Archive | Styczeń 2014

Narodziny Zbyszka (Dania)

Powoli, ale skutecznie do celu. Dziś opowieść o pocesarskim porodzie Joanny:

Moja pierwsza ciąża, zupełnie niespodziewanie – jak to bywa – okazała się bliźniacza, jednokosmówkowa. Cały czas trzymałam kciuki za poród naturalny, ale szczerze mówiąc, liczyłam się z tym, że będzie cesarka. Tak też się stało; ciąża przebiegała prawidłowo (choć dziewczyny malutkie), miałam co dwa tygodnie USG, i w 35 tygodniu okazało się, że Krysia przestała rosnąć. Cesarka bez pytania, ze względu na ryzyko syndromu przetoczenia bliźniak-bliźniak (TTTS).

Przyznam, że przez pierwsze tygodnie życia dziewczyn, czas spędzony na neonatologii i potem z dwukilowymi drobnicami w domu, w ogóle nie myślałam o sobie i o porodzie, cała sytuacja była dość surrealistyczna i działaliśmy na dużym stężeniu adrenaliny. Dokuczało mi tylko to, że tak długo dochodzę do siebie. Nie miałam jednak pretensji do lekarzy, Pana Boga czy samej siebie, raczej byłam (i jestem) bardzo wdzięczna, że dziewczyny urodziły się zupełnie zdrowe i rozwijają się bez problemów.

Druga ciąża to już zupełnie inna historia, tym razem mocno nastawiałam się na poród naturalny. Chociaż przerwę miałam dość krótką – 20 miesięcy pomiędzy porodami – lekarze dawali mi zielone światło, z typowymi zastrzeżeniami: że bez indukcji, poród nie może się przedłużać, akcja powinna sprawnie postępować itd. Czekałam sobie spokojnie na rozwój sytuacji…

Nie wiem dlaczego, byłam przekonana, że urodzę raczej przed terminem, niż po, dlatego od 37 tygodnia już dość nerwowo wyglądałam oznak akcji. A tu nic. Dodatkowo stresował mnie fakt, że jak pisałam, lekarze wspominali, że lepiej nie przekraczać terminu (piszę „lekarze”, bo tu w Danii, gdzie odbyły się oba porody, nie ma lekarza prowadzącego, i na każdej kontroli w szpitalu można trafić na kogo innego. Jest położna prowadząca, ale ja się ze swoją widziałam tylko raz, bo urlopy, przekładane wizyty i zastępstwa). Najbardziej bałam się tego, że przekroczę termin, wezmą mnie po prostu na stół i pokroją, i nawet nie doświadczę naturalnego porodu (już nawet niechby się zakończył cesarką!). Mieć trójkę dzieci i nie próbować rodzić naturalnie to już przesada;)

Termin nadchodził, a ja byłam coraz bardziej zestresowana, te ostatnie tygodnie to psychicznie gorsza męka niż cała ciąża do tamtej pory… Po terminie ciągle nic, położna na kontroli zapisała mnie na wizytę w szpitalu za kolejnych 10 dni. Po drodze jakieś fałszywe alarmy, noce ze skurczami, które przechodziły, ja już zupełnie zmaltretowana psychicznie. Poza tym, nie wierzyłam w termin z USG, który był o tydzień wcześniejszy niż „cyklowy”, ale nikogo nie zdołałam przekonać.

Na kontroli w szpitalu okazało się, że jednak mogą wywołać poród, jeśli będzie choć lekkie rozwarcie i będą mogli przebić błony płodowe. Hurra! Po tych wszystkich skurczach, myślę sobie, cośtam na pewno się zadziało. Ale położna na badaniu mówi mi, że… nie wyczuwa w ogóle ujścia szyjki! („dziwne, pracuję pięć lat i nigdy mi się to nie zdarzyło”). Dostaję dwa dni odroczenia.

