Archive | Grudzień 2014

Przedwigilijna 5 kilowo-pokrzepiająca opowieść vbacowa (Warszawa)

Dziś Boże Narodzenie – dzień w sam raz na tak niesamowitą opowieść:  21 miesięcy po po cc, po terminie, 5 kilogramów, bez nacięcia krocza, VBAC! Oto historia Moniki i jej małego-wielkiego synka Leosia:

Oto moja przedwigilijna 5 kilowo-pokrzepiająca opowieść vbacowa. Zacznę od początku. Moja córeczka (znaczy pierwsze dziecko) urodziła się przez cc w marcu 2013 co daje 21 miesięcy odstępu między porodami. Cięcie było wykonane z powodu zagrażającej zamartwicy wewnątrzmacicznej 3 dni przed terminem porodu, bez zadnej czynnosci skurczowej, nic.. po prostu pierwsze ktg wyszlo zle i tej samej nocy zdecydowali o cc. Jak pewnie wiele z Was bardzo długo dochodziłam do siebie po tamtym doświadczeniu, bo bardzo chciałam rodzić naturalnie i naprawdę przypłaciłam to cc długotrwałym uszczerbkiem psychoemocjonalnym  Ale to nie moment by wchodzić w szczegóły, zwłaszcza, że z tym porodem mam cudowne poczucie odzyskania mojej siły jako kobiety, JEST MOC.

No więc tak: w badaniu usg, zrobionym przez moją ginekolog prowadzącą, dr Kajdy, blizna miała 2,6 mm, waga dziecka 4100, trochę dużo, ale brak niewspółmierności więc dała mi zielone światło do porodu naturalnego. Dała mi też takie ciche przyzwolenie na kilkudniowe przekroczenie terminu porodu, więc na początku był luz, byłam spokojna. Do szpitala trafiłam w poniedziałek wieczorem 17 grudnia, kiedy dokładnie upływał koniec 41 tc. Przez cały poprzedni tydzień stawiałam się na IP na ktg i badanie, po którym podpisywałam odmowę hospitalizacji… Trafiali mi się wszyscy chyba przyjmujący na IP lekarze z całym arsenałem straszydeł, ale starałam się sobie tłumaczyć, że taka jest ich rola, że muszą poinformować o mozliwych zagrozeniach, etc.. wszystkie badania wychodziły dobrze (ktg, ilosc wód, przepływy, etc) więc byłam w miarę spokojna, ale mimo determinacji i wiary, że wszystko jest ok, to po piątym podpisaniu odmowy w sobotę i setnym telefonie od rodziców z pytaniem kiedy wreszcie zamierzam się dać położyć nerwy mi puściły i zdecydowałam, że jeśli przez weekend nic się nie zacznie i dobiję w poniedziałek do 41 tyg to zgodzę się zostać w szpitalu. Poza tym od dwóch tygodni miałam infekcję i chore zatoki (do tej pory nie moge ich wyleczyć) i ogólnie czułam się słabo, więc ten cały stres i zmęczenie wzięły górę i pojechałam w poniedziałek na IP z torbą, ale dopiero po południu, żeby ugrać jeszcze trochę czasu  Na miejscu okazało się, że na patologii nie ma wolnych łóżek, o czym z uśmiechem poinformowała mnie położna w rejestracji pamiętając mnie chyba z poprzedniego tygodnia hehe.. ale po tych kilku godzinach spędzonych na czekaniu na wizyte okazało się, że zwolniło się jedno miejsce i ku uciesze lekarzy skapitulowałam.

