Archive | Kwiecień 2014

Poród najpiękniejszy czyli do trzech razy sztuka (Warszawa)

Często spotykam się z pytaniami dotyczącymi minimalnego odstępu miedzy cięciem cesarskim, a kolejnym porodem. Opinie lekarzy na ten temat są niespójne, a badania naukowe również wykazują w tym temacie spore rozbieżności. Padają wartości: minimum 18 miesięcy, minimum 24 miesiące. Ale są i  takie publikacje, z których wynika, że krótszy odstęp między porodami nie jest przeszkodą do podjęcia i powodzenia próby porodu po cc (http://naturalniepocesarce.pl/?p=137). Dziś zapraszam do lektury historii Katarzyny, która doświadczyła pięknego naturalnego porodu zaledwie 14 miesięcy po cięciu cesarskim!

Abym mogła w pełni opisać jak cudownym przeżyciem był mój trzeci poród (21 stycznia 2014 roku) muszę się cofnąć do porodu poprzedniego – cesarskiego.

Kiedy w listopadzie 2012 roku zaczęły się skurcze porodowe nikomu nie przyszło nawet przez myśl, że coś może pójść nie tak. Ja – już 10 dni po terminie (jak zwykle zresztą) nie mogłam się doczekać. W domu wszystko było gotowe – ubranka, kołyska, wózek. Skurcze równiusieńkie od samego początku. Spokojnie się wszyscy zebraliśmy, odwieźliśmy córkę do dziadków, pojechaliśmy do szpitala (najwspanialszego szpitala św. Zofii w Warszawie). Izba Przyjęć pełna życzliwych, uśmiechniętych osób. Żadnego stresu, pośpiechu. Później godzinny spacer, znów Izba Przyjęć i wreszcie sala porodowa. Śliczna. Fioletowa. Poznaję położną – bardzo sympatyczna, robi pozytywne wrażenie. W mojej torbie leży szczegółowo rozpisany plan porodu. Cóż może pójść nie tak?
Rutynowe KTG które miało trwać 20 minut jakoś podejrzanie się przedłuża. Skurcze coraz silniejsze, coraz częstsze a ja przy każdym słyszę jak tętno dziecka zwalnia. Bardzo. Za bardzo. Po godzinie spędzonej na sali porodowej skurcze zmieniają się na parte, ja wciąż leżę pod KTG, a wokół mnie coraz więcej lekarzy, położnych i pielęgniarek. W pewnym momencie czuję jak dziecko nie czekając na skurcz zaparło się o moje żebra i z całej siły się pcha. Jakby chciało się wydostać natychmiast, za wszelką cenę. Wtedy słyszę głos lekarza „Robimy cięcie”. 9 minut później Jeremiasz został wyciągnięty z mojego brzucha. 9 minut w ciągu których przewieziono mnie na oddział chirurgiczny, podano znieczulenie, ułożono, pocięto. Lekarze wiedzieli, że walczą o życie dziecka. Okazało się, że synkowi zrobił się zator w pępowinie. Najprawdopodobniej zagięła się (jak szlauch w ogrodzie) i kiedy poszło silniejsze ciśnienie krwi – tak jakby rozsadziło ją od środka i przez to stała się zupełnie niedrożna. Dlatego Jeremiasz próbował uciekać z brzucha. Dusił się. Lekarze uratowali mu życie podejmując dobrą decyzję w dobrym momencie, za co będę im wdzięczna do końca życia.
Osiem miesięcy później dowiaduję się, że jestem w ciąży. Od 18 tygodni. Tak, wiem że to brzmi dziwnie – ale jak widać może się zdarzyć. Oznacza to mniej więcej tyle, że zaszłam w ciążę jakieś 3 miesiące po cesarce, a między dziećmi będzie rok i dwa miesiące różnicy. Wszyscy naokoło kręcą nosem, że za szybko, że blizna po cesarce jest zbyt świeża, że może nie wytrzymać porodu, że powinno być przynajmniej dwa lata odstępu. Pierwszy lekarz powiedział mi „Zdecydowanie cesarka”, drugi – „Nie ma takiego szpitala i takiego lekarza, który by pozwolił Pani rodzić naturalnie”, trzeci – „Nic nie mogę obiecać, ale lepiej nastawić się na cesarkę, żeby nie było potem rozczarowania”. A ja czuję, że powinnam rodzić naturalnie.
Mijały dni, tygodnie, miesiące, brzuch rósł, dziecko zdrowe, a ja miałam coraz większy mętlik w głowie. Połowa rodziny mówiła „Chyba oszalałaś, że myślisz o cesarce”, druga połowa  „Chyba zwariowałaś, że myślisz o porodzie naturalnym”. Lekarze – „cesarka!”, doule – „naturalnie!”. Jedni doradzali „Lekarze wiedzą co robią”, drudzy „Lekarze to patafiany, wszystko robią żeby im było wygodniej”, inni „nie ryzykuj, masz jeszcze dwójkę dzieci w domu”. Jedni opowiadali mi historie o tym jak kobiety w mojej sytuacji wykrwawiały się na śmierć w mniej niż minutę, z powodu pęknięcia macicy, inni – historie z happy endem. Jedni straszyli, drudzy pukali się w głowę, trzeci pocieszali. Każdy mówił mi co innego, każdy wiedział co powinnam zrobić, a ja byłam coraz bardziej przerażona. Jedynym pocieszycielem był mój wspaniały mąż, który za każdym razem mówił: „Nie bój się. Cokolwiek będzie, ja będę przy tobie i damy radę”. Pierwszy raz w życiu bałam się porodu.

