Archive | Luty 2015

Wiem, że mogę wszystko! (Kielce)

Wbrew namowom lekarzy na cc, mimo tzw. obciążonej przeszłości położniczej (poronienia, leczenie), trudnej ciąży i tego, że poród rozpoczął się przedwcześnie, determinacja i zaufanie Anity do własnej intuicji doprowadziły ją do szczęśliwego porodu siłami natury. Oto historia narodzin malutkiej Basi:

Pierwszą córkę urodziłam w 2007 roku. Ciąża była książkowa, pracowałam do 8 mc, chodziłam z mężem na szkołę rodzenia. Dzień przed porodem moja lekarka skierowała mnie do szpitala ponieważ miałam prawie 3cm rozwarcia ale bez bóli, więc wypuścili mnie do domu. W domu ok. 2 w nocy ( to była sobota wielkanocna) dostałam pierwszych skurczy. W ciągu kolejnych 30 minut skurcze były coraz częstsze i regularne. Kiedy dotarliśmy do szpitala okazało się, że rozwarcie jest już na 5 cm a ja mam regularne skurcze co 5 minut. Od razu skierowali nas do sali do porodów rodzinnych (ominęła mnie więc przyjemność lewatywy). Zanim mój mąż sie przebrał, ja już miałam pełne rozwarcie. Co dziwne, nie odeszły mi wody….Teraz mogę podejrzewać że poród był przedwczesny (do tej pory nie wiem który to był tydzień ciąży bo miałam bardzo nieregularne cykle od 30 do nawet 50 dni  i ciężko mi było ustalić, bo nie spodziewałam się, że tak szybko zajdę w ciążę). Skurcze były coraz częstsze, położna mówiła, że jeszcze pół godziny i będzie po wszystkim. Zaczęłam przeć. Nagle zaczął pikać aparat do KTG, położna podeszła, kazała mi się przekręcić i tętno wróciło do normy. Potem z kolejnym skurczem to samo. Położne zadzwoniły po lekarza, powiedział że główka jest nisko, zaczął mi strasznie gmerać ,co w połączeniu ze skurczami było straszne. Tętno raz malało raz rosło. Ja oddychałam jak na szkole rodzenia, chciałam dotlenić dziecko. W efekcie zaczęła mi drętwieć twarz i ręce więc podali mi tlen. Próbowałam przeć, ale tętno nadal spadało. Lekarz podjął błyskawicznie decyzję o CC. Ja nie wiedziałam co się dzieje, byłam półprzytomna, dokumenty podpisywałam w jakimś amoku. Potem było łóżko na które mnie przeprowadzili (sale były połączone) a raczej przeciągnęli bo nie mogłam iść (ja to pamiętam fragmentami). Pamiętam tylko szczypiacy żółty płyn, anestezjologa który zapytał jakie robimy znieczulenie i tekst gina: ogólne, bo nie ma czasu. Potem maska na twarz i odpłynęłam. Ala urodziła się z wagą 3050 gram, 53 cm o 4:50 i dostała 9pkt (jeden odjęty za zabarwienie skóry).

Wybudzili mnie zaraz po CC, pamietam już jak jechałam korytarzem i pytałam męża co nam się urodziło (nie chcieliśmy znać wcześniej płci). Potem długie dochodzenie do siebie, koszmarne ciągnięcie do dołu. No i straszna trauma, bo to nie tak miało być. Fakt, że dziecko przynieśli mi zaraz na salę i cały czas miałam ją przy sobie na łóżku. Na szczęście nie miałam tak jak dziewczyny po ZZO, że nie mogą się ruszać. Ja po południu już wstałam z łóżka. Ale było ciężko. Nie mogłam przeżyć, że mąż widział Alę pierwszy, że nie miałam jej na brzuchu…Po porodzie okazało się że córka ma obustronne krwiaki na główce w związku z trudnym porodem, na szczęście zostały ściągnięte i nie było problemu.

