Archive | Czerwiec 2015

Moje dwa porody – tak różne, tak wspaniałe (Poznań)

Nie na wszystko w porodzie mamy wpływ. Ale siła woli, motywacja, nadzieja i wsparcie są z pewnością dużą częścią szczęśliwego rozwiązania. Zapraszam do przeczytania historii Marty:

Pierwsze dziecko (córkę) urodziłam w listopadzie 2012 r. Niestety, była w położeniu miednicowym i za żadne skarby świata nie chciała się właściwie ułożyć. Ćwiczyłam, namawiałam ją, świeciłam latarką, uciskałam odpowiednie punkty na stopach, wizualizowałam, prosiłam o pomoc nawet osobę zajmującą się hipnozą! I nic. Byłam wtedy jeszcze na etapie, kiedy chciałam wszystko mieć pod kontrolą, wszystko zaplanowane i po mojej myśli. Teraz wiem, jak bardzo takie podejście jest błędne w przypadku porodu… Powoli zaczęło pojawiać się rozwarcie, byłam już w 39 tygodniu. Jednak ponieważ bardzo bałam się szpitali i wszelkich procedur medycznych, wybrałam szpital oddalony od Poznania (gdzie mieszkam) o około 70 km – Trzciankę. To był jedyny szpital, w którym czułam się spokojnie i bezpiecznie, szpital niewielki i pełen życzliwych, ciepłych położnych i lekarzy z ludzkim podejściem. Nie miałam wtedy zbyt dużej wiedzy o tym, co dobre dla dziecka, więc postanowiłam namówić lekarza, żeby wykonał cięcie na zimno. Bałam się, że nie zdążę dojechać do szpitala, kiedy się zacznie, zwłaszcza, że mąż pracuje w terenie – może być kilka lub kilkaset kilometrów od domu. Pojechaliśmy do szpitala 6 listopada rano. Zostałam przyjęta, przebrałam się i miałam czekać na lekarza. I nagle…zaczęło się! Tak jakby puściła jakaś blokada – wiedziałam, że jestem tam, gdzie być powinnam i że teraz dziecko może się bezpiecznie urodzić. No i bardzo nie chciałam, żeby mnie odesłano do domu. Skurcze były od samego początku dość regularne, oczywiście bolesne, ale bez przesady. Bardzo żałowałam, że nie mogę urodzić naturalnie, bo wszystko dobrze szło. Po 3 godzinach rozwarcie wynosiło 4 cm. Nawet położne twierdziły, że szkoda, że nie mogę rodzić siłami i drogami natury, bo zapowiada się, że” ładnie by poszło”. Wybłagałam jeszcze usg tuż przed cięciem – bo może akurat Mała się obróciła? Niestety, moje pozytywne myślenie tym razem na nic się nie zdało. Dziecko chyba postanowiło nauczyć mnie pokory dla rzeczy, na które nie mamy większego wpływu.  Weronika urodziła się o 12:20, z wagą 3220 g, od razu kangurował ją mąż, ja dostałam ją po wybudzeniu z narkozy. Pamiętam, że płakałam budząc się z narkozy. Chyba po części z bezsilności czy bezradności, a trochę dlatego, że bardzo chciałam zobaczyć córkę i dowiedzieć się, że wszystko jest z nią w porządku. Na szczęście mąż siedział z córką w fotelu tuż obok mojego łóżka.  Dochodziłam do siebie długo, byłam bardzo słaba, bo straciłam ponoć dużo krwi. W szpitalu rzeczywiście panowała wspaniała atmosfera wsparcia i życzliwości, co bardzo pomogło w pierwszych, trudnych dniach.