Pod koniec listopada pojawiła się nadzieja. Blizna gruntownie zbadana i obejrzana okazała się gruba i mocna. To mi dawało szansę negocjowania porodu naturalnego. Mój lekarz prowadzący też przestał mówić o cesarce ale… oczywiście musiało być jakieś „ale”. Synek pięknie ułożony główką do dołu najpierw odwrócił się głową do góry, a potem próbując się z powrotem przekręcić – utknął w poprzek. Ułożenie absolutnie wykluczające rodzenie…
Dwa dni przed Bożym Narodzeniem szczęśliwie udało mu się obrócić, a we mnie wstąpiła nadzieja, optymizm, energia i dużo pozytywnych myśli. Nawet zaczęłam pakować torbę do szpitala.

Dwójkę moich poprzednich dzieci rodziłam w podobnych okolicznościach. Mniej więcej dwa tygodnie po terminie, każde z nich o wadze 3800 i prawie 60 cm. W związku z tym co do jednego wszyscy lekarze byli zgodni:  nie można w moim przypadku czekać tak długo z porodem, aby dziecko nie urosło zbyt duże, tylko w okolicach przewidywanego terminu poród wywołać jeśli chcę próbować rodzić naturalnie.
Zgodnie z zaleceniami w dniu terminu (13 stycznia 2014 roku) zgłosiłam się na Izbę Przyjęć oczywiście w szpitalu św.Zofii. Po czterech godzinach tkwienia w kolejce usłyszałam: „Nie ma miejsca na patologii ciąży. Proszę przyjść jutro”. Następnego dnia usłyszałam to samo. I następnego też… i tak dzień w dzień przez cały tydzień. Cieszyłam się, że wszyscy lekarze spotkani tam zdecydowanie opowiadali się po stronie porodu naturalnego, nie biorąc cesarki pod uwagę, ale czas naglił. Zaczęłam się bać, że tak mnie będą odsyłać i odsyłać, aż w końcu usłyszę „Już za późno – cesarka”.
W końcu 20 stycznia miejsce na patologii się znalazło. Na Izbie Przyjęć powiedziano mi, że mnie przyjmą, a następnego dnia rano będą poród wywoływać. Kiedy jednak wjechałam trzy piętra wyżej dostałam informację, która mnie przeraziła. „Jest Pani tydzień po terminie. Jutro cesarskie cięcie”. Przepłakałam pół nocy, prawie w ogóle nie spałam. Choć powtarzałam sobie, że muszę być spokojna, żeby synek się nie bał, miałam pełne żalu uczucie, że tą decyzją lekarze odbierają mi coś bardzo ważnego.
Rano zostałam poproszona na badanie, podczas którego lekarka spytała mnie „To co, chce Pani nadal rodzić naturalnie? No to przebijamy pęcherz i do dzieła”, a ja się poczułam jakby nagle przyszła wiosna. Nie wiem co się wydarzyło, że lekarze w ciągu nocy zmienili zdanie (swoją drogą byli to ci sami lekarze, którzy wieczorem wyznaczyli mi cesarkę). Podejrzewam, że głównymi argumentami był fakt, że blizna była mocna, a dziecko oszacowano na małe (niecałe 3500). Niemniej taki obrót spraw był dla mnie absolutnie niewiarygodny.

