Archive | Październik 2014

Poród niezgodny z Planem (Dublin)

Dobrze przygotowywać się do porodu. Dobrze przemyśleć czego by się chciało, a czego nie. Dobrze napisać plan porodu. Ale warto również pamiętać, że podczas porodu wiele się zmienia i żywioł narodzin może znacznie zmodyfikować wcześniejsze plany. Jednak jak pokazuje historia Kamili, „niezgodnie z planem” może wciąż oznaczać „pięknie i satysfakcjonująco”.

Mój pierwszy poród – drogami natury, był dość traumatyczny, chociaż gorsze było samopoczucie po nim. Udało mi się urodzić drogą pochwową, chociaż niekoniecznie siłami natury.

Dziecko wyciągnięto mi siłą, używając vacuum, nie dając nawet szansy na parcie samodzielne – choć przez małą chwilkę. Jeszcze zanim zaczęłam przeć – zarządzono vacuum, głęboko mnie nacięto, a potem wyszarpano ze mnie dziecko.
Przez pierwszy tydzień nie mogłam wstać z łóżka, kolejny – chodziłam przygarbiona, a potem już tylko nie mogłam siadać…

Infekcje ciągnęły się za mną cały rok – co miesiąc dostawałam od lekarza kolejne globulki, które tym razem miały mi pomóc – nie pomagało nic.

Kiedy zaszłam w kolejną ciążę, bardzo starannie przygotowywałam się do porodu. Byłam do niego pozytywnie nastawiona, pomimo wcześniejszych przeżyć.

Kiedy zaczęły się skurcze – byłam bardzo szczęśliwa. Chciałam jak najdłużej spędzić w domu. Pojechałam do szpitala tylko dlatego, że w pewnym momencie poczułam, że coś ze mnie wychodzi. Było galaretowate w dotyku. Przestraszyłam się, że może to być łożysko…

Nie wykryto u mnie wcześniej przodującego, ale byłam tak wystraszona, że od razu pojechałam do szpitala. Na miejscu zrobiono mi KTG – ze znalezieniem tętna były kłopoty.

Kolejny strach. Niepotrzebny, bo potem okazało się, że tam, gdzie jeszcze 2 tyg. temu z całą pewnością było serce, teraz była już pupa. Dziecko odwróciło się na samej końcówce ciąży – nogami do dołu, chociaż już w 20 tygodniu przyjęło pozycję główkową! O opcjach porodu nie pozwolono mi dyskutować. Zarządzono natychmiastową cesarkę, chociaż w kolejce do niej czekało kilka dziewczyn.

             Następnego dnia mogłam już wstać, 3 dni później robiłam porządki w domu. Trochę bolała mnie rana, ale mogłam chodzić, siedzieć bez przeszkód, a nawet

schylać się. Załatwiałam się też bez problemu – co było moim problemem jeszcze przez dłuższy czas po moim „naturalnym” porodzie.

Fizycznie nie było tak źle – ba! dużo lepiej niż po moim pierwszym porodzie – ale psychicznie trudno było mi dojść do siebie jeszcze przez dłuższy czas. Nie mogłam zaakceptować tego, że nie udało mi się urodzić naturalnie.

Chociaż nie planowałam rodzić w domu (marzyłam jedynie o tym) to najbardziej bolało mnie to, że po cesarce owa możliwość została mi zabrana raz na zawsze…

Chociaż moja trzecia ciąża bardzo mnie zaskoczyła, od samego początku zaczęłam się przygotowywać do porodu. Moje myśli były skupione tylko wokół niego. Nie potrafiłam myśleć o niczym innym, czytać o niczym innym, oglądać o niczym innym, nawet rozmowy nie o porodzie sprawiały mi trudność…

Oglądałam każdy program w którym padało słowo „poród”, każdy serial dokumentalny o porodach, a było ich w tym czasie naprawdę dużo – porody w Polsce, w Australii, w Anglii. Potem już i to mi nie wystarczało, więc zaczęłam oglądać porody domowe w Internecie. Niektóre widziałam po kilkanaście razy, przy niektórych płakałam za każdym razem, gdy je oglądałam…

Czytałam fora o porodach (te o ciążach w ogóle mnie nie pasjonowały), a najczęściej o porodach w domu – i te właśnie były dla mnie inspiracją i wyobrażeniem o tym, jak ma wyglądać MÓJ PORÓD.

To jednak wciąż mi nie wystarczało.