Był juz wieczór wiec na oddziale tego dnia nie działo się już nic. Dostałam antybiotyk na chore zatoki i uznałam ze wykorzystam ten zawalony nos, żeby ugrac moze jeszcze trochę czasu (jeden dzien, dwa?) bez indukcji, tłumacząc, że warto by było byc w formie do porodu. Podczas rannego badania we wtorek po raz kolejny usłyszałam, że szyjka niegotowa, zmiękła, ale ciągle długa i że ok, dziś proponują tylko test oxy, żeby sprawdzić wydolność łożyska i jak maluch reaguje na skurcze. Próbowałam jeszcze odwlec ten test do środy (oxy jawiło mi się jako największe zagrożenie mojego naturalnego porodu), ale lekarz był bardzo przekonujący w tłumaczeniu, że to bardzo mało prawdopodobne, zeby zaczęła się akcja porodowa po takiej dwugodzinnej i małej dawce, no i się zgodziłam. Leżałam przypięta do ktg i kroplówki od 11 rano i pojawiały się jakieś mini skurczyki, ale nic szczególnego, od tego prawie 3 godzinnego leżenia bardziej dokuczał mi pęcherz moczowy szczerze mówiąc.. dobra nasza, myślę sobie, na dziś juz mi dadzą spokój, odpocznę, pośpię, może podleczę ta infekcję, żeby móc jakoś oddychać podczas porodu, serio to było moje największe zmartwienie, jak będę oddychac podczas skurczów przy takim konkretnym nieżycie nosa.. Podnoszę się z łóżka żeby wreszcie udać się do łazienki i coś mi się polało  po nodze.. po tym teście zaczęły odchodzić wody, powolutku, ciurkając sobie, czyściutkie.. mieszanka radości i niepokoju, cos się dzieje, ale co teraz? Szybko na moje wahania odpowiedziała położna przypinając mnie znowu do ktg, no bo odchodzą wody więc trzeba monitorować malucha.. ktg ok, zaczęły pisać się jeszcze nieregularne, ale już mocniejsze skurcze, godzina 15, bez jedzenia od sniadania, bo ominął mnie obiad jako że leżałam przypięta do testu oxy dostałam informację, że zaczyna się poród i że nie mogę już nic jeść.. jak to???? to jak ja mam mieć siłę? że ryzyko zadławienia i że jesli zamierzam jeść to ona jest zmuszona poinformować lekarza.. jak tylko wyszła zjadłam wszystko co miałam w szafce nawet niespecjalnie się chowając. Uznałam, że większym ryzykiem byłoby iść do porodu bez jedzenia i bez siły.. chyba miałam już w sobie większą pewność i zahartowanie po podpisywaniu przez tydzien cyrografu na IP hahaha.. wtedy chyba jeszcze caly czas nie mogłam uwierzyć, że się zaczyna, że to ja właśnie czekam na zwolnienie się sali porodowej, że skurcze coraz mocniejsze.. przypomniałam sobie, że muszę załozyć ponczochy uciskowe (mam niewydolność żylną i w ciąży chodziłam w takich specjalnych rajstopach antyżylakowych, a do porodu miałam takie grube uciskowe pończochy), więc zaczełam się z nimi męczyć pomiędzy skurczami, żeby dobrze je założyć.. kilka minut później byłam już na porodówce.

Pół godziny chodziłam po korytarzu, czekając na zmycie i wyschnięcie podłogi w sali…Po wejściu do środka wypróbowywałam znajdujące się tam sprzęty, ale skurcze były na tyle silne, że musiałam pochylać się i opierać mocno o łóżko albo szafkę.. na piłce było fajnie tylko pomiędzy skurczami.. były dosyć częste takie co 2 minuty trwające kilkadziesiąt sekund.. po godzinie mniej wiecej dojechała moja położna, mogło być koło 18? 19? w tym czasie jakby wszystko zaczęło się zatrzymywać.. skurcze rzadsze, nie wzbierające na sile.. zbadała mnie i powiedziała, że rozwarcie ciągle małe, szyjka nadal długa i że ona proponuje oksytocynę, bo nie urodzimy do następnego dnia, a wody juz odeszły więc nie mam za dużo czasu, bo może sie to zrobić niebezpieczne dla malego i w koncu skonczyć cc.. dała mi 10 minut do podjęcia decyzji.. bałam się tej oxy niemiłosiernie, ale jesli miała byc jedynym sposobem na poród drogami natury, to miałam zamiar się zgodzić.. jak wrociła to nie byłam w stanie powiedziec co zdecydowałam, powiedziałam chyba ze nie wiem.. widziała chyba jak bardzo chcę to oxy ominąć i zaproponowała masaż brodawek a potem wannę na godzinę.. no i słuchajcie w tej wannie to się skurcze rozhulały same tak, że już zupełnie nie wiedziałam co się dzieje, wpadłam w rodzaj transu: skurcz i totalna koncentracja zeby go przezyc, a potem wręcz rodzaj omdlenia w tej ciepłej wodzie pomiędzy skurczami.. pamietam tylko że dostałam jeszcze kroplówke nawadniającą jak byłam w tej wannie.. potem kolejne godziny uplywały sama nie wiem jak i kiedy.. 21, 22.. idące mega szybko rozwarcie na 9 cm.. ogromny ból, ale nie wiem jakoś w tym wszystkim wcale nie myslalam o znieczuleniu, może dlatego ze chyba nie myślałam w ogóle? byłam w innym stanie swiadomosći. Potem zmiany pozycji proponowane przez położną.. koło 23 zaczęła się faza parcia i nagle zostałam poproszona o przejście na stół bo już rodzimy.. nie mogłam w to uwierzyć, serio.. zresztą wszystko działo sie jak w półśnie, transie jakimś.. Pamiętam jeszcze jak dotykałam główki i w końcu o 12.35 w nocy urodziłam całego Leosia  Od razu wylądował na moim brzuchu, dopiero po kilku minutach przecięto pępowinę, światło było przygaszone, wszystko tak jak chciałam.  Potem jeszcze rodzenie łożyska i szycie w sumie podobno niedużych obrażeń, zwłaszcza jak na takiego wielkoluda  Właśnie, potem ważenie 5028g.  Zbiegło się kilka osób, żeby go zobaczyć haha.. Leoś cichutki, spokojniutki, w ogóle nie płakał i w zasadzie taki własnie jest, przynajmniej na razie.  Po porodzie straciłam zupełnie głos na kilka dni (mega wokalizacja w moim przypadku, ale ratowała mnie w tych skurczach), dalej jestem chora, ciągle bardzo osłabiona bo straciłam dużo krwi podobno, ale nie zamieniłabym tego doświadczenia na nic w swiecie.  Odzyskałam moc! Mam nadzieję, że moja historia będzie pokrzepiająca i podnosząca na duchu dla tych z Was, które jeszcze się wahają.

