Archive | Listopad 2014

Bliźniaczy VBAC cz.2 (USA)

Dziś druga część historii Kathy, dzielnej mamy bliźniaków, która nie bała się zawalczyć o to by JEJ poród odbywał się na JEJ warunkach. Część pierwsza tutaj.

*Historia prezentowana na niniejszym portalu jest nieco skróconą wersją oryginalnej opowieści, którą można przeczytać na blogu Kathy: http://lovinlifewithkids.blogspot.com/2014/10/the-twins-birth-story-part-1.html. Dziękujemy za zgodę na przetłumaczenie i wykorzystanie tej historii oraz zdjęć przez portal NATURALNIE PO CESARCE.*

Próba generalna

Na dzień 14 marca, piątek, perspektywa była następująca: jeżeli nie urodzę do środy, 19 marca, mój lekarz wyjedzie na 4 dni i wróci dopiero w późnym wieczorem, w niedzielę, 23 marca.

We wtorek, 18 marca, późnym popołudniem zaczęłam odczuwać skurcze. Inne niż dotychczas i regularne. Zadzwoniliśmy do naszej położnej, która przyjechała, aby posłuchać tętna dzieci  i zbadać mnie. Miałam 3 cm rozwarcia, a szyjka była zgładzona w 80%. Zaczęliśmy myśleć, że może to już. Zadzwoniliśmy do szpitala, gdzie powiedziano nam, że będziemy skierowani najpierw do lekarza dyżurnego, a dopiero później zawiadomią naszego położnika. Wybraliśmy wersję „na skróty” przez naszą położną, która zadzwoniła do doktora Wassermana.  Był bardzo podenerwowany, że jesteśmy w domu i chciał, żebym pojechała do szpitala. Obawiał się, że poród może postępować szybko i nie chciał, żeby nas zaskoczył w domu. Sądziłam, że skurcze są wystarczająco mocne i częste, aby pojechać. Tak też zrobiliśmy.

Przybyliśmy do szpitala około 23 i zaprowadzono mnie do „mojej sali”. Akcja porodowa trochę przycichła podczas jazdy samochodem, ale mieliśmy nadzieję, że wzmocni się ponownie, gdy będziemy w szpitalu i będę mogła się skoncentrować. Dr Wasserman był już w szpitalu z inną pacjentką i zamierzał zostać do rana, więc nie obawialiśmy się konieczności  bycia pod opieką innego lekarza. Zgodziłam się na zapis KTG. Dr Wasserman zaglądnął, żeby się przywitać, ale zaraz poszedł.

Przez kilka godzin spacerowałam po korytarzach z Joe, Dede i Tracy (naszą fotograf porodową)  bez specjalnego rozwoju akcji skurczowej. Byłam tym naprawdę sfrustrowana. Jazda do szpitala skutkująca zatrzymaniem porodu była jedną z moich największych obaw, a to właśnie się działo. Przestałam przemierzać salę tam i z powrotem, bo mój poród i tak całkowicie się zatrzymał. Przespałam się chwilę. Około 4 rano przyszedł dr Wasserman i powiedział, że chciałby zrobić mi zapis KTG, aby sprawdzić czy z maluszkami jest wszystko w porządku. Zgodziłam się. Przysypiałam i budziłam się. Następnie odbyłam bardzo emocjonalną rozmowę z Dede (przyjaciółką) dając upust swojej złości na sytuację, w której byłam. Za mniej niż 12 godzin jedyny lekarz, któremu ufałam wyjeżdżał i jeśli poród zacząłby się podczas jego nieobecności, byłabym pod opieką kogoś zupełnie nieznajomego. Mówiąc bez ogródek, byłam wściekła.  Całe miesiące przekonywałam siebie to perspektywy, że to właśnie dr Wasserman przyjmie mój poród, a teraz czułam się opuszczona.

Dr Wasserman przyszedł ponownie o 7 rano i zapytał co dalej robimy. Powiedziałam, że nie wiem i że źle się czuję. Wielokrotnie powtórzyłam, że jestem zła na to, że nigdy nie powiedział słowa o swoich wakacjach podczas moich wizyt prenatalnych i że przyjazd do szpitala skutkujący zatrzymaniem porodu był moją największą obawą. Doktor powiedział, że czuje się „paskudnie” w kwestii planów wakacyjnych. Rozważyliśmy jakie mamy opcje. Opcja nr 1: zostać w szpitalu i spróbować urodzić zanim doktor wyjedzie (co wiązało się z zastosowaniem oksytocyny lub przebiciem pęcherza płodowego – na żadno z powyższych nie chciałam się zgodzić).  Opcja nr 2: wrócić do domu. Przedyskutowaliśmy, kto zastąpiłby doktora Wassermana podczas jego nieobecności; powiedział, że porozmawia z doktorem L. i potwierdzi czy tamten zgadza się na wszystkie nasze ustalenia dotyczące porodu. Zdecydowaliśmy, że jedziemy do domu.

