi: „ Chłopie, to twoje dziecko, lepiej ją złap!”. Dokładnie w tym momencie, John wcisnął drugą rękawiczkę na rękę a ja poczułam jak ramionka, nóżki i reszta ciałka malutkiej przesuwają się przez moją miednicę i wyślizgują na zewnątrz. O 6.49 rano mój mąż złapał naszą kruszynkę niczym piłeczkę i położył ją na moim brzuchu [mała zdążyła go do tego momentu obrobić smółką;)]. 15 godzin po tym, jak odeszły mi wody płodowe, i prawie 8 godzin po osiągnięciu pełnego rozwarcia, mój mąż przyjął poród naszej córeczki … nasz poród drogami natury po 2 cięciach cesarskich.

„ Póki jesteśmy razem we dwoje

Do nas należy świata korona.

A kiedy świat zamknie przed nami podwoje,

Będziemy mieć wciąż swe ramiona”

Czas się zatrzymał. To był najpiękniejszy moment w moim życiu. Malutka jeszcze nie oddychała, ale wiedziałam, że wszystko jest z nią w porządku. Nikt jej nie zabierał. Zostałyśmy przykryte kocykiem i zaczęliśmy małą wycierać i do niej mówić. Przyszła inna położna, jedna z moich ulubionych, i również zaczęła przemawiać do małej, tłumacząc jej, że musi zapłakać. Wiedziałam, że jest dobrze. Poczułam jak po raz pierwszy nabiera powietrza. Wydawało mi się jakbyśmy nadal były jednym, jej skóra przy mojej skórze, wciąż połączone pępowiną. Nigdy nie zapłakała. Pielęgniarka wreszcie powiedziała: „Oddycha prawidłowo, wszystko jest w porządku”. Udało się. Modliłam się wiele nocy, żeby udało nam się tego razem dokonać. Nie mogłam w to uwierzyć.

Pępowina szybko przestała pulsować. Zaskoczyło mnie to. Była całkowicie zwiotczała i biała. John przeciął ją. Wtedy powoli zaczęło do mnie docierać to co działo się w sali dookoła mnie. Czy ktoś odkręcił kran? „Czy to moja krew?” zapytałam. Słyszałam jak leje się z łóżka. Dr Elrod popatrzył na mnie i powiedział: „ Tak. Ariel, wiem, że nie chciałaś zastrzyku z oksytocyną, ale teraz naprawdę tego potrzebujesz! Nie chcę, żeby za parę minut konieczna była transfuzja krwi.” Traciłam bardzo dużo krwi i w tej euforii, w jakiej wtedy byłam było mi naprawdę wszystko jedno, co mi kto robił. Moja macica nie obkurczała się. Dostałam oksytocynę, a lekarz i położne energicznie masowali mój brzuch. Następnie dostałam zastrzyk z lekiem Methergine i krwotok zaczął ustawać. Jak się później okazało, straciłam około 4 filiżanek krwi. Dr Elrod wstał i podniósł do góry ręce: „ Popatrz, żebyś miała pogląd”. Był po łokcie umazany moją krwią. Lekko poparłam przy następnym skurczu i poczułam jak wyślizguje się ze mnie ciepła, miękka tkanka łożyska. Poprosiłam, żeby mi je pokazano. Było duże i wyglądało zdrowo. Nic dziwnego, że malutkiej było dobrze w brzuszku.

Trzymałam ją skóra do skóry i karmiłam przez około 2 godziny zanim zaczęła zżerać mnie ciekawość. Instynktownie wiedziałam, że była najmniejsza z wszystkich moich dzieci. Chciałam wiedzieć ile waży. Pielęgniarka wzięła ją do zważenie i zmierzenia. Ważyła 3200g i  miała 51 cm długości. Była moim najmniejszym [wagowo], ale jednocześnie najdłuższym dzieckiem! Pielęgniarka delikatnie ją umyła. Wyraźnie podobało jej się mycie włosów, a ja z przyjemnością patrzyłam jak moja mała dziewczynka jest pielęgnowana.

Otrzymała imię Bunni – jest to skrócona forma od imienia bogini Bereniki czyli Przynoszącej Zwycięstwo. Jej drugie imię Larue to drugie imię mojej babci.

Podsumowując, nie wszystko poszło zgodnie z planem, ale byłam na to przygotowana. Poszło dokładnie tak, jak miało pójść. Długo zwlekałam z napisaniem planu porodu, bo sama do końca nie wiedziałam, czego chciałam. W głowie miałam tylko dwa punkty: poród drogami natury i zdrowe dziecko. Nic innego nie miało znaczenia i niczego nie żałuję. Po porodzie pytałam siebie niemal każdego dnia „Czy żałuję, że wzięłam znieczulenie?”. Odpowiedź brzmiała zawsze: „Nie, ani trochę nie żałuję”. Jedyne, czego żałuję, to to, że nie pojechałam do szpitala, kiedy moja mama mi to sugerowała (kiedy nie byłam jeszcze pewna czy na pewno już rodzę, bo wciąż mogłam chodzić i rozmawiać podczas skurczy). Miałam awersję do szpitali, a w sumie było fantastycznie! Szkoda, że nie miałam trochę więcej czasu na początku, żeby oswoić się z tym, co się działo i złapać wewnętrzną równowagę, zanim skurcze stały się tak bardzo intensywne. To czego ten poród najbardziej mnie nauczył, to to, jak istotne jest wsparcie ludzi, którzy ci towarzyszą.  Gdyby nie mój położnik nie wiem czy udałoby mi się urodzić drogami natury po 2 CC.  Zwłaszcza, że malutka czekała, aż do 42 tygodnia i 6 dnia ciąży. Nie znam żadnego innego lekarza, który w takiej sytuacji wspierałby mnie [i nie nalegał na cesarkę]. Jestem szczęśliwą mamą i z podekscytowaniem czekam na to, co przyszłość przyniesie dla naszej małej „bogini zwycięstwa”.

