Archive | Wrzesień 2013

Dluuugie narodziny Mateuszka – dla pokrzepienia serc czekających:) (UK)

Niekorzystne ułożenie maleństwa nie zawsze musi oznaczać cesarkę. Czasem wystarczy umiejętna pomoc lekarza i mama może urodzić tak, jak tego pragnęła. Oto historia Edyty, która swojego synka urodziła na wyspach brytyjskich:

Na poczatku moze wyjasnie ze sam poród nie był dlugi…. lecz kochane skurcze przepowiadajace meczyly mnie prawie tydzien….
Nic nie zapowiadało takiego obrotu sprawy bo przy Kacprze nie mialam zadnych naturalnych skurczy a urodzil sie po 3 dniowym wywoływaniu i koncowo cc w 42 tyg ciazy….
Jestem osoba bardzo wierzaca i bardzo sie modlilam o szanse naturalnego porodu. Ugadałam sie z duszyczkami czysccowymi ze ofiaruje bol porodowy za nie jezeli sie samo zacznie. No ale sie nie zaczynało. Termin na 6 wrzesnia. Glupia lekarka dyszaca mi na karku ze jak sie nie zacznie do 6 to musimy podjac decyzje o cc. Zdolalam ja przekonac ze nie urodze do 6 bo wiem kiedy zaszlam w ciaze i ze data z usg jest naciagana. Zgodzila sie od razu poczekac do 12 wrzesnia i uzgodnilysmy ze jak sie nie ruszy to sprobujemy masazu szyjki zanim potniemy. Spadłmi kamien z serca i sie jakos przestałam przejmowac… bo przeciez jeszcze 2 tygodnie do 12 wrzesnia….

30 sierpnia zrobilam sobie kapiel bąbelkową z wyciagami i olejkami z lawendy, szalwii kwiatu pomaranczy i takich tam jeszcze….
31 piatek zaczal mi odchodzic czop. Woow! Nigdy tak nie mialam! Potem skurcze co 10 min w sobote w nocy, niedziele, itd itd, przychodzily, odchodzily bolały, czasem nie. W srode o 5 rano zadzwonilam do szpitala ze chce zabukowac cesarke bo nie spalam od soboty i mam okropne skurcze i juz nie dam rady… Kochana pani polozna powiedziala bym wziela paracetamol i ciepla kapiel, ze robie dobrze czekajac na porod naturalny i ze jezeli chce cc to musze zadzwonic o 11 jak beda wszyscy lekarze… I tak o 6 rano wszystko przeszlo… Czulam sie rewelacyjnie, bawilam sie z Kacprem i chodzilismy do parku. Skurcze wracaly tylko w nocy ale dalo sie przezyc.

W piatek rano od 8.30 znowu skurcze. No to na pilke, potem prysznic i paracetamol. Ale jakies takie inne byly i dawaly w kosc i czulam ze sa czesciej niz 5 minut. Zaczelam liczyc i przez godzine byly juz co 2-3 minuty. Dzwonie ze jade. Polozna mowi ze slyszy po moim glosie ze rodze  Jeszcze kilka telefonow i pojechalismy. Dojechalismy na 12. O 12.30 poprosilam polozna by mi sprawdzila rozwarcie bo chce wiedziec czy tym razem rodze na prawde. Szyjka cienka jak papier i 5 cm rozwarcia!!!  (  wiesiolek wiesiolek wiesiolek )
Pozniej juz lecialo. Maz masowal plecy tak jak zalecała nasza forumowa Marta Milon na Dzieci sa wazne. Cudo. Polozna w szoku ze ja wszystko bez znieczulenia. Pomagala wizualizacja. Wodospad i woda w jaskini nie bardzo ale otwierajacy sie kwiat lotosu i calineczka tak tak tak…
Ok 15 zaczelam sie drzec na Lukasza ze zle mi zawiazal wlosy i zeby przestal mi naciagac koszule na pupe przy masowaniu…. Ja wolałam tak z gołą gonic  Polozna sie zaczela smiac ze chyba sie zblizamy do 10 cm patrzac na moje nerwy….  Poprosilam by mnie drugi raz sprawdzila i jest! 10 cm! Musiala sciagnac jakac ”warge szyjki??” ale umiejetnie to zrobila.