Rozumiałam że lekarze ratowali moje dziecko przed niedotlenieniem, w karcie było wpisane : konflikt pępowinowy i zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu. Byłam im wdzięczna, ale i tak miałam żal do losu, że tak wyszło i zazdrościłam koleżankom po SN…

Nie miałam jako takiej traumy po porodzie, większa była dla mnie trauma po samym CC. Dopytywałam się lekarzy czy kolejne dziecko mogę rodzić SN, ale dla nich to jeszcze wtedy była utopia na zasadzie „zobaczymy”. Kiedy chciałam założyć na parę lat spiralę domaciczną dowiedziałam się, że nie jest to możliwe ze względu na patologicznie krótką szyjkę. Ginka nie wiedziała czy ja już taką miałam przed porodem czy to dlatego że CC było robione przy pełnym rozwarciu i blizna nie pozwoliła jej wrócić do stanu pierwotnego. Sama blizna na brzuchu  zagoiła się dobrze:)

Minęły 4 lata, zdecydowaliśmy się na 2 dziecko, dosyć szybko zaszłam w ciążę, ale poroniłam. W ciągu kolejnego 2,5 roku poroniłam jeszcze 3 razy. Miałam 2 zabiegi łyżeczkowania, 2 razy poroniłam samoistnie. Nie będę opisywała ze szczegółami swojej walki, bo to nie temat przewodni opowieści:) Napisze tylko tyle, że moje leczenie trwało rok, wydaliśmy masę pieniędzy na badania, leki i szczepionki ale udało się w lutym 2014. Ciążę miałam cieżką, z reklamówką leków, plamiłam do 11tc (krwiak podkosmówkowy), głównie leżącą (w 17tc miałam założony pessar na szyjkę przy długości ok. 25 mm). Potem ta długość była coraz krótsza, w 22 tc doszło rozwarcie na palec.

Od początku wiedziałam że chcę urodzić SN. Pytałam mojej ginki i tak naprawdę ona była przeciwna, ale stwierdziła, że wszystko zależy od samego porodu. W szpitalu w którym lądowałam dużo razy mówili mi to samo. Miałam nadzieję, że uda mi się dotrwać do 37tc, bo mój mąż pracuje za granicą, akurat mieli mi zdejmować pessar i chcieliśmy mieć poród rodzinny. Niestety pod koniec  34tc w niedzielę odszedł mi czop śluzowy, zaczęły męczyć mnie lekkie skurcze. We wtorek (35tc) poszłam do ginki na wizytę a Ona stwierdziła że pessar trzyma, ale AFI jej sie nie podoba – wyliczyła że wynosi 7 a niby parę dni wcześniej było 11. Powiedziałam jej o skurczach ale na KTG się nie pisały. Zapytała się czy chcę jechać do szpitala – ja już byłam spakowana, więc jak najbardziej. W szpitalu zbadali mi wody – okazało się, że to fałszywy alarm, wody nie wyciekały, a AFI w porządku. Na USG wychodziło że mała waży 2650 i lekarz powiedział że jest o nią spokojny. Ale….na fotelu po badaniu dostałam skurczy i to takich co 5 minut. Zaczęli w mnie ładować magnez i nospę, ale to mało pomagało. W końcu po całej dobie skurczy co 3 minutowych i interwencji mojej ginki dostałam fenoterol. Wstrzymał mi skurcze, ja leżałam z nogami do góry, wstawałam tylko do łazienki. Ale zanim go dostałam wymacali mnie na fotelu, badało mnie 3 ginekologów chociaż nie chciałam. Wytrzymałam więc tylko 2 dni. Efekt był taki, że za którąś wizytą w łazience kapnęłam sie że coś jest nie tak – sikało ze mnie jak z kranu. Zbadałam PH paskami i już wiedziałam, że to wody. Jeszcze z kroplówką wzięli mnie na fotel a ja sikałam wodami. Po badaniu przez pessar wyszło mi 7 cm rozwarcia. No i szybka akcja, z tymi sikającymi wodami zabrali mnie na porodówkę. Zdążyłam tylko zadzwonić do mamy, że odeszły mi wody i rodzę. Na porodówce nie pozwolili mi już nic robić, raz tylko puścili mnie do łazienki na chwilę, zdążyłam zadzwonić do męża i już położna stukała w drzwi czy wszystko OK. A ja już miałam skurcze pomimo niedawnego feneterolu. Na porodówce dałam im mega zagwozdkę, bo chcieli mnie wziąc na CC a ja powiedziałam, że nie chcę. Gin z paniką w oczach wydzwaniał do mojej ginki jakie były ustalenia. Co parę minut podchodził do mnie i pytał czy zdaję sobie sprawę z konsekwencji: pęknięcia blizny, krwotoku, straszył, że nie urodze bo mam wąskie biodra, za mały brzuch, jestem po poronieniach, więc na bank coś będzie nie tak z łożyskiem itd itp. Kazał mi napisać całe wypracowanie i podpisać (ja już miałam skurcze). Więc zdjęli mi krążek a tam 10cm rozwarcia. Dalej namawiali mnie na CC….A ja po prostu wiedziałam że muszę urodzić SN – to mi dawało powera. Na szczęście miałam super położną, po prostu rewelacja…Za każdym razem jak miałam skurcz wsadzała mi palce (bolało mega) i wody nadal ciekły…Było ich baaardzo dużo. Nie pozwolili mi już wstać, musiałam wysikać się na basen bo bali się, że urodze na podlogę. Robiłam na łóżku takie wygibasy że głowę miałam między nogami a rękami obejmowałam stopy (przed porodem dużo ćwiczyłam). Za chwilę już wiedziałam że musze przeć, za 3 skurczem urodziłam.