Oryginał postu oraz zdjęcia na: http://birthwithoutfearblog.com/2012/05/22/vba2c-at-426-weeks/

Lekarz, który przyjmował poród opisany w powyższej historii to Dr. D. Glen Elrod z Sleeping Lady Women’s Health Care in Wasilla, Alaska (http://www.sleepingladywomenshealthcare.com/index.html)

 


[1] Fragment piosenki „The Glory of Love”.

[2] Home Birth After Cesarean – Domowy Poród po Cięciu Cesarskim.

[3] Poród Siłami Natury po 2 Cięciach Cesarskich.

[4] Chiropraktyka – dziedzina medycyny niekonwencjonalnej koncentrująca się na diagnozie, leczeniu i zapobieganiu urazom narządów ruchu, szczególnie kręgosłupa. Korzyści stosowania chiropraktyki podczas ciąży to m.in. zredukowanie dolegliwości bólowych kręgosłupa i stawów, a także wspomaganie optymalnego ułożenia płodu do porodu.

[5] Group B Streptococcus – rodzaj paciorkowca występujący dość powszechnie u człowieka; niegroźny dla dorosłych, niebezpieczny dla płodu i noworodka; więcej na: http://www.paciorkowiec.pl/2001.html

[6] Preparat stosowany w leczeniu grypy.

[7] Cewnik Foleya zwyczajowo używany jest do udrożniania pęcherza. Przypomina rurkę zakończoną balonikiem. Warunkiem koniecznym do zastosowania tej metody podczas porodu jest rozwarcie kanału szyjki co najmniej na grubość cewnika (najlepiej ok. 1 cm.). Wypełniony solą fizjologiczną balonik pozwala mechanicznie rozwierać szyjkę, zarazem zachęcając organizm do uwolnienia naturalnych prostaglandyn. Metoda jest tania, wygodna i bezpieczna. Nie może być jednak stosowana w przypadku przodującego lub nisko usadowionego łożyska, krwawienia z szyjki macicy, wcześniejszego odpłynięcia płynu owodniowego, stanów zapalnych pochwy. (Zaczerpnięte z http://m.poradnikzdrowie.pl/ciaza-i-macierzynstwo/porod/bezpieczne-metody-wywolywania-porodu_36624.html).

[8]Popularny  amerykański supermarket.

[9] Korę bawełny stosuje się w medycynie jako środek powstrzymujący krwawienie. Stwierdzono, że gossypol z kory korzeni jest środkiem przeciwwirusowym, likwidującym obrzęki i gojącym rany. Nalewkę ze świeżej kory korzeni stosuje się w homeopatii przy bezpłodności, zatruciach ciążowych i zakłóceniach w regularności miesiączkowania. (Zaczerpnięte z http://www.huuskaluta.com.pl/marekc/parfleche03.php)

[10] Black Cohosh – egzotyczna roślina, pobudza powstawanie nowych włókien podporowych utrzymujących jędrność i napięcie skóry. Więcej: http://depilacjakrakow.blox.pl/2009/10/Black-Cohosh-kiedys-w-Ameryce-teraz-u-nas.html.

[11] International Cesarean Association Network – organizacja non-profit, której misją jest polepszenie zdrowia matek i dzieci poprzez zapobieganie niekoniecznym cesarkom, wsparcie w rekonwalescencji po cięciu cesarskim i promowanie naturalnego porodu po cięciu cesarskim.

[12] ciągły 30 minutowy zapis KTG

[13] Zestaw nieinwazyjnych badań płodu określający stan płodu na podstawie pięciu parametrów biofizycznych: czynności serca płodu (FHR), napięcia mięśniowego płodu, ruchów płodu, ruchów oddechowych płodu, ilości płynu owodniowego.

[14] Popularna restauracja w USA.

[15] Olej rycynowy ma działanie przeczyszczające.

[16] W oryginale „pielęgniarkę”, gdyż na porodówkach w szpitalach w Stanach Zjednoczonych pracują tylko lekarze i pielęgniarki, nie zaś położne („midwives”). Jednakże tamtejsze pielęgniarki spełniają podobne zadania jak położne w polskich szpitalach, stąd też zastosowanie tego słowa w tłumaczeniu.

[17] Prawo zwieracza sformułowane przez słynną amerykańską położną Inę May Gaskin mówi o tym że szyjka macicy oraz pochwa, tak samo jak zwieracze wydalnicze, działają najlepiej w atmosferze intymności, nie podlegają zbytnio sile woli i mogą się nagle zacisnąć (nawet jeśli wcześniej były rozluźnione) pod wpływem stresu, strachu lub zawstydzenia. Więcej na ten temat w książce Iny May Gaskin „Poród naturalny”.