Dwa dni później miałam kolejne USG wykonywane przez perinatologa doktora P. Była zaskoczony, że wciąż jestem w dwupaku i przynajmniej dwa razy powiedział: „W 38,5 tygodniu ciąży i przy 3 cm rozwarcia naprawdę nie ma żadnej korzyści w utrzymywaniu tej ciąży.” Nic nie odpowiadałam, ale myślałam: „No tak, nie ma żadnej korzyści oprócz tego, że najwyraźniej maluchy nie są jeszcze gotowe, aby się urodzić, albo już byłyby na świecie!” USG zajęło dwa razy tyle co zwykle. Kiedy badanie się zakończyło, dr P. powiedział: „ Droga Pani, szukałem najmniejszej rzeczy, przez którą mógłbym wysłać Panią do szpitala. Sprawdziłem ruchy oddechowe, poziom wód płodowych, (i kilka innych rzeczy, których nie pamiętam), ale nic niepokojącego nie znalazłem. Wszystko jest z nimi w porządku i nie widzę żadnych wskazań do jakichkolwiek interwencji.”  Doceniłam uczciwość doktora P. w tym, iż nie znalazł na siłę przyczyny, aby „mieszać” w mojej ciąży.

Zaczyna się naprawdę

W sobotę, 22 marca (2014), obudziłam się o 4 rano, żeby pójść do łazienki (jak zawsze). Około pół godziny później znów zaczęłam odczuwać „te” skurcze. Nie byłam zadowolona – dr Wasserman miał wrócić dopiero późnym wieczorem kolejnego dnia. Robiłam wszystko co przyszło mi do głowy, aby poród się zatrzymał, ale skurcze przychodziły co 3-4 minuty. Około 9 napisałam smsa do Deb (położnej) z informacją, że chyba rozpoczął się poród. Odpisała mi, że właśnie jest przy innym porodzie i że da mi znać jak tylko będzie mogła przyjechać. Zapewniła mnie, że wszystko będzie dobrze. Joe był zdenerwowany i chciał jechać do szpitala, z racji tego, że Deb nie mogła przyjechać i skontrolować stanu maluszków tak jak planowaliśmy. Zadzwoniliśmy do szpitala i pojechaliśmy tam, wstępując wcześniej do mojej kręgarki, razem z Dede około godziny 10.30.

Po drodze dowiedzieliśmy się, że doktora L. (który miał zastępować doktora Wassermana) w tym dniu nie ma aż do wieczora, co oznaczało, że będzie się mną opiekował inny lekarz, którego w ogóle nie znałam. Była to dr X. (Celowo nie podaję tu nawet inicjału jej prawdziwego nazwiska, gdyż biorąc pod uwagę nietypową sytuację w jakiej została postawiona, sądzę, że byłoby to nie w porządku, aby ktoś na podstawie tej historii wyrabiał sobie o niej zdanie.) Trudno mi wyrazić jak frustrujące było to dla mnie. Skurcze zniknęły na 20 minut. Tak ciężko pracowałam nad tym, aby zaakceptować fakt, że to dr Wasserman przyjmie poród moich bliźniąt. Potem dowiedziałam się, że jest spora szansa, że doktora Wassermana nie będzie przy moim porodzie. Musiałam więc spróbować pogodzić się z perspektywą, że będzie to dr L. Jeszcze do końca tego nie przetrawiłam, kiedy teraz, w ostatnim momencie, okazało się, że będę rodzić z kimś zupełnie mi obcym. Nie wiedziałam wtedy jeszcze nawet czy dr X. jest kobietą czy mężczyzną! Zaczęłam się modlić, żeby to okazał się kolejny „fałszywy alarm” i bym mogła wrócić do domu i zaczekać dopóki dr L. lub dr Wasserman nie wrócą.

Przyjechaliśmy do szpitala około 11.30. Joe zostawił mnie i Dede przed wejściem, a sam pojechał zaparkować samochód (był weekend i nie było miejsc). Poszłyśmy z Dede do wind i czekałyśmy na Joe. Po 10 minutach zadzwoniłam do niego na komórkę, ale nie było sygnału.  W końcu zapytałyśmy o niego w recepcji i dowiedziałyśmy się, że jest już na sali porodowej. Była tam też Tracy, fotografka porodowa.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-2

Poznaliśmy wspaniałą położną, Nicole, i zanim w ogóle się przebrałam, sprawdzałyśmy przez chwilę tętno maluszków. Bliźniak A był przez całą ciążę w położeniu podłużnym główkowym, bliźniak B był zawsze położony pośladkowo. Kiedy teraz próbowano podpiąć mnie do KTG, tętno bliźniaka A było słyszalne tam gdzie zawsze, ale serduszko bliźniaka B słychać było w zupełnie innym miejscu. Zaczęłam się zastanawiać  w jakim położeniu znajduje się mój drugi bliźniak. Zdecydowano zrobić USG. Okazało się, że jest położeniu poprzecznym, z główką przytuloną do brzuszka braciszka. Zwiększało to szansę, że maluch odwróci się jeszcze do położenia główkowego  i nie będzie konieczne ręczne wydobycie.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-4

Zgodziłam się na badanie wewnętrzne- miałam 5 cm rozwarcia, a główka pierwszego bliźniaka była przyparta. Ucieszyłam się, że połówka rozwierania już za mną. Joe pobiegł do sklepu po coś do jedzenia dla wszystkich. Przez następne ½ godziny skakałam na piłce. Nicole założyła mi wenfon.  Dobrze radziłam sobie ze skurczami, ale ponieważ robiły się coraz mocniejsze, zdecydowałam pójść pod prysznic. Wzięliśmy piłkę i usiadłam na niej w kabinie prysznicowej polewając wodą dolny odcinek pleców. Spędziłam tam chyba z godzinę razem Joe, który karmił mnie zupą serowo-brokułową pomiędzy skurczami, jak przystało na wspaniałego męża i partnera porodowego. Później spędziłam chwilę na łóżku w pozycji kolankowo-łokciowej. Skurcze były już bardzo intensywne. Sądziłam, że przede mną jeszcze długie godziny rodzenia, gdyż mój najkrótszy poród trwał 27 godzin (Teraz akcja porodowa trwała dopiero 11 godzin). Było ciężko, miałam łzy w oczach. Poprosiłam, aby mnie zbadano – chciałam wiedzieć czy jest jakiś postęp. Nie mogłam wyobrazić sobie wytrzymania tego dużo dłużej. (Dla tych, którzy nie wiedzą: to typowe oznaki kryzysu 7 cm).

