Archive | Marzec 2015

Próbować zawsze warto :) (Warszawa)

Podjęcie próby porodu po 2 cięciach cesarskich jest w przypadku wielu kobiet możliwe i bezpieczne. I choć nie każdy taki poród kończy się naturalnie,  mamy które zdecydowały się spróbować,  często nie żałują tego doświadczenia. Jedną z nich jest Grażyna. Oto jej historia:

Dziewczyny, VBACu niestety nie było. Niemniej będzie to opowieść z cyklu „nie żałuję, że spróbowałam”.

Moje nastawienie na poród sn było od początku ciąży bojowe i zdecydowane. Szukałam więc osób wspierających tego typu pomysły. W grupie wsparcia ‚Naturalnie po cesarce’ na Fb znalazłam mnóstwo wsparcia i dobrej energii :) Ale też już na samej końcówce miałam duże szczęście: gdy się zaczęło na dobre trafiłam na dyżur mojej gin dr Kajdy, na porodówce profesjonalnie poród prowadziła położna Magdalena Witkiewicz, wpadła jeszcze z dobrym słowem Łucja Talma, a ciągłe wsparcie zapewniła mi doula Kasia i mój mąż. Ach, jeszcze na izbie przyjęć wyjątkowo przyjazna VBAC i pozytywnie nastawiona lekarka imieniem Monika, nazwiska nie pamiętam. Wszystkie te osoby sprawiły, że właśnie nie mam czego żałować :)

Moje dwa poprzednie porody miały niewiele z naturalności, bliskości – ja miałam w sumie niewiele do powiedzenia. Pierwszy poród był indukowany 7 dni po terminie. Po 20 h skurczy i całej kolekcji szpitalnych dopalaczy zdecydowano o cc. Stanęło na 8 cm, ale i ja już odpływałam i córce zaczęło w końcu spadać tętno ( a i tak zniosła wiele z powodu przodującej pępowiny). Z samej operacji niewiele pamiętam. Wiem tylko, że lekarze żatowali sobie, że sobie buty pobrudzą… No i usłyszałam, że mam córkę… nie byłam w stanie jej zobaczyć… Zobaczyłam ją ok. 2 godzin później, kiedy się obudziłam. Dziwiłam się, że to było moje dziecko, takie obce… Miłości do córki uczyłam się długo. Pół roku po porodzie okazało się, że znowu jestem w ciąży. W tym czasie zdobyłam już pewną wiedzę odnośnie porodów po cc i postanowiłam sobie, że będę rodzić naturalnie. Jednak z uwagi na malutkie dziecko w domu  prowadziłam ciążę w najbliższej mi przychodni, a poród planowałam w najbliższym szpitalu. Mimo, że na każdej kontrolnej wizycie słyszałam nieubłagalne „to co? Następne też pewnie będzie cięcie?” ciągle wierzyłam w moją wizję porodu. Od 36 tc miałam częste i regularne skurcze przepowiadające. Ale minął termin i nic. Na kontrolne ktg poszłam do szpitala dopiero tydzień po terminie. W szpitalu wielkie oczy, że „pani po cc chodzi tyle po terminie”. Odmawiałam hospitalizacji licząc, że coś się w końcu ruszy. Ale się nie ruszyło. Zgłosiłam się do szpitala 10 dni po terminie. Nikt nie wspierał mnie w mojej decyzji o porodzie sn. Wszyscy jak jeden mąż orzekli, że nie ma żadnych widoków na sn ani na indukcję. Zdołowana zgodziłam się na cc następnego dnia. Ta operacja była inna od poprzedniej. Bolała, ale synka zobaczyłam od razu i na chwilkę przytulono go do mojego policzka. Po przewiezieniu na salę dostałam go też od razu na karmienie. Ta miłość była łatwiejsza, choć żal po porodzie pozostał. Mimo tego, gdy dowiedziałam się o 3 ciąży, znowu postanowiłam powalczyć.