Pół godziny później byłam już na sali porodowej. Tym razem morelowej. Równie ślicznej jak ta rok wcześniej. Wanna, piłka, chusta, drabinki, wygodne łóżko, za oknem fantastyczny widok i piękna, słoneczna pogoda i ja w tym wszystkim uśmiechnięta od ucha do ucha i bardzo szczęśliwa. Niewiele później przyjechał mój mąż. Pamiętam, że na jego pytanie jak się czuję odpowiedziałam, że jestem tak szczęśliwa, że znalazłam się choć na chwilę na sali porodowej, że teraz już mi jest wszystko jedno. A niech mnie nawet na koniec pokroją. Ale trafiłam na porodówkę.

Przez pierwszą godzinę w zasadzie nic się nie działo. Ja dreptałam sobie w kółko, żeby skurcze ruszyły. Było nam z Marcinem bardzo wesoło, żartowaliśmy, rozmawialiśmy.

Około 11 pojawiły się sensowniejsze skurcze i od tego momentu wszystko poszło już szybko. Cała akcja porodowa rozwijała się wręcz podręcznikowo. Skurcze częste, regularne, każdy coraz mocniejszy. Wiedziałam, czułam, że wszystko jest dobrze. Była ze mną fantastyczna położna i mąż, który przy porodach jest jak najlepsza doula. Przy każdym skurczu rozmasowywał mi krzyż, wspierał, podnosił na duchu, pomagał we wszystkim. Każdej rodzącej kobiecie życzę takiego towarzystwa. Poród nie jest doświadczeniem ani łatwym, ani (nie oszukujmy się) niebolesnym. Ale w tym przypadku cały czas panował pełen spokój i atmosfera całkowitego zrozumienia, a to odejmuje połowę bólu z każdego skurczu.
Kiedy skurcze stały się już naprawdę bolesne i zaczynały być trudne do zniesienia, moja położona zarządziła kąpiel w wannie. Mój Boże jaki to cudowny wynalazek podczas porodu! Relaks, ulga, najlepsze znieczulenie (wiem co mówię – pierwsze dziecko rodziłam ze znieczuleniem. Nie polecam). W wodzie akcja porodowa tak przyspieszyła, że szybko zaczęły się skurcze parte. Tak, to już było to. Już niedługo.
Z powodu blizny po cesarce nie mogłam rodzić w wodzie (a szkoda). W krótkiej przerwie między skurczami mąż pomógł mi wyjść z wanny i przejść na fotel. Rodziłam w pozycji zupełnie pionowej, klęcząc i trzymając się oparcia, żeby jak najmniejsze obciążenie szło na bliznę. W dodatku pojawiła się asystentka, która przez cały czas mocno trzymała mi ręką ową bliznę. Nie było łatwo, ale się udało. W najtrudniejszej chwili, kiedy połowa główki mojego synka już wyszła, a ja miałam moment załamania oraz wrażenie, że nie dam rady, położna kazała mi sięgnąć ręką i dotknąć tej małej główki. Ależ to dodaje sił! Dwa skurcze i Jonasz był już na świecie. W niewiele ponad pięć godzin licząc od momentu przebicia pęcherza płodowego.  Natychmiast został mi podany do rąk, a kiedy przytuliłam to małe ciałko – nic innego już się nie liczyło.
Jonasz w ogóle nie płakał (oprócz krzyknięcia przy pierwszym oddechu). Cudowne było to, że natychmiast po „wyjściu z brzucha” podano mi synka i nikt nie zabrał go z moich rąk przez następne cztery godziny (dopiero wtedy przyszła lekarka, żeby go pomierzyć, zważyć i ubrać), a przez cały mój pobyt w szpitalu nikt nie zabrał go ode mnie nawet na minutę. Ja się doskonale czułam i szybko dochodziłam do siebie. Zamiast depresji poporodowej  miałam raczej euforię poporodową. To było naprawdę jedno z najpiękniejszych przeżyć w całym moim życiu.
Urodziłam trójkę dzieci i ten ostatni poród był zdecydowanie najlepszy, najspokojniejszy i najbardziej naturalny. I jak się okazuje nawet rok po cesarce da się pięknie urodzić. Bo poród po którym dziecko nie płacze tylko spokojnie śpi, a matka siedzi uśmiechnięta od ucha do ucha jest pięknym porodem. Życzę tego wszystkim kobietom.