Archive | Wrzesień 2015

Było warto! (Dębica)

Pęknięcie macicy – komplikacja, która jest jedną z największych obaw mam planujących poród naturalny po cięciu cesarskim, a także lekarzy . Statystycznie przytrafia się 1 na 200 kobiet podejmujących próbę porodu drogami natury po cc, a ryzyko zwiększa m.in. indukcja lub stymulacja porodu oksytocyną. Wioleta znalazła się a gronie tych kobiet, u których do pęknięcia macicy w bliźnie doszło. Mimo tego, porodu nie wspomina źle i nie żałuje, że spróbowała.

Przy pierwszym porodzie- w 2011 roku, wszystko poszło nie tak.. Całą ciążę czułam się fantastycznie, nie mogłam się doczekać aż przytulę córkę. Zakładałam, że urodzę siłami natury, nie brałam pod uwagę innego rozwiązania, jednak moje nadzieje kompletnie nie miały odzwierciedlenia w rzeczywistości. 5 dni po terminie przyjęcie w szpitalu, przez kilka dni próba indukowania oksytocyną. Zero rozwarcia, zero skurczy, cięcie na zimno, bo lekarz spieszył się na urlop i tylko ja nie urodziłam… Wtedy bałam się postawić, chciałam mieć już córkę przy sobie. I tym sposobem 13 września 2011 przyszła na świat Emilka. Córkę widziałam po cięciu tylko przez chwilę. Przyniesiono mi ją dopiero na drugi dzień, nakarmioną butelką, nikt nie umiał lub nie chciał mi pomóc z karmieniem..

Po wszystkim zamiast czuć radość czułam żal do siebie i lekarza, kłopoty z karmieniem piersią potęgowały te odczucia. Czułam, że zawiodłam na całej linii siebie i córkę.  Chyba nigdy tak naprawdę się z tym nie pogodziłam.. Długo po wszystkim, kiedy ktoś pytał mnie o poród, odpowiadałam, że ja nie rodziłam, że miałam cięcie…

Kiedy zaszłam w drugą ciążę postanowiłam, że zrobię wszystko, żeby chociaż spróbować porodu siłami natury. Zaczęłam od zmiany lekarza oraz położnej środowiskowej. Na pierwszej wizycie zakomunikowałam lekarzowi, że będę prowadzić ciążę u niego, jeśli zapewni mnie, iż będę mogła spróbować porodu sn. Podczas wizyt wielokrotnie omawialiśmy temat, lekarz mówił o ewentualnych sposobach indukcji porodu, gdyby znów poród nie rozpoczął się sam.

Ciążę zniosłam bardzo dobrze, chodziłam do pracy, w domu miałam też absorbującą 3-latkę. Kiedy okazało się, że będziemy mieć syna, oszaleliśmy z mężem z radości. W naszej rodzinie miał się pojawić pierwszy wnuk- moi rodzice mieli już 4 wnuczki :) Syn długo przed rozwiązaniem ułożył się już główką w dół.

Termin porodu przypadał na 22 lipca, jednak intuicyjnie czułam, że i tym razem nie urodzę przed terminem. Nie spieszyłam się więc z pakowaniem torby, wyprawkę szykowałam powoli, poświęcając jak najwięcej czasu córce. W lipcu zaczęłam chodzić na ktg do szpitala. Od czasu do czasu zapisywały się delikatne lecz nieregularne skurcze. Na ostatniej wizycie omówiłam z lekarzem sposób porodu, odmówiłam cięcia przed terminem, a lekarz zapisał na karcie „ próba porodu siłami natury”, gdybym przypadkiem zaczęła rodzić pod jego nieobecność.  Po drugim ktg krótka rozmowa z lekarzem, który akurat ustalał termin cięcia z inną pacjentką. Zapytał czy nadal chcę rodzić, odpowiedziałam, że tak i za kilka dni miałam się ponownie stawić w szpitalu na zapis. Przyznaję, że z dnia na dzień humor mnie nieco opuszczał. Czułam, że syn nie jest jeszcze gotowy do przyjścia na świat, za to mnie w kość dawały upały i bezsenne noce. Czasami nachodziły mnie myśli, że może lepiej byłoby się zdecydować na cięcie, jednak przed oczami stawała mi rozłąka z córką, trudności w poruszaniu się oraz mój stan psychiczny długo po i wtedy  od nowa nabierałam sił. W dniu terminu kolejny raz poszłam na ktg. Mój lekarz był wtedy na urlopie, po zapisie koleżanka, która jest w moim szpitalu ginekologiem, wzięła mnie na badanie i okazało się, że mam rozwarcie na 1 palec. Ucieszyłam się, bo przy pierwszym porodzie nie było żadnego rozwarcia..