Od początku zakładaliśmy, że będziemy mieć dwoje dzieci. Dlatego po porodzie zaczęłam szukać informacji, co zrobić, żeby urodzić siłami i drogami natury po cesarskim cięciu. Bardzo szybko trafiłam na stronę www.naturalniepocesarce.pl Czytałam opisane tam historie i wzruszenie aż ściskało mnie za gardło. To było niesamowite, też tak chciałam.  Krótko później znalazłam grupę na fb. Wpisy tam czytałam równie chętnie. Atmosfera panująca w grupie była i jest świetna. Masa wsparcia, ciepłych słów. Myślę, że portal i grupa bardzo wiele mi dały i pomogły umocnić się w decyzji oraz pozbyć obaw i niepewności.

W drugą ciążę zaszłam w 2014 r. Od samego początku miałam inne podejście. Uznałam, że zdam się na to, co przyniesie los. Oczywiście, zrobię co w mojej mocy, żeby wszystko poszło zgodnie z planem, ale na spokojnie. Będę otwarta na wszelkie opcje. Ciąża była dużo „trudniejsza” i bardziej męcząca od poprzedniej. Pod koniec już bardzo chciałam, żeby zaczął się poród. Zwłaszcza, że miałam stale przy sobie prawie dwuletnią córeczkę, która w dodatku była nadal dokarmiana piersią (dwa razy na dobę, przed spaniem w południe i wieczorem). Termin miałam na 4 października, jednak czekałam na koniec 37 tygodnia i od tego dnia myślami „poganiałam” synka, żeby zechciał się już urodzić. 19 września wieczorem jak zwykle karmiłam córkę przed spaniem, na leżąco. Kiedy usnęła, wstałam z łóżka i poczułam, że odchodzą mi wody. To było około godziny 21:00. Byłam wtedy w 38 tygodniu. Ucieszyłam się niesamowicie. Piątek wieczór, Mała śpi, mąż w domu – idealnie! Przyjechała moja mama, żeby zostać z córeczką, a ja, ucieszona, pojechałam do szpitala. Wierzyłam, że wszystko pójdzie sprawnie i szybko – przecież przy pierwszym porodzie rozwarcie szło super. W szpitalu byłam po 22:00 (tym razem jeden z poznańskich), umówiona położna dojechała chwilę po nas. Chciałam rodzić z położną, bez męża – uznałam to za najlepszą dla mnie opcję. Chciałam mieć przy sobie kobietę – i w dodatku fachowca, który wie, co robić. Przed 23:00 znalazłam się na ślicznej sali porodowej wyposażonej we wszystko, czego mogłam potrzebować, łącznie z łazienką z wanną. Niestety, skurczy początkowo wcale nie było, potem zaczęły się regularne, ale co 12 minut! Przysypiałam między skurczami i tak dotrwałam do 5:00 rano. O tej godzinie rozwarcie wynosiło jedynie 2 cm. Nie zapowiadało się to wszystko najlepiej. Byłam niewyspana, lekarze dziwili się, czemu nie proszę o  cięcie, zwłaszcza, że poród kiepsko idzie. Położna była zdecydowanie po mojej stronie i to było wspaniałe. Czułam wsparcie, opiekę i nieustającą troskę. Skurcze niestety były już trudne do zniesienia – pojawiły się bóle krzyżowe, czyli coś, czego nie znałam. Nie wiedziałam, że może być aż tak! Trochę pomagało mi kołysanie się na piłce, ale ból był silny. O 15:00 rozwarcie wynosiło jedynie 6 cm, a ja byłam wycieńczona. Nie miałam już siły, ale też nie miałam ochoty się poddać. Po prostu trwałam w tym jakby siłą rozpędu. Położna pomogła mi wejść do wanny – ciepła woda przyniosła ukojenie. Po wyjściu okazało się, że rozwarcie niewiele się zwiększyło i położna doradziła mi, żebym zgodziła się na cięcie, bo nawet ona, pomimo swojego pozytywnego nastawienia, nie bardzo widzi możliwość szczęśliwego zakończenia czyli porodu siłami natury. Nie miałam już sił, nie wiedziałam, co będzie dalej, zgodziłam się. Położna poszła poinformować lekarza, że ma pacjentkę do cięcia. Okazało się, że muszę poczekać, bo akurat jest jakiś pilny przypadek i mną będą mogli zająć się za jakiś czas. I całe szczęście! Między 16:00 a 17:00 rozwarcie w końcu ruszyło. Skurcze były już trudne do zniesienia, pamiętam, że powiedziałam położnej, żeby ani na chwile nie zostawiała mnie samej w trakcie skurczu, bo sama go nie przeżyję. To jednak niesamowita pomoc, kiedy ktoś, kto wie, co mówi, instruuje na bieżąco – jak oddychać, jak próbować rozluźnić mięśnie, jak wytrwać. W końcu przyszły bóle parte. Po tym wszystkim, 20 września o 18:30, urodził się Tomek.  Nie był mały, ważył 3800 g. Czułam się wspaniale, chociaż nie miałam sił kompletnie na nic. Doszłam do siebie szybko pomimo niewielkiego nacięcia krocza.

