Archive | Kwiecień 2015

Mój VBAC (Warszawa)

Bywają sytuacje, kiedy cięcie cesarskie jest jedynym rozwiązaniem pozwalającym dziecku bezpiecznie przyjść na świat. Tak było w przypadku córeczki Joanny. Jednak nawet przy bezwzględnie jasnych i niezaprzeczalnych wskazaniach do cc, matka niejednokrotnie czuje żal i tęsknotę za doświadczeniem naturalnego porodu, którego nie dane było jej (wcale lub w pełni) przeżyć. Warto ten żal uszanować i przepracować, z doświadczeń wyciągnąć wnioski na przyszłość, uzbroić się w wiedzę i wspierające dusze wokół siebie, a w kolejnej ciąży… kto wie? Może historia potoczy się tak szczęśliwie jak u bohaterki dzisiejszej historii…

Zacznijmy od początku, czyli pierwszego porodu. A był on zaskakująco niefortunny, zważywszy na przebieg ciąży. Przez całe dziewięć miesięcy czułam się świetnie, pracowałam naukowo, regularnie chodziłam na basen, duuuużo spacerowałam i miałam świetne wyniki. Do porodu – poza szkołą rodzenia – niespecjalnie się przygotowywałam, oczekując, że odbędzie się „z automatu” jak natura chciała. Z tak dobrym samopoczuciem wymarzyłam sobie poród w Domu Narodzin (jest takie cudo przy Szpitalu św. Zofii w Warszawie), bez lekarzy, interwencji medycznych i prawie jak w domu. Życie zweryfikowało te plany. Akcja zaczęła się nieoczekiwanie w 39tc od zielonych wód płodowych – co w szczególności stanowi natychmiastową dyskwalifikację do porodu w Domu. Z ciężkim sercem pojechałam do szpitala – na szczęście z córcią było wszystko w porządku: tętno dobre, stabilne, tylko skurczów brak. Zostałam przyjęta na porodówkę z nadzieją, że „kiedyś” zacznie się prawdziwa akcja. Czekaliśmy. Po 7 godzinach położna zaproponowała oksytocynę. Zgodziłam się z dużą niechęcią, ale wciąż nadzieją na poród drogami (skoro już nie siłami) natury. Po oksytocynie powoli zaczęły się skurcze, ale poza koszmarnym bólem, nie dawały zbyt wiele szyjce macicy. W końcu, po 18h od przyjęcia i 11h oksytocyny doszło do zakażenia – ja odpłynęłam z wysoką gorączką, dziecku skoczyło tętno i zapadła – jedyna w tych okolicznościach słuszna – decyzja o natychmiastowym cięciu. Córka na szczęście urodziła się śliczna i zdrowa. Ja wyszłam na tym obiektywnie trochę gorzej (cięcie „w trybie pilnym” , gorączka i bardzo duża utrata krwi). Szczęściem w nieszczęściu, zniosłam to całkiem nieźle – co nie zmienia faktu, że z sali pooperacyjnej wyszłam dopiero następnego dnia po południu, a córkę na stałe do swojego pokoju dostałam po prawie dwóch dobach. Na szczęście – tu brawa dla personelu – udało się przytulić maleństwo jak tylko przebudziłam się z operacji (po ok. 5h), a dzięki wizytom na oddziale noworodkowym utrzymałyśmy karmienie piersią. Mimo wszystko jednak pozostało poczucie, że coś poszło nie tak. Na dodatek córka była wrażliwym (czyt. krzykliwym ;-)) dzieckiem, a ja, bombardowana artykułami o wyższości psn nad cc wmawiałam sobie, że jej kolki to wynik niechcianej cesarki. Cóż, trzeba było swój żal jakoś odchorować.