Sięgnęłam więc po książki…

Przeczytałam dwie Iny May Gaskin, a jej „Poród naturalny” nawet kilka razy, a niektóre jej fragmenty – nawet kilkanaście.

Do tego „Narodziny bez przemocy” Laboyera”,

Odenta – „Odrodzone narodziny” oraz „Poród naturalny a cięcie cesarskie”.

Książkę Ireny Chołuj „Urodzić razem i naturalnie” – kilka razy.

Przygotowywałam się nie tylko duchowo.

                Chciałam być przygotowana pod każdym względem do tego ważnego wydarzenia – a przygotowywałam się znacznie lepiej niż przed pierwszym i drugim porodem.

Od 3 miesiąca zaczęłam pić herbatkę z liści malin, żeby wzmocnić mięśnie macicy.

Miesiąc później zaczęłam przyjmować olej z wiesiołka – na dojrzewanie szyjki.

Do tego żurawina, by zapobiec infekcji dróg moczowych i probiotyki – na drogi rodne.

Miesiąc przed terminem namiętnie jadłam daktyle – po 6 dziennie – na rozwarcie oraz bromelinę (wyciąg z ananasa).

Mój Plan Porodu był perfekcyjnie opracowany. Był krótki, zwięzły i stanowczy. Nie brałam pod uwagę żadnych ustępstw.

Nie chciałam aż tak znowu wiele.

Chciałam po prostu:

  • nie mieć przebitych błon płodowych na żadnym etapie porodu
  • nie chciałam podtlenku azotu, ani znieczulenia zewnątrzoponowego
  • nie chciałam mieć przypiętego KTG
  • chciałam przeć w pozycji na kolanach, na swojej własnej poduszce
  • nie chciałam oksytocyny na żadnym etapie porodu, a zwłaszcza w III fazie
  • chciałam by pępowina była przecięta, gdy już przestanie tętnić
  • chciałam zobaczyć łożysko
  • nie chciałam by dziecku podano wit. K.

                       W końcu nadszedł termin porodu. Właśnie na ten dzień miałam umówioną wizytę u lekarza. W trakcie tej wizyty okazało się, że szyjka, choć miękka, jest jednak jeszcze długa. Poziom wód płodowych drastycznie spadł. Konieczny był natychmiastowy poród. Zaczęłam pertraktacje z lekarzem. Chciałam, by dał mi 5 dni. Nie zgodził się. Stwierdził, że to stanowczo za długo. Poprosiłam więc o 3 dni. Lekarz zgodził się na…2.
Nalegał, by 2 dni po terminie odbyła się cesarka, gdybym nie zaczęła rodzić sama do tego czasu. W trakcie załatwiania wszystkich formalności związanych z cięciem, okazało się, że nie ma miejsca na ten dzień, który zaproponował lekarz. Musiałam czekać dzień dłużej…

Ku mojej uciesze, oczywiście, bo miałam nadzieję, że uda mi się jednak zacząć rodzić samej! Na KTG musiałam chodzić od tej pory codziennie – właściwie było to 3 razy, w dzień wizyty u lekarza, jeszcze kolejne 2 dni, bo na 3 dzień miała odbyć się cesarka.

Pierwsze KTG wyszło doskonale – położna mówiła mi, że wzorowo. Kolejne były równie dobre. Na moim ostatnim KTG położna zaproponowała mi jeszcze masaż szyjki macicy – wykonany przez lekarza, który miał także zrobić mi USG, by zobaczyć, jak miewa się dziecko.

USG oraz badanie wykonywał zupełnie inny lekarz niż ostatnim razem.

Okazało się, że ilość wód nie jest jednak tak mała, jak poprzednio sądzono. Moja szyjka zaś była krótsza niż ostatnio!

Lekarz stwierdził, że warto mi jednak dać szansę..

Przesunął termin na jeszcze kilka dni, dając mi możliwość wywołania porodu oksytocyną, po uprzednim przebiciu błon płodowych.

            Mój plan nie przewidywał ani jednego, ani drugiego…

Miałam jednak wybór – albo cesarka, albo wywołanie (którego chciałam uniknąć).

Wywołanie mojego porodu miało się odbyć w niedzielę, był czwartek, miałam więc kolejne 2 dni na to, by poród rozpoczął się jednak sam.

Zaczęłam działać. Codziennie masowałam sobie brodawki.