Przyszła dr X. Nie była zbyt miła. Zbadała mnie i powiedziała, że jest 6 cm rozwarcia, a główka jest ustalona we wchodzie. Gdzieś „z tyłu głowy” wiedziałam z moich poprzednich porodów, że od osiągnięcia 6 cm do chwili, gdy trzymałam dziecko w ramionach mijało nie więcej niż 2 godziny. Z drugiej strony myślałam sobie: „To wszystko dla tego 1 marnego centymetra???” Deb przypomniała mi jednak, że nie tylko rozwarcie się zwiększyło, ale także dziecko obniżyło się w kanale rodnym, przez co poczułam się ciut lepiej.

Po badaniu dr X. stanęła obok łóżka ze skrzyżowanymi ramionami i można z jej postawy wyczytać, że nie jest zadowolona. Biło od niej napięcie, powiedziałabym nawet negatywizm. Nie byłam do końca świadoma konwersacji jak odbywała się pomiędzy nią, a moimi osobami towarzyszącymi, ale przypominam sobie jak powiedziała coś w stylu: „Rozumiem, że pewne rzeczy były ustalone, ale ja w tych ustaleniach nie brałam udziału, a muszę jednak pracować w swojej strefie komfortu.” Bez żartów …. WPADŁAM W SZAŁ.

Myślałam wtedy: “Do DIABŁA, nie. Nie mam mowy, żeby ta pindzia przychodziła tutaj i spie…..ła całe miesiące mojego planowania ponieważ jest wku……na, że została wkręcona w mój poród.” Chyba nic nie powiedziałam, gdyż wciąż byłam skupiona na radzeniu sobie ze skurczami. Zostawiłam to mojemu zespołowi towarzyszącemu – w końcu po to tam byli. Nie wiem jak wyglądała dalsza rozmowa. Pamiętam tylko, że kiedy tylko lekarka wyszła z sali, powiedziałam głośno: “Nie lubię jej.”

Zajęłam się rodzeniem, podczas gdy pomiędzy moimi towarzyszami a położną odbywała się rozmowa (której ja nie byłam świadoma). Efekt tej rozmowy był taki, że Nicole (położna) poprosiła dr X., aby nie robiła niczego bez mojej zgody.

Około 15.30 z powrotem usiadłam na piłce, potem zwisałam na tyle łóżka, a w końcu stanęłam na łóżku. Stanie to była pozycja w której na tamten moment  było mi najwygodniej, jednak byłam zmęczona, a stojąc na łóżku mogłam podtrzymywać się rękoma o poręcze po bokach nie obciążając nóg. Nie wiem jak często taka pozycja zdarzała się  w szpitalu, bo kiedy Nicole mnie zobaczyła, powiedziała: „O! Ok, uda się.”

Około 16 poszłam do łazienki, ale zamiast wrócić ponownie na łóżko, stanęłam z jego tyłu pochylając się. Nasz fotograf przyniosła mi trochę poduszek, abym mogła odpocząć – było mi już naprawdę ciężko znosić skurcze. Zaczęło mnie troszeczkę popierać, ale sama przed sobą zaprzeczałam, że może być już tak blisko końca. Deb zapytała mnie czy czuję parcie. Powiedziałam, że nie jestem pewna.

Na tym etapie była całkowicie odcięta od rzeczywistości, w swoim świecie, więc opowiem jak te wydarzenia wyglądały z mojej perspektywy, dorzucając gdzie niegdzie informację, których dowiedziałam się później.

Zaczęłam czuć parcie i poprosiłam o przeciwucisk. Dede uciskała mi plecy. Poczułam OGROMNĄ potrzebę  parcia. Pomyślałam sobie: “Będą chcieli, żebym się położyła na łóżku, żeby mnie zbadać.”. Zaraz potem pękł pęcherz płodowy pierwszego bliźniaka zalewając całą podłogę. Jego główka była na samym wychodzie. (Deb, która słyszała zmianę w dźwiękach, które wydawałam zdążyła położyć pomiędzy moimi nogami ręczniki. Siedziała teraz na podłodze sięgając pomiędzy nogami Dede, aby pomóc urodzić się główce. W pewnym momencie Dede podniosła nogę, a Deb przybliżyła się, aby w razie czego złapać maluszka.)

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-26

Byłam w czymś w rodzaju półprzysiadu i powiedziałam coś w stylu: „Rodzę!” albo „Dziecko wychodzi!”. Ktoś na to odrzekł: „Deb jest za tobą.” Więc się nie powstrzymywałam. Urodziła się główka, a pare sekund później reszta ciałka. Kurcze, od razu poczułam się lepiej!