Minął rok od pechowego porodu, córka wyrosła z trudnego niemowlaka na cudowną dziewczynkę i okazało się, że znów jestem w ciąży. I choć wszyscy w rodzinie przyjęli jako pewnik, że „po cesarce to już tylko cesarka”, ja postanowiłam spróbować. Tym razem przygotowałam się lepiej. Przede wszystkim, odżałowałam pierwszy poród. Zdecydowałam się też tym razem skorzystać z usług położnej z doświadczeniem we VBAC (którą zresztą znalazłam na tej stronie). No i dobrze się nastroiłam – tu dziękuję Facebookowej grupie wsparcia za masę pozytwnych historii. Ciąża znowu przebiegała bez większych problemów – a mając w głowie VBAC dbałam o zdrowie podwójnie. Mój lekarz, choć lekko sobie żartował z moich ambitnych planów, po obejrzeniu blizny i ocenie dziecka na USG dał mi zielone światło.

Tym razem akcja zaczęła się od skurczów, dokładnie po zakończeniu 38. tygodnia. Najpierw pojawiły się skurcze bolesne, ale nieregularne, które w codziennym zabieganiu wokół niespełna dwulatki w zasadzie zignorowałam. Dopiero po kilkunastu godzinach, gdy przez całą noc nie mogłam zasnąć – nie tylko z powodu marudzącego dziecka – zaczęłam je śledzić. O dziwo, okazały się, że nie tylko regularne, ale nawet zagęszczające się. Gdy były co 5-7 minut, zadzwoniłam do położnej, ale jeszcze spokojnie poszłam się kąpać i szykować wczesne śniadanie. Jak częstotliwość wzrosła do 3-5 minut, zapadła decyzja, żeby jechać do szpitala. Nie miałam poczucia, że „to już”, ale za radą położnej pojechałam – faktycznie, okazało się, że poród się zaczyna, choć szyjka ma jeszcze długą drogę do przebycia. I tu nastąpiła pierwsza nieprzyjemna niespodzianka – w szpitalu skurcze zelżały, rozjechały w czasie i znowu trzeba było czekać… Chodzenie, skakanie na piłce, masowanie brodawek – nic. Dobre 4h po przyjęciu do szpitala szyjka nie drgnęła ani o centymetr. Moja położna dała mi wybór – albo przyjęcie na oddział patologii ciąży, albo oksytocyna, albo przebijamy pęcherz. Uznałam, że trzecia opcja ma największą szansę powodzenia. Skurcze faktycznie się nasiliły, ale postęp był nadal powolny – przynajmniej postęp szyjki, bo jeśli chodzi o ból, to stał się znacznie mocniejszy. Przy 4 cm – do których dojście trwało w moim odczuciu wieczność, choć w rzeczywistości „jedynie” 7,5 h – poprosiłam o znieczulenie. I to był moment przełomu. Po znieczuleniu, wymęczona, położyłam się na godzinkę odpocząć. Jak wstałam, było już 10 cm rozwarcia, a po krótkim prysznicu i spacerze – pełne. Dodatkowo, miałam to szczęście, że znieczulenie jeszcze trzymało, więc fazę partą przeszłam niemal bezboleśnie, w euforii i poczuciu, że już jestem minuty od spotkania z synkiem. I tak faktycznie było – parcie poszło szybko, a ja wręcz czułam, jak z każdym wydechem jesteśmy coraz bliżej i bliżej rozwiązania. Po główce, reszta ciałka już niemal wyskoczyła, a ja mogłam przytulić moje małe, wyczekiwane cudo. Synek trafił od razu na brzuch mamy, a ja – jeszcze na fotel na szycie (pęknięcie powierzchowne, ale nieregularne, więc szycie trwało chyba z godzinę). Nic mi to jednak nie przeszkadzało – kolejne 3 godziny z przytulonym synkiem były najpiękniejszą chwilą porodu. I takich chwil Wam wszystkim życzę.

A w ramach ciekawostki dodam, że na 3 dni przed porodem byłam u lekarza, który stwierdził, że synek jest jeszcze drobny (2700g) a szyjka długa (4,5 cm) i twarda, więc do porodu jeszcze baaaardzo daleko. „Prawie” się sprawdziło 😉 Syn ważył 3200g, choć faktycznie był krótki – stąd pewnie nie zmieścił się w statystycznych wyliczeniach ultrasonografu.

