Archive | Lipiec 2014

Spełnione marzenie (Warszawa)

Nawet ciąża przebiegająca z trudnościami (m.in. z cukrzycą ciężarnych) nie musi stanowić przeszkody w naturalnym porodzie siłami natury po cięciu cesarskim. Oto ujmujaca i motywująca historia Anny, która niedawno szczęśliwie urodziła córeczkę Julkę.

Moja historia zaczęła sie w 2009 r.  kiedy to ostatecznie urodziłam przez cc mojego syna Kacpra. W karcie wypisu „zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu, wysokie proste ustawienie główki i kolizja pępowinowa”, które ponoć skutecznie uniemożliwiły mojemu synkowi wydostanie sie na świat drogami natury. Po cesarce szybko dochodziłam do siebie, jedyną traumę przeżyłam przy nieudanych próbach karmienia i szybko przestawiłam synka na butlę. Trzeba tutaj jasno powiedzieć, że byłam kompletnie nieprzygotowana do porodu, nie miałam żadnej świadomości tego jak może wyglądać poród, dlaczego jest taki ważny, że moze być piękny i może być początkiem cudownej więzi miedzy matka a dzieckiem.
Przyjechaliśmy do szpitala o 23 ze skurczami bardzo krótkimi i intensywnymi, do godz. 8 nie odpłynęły mi wody a rozwarcie postąpiło z 2 na 4 cm. Położna zdecydowała o przebiciu pęcherza owodniowego a ja sie zgodziłam, w końcu to ona wiedziała co robi. Potem weszłam do wanny, skurcze zaczęły odchodzić, po wyjściu dopadły ze zdwojoną siła. Wtedy wzięłam znieczulenie. Po półgodzinie rozwarcie osiągnęło 10 cm. Ale parcia nie czułam, nie mogłam współpracować z polożną, ona oceniła ze dziecko źle sie wstawia, tętno zaczęło spadać, zdecydowano o cesarskim cięciu. Ja w tym momencie nie wiedziałam co sie ze mną dzieje, byłam półprzytomna. Partner towarzyszył mi na sali operacyjnej, popłakałam sie jak wyjęli Kacperka z mojego brzucha, byłam szczęśliwa, że wszystko dobrze sie skończyło. Potem zaczęły sie problemy z karmieniem, po 7 dobach walki w szpitalu bez wsparcia i pomocy przestawiłam Kacpra na butelkę i pokarm mieszany. Po 3 tygodniach już tylko mm podawałam. Przez długi czas nie odczuwałam traumy związanej z porodem, nie miałam wyrzutów sumienia z powodu nieurodzenia sn, nie widziałam problemu z karmieniem sztucznym mlekiem. Dopiero od jakiegoś czasu moze 1-2 lat zaczęłam nabierać szeroko pojętej świadomości pewnych decyzji, wyborów i zdarzeń związanych z moim porodem. Kiedy zaszłam w druga ciąże świadomość zaczęła gwałtownie domagać sie rewizji wcześniejszych poglądów. A co, jesli nie wziełabym znieczulenia, nie pozwoliła przebić pęcherza, itp? Może wszystko potoczyłaby sie inaczej, piękniej? Tego nie dowiem sie już nigdy, nie mniej postanowiłam, że tym razem chce urodzić naturalnie, bez niepotrzebnych ingerencji medycznych.
Po drodze ciąża mnie nie rozpieszczała, 4 miesiące wymiotów i wręcz leżenia w łóżku, potem cukrzycą ciężarnych, niedoczynnością tarczycy i lekarze życzliwie mówiący ze owszem mogę spróbować urodzić sn, ale niekoniecznie musi sie to udać. Co chwila popadałam w zwątpienie, potem na nowo umacnialam sie w swoich decyzjach i pragnieniach, że chcę urodzić naturalnie. Pomagała mi w tym moja doula Helena, z która dzieliłam się swoimi wątpliwościami. Rozpatrywałyśmy rownież kwestie mojego porodu z Heleną, problemem było to, że ja mieszkam w Warszawie a Helena w Bytomiu. Ale jak sie okazało, dałyśmy radę. Od 34 tygodnia, w związku z cukrzyca ciężarnych, monitorować musiałam dobrostan płodu, czyli co tydzień jeździłam na ktg, usg do punktu konsultacyjnego do szpitala świętej Zofii na żelaznej. Po drodze przyplątała sie mi infekcja zatok, która powodowała złe zapisy ktg u małej. W końcu antybiotyk i jakoś dotrwałam do 40 tygodnia. Na ostatniej wizycie w punkcie lekarz konsultujacy poinformował mnie,  że mam sie zgłosić na patologię ciąży celem indukowania porodu ze względu na to, że mam cukrzyce i takie sa wytyczne. Badania Julci były bez zarzutu, nie za duża, dobre ktg i usg, świetne przepływy. Ale wytyczne mówiły: patologia.