Robiłam to już dzień wcześniej, ale skurcze, które się pojawiały, wieczorem zanikły. Kolejnego dnia wydłużyłam czas masażu. Masowałam sobie nie tylko jedną brodawkę, ale obie jednocześnie, przez ponad 2 h. Skurcze miałam nie tylko w czasie masowania, ale także długo po nim. Męczyły mnie one nawet w nocy. Nie mogłam przez nie spać, ale leżałam, bo nie były aż tak dokuczliwe. Rano jednak, gdy tylko wstałam, skurcze ustały całkowicie.

Kolejnego dnia postanowiłam masować brodawki jeszcze dłużej i intensywniej. Skurcze, które się pojawiły, były silniejsze niż ostatnio, w dodatku miałam wrażenie, że przez to, że zjadłam za dużo, same skurcze był trudniejsze do zniesienia, bo bolało nie tylko z przodu, ale także z tyłu.

Postanowiłam sobie, że ostatniego dnia przed wywołaniem porodu, zrobię sobie oczyszczenie organizmu. Z samego rana chciałam wypić wodę z kapusty kiszonej, a potem miałam pić tylko wodę z miodem i cytryną…

               Tej nocy skurcze były tak silne, że podrywały mnie z łóżka. Po każdym skurczu musiałam iść skorzystać z toalety, bo nacisk na odbyt był tak silny. Pomagało mi masowanie dolnej części kręgosłupa. Wciąż myślałam, że te bóle są związane z tym, że za dużo zjadłam w ciągu dnia. Byłam już tak nimi wykończona, że postanowiłam sobie nie masować więcej brodawek, czekając na to nieszczęsne wywołanie, którego wcześniej tak bardzo chciałam uniknąć. Skurcze stały się już tak bolesne, że nie chciałam ich mieć. Chciałam by zniknęły. Wzięłam więc 2 tabletki paracetamolu. Skurcze jednak nie przechodziły, więc pomyślałam sobie, że 2 No-Spy powinny załatwić sprawę.

Dalej nic…

Jeszcze została mi kąpiel. Kąpiel tak bardzo złagodziła skurcze, iż wydawało mi się, że one minęły bezpowrotnie. Polewałam sobie dodatkowo wodę na brzuch i zupełnie zapomniałam o skurczach, uradowana, że jednak pomogło…

Kiedy wyszłam z kąpieli, znowu się zaczęło. Ból z przodu i z tyłu. Tak rozrywający, że pomyślałam, że musi się skończyć jak najszybciej. Przez myśl przeszła mi…cesarka. Obudziłam męża, który od razu się ubrał, ale ja zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że jednak JESZCZE nie rodzę. Ból raz był większy, raz mniejszy i trudno mi było ocenić, czy to to, czy jednak nie…

                  Zaczęłam jednak mówić głośno o cesarce. Chciałam cesarkę i to JAK NAJSZYBCIEJ! Bałam się, że będą chcieli czekać do rana, a jak chciałam NATYCHMIAST, bez czekania, od razu! Już żałowałam, że tak pochopnie zrezygnowałam z cesarki poprzedniego dnia. Myślałam i mówiłam tylko o tym, że jednak cesarka, chociaż tyle miesięcy przygotowywałam się do porodu naturalnego. Mój mąż też był nastawiony na to, że jedziemy na cięcie. Nawet ucieszył się z tego powodu, bo od samego początku nie był pewien, czy powinnam rodzić naturalnie.

W czasie drogi musiałam koniecznie zwymiotować, chociaż sama droga nie sprawiała mi więcej bólu niż ten, który przeżyłam w nocy. Zaparkowaliśmy dość daleko od szpitala, więc musieliśmy dość spory kawałek pokonywać na pieszo. Była ciepła, wrześniowa noc – a właściwie już poranek, a same skurcze, chociaż częste – co 3 minuty, jakby złagodniały. Już nie miałam wcześniejszego ucisku na odbyt, tylko same skurcze. Sama droga do szpitala, chociaż długa, była jednak bardzo przyjemna.

Kiedy dotarliśmy do szpitala, okazało się, że jesteśmy pierwsi w kolejce – i jedyni. Nasłuchałam się o gigantycznych kolejkach na Izbie Przyjęć, ale widocznie pora na rodzenie nie była sprzyjająca. Zrobiono mi KTG, a potem badanie, w czasie którego okazało się, że moje rozwarcie wynosi już…4 cm! Mój mąż zaczął mówić o cesarce – ja zupełnie już o tym zapomniałam, ale powiedziano mu, że jest za późno!