Partych nie czulam w ogole. Mowie do niej ze ja nigdy partych nie mialam. Utwierdzala mnie ze przyjda i ze bede wiedziala ze to to. Byla to jakas ulga ze juz nie boli i szczerze jak juz mialam parte to nie bolaly. Byly taka wlasnie ulga.

Parłam dlugo, w koncu przyszla lekarka i mowi ze ”Time is ticking” i ze sie martwi juz o moja blizne. Wymacala ja, jest ok ale i tak nie podobalo mi sie patrzenie na zegarek, szczegolnie ze dziecko mialo sie caly czas dobrze.

Przyszla potem znowu i chciala wymacac ulozenie Mateuszka. Bolało jak cholera! Stwierdzila ze jest niefajnie ulozony. Plecy do pleców i idzie pierwsze twarza i zablokowal sie czołem o moja kość łonową. Ze przygotuja sale operacyjna i obróca go kleszczami a jak to nie wyjdzie to cc…… Kurka tak blisko.

Wrocila za chwile i mowi ze jest jakas nagla sytuacja na operacyjnej, ze wezma mnie za pol godziny i ze mam juz nie przec  No sorry ale to na prawde boli. Polozna powiedziala ze moge troszku przec i ze to pomoze doktorom.. Parlam sobie wiec malutko… Znow wrocila ze sala dalej zajeta. Zebym czekala. W koncu wpadla fajna pani doktor portorykanka i mowi ”Let’s have this baby delivered!” Robimy to tu na lokalnym znieczuleniu w krocze i gazie. Wszystko szlo szybko. Bol niesamowity i ogromnie musialam przec ale 1.Odwrocili go, 2. Glowka. 3. Cialko.
I dzidzius na moim brzuchu caly mokry i cudowny. Spelnienie moich marzen!!!
Byl to piatek 7/9/12 godzina 19.00. Lezalam tak w szoku mowiac do niego dzidzius bo tak polozyli ze nie widzialam co mamy! Polozna go odwrocila i jest. Synek! Chwila niezapomniana i warta wszystkiego!

Długa opowieść o długim powitaniu Krzysia (Łódź)

Czasem poród bywa długi i intensywny, choćby ze względu na mniej optymalne ułożenie maleństwa. To jeden z momentów, kiedy znieczulenie zewnątrzoponowe jest prawdziwym błogosławieństwem pozwalającym mamie na odpoczynek konieczny, aby „dokończyć dzieła”. Zapraszam do przeczytania inspirującej historii Agaty:

prolog:

21 miesięcy temu przez cesarskie cięcie „na zimno” (ze wskazań okulistycznych) urodził się Janek. Dziś – ku mej radości – tamte wskazania do cc są już nieaktualne, więc zdecydowałam, że podejmę próbę porodu drogami natury. Bałam się, a jakże, i to jak! Przez całą ciążę dawkowałam sobie wiedzę dotyczącą porodu, przekonywałam większość świata (z ginekologami na czele, niestety), że wiem, co robię, wysłuchałam i przeczytałam setki porodowych opowieści, obejrzeliśmy z M. dziesiątki filmików na YT, odwiedziliśmy kilka porodówek, żeby zdecydować, gdzie będzie nam najprzyjaźniej, wreszcie umówiliśmy się z położną, którą wybraliśmy, by towarzyszyła nam w porodzie.

piątek, 24:00, 9 dni po „oficjalnym” terminie, za to mniej więcej równo z terminem nieco mniej oficjalnym:

Wlokąc się od komputera do łazienki czuję coś nowego – mocny ból w podbrzuszu, trwający dobrych kilkadziesiąt sekund. Myję się i idę do łóżka, wierząc, że jak mam zacząć rodzić, raczej tego nie prześpię.