Wszystko zaczęło się tradycyjnie od przeterminowania. Wiedziałam, że moje dzieci już tak mają. Tak więc czekałam cierpliwie, kiedy to się zacznie. Kilka razy odmówiłam przyjęcia do szpitala. Jak się już zdecydowałam, nie było miejsca na patologii (+1 dzień dla mnie!). W piątek trafiłam jednak na oddział. I wtedy w sumie coś się ruszyło. Późno wieczorem poczułam TE skurcze. Ale po 3 godzinach ustały. Podobnie minęła sobota w szpitalu. Kilka godzin bolesnych skurczy, ale nieregularnie. W niedzielę dyżur miała dr Kajdy i tak się zgadało, że chciałabym urodzić na jej dyżurze. Badanie wykazało, że nieprzejednana dotąd szyjka zmieniła się na lepsze! Wstąpiła we mnie nadzieja. Tuż po 12 znowu skurcze. Z zalecenia dr miałam mieć częstszy zapis ktg i badanie tętna dziecka co 15 min. Po obiedzie ktg, a tam skurcze co 10-13 min. Myślę sobie, znowu powtórka, przecież który to już dzień takich skurczy. Ale koniec ktg, a położna mówi, że idziemy na porodówkę! Poród zaczął się 14. dnia po terminie :) Godziny mijały, a skurcze stawały się mocniejsze i częstsze (co 2 min, potem co 30 sek). Postępu nie było widać. Z uwagi na to, iż co 1,5 godz. miałam mieć zapis ktg, chciałam, aby było wykonywane przenośnym urządzeniem. No i tutaj pierwszy pech – były dwa i te dwa padły. Tak więc leżenie.. a zapis zaczął się psuć, bo u malucha podwyższone tętno. Leżenia było ponad godzinę… Skurcze zwalające z nóg, ból przeszywający. Przebicie pęcherza z powodu podejrzenia zielonych wód. Pęcherz przebity – wody czyste. Postępu brak… Za namową położnej zzo, aby zmiękczyć szyjkę. Tym razem zadziałało na mnie od razu – godzina ulgi i odpoczynku. Potem znowu mega skurcze i ten wszechogarniający ból. Badanie wewn wykazało jednak niewielki postęp. W międzyczasie słyszę, że powinnam mieć stały zapis ktg… Skurcze mocne, ale nieefektywne. Maluch nie napiera dostatecznie. staram się rozluźnić maksymalnie podczas skurczu, ale już leżę – wtedy skurcze nie są tak częste jak w pozycjach wertykalnych. sił już brak. to już 10 godzin, a postęp ledwo 2 cm… Położna jeszcze obmyśla jakiś eksperyment, ale nie czuje tego, co ja.. w mojej głowie jest już tylko jedno rozwiązanie – cc. Przed porodem brałam obie opcje pod uwagę, także już się tej decyzji nie boję. Podjęłam walkę.. dałam dziecku choć trochę naturalnej drogi. Reszta już niestety nie należała do mnie. W ciągu pół godziny znajduję się na sali operacyjnej. Znajome procedury. Słyszę jeszcze tylko coś o „dziurze w macicy”… Wreszcie jest – 0.15, 8.12 – Wojtuś, 4280 g, 58 cm :) Nie żałuję, że próbowałam – mimo ogromnego bólu, mój synek sam zadecydował o terminie porodu i dostał te kilka godzin prawdziwego porodu.

Po 6 tygodniach na wizycie gin dowiedziałam się, że mój 3 poród nie postępował tak jak powinien prawdopodobnie z powodu wielu zrostów powstałych po poprzedniej cc… I to przez te zrosty nie radziłam sobie z bólem tak dobrze jak ze skurczami. Dopiero po 3 cc trafiłam na fizjoterapię blizny, którą polecam wszystkim dziewczynom po cc.

Blisko od początku (Opole)

Nie idzie mi dziś pisanie wstępów. Ale być może tej  pięknej opowieści wstęp nie jest wcale potrzebny:) Zapraszam do przeczytania historii porodu Ani:

Bardzo chciałam urodzić J. naturalnie. Bardzo. Miałam świadomość dobra jakie daje to naturalne przejście przez kanał rodny dziecku już w czasie pierwszego porodu. Wtedy się nie udało. Walczyłyśmy z Córką niemal 20 h., najpierw o wywołanie skurczów bez oksytocyny, potem z bólami spowodowanymi oksytocyną, następnie nieumiejętne parcie, zablokowanie Córki i diagnoza – ułożenie wierzchołkowe, albo na CC albo będzie kiepsko. Zgodziliśmy się i po dwóch godzinach bólu partego przewieziono mnie na salę operacyjną i wyciągnięto zmęczoną, piękną Córkę.