                       W nagrodę za tyle cm rozwarcia, dostała mi się Sala Porodowa. Kiedy przyszliśmy tam z jedną z położnych, zobaczyłam że naokoło siedzi mnóstwo innych położnych, czekających na pacjentów. Mnie dostał się…położnik.

Byłam bardzo niezadowolona. Odent grzmiał przecież :”żadnych położników w czasie porodu!”

Cały poród zepsuty – pomyślałam sobie.

Zastanawiałam się, kiedy mogę zapytać o tę cesarkę..

Położnik przypiął mi pasy do KTG. Zdenerwowałam się jeszcze bardziej.
CHCIAŁAM PRZECIEŻ CHODZIĆ!
Chwilę póżniej okazało się, że…właśnie kończy się jego zmiana. Byłam zadowolona, że przytrafiła mi się jednak położna – już nieważne jaka, ale kobieta!

Zajęła się mną jeszcze bardziej niż poprzednik. Na prawe ramię dała mi aparat do mierzenia ciśnienia, który miał być ze mną cały czas. Na lewą rękę dostałam wenflon – ot, tak na wszelki wypadek. Byłam unieruchomiona dosłownie z każdej strony. Kiedy kazała mi iść do toalety, moje nogi odmówiły mi posłuszeństwa – były kompletnie zdrętwiałe z tego leżenia. Położna i mąż pomogli mi wstać, dalej już było łatwiej. W toalecie jeszcze nawet nie zdążyłam się załatwić, kiedy złapał mnie skurcz. Trwał minutę, nie dłużej, ale położna już pukała do drzwi, czy przypadkiem nie zaczęłam rodzić…

Trochę inaczej to sobie wyobrażałam…

Chciałam chodzić, tańczyć, opierać się o drabinki, siedzieć na piłce…

A przede wszystkim potrzebowałam odrobiny prywatności. Okazało się jednak, że położna była ze mną cały czas. Po niedługim czasie przyszła jeszcze studentka,więc czułam się pod podwójną obserwacją…

Byłam bardzo zmęczona tym wszystkim.

                         Zastanawiałam się nad znieczuleniem, chociaż wcześniej nie brałam go pod uwagę. Już prędzej brałam pod uwagę cesarkę, niż znieczulenie.
Raz – że nie chciałam go z zasady,

dwa – wydawało mi się, że po cięciu nie można dostać znieczulenia.
Zaczęłam jednak delikatnie podpytywać położną, jak by to było gdybym wzięła znieczulenie. Powiedziałam jej pokrótce o moich planach rodzenia na kolanach, ale okazało się, że to nic pewnego – nie wiadomo czy tak będę mogła rodzić nawet, jeśli nie wezmę znieczulenia. Już nie dopytywałam od czego to będzie zależeć, bo bolało i to mocno. Ból w czasie leżenia jest naprawdę olbrzymi. Sama dobrowolnie nie położyłabym się do łóżka.
No ale po cięciu tak trzeba…- tłumaczyła położna.
W końcu, chociaż było mi bardzo ciężko, podjęłam decyzję o znieczuleniu. Jeszcze przed podaniem, położna sprawdziła mi rozwarcie. W chwili przyjęcia miałam 4 cm, dwie godziny później – 6 cm. Pęcherz płodowy wciąż cały. Pamiętam, że w czasie mojego pierwszego porodu, z chwilą pęknięcia pęcherza intensywność skurczy tak się wzmogła, że czuć było różnicę. Tym razem bardzo się tego bałam, bo moje skurcze i tak były tak silne, że wydawało mi się, że już nie mogą być ani o jotę mocniejsze!

       Prawie płakałam, a jednak zdecydowałam się na znieczulenie. Kiedy je dostałam, położna zaproponowała mi przebicie pęcherza płodowego. Byłam już tak zobojętniała na wszystko – bo i tak nic nie szło po mojej myśli – że zgodziłam się. Wód rzeczywiście było bardzo mało. Być może nawet mniej, niż lekarzowi się wydawało… Chwilę później zgodziłam się jeszcze na oksytocynę w trzeciej fazie, chociaż w moim Planie Porodu wyraźnie zaznaczyłam, że nie chcę oksytocyny w żadnej fazie porodu, a zwłaszcza w tej trzeciej. Mój Plan Porodu zawierał także informację o tym, że nie życzę sobie podania dziecku witaminy K.