Noc mija zaskakująco spokojnie, po raz pierwszy od wielu tygodni śpię twardo, nie muszę latać co pół godziny do łazienki jak kot z – nomen omen – pęcherzem.

sobota, 5:00:

Budzi mnie taki sam ból w podbrzuszu. Mam przeczucie, graniczące z pewnością, że oto zaczyna się rodzenie Krzysia. Podekscytowana nie mogę spać, sięgam po kindla, czytam (albo wydaje mi się, że czytam, bo w sumie to nie pamiętam nic z tej książki), zerkając co chwila na zegarek i czekając na kolejne skurcze. Do 6:00 pojawiają się jeszcze trzy, dalej znów dość regularnie co 20, potem co 15 minut.

Budzi się starszy synek, mąż idzie się nim zająć, w przelocie uprzedzam go, że chyba dziś przywitamy Krzysia.

Śniadanie, nocnik, czytanie książek z Jankiem, dopakowywanie szpitalnej torby, ciepła kąpiel na sprawdzenie, czy skurcze się nie wyciszą (nie wyciszyły się, za to odkryłam, że w wodzie są znacznie bardziej do zniesienia). Telefon do mamy, żeby przyjeżdżała – ktoś musi zająć się Janeczkiem.

sobota, 9.30:

Przy skurczach co ok. 10 minut telefon do położnej Doroty – przyjmuje właśnie poród domowy, być może nie zdąży do nas dotrzeć (liczyliśmy się z tym), wysyła nas do szpitala na badanie.

Do szpitala docieramy jakoś między 11 a 12, pół godziny ktg (na worku sako:)), podczas którego z trzech „skurczybyków” (zaczynają być coraz mocniej odczuwalne) zapisuje się tak naprawdę jeden, zero rozwarcia, położna odsyła nas do domu, mamy wrócić, jak skurcze będą co 5 minut i taki stan utrzymywać się będzie od min. 2 godzin. Dorota przez telefon dorzuca jeszcze: odpoczynek, kąpiel, a jak będzie przypływ energii – kilka kursów po schodach w dół.

Obiad, kąpiel, schody, kąpiel, drzemka z Jankiem (połączona z karmieniem piersią – mam wrażenie przyspieszenia i wzmocnienia skurczy). Ból staje się coraz bardziej dotkliwy, zaczynam wydawać z siebie pojękiwania i postękiwania, skurcze zagęszczają się.

Czujemy się trochę pogubieni, bo – choć mocne i bardzo regularne – wydają nam się nieco za krótkie w stosunku do tego, co mamy wtłoczone do głowy, a może po prostu źle mierzymy, a może po prostu nie ma na to reguły…

sobota, 19.30:

Od ponad 2 godzin co 4-5 minut zwalają mnie z nóg silne skurcze, żegnamy się zatem z rodzinką i ruszamy do szpitala. Ktg ok, ale nadal zero rozwarcia. Zatrzymują mnie jednak na sali przedporodowej ze względu na „figury, jakie nam tu pani prezentuje przy tych boleściach” (a po cichu dodają, że jak w domu jest małe dziecko, to lepiej, żebym tu w nocy hałasowała, i to mnie w sumie przekonuje). Mam wrażenie, że w spojrzeniu położnej jest coś w rodzaju: „Oj dziecko, chyba byś już bardzo chciała urodzić, a to na pewno jeszcze nie to!” – werbalizuje to zresztą lekarz, który za jakiś czas wpada do mnie na salę.