Nie zgłosiłam sie w dniu terminu 16 czerwca. Byłam u swojej lekarki prowadzącej z która ustalilam, że spokojnie mogę jeszcze poczekać. Nie chciałam absolutnie wywoływania porodu. Lekarka uspokoiła mnie na tyle, że o 1 szej w nocy już 17 czerwca odpłynęły mi wody i zaczęły sie skurcze. Helena była u nas od tygodnia oczekując na narodziny Julci. Obudziłam ją i powiedziałam, że już wody mi odpływają, ale na razie jeszcze nie jedziemy do szpitala, położyłam sie jeszcze spać, ok. 5 obudziłam Partnera, że jedziemy do szpitala. Zjadłam śniadanie, przyjechali rodzice żeby zając się Kacprem i ok. 6.30 byliśmy w szpitalu. Zostałam bardzo szybko przyjęta na blok porodowy, do sali pomarańczowej. Od razu trafiła mi sie bardzo miła młoda położna pani Magda. Czułam się naprawdę zaopiekowana przez Helenę i panią Magdę. Nikt nie wspomniał nawet o jakiejś cesarce, przyspieszaniu porodu itp.  Czułam sie bezpiecznie, skurcze ciagle były znośne ale w godzinę dały dodatkowy cm rozwarcia. Potem nagle wszystko potoczyło sie bardzo szybko, skurcze przybierały na sile, niektóre bolały bardzo, ale była przy mnie Helena, masowała, dotykała, była, wspierała słowem i dotykiem, to pomagało i to bardzo znieść ten ból. W dość szybkim czasie okazało sie ze rozwarcie to już ok. 7 cm. Zaczęłam prosić o znieczulenie wiedząc, że nikt mi go nie da, bo go nie chce tak naprawdę i Helena wiedziała, że takie jest moje życzenie. Za chwile weszłam w II fazę porodu, zaczęło sie parcie. Chyba parcie bolało bardziej niż wcześniejsze skurcze. Myślałam, że bede przeć bez końca – okazało sie, że trwało to 35 minut. W międzyczasie słyszałam, że główka ciagle sie cofa, wiec kiedy w końcu już się nie cofnęła i kiedy mogłam jej dotknąć, tak jak sobie wymarzylam, poczułam, że muszę się zebrać w sobie to szybciej Juleczka będzie ze mną, i szybciej sie skończy poród. Muszę tutaj zaznaczyć, że dopadało mnie zwątpienie, brak sił, brak motywacji, nawet dotknięcie główki dziecka nie dało mi powera. Natomiast taka wewnętrzna myśl, że to już zaraz koniec i po wszystkim dała mi motywacje. Bez znieczulenia czułam każdy party skurcz, słuchałam położnej i współpracowałam z nią. A kiedy główka już wyszła, i za chwile cała Julcia była już ze mną nie mogłam uwierzyć, że tego dokonałam, że urodziłam siłami natury swoje dziecko, swoją córeczkę. Położono mi ja na piersi, pozwolono przytulać i cieszyć sie jej obecnością. Kacpra zabrano mi w zasadzie na jakieś 24 h. Julcia od razu była przy mnie. Za chwile przyjechał tatuś :-) zmęczenie, ból, wszystko odeszło od razu po porodzie.  Czułam sie cudownie spełniona, dumna z siebie i z Julki.
Poród nie trwał długo, Julka przyszła na świat o 11.25. Potem zaczęła sie walka o karmienie, wiedziałam że chcę karmić piersią i że chce otrzymać wszelka możliwa pomoc w tej kwestii w szpitalu. Dodam jeszcze, że napełnila mnie duma, że po porodzie będę na oddziale kierowanym przez położne, czyli oddziale gdzie leżą kobiety po porodach fizjologicznych, bez komplikacji, naturalnych. Aż nie mogłam uwierzyć, że to ja też do nich należę. Położne na oddziale były wspierające, wszystkie pokazywały, dostawiały do piersi, wspierały. Miałam dwa nocne kryzysy, poranione brodawki, problem z dostawieniem Julki. Dzięki tej cudownej opiece przetrwalam. Julka ma 2 tygodnie. Byłyśmy już 2 razy na konsultacji laktacyjnej w związku z bólem piersi i brodawek, ale karmimy sie dzielnie, Julka swietnie przybiera na wadze. Jest spokojna, lubi sie tulić, kangurować zarówno u mamy jak i u taty. Jest małym przytulaskiem. Czasem tylko strasznie mi żal, że Kacprowi, mojemu 5 Latkowi nie dałam tego samego – spokojnego pięknego porodu, karmienia piersią, ciągłej obecności mamy. Wyrósł na fajnego, samodzielnego i mądrego chłopca, i tylko ja wiem jak bardzo mi żal, bo zdaje sobie sprawę już teraz co mu odebrałam.
Poród po cc jest możliwy. Może być pięknym doświadczeniem z odpowiednim wsparciem i motywacją. Cieszę sie, że była z nami Helena, dała mi to czego potrzebowałam. Jeszcze pare lat temu stwierdziłabym, że doula to fanaberia, niepotrzebna. Teraz wiem jak bardzo się myliłam. Bez względu na przeciwności warto wierzyć, że damy radę, nasze ciało i intuicja sa często najlepszymi doradcami.