Za dwa dni inna położna doprowadza mnie do łez informacją, że jest 1,5 palca rozwarcia i można działać! Odsyła mnie na kilka godzin spaceru, po powrocie zaś oświadcza, że porodówka przepełniona i mam przyjść jutro. Kolejny dzień odroczenia, a już cała rodzina obdzwoniona…

W końcu, 22 października około dziewiątej rano, pewna miła położna przebiła mi błony. Po czym odesłała na porodówkę, gdzie kazano mi pójść na spacer i przyjść o 11. Już byłam tym wszystkim mocno zmaltretowana, męża jeszcze nie było po odwiezieniu starszych dziewczyn, a ja łażę po korytarzach szpitala i woda ze mnie leci… Już tylko chciałam, żeby to się wszystko skończyło. Zdążyłam już zapomnieć, że w efekcie urodzi się dziecko i o to zasadniczo chodzi.

Ale za to skurcze się szybko nasiliły, w końcu przyjechał mąż i poszliśmy na chwilę na słonko, a potem raźno na porodówkę. Po 12 położna, z którą miałam rodzić, zdecydowała o podaniu minimalnej dawki oksytocyny, żeby skurcze były bardziej regularne. Ten efekt nie został osiągnięty (przez cały poród właściwie), za to szybko ból stał się coraz bardziej ogłuszający, a ja podpięta pod KTG i kroplówki nie za bardzo miałam swobodę ruchu – nie musiałam leżeć, ale w plątaninie kabli nie dało się wiele zdziałać. Ponieważ w reakcji na ból moje ciało spinało się, położna zdecydowała, że lepiej dać znieczulenie (oczywiście, nie bez mojej sugestii). O 15 anestezjolog już był wezwany, a zjawił się cztery godziny później… niewiele z tego czasu pamiętam, raczej nie rozmawiałam, odmawiałam współpracy i nie chciałam, żeby mnie ktokolwiek dotykał;) Gdy ok. 20 dostałam znieczulenie, to miałam wrażenie, że zdjęło może 30% bólu, nie więcej – ale przynajmniej mogłam już leżeć i odpocząć trochę. Potem coś dodatkowo wstrzyknęli i mogłam nawet drzemać między skurczami. Położna, która przyszła na nocną zmianę, miała już ze mną o wiele łatwiej:)

Tak płynął czas, akcja postępowała dość wolno, ale stale. Cały czas myślałam, że uznają, że to już za długo i czas robić cesarkę – ale Zbyszka tętno było w porządku, więc rodziłam dalej. Około północy miałam już pełne rozwarcie, ale główka była wysoko. Gdy przyszły skurcze parte, miałam więc nie przeć… zdecydowanie najgorszy czas porodu! Wtedy dostałam gorączki, zaczęłam się trząść i chyba spadło mi ciśnienie… a główka Zbyszka ciągle była wysoko, więc o drugiej dostałam zielone światło do parcia, bo to już dwie godziny pełnego rozwarcia (co to za dziwne zasady? I co zmieniły te dwie godziny?).

Wreszcie, po 40 minutach parcia, o 2.38 urodził się nasz Zbyszek. Zdrowy, duży, wspaniały, i wszystkie bóle od razu minęły, inna jakość niż cesarka. Nie mogłam uwierzyć, że się udało! 15 dni po terminie. Paradoksalnie, chociaż nie miałam za sobą nieudanej próby porodu siłami natury, a cesarskie cięcie robiono mi z niezależnych ode mnie przyczyn, miałam dużą niepewność siebie i swojego ciała przed tym porodem. Tak to widocznie działa…

Brakowało mi jednej położnej czy lekarza, kogoś, kto znałby moją ciążę i rzeczowo wspierał – to duży minus rodzenia w Danii. Myślę, że pod koniec mogłam zawalczyć o wiele rzeczy, dodatkowe badania, cokolwiek – ale w moim stanie ducha szpitalny moloch mnie przygnębiał, chciałam zwiewać do domu, a nie dyskutować z położnymi. Kolejne dziecko to już koniecznie w Polsce! Przede wszystkim jednak cieszę się, że się udało, na pewno było warto. To wspaniałe doświadczenie.