Nikt mi nie wierzy, każą spać. Gratuluję pomysłu – ból staje się powoli naprawdę męczący…

Boję się tej nocy, „nasza” położna Dorota jest na dyżurze w innym szpitalu, może przyjechać dopiero rano. Mąż pogłaskuje mnie co jakiś czas i w bezsilności przysypia na krzesełku. Ja skręcam się już co 3-4 minuty. Co 2-3 godziny mam ktg i badanie – wciąż rozwarcia brak, choć jakoś nad ranem szyjka zaczyna się centrować. Położna cały czas ochrzania mnie, że nie śpię, a ja mam ochotę ją zjeść ze złości! Łzy lecą mi ciurkiem, zmęczenie i ból dają ostro w kość. Jeszcze wieczorem dzwonię do Magdy, doświadczonej matki. Kochana, empatyczna osoba – zamyka się w łazience, żeby nie pobudzić trójki swoich dzieciaków i funduje mi najważniejszą terapię w życiu. Przestaję się mazać, zaczynam porządnie oddychać, poruszając się zgodnie z instrukcjami Magdy (potrzebne mi to było bardzo, choć przecież doskonale teoretycznie wiedziałam, co robić). Noc spędzam ze słuchawkami w uszach (Nosowska:)), chodząc po sali jak bocian, opierając się o parapet i kołysząc biodrami, czasem padając na kolana w szczególnie dotkliwym skurczu. Ok. 4 wysyłam M. do domu, żeby chociaż on złapał trochę snu – lepiej się czuję sama w swoim bolesnym roztańczeniu w ciemności.

niedziela, 6:30:

Tuż przed zmianą personelu położna przychodzi po zapis ktg i robi mi kolejne badanie. Im głębiej wsuwa palec, tym szerzej otwiera oczy – 4 centymetry! Po ponad dobie regularnych skurczów, zaczęłam „oficjalnie” rodzić, można mnie przenieść na porodówkę, mam dzwonić po męża i Dorotę i szykować się na działanie (jakbym dotąd leżała i pachniała, hahaha!)

niedziela, 9:00:

Przyjeżdża Dorota i bierze nas w obroty. Wszystko zaczyna nagle przyspieszać. Mam lekkie mroczki przed oczami – za mną długi dzień, nieprzespana noc i dużo bólu. Dalszy ciąg pierwszej fazy porodu staramy się przeżyć aktywnie – spacery po sali, bujanie na piłce, co jakiś czas szybki nasłuch ktg. Dorota zauważa, że mój brzuch jest bardzo niesymetryczny – okazuje się, że Krzyś ułożony jest mocno skosem. Co jakiś czas kładę się więc na prawej stronie, głaszczemy malca, żeby „spłynął”, ale niewiele to daje. Później dowiemy się, że to właśnie dlatego tak długo miałam skurcze bez rozwarcia – dziecko nie wstawiało się w kanał rodny pionowo, tylko ukośnie, zapewne pomogłam mu „wcelować” tym nocnym chodzeniem i bujankami.

niedziela,  10:30:

Siedzę na piłce, już nie powstrzymuję skurczowych okrzyków, drę się jak zarzynane zwierzę. Dorota proponuje przebicie pęcherza płodowego – mam dużo wód, więc macica nie pracuje na pełnych obrotach, bo jest… pełna wód. Jestem bardzo zmęczona, to może pomóc, więc wyrażam zgodę. Przebicie jest zupełnie bezbolesne, tylko uczucie wylewania się ciepłego płynu trochę dziwne. M. kuca za mną i pomaga mi bujać biodrami pomiędzy skurczami, przytula, kiedy płaczę z bólu. W pewnym momencie mam wrażenie, że odlatuję, nie wiem, czy zasypiam, czy mdleję. M. zauważa, że od jakiegoś czasu zupełnie zesztywniałam i nawet na siłę trudno mu mnie kołysać. Po szybkim rozważeniu za i przeciw (jest 5-6 cm, najgorsze i najdłuższe za nami, ale jeszcze mnóstwo wysiłku przede mną), decydujemy się na znieczulenie.