Marzenia się spełniają (Rzeszów)

Dziś historia szczególnie mi bliska. To była ogromna radość i zaszczyt móc towarzyszyć Oli w drodze do narodzin Nikodemka. Oto jej wspomnienia:

Nazywam się Ola. Zacznę od tego że ogromnie się cieszę, że urodziłam naturalnie po cesarce :) Poród siłami natury był moim wielkim marzeniem, które pomogło mi spełnić nie małe grono osób. Dziękuję Wam!

Moja historia zaczyna się od mojego pierwszego porodu zakończonego cesarką w lutym 2012 roku. Do porodu byłam nastawiona bardzo pozytywnie, zamierzałam urodzić w szpitalu przy którym uczęszczałam do szkoły rodzenia. Położne na zajęciach często powtarzały żeby zaufać personelowi szpitala, że położne zawsze służą pomocą. Tak więc się nastawiłam – zaczne rodzić, sympatyczne położne poinstruują co i jak – jak bardzo się zawiodłam… Mój pierwszy synek się nie śpieszył, tak więc 7 dni po terminie porodu z OM stawiłam się do szpitala – ktg w porządku, rozwarcia zero, żadnych oznak zbliżajacego się porodu. Postanowiłam przyjąć się na oddział położniczo-gin – w szpitalu czułam się bezpieczniej. Po 4 dniach pobytu o 23:00 zaczęło się „coś dziać”, nieregularne skurcze, rozwarcie żadne… Było już 10 dni po terminie, więc lekarz zaproponował mi indukcje oksytocyną. Na swoje nieszczęście zgodziłam się… Byłam pełna optymizmu, szłam na porodówkę jak na spotkanie z wielką przygodą. Niestety przygoda okazała się dla mnie koszmarnym szokiem – rodziłam 9 godzin z czego 8 leżałam nonstop podłączona pod ktg, rozwarcie postępowało powoli, ostatnich 6 godzin praktycznie nie pamietam gdyż ból mnie totalnie paraliżował, nie wiedziałam jak mam sobie z nim poradzić, czułam się strasznie samotna, położne jakby nie zwracały na mnie uwagi, a mój mąż patrzył na mnie bezradnie. Po 7 godzinach poprosiłam o zzo, okropny ból odszedł, rozwarcie było już na 8 cm. Jednak zaczęło gwałtownie spadać tętno dziecka i pojechałam szybko na sale operacyjną na cesarskie cięcie. Lekarz wyjął mi synka, pokazał go, następnie pielęgniarka przyłożyła mi buzie synka do policzka i zaraz go zabrała – tu przeżyłam kolejny szok, bo przecież miałam mieć przystawionego synka do piersi już na sali operacyjnej; okazało się że już od jakiegoś czasu ten szpital tego nie praktykuje… Następnym szokiem było dla mnie to, że z braku miejsc przywieziono mnie na inny oddział, tak więc nie widziałam synka 10 godzin, karmiłam go dopiero następnego dnia. Okropnym zaskoczeniem również było dla mnie to, że nie czułam żadnej radości z narodzin synka, czułam że go nie kocham, oskarżam go o coś. Patrzyłam na niego i czułam pustkę w sercu. Psychicznie i fizycznie czułam się koszmarnie. Rana bardzo mnie bolała mimo leków przeciwbólowych, przez 2 tygodnie nie mogłam sie całkiem wyprostować, jeszcze przez pół roku blizna mi dokuczała. Szczęście w nieszczęściu rana po cc pięknie się zagoiła, nie mam żadnych zrostów, ani powikłań. Te wszystkie przeżycia z mojego porodu, długo rodząca się miłość do synka, oskarżanie siebie, że jestem złą matką spowodowały u mnie deprsję poporodową, która całe szczęście przeszła dzięki gorącym modlitwom i psychoterapii.