Poród „zaplanowany” (Łódź)

Dziś mam dla Was dwie pouczające, motywujące i do tego napisane lekkim piórem z dozą humoru historie. Dwa porody Iwony – rozpoczynający się naturalny poród zakończony niespodziewanym cięciem cesarskim i planowane cięcie cesarskie, które zmieniło się w szczęśliwy VBAC!

Do ich przeczytania zapraszam na stronę Iwony:

Płaczę już tylko ze szczęscia (Kraków)

Czasem mamy, które mają za sobą przebyte cięcie cesarskie bardzo łatwo i szybko „skazywane” są na kolejne cięcie. Zawsze warto jednak weryfikować taką diagnozę u innego, najlepiej bardziej doświadczonego i przyjaznego VBAC lekarza. Bo opinie wśród lekarzy na temat tej samej osoby i tego samego przypadku medycznego bywają nad wyraz rozbieżne. Oto historia Marzeny:

Zacznę od początku, kiedy to 19 miesięcy temu miałam cc z przyczyn do tej pory nikomu niewyjaśnionych. To, co teraz napiszę może stać się niewiarygodne , ale tak tak było. W pierwszej ciąży było wszystko w porządku do 7 miesiąca – dobre wyniki, tyle, że przybierałam na wadze. Pracowałam do końca 5 miesiąca. Pod koniec 7 miesiąca ważyłam +19 kg więcej, a w 8 miesiącu dodatkowo 20 kg przytyłam w niecały miesiąc – to nie była wina objadania się. Do szpitala trafiłam w 32 tyg z bólem kolki nerkowej ( myślałam, że oszaleje, ból był nie do wytrzymania). Dodatkowo z dnia na dzień było co raz gorzej: nadciśnienie (co nigdy nie miałam problemów z ciśnieniem) w granicach 170/110, tętno około 110-120, przybieranie na wadzę w ciągu jednego dnia +3 kg (dlatego, że nie oddawałam moczu, a kazali pić duuuuużo wody, bo były upały i mimo cewnikowania nic), przewlekle choruje na niedoczynność tarczycy, kłopoty z oddychaniem – spanie w pozycji siedzącej i podłączenie do tlenu oraz woda w płucach i ogromne obrzęki – yglądałam jak balon. Lekarze załamywali ręce, nie wiedzieli co ze mną zrobić. Dostałam sterydoterapię i podjęli decyzję o cc w trybie natychmiastowym w 35 tyg+1. Dziecko urodziło się zdrowe, (cała byłam opuchnięta a małowodzie miałam w brzuchu-było to dodatkowe zagrożenie), waga dziecka 2500, 49 cm , i 10 pkt Apgar.  Po porodzie byłam jeszcze długoo w szpitalu, miałam robione wszystkie badania przesiewowe, wymazy , badania na gruźlicę itd, utrzymywała mi sie gorączka 38,5 st, leżałam sama na sali. Było źle, prawie popadłam w depresję, dziecko leżało w inkubatorze i wzięłam je dopiero na swoje ręce po 14 dniach ;-(. Straciłam pokarm po tygodniu.  Dużo stresów i nerwów mnie to wszystko kosztowało.

Minął pewien czas i okazuje się, że ponownie jestem w ciąży. Rodzina i znajomi załamywali ręce, bali się , że tym razem mogę po prostu nie przeżyć. Ddodam, że w rodzinie mojej ani mojego męża nikt nie miał takich problemów, sam ordynator szpitala mówił , że w porę mnie z tego wyciągnęli i że jestem pierwszym takim ,,przypadkiem” (robiłam później badania pod kątem immunologicznym, ale nic nie wykazały).