Była słaba, mocno walczyłyśmy o karmienie. Wszystko się udało, trochę czasu zajęło mi przyznanie, że tak miało być, że może Córka tak to wybrała, trochę czasu zajęło mi odpuszczenie i przyjęcie tego porodu takim jakim był.

W czasie drugiej ciąży karmiłam Córkę jeszcze cztery pierwsze miesiące (a w sumie 1,5 roku), potem ją odstawiłam i mocno przygotowywałam się do narodzin Syna. Mocno tj. przeprowadziliśmy się z rodziną w tym czasie na drugi koniec Polski, zmieniliśmy otoczenie, przeprowadziliśmy generalny remont mieszkania, zapisaliśmy Córkę do żłobka i jeszcze parę innych „generalek”, i życie pełną parą.

Szybko odnaleźliśmy jedną z najlepszych położnych w Polsce – Ewę Janiuk, jako że mamy teraz blisko do Opola, została moją położną i jeździliśmy do niej na parę spotkań. To był dobry czas i dobre rozmowy. Marzyliśmy o porodzie domowym. Odradziła, każde kolejne z radością przyjmie w domu, ale po CC polecała szpital. Byłam też na paru zajęciach ruchowych u Gabrysi Eliasz-Łukasiewicz oraz na indywidualnym spotkaniu mającym na celu sprawdzenie stanu blizny. Było sprawdzenie, była ważna rozmowa. To też dobrze przygotowało mnie na drugi poród.

Zaczęło się 9 października rano. Męża nie było, wyjechał na ostatnią (sic!) delegację aż do Poznania, żeby potem być blisko domu, żeby być już w zasięgu godzinki ode mnie. Było 2 tygodnie przed terminem i miałam nagranych dwóch nowych znajomych na taką ewentualność. Bóle zaczęły się przy śniadaniu z Córką. „Mamę bardzo boli brzuszek, jedz kochanie” i przystanek co chwilę. Nie wiedziałam, że to już, chociaż czułam… W czasie pierwszego porodu najpierw odeszły mi wody, tutaj było sucho, więc nie miałam tej pewności. Ubierając Córkę do żłobka mówiłam „Być może mama pojedzie dziś po twojego brata, a ciebie odbierze ciocia, dobrze?”. W żłobku pytają czy wszystko ze mną dobrze bo dziwnie wyglądam. Odpowiadam, że mam skurcze, ale to chyba tylko te przepowiadające. Wsiadam do auta i ryczę mężowi do słuchawki, że miałam dziś jechać do Opola zobaczyć szpital, że nie wiem czy dojadę, że nie wiem czy to TO. Mąż krzyczy żebym zadzwoniła do znajomego o to żeby mnie zawiózł i że on już wsiada do auta i do mnie jedzie.