Po 23 miesiącach od cc dowiedziałam się że jestem w ciąży. To był początek Nowego Roku 2014 a ja czułam podskórnie że ten rok będzie wyjątkowy. Zaczęłam szukać informacji o porodach naturalnych po cesarskim cięciu, tak trafiłam na ten portal:). Zaczytywałam się w szczęśliwych historiach o VBAC i marzyłam o takim porodzie. Biorąc pod uwagę to, co przeżyłam na porodówce, widziałam że musze mieć mocne oparcie w kimś kto pomoże mi przejść przez poród, kto przede wszystkim da mi wsparcie psychiczne i pomoże uśmierzyć ból oraz empatycznie i profesjonalnie poprowadzi mój poród – potrzebowałam douli i położnej przyjaznej VBAC. Najpierw znalazłam doulę – Magde :) do któtrej od początku poczułam wielką sympatię, tym bardziej że przeżyła swój vbac –wiedziałam że to doula w sam raz dla mnie! :) Umówiłam się też z położną – panią Renią – z którą wraz z mężem umówiłam się na spotkanie w szpitalu, w którym zamierzałam rodzić. P. Renia pokazała nam trakt porodowy, oddział patologii ciąży i oddział położniczy. To zwiedzanie bardzo mnie oswoiło z tymi miejscami, wiedziałam, że będąc drugi raz w tych miejscach nie będę się czuła obco.

Drugą ciążę przeszłam równie bezproblemowo jak pierwszą. Jednak mój spokój zakłóciła informacja że w 34 t.c. ciąży synek jest ułożony pośladkowo, dodatkowo waży dużo – koło 97 centyla. Lekarz prowadzący stwierdził że dziecko w 9tym m-cu może mieć już 4 kg. . Zaproponował termin cc. Wyszłam z gabinetu praktycznie bez słowa. Byłam przybita tymi informacjami, czułam że moje marzenie o VBAC oddala się… „Poskarżyłam się” mojej Magdzie, a ta bardzo skutecznie podniosła mnie skutecznie na duchu, zapodała linki do stron z ćwiczeniami, które pomaogają maluszkom się prawidłowo ułożyć do porodu, jak również poczytałam sobie historie o porodach Dużych dzieci. Gorąco też się modliłam, aby synek się odwrócił główką do wyjścia.

Pod koniec 36 t.c. na byłam na ostatniej wizycie u mojego lekarza prowadzącego. Wstrzymałam oddech gdy lekarz przyłożył mi głowice USG do brzucha. Popatrzyłam na monitor i zalałam się łzami, bo oto mój synek pięknie „wisiał” główką do dołu!  USG wyliczyło wagę dziecka na ponad 3600g. Lekarz był już na 100% pewny że dziecko będzie ważyło 4 kg na dzień terminu porodu z OM. Na informację. że i tak będę próbowac rodzic siłami natury, mój lekarz uśmiechnał się blado i życzył powodzenia 😉 Zalecił mi, abym przyszła 5 dni po terminie na ktg i usg na izbę przyjeć.

W dniu terminu porodu tj 21.09 już wiedziałam, że moje dzieci nie śpiesza się na świat 😉