Druga ciąża przebiegała prawidłowo, książkowo można powiedzieć – na wadzę +16 kg , wyniki super.  Ze względu na to, że był nie daleki odstęp czasowy między porodami nastawiałam się na cc, choć w głębi serca chciałam poczuć jak to jest urodzić naturalnie –   nigdy nie dałoby mi to spokoju, gdybym się nie przekonała sama. Lekarz prowadzący, lekarz u którego byłam prywatnie, lekarz od usg – każdy z osobna mówił, że będzie cc, „proszę się nastawić na cc, Pani Marzeno”. Tak też zrobiłam – przygotowałam się na cc. Myślę sobie: decyzja zapadła. 18 lutego miałam iść na konsultację do Ordynatora szpitala w celu ustalenia terminu cc. Zostałam dokładnie przebadana, szerokość blizny 2,1 cm uznana za poprawną i …. dostałam kwalifikację do porodu sn. Myślałam, że to jakiś żart, od razu zachciało mi się płakać. Pomyślałam, że lekarz nie wie co mówi, miałam zmienić szpital, w którym chciałam rodzić , byłam rozstrzęsiona, ogarnął mnie strach. Wtedy też dołączyłam do WAS kochane – do mojej grupy wsparcia po cc :) [facebookowa Grupa Wsparcia NATURALNIE PO CESARCE – przyp.red.]. Zaczęłam dużo czytać czy da się urodzić sn, aż w końcu bardzo się nakręciłam i podjęłam decyzję, że się nie poddam.

Termin porodu miałam na 8 marca 2015 r. Nic się nie działo , czekałam cierpliwie, aż zacznie się akcja.  6 marca odpadł mi czop śluzowy w całości, później miałam śluzową wydzielinę podbarwioną krwią i tak było codziennie. Minął termin i 13 marca poszłam na wizytę do lekarza który dał mi skierowanie do szpitala i następnego dnia miałam mieć wywoływanie okstytocyną. W poprzednich dniach nie wychodziły skurcze ani nic na ktg. Cały czas wierzyłam tylko w to , że musi się udać. W głowie miałam moją małą 19 miesięczną córeczkę i jak najszybciej chciałam wrócić do domu. 13.03 zrobiono mi usg z którego wynikało, że dzidzia będzie ważyła mniej więcej 3800 g. Lekarz mówił, że mam być wypoczęta i rano po mnie przyjdą. Nie przespałam praktycznie całej nocy, walczyłam z myślami, ale ani na chwilę nie przestałam WIERZYĆ w to, że może coś pójść nie tak. Myślałam, że muszę zrobić wszystko ,żeby nie mieć cc , po którym wcześniej tak długo dochodziłam do siebie.

14 marca 2015 r. o godz. 7 przyszła położna prosić mnie na salę porodową. 7:30 dostałam pół dawki oksytocyny, ból w podbrzuszu zaczął się nasilać i zaczynałam czuć skurcze. bBrałam prysznic, chodziłam po schodach od góry do dołu. Ból był co raz większy. Podjęłam decyzję, że urodzę bez znieczulenia, ale nastąpił kryzysowy moment i na 6 cm rozwarciu poprosiłam o znieczulenie. Mąż był cały czas przy mnie, wspierał mnie niesamowicie, a położna na której dyżur trafiłam to CUD a nie kobieta- towarzyszyła mi od godziny 7 rano do 19 , później była zmiana dyżuru. Był moment, że już miałam błagać, żeby zrobili mi cc, myśłałam, że nie dam rady, że jak to jest, że niektóre rodzą dzieci w 2 godziny, a u mnie tyle już schodzi, ale wytrwałam do końca. O godzinie 20:30 przyszedł na świat mój SYNEK i wcale nie taki mały 4130 g (czyli usg się dużo pomyliło ) i 58 cm i dostał 10/10 pkt APGAR.  Płakałam ze szczęścia i teraz pisząc ta historię też płaczę , a płaczę już tylko ze szczęscia …..

1799916_861285387246090_4469828117183569287_o

Podsumowując, jak widzicie ciąża ciąży nie równa. Po porodzie wyszłam 17 marca do domu i w tym momencie czuje się najszczęsliwszą kobietą na świecie. Udoowodniłam sobie i wszystkim dookoła, że można urodzić po cc, tylko trzeba być pozytywnie nastawionym, chcieć tego i wierzyć w to, że się uda … Dziękuję mojemu najwspanialszemu mężowi, że był ze mną do końca, wszystko dokładnie widział i trzymał mi wysoko nogi jak było trzeba 😉 bo sił już nie miałam.  Moment kiedy Maluszek się pojawił na moim brzuchu – nie do opisania! O wszelkich bólach już dawno zapomniałam!