Poród Jaśka (Gdynia)

Odpowiednie wsparcie w czasie porodu pozwala mamie „rozwinąć skrzydła”, wyzwolić w sobie siłę, moc i pięknie urodzić. Zapraszam do przeczytania historiii Julii:

Pierwszego synka urodziłam w 2011r. Chodziłam z mężem na Szkołę rodzenia, chcieliśmy rodzić razem, bez ingerencji medycznych, siłami natury. Gdy przyjechaliśmy do szpitala okazało się, że skoro moje skurcze są nieregularne to mąż nie może być ze mną na porodówce. Zostałam sama – od 8:00 rano w sobotę do 2:00 w niedzielę. Żadna położna nie przyszła by mi doradzić co robić. Starałam się jak mogłam żeby poród postępował. O 2:00 rano w niedzielę odeszły wody, zadzwoniłam po męża. Dane nam było rodzić 6 godzin, które musiałam spędzić w większości na lewym boku, na łóżku bo „zapis KTG jest istotny”. O 8:00 rano do naszej Sali weszło 10 osób i usłyszeliśmy że to za długo trwa i trzeba zrobić cesarkę, bo tętno dziecka skacze. Jednocześnie lekarka stwierdziła że zapis jest niemiarodajny bo pas który utrzymuje urządzenie na moim brzuchu jest poluzowane od ciągłych skurczy…

Po tym doświadczeniu stwierdziłam że nie ma mowy o braku wsparcia – muszę mieć doulę przy porodzie. Kolejny synek urodził się 28.11.2013. Tym razem znalazłam kogoś kto będzie buforem między mną i mężem a personelem szpitala. Kogoś komu zaufamy, że wie jak nas przeprowadzić przez ten cudowny czas porodu. Karolina Kardasz z Gdańska okazała się taką osobą (prowadzi też szkołę rodzenia Majka). Dużo mi dała lektura, którą mi poleciła – Ina May Gaskin „Poród naturalny”. Rodziłam prawie dwie doby. Najpierw w domu – półtorej doby do rozwarcia 3cm. W tym czasie normalnie jadłam, piłam, poszłam z Karolą na spacer. Miałam skurcze coraz dłuższe (do 1minuty) i coraz częstsze (najpierw nieregularne potem co 5 minut). Gdy doszłam do 3cm pojechaliśmy do szpitala. Tam przez 6 godzin dochodziłam do 10 cm rozwarcia. Samo parcie trwało 20 minut. Nie bolało, czułam raczej pieczenie i rozciąganie. Podczas porodu podano mi czopki Skopolan. Karola była ze mną i mężem cały czas. Znalazła wspaniały sposób na bóle krzyża – nie czułam ani jednego – poprzez przyczepienie w tej okolicy pleców urządzenia o nazwie TENS. Moje bóle porodowe umiejscowiły się w udach 😉 ona masowała jedno a mąż drugie.

Lekarz chciał zrobić mi cc bo twierdził, że „zbyt długo to trwa”… Wszedł na salę i mówi do mnie: „Są inne wyjścia, to zbyt długo trwa”. Bardzo mnie tym wkurzył, ale i osłabił moją wiarę w siebie. Karola i mąż mnie podnosili na duchu przez kolejną godzinę. I udało się. Potem, gdy synek leżał na moim cycu, spytałam tego lekarza, czy wystarczająco szybko urodziłam. Było mu głupio…

Dzięki Karoli uwierzyłam w siebie, w to że można urodzić VBAC, że można to zrobić we własnym rytmie i że wszystko pójdzie dobrze. W ciąży czytałam tylko wpisy na naturalniepocesarce.pl, bo chciałam czytać tylko pozytywne informacje.

Polecam VBAC z dobrą doulą/położną. Kimś ciepłym i do kogo mamy zaufanie.