Kiedy jednak położna o to zapytała, było mi wszystko jedno. Przytaknęłam głową.

                   Znieczulenie podano mi o 10:30. Od tego czasu przestałam czuć cokolwiek. Miałam zamknięte oczy. Odpoczywałam.

Ogarniała mnie przeraźliwa rozpacz, że wszystko poszło nie tak jak trzeba. Myślałam nawet, że cesarka byłaby lepszym rozwiązaniem niż to, co mnie spotkało…

Bo cesarka była w moim planie, zaś znieczulenie było poza tym planem!

Położna co 2 h badała mi rozwarcie. Rosło regularnie – 2 cm na 2 h. Kiedy już osiągnęło 10 cm, powiedziała mi, że teraz da mi jeszcze godzinę na zejście główki niżej, bo po znieczuleniu nie można przeć dłużej niż godzinę.

Słyszeliśmy krzyczące kobiety w fazie parcia, ale położna uspokajała męża, że ja tak krzyczeć nie będę…

Uwierzyłam jej i ja.

Zbliżała się godzina przerwy położnej. Nie martwiło mnie to wtedy, bo nic nie czułam. Mogłam tak nawet leżeć godzinami…

Ale kiedy poszła, ja zaczęłam odczuwać obniżanie się dziecka. Szło w dół, a potem się wracało. Do tego doszła jeszcze potrzeba parcia. Najpierw całkiem mała, a potem coraz większa i większa. Kazałam mężowi wezwać położną. Przyszła jakaś dyżurna, podniosła mi łóżko, poprawiła poduszki i poszła sobie. Byłam wściekła, bo ból był już nie do zniesienia, a ja chciałam żeby mi pomogła chociaż wybrać odpowiednią pozycję – przeć mogłam już bez niej (tak mi się przynajmniej wydawało). Na sali wciąż była studentka, więc zapytałam ją, w jakiej pozycji będę mogła rodzić. Zupełnie nie przygotowałam się do znieczulenia, więc o pozycjach w czasie znieczulenia nie miałam pojęcia! Ona pokazała mi ścianę z rysunkami. Były tam kobiety klęczące, kucające na różne sposoby. Nie było ani jednej pozycji leżącej..

Uśmiechnęłam się tylko i postanowiłam nie zadawać jej więcej pytań.

Kiedy przyszła moja położna, bardzo się ucieszyłam, bo wiedziałam, że MUSZĘ przeć! Nie obchodziło mnie już to, czy główka jest wystarczająco nisko, ani to, że mam zaledwie godzinę. Chciałam zacząć TU I TERAZ.

Najpierw kilka prób z nogami przyciągniętymi do siebie, potem kilka prób z pozycją na boku (wstyd, ale nie znałam ani jednej.. Oglądając porody domowe, omijałam te wszystkie, na których kobieta musiała leżeć. Poznałam więc kilka pozycji, zobaczyłam jak wyglądają i jak działają, ale nie interesowała mnie ani jedna,w której kobieta musiałaby leżeć). Położna jednak zadecydowała, że najlepsza będzie taka, gdy wszyscy trzymają mnie za nogi i w czasie parcia dociskają je do mnie. Dla mnie to też była najwygodniejsza pozycja, bo  po kilku parciach byłam tak zmęczona, że nie potrafiłam sama utrzymać nóg.
Uczucie parcia miałam co minutę. Nie miałam czasu by zrobić łyk wody i znowu kolejne parcie. Chciałam nawet odpocząć przez kolejny skurcz, ale nie dało się. Ta potrzeba była taka silna, że musiałam przeć. Położna mnie dopingowała. Mówiła mi, żebym wytrzymała dłużej, albo żebym jeszcze raz parła (wychodziło tak, że na jednym skurczu parłam 4 razy i to naprawdę długo…).