Porównując oba porody, zdecydowanie jestem za porodem siłami natury. Pomimo, że trwał 21 godzin licząc od odejścia wód. Wiem już, że nie wolno niczego planować „na sztywno”. Trzeba zdać się na naturę i okoliczności. Być może córka z jakiegoś powodu nie mogła się obrócić? Albo po prostu już wtedy była uparta… A synek dał radę się urodzić naturalnie pomimo, że miał szyję owiniętą pępowiną – tętno nie spadło mu ani na chwilkę. Widać, tak miało być. Każdy z tych porodów był cudem i każdy będzie zawsze w mojej pamięci jako niesamowite, umacniające wydarzenie.

Weronika

Weronika

Tomek

Tomek

Prawdziwy cud (Białystok)

Historia Ani długo czekała na opublikowanie, a wszystko przez moje niedopatrzenie i roztargnienie. Najważniejsze jednak, że będziecie w końcu mogli ją przeczytać:)

Będąc w pierwszej ciąży nie wyobrażałam sobie innej opcji porodu jak siłami i drogami natury. Niestety od 34 tygodnia byłam coraz dalej od założonego planu. Na początku pojawił się problem pośladkowego położenia płodu. Lekarz dawał niewielkie szanse, że dziecko ustawi się główkowo. Wtedy po raz pierwszy padły słowa „cesarskie cięcie”. Mimo wszystko miałam nadzieję, że do terminu porodu wszystko rozwiąże się po mojej myśli. Niestety ok 37 tygodnia pojawiło się nadciśnienie, następnie ginekolog stwierdził małowodzie i w zasadzie nie było już o czym mówić, bo sprawa była jasna. Dostałam termin na rozwiązanie drogą cięcia cesarskiego. Miałam czekać dwa tygodnie. To były najsmutniejsze dwa tygodnie z całej mojej ciąży. Wiedziałam, że cięcie cesarskie jest najwłaściwszą metodą porodu w mojej sytuacji, ale żal i dziwnie ogarniająca pustka pozostały do samego końca czyli do dnia rozwiązania. A potem… A potem pojawił się inny żal bardziej rozrywający serce matki. Żal, że nie mogę tulić własnego dziecka. Mała trafiła na intensywną terapię z zaburzeniami oddychania. Leżała tam trzy doby.  W dniu porodu widziałam moją córeczkę tylko na sali operacyjnej i trzymałam ją na rękach dosłownie kilka minut. A to i tak tylko dzięki mojemu mężowi, który wyprosił położną, abym mogła wziąć dziecko na ręce po „wyjęciu z brzucha”. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a mój smutek za naturalnym porodem wynagrodziła mi zdrowa i piękna córeczka.

