Archive | Lipiec 2015

Historia lubi się powtarzać….? (Francja)

Półtorej doby po pęknięciu pęcherza płodowego, po długim oczekiwaniu, po chwilach zwątpienia i z fantastycznym wsparciem położnej oraz męża.  Dziś szczęśliwa polska opowieść Kasi  we francuskich realiach.

 

26 miesięcy temu zaczeło się tak samo… 3 tygodnie przed wyznaczona datą porodu  straciłam wody i pojechałam na porodowkę. 26 miesięcy temu Eryk urodził sie przez cesarskie cięcie…
Tym razem, po wielu miesiącach psychicznych przygotowań do naturalnego porodu, książek i artykułów przeczytanych na temat VBACu mialo byc inaczej! A jednak zaczeło się tak samo i nie tak jak się mialo zacząć… Miało się zaczać skurczami, które jak najdłużej miałam „przeżyć w domu’’, żeby w ostatniej chwili pojechać do szpitala i tam już – za późno na znieczulenie – urodzić moją oczekiwaną Lenkę. A jednak historia lubi sie powtarzać…
O 3 nad ranem ze łzami w oczach budzę męża informując go, że znowu straciłam wody i nie mam skurczy. Prawdopodnie będę miała kolejną cesarkę. Byłam załamana. Wsiedliśmy do samochodu, zostawiając Eryczka z dziadkiem, który przyjechał na ten okres z Polski. W szpitalu standardowe badania, po których okazało się, że rozwarcie jest na pół palca. W moich dokumentach było napisane wielkimi czerwonymi literami: po cesarskim cięciu, chęć na VBAC. Położna mnie pociesza i mówi, że wczoraj rano przyjeła dwie panie w identycznej sytuacji jak moja i jedna urodziła „normalnie’’. Położyli mnie do pokoju i kazali czekać na skurcze… To były najgorsze chwile – czekanie na skurcze,  które się nie pojawiają. Po 24 godzinach ciągle nic… Wypadałoby, żeby poród sie zaczął, bo bez wód teoretycznie protokoły ze szpitala nie pozwalaja przetrzymywać dłużej niż 24 godziny. Ale ja byłam zdeterminowana a lekarze i polożne pozytywnie nastawieni. Po 28 godzinach od straty wod, w środe rano po obchodzie decyzja była podjęta. Psychicznie byłam nastawiona na cesarkę. W południe przyszła położna i zaprosiła mnie na salę porodową I powiedziala, że będę rodzić VBAC! Byłam tak zaskoczona, zmęczona po tylu godzinach czekania, że psychicznie nie wytrzymałam. Rozpłakałam sie i chciałam, żeby mnie już pocieli, bo ja nie wytrzymam jeszcze paru godzin porodu i bólu podczas skurczy. Polożna, Valérie (zapamietam tę kobietę do końca mojego życia!) wytlumaczyła mi, że 10 lat temu miała identyczną sytuację i udało się. Żebym spróbowała. Że zostawi mnie na 15 minut, żebym przemyslała czy chce rodzić VBAC, bo jeśli nie będę pozytywnie nastawiona to nie ma sensu i rzeczywiście najlepiej wtedy ciąć. Wyszła z porodówki i zostawiła mnie z mężem, który powiedział, że jeśli nie spróbuje teraz, to do końca życia będe mu marudzić… rozwarcie ciągle miałam na pół palca.
Po powrocie położnej, na nowo zmotywowana powiedziałam, że chcę próbować. Dostałam minimalną dawkę hormonów na wywołanie porodu dla kobiet po wczesniejszym cięciu, znieczulenie zewnątrzoponowe i viola  – zaczęło się. Co godzinę Valerié przychodziła, żeby sprawdzić jak poród postępuje. Znieczulenie od czasu do czasu przesawało dzialać i krzyczałam, żeby anestezjolog na nowo uruchamiał moją pompkę, która wstrzykiwałam sobie znieczulenie… ale bolało…. Valérie zmieniała mi pozycję, bo mała była ułożona plecami do moich pleców, więc dużo czasu spędziłam na czworaka, aby mała się obróciła.. przez 5 godzin doszlam do 5cm, wiec „standardowo’’ jak powinno być. Jedyna rzecz,  która mnie martwiła to to, że Valérie kończy zmianę o 19:00 i następna położna może będzie mniej przyjazna. Valérie na nowo zmieniła mi pozycję, tym razem na boku. O 18:00 wraca, bada mnie i zaczyna przygotowywać narzędzia do porodu. Z meżem nie rozumiemy, co się dzieje, a ona że za chwile bede przeć!!! Przez godzinę z 5 cm zrobiło sie 10cm.
Udało sie! Po 30 minutach, bez nacięcia, miałam Lenkę na rękach – zadowolone maleństwo, które patrzyło na mnie wielkimi oczami, possało cyca przez 3 minuty i usneło sobie spokojnie na mnie… Tego dnia nie zapomnę do końca życia, jak również mojej polożnej Valérie.