Wbijanie cewnika w kręgosłup i czekanie (=leżenie płasko), aż epidural zacznie działać wspominam chyba najgorzej z całego porodu – żadna to przyjemność, biorąc pod uwagę, że co 2-3 minuty szarpały mną skurcze. Ale jak już wreszcie mnie znieczuliło, zrozumiałam, jak bardzo tego potrzebowałam. Nie miałam „dolewki”, wystarczyła mi godzina leżenia i nieczucia  praktycznie żadnego bólu, żeby trochę się zregenerować. Wyluzowałam się do tego stopnia, że w ciągu kilkudziesięciu minut osiągnęliśmy pełne rozwarcie, akurat wtedy kiedy znieczulenie przestało działać, czyli idealnie.

niedziela, 11:50:

Zaczynamy jazdę bez trzymanki pt. druga faza porodu, czyli arie operowe i pieśni plemienne przy bólach partych.

Prę w kucki, wisząc na drabince, siedząc na kibelku jak na leżaku, znowu w kucki, wreszcie, kiedy opadam z sił – leżąc na boku. Boli jak diabli, z tego bólu mam momentami problemy z prawidłowym oddychaniem (na szczęście Dorota i mąż bardzo mnie pilnują i wspierają, żebym nie wrzeszczała nieefektywnie). Z każdą chwilą czuję, że Krzyś jest coraz niżej, że już niedługo się spotkamy, co dodaje mi sił do dalszego parcia, choć – jak się okaże –będzie ono trwać aż dwie godziny.

Ból staje się coraz silniejszy, już nie tylko taki „z głębi”, ale i czysto powierzchowny, namacalny – czuję jak rozciąga mi się skóra, piecze. Leżę na boku z nogą do góry, odmawiam przejścia w kucki (ja, która twierdziłam, że tak właśnie urodzę!!!), bo czuję, że każda większa zmiana wytrąci mnie z transu rodzenia. Nie pozwalam M. podać mi wody, nie chcę dotknąć główki, gdy Dorota pyta, czy Janek też miał takie czarne gęste włoski, chcę tylko mieć już Krzysia w ramionach. Wobec mojego oporu w kwestii zejścia z łóżka, Dorota robi jakieś okołsprzętowe czary-mary i nagle siedzę na samym skraju fotela z nogami w dół, ona na podłodze (a może niskim stołku?), jedno mmmmocne parcie, a potem mam już tylko zdmuchnąć sto urodzinowych świeczek. M. (który zarzekał się, że będzie cały czas siedział przy mojej głowie, bo raczej nie ma ochoty obserwować centrum akcji), trzyma mnie za rękę i mocno odchyla się, gapiąc się rozradowanymi oczami między moje nogi. Czuję bardzo mocne rozepchnięcie, dmucham te urodzinowe świeczki (jest ich naprawdę ze sto – niech nam żyje Krzyś długo i zdrowo!), czuję ulgę, chociaż coś dużego wciąż powoli wyślizguje się ze mnie…

niedziela, 13:47:

Dorota podaje mi na brzuch Krzysia, mojego drugiego synka. Mały po chwili cicho skrzeczy, ale zaraz skupia się na czymś innym – wyczuł, że bar mleczny jest bardzo blisko:)

Otulamy go pieluchami, patrzymy jak zaczarowani. Otwiera oczy, cmoka, ma dość mocno zniekształconą (na skos, rzecz jasna) główkę, ale potem okaże się, że to wyrówna się dosłownie w okamgnieniu.

Pępowina powoli przestaje tętnić, M. ją przecina. Karmię Krzysia, tulimy go razem. Gdzieś pomiędzy tym wszystkim rodzę łożysko (wyskakuje jak z procy, cóż to dla mnie za wysiłek;)), Dorota zaszywa malutkie pęknięcie (pierwszego stopnia). Po prawie 2 godzinach M. z Dorotą idą zmierzyć i zważyć Krzysia: 3900 g / 59 cm. Schodzi się reszta personelu, żeby nam pogratulować. Czuję ich podziw, a od tego lekarza, który wieczorem mówił, że to jeszcze nie poród, słyszę coś w rodzaju przeprosin.