Położna bardzo mi pomagała, w końcowej fazie porodu były 3 położne koło mnie:) Basiula urodziła się  z wagą 2700, 51cm i dostała 10 pkt. Rodziła się z rączką przy buzi, więc przy drugim skurczu mnie nacięli w bok. Teraz dowiedziałam sie, że do tego była okręcona wokół szyjki pępowiną. Ale non stop monitorowali jej tętno bo ja miałam hopla na tym punkcie po historii z moją Alą. Jak położyli mi Basię na brzuchu to nie mogłam uwierzyć że to już, że się udało…Płakałam jak bóbr jak usłyszałam jej płacz i wiedziałam, że będzie dobrze. Poprosiłam tylko neonatolog żebym mogła ją nakarmić.Powiedziała że jak będzie OK to ją przyniosą. I przynieśli a mała od razu sie dossała, moja kochana. Dostała 10pkt. Zabrali ją na niecałą dobę do inkubatorka żeby ją ocieplić ale w nocy dostałam ją do karmienia. Widziałam ją w inkubatorku i płakałam – taka biedna, chudziutka w pieluszce….Ale to minęło, teraz jest cudowna, robi śmieszne minki i kocham ten mój cud!!!! Mój poród od odejścia wód trwał 1:55 :)

Piękne było to, że już jak mnie szyli podeszła do mnie położna inna niż ta „moja” i powiedziała: „Pani Anito jestem z pani bardzo bardzo dumna, że nie dała się pani namówić na CC, bo ja sama miałam podobną do pani historię”. Jestem tak szczęśliwa, że nawet mam gdzieś to nacięcie które tam jest. Po 4 dniach nacięcie przestało boleć, bardzo ładnie wszystko sie zrosło i nie narzekam. Po porodzie byłam tak naładowana energią, że poszłam do koleżanek na patologię pochwalić sie, że już urodziłam. Od razu się umyłam. przebrałam :) Strasznie współczułam dziewczynom po CC, wracały do mnie wszystkie wspomnienia i do tej pory nie rozumiem jak można chcieć CC.

Jest cudownie, do tej pory pamiętam to jej ciepłe ciałko na brzuchu, ten cudowny widok i wiem, że to była jedna z najlepszych decyzji w moim życiu. Jeśli kiedykolwiek podjęłabym się walki o kolejne dzieciątko to bez konkretnych wskazań do CC nigdy się na nie nie zgodzę. Teraz wiem że mogę wszystko:)