Mój lekarz był w tym czasie na urlopie. Z jednej strony nieco mnie to zdenerwowało, bo zależało mi na tym, żeby był w pobliżu, gdyby coś się zaczęło, z drugiej jednak, dawało mi to czas na oczekiwanie na poród bez nacisku..

Tydzień po terminie skontaktowałam się z lekarzem. Kazał przyjechać na jeszcze jeden zapis we wtorek. I tym razem nic się nie działo. Zaczęłam tracić nadzieję, bałam się kolejnej indukcji.. Usłyszałam, że jeśli nie urodzę do czwartku to mam przyjąć się na oddział.  Do domu wróciłam z płaczem. Czułam, że lekarz chce zrobić cięcie, a ja tak bardzo się bałam! Mąż pocieszał mnie, wspierał w decyzji dot.vbac, ale tak naprawdę, jak to facet, chciał tylko, żeby syn urodził się cały i zdrowy. W środę wieczorem zawiozłam córkę do mamy, pożenałam się z Nią, w domu dopakowałam torbę, obejrzeliśmy z mężem serial w celu odstresowania się i w końcu ustaliliśmy jakie imię damy Synkowi.

8 dni po terminie stawiłam się w szpitalu. Na porodówce położne zapytały czy przyjechałam na cięcie czy poród. Odpowiedziałam, że miałam próbować rodzić. W tym momencie w drzwiach stanął mój lekarz i zaczął krzyczeć, że jak ja sobie wyobrażam rodzenie skoro jestem pozamykana, nastraszył, że pęknie mi macica i że absolutnie nie będę rodzić i idę na salę operacyjną. Zdębiałam. Przez myśl przeszły mi same bluźnierstwa pod adresem lekarza. Przecież nie tak się umawialiśmy! Poczułam się oszukana, sprowadzona do parteru. Nie po to czekałam w kolejce, niejednokrotnie po 4-5 godzin pod jego gabinetem, żeby teraz iść prosto pod nóż. Przecież, gdybym chciała cięcia, byłabym już dawno po. Odpowiedziałam, że chcę próby porodu siłami natury.

Wyszłam na korytarz i opowiedziałam mężowi o całym zajściu. Byłam cała roztrzęsiona, zrezygnowana. Chwilę później przyszła po mnie położna. Przekonana byłam, że idę prosto pod nóż, tymczasem ona zrobiła mi lewatywę, podgoliła i zaprowadziła do sali przedporodowej. Podpięto mi kroplówkę, położna zawołała męża. Zapytałam czy jednak lekarz zezwolił na moją próbę, na co położna odpowiedziała, że zmusić mnie nie mogą do cięcia i jeśli chcę próbować, to próbujemy. Życzyła mi powodzenia i wyszła. Już przy pierwszej kroplówce dostałam regularnych skurczy. Na ktg pisały się piękne fale. Ból był do zniesienia, a ja przy każdym skurczu starałam się mocno oddychać. Poczułam niesamowitą energię, że jednak coś się dzieje, że dam radę, byłam szczęśliwa, że mąż jest przy mnie.

Po drugiej dawce oksytocyny zbadał mnie mój lekarz, stwierdził rozwarcie i skrócenie szyjki. Powiedział, że na dzisiaj tyle.  Sprawdził zapis ktg i zażartował, że ”trochę mnie popieściło”. Wysłano mnie na patologię. Nie było mi to na rękę, bo obawiałam się, że pobyt na oddziale zablokuje mój poród. Po kilku godzinach skurcze ustały. Miałam jednak nadzieję, że coś się do rana zacznie dziać. Mężowi kazałam przywieźć książkę, poczytałam, zjadłam kolację i poszłam spać w nadziei, że niebawem będę tulić Synka w ramionach.