Niebo a ziemia vs vbac a cc (Warszawa)

Znów z opóźnieniem, ale znów wspaniała i inspirująca – historia porodu Asi, która szczęśliwie urodziła drogami natury w warszawskim szpitalu na Madalińskiego 21 miesięcy po cięciu cesarskim.

Chciałam opisać moją przygodę przeżycia i pojawienia się naszego drugiego synka Tymoteusza w 2015 r, po pierwszej ciąży w sierpniu 2013 r zakończonej cc z powodu położenie miednicowego. Termin był na 18 czerwca. Cała ciąża przebiegała ok i synek ułożony prawidłowo nie jak w 1szej ciąży miednicowo. Od 30 tg zaczęłam się zastanawiać jaką decyzję podjąć co do rodzaju porodu. Trafiłam na ciekawą stronkę vbac czyli vaginal birth after cesation, w której rozczytałam się w opowieściach mam, które urodziły sn po cc i oglądałam parę filmików, które dały mi do myślenia i powoli dodawało otuchy do podjęcia decyzji i SN.

Chciałam zyskać:

  1. Szybko dojść do siebie po porodzie by móc zajmować się od razu maleństwem i starszym niespełna 2 letnim dzieckiem,
  2. Zyskać jak najwięcej dobroczynnych skutków sn dla Tymusia typu zasiedlenie przez bakterie mamy, przejście przez kanał rodny i wyciśnięcie z płuc wody owodniowej, od razu kontakt skóra do skóry itp.
  3. Spełnić swoje marzenie i zmierzyć się po kobiecemu z wyzwaniem porodu,
  4. Zrobić wszystko co w mojej mocy by uniknąć cc

 

 

Rozpoczęłam więc przygotowania do sn: picie herbatki z liści malin w 34 tg, łykałam olej wiesiołka i tez aplikowałam dopochwowo ale po herbatce brzuch mi twardniał i czułam bolesne skurcze, choć delikatne to tak jakby mi się okres zaczynał i po około 3 dniach odstawiłam herbatkę, skurcze zanikły. Olejek dalej stosowałam a do herbatki wróciłam po skończonym 36 tyg, ok 3 kubki dziennie.

27 maja godzina 15 i brzuch staje mi dęba i tak co 15 min. Piszę do męża sms: próba mikrofonu albo Tymek sobie żartuje albo powoli się zbiera do nas. Starszy synek wraca 15:30 daję radę go odebrać i się nim zająć pomimo tych bezbolesnych choć niekomfortowych skurczy. Wraca mąż 17:30, skurcze nie przechodzą, kładę się odpocząć a one nadal się pojawiają. Biorę też kąpiel 40 minut jak uczyli w szkole rodzenia ale skurcze wcale nie przechodzą. Łykam 2 nospy max i tez nic. Idę wcześniej spać ok 21. Wcześniej układam chronologicznie i w skoroszycie wszystkie dokumenty już skompletowane by nie szukać na IP. Cały czas czuje ten twardniejący brzuch aż do 00:50 kiedy po raz pierwszy poczułam ból jak na okres w dole brzucha i w lędźwiach. Zerkałam na zegarek i pojawiał się regularnie co 10 min. Wytrzymałam tak leżąc do godziny pierwszej i wstałam mówiąc do męża, że to raczej będzie dziś.

