Archive | Wrzesień 2014

Szczęśliwa opowieść Agnieszki (Limanowa)

Takie historie motywują do dalszej pracy nad rozwijaniem portalu:) Oto opowieść Agnieszki, mamy 1.5 rocznej Zosi urodzonej przez cc i niespełna miesięcznego VBACowego Tomka:

Witam,
i ja chcę podzielić się moją historią.
24 lutego 2013 nad ranem zaczęły się delikatne, ale regularne (co 6-5 min) skurcze i odchodzenie czopa śluzowego. Obudziłam męża i pojechaliśmy do szpitala. Na miejscu skurcze ustąpiły, KTG też nic nie pokazało. Położono mnie na patologię ciąży. O 1 w nocy znowu skurcze co 7 min, leżałam i liczyłam je do 3, poszłam do pielęgniarki i mówię jak się sprawy mają. No to z powrotem na porodówkę. Telefon do męża, że się zaczyna. Mąż pojawił się błyskawicznie (do dzisiaj nie wiem jak on to zrobił). KTG pokazało niewielkie skurcze, poszłam pod prysznic, i chodziłam, chodziłam. chodziłam… Ok 8 obchód, ordynator podjął za mnie decyzję o podaniu mi znieczulenia zewnątrzoponowego. Nie byłam przekonana, ale nim się obejrzałam zespół anestezjologów pojawił się przy mnie i tak zostałam uziemiona na dalszą część porodu. Byłam tak przejęta sytuacją, że nie umiałam zawalczyć o swoje. Godziny mijały, a moje rozwarcie i postęp porodu praktycznie się nie ruszył. Ok 16 decyzja o podaniu oksydocyny, no i wtedy zaczęło się naprawdę, ból niesamowity, szybko rozwarcie na 10 cm… Bóle parte ponad godzinę, ale zaraz po skurczu córka znowu wracała wysoko i tak zabawa w kotka i myszkę trwała i trwała, wydawało mi się, że to się nigdy nie skończy. Pomimo znieczulenia czułam potworny ból. jak się później okazało prawdopodobnie źle podano mi znieczulenie. Dyżur miał mój lekarz prowadzący ciążę i to on podjął decyzję o cesarskim cięciu. I tak o 20:45 25 lutego 2013 usłyszeliśmy pierwszy krzyk naszej córeczki Zosi.
Po 9 miesiącach znowu byłam w ciąży. Cieszyliśmy się jak szaleni, chociaż ciągle nasuwało mi się pytanie, jaki teraz będzie poród. Wszyscy w koło (z wyjątkiem męża) mówili, że cc, ale ja uparcie nie brałam sobie tego do serca, nie chciałam w to wierzyć, nie chciałam ponownego cięcia. Już na jednej z pierwszych wizyt zapytałam lekarza czy mogę rodzić naturalnie po 18 miesiącach od cc. Nie widział przeciwwskazań:) Chociaż pozwolił mi zadecydować, mogłam wybrać cc. Nad ranem 25 sierpnia poczułam, że odchodzą mi wody. Nie robiłam paniki, postanowiłam, że jeszcze nie jedziemy do szpitala. Zaczęły się mocne skurcze i wtedy spakowaliśmy córkę do samochodu, zawieźli do moich rodziców, sami zaś pojechaliśmy na spotkanie z synem. KTG pokazało mocne ale nie regularne skurcze. Piłka, prysznic, spacerowanie. Już na początku wypełniając plan porodu nie zgodziłam się na znieczulenie. Rozwarcie postępowało, ale zdecydowano by podać mi oksydocynę, aby wyregulować akcję skurczową. No i tym razem po oksydocynie wszystko przyspieszyło. Kiedy akcja skurczowa się unormowała, odłączono mnie od kroplówki i znowu poszłam pod prysznic, nie miałam sił już spod prysznica wyjść. Skurcze co 3 min, spadały na mnie z ogromną siłą. W momencie zrobiło się rozwarcie na 10 cm, położna w biegu przygotowywała zestaw narzędzi i miejsce dla noworodka. Parłam 45 minut, ból był niesamowity, ale po 12 h od odejścia wód na mój brzuch trafił śliczny płaczący mały człowiek, nasz syn Tomek.  Było to dokładnie 18 miesięcy po pierwszym porodzie-co do dnia.
Decyzja o porodzie naturalnym była dyktowana przez serce, rozum czasami podpowiadał cc, że niby bezpieczniej będzie. Trafiłam na tę stronę, przeczytałam ją od a do z. Drukowałam publikacje naukowe i czytałam, czytałam… to najlepsza decyzja jaką podjęłam! Dzięki Wam uwierzyłam naprawdę, że się uda! Dziękuje Wam, że jesteście!