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-29 Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-33

Pomiędzy porodem pierwszego i drugiego bliźniaka było tylko 7 minut, więc wszystkie opisane poniżej wydarzenia działy się bardzo szybko.

Obróciłam się i ze zdziwieniem ujrzałam lekarkę (dr H.) trzymającą(z nie mniejszym od mojego zdziwieniem) moje dziecko. „To chłopiec!” zaśmiałam się i wzięłam go w ramiona. Usiadłam na łóżku I zdałam sobie sprawę, że sala jest pełna ludzi w niebieskich fartuchach. Nie miałam pojęcia kiedy przyszli. Wszyscy rozmawiali między sobą w atmosferze podekscytowania ponieważ poród pierwszego bliźniaka w pozycji stojącej, na który asysta ledwie zdążyła przyjść nie był częścią planu. Aparat USG nie był chyba jeszcze nawet włączony. Maluch wylądował na moim brzuchu. Nicole zajęła się pępowinę i poprosiła, abyśmy pomasowali mu plecki, aby pobudzić go do płaczu. Ale my nie skupialiśmy się na tym zbytnio. Jedna z pielęgniarek nałożyła na mój brzuch dużą porcję żelu USG, ale urządzenie jeszcze się nie uruchomiło. Dr X. zapytała mnie czy może mnie zbadać, gdyż  uruchamianie USG trwało zbyt długo. Badanie było okropnie bolesne, bo akurat przyszedł skurcz. Powiedziała, że czuje główkę i bulgoczący pęcherz płodowy. Odetchnęłam z ulgą. Zaraz po zakończeniu badania udało się urochomić USG i położenie główkowe drugiego bliźniaka zostało potwierdzone. Do sali zaglądnął neonatolog (dzwoniono po niego, ale ponieważ Oddział Intensywnej Terapii Noworodka jest na innym piętrze, a dziecko urodziło się tak szybko, nie zdążył na poród), ale ponieważ pierwszy bliźniak był już na zewnątrz, a kondycja drugiego nie budziła wątpliwości, poszedł.

Powiedziałam, że muszę  podnieść się do pionu, więc obniżono wezgłowie, a ja podniosłam się. Wtedy Nicole podniosła wezgłowie z powrotem, tak, że byłam w sumie w pozycji półsiedzącej. Dr X. powiedziała by odciąć pępowinę i Joe to zrobił. Powiedziałam mu by wziął dziecko, gdyż poczułam, że idzie kolejny skurcz . Dr H. chciała położyć jałową niebieską serwetę pod moje pośladki, co nie było zbyt zabawne podczas skurczu, ale się udało. Okazało się, ze serweta się przydała, bo pod koniec skurczu odeszły mi wody, które spłynęły na tę serwetę. Było w nich troszkę smółki. Dr X. zapytała Deb jaki był plan na taka okoliczność. Deb powiedziała, że o ile po urodzeniu maluch będzie w dobrym stanie, plan jest taki, aby wylądował na brzuchu mamy, na co dr X. powiedziała: „Ok.” Podczas oczekiwania na kolejny skurcz dr X. powiedziała coś o zbliżającym się końcu, na co ja odpowiedziałam: „Dzięki Bogu”. Miałam zamknięte oczy i usiłowałam się zrelaksować.

Joe, który trzymał już urodzonego synka, podszedł do mnie powiedzieć mi, że świetnie sobie radzę. Popatrzyłam na niego i powiedziałam: „Weź to dziecko skóra do skóry!” Zrobił to, z pomocą położnej i Deb.

Poczułam kolejny skurcz i przypomniałam sobie jak bardzo nie cierpiałam przeć na plecach podczas mojego ostatniego porodu. To najbardziej niewygodna pozycja do rodzenia.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-40

Czułam skurcz u góry brzucha i miałam wrażenie, że źle prę. Wiele osób mnie dopingowało. Dede mówiła, że robiłam to już 4 razy w przeszłości, a dr X. powtarzała mi, że świetnie mi idzie. Kiedy skurcz osiągnął szczyt i poczułam go niżej, przypomniałam sobie jak się prze. Urodziła się główka, a kilka sekund później nasz drugi bliźniak był już cały na świecie! Dr X. położyła mi go na brzuchu, a ja obwieściłam, że mamy kolejnego chłopca! Kilka osób biło brawo. Odczekano kilka minut, aż pępowina przestała tętnić. Jako, że Joe był zajęty pierwszym maluchem, pozwoliłam, aby pępowinę odcięła Dede.

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-44

Po około 5 minutach z tatusiem, personel zabrał pierwszego bliźniaka do cieplarki, aby go zbadać.

(W tym czasie  ja i Joe odbyliśmy krótką rozmowę na temat imion. Pierwszy bliźniak otrzymał imię Ethan, a drugi Lucas.)

Twin Birth-Kolodzinski 3.22.14-59

W porównaniu z  bratem, całe ciało Ethana było sinawe. Popatrzyłam na Nicole i powiedziałam: „On wygląda naprawdę sino”. Odpowiedziała: „Tak, wezmę go do cieplarki podam mu troszkę tlenu. Jednak Ethan nie zaróżowił się, a kiedy sprawdzono wysycenie jego krwi tlenem, wynosiło tylko 70%. Wezwano więc neonatologa, aby go zbadał.  Nie wiem dokładnie ile czasu upłynęło, a wydaje mi się, że po 10 minutach zdecydowano, że Ethan zostanie zabrany na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka. Nikt nie wydawał się tym zbytnio przejęty w tamtym momencie. Joe poszedł razem z małym.