Poszłam dopakować resztki do torby do szpitala typu poduszka kojec w kształcie litery C, na której spałam itp, za jakiś czas wstał mąż i też nie mógł zasnąć już z wrażenia więc poszedł spakować rzeczy do samochodu. Czas mijał a skurcze cały czas były regularne, próbowałam przespać się pomiędzy bo nie wiedziałam jak to dalej się potoczy i jak rozłożyć siły. Mąż od pewnego momentu zaczął mi masować plecy przy skurczu i było trochę lżej. Tak minęła noc, męża poprosiłam by został ze mną i nie szedł do pracy a był to czwartek. Synek poszedł do niani. Do godziny 9 rano trwały regularne skurcze co 10 min i zadzwoniła znajoma. Jak zaczęłam chodzić w trakcie rozmowy tel, to skurcze zanikły na około godzinę więc po parunastu minutach rozmowy dowiedziałam się, że są to skurcze przepowiadające i pewnie jeszcze daleko do porodu. Zasmuciło mnie to, że już tyle bolesnych skurczy i godzin za mną a to nie to i mąż wziął wolne a jak poród zacznie się dopiero w następnym tygodniu? No nic, mąż poszedł się zdrzemnąć ja też spróbowałam. Nasz starszy synek odesłany do niani więc czas się zregenerować skoro skurcze ustały. I tak drzemałam około godzinę do 10 a od 10 godz znów wróciły regularne i silniejsze skurcze. Z powodu już sporego zmęczenia poprzednimi skurczami spałam nadal pomimo bólu, na który się budziłam delikatnie i znów zasypiałam. To trwało do ok godziny 11 kiedy udałam się do toalety i nadal skurcze. Wydawało mi się, że coś wypadło ale nic nie zauważyłam więc machnęłam ręką i udałam się w stronę wyjścia z wc i nagle w coś wdepnęłam skarpetą…… zdziwiłam się co takiego miękkiego leży na podłodze, może jakaś zabawka starszego syna? zapalam światło podnoszę stopę i widzę na skarpecie spory kawałek galarety delikatnie podbarwionej na różowo. To był czop śłuzowy. Naśmiałam się bo skojarzyło mi się to z tymi żelowymi wkładkami do powiększania biustu ale zarazem też ucieszyłam się, że coś się dzieje i idzie do przodu. Znów tel kolejna kol, która rodziła w lutym br. Rozmawiamy i skurcze znów zanikły. Skarżyłam się jej,że nie wiem jak rozłożyć siły i że wszyscy mówili mi do tej pory włącznie z położną, że to może dopiero za parę dni się zacząć, że to macica ćwiczy i się przygotowuje. Szczerze miałam dość takiego ćwiczenia i nadal byłam niespokojna i co tu robić by sprawdzić co się dzieje, położna powiedziała że w szpitalu na Madalińskiego ma właśnie dyżur i jest sajgon: panie czekają na korytarzu więc odradza przyjechanie w tym czasie. Zadzwoniła kolejna znajoma i poradziła bym pojechała do szpitala w Pruszkowie i zrobiła KTG, dobry pomysł, na miejscu i powiedzą co się dzieje faktycznie a nie z przypuszczeń. Mąż więc zabrał sie za szukanie nr tel do szpitala na Wrzesinie czyli w Pruszkowie a na stronie internetowej jak byk, że szpital się czyści do końca maja. Bu no i co tu robić, zadzwoniliśmy do Enel-Medu a tam czeka się 2 dni i trzeba mieć skierowanie- znów nic. Zostaje jeszcze Babka Medica, w której robiłam wszystkie badania w ciąży. Umówili nas na 15:25 więc musielibyśmy wyjechać godzinę wcześniej by być na czas i tak się umówiliśmy z mężem. Mąż ugotował mi ponownie udko kurczaka i rosół, który pochłonęłam szybciutko bo skurcze mnie też wygłodziły i osłabiły. Ok godziny 13.45 położyłam się by wypocząć i zdrzemnąć się chwilkę przed wyjazdem. Obudziłam się 14:10 w samą porę, pomyślałam i już zbierałam się by wstać i znów skurcz. Byłam w pokoju dziecięcym gdzie jeszcze mamy swoje łózko małżeńskie. Zdążyłam wstać i oprzeć się o mebelki dziecięce i poczułam, że coś mi wypływa powoli więc kontrolnie zdjęłam spodnie by sprawdzić i wtedy odeszły mi wody, na szczęście nie na wykładzinę tylko na puzzle podłogowe starszego syna i nie na spodnie bo wcześniej zdążyłam zdjąć:). Zawołałam męża a on dzielnie przybiegł i posprzątał po mnie:) To był jeden z najzabawniejszych momentów bo chlusnęło ze mnie i czułam się dosłownie jak krowa na łące, która podnosi ogon i sika fontanną. Taki obraz mi powstał w głowie. Oczywiście ucieszona, hura!!!!!!!zaczął się pierwszy okres porodu więc to dziś będzie i to nie były tylko skurcze przepowiadające.