Po 18 miesiącach od porodu  zaszłam ponownie w ciążę. Już na pierwszej wizycie u ginekologa (i zresztą na kilku następnych także) usłyszałam, że po cesarce będzie kolejna cesarka. Zostałam poinformowana o całym ryzyku, jakie wiąże się z  porodem naturalnym po przebytym cięciu cesarskim i powiem szczerze, że nie zależało mi, aby był to poród naturalny. Nastawiona całkowicie na cc trwałam do 23 tygodnia ciąży. Wtedy ten sam lekarz robiąc USG stwierdził, że może należałoby rozpatrzeć poród sn, bo warunki ku temu się zapowiadają. A ja na to: Jak to? Przecież ja już mam wszystko w głowie ułożone pod kątem cc. Wiem, jak to wygląda, czego mam się spodziewać, a teraz on to wszystko burzy. Oczywiście poinformował, że przymusu nie ma, że  mogę się nie zgodzić na poród sn, ale jego zdaniem powinnam to jeszcze dobrze przemyśleć i przede wszystkim nie zamykać sobie drogi, bo nikt nie wie jak będzie to wyglądało. Więc za jego radą zaczęłam myśleć i przede wszystkim szukać odpowiedzi na wiele pytań, które w tym momencie się pojawiły. Doniesienia naukowe o częstości występowania powikłań przy porodach natruralnych po cc, o procedurach medycznych, które są dozwolone, a które nie powinny być wykonywane w trakcie takiego porodu, o niebezpieczeństwie jakie może zagrażać noworodkowi itp. itd. Wiele pytań i wątpliwości udało się rozwiać a przynajmniej uspokoić. Od tego czasu nie nastawiałam się na żadną opcję porodu i przyjęłam postawę, co będzie, to będzie. W 38 tygodniu badanie USG potwierdziło, że nie mam żadnych przeciwskazań do porodu naturalnego, więc postanowiłam grzecznie czekać do… do odejścia wód, bo tak to się zaczęło.

Cztery dni po wyznaczonym terminie, wieczorem, zaczęły się sączyć wody. Lekko przerażona, że trzeba z tym jak najszybciej jechać do szpitala (pozytywny GBS) pojechałam na izbę przyjęć. Tam położna zrobiła KTG, z którego wywnioskowała, że skurczów regularnych nie ma, potem zbadał mnie lekarz, twierdząc że szyjka  jest zachowana, a na koniec oboje orzekli, że to pewnie czop śluzowy odchodzi, więc mam jechać do domu i wrócić jak zaczną się skurcze. Mi niestety nie dawało to spokoju, więc zadzwoniłam do swojego lekarza, który kazał mi przyjechać następnego dnia na oddział. O 9.00 zrobił mi USG, po czym zbadał szyjkę. Szyjka faktycznie była zachowana, ale w trakcie badania odeszła spora ilość wód. Zatrzymał mnie na patologii ciąży, gdzie podali mi antybiotyk i kazał czekać do 19.00. Powiedział, że jak do tego czasu nic się nie zmieni zrobi mi cięcie. Więc czekaliśmy (ja i mój mąż). W trakcie tego czekania zaczęły pojawiać się skurcze, ale bardzo delikatne i nieregularne, a z KTG wychodziło, że to nie te co powinny być. Od godziny 17.00 zaczęły być bardziej dokuczliwe, ale nadal nieregularne (co 2, 4 minuty) i krótkie (10, 20 sekund). O 19.00 ginekolog sprawdził rozwarcie, stwierdził że są 2 cm i dał mi zielone światło do sn. Ucieszyłam się niezmiernie. Musiałam teraz tylko czekać na wolną salę porodową, a z tym był niestety problem. Pomimo braku ostrego dyżuru było pełne obłożenie na porodówce (niektórzy by powiedzieli, że to z racji daty – „trzynastego”). Więc znów czekamy, skurcze mam coraz silniejsze, ale do zniesienia i ciągle chodzę bo tak mniej boli, wręcz czasami prawie w ogóle. O godzinie 21.30 przychodzi ginekolog i informuje, że niedługo zwolni się miejsce na porodówce, bo jest jedna pacjentka z 9 centymetrowym rozwarciem, więc już prawie na finiszu. Położna robi mi kolejne KTG. Mąż zagaja ją, czy nie powinni sprawdzić ponownie rozwarcia bo skurcze mam silniejsze. Położna patrząc na zapis KTG mówi, że są za krótkie i że to tak szybko nie idzie, żartując przy tym że pewnie 3 centymetrów jeszcze nie ma. O 22.00 dostaje czopki glicerynowe. Po powrocie z toalety łapie mnie bardzo silny skurcz. Krzyczę. Położne zabierają mnie do zabiegowego. Rozwarcie mam już na 6 centymetrów. Szybko przebierają mnie w koszulę szpitalną, sadzają na wózek, mężowi każą wziąć dokumenty i wiozą na porodówkę. A tam oczywiście nic się do tego czasu nie zwolniło. O 22.30 badają mnie położne z porodówki i każda stwierdza 8 cm. Na znieczulenie jest już za późno (a przyznam, że się na nie wcześniej nastawiłam). Jestem zdenerwowana, za chwilę będę miała parte, a nawet nie mam miejsca żeby się gdzieś położyć. Nie chce rodzić na korytarzu. Położne zwalniają jedną salę wywożąc  pacjentkę, która widocznie może jeszcze chwilę zaczekać J. O 22.50 kładę się na łóżko porodowe, skurcze są bardzo silne. Położne każą mi się położyć na boku i skupić na oddychaniu, a ja próbuję się skupić z całych sił, ale niekiedy się zapominam i krzyczę. W pewnym momencie skurcze słabną, a mój organizm zapada jakby w sen. Chyba odpoczywam przed kolejną fazą. Mój mąż ciągle przy mnie czuwa. Znowu zaczyna się coś dziać, krzyczę, że chyba będę miała parte. Położne układają mnie w pozycji pół siedzącej. Pierwszy skurcz – nie dam rady przeć. Położne zmieniają punkty gdzie mogę zaprzeć nogi i ręce. Drugi skurcz – udaje się. O 23.05 przychodzi na świat moja druga córeczka. Ma 57 cm i waży 3900g, jest śliczna. Kładą mi ją na brzuchu i tak sobie leżymy ona i ja. Jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi.