(W tym momecie, historia Ethana staje się odrębną historią, którą być może kiedyś  jeszcze opiszę.)

[…]

6 miesięcy później, ciągle nie do końca dociera do mnie, że się udało. Nie tylko urodziłam w szpitalu, ale urodziłam BLIŹNIĘTA i to był poród na moich warunkach.

Przez ostatnie 10 lat byłam bardzo źle nastawiona do świata medycznego – nie bez powodu. Doświadczyłam manipulacji i nadużyć ze strony „systemu” i nie chciałam mieć z nim więcej do czynienia. Nigdy bym nie przypuszczała, że grupa zupełnie obcych mi ludzi zrobi aż tyle, aby uczynić mój poród nie tylko znośnym, ale naprawdę DOBRYM. I mogę zupełnie szczerze powidzieć: to był DOBRY poród. Nie, to nie był poród domowy, ale to był prawdopodobnie najlepszy poród szpitalny jaki mogłam mieć. Teraz patrzę z zupełnie innej perspektywy na to, co ludzie są w stanie zrobić, jeśli się ich o to poprosi.

To wszystko nie udałoby się gdyby nie ogromna praca Patty i zespołu pielęgniarskiego, a także chęci różnych specjalistów do nagięcie się i spróbowania czegoś nowego. To prawda, dr Wasserman nie był przy porodzie, co spowodowało trochę stresu, ale bez jego początkowej zgody, taki poród nie byłby możliwy. Wiem, że nie widział tego wszystkiego w ten sposób, kiedy pierwszy raz poinformował nas, że zostaniemy rodzicami bliźniaków, ale była bardzo wspierający i wykonał ogromną pracę, żeby nasz plan mógł zaistnieć. Tak, dr X. miała niezbyt dobrą postawę  i przyprawiła mnie o dodatkowy stres podczas porodu, ale pytała mnie o zgodę zanim cokolwiek zrobiła i robiła to o co była proszona, czyli zostawiła mnie w spokoju przez większość czasu I nie upuściła dzieci;)

Mimo tego, że poród nie przebiegł dokładnie tak go planowaliśmy (nie przewidziałam, że urodzę na stojąco), mam nadzieję, że personel szpitala odebrał to doświadczenie w pozytywny sposób i trochę się dzięki niemu rozwinął. Mam nadzieję, że ludzie ci zobaczyli i pamiętają, że nie muszą robić wszystkiego w ten sam sposób, za każdym razem.  Mam nadzieję, że przyjdzie czas gdy porody bliźniąt poza salą operacyjną będą bardziej akceptowane I kobiety będą doświadczać takich porodów jakiego ja doświadczyłam. A przede wszystkim, mam nadzieję, że kobiety czytające tę historię zdadzą sobie sprawę, żę MAJĄ WYBÓR i nie muszą zgadzać się na to jest rutynowo robione, jeśli im to nie odpowiada.

Bliźniaczy VBAC cz. 1 (USA)

To, że bliźniaki nie muszą automatycznie oznaczać porodu przez cięcie cesarskie, nawet po uprzednio przebytym cięciu, już wiemy. Ta historia pokazuje jednak coś więcej. Kathy i jej rodzina udowodnili, że nawet w sytuacjach  pozornie bez wyjścia wyjście można znaleźć. Że warto drążyć, szukać, rozmawiać, prosić, tłumaczyć, nie zgadzać się, stawać „na rzęsach” i innych na tych rzęsach stawiać. Że czasem to jest właśnie droga wiodąca do satysfakcjonującego porodu. I być może droga do zmian na lepsze na salach porodowych! Dziś pierwsza część tej nie codziennej historii. A już niedługo druga, opatrzona zdjęciami:)

Niespodzianka!

Ja i mój mąż Joe byliśmy w szoku, kiedy podczas USG w 9 tygodniu ciąży lekarz (dr Wasserman) powiedział: „Gratulacje! Będziecie Państwo mieli bliźnięta.” A ponieważ wiedział, że nasza położna nie przyjmuje porodów bliźniaczych w domu, dodał jeszcze: „To będzie musiał być poród szpitalny.”

Każdy kto zna szczegóły mojej historii położniczej zrozumie dlaczego to był dla mnie cios. Dla tych, którzy nie wiedzą nic na temat mojej przeszłości: cierpiałam na ciężki zespół stresu pourazowego i depresję poporodową po cięciu cesarskim 10 lat wcześniej. Szpitale powodują u mnie traumę i w ogóle nie mam zaufania do lekarzy, pielęgniarek i położnych. Troje moich ostatnich dzieci szczęśliwie urodziłam w domu.

Po kilku dniach, kiedy już udało nam się trochę oswoić z myślą, że noszę bliźnięta, zaczęłam szukać informacji. Byłam w ciąży bliźniaczej dwuowodniowej, dwukosmówkowej, co oznaczało, że każde z bliźniąt miało własne łożysko i własny worek owodniowy. To najbezpieczniejsza wersja ciąży bliźniaczej i takie bliźniaki mogą być bezpiecznie urodzone w domu. Znaleźliśmy położną, która zgodziła się asystować przy moim porodzie i która wydawała się nam odpowiadać. Jednakże, ani ja ani Joe nie byliśmy 100% przekonani do rodzenia bliźniąt w domu. Pomimo trzech wcześniejszych przebiegających bez komplikacji porodów domowych, obecna sytuacja była dla nas czymś całkiem nowym, a biorąc pod uwagę fakt, że mieliśmy około 40 minut drogi (przy najlepszych wiatrach) do szpitala, gdzie pracuje lekarz, którego wybraliśmy, podchodziliśmy niepewnie do wersji pozostania w domu.