Poszłam więc do toalety i znów skurcz, o rety są co 7 minut więc piszę do położnej co się dzieje, oddzwania i mówi bym na spokojnie się spakowała co uczyniłam już w nocy, zjadła coś, wzięła kąpiel i za godzinę wyruszała lub jak będą skurcze co 5 min to wcześniej. Wstałam i znów skurcz i znów ten sam obraz krowa na łące sikająca fontanną tym razem na kafelki w łazience:) Mąż poszedł coś zanieść do garażu a ja widzę że skurcze nadal co 5 min. Więc sprawdziliśmy listę postępowania w razie rozpoczęcia porodu i wyruszyliśmy do szpitala. W aucie podroż około 40 min, skurcze coraz silniejsze i boleśniejsze co 7 lub 10 min i nadal ze mnie odpływały wody przy każdym skurczu. Na szczęście założyłam spodnie piżamowe i podkład na siedzenie w aucie. Jak dojechaliśmy byłam mokra do kostek wręcz. Swoją drogą dziwnie się idzie w mokrych spodniach wśród ludzi. Na IP byłam prawie godzinę, masakra, zawiesił się system i nie drukowały się moje poprawne dane tylko stare z poprzedniego porodu. Przyjechałam o 16:20 z rozwarciem na 2 lub 3 cm wg badania ginekologicznego, nadal ze mnie leciało przy skurczach. O 17:20 w końcu trafiam na blok porodowy. Byłam już tak zmęczona, że słabo pamiętam ten czas. Niestety nie było wolnej sali więc musieliśmu czekać 1,5 godziny na korytarzu. Parę skurczy na korytarzu, wypełniłam jakieś doksy, zbadano tętno dzidzi i przyszła nasza umówiona położna – była nadal na dyżurze ale o 19 kończyła i miała się już tylko nami zająć, zabrała nas do sali pooperacyjnej zanim zwolni się sala porodowa. Uf w końcu łóżko i mogłam na kucaka na nim się oprzeć na worku sako. Kolejne skurcze coraz mocniejsze, mąż masuje mi plecy daje to ulgę ale nie zmniejsza bólu. W sumie byłam tak zmęczona, że ten czas minął mi jak 20 min a w rzeczywistości było to 1,5 godz. W tej sali pooperacyjnej położna przyniosła piłkę, na której mówiła by skakać. Podłączyła ktg, zaaplikowała wenflon, pierwsza próba nie udana i krew się tylko w próbówce podczas pobrania pieniła. Druga próba udana, pobrana krew. Godzina 19 i położna już tylko dla nas, rozpoczyna się skakanie na piłce, masaż sutków by wywołać regularne skurcze jako że mi ciągle zanikały albo zwalniały, podłączona do ktg, na plecach z gorącym termoforem do łagodzenie bóli krzyżowych. Zaraz potem przeszliśmy na salę porodową, nazywała się cynamonowa, pomyślałam o fajnie bo lubię cynamon:)