W końcu 5 dni po terminie, w piątek rano koło godziny 5tej obudził mnie lekki skurcz. Inny niż te dotychczas, które czułam od 22tygodnia ciąży. Wzięłam telefon i zaczęłam liczyć skurcze. Były co 6,7 minut, a następnie regularnie co 4,5 minut. Obok mnie spał mój mąż i synek, który pewnie niedawno przywędrował do naszego łóżka. Nie chciałam ich na razie budzić.  Poszłam pod prysznic sprawdzić czy to nie fałszywy alarm (w wodzie nieporodowe skurcze ustają). Skurcze tylko lekko się wyciszyły. „Chyba rodzę!!” – ucieszyłam się. Obudziłam szybko męża i synka. Dałam znać Magdzie. Byłam cały czas z nią w kontakcie. Mąż zadzwonił do położnej że „coś się zaczyna dziać”. Moje skurcze zaczęły być coraz silniejsze, musiałam opierać się mocno o krzesło, oddychałam głęboko. Między skurczami zjadłam szybko porządne śniadanie (o nie, już nie będę nigdy rodzić będąc głodna!), zabraliśmy z mężem torby do szpitala i pojechaliśmy odwieść synka do dziadków. W czasie jazdy autem skurcze zaczęły słabnąć, a gdy weszłam do szpitala całkowicie ustały. Zdenerwowałam się, bo teraz już wiedziałam, że to były skurcze przepowiadające. Nie było sensu iść na izbę przyjęć, skoro dobrze się czułam. Postanowiłam rozruszać te skurcze – zeszłam 2 razy po schodach z 10piętrowego wieżowca. Skurcze powróciły, jeszcze mocniejsze, ale dalej nieregularne. Po niemałej szarpaninie która rozgrywała się we mnie postanowiłam przyjąć się na oddział do szpitala, w którym chciałam rodzić. Na ktg tętno synka pisało się idealnie, widać było 2-3 skurcze. Przy badaniu lekarskim rozwarcie było na opuszek palca – nawet ten centymetr bardzo mnie cieszył. Poczułam się bardzo silna. Jednak potrafie! Moje ciało przygotowuję się do porodu, to się dzieje, jak widać odbywało się to bardzo powoli, ale jednak to fakt! Usg wskazywało że moja blizna po cc ma grubość 3,4 mm Same dobre wiadomości!! Natomiast waga synka była szacowana na 4100-4400g. Troche mnie to niepokoiło, bo przecież wiele mam zostaje skierowanych na cesarkę właśnie ze względu na makrosomie płodu, dodatkowo miałam przekonanie że duże dzieci przecież ciężej się rodzi. Z niepokojem czekałam na wizytę ordynatora, bo niestety większość lekarzy skierowuję mamy po cc od razu na kolejną cesarkę lub straszy przesadzonymi  konsekwencjami naturalnego porodu po cesarce. Bardzo chciałam tego uniknąć. Na obchodzie oddziału pan ordynator, na informację ode mnie że jestem po cesarce, 5 dni po terminie i bardzo chciałabym urodzić dołem, dobrotliwie się uśmiechnął i powiedział :” W takim razie czekamy na porodowe skurcze”. Strasznie się ucieszyłam! Nie musiałam nic tłumaczyć i walczyć o naturalny poród. Ordynator wręcz mnie zachęcał do próby takiego porodu, pocieszył mnie że w razie gdyby coś się działo (rozchodzenie się blizny czy pękanie macicy) to przecież jestem w szpitalu, można zrobić szybko cesarskie cięcie, poza tym przecież moja blizna jest silna i gruba a to że dziecko jest duże to nie ma większego znaczenia. Po tych słowach poczułam się bardzo bezpiecznie i komfortowo, wiedziałam że jestem pod fachową opieką, a mój strach przed porodem praktycznie zniknął. Wieczorem skurcze wróciły, były nieregularne i dość mocne. W nocy ból budził mnie co parę godzin. Nad ranem znów była powtórka z piątku. Na badaniu ginekologicznym miałam już rozwarcie na palec. Zaczęłam się niecierpliwić. Skontaktowałam się z Magdą aby dała mi jakieś wskazówki co mogę sama zrobić w warunkach szpitalnych, aby te moje skurcze przeszły na regularne. Tak więc praktycznie cały dzień dużo spacerowałam, schodziłam szybko ze schodów i przede wszystkim dużo afirmowałam na temat swojego porodu i modliłam się. Wieczorem znów skurcze wróciły, były już dość mocne. Zaczęłam mieć wątpliwość czy chcę urodzić siłami natury, ale moja kochana doula, bardzo mnie pocieszała że moje ciało jest stworzone do rodzenia, że dam radę. W nocy skurcze budziły mnie co pół godziny, prawie w ogóle nie spałam.