BŁAGAM WAS NIE PODDAWAJCIE SIĘ !!!!!!!!!!!!!!!
I wklejajcie historię swoich porodów – to bardzo motywuje inne osoby i podnosi na duchu – tak było w moim przypadku.

Lepszego porodu nie mogłabym sobie wyobrazić. (Warszawa)

Choć każdy poród jest odrębną historią i nie można do końca przewidzieć jaki będzie miał przebieg, statystycznie kobiety po jednym udanym porodzie naturalnym po cc mają zwiększone szanse na kolejny VBAC. Półtora roku temu na portalu pojawiła się historia szczęśliwych naturalnych narodzin córeczki Danusi. Kilka dni temu na świat przyszedł trzeci, a drugi urodzony siłami natury, potomek Danusi. Oto opowieść o tym porodzie:

Pierwsze dziecko urodziłam przez CC. Poród indukowany po terminie, po kilkunastu godzinach, przy pełnym rozwarciu przez prawie 2 godziny,  zdecydowano o CC z powodu „braku postępu porodu” .

Drugi poród przeżyłam dużo bardziej świadomie nastawiając się na poród siłami natury po CC. Przeżyłam wspaniały, energetyczny poród, który dał mi wielką moc. Mimo nacięcia i ogólnego zmęczenia fizycznego wspominam to wydarzenie w kategoriach nadprzyrodzonych.

Przygotowując się do trzeciego porodu myśli kierowałam w stronę kolejnego VBAC. Czasami nawet zarzucałam sobie, że za bardzo się nastawiam i co to będzie, gdyby się nie udało. Nachodziły mnie sprzeczne myśli. Mimo udanego VBAC, który miałam za sobą, musiałam po raz kolejny przejść myślami drogę, co robić. Wspierała mnie siła płynąca z modlitwy. Wątpliwości nie miałam, że poród, który zacznie się spontanicznie ma duże szanse na pozytywne zakończenie siłami natury. Jednak mojemu synkowi się nie spieszyło. Może nie tyle się nie spieszyło, co wiedział, że na wszystko jest czas.

Miałam wyznaczony termin porodu z USG. Termin ten nie był zgodny z moim terminem, który wyznaczyłam na podstawie obserwacji cyklu. Mimo, że różnica nie była wielka – 3 dni, ale w przypadku porodu po cięciu cesarskim procedury szpitalne są nieubłagane. Termin – dzień święty i koniec. Trzymałam się jednak „mojego” terminu. Miałam wspaniałego lekarza, który tak jak poprzednio był pewien, że urodzę sn. Również moja położna wspierała mnie w oczekiwaniu. W dniu „mojego”  terminu zgłosiłam się na Izbę Przyjęć.  Młoda lekarka, która mnie zbadała od razu uznała, że należy mnie położyć do szpitala, bo jest już po terminie, a ciąża po cesarce, więc nie można przedłużać. Pechowo się złożyło, że w tym samym czasie córka przechodziła infekcję rotawirusową. Nie wyobrażałam sobie leżenia w szpitalu i indukowania porodu, podczas gdy moje dziecko wymiotuje w domu. Odmówiłam hospitalizacji. Telefonicznie skonsultowałam się z moim lekarzem i położną, którzy mnie upewnili w mojej decyzji. Kolejnego dnia rotawirus dopadł mojego męża. Następnego ja czułam się fatalnie. Jadąc na Izbę Przyjęć na kontrolne KTG byłam w kiepskiej formie. Było to już 4 dni po terminie z USG i 1 dzień po moim terminie. Całe szczęście doświadczona lekarka , która mnie badała uznała, że nie widzi powodów do hospitalizacji i żebym za 2 dni znów stawiła się na kontrolne KTG.