Nasza piękna historia czyli VBAC dokładnie po 1 roku, 4 miesiącach i 19 dniach po cc (Białystok)

Czasem wszystko zdaje się wskazywać, że szanse na VBAC są nikłe. Czasem prawie nikt nie wierzy, że próba porodu może mieć szczęśliwy naturalny finał. Jeśli jednak przyszła mama zachowa w sobie chęć walki i choćby iskierkę nadziei, wszystko może się zdarzyć. Oto tchnąca zwycięską radością historia Karoliny:

Z początku trochę historii, czyli wspomnienie pierwszego porodu. Było to pod koniec 2013 roku, a dokładnie 19 grudnia. Poród był wywoływany ponieważ synek miał wadę, którą należało natychmiast operować więc lekarze nie chcieli czekać żebym przypadkiem nie urodziła na Święta Bożego Narodzenia bo wtedy personel jest „przebrany”. Tak więc położyli mnie na Oddział Patologii Ciąży w USK w Białymstoku i założyli mi cewnik Foleya. Zadziałał błyskawicznie bo od razu na ktg zaczęłam mieć skurcze i po jakiś 3 godzinach odeszły mi wody. Ponieważ miałam wielowodzie więc lało się jak z kranu. Od razu rozwarcie skoczyło do 3 cm. Na sali porodowej kazali mi bezwzględnie leżeć ( podobno bali się, że pępowina może wyjść pierwsza więc nie chcieli ryzykować). Ja przeszkolona na Szkole Rodzenia byłam gotowa aktywnie skakać na piłce, przyjmować pozycję kolankowo łokciową itp. A tu kazali leżeć. Więc leżałam. Dali mi znieczulenie. Do 10 cm praktycznie nie czułam bólu. Podłączyli mi oksytocynę. Zaczęłam czuć skurcze. Kazali przeć, więc parłam z całych sił. Nic to nie dawało, maluszek nie chciał schodzić w dół. Męczyłam się tak 2,5 h aż w końcu postanowili zrobić mi cesarskie cięcie ze względu na przedłużającą się II fazę porodu. Więc ja skrajnie wyczerpana ( na papierach o zgodę na cc podpisałam się panieńskim nazwiskiem ! ) zgodziłam się bez zastanowienia. Sam zabieg wspominam trochę „filmowo” bo czułam się jak w Greys Anatomy. Jednak kolejne tygodnie po cc to była istna katastrofa…. Bardzo ciężko wracałam do siebie, proste czynności takie jak wstawanie z łóżka sprawiały mi wiele trudności. Przez prawie 3 tygodnie chodzić do synka do szpitala więc to też nie sprzyjało prawidłowej i szybkiej rekonwalescencji.