Zadzwoniłam do umówionego kolegi i mówię, że nie wiem czy to TO, ale jest źle i czy mnie zawiezie i czy możemy NIC NIE MÓWIĆ. Czeka nas godzina jazdy samochodem. Znajomy się zgadza i zadaje tylko jedno pytanie – czy na pewno chcę jechać do Opola, a nie rodzić tu na miejscu w szpitalu. Opole. Ok., jedziemy, ja z tyłu mocno skupiona na bólu, bardzo mocno skupiona. Jedziemy w całkowitym milczeniu i na koniec znajomy pyta jeszcze tylko czy znam adres szpitala. Mówię, że Reymonta 9, ale nie wiem gdzie to jest. Nie patrzyłam jak jedzie. Rodziłam. Ból był całą mną. Kiedy po godzinie trafiliśmy na izbę przyjęć znajomy wyjął tylko torbę do porodu (drugą zabrał ze sobą i przez dzień po porodzie miałam na sobie pokrwawioną koszulę nocną) i pielęgniarka pożegnała go słowami „Mąż dalej nie idzie” (komuna jakaś?!). Izba przyjęć była najgorsza. Kiedy wysiadłam z auta ból był tak mocny że co chwila klękałam. Babeczka krzyczała na mnie, że przecież „tu wszyscy mają skurcze, proszę dać się szybko zbadać”. 5 cm, jedziemy na porodówkę. „Chcę iść” mówię, na co pielęgniarka odpowiada, że nie ma czasu i jedziemy wózkiem. Otwierają się drzwi na porodówkę i antypatyczna pielęgniarka krzyczy: „5 cm, po cesarce” i odchodzi. Personel porodówki patrzy na mnie, a ja wtedy mówię „URODZĘ NATURALNIE”, na co położne, że dobrze, że chcę próbować, że mi pomogą, na co ja im na tym wózku mówię „JA URODZĘ NATURALNIE”,  a one „to nam się podoba, jesteśmy z panią”. Trafiam do zielonej sali. Moją położną (tak to się chyba przydziela) zostaje młoda pani Karolina. Jest idealna – szanuje skurcze, mało mówi, szybko wyczuwa moje całkowite skupienie i wychodzi. Jest tylko jak być musi, robi podstawowe badania (w tym pobiera mi krew bo nie mam ze sobą dowodu i nie mogą potwierdzić grupy krwi!), przynosi mi mały materac pod nogi i mogę cały czas klęczeć. Po CC muszę mieć podłączone ciągle KTG i nie mogą mi podać oksytocyny, tyle mi mówią. KTG idzie przeżyć, oksytocynę wyrzuciłabym przez okno gdyby chociaż zaproponowali. Modlę się, a właściwie przyzywam Boga na pomoc, za wiele w tym modlitwy nie było, ale chyba takie oddanie. Bardzo się boję, wciąż cała jestem bólem, jest ogromny. Zastanawiam się jak kobiety są sobie w stanie mierzyć odstępy między skurczami!? Nagle chlusta ze mnie woda, to też niesamowicie boli, krzyczę. Przychodzi pani Karolina i chce mnie zbadać, siadam na łóżko i już nie schodzę. Jest 10 cm i zaczynam przeć. Pozwala mi też klęczeć. Klęczę, prę i krzyczę i nic. Pani Karolina jest cierpliwa. Ale prę i prę i wychodzi wszystko tylko nie Syn. Na salę wchodzi inna położna i klepie mnie po ramieniu mówiąc „brawo, dobrze ci idzie, pozdrowienia od Ewy Janiuk”. Prę dalej i nic. Wtedy do sali wchodzi położna o imieniu Gizela i władczym tonem mówi do mnie, że koniec tego, siadamy na łóżku, bo dziecku spada tętno i jeśli jej nie posłucham to jedziemy na salę operacyjną. Przysięgam jej słuchać. „Przestań krzyczeć, zamknij oczy, zaciśnij usta i przyj kiedy ci powiem a nie kiedy czujesz, już nie ma czasu”. Tak zrobiłam. Jedno parcie – jest główka (ja szczęśliwa myślę, że to koniec, bo zawsze na filmach jak mówią że jest główka to już jest radość i dziecko), ale trzeba przeć jeszcze raz, jak będzie dobrze, będzie dziecko. Prę i jest kochane dziecko, kochany umiłowany J., piękny, wymęczony, oszołomiony leży na mnie. Jestem w takiej euforii że zaczynam gadać, wszystko wszystkim, dziękuję każdej osobie i płaczę. J. leży na mnie i tulimy się pierwszy raz, poznając się i jakoś tak bez intymności ale w całkowitym szczęściu. Jeszcze tylko łożysko. „Czuje pani skurcze?”. Nic. Przystawiamy J. do piersi, sam nie przypełzł jak to opisują, myślę, że był zmęczony, że wystarczyło mu leżenie na mnie. Leżał i było dobrze, ale przystawiliśmy go, trochę possał, jeszcze delikatnie, pięknie. „Czuje pani teraz skurcze?”, nic. Czekali 45 min i zdecydowali o łyżeczkowaniu. „Musimy zabrać pani dziecko, trzeba całkowicie znieczulić”. W tym momencie na salę wszedł mąż i przejął Syna. Idealnie. Przyszedł kiedy byłam już gotowa, kiedy był naprawdę potrzebny – zająć się dzieckiem, kiedy ja nie mogłam. Całą drogę skurczy przeszłam całkiem sama. Czułam, że tylko skupienie na bólu, milczenie i pokora mi pomogą. Chciałam być sama. Mąż by mi tylko komplikował, dogadzał, a ja potrzebowałam tylko ciszy. W czasie skurczy partych pani Karolina lekko mnie nacięła, zszyli to na znieczuleniu. Łożysko „wyciągnęła” położna Gizela, ponoć nieźle się namęczyła. Obudziłam się jeszcze z resztkami znieczulenia i dzwoniłam do wszystkich mówiąc o swoim szczęściu i wyznając wszystkim miłość, szczególnie Ewie Janiuk. Mąż kangurował Syna kiedy miałam zabieg, dali mu salę i zero przeszkód. Blisko od początku. To było dla nas takie ważne, bo wiedzieliśmy, że dla Syna jest wręcz NIEZBĘDNE żeby dobrze zacząć. Gratulowali mi, a ja gratulowałam sobie. To był piękny poród, dał mi dużo siły i wiary w siebie. Całość trwała 4,5h. J. przyszedł na świat o 12:04 i od razu był przy mnie słuchając mojego serca. Namiastka kontinuum?