Do momentu znieczulenia czyli do 21 pamiętam ten czas jak przez mgłę. Pierwsze badanie i słyszę że mam jakąś kość chyba ogonową zakrzywioną dlatego mnie tak mocno boli i szyjka macicy też jest wygięta. Więc pomyślałam aha to się nie uda przez te atrakcje. Trochę w kuckach na łóżku parę skurczy, potem nadal skakaliśmy na piłce, położna walczyła masażem sutków o regularne i dłuższe skurcze. Podpytałam męża co w tym czasie się działo bo ja już byłam tak umęczona. Pamiętam też, że chyba na początku zadała pytanie co robimy ze znieczuleniem ja odpowiedziałam, że bez na pewno nie dam rady. Położna to bardzo radosna osoba ja już nie miałam siły ale w duchu się uśmiechałam np. gdy zapytałam czy np. te codzienne porody i masaże sutków nie wpływają na nią a odpowiedź była następująca: „Mnie kobiety nie kręcą:) „ szkoda że nie miałam siły się śmiać. Mi generalnie chodziło o to czy na jej postrzeganie własnej seksualności nie wpływa i nie oziębia np. He he. Potem już nawet w duchu się nie uśmiechałam bo ból przy skurczach był tak rozsadzający nieznośnie, tak promieniujący, że traciłam panowanie nad ciałem i oddechem, łzy mi same płynęły i wtedy pomyślałam- nie dam rady…. naprawdę już nie dam rady……

To było okropne, ból jakby przejął kontrolę nad moim ciałem. To był najgorszy moment jaki pamiętam. Powiedziałam ostatnimi siłami „czemu to tak boli, kto to wymyślił” i „ja chcę tylko spać”. Wtedy położna mnie zbadała bo widziała, że robię się już jak warzywko lejąca z bólu. Na badania na łóżku oczywiście znów polały się wody. Położna była naprawdę delikatna i współczująca i zapowiadała, że np. jeszcze trochę bym wytrzymała, że zaraz kończy. Przy skurczu rozwarcie było na 6cm więc poszła po anestezjologa. Przyszedł pan z panią, pan wytłumaczył mi na czym to ma polegać, co się może ze mną dziać i co po kolei będą robić, i czego ja mam nie robić zwłaszcza w momencie skurczu oraz możliwe i rzadkie skutki uboczne. W trakcie znieczulenia złapały mnie ze 2 skurcze ale przygotowałam się na nie by się nie ruszać – złapałam mocno męża obie ręce i ściskałam max i pomogło. Był moment kiedy mocno mnie zakuło w plecach i bezwarunkowo prawie podskoczyłam za co zostałam upomniana, że takie coś może się źle skończyć. Po podaniu znieczulenia stresowałam się, że znieczulenie przestanie działać i nie wytrzymam pod koniec porodu, położna mnie uspokoiła, że dopóki nie urodzę nie odłączy pompy ze znieczuleniem. Przy opowieściach o porodach słyszałam o takim momencie że robi się zimno zwłaszcza w stopy i ja ten etap osiągnęłam już przed znieczuleniem choć nie byłam tego świadoma przez dotychczasowy ból. Skutkiem ubocznym zzo jest ciepło w nogach i stopach, co mi się podobało bo to było miłe mieć ciepłe stopy. Jedna noga prawa moja była bezwładna i śmiesznie jak zmienialiśmy pozycję z boku na bok na łóżku to ona mi uciekała:) śmiesznie to wyglądało z mojej perspektywy. Znieczulenie zadziałało i to była najwspanialszy moment porodu, błogi…..