W niedzielę rano obudziło mnie piękne słońce i bardzo mocny skurcz 😉 Zaczęłam je liczyć – znów nieregularne. Czekałam z niecierpliwością na obchód lekarzy. Na wizycie „poskarżyłam się” panu ordynatorowi że już prawie 3cią noc nie śpie, skurcze mocne, nieregularne i że mam już dość… Pan ordynator powiedział z uśmiecham: „to na okscytocyne panią”. Troche się przestraszyłam bo ciągle pamiętałam jakie bolesne skurcze wywołała u mnie oksytocyna przy pierwszym porodzie, ale zaraz się uspokoiłam bo przecież miałam mocną grupę wsparcia: świetną położną, zaufaną doulę i doświadczonego męża. Na badaniu ginekologicznym miałam już 4 cm rozwarcia! Mało się nie popłakałam ze szczęścia 😉 Czułam że fruwam na jakichś hormonach, jakbym przygotowywała się do jakiejś niesamowitej wielkiej przygody. Zadzwoniłam do męża i douli, mąż zadzwonił do naszej położnej, napisałam smsa mojej najbliższej rodzinie i znajomych: „RODZE ”. Czułam wokół siebie moc – moc mojej kobiecości, moc rozpoczynającego się porodu, moc modlitwy moich bliskich. Zaczęłam pakować swoje rzeczy i uświadomiłam sobie że nie jadłam śniadania. Wiedziałam że nie mogę już jeść, ale skąd miałabym wziąć siły na rodzenie dziecka? I to bardzo dużego dziecka 😉 Na szczęście koleżanka z sali poratowała mnie swoją kanapką z szynką, którą wręcz połknęłam chowając się w łazience przed położnymi. Zawołano mnie na sale porodową. Położna podała mi antybiotyk (miałam dodatni GBS). Zrobiła hegar, ogoliła – nie protestowałam bo przecież musiałam liczyć się  z tym że poród może zakończyć się cesarskim cięciem. Położna myślała że będę rodzić z nią ale poinformowałam ją że rodzę z panią Renią i czekam na nią. Czekając chodziłam po korytarzu na trakcie porodowym żeby „rozhulać skurcze” i zaczęłam liczyć odstęp czasowy miedzy nimi – były idealnie regularne co 5  minut. Zauważyłam że odchodzi mi też czop śluzowy. Znów miałam łzy w oczach i dziękowałam Bogu w duchu, bo już widziałam że moje ciało rodzi mojego synka! Samo! Oksytocyna w niczym nie będzie mi potrzebna. Zjawił się mój mąż i Magda, niedługo po nich przyszła moja kochana położna. Uściskała mnie i pobiegła przygotowywać sale porodową dla mnie. Parę minut po godzinie 10tej weszłam na jednoosobową sale porodową z mężem. Przy porodzie mogłam mieć tylko jedną osobę towarzyszącą więc Magda miała się wymieniać z moich mężem, gdybym jej potrzebowała. „A więc zaczynamy” – powiedziałam i położyłam się na łóżku porodowym. Pani Renia wszystko mi tłumaczyła, że musi mnie teraz trochę potrzymać na ktg, a potem mnie puści na piłki i będę mogła robić co chce. Położyłam się na łóżku porodowym, mój mąż stanął po mojej prawej stronie, moja położna poprawiła mi ustawienie łóżka tak żeby było mi wygodnie i podpięła ktg. Skurcze odpowiedni się pisały, tętno dziecka było w porządku. Przyszedł lekarz i wraz z moją położną stwierdzili, że nie będzie potrzebna już oksytocyna bo poród pięknie postępuje. Tymczasem skurcze zaczęły robić się coraz mocniejsze. Przy szczycie skurczu trzymałam mocno mojego męża za rękę i starałam się głęboko oddychać. Miedzy skurczami uśmiechałam się, byłam szczęśliwa że ten poród jest tak pięknie inny niż ten pierwszy. Wiedziałam i czułam że mam prawdziwe (dosłownie!) oparcie w mężu. Czas jakby dla mnie nie istniał. Liczył się tylko fakt, że rodzę mojego synka. Po jakimś czasie przyszedł lekarz, zbadał mnie i ze zdziwioną miną coś powiedział, nie usłyszałam, mąż też nie. Lekarz odszedł szybko do mojej położnej, która wypełniała moje porodowe dokumenty w innym pomieszczeniu. Powiedziałam do męża „Idź zapytaj na ile jest rozwarcie”. Mąż poszedł i zaraz przyszedł z wspaniałą wiadomością: „Rozwarcie na dłoń!”. Ucieszyłam się strasznie, już pełne rozwarcie! I to tak szybko, w godzine! Byłam pod wielkim wrażeniem mocy mojego ciała. Byłam przygotowana na wielką walkę z bólem, w której miała mi pomagać Magda, a ja nie odczułam nawet słynnego kryzysu 7go centymetra. Pani Renia zaraz przybiegła, zaczęła szybko ubierać się w fartuch, biegać po sali, coś przygotowywać. To mnie jeszcze bardziej podekscytowało – czułam że coraz bardziej odpływam na jakichś szalonych pozytywnych hormonach. Moja położna była pozytywnie zdziwiona i zażartowała że pokrzyżowałam jej plany bo ona chciała mnie już odpiąć od ktg i dać na jakąś piłkę a ja już do parcia!   Pani Renia poinformowała mnie, że teraz jest decydujący moment – wstawianie główki dziecka w kanał rodny. „Będziemy rodzić trochę inaczej żeby nie obciążać blizny” – powiedziała i ustawiła mnie tak że siedziałam/leżałam na prawym boku. Skurcze zaczęły być coraz silniejsze i długie. Przy szczycie skurczu wiedziona jakimś naturalnym instynktem przeciągle krzyknęłam. Do dziś tego nie zapomnę  – nie był to krzyk bólu czy przerażenie, to był krzyk wojowniczki. Bardzo pomagał mi znieść ten ból. Nastąpiła długa przerwa, w czasie której patrzyłam mężowi głęboko w oczy i odpoczywałam. Moja położna powiedziała, żeby jak tylko poczuję parcie dać jej znać. Po chwili je poczułam. W pierwszych chwilach byłam trochę zdezorientowana i zaczęłam nieefektywnie przeć i poczułam lekką panikę, ale pani Renia natychmiast delikatnie i stanowczo mnie poinstruowała jak prawidłowo przeć. Motywowała mnie też słowami: „Ola dasz radę!”, „Bardzo dobrze!”, „Pięknie!”. Równocześnie cały czas monitorowała tętno dziecka i chroniła moje krocze. Nagle moja położna krzyknęła „Widzę już włosy!”. To mnie bardzo zmotywowało. Mąż „luknął” na te „włosy” i uśmiechnął się. „Ola jeszcze trochę i synek będzie z Tobą”! – powiedziała pani Renia. Zebrałam się w sobie i wypchałam główkę. Jeszcze raz i synek był już cały na świecie o 11:50. Miałam wrażenie że śnie i byłam przeszcześliwa, położna położyła mi synka na piersiach. Był taki ciepły, pachniał oszałamiająco i widziałam że urodziłam niezłego klocuszka. Pani Renia mi pogratulowała i jeszcze raz stwierdziła że jest pod wrażeniem mojego porodu. Mąż był oczywiście ze mnie bardzo dumny. Był to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu.