Kompromisem wydawał się poród w domu narodzin, który został właśnie otworzony w połowie drogi między naszym domem a szpitalem, gdzie pracował nasz położnik. Dom narodzin był piękny, a ja byłam podekscytowana faktem, że udało się znaleźć sposób, aby urodzić te dzieci poza szpitalem. Na kolejnej wizycie prenatalnej dałam mojemu lekarzowi list, w którym opisałam mu moją historię i wyjaśniłam dlaczego opcja porodu szpitalnego  nie była odpowiednia dla mnie. Poinformowaliśmy też lekarza o naszych planach porodu w domu narodzin oraz powiedzieliśmy, że zamierzamy kontynuować wizyty u niego w razie gdyby pojawiły się jakieś komplikacje i musiałabym iść do szpitala. Doktor nie był zachwycony naszym pomysłem, ale tak naprawdę niewiele mógł na to poradzić.

Co teraz?

Moja ciąża przebiegała bez komplikacji, poza tym, że miałam ciągle nic nie znaczące aczkolwiek irytujące skurcze. Kiedy byłam w 23 tygodniu otrzymałam list od naszej położnej z informacją, że nie będzie ona jednak dla nas dyspozycyjna w marcu i musimy poszukać kogoś innego na jej miejsce. Do tej pory nie wiemy dlaczego się wycofała, ale to był cios, ponieważ wiedziała ona, że była dla nas jedyną „wykonalną” opcją porodu poza szpitalem. Alternatywą było bowiem albo pozostanie w domu z położnymi, co do doświadczenia których mieliśmy wątpliwości albo podróżowanie do innego domu narodzin oddalonego 2 godziny drogi. Po kilku dniach przygnębienia i złości podjęliśmy trudną decyzję, że urodzę w szpitalu.

Teraz musiałam się skupić na poradzeniu sobie z byciem zmuszoną do rodzenia w miejscu którego nie cierpiałam i na tym jak mogę to doświadczenie uczynić pozytywnym. Miałam koszmary senne i flashbacki, zaczęłam więc chodzić do terapeuty, do którego chodziłam kilka lat wcześniej po poronieniu.  Rozpoczęliśmy terapię zwaną EMDR (Eye Movement Desensitization and Reprocessing), aby zmniejszyć moje reakcje na stres. Ciężko pracowałam, aby być w stanie zaakceptować perspektywę bycia w szpitalu. Musiałam też ciężko pracować nad  kwestią mojego zaufania do personelu służby zdrowia.

Polityka każdego szpitala w naszej okolicy (oprócz jednego, do którego wrócę później) jest taka, że mamom rodzącym bliźniaki pozwala się I okres porodu spędzić w normalnej sali, ale kiedy osiągnął pełne rozwarcie, są przenoszone do sali operacyjnej. Są podłączane do przeróżnych urządzeń tak jak do operacji  i rodzą leżąc płasko na plecach z nogami na strzemionach na małym stole operacyjnym. Kiedy urodzin się pierwszy bliźniak, jego pępowina natychmiast jest zaciskana i odcinana, a maluch oddawany jest do badań zespołowi neonatologicznemu. Następnie lekarz-położnik wkłada swoją dłoń (i potencjalnie przedramię) do ciała matki i odszukuje drugiego bliźniaka. Jeśli jest o w położeniu główkowym, matka wypiera dziecko. Jeśli zaś w miednicowym, położnik dokonuje ręcznego wydobycia, i wyciąga dziecko za stópki. To dziecko zostaje położone na brzuchu mamy do czasu aż pępowina przestanie tętnić. W sumie, w sali wokół stołu operacyjnego byłoby od 7 do 11 osób, więc w moim odczuciu byłabym na wystawie niczym zwierzę w zoo.

Mając w przeszłości wspaniałe położne, które przyjmowały porody bliźniacze w domu, WIEDZIAŁAM, że żadna z powyższych procedur nie była konieczna w przypadku dwukosmówkowych, dwuowodniowych bliźniąt, a niektóre mogły być po prostu szkodliwe. Nie mogłam wyobrazić sobie wypierania dziecka leżąc płasko (lub prawie płasko) na plecach. Nie chciałam, aby pierwszy z bliźniaków stracił możliwość skorzystania z dobrodziejstw późnego odpępniania. Nie widziałam też powodu, dlaczego pierwsze z bliźniąt, jeśli będzie w dobrym stanie,  nie mogłoby być położone na mnie podczas oczekiwania na drugie maleństwo. Biorąc pod uwagę moją traumatyczną historię, wizja lekarza wkładającego rękę po łokieć do mojego ciała była wprost przerażająca. Poza tym, jako że rodzę bez znieczulenia, mogłam sobie tylko wyobrazić jak byłoby to bolesne. Potrzebowałam prywatności i kontroli nad moim otoczeniem, więc widownia jaka szykowała się w szpitalnym scenariuszu była raczej nie do zaakceptowania. Krótko mówiąc, żadna z tych rzeczy nie mogła zaistnieć w moim przypadku. Jednakże wymyślenie jak tego wszystkiego uniknąć było wyzwaniem.