Na pytanie od 1 do 10 jak silne miałam skurcze odpowiedziałam 9/10 a na ile oceniam znieczulenie w tej samej skali to było mocne 9:). Zgaszono światła, mąż puścił ulubioną muzykę, położono mnie na boczku przykryto kołdrą i odpoczywałam, nabierałam sił przed ciężką pracą, ze 3 razy nawet zasnęłam w ciągu tej godziny, słyszałam jak za ścianą pani rodząca krzyczy i jak krzyczy jej nowo narodzone dzieciątko ale nie miałam sił by coś powiedzieć. Położna siedziała obok łózka i monitorowała ktg. To był najwspanialszy czas porodu taki błogi, że trudno ująć w słowa. Leżałam tak do 22 ale o 22 wcale nie czułam się już na siłach ani zregenerowana więc położna widząc mnie dętkę pozwoliła jeszcze pół godziny na ten stan ale już skurcze i ich bolesność zaczęły się nasilać niektóre nawet bardzo. O 22:30 przystąpiliśmy do ciężkiej pracy, szyjka macicy stanęła na 8cm i była twarda a skurcze parły więc położna zaproponowała jakiś lek, który miał ją zmiękczyć szyjkę by nie pękła, jednak była obawa z powodu, że to lek rozkurczowy, martwiła się czy moje nieregularne skurcze nie zanikną. Udało się, nie zanikły, tych bóli nie potrafię opisać choć też były mocne jak poprzednio to po prostu nie pamiętam. Pamiętam jedynie jak usłyszałam jest 10 cm to zaczynamy a ja taka zdziwiona już? Jest 10? nie mogłam w to uwierzyć udało się!!! dobrnęłam do drugiego okresu porodu. Jupi!!!!. Położna zrobiła przemeblowanie, zdjęła kołdrę i rozłożyła koniec łóżka porodowego w takie ginekologiczne z oparciami na nogi. Wyglądało to śmiesznie z mojego pkt widzenia jakby rozkładała samolot. Potem przystawiła stolik na dzieciątko jak się urodzi i wtedy zrobiło mi się tak miło i przyjemnie i dodało mi powera, że to już niedługo na pewno nie dłużej niż 2 godziny i zobaczę mojego niepokornego synka. Nie wiem, w którym momencie słyszałam, że główka wstawia się trochę nie tak jak trzeba. Po tym w duchu rozmawiałam z synkiem, by wstawił się jak trzeba i miałam taką nadzieję, że to słyszy i o dziwo poprawił się i wstawił prawidłowo. Oczywiście położna manewrowała mną odpowiednio by pomóc, tak samo w pewnym momencie dobrała taką pozycję by odciążyć bliznę po cc i co jakiś czas pytała czy mnie tam nie boli więc w moim odczuciu troszczyła się o tę kwestię. Potem to już pamiętam urywki, jak mąż trzymał mi lizaka w buzi i wyjmował na skurcze, że skurcze bolały inaczej bardziej znośnie choć nadal mocno. W pewnych momentach krzyczałam, żeby wykrzyczeć dziecko ale po paru dosłownie razach tak mnie gardło bolało i też coś położna powiedziała, żeby bardziej to w siebie ten krzyk brać i nie tracić energii. Posłusznie posłuchałam. Dalej tak jak w 1 etapie się zapowietrzałam z bólu ale jak mąż oddychał za mnie i z boku też położną słyszałam to mega ogromnie pomagało wrócić na odpowiedni tor oddechu. Tak w drugim etapie znów miałam kłopot z odpowiednim oddechem, gdyż trzeba było przeponą i nie nabierać w usta jak chomik powietrze, tylko w brzuch i przeć i tak 3 razy pod rząd i zazwyczaj przy trzecim albo się zapowietrzałam albo skurcz mi mijał. Poza tym Tymek stanął w newralgicznym miejscu i jak parłam to szedł do przodu ale jak przestawałam to się cofał tak jakby nie mógł przejść najwęższego miejsca. Brakowało ze 3 cm do wyjścia, słyszałam, że dziecko ma dużo czarnych włosów, mąż mógł sobie zerknąć na główkę synka a ja zapytałam czy nie można go za te włosy wyciągnąć? Chciałam już żeby się skończyło i było mi obojętnie jak. Położna mi bardzo dopingowała i krzyczała w pozytywnym sensie dopingu w trakcie skurczy co naprawdę pomagało. Niestety Tymonek nie mógł się ruszyć a ja słabłam. Dostałam oksytocynę dożylnie. Położna zadzwoniła po panią dr Kasię, położna stała nade mną dzwoniąc. Pamiętam ten moment doskonale bo nie wróżył nic dobrego i ja pomimo wycieńczenia doskonale o tym wiedziałam. Chodziło o próżnociąg choć słowo te nie padło z niczyich ust. Przyszła pani dr i były 3 próby by mogła oszacować, słyszałam, „no nie da rady a druga na to no widzę, że nie da rady”. Usłyszałam:” trzeba będzie naciąć” z czego nie byłam zadowolona ale powiedziałam no dobra trudno. W momencie parcia otworzyłam instynktownie oczy i widziałam jak położna się skupia miną i tnie krocze więc zamknęłam szybko oczy by dalej nie widzieć co robi. Nic nie czułam, choć widziałam w którym momencie to robiła, nawet nie czułam, że mnie dotyka. Koncentracja na parciu bólu i skurczu jest tak wielka, że reszty nie czuć zupełnie. Był taki moment w ostatnich minutach, że położna już nie wierzyła, że się uda i to też nie było wyartykułowane ale ja to tak mocno czułam i trochę podcięło mi to skrzydła, skoro położna już nie wierzy to się nie da. Ale położna ambitna osoba i pomimo powiedziała ok, to ostatni raz próbujemy ale czułam w głosie że to takie próbujemy by mieć czyste sumienie ale się i tak nie uda. A więc 0:54 29.05. 2015 r w sali cynamonowej na Madalińskiego wyglądał tak.