Cieszę się, że mogłam to przeżyć (Ostrów Wlkp.)

Historie takie jak ta napawają optymizmem, że także w polskich szpitalach można urodzić „po ludzku”, „po swojemu”, ze wsparciem zarówno męża jak i douli, w pełni naturalnie po wcześniejszym cięciu cesarskim. Oto opowieść Justyny:

W niedzielę 25. stycznia byłam umówiona ze swoim lekarzem w szpitalu na ktg. Pojechaliśmy ok. godz. 19. Zapisały się jakieś delikatne (60), w miarę regularne (10min) skurcze. Lekarz mnie potem zbadał, powiedział, że szyjka miękka i na opuszek palca, i że pewnie w 2-3 dni urodzę. Sprawdził jeszcze bliznę i wciąż było ok. Strasznie ucieszona wyszłam z izby przyjęć, opowiedziałam wszystko mężowi i córce (na każde ktg jeździli ze mną) i wróciliśmy do domu.

Było już dość późno, zjedliśmy jeszcze kolację, później wykąpałam i położyłam córkę spać. I jakoś mnie naszło, żeby dokończyć szykować muzykę na poród. Jak usiadłam przy komputerze, to miałam wrażenie, że nasiliły mi się skurcze, zrobiły się bardziej bolesne. Nie wiedziałam jednak, czy przypadkiem sobie tego nie wmawiam. Na wszelki wypadek napisałam do douli i zgrywałam tę muzykę. Siedziałam nad tym do 1.30 w nocy, ale spokojna poszłam spać.

W nocy kilka razy obudził mnie skurcz, ale spałam prawie do 9. Poszłyśmy z córką robić śniadanie i zauważyłam, że skurcze są dużo mocniejsze i częstsze. Zaczęłam je zapisywać i zdziwiłam się, bo były regularnie co 7,5min. Po śniadaniu wzięłam prysznic i nic się nie zmieniło. Dałam znać mężowi i douli, żeby się szykowali, bo to może być TEN dzień. Zadzwoniłam też do zaprzyjaźnionej położnej i do teściowej, która na czas porodu miała zostać z córką. Odpuściłam sobie w ten dzień spacer z dzieckiem, bo jakoś czułam, że mogłabym nie podołać. Ok. 13 córka miała drzemkę i chciałam iść spać razem z nią, ale nie potrafiłam już wyleżeć. Dałam znać mężowi, żeby wrócił do domu jak tylko zrobi co najpilniejsze w pracy. Wrócił jakoś po 15, zjedliśmy obiad, zadzwoniliśmy do teściowej, żeby ok. 17 do nas przyjechała.