Planowanie

Musiałam dowiedzieć się jak zareaguję na pobyt w przestrzeniach szpitala, więc mój lekarz skontaktował mnie z Przełożoną Sali Porodowej, żebyśmy mogli przyjść zwiedzić porodówkę. Powiedzieć, że byłam spięta tym wydarzeniem to mało. Moja przyjaciółka Dede pokonała 8 godzinną trasę w obie strony, aby być ze mną podczas tego „zwiedzania”. Kiedy przyjechaliśmy do szpitala, kobieta, która miała nas oprowadzić (Patty) była zajęta. Zastąpiła ją Joan, stojąca na czele całego pionu „Women’s services” świadczącego usługi medyczne kobietom [„Women’s services” obejmuje takie oddziały jak patologia ciąży, sala porodowa, oddział położniczo-noworodkowy, czasem także oddział ginekologii].

Byłoby niedopowiedzeniem rzec, że „zwiedzanie” nie poszło dobrze. W zwykłej sali porodowej całkiem się rozkleiłam i zajęło mi dobrą chwilę ( i kilka rozmów z Dede) zanim się uspokoiłam na tyle, aby kontynuować „zwiedzanie”. Weszliśmy do sali operacyjnej  i samo spojrzenie przez otwarte drzwi spowodowało u mnie atak paniki. Po kilku minutach, zdołałam zrobić kilka kroków do środka, wytrzymać 10 sekund, po czym wyszłam na korytarz, znalazłam jakiś kąt, wycofałam się tam i kompletnie załamałam.

Trzeba przyznać, że Joan zachowała się wspaniale. Szczerze wątpię czy kiedykolwiek miała takich zwiedzających. Ciągle pytała czy coś można zrobić, aby polepszyć moje samopoczucie. Dede rozmawiała z nią za mnie, bo ja nie byłam w stanie. Opuszczałam szpital z zapewnieniem , że mogę przyjść „oswajać się” z tym miejscem tak wiele razy jak będę potrzebowała, a szpital zrobi wszystko co w ich mocy, aby pomóc mi przez to przejść. Mogę powiedzieć z całą pewnością, że nie mieli pojęcia dokąd ich to w rezultacie zaprowadzi.

Wiedziałam, że szpital usiłował pomóc, ale propozycje, które dostaliśmy od Joan na temat tego co mogą mi zapewnić nie były wystarczające. Potrzebowałam trzymać się z daleka od sali operacyjnej. Dlatego też zaczęliśmy szukać innego szpitala. Jest jeden szpital, trochę bardziej prowincjonalny, mniej więcej w podobnej odległości od naszego domu, który ma położnika przyjmującego porody bliźniacze poza salą operacyjną. Spotkaliśmy się z doktorem B. i rozmawialiśmy na temat objęcia przez niego opieką mojej ciąży. Miałam poczucie, że to może być rozwiązanie w przypadku gdyby Szpital Columbia St. Mary’s [ten który uprzednio „zwiedzaliśmy”] nie zgodził się, abym rodziła poza salą operacyjną. Dowiedzieliśmy się jednak podczas tego spotkania, że ten szpital ma oddział neonatologiczny I-go stopnia referencyjności, co oznaczało, że jeśli zaczęłabym rodzić przed 36 tygodniem, nie będą mogli mnie przyjąć i odeślą mnie do najbliższego szpitala, gdzie będę musiała rodzić z lekarzem, którego nigdy wcześniej nie widziałam i który prawdopodobnie nie postępowałby zgodnie z moimi potrzebami. Zresztą nawet gdybym dotrwała do terminu porodu, jeśli którekolwiek z dzieci miałoby problemy, prawdopodobnie zostałyby przetransportowane do Szpitala Dziecięcego. W dodatku, dr B. miał być na wyjeździe przez cały 37 tydzień mojej ciąży. Co prawda kilku jego kolegów potrafi przyjmować porody pośladkowe, ale pozostali trzej nie potrafią, więc jeśli drugi bliźniak nie obróciłby się główką w dół, zrobiliby mi cesarkę.

Co śmieszniejsze, mój położnik (dr Wasserman), jedyny lekarz, któremu przez ostanie 10 lat byłam w stanie zaufać, wyjeżdżał w podróż służbową od 32 do 35 tygodnia mojej ciąży. Jako, że w świecie położniczym „bliźnięta zawsze rodzą się wcześniej”, martwiłam się, że nie będzie go przy porodzie. Moje położne były jednak przekonane, że nie urodzę na tyle wcześniej, bo przeszłam na tzw. Bliźniaczą Dietę Położnej.

Podczas wizyt u doktora Wassermana, próbowaliśmy wyczuć jaki jest jego stosunek do tego ,abym rodziła poza salą operacyjną, ale właściwie zbywał nas wymówkami. On mówił, że to decyzja szpitala, szpital (rzecznik prasowy) mówił, że to zależy od lekarza. Pod uwagę należało brać również to, że także zespoły anestezjologiczny, neonatologiczny i pielęgniarski będą chciały wyrazić swoją opinię i że będę musiała uzyskać ich „aprobatę”, nawet jeśli Departament Zarządzania Ryzykiem wyraziłby zgodę.