Mój synek Nikodem ważył 4220 g i mierzył 56 cm. Dostał 10 punktów Apgar. Mój poród vbac trwał 3 godziny, w tym dwie godziny na sali porodowej, jednak miałam wrażenie że urodziłam w 15 minut.  To zapewne zasługa endorfin które niosły mnie przez cały poród. Prawdę mówiąc niewiele pamiętam z mojego porodu, wydawało mi się że jestem poza czasem i przestrzenią; teraz gdy sobie przypominam to uczucie mimowolnie się uśmiecham – tak bardzo miły był to stan. Ten poród bardzo mnie dowartościował jako kobietę i matkę.

 P1030576 â-- kopia

NIE ŻAŁUJE, ŻE SPRÓBOWAŁAM… CZYLI PRÓBA PORODU SN PO CC (Malbork)

CBAC czyli poród przez cięcie cesarskie po próbie porodu siłami natury może być wzmacniającym i pięknym doświadczeniem. Historia  Beaty pokazuje, że przede wszystkim od nastawienia – zarówno mamy jak i opiekujących się nią lekarzy i położnych  zależy jakość porodu – obojętnie, którą drogą się on kończy.

Zawsze marzyłam o porodzie naturalnym. Mimo, że jestem młoda. Pierwsze dziecko urodziłam w wieku 21 lat. Ciąża upragniona, nawet
bardzo upragniona. Przez ponad pół roku nie mogłam zajść w ciążę, moja lekarz na moje pytanie czy wszystko na pewno jest ze mną
dobrze, zbywała mnie. Takim oto sposobem trafiłam do swojego obecnego lekarza i po kilku badaniach i obserwacjach okazało się, że
muszę mieć symulowaną owulację. Udało się za pierwszym razem. Byłam w ciąży!

Pierwsza ciąża była piękna, ale nie do końca idealna, kilka pobytów w szpitalu, ciągłe zamartwianie się czy wszystko na pewno jest wporządku. Chyba każda przyszła mama tak ma. Okazało się, że będę miała córkę. Taka radość. Miałam urodzić moją wymarzoną córkę. Do samego końca ciąży myślałam o swoim porodzie. Wyobrażałam sobie jak to będzie. Nigdy przez myśl nie przyszło mi cesarskie cięcie. Dotrwaliśmy do terminu porodu i za poleceniem lekarza stawiliśmy się na oddziale położniczym. Po wszystkich badaniach, lekarz stwierdził, że chyba czeka nas cesarka, bo dziecko duże, a i podwójnie owinięte wokoło szyi pępowiną. Przepłakałam pół dnia, bo nie mogła zrozumieć dlaczego tak, a nie inaczej. Dlaczego akurat ja. Moje marzenie o porodzie naturalnym nie spełni się. Mieliśmy czekaćaż zaczną się regularne skurcze, żeby dać moje córce namiastkę porodu naturalnego. Do akcji porodowej jednak nie doszło, ponieważ  córka miała spore wahania tętna od 60 do 200. Pocięli mnie na szybko, na zimno. Byłam szczęśliwa, że jest ze mną cała i zdrowa, ale  jednak czułam, że zabrano moje marzenia. Dopadł mnie zespół popunkcyjny. Było naprawdę ciężko. Później problemy z karmieniem, ale  dzięki mojemu uporowi udało się, karmiłyśmy się piersią.

Na samą myśl o kolejnym cięciu było mi słabo. Wiedzieliśmy jednak z mężem, że chcemy kolejne dzieci. Drugie chcieliśmy szybko. Nigdy nie wgłębiałam się w temat porodu po pierwszym cięciu. Lekarz po roku od cc pozwolił nam starać się o kolejne dziecko. Udało się. Bez żadnych wspomagaczy owulacji… i tak na nowo rozwijała się we mnie mała fasolka. Najpierw strach, jak to będzie z drugim dzieckiem. Później radość.