Jak przyjechała, to poszłam się wykąpać, wtedy skurcze miałam już co 5min. Napisałam do douli, że jadę do szpitala i dam znać co i jak, ale żeby była gotowa. Po drodze skurcze się trochę wyciszyły, ale były dość bolesne, bo w pozycji siedzącej było mi dość ciężko je znosić. W szpitalu byliśmy ok. 19, na ktg zapisywały się delikatne skurcze (30), a odczuwałam je bardziej, niż te w niedziele, które wg ktg były 2 razy silniejsze. Jak lekarz (akurat mój miał dyżur) zobaczył zapis, to się śmiał, że chyba coś wymyślam z tymi skurczami. Ale poszedł mnie zbadać i rozwarcie było na 3-4cm. Zapytał, czy zostaję, zgodziłam się oczywiście. Zapytał jeszcze czy na pewno nie chcę cc. Poszłam na IP wypełnić te wszystkie dokumenty, potem się przebrałam i poszłam na sale, tam znowu podpięli mi ktg, ale już ciężko było mi wysiedzieć. Po jakiś 40min przyszła położna, przyniosła piłkę i powiedziała, że mogę wziąć prysznic, tam skurcze się nasiliły i kazałam mężowi szybko dzwonić po doulę (miała ok. 100km do mnie). Skurcze miałam wtedy co 4min, położna się dziwiła, że jeszcze nie jestem na porodówce, ale niby mój lekarz kazał mnie na sale położyć.

Ok. 22 przyjechała doula, położna sprawdziła mi rozwarcie i było 6cm i ok. 23 byłam już na porodówce, tam znów miałam podpięte ktg, ale już mogłam się ruszać. Światło miałam cały czas przyciemnione, w tle leciała muzyka, którą wieczór wcześniej zgrywałam. Ale muszę przyznać, że prawie jej nie słyszałam. Miałam prawie cały czas zamknięte oczy i chyba odpłynęłam, choć doula mówiła, że jeszcze nie, bo odpowiadam na pytania. O 24 weszłam do wanny, nikt już nie mierzył skurczy, bo były dość silne i częste. Mąż polewał mi plecy wodą, a doula robiła zimne okłady i pilnowała, żebym nie napinała się na dole, tylko kazała mi ściskać swoje ręce. Chwile po 1 wyszłam z wanny, rozwarcie miałam wtedy na 8-9cm. Do 2 robiłam jakieś wymachy rękami z mężem, wisiałam na drabinkach, w sumie nie wiele z tego czasu pamiętam.

Wiem, że o 2 odeszły mi wody i zaczęły się parte. Początkowo rodziłam na stołku, później wisiałam na mężu (dosłownie, bo odrywałam nogi od podłogi) i rodziłam na stojąco, doula podpierała mnie od tyłu. Chyba jeszcze raz na chwilę weszłam na stołek. W między czasie dotykałam główki mojej, rodzącej się, córeczki. Jak główka była już połowicznie urodzona, to weszłam na łóżko i tam na siedząco urodziła się moja druga dzidzia i mogłyśmy się przez 2h kangurować.

Obyło się bez żadnych wspomagaczy i środków uśmierzających ból. Niestety trochę popękałam, ale to wszystko jest nie ważne. Cieszę się, że dałam radę, że mogłam to przeżyć (wcześniejsza cesarka na zimno), bo to chyba doświadczenie, które najwięcej wniosło w moje życie. Do dziś na wspomnienie o porodzie chce mi się płakać, spełniło się moje marzenie, o które tak długo walczyłam. Dałam radę, mimo tego, że większość (początkowo nawet mąż) była przeciwna porodowi sn, traktowali to jako jakąś moją fanaberię. Zdałam się na intuicję i teraz jeszcze bardziej w nią wierzę, czuję, że jestem silniejsza oraz moja relacja z mężem jest mocniejsza, pełniejsza i że po porodzie kochamy się jeszcze mocniej.

Właściwie urodziłam córkę sama, położnej prawie przy mnie nie było, siedziała w pokoju obok i zaglądała tylko co jakiś czas, nie instruowała mnie. Każdej z Was życzę takich warunków i możliwości urodzenia po swojemu.

Jeszcze chciałam Wam napisać, że jeśli któraś z Was zastanawia się nad doulą, to z mojego doświadczenia powiem Wam, że naprawdę warto. Przy mnie był mąż, który był mega wsparciem i nie wyobrażam sobie, żeby mogło go nie być, ale doula była wsparciem innego rodzaju. To ona pilnowała, żebym nie spinała się na dole, podawała wodę, robiła okłady, wiedziała gdzie nacisnąć, żeby mniej bolało, itp.