Po 20 minutach wyszła główka. Ból był tak intensywny, że mnie przerósł. Nie tego się spodziewałam! Piekło tak mocno, że zaczęłam się drzeć jeszcze bardziej, niż dziewczyny. Ból był dużo silniejszy, niż myślałam. Nie oczekiwałam jakiegokolwiek bólu – dziewczyny przecież nieraz dotykały główki dziecka, a ja nie mogłam, bo tak piekielnie bolało! Chciałam, żeby ten ból jak najszybciej się skończył. Teraz tak częste skurcze były błogosławieństwem, bo chwilę później pojawił się kolejny i dziecko wysunęło się z mojego ciała. Położna położyła mi je na piersi.
Do tej pory nie znaliśmy płci. Już nie mówiłam położnej, że chciałabym sama ją zobaczyć, ale ona jakby czytała w moich myślach. Dopóki ja nie zobaczyłam czy to chłopczyk czy dziewczynka, dopóki nie zrobił tego mój mąż, ona też tego nie zrobiła. Zrobiła to jako ostatnia…

Zaproponowała mi przecięcie pępowiny dopiero, kiedy przestanie tętnić. Chciałam tego, ale nie śmiałam nawet o tym powiedzieć, bo wszystkie moje wcześniejsze plany i marzenia i tak spełzły na niczym. Wszyscy dotykaliśmy pępowiny i czekaliśmy aż przestanie pulsować. Trwało to o wiele dłużej niż myślałam, ale kiedy to się stało, mój mąż odciął pępowinę. Nasz synuś leżał przez cały czas na mojej piersi, a po chwili zaczął jedną z nich pić. Pił tak profesjonalnie, jak żadne z moich dzieci (podano mi je po ponad 5 h od porodu, a pierwsze – jeszcze później).

Pił i pił, najpierw jedną pierś, potem drugą..Zajęło mu to jakieś 2 h, a w tym czasie pielęgniarka go wytarła i zrobiła zastrzyk. W tym także czasie jego łożysko wyskoczyło ze mnie. Mogłam je nawet pooglądać, co też było moim marzeniem. Także niewypowiedzianym, ale położna sama to zaproponowała, opowiadając mi o jego częściach.

Po porodzie czułam się fantastycznie. Nawet nie wiedziałam, że pękłam. Dokładnie po tej stronie, po której byłam tak głęboko nacięta. Szwów było bardzo dużo.

Posmutniałam, kiedy się o tym dowiedziałam…

Myślałam, że czeka mnie powtórka z pierwszego porodu. Ogromny ból w połogu…

Jednak tego samego dnia mogłam już usiąść nie tylko normalnie, ale i…po turecku! Umiałam swobodnie się załatwić, chodzić, biegać..Umiałam robić wszystko! Szwów w ogóle nie czułam. Ani mnie nie piekły, ani nie ciągnęły. Czułam się tak, jak bym ich w ogóle nie miała!

Mój połóg – FANTASTYCZNY!

Samopoczucie fizyczne – rewelacyjne!

Psychiczne?

Mojego Planu Porodu nie wypełniłam nawet w 50 %.

Nie wypełniłam go nawet w 25 %.Choć większość zależała ode mnie…
Na jedną jedyną rzecz nie chciała się zgodzić położna – na odłączenie od KTG. Na resztę jednak przystałaby bez wahania, bo sama pytała mnie o to, czy tamto… Jedna rzecz, a jednak najważniejsza.

Leżenie w łóżku sprawiło, że ból był trudny do zniesienia.

                  Zdecydowałam się na znieczulenie – już całkowicie dobrowolnie, a potem poszło lawinowo. Godziłam się na wszystko, co mi położna zaproponowała.

Moja wyobraźnia przewidywała cesarkę. Liczyłam się z nią od samego początku. Liczyłam się nawet z kleszczami i próżnociągiem (ze względu na pierwszy poród). Nie liczyłam się jednak z tym, że wezmę znieczulenie!!!

Kiedy tak mocno bolało, moje myśli skupione były tylko wokół cesarki, której wcześniej tak bardzo chciałam uniknąć.

Ból jednak zabrał mi rozum…

Wyczerpanie także, bo bóle miałam już od 3 dni, nieprzespane 2 noce, do tego ból w krzyżu.

Samo znieczulenie wzięłam o 10:30, nasz syn urodził się o 15:02.
To długi czas…Za długi, przy takim wyczerpaniu. Pewnie nie miałabym już siły przeć.. Znowu w ruch poszłyby kleszcze albo próżnociąg…
Mnie jednak udało się samej wyprzeć syna. I to zaledwie w 20 minut!
Tak, jestem z siebie zadowolona!
Jestem zadowolona z tego, że dokonałam tego.
Syn urodził się nie tylko drogami natury, ale także siłami natury.

Po moim trzecim porodzie w końcu jestem kobietą spełnioną.

IMG_1579