Wiedziałam, że przy kolejnym maluchu muszę zrobić wszystko żeby udało się urodzić naturalnie bo nie mogłabym przechodzić przez to jeszcze raz. Poza tym marzy mi się duża rodzina tym bardziej chciałam VBAC.

Więc wracając do teraźniejszości..

Termin porodu ustalono na 3 maja 2015. Ciąża minęła właściwie bezproblemowo. Pod sam koniec ciąży było podejrzenie, że pępowina jest owinięta wokół szyi malucha więc musiałam się zgłaszać codziennie na ktg. Wreszcie mój lekarz zadecydował żeby na wszelki wypadek położyć mnie na Oddział Patologii Ciąży (Białystok, ul.Warszawska). Nie protestowałam chociaż słyszałam ze zbyt wczesna hospitalizacja raczej nie pomaga przy VBAC. Ja zdałam się na lekarza. Tak więc 6 maja byłam na patologii. Tam stosowałam wszelkie możliwe sposoby żeby poród sam się rozpoczął. Czyli chodziłam po korytarzu jak bocian, robiłam przysiady, słuchałam relaksacyjnej muzyki, masowałam brodawki i brałam gorący prysznic. Nic to jednak nie pomogło. Mój lekarz zasugerował wywołanie porodu oksytocyną bo dziecię i tak spore (na usg 3750g) i czas leci ( podobno po cc należy wywołać poród nie później niż 7 dni po terminie) więc lepiej może spróbujmy wywołać. Dodatkowo on miał akurat tego dnia dyżur więc jakby odpukać skończyło się cc to on się mną zajmie. Ponownie nie protestowałam. 8 maja o godz. 12.00 posłusznie udałam się na indukcję. Niestety aura wokół mojego porodu była lekko powiedziawszy niesprzyjająca. Wszyscy począwszy od położnych, pielęgniarki, innego doktora i całą resztę ekipy mówili, że nie dam rady, że mam się liczyć z cc, że po co robiłam tak wcześnie drugie dziecko, że po co ja w ogóle próbuje rodzic siłami natury i że to ogromne ryzyko itp.. Więc psychicznie byłam załamana. Dodatkowo przynieśli moje rzeczy z patologii co było znakiem, że zwolnili moje miejsce, więc juz tam nie wrócę na ewentualnie drugie wywołanie. Jeszcze zrobili ze mną wywiad „przed cesarkowy” – jakie miałam wtedy znieczulenie, jak na nie zareagowałam itp..Wszystkie znaki na ziemi ( tylko na ziemi !) mówiły, że cały szpital i personel nastawia się dziś na moje cięcie.  Jedynie gdzieś w sercu miałam tą iskierkę że może mi się uda, może dam radę,…