Rodziłam tak długo, bo Krzyś witał nas nie dość, że skosem (wydłużenie 1. fazy porodu), to w dodatku buzią do góry, czyli w ułożeniu potylicowym tylnym/”twarzyczka pod spojeniem” (wydłużenie i utrudnienie fazy parcia, często kończące się niestety cc lub kleszczami). Na szczęście nie wiedziałam o tym, bo zblokowałabym się pewnie na amen. Położna monitorowała często słuchawką akcję serca małego, chyba zdążyła powiadomić lekarza (mam wrażenie, że niebieski fartuch często migał w drzwiach jakoś pod koniec), ale ja do końca parłam w słodkiej nieświadomości, i bardzo się z tego cieszę.

Moje ciało wie, jak rodzić (Warszawa)

Noworodek może urodzić się bez płaczu, a mama może mieć cudowny poród wydając na świat dziecko ważące 4700g! Tak, po cesarce! Czasem dobrze, że USG myli się w szacowaniu masy płodu przed porodem. W innym razie, Kinga byłaby pewnie namawiana do poddania się powtórnie operacji cięcia cesarskiego. Oto jej inspirująca historia:

Cała historia zaczęła się cztery lata temu, kiedy urodziła się nasza córka. Mimo że planowałam poród naturalny i do niego się przygotowywałam, los okazał się złośliwy i po 18 godzinach skurczy, w obliczu mojej gorączki, rosnącego CRP i spadającego tętna dziecka, zdecydowano o cięciu.

Płakałam, gdy mnie wieziono na salę, płakałam i długie miesiące po porodzie. Czułam, że własne ciało mnie oszukało. To nie tak przecież miało wyglądać. Długo dochodziłam do równowagi emocjonalnej, dużo czasu zajęło mi pogodzenie się z takim, a nie innym przebiegiem porodu. Cięcie obwiniałam o wszystkie problemy – głównie o to, że dużo, stanowczo za dużo czasu zajęło mi nawiązanie prawdziwej więzi z córką i pokochanie jej.

Gdy po ponad trzech latach znowu zaszłam w ciążę, marzyłam o tym, żeby tym razem było inaczej. I podjęłam działania, by tak się stało. Niemal od razu umówiłam się z położną, która nie boi się porodów po cięciu, regularnie się z nią spotykałam, dzieliłam obawami i szukałam odpowiedzi na wątpliwości. Przeczytałam chyba wszystko, co było do przeczytania o porodach naturalnych, o porodach po cięciu, o tym, jak się do nich przygotować. Zadbałam o higienę psychiczną – czytałam tylko dobre historie porodowe, ćwiczyłam jogę, powtarzałam sobie niemal do znudzenia, że moje ciało wie, jak rodzić, że to nie ono poprzednio mnie zawiodło. W końcu w to uwierzyłam.

Koniec drugiej ciąży był nerwowy – w pierwszej przeterminowałam się cudnie, a tym razem przeterminowanie wybitnie nie było mi na rękę z kilku powodów. Po pierwsze moja położna wyjeżdżała na urlop i miała ją zastąpić inna, którą mniej znałam, po drugie lekarze najchętniej wówczas indukowaliby poród, a tego chciałam uniknąć, jako że byłby to według mnie początek drogi na stół operacyjny.

Jednak i tym razem potomek się nie spieszył. Czekały mnie więc regularne wizyty na izbie przyjęć, ktg i mniej lub bardziej miłe rozmowy z lekarzami, którzy co prawda jednoznacznie potwierdzali, że dziecko OK, ale „sama pani wie, jest pani po cesarce, więc zachęcam do indukcji”. Regularnie odmawiałam. I tak co dwa dni, chociaż kazali pojawiać się codziennie, ale w trosce o własną psychikę ograniczyłam wizyty.