Mówię idzie skurcz, pani dr złapała mnie mocno za nogę lewą i przygięła, położna zrobiła to samo, pani dr oparła się jeszcze za brzuch ale jak i co robiła już nie wiem, mąż podał mi rękę za którą chwyciłam obiema swoimi rękoma, drugą ręką przygiął mi głowę do klatki piersiowej. Ustawienie tych 3 osób względem mnie trwało może ze 2 sekundy jak zbliżał się skurcz. Jednym słowem złożono mnie jak kanapkę na pół i przyszedł skurcz, zaczęłam przeć i słyszałam jak położna entuzjastycznie i radośnie głośno krzyczy co dodało mi sił. Pani dr też coś mówiła ale nie pamiętam już co i nagle słyszę: „o jest głowa i wychodzi z ręką na głowie dlatego tak opornie”. Na drugim parciu słyszę „jest ręka i ramiona” co odczułam bardziej bo szersze o 1 cm od główki były i na trzecim wyszły nogi.

 

JEST. URODZIŁAM TYMOTEUSZA:)!!!!!!!!!!!!

 

Te ostatnie wychodzenie w moim odczuciu było podobne jeśli ktoś pamięta z cc to do tego szarpania na stole jak wyjmują dziecko, niby nie boli ale takie nieprzyjemne.

Słyszę znów: „o nie jest taki mały”, spodziewaliśmy się 3 kg po ostatnim usg. Jak wyszedł z brzucha i widziałam jak położna go trzymała w ręku to powiedziała: „obiecałam, że dostaniesz klapsa jak wyjdziesz za to, że tak opornie wychodziłeś to masz i klaps w tyłek” Też miałam ochotę mu dać klapsa za to, że się ociągał , he he i buch

 

TYMOTEUSZ 3480 kg 57 cm LĄDUJE NA MOIM BRZUCHU I KRZYCZY.

 

Był dla mnie taki mały i taki przyjemnie ciepły, że aż mnie coś za serce chwyciło:)

Tata przeciął pępowinę na 2 i położna stwierdziła, że spotkamy się jeszcze raz na co ja zapewniłam o nie, nie będzie już następnego razu.

Reszta nie do opisania….

Potem szycie ze znieczuleniem miejscowym, 3 okres czyli poród łożyska. Razem z mężem chcieliśmy zobaczyć jak wygląda a położna nam zademonstrowała dokładnie jak w brzuchu było ułożone i szok takie coś i w nim 9 miesięcy dziecko siedzi i nie przerwało się a takie cienkie a łożysko jak mięsna meduza:)

 

Wnioski, żałuję, że za pierwszym razem nie było dane mi to przeżyć, by za drugim razem jeszcze lepiej się przygotować siłowo i oddechowo przede wszystkim.

Czuję się mega dumna i szczęśliwa jak nigdy w życiu.

Moje marzenie jako kobiety, żony i matki się spełniło, choć przy pierwszej ciąży zostało mi to odebrane co bardzo przeżywałam emocjonalnie. Tym razem się udało i to naprawdę się udało i bez większej ingerencji. Nigdy nie myślałam, że będę zdolna takiemu wyzwaniu stawić czoła i wygrać w 100% unikając przede wszystkim cc jak i próżnociągu, choć sekundy od niego dzieliły.

Jednym słowem czuję się spełniona choć nadal nie wierzę, że urodziłam naturalnie i dałam radę przy moim niskim progu bólowym:)))).

Asia