Bliźniaki … naturalnie po cesarce! (USA)

Amerykańskie Kolegium Położników i Ginekologów w wytycznych z 2010 roku dotyczących porodów po cięciu cesarskim rekomenduje, aby kobiety po 1 cięciu cesarskim wykonanym poprzecznie w dole brzucha, u których nie istnieją inne przeciwwskazania do naturalnego porodu bliźniąt, miały możliwość podejmowania próby porodu pochwowego. Cieszy fakt, że są już miejsca na świecie, gdzie te zalecenia są wprowadzane w życie.

Poniżej przedstawiam Wam historię Joanny, która szczęśliwie urodziła swoje córeczki – bliźniaczki jednokosmówkowe dwuowodniowe – drogami natury po wcześniej przebytym cięciu cesarskim. Poród rozpoczął się spontanicznie w 37 tygodniu ciąży i miał miejsce w szpitalu Legacy Emanuel w Portland, w stanie Oregon. 

To był mój  trzeci poród. Pierwszy raz rodziłam naturalnie, bez ingerencji. W 40 tygodniu odeszły mi wody, skurcze zaczęły się 14 godzin później, a urodziłam po 6 godzinach akcji skurczowej. Parłam trzy razy, nie było żadnych komplikacji. Mój drugi poród to była nieplanowana cesarka w 39 tygodniu, przed wystąpieniem akcji skurczowej z powodu wątpliwości co do wzrastania dziecka i jego serduszka.

Przez całą trzecią ciążę – z bliźniaczkami – rozmawiałam z lekarzami i mówiłam im jak bardzo chciałabym urodzić naturalnie. Bardzo wyraźnie artykułowałam jak było to dla mnie ważne.  Rozmawialiśmy o wszystkich zagrożeniach i możliwych scenariuszach.  Druga bliźniaczka była w położeniu miednicowym, co napawało moją ginekolog niepokojem, ale ponieważ obydwa maluchy odpowiednio rosły, pod koniec ciąży lekarze zgodzili się spróbować ręcznego wydobycia drugiego „miednicowego” bliźniaka, po urodzeniu pierwszego.

Moja ginekolog obiecała mieć pieczę nade mną podczas porodu, nawet jeśli nie będzie jej na dyżurze. Postarałam się również, aby specjalista medycyny matczyno-płodowej obiecał mi swoją obecność przy porodzie, gdyż wiedziałam, że ręczne wydobycie płodu w położeniu miednicowym było dla niego mniej problematyczne niż dla mojej ginekolog. Kiedy jednak nadszedł czas przyjazdu do szpitala nie było żadnego z tych lekarzy.

Zdarza się dość często, że kiedy kobieta myśli, iż poród potoczy się w pewien sposób, przebiega on  zgoła odmiennie. Ważne jest, aby być na to przygotowanym i nadal jasno i otwarcie komunikować się  oraz być pewnym siebie, bez względu na to, co się dzieje.