Więc podłączyli mi oxy. Szyjka zachowana, poród się nie zapowiada. Dali mi dodatkowo czopki, które miały jakoś działać na szyjkę. Zaczęłam więc chodzić, kręcić biodrami itp. Tak jak uczyli w Szkole Rodzenia. Gdy skurcze zaczęły być mocniejsze to wzięłam prysznic, który i tak ostatecznie nie uśmierzył bólu. Podobnie było z skakaniem na piłce. Też nie moja bajka. Najlepsza dla mnie była pozycja kolankowo – łokciowa, którą nieco zmodyfikowałam bo u mnie była to pozycja kolankowo- szyjna bo głowę trzymałam na materacu. Doktor jak mnie zobaczył to tylko z uśmiechem na twarzy powiedział – „skoro tak pani wygodnie”! J Z takiej pozycji przechodziłam do siedzenia okrakiem na piętach i w tym momencie odeszły mi wody ! Później skurcze były już mocniejsze. Odmówiłam znieczulenia żeby czuć ewentualny ból rozchodzącej się blizny na macicy bo podobno nie można tego bólu z niczym pomylić więc dla mojego bezpieczeństwa wolałam to kontrolować. Dostałam jedynie zastrzyk przeciwbólowy. Jak już zaczęłam czuć parcie to podłączyli mnie do ktg żeby zobaczyć co i jak. Wszystko było dobrze, mogłam już przeć. Więc parłam ile mogłam, dr naciął mi krocze bo w mojej sytuacji lepiej żeby 2 faza nie trwała za długo. Zgodziłam się znowu. Po paru minutach miałam już Stefanka na brzuchu !! Najcudowniejszy moment w życiu. Ciągle nie mogę uwierzyć ! I chyba wszyscy dookoła też nie mogli uwierzyć. Jak się później dowiedzieli że Stefek miał 4090 g i 59 cm to padli z wrażenia.

Stefanek 08.05.2015

Wspominam ten dzień z ogromnym uśmiechem na twarzy i radością w sercu. Myślę, że jest to jeden z najpiękniejszych dni w moim życiu. Nie pamiętam już bólu, a na pytanie – „jak poród ?” odpowiadam, że było cudownie ! ( miny ludzi są wtedy nie do opisania J) Ten poród mnie uskrzydlił, wyzwolił, umocnił… Myślę, że moje macierzyństwo do pełni potrzebowało właśnie tego doświadczenia porodu naturalnego.

Jestem żywym dowodem że można w takim krótkim odstępie między porodami i po wywołaniu urodzić naturalnie. Życzę wam wiary we własne siły !

PS: Dodam jeszcze że miałam dodatkową motywację do porodu naturalnego ponieważ umówiłam się z mężem, że jeśli uda mi się urodzić naturalnie to nazwę synka tak jak ja chce czyli Stefan a jeśli skończy się cesarką to będzie tak jak chciał mąż czyli Bartłomiej. Z taką motywacją musiałam dać radę. No i takim sposobem mam Stefanka !!

Karolina M. mama Filipka i Stefanka

VBAC, czyli poród drogami natury po cesarskim cięciu jest możliwy!

Poród drogami natury po cięciu cesarskim jest możliwy – to fakt medyczny. Jest również w przypadku większości kobiet opcją bezpieczną i korzystną. Jednak w wielu miejscach kobiety muszą staczać walkę o możliwość choćby podjęcia próby porodu naturalnego po cc. W niejednym miejscu nikt nie chce dać takim kobietom szansy. Zuzanna taką szansę otrzymała i … udało się!

vbac clothesGdy zaszłam w pierwszą ciążę, było dla mnie oczywiste, że urodzę siłami natury. Przygotowywałam się do tego przez całe 9 miesięcy i mimo, że ciąża okazała się problematyczna i zagrożona, nikt nie widział przeciwwskazań, by rodzić naturalnie. Termin miałam na 12 grudnia, a 27 listopada poszłam na wizytę lekarską – pech chciał, że mojej lekarce zmarł mąż i nie przyjmowała, więc musiałam na gwałt znaleźć kogoś, kto mnie poprowadzi do rozwiązania, wybrałam lekarza, który robił mi USG. Okazało się, że jest położnikiem i był sympatyczny. Stwierdziliśmy, że na finiszu to już nie takie ważne kto, bo i tak zaraz urodzę 😉 Lekarz zrobił mi USG, zapytał, czy byłam duża, gdy sama się urodziłam i…. od tej pory wszystko potoczyło się nie tak jak sobie wymarzyliśmy… Więcej na blogu Zuzanny:)