Ciąża była idealna. Czułam się świetnie. Zaczęłam zagłębiać się w temat porodu naturalnego po cięciu cesarskim. Jaka była moja radość, że i takie porody się udają. Od dwóch lekarzy dowiedziałam się, że jeżeli wszystko będzie dobrze to będę mogła rodzić naturalnie. W tym czasie trafiłam też do grupy na facebooku NATURALNIE PO CESARCE. Historie opisane przez różne kobiety tylko bardziej umocniły moje chęci do porodu naturalnego. Przed 20 tygodniem ciąży zaczęły się dziwne bóle brzucha, zrobiłam sobie trochę wolnego od pracy i innych obowiązków i chyba wyleżałam ten ból, bo mniej więcej po 3-4 tygodniach wszystko wróciło do normy. Od 13 tygodnia ciąży wiedzieliśmy, że tym razem będziemy mieli synka. Takie szczęście. Ciąża do końca przebiegała idealnie. Wszystkie badania w normie. Cierpliwie czekaliśmy do terminu porodu. Tym razem wiedziałam, że nie dampołożyć się do szpitala z dniem wyznaczonego terminu porodu.Plan był taki, że poród rozpocznie się w domu z położną i później pojedziemy do szpitala.

Nadszedł termin z ostatniej miesiączki, lekarz na wizycie stwierdził, że wszystko dobrze i czekamy jeszcze 3 dni w domu do terminu z usg. Oczywiście nic się nie działo. Byłam zła na swoje ciało, że tak to przeciąga, ale wiedziałam, że mam jeszcze czas. Lekarz chciał żebym już położyła się na oddział, ale ja obiecałam, że pojawię się jak tylko coś mnie zaniepokoi, a na ktg będę się zjawiać co drugi dzień. Tak też było. Do szpitala jednak zgłosiłam się sama 8 dni po terminie, nikt mnie nie namawiał, sama czułam już potrzebę, jakoś tak wiedziałam, że będę spokojniejsza, kiedy maluch będzie pod kontrolą. Co jak co, ale zdrowie synka najważniejsze.

Do szpitala przyjęli mnie bez żadnego gadania, potwierdzając tylko czy na pewno jestem zdecydowana na VBAC.Potwierdziłam. Tak sobie spędziliśmy kilka dni na oddziale. Nikt mnie nie namawiał do cc. Wmiędzyczasie coś zaczynało się dziać. Odszedł czop śluzowy, skurcze nieregularne, ale jakieś tam były. Ktg mieściło się w normie, ale nie było za dobre. Były wahania  tętna malucha. Czekaliśmy na rozwój sytuacji. We wtorek 28 października zmęczona już całą  sytuacją i chęć zakończenia w końcu tej ciąży dałam się podłączyć pod oxy. Chciałam wracać jak najszybciej do domu, do niespełna  2 -letniej córki. Przed tym wszystkim myślałam, że w tym wypadku będę twarda, ale tęskniłam okropnie. Oxy rozchulało skurcze i przy mojej aktywności i kroplówce doszliśmy do rozwarcia 7 cm. Wody odeszły w sumie prawie na początku podłączenia oxy. Przy tych 7 cm wszystko ucichło. Skurcze ustały. Zatrzymaliśmy się na 7 cm. Czuła, że już tak blisko, ale jednak tak daleko. Synek ciągle był wysoko i nie napierał główką na szyjkę, jak to mówili „główka odbija w górę”, ktg coraz bardziej średnio. No i stało się, postanowili o cc. Ja zgodę podpisałam i za chwilę już na stole operacyjnym dostałam syna na chwilę do skóry, a później tata do kangurowania. Synek  owinął się szyją w pępowine, pępowina podobno krótka i trzymała go w górze. Oprócz tego moja położna która była przy cc mówiła, że  były małe szanse żeby w ogóle się wstawił w kanał rodny.

Moje odczucia? To cc w porównaniu do pierwszego to była przyjemność. Po pierwszym byłam rozbita, wszystko było dla mnie nie tak jak powinno. Teraz było pięknie. Do domu puścili nas po dwóch dobach, bo czułam się rewelacyjnie. Oprócz tego jestem mega zadowolona, że ordynator szpitala do samego końca namawiał do próby SN, chociaż namawiać nie musiał. Aaa…przy wypisie zapytał czy przyjdę do nich próbować SN po dwóch CC. Uśmiechnęłam się tylko…, bo kto wie.

Tak w wieku 23 lat stałam się podwójną mamą. Ostęp między jednym cc a drugim wyniósł dokładnie 22 miesiące. Jestem szczęśliwa, że poczułam chociaż namiastkę porodu naturalnego. Ból? Bolało, bardzo bolało, ale każdy skurcz przyjmowałam z radością. Po lekturze „Poród Naturalny” Iny May Gaskin jeszcze inaczej spojrzałam na poród. Zdecydowanie pomogła mi w radosnym porodzie. Mam ogromną nadzieję, że za trzecim razem się uda… Jak to mówią:  „do trzech razy sztuka”.