Kiedy zgłosiliśmy się do szpitala, zajęła się nami bardzo troskliwa położna, która poświęcała nam dużo uwagi. Myślę, że to miało ogromne znaczenie. Powiedziałam jej, że chciałabym urodzić naturalnie, bez ingerencji. Wspierała mnie w tym. Potem przyszedł lekarz, więc znów zaczęłam mówić jak ważny jest dla mnie poród naturalny. I znów spotkałam się ze wsparciem. W końcu, kiedy przyszła lekarka dyżurna, powiedziałam jej jak bardzo fakt, iż jej nie znam wytrącił mnie z równowagi. Omówiłyśmy mój plan porodu. Pani doktor była BARDZO otwarta. Dała mi jasno do zrozumienia, że chce mnie wspierać. Równie jasno powiedziała mi, że chciałaby uniknąć rodzenia jednego bliźniaka  drogami natury, a drugiego przez cięcie cesarskie, jak również, że nie chce wykonywać ręcznego wydobycia położonego miednicowo drugiego płodu ponieważ był on o około pół kilo większy od pierwszego bliźniaka. Pani doktor powiedziała, że będzie chciała obrócić drugie bliźnię po porodzie pierwszego. Z tego powodu musiałam zdecydować się na znieczulenie zewnątrzoponowe.

Lekarka przebiła mi pęcherz płodowy i otrzymałam małą dawkę znieczulenia. Przez kolejne 3 godziny poród postępował dobrze. Przewieziono mnie na salę operacyjną (gdyż jest taki wymóg, aby porody podwyższonego ryzyka, jakim był poród drugiego bliźniaka, odbywały się na sali operacyjnej). Pierwsze dziecko urodziło się bardzo szybko – po 1 parciu. Myślę, że to dlatego, że to była już 3 ciąża. Potem przez około 20 minut lekarze usiłowali obrócić drugiego bliźniaka do położenia główkowego, ale córeczka nie obracała się. Wreszcie mała wstawiła się stópkami w kanał rodny. Zrezygnowana lekarka powiedziała, że teraz nie ma już szans na obrót i zapytała jak jestem nastawiona do porodu w położeniu miednicowym . Bez wahania zgodziłam się.

Poród przebiegł szybko i bez komplikacji. Sporo w tym zasługi pani ginekolog, która nie zawahała się i zaufała mi. Ale i tak najważniejsze jest zaufanie kobiety do samej siebie i jej wiara we własne siły!

joanna

Historia Juliusza (Gdynia)

Naturalny poród – pierwszy czy kolejny –  to zawsze nieprzewidywalna podróż. Czasem jej przebieg zmusza mamę do wkroczenia na ścieżki, które chciała ominąć. Taka konieczność może rodzić trudne uczucia, ale jednocześnie pokazuje siłę i wspaniałość rodzącej kobiety, gotowej na pokonanie każdej drogi dla swojego Maleństwa. To prawdziwy CUD i wielkie ZWYCIĘSTWO. Zapraszam do przeczytania historii Julii:

Jestem mamą niespełna czteroletniego chłopca. Urodził się przez cesarskie cięcie, z powodu tzw. braku postępu porodu. Sam poród był indukowany oksytocyną nieco po terminie, z powodu małowodzia. Rodziłam z mężem, ale absolutnie wszystko nas przerosło. Okoliczności, przebieg, wszystko. Po kilku godzinach pod kroplówką rozwarcie było na półtora palca. Zero wsparcia ze strony personelu „o, to może potrwać jeszcze całą noc” i inne tego typu „rarytasy.”. Nikt nie zaproponował piłki, nie podpowiadał co robić. Wreszcie zbolała i zmęczona głównie chyba brakiem efektów, poddałam się i przeprowadzono cc. Synek był piękny i zdrowy. Po przewiezieniu na salę pooperacyjną dostawiono mi go do piersi.

Żal przyszedł kilka tygodni później. I narastał. Żal do siebie, że byłam za słaba, nie dość asertywna, że mogło to się skończyć zupełnie inaczej. Obiecałam sobie, że następnym razem BĘDZIE inaczej.

 Gdy w lipcu 2013 roku ujrzałam na teście ciążowym dwie kreski, każdy wieczór marzyłam i wizualizowałam sobie mój piękny poród naturalny. Bardzo dużo czytałam, przygotowywałam się. Robiłam różne ćwiczenia, aby pomóc dziecku ustawić się optymalnie do wyjścia.