W międzyczasie położna umówiona wyjechała na urlop, niemniej nabyłam przekonania, że i moja rezerwowa mnie nie zawiedzie.
W niedzielę znów pojawiłam się na kontroli, tradycyjnie ktg, przepływy, wody, blizna po cięciu OK. Przewidywana waga dziecka 3800. Szyjka idealna do porodu, co mnie jednak nie pocieszało, bo idealna, ale bez zmian była od tygodnia. Miły pan doktor po zachęcie położenia się na patologii i mojej tradycyjnej odmowie, zaprasza w poniedziałek, ja planuję pojawić się we wtorek.

Planu jednak nie udaje się zrealizować, bowiem w poniedziałek o 23 pojawia się pierwszy skurcz, po 5 minutach kolejny i następny. Wszystkie bolesne i długie. Nic to, próbuję się położyć i zasnąć, ale skurcze mi nie dają. Mąż mówi, żebym zadzwoniła do położnej, ale stwierdzam, że chyba się z głupim na rozumy pozamieniał, że nie będę jak idiotka dzwonić, jeśli skurcze nie trwają nawet godziny. Po dwóch kolejnych skurczach sama jednak chwytam za telefon, zdaję Edycie relację, jak się ma sytuacja, umawiamy się o 1 w szpitalu, i tu czeka mnie pierwsza niespodzianka – 6 cm rozwarcia. O niebiosa – taki wynik poprzednim razem osiągnęłam po kilkunastu godzinach, a teraz ledwie dwie wystarczyły. Biorę to za dobry znak.

Przenosimy się na salę, gdzie czeka mnie zapis ktg, młody ma się dobrze, ja zresztą też, ogarniam ból, skupiam się, nie walczę z nim. Płynę jak na fali. W głowie co jakiś czas pojawia się wyuczona myśl: „Moje ciało wie, jak rodzić”.

Przy którymś ze skurczy czuję, że coś się zmienia. Położna mnie bada – mogę zacząć przeć, jeśli czuję taką potrzebę. Ale potrzebę to ja mam, ale odosobnienia, więc idę do WC, Edyta gasi mi światło, chłopa wyganiam i zostaję sama z ogarniającym i niedającym się powstrzymać instynktem parcia. Położna ogranicza wizyty w mojej jaskini, żeby posłuchać serca malucha. Jednak w pewnym momencie każe mi przejść do sali, bo zaraz urodzę. Jak to, już? Klękam przy łóżku i wydaję z siebie dźwięki przypominające ryk zwierząt. To jednak nie jest krzyk bólu, bólu już nie ma. To pieśń nadchodzącego zwycięstwa. Przerwy między skurczami są długie, mam chwilę na odpoczynek. Dotykam krocza, czuję pomarszczoną główkę, jeszcze kilka chwil i po pięciu godzinach od pierwszego skurczu,  w ciszy, bez płaczu, rodzi się mój syn, który jak się później okazało, zamiast 3800 waży 4700. Mimo gabarytów, dzięki cudownej położnej urodziłam go tak, jak sobie wymarzyłam – w stu procentach naturalnie, w swoim rytmie, bez indukcji, bez wspomagania, nacięcia, pęknięcia, cudownie.

I choć w IV okresie porodu pojawiły się komplikacje, jestem szczęśliwa. I dumna. Zrobiłam to – urodziłam.

Walcz o swoje prawo do naturalnego porodu – poród siłami natury po 2 cięciach cesarskich

Zachęcam Was dziś do obejrzenie filmu pokazującego naturalne narodziny po 2 przebytych wcześniej cięciach cesarskich. Choć poród miał miejsce w Stanach Zjednoczonych – w odmiennej więc od naszej polskiej rzeczywistości – to historia i przesłanie tej dzielnej mamy idealnie wpasowują się w to, czego i u nas potrzeba i o co warto walczyć.

Warto nadmienić, że poniższy poród był pierwszym od ponad 20 lat porodem po 2 cięciach cesarskich w całej praktyce 6 lekarzy związanych z tym wydarzeniem. (Może i u nas warto się starać, aby takie przełomy następowały…)