Było 2 tygodnie przed planowaną podróżą doktora Wassermana i nie było takiej możliwości, abym zdołała odbyć rozmowy z wszystkimi tymi ludźmi zanim on wyjedzie. Zaproponowaliśmy więc spotkanie wszystkich przy „okrągłym stole” i ku naszemu zdziwieniu doktor się zgodził. Skontaktowaliśmy się z Joan, która zgodziła się pomóc nam w organizacji tego spotkania.

Spotkanie zostało umówione na kilka dni przed wyjazdem doktora Wassermana. Było dość tłumnie: ja ,Joe, Dede, Deb (nasza położna, która tu występowała w roli douli), nasz lekarz, kierownik zespołu neonatologicznego, dyżurny anestezjolog, przełożona Sali Porodowej (Patty) i Joan. Prawie natychmiast zrobiło się jasne, że wszyscy czekali na dycyzję doktora Wassermana.  Byliśmy pewni, że jeśli on zgodzi się na poród poza salą operacyjną, wszyscy inni pójdą w jego ślady, pod warunkiem, że my damy im pewność, iż rozumiemy związane z tym ryzyko i je akceptujemy. Po początkowych tarciach, dalsza część spotkania przebiegła doskonale. Dr Wasserman przyznał, że szanse na to, ze mój poród przebiegnie bez komplikacji wynoszą 95-97 %, a ja jasno potwierdziłam, że akceptuje istniejący procent ryzyka.

Zgodzono się, abym rodziła poza salą operacyjną, jeśli będzie wszystko ok z dziećmi i mój stan będzie stabilny. Chciano zastosować ciągły monitoring KTG ponieważ byłam po cesarce, ale uszanowano moje prawo do odmowy, jeśli chciałabym np. przez jakiś czas pospacerować lub iść pod prysznic.  Ustaliliśmy, że jeśli pierwszy bliźniak urodzi się w dobrej kondycji, nie będzie natychmiast odpępniony, zostanie położony na moim brzuchu, a do określenia położenia drugiego bliźniaka zostanie użyte USG. Zgodziłam się na założenie wkłucia dożylnego, na wypadek gdyby było potrzebne, ale ustaliliśmy, że nic nie będzie mi podawane bez mojej wyraźnej zgody. Zgodziłam się także na ręczne wydobycie drugiego bliźniaka, gdyby był w położeniu miednicowym i byłoby to konieczne. Nie było też limitu czasu w którym musi urodzić się drugi bliźniak.

Żeby uświadomić Wam jak ogromną rewolucją było to, co usiłowaliśmy zrobić, powiem tylko, że miałam być pierwszą matką od przynajmniej 34 lat, która miała urodzić bliźnięta poza salą operacyjną w tym szpitalu. Wymagało to od wszystkich członków personelu ogromnego „nagięcia się” , ale wychodziłam ze spotkania z dozą optymizmu, że to ma szanse się powieść.

Dr Wasserman wyjechał, a ja widywałam w zastępstwie doktora L. Zapewnił mnie on, że nie miał zastrzeżeń do naszych planów pod warunkiem, że dzieci nie będą wcześniakami.

 W oczekiwaniu

Ciąża przebiegała książkowo. Byłam w kontakcie z Patty, gdyż ustalałyśmy szczegóły dot. porodu, i dowiedziałam się, że szpital wypróbowuje różne sale porodowe, aby wybrać  tę, która będzie najodpowiedniejsza biorąc pod uwagę cały sprzęt i personel mający uczestniczyć w moim porodzie. Około 34 tygodnia, ponowne pojechałam „zwiedzać porodówkę”, z moją terapeutką. Było dużo lepiej niż za pierwszym razem. Pojawiło się kilka rzeczy, które dodaliśmy do mojego planu, m.in. aby starano się, by jak najmniej personelu było w zasięgu mojego wzroku (by dać mi choćby iluzoryczne poczucie intymności).  Około 36 tygodnia ciąży dowiedziałam się, że sala dla mnie jest już przygotowana i zarezerwowana.

Dr Wasserman wrócił z podróży. Zadzwonił zaraz po wylądowaniu w kraju z pytaniem czy już urodziłam. W 37 tygodniu i 5 dniu ciąży miałam kolejną wizytę u doktora. I pojawiły się kolejne schody. Doktor Wasserman powiedział, że jeśli nie urodzę do 38 tygodnia i 3 dnia ciąży, to ponownie nie będzie dyspozycyjny aż do godziny 22 dnia, kiedy skończę 39 tydzień. Okazało się, że doktor nie przypuszczał, że donoszę ciąże aż do tego tygodnia – zgodnie z powszechnym w środowisku położniczym przekonaniem, założył, że „bliźnięta zawsze rodzą się wcześniej” i zaplanował sobie wakacje. Nigdy wcześniej nie było mowy o tym, że doktor zamierzał wyjechać na 4 dni pod koniec mojej ciąży.

Nie potrafię nawet opisać jak bardzo sfrustrowana byłam z jego powodu. Przez całą ciążę powtarzałam mu, że bardzo staram się, aby donosić te dzieci do terminu. Nigdy nie zapytał co w tym celu robiłam, jakie miało to mieć działanie czy jakie były podstawy, aby uważać, że to zadziała.  Po prostu założył, że to wszystko nie ma wpływu na czas trwania ciąży. Byłam trochę zszokowana perspektywą, że nie będzie go przy porodzie (znowu), ale nie zamierzałam zgadzać się na indukcję i ryzykować kaskadą komplikacji i interwencji, jakie mogła ona za sobą pociągnąć.