Wzięłam doulę. Mąż miał być przy porodzie, o ile to możliwe. Priorytetem była opieka nad starszym, w tej kwestii musiałam mieć spokojną głowę.

Tydzień po terminie dostałam skierowanie do szpitala od mojego ginekologa, z powodu małowodzia i małych przyrostów wagi dziecka. Na IP wielkość dziecka oszacowano już zupełnie inaczej (in plus). Niestety szyjka nadal była dość długa i twarda, mimo oleju z wiesiołka, stymulacji brodawek i innych działań J.

Położyli mnie. Byłam trochę zniechęcona. Nie tak to miało się zacząć. Uważałam, że jeśli poród zacznie się spontanicznie, to na pewno się uda. Noc w szpitalu, jak w szpitalu na patologii, nieprzespana. Dużo badań – KTG od 05:00, słuchanie tętna, 8 kobiet na sali. Byłam w stałym kontakcie z doulą. Kazała chodzić po schodach i masować brodawki. Robiłam to, ale bez większej nadziei, bo do tej pory podejmowałam już te próby, będąc jeszcze w domu.

Około 14:00 pojawiły się pierwsze skurcze, tak co 13 minut. Leciutko bolesne. Nadal masowałam brodawki. Skurcze nie ustępowały, czułam je coraz bardziej, ciężko było siedzieć i leżeć. Dałam znać douli i mężowi. Personelowi nie. Chciałam mieć spokój i więcej czasu. Około 18:00  było KTG które nie wykazało absolutnie żadnego skurczu, mimo, że były co najmniej 3 i to bolesne. Około 19:00 zgłosiłam się na dyżurkę. Zbadała mnie lekarka i stwierdziła szyjkę zgładzoną, rozwarcie na 1 palec i przywarcie główki. Ależ byłam szczęśliwa.

Skurcze były coraz częstsze. Około północy nie mogłam już leżeć. Poszłam po lekarza, bo skurcze były co 4 minuty. Lekarz mnie zbadał i powiedział, że rozwarcie jest na 2 palce. Zjechałam na trakt porodowy, przybyła moja doula. Dużo skakałam na piłce, chodziłam pod prysznic. Skurcze jednak były dość rzadko, doula cały czas nakazywała masowanie brodawek. Około 10:00 kolejnego już dnia, badanie wykazało 4 palce rozwarcia. Byłam już bardzo zmęczona, nogi się pode mną uginały. Zaproponowano podanie nieco oksytocyny,  żeby rozkręcić skurcze. Bardzo się tego bałam, sądziłam, że nie zniosę więcej bólu. Doula podnosiła mnie na duchu. W międzyczasie przyjechał mąż, który bardzo mi pomagał przy skurczach, ściskając mi biodra. Miałam wielką nadzieję. Najgorsze za mną, myślałam. 10 cm rozwarcia potrafi zrobić się przecież w chwilę. Po około 2 godzinach kolejne badanie. Niestety rozwarcie ani drgnęło. Zaproponowano mi cc. Nie miałam już siły, w bólach byłam prawie 22 godziny.

Po 13:00 na świat przyszedł mój synek z wagą 4200 g (mój ginekolog mówił, że mały wazy około 3 kg). Niestety wody płodowe były zielone. Lekarz mówił, że Maluch nie był idealnie ułożony (twarzyczkowo).

Oczywiście nie żałuję, że spróbowałam. Kurcze, czułam tę magię.

Żałuję, że znowu nie wyszło, mimo, że zrobiłam chyba wszystko. Nie mam żalu do siebie, mam żal do swojego ciała, że nie chciało współpracować. Jest wielki niedosyt, ale z całą pewnością nie mam traumy, jak po poprzednim porodzie.

Nie wiem czy będę miała trzecie dziecko. Jeśli tak, myślę próbować rodzić naturalnie.