Wieczorem usypiając najstarszego syna poczułam lekkie skurcze. Były w miarę regularne, ale niezbyt bolesne. Około godziny 22 skurcze nadal były regularne co 10 minut, ale ciągle niezbyt uciążliwe. Gdyby to było pierwsze dziecko pojechałabym na Izbę Przyjęć. A przy trzecim dziecku nauczona doświadczeniem zdecydowałam, że idziemy spać. Porodu na pewno się nie prześpi, a trzeba zebrać siły. Nie wiadomo kiedy się zacznie. Wykąpałam się, umyłam włosy i położyliśmy się z mężem spać. Około godziny 1:30 skurcze wypędziły mnie z łóżka. Zdecydowałam trochę je rozchodzić. W sumie już wiedziałam, że to już zaczyna się poród.  O godzinie 2 zaczęły się już dość mocne skurcze co 3-5 minut, których już nie mogłam ignorować.  Zadzwoniłam do położnej. Akurat miała dyżur w szpitalu, więc  powiedziała, że jak uznam, że chcę przyjechać, żeby dać jej znać. Rozłączyłam się, ale po 5 minutach zadzwoniłam, że chyba przyjedziemy. Skurcze już wymagały ode mnie pozycji kolankowej, więc chyba lepiej się zbierać. Zadzwoniłam po dziadków, żeby przyjechali do starszaków. O 2:30 wyjechaliśmy do szpitala. Skurcze były co 3-4 minuty. Mylące było to, ze nie trwały minuty. Były zdecydowanie krótsze. Mocne, ale krótkie. W szpitalu byliśmy o godz. 3. Nasza wspaniała położna już na nas czekała. Zbadała mnie – 4 cm rozwarcia. OK – pomyślałam, nie jest źle. Bałam się, że przez te krótkie skurcze rozwarcie słabo postępuje. Ale 4 cm na wstępie to nie jest źle. Potem miałam jeszcze podpisać jakieś dokumenty.  W międzyczasie zmieniałam pozycję na klęk podparty ku ogólnemu zaciekawieniu gawiedzi zebranej w Izbie Przyjęć. Jak tylko minął skurcz szybko stawałam, żeby jak najszybciej skończyć formalności. Po takim zachowaniu lekarka od razu przyspieszyła proces rejestracji – „wieloródka z 5 cm na porodówkę”.  W ekspresowym tempie doszłam do sali porodowej,  gdzie okazało się, że jest już pełne rozwarcie.  Faza parcia 15 minut i Synek był na świecie. Pęcherz płodowy pękł gdy już wyłaniała się główka. Nawet chciałam, żeby położna go przebiła wcześniej, żeby było ciut lżej, ale ona ze spokojem kazała czekać, aż sam pęknie. I bardzo dobrze, bo okazało się, że synek był dwukrotnie owinięty pępowiną. Wcześniejsze przebicie pęcherza mogłoby być dla niego niebezpieczne.

Od wejścia do szpitala minęło niecałe 50 minut. Poród bez nacięcia, żadnych ingerencji medycznych (nawet wenflon założony miałam już w fazie parcia, bo nie zdążyli wcześniej), z zaskoczeniem, że tak szybko, z euforią, że moje dziecko już jest przy mnie i wdzięcznością do Boga, Maryi, Świętych,  których wcześniej prosiłam o wsparcie, męża, wspaniałej położnej i całego świata, że mogłam po raz kolejny doświadczyć cudu narodzin. Lepszego porodu nie mogłabym sobie wyobrazić. Wszystko przebiegło wspaniale, sprawnie. Nawet nocna godzina okazała się zbawienna, bo do szpitala jechaliśmy pół godziny, a w dzień są takie korki, że jechalibyśmy z pewnością ponad godzinę. Wolę nie myśleć co by wtedy było.

Moje wnioski: warto marzyć o pięknym porodzie, warto te marzenia wspierać modlitwą, warto mieć zaufaną, mądrą położną, która jest niezwykle ważnym wsparciem, warto mieć wsparcie w najbliższych,  warto mieć lekarza, który wspiera pomysł VBAC, warto prowadzić obserwacje cyklu, żeby termin porodu był możliwie najbardziej wiarygodny.

Nie warto zgadzać się na indukcję, nie warto przyspieszać akcji porodowej, nie warto spieszyć się na porodówkę przy pierwszych skurczach, nie warto dać się położyć do szpitala, tylko dlatego, że minął termin. Jeżeli wszystko z dzieckiem jest dobrze, lepiej zaufać naturze i cierpliwie czekać na samoistne rozpoczęcie porodu.