O 1 w nocy obudził mnie silny ból. Zerknęłam na zegarek. Rozpoczęły się skurcze co 10 minut, bez porównaniu z tymi wczorajszymi. Ból zdecydowanie silniejszy, co gorsza, miałam bóle krzyżowe. Wstałam z łóżka i wyszłam na korytarz. Pomyślałam, że albo rozchodzę ten ból i wszystko minie, albo rozkręci się na dobre. Do 4 nad ranem skurcze przybrały na sile i były już co 5 minut. Walczyłam z bólem, podczas skurczu trzymałam się poręczy na korytarzu i nadal wydeptywałam ścieżkę. Postanowiłam w dalszym ciągu nie zawiadamiać położnych.

W międzyczasie obudzila się dziewczyna na łóżku obok. Rozmawiałyśmy między skurczami, co pozwoliło mi jakoś przetrwać ten czas. Ból był coraz silniejszy, kiedy przy skurczu musialam już kucać przy łóżku, przyznałam się położnym, że od kilku godzin mam bóle. Podpięły mi ktg, leżenie na płasko było dla mnie katorgą, krzyże mocno dawały się we znaki. Pech chciał, że mąż nie mógł być ze mną, został z córką. Po 6 przyszła do mnie mama, która pracuje w tym szpitalu, lecz na innym oddziale i akurat zeszła z nocnej zmiany.

Mimo bólu, na ktg kompletnie nic się nie zapisywało. Mocno mnie to stresowało. Przez moment przeszła mi myśl, że może jednak jest coś nie tak, skoro tak mocno boli, a maszyna pozostaje niewzruszona? Do 9 chodziłam już prawie po ścianach, w momencie skurczu nie byłam w stanie pilnować oddechu, bolał mnie dół brzucha i pachwiny. No i krzyże..Przeszło mi przez myśl, że może coś jest nie tak, że ten ból jest jakiś dziwny, ale byłam przecież w szpitalu, pod opieką…

O 9 lekarz dyżurujący wziął mnie do badania. W trakcie odeszły mi wody, spakowałam się i poczłapałam na porodówkę. Tam znowu lewatywa,wzięłam prysznic, przebrałam się w szpitalną koszulę i położyłam na łóżku porodowym. Położna podpięła ktg, kroplówkę z oksytocyną. Godzinę po dojechał mąż i masował mi plecy w trakcie skurczu oraz podawał wodę. Wykres na ktg kompletnie nie odzwierciedlał mojego bólu. Po 10 zbadała mnie młoda lekarka, stwierdziła rozwarcie na dwa palce. Dokładnie wypytala, gdzie czuję ból. O 11 w końcu zjawił się mój lekarz. Sprawdził zapis, pokiwał głowa, zbadał mnie. Poczułam przeszywający ból, chwyciłam się łóżka. Usłyszałam jak lekarz klnie pod nosem, spojrzałam w dół i ujrzałam sporo krwi. Zapytałam  co się dzieje, a lekarz powiedział, że blizna zaczęła pękać i że wiozą mnie na blok.. W głowie miałam tylko myśl, żeby z Synkiem było wszystko dobrze..

Reszta działa się bardzo szybko. Położne przeturlały mnie na łóżko, zawiozły na salę operacyjną. W dalszym ciągu miałam skurcze, ciężko było mi siedzieć nieruchomo przy znieczuleniu. Pod zgodą na cięcie podpisałam się tak ,że anestezjolog pytał jak się nazywam. Niesamowicie pomogła mi pielęniarka obecna przy cięciu. Przytulała mnie podczas znieczulenia, w trakcie cięcia głaskała po głowie, wszystko objaśniała. Pamiętam jak pachniała kawą..

O 11:24  31.07.2015 na świat przyszedł mój Syn: Aleksander. Mierzył 57cm i ważył 3470g. Położono mi go na piersi, a po pierwszym badaniu przyniosła mi Go ta sama położna co 4 lata wcześniej córkę :) Po 10 godzinach zmagań miałam w końcu swoje upragnione Maleństwo.

Kiedy przewieziono mnie na salę pooperacyjną, co chwilę zaglądała jakaś pielęgniarka i pytała o poród. Wieści o moim vbacu rozeszły się po całym oddziale 😉

Mimo, iż mój vbac zakończył się cięciem, nie żałuję tego, że spróbowałam. Jestem dumna z siebie, że miałam odwagę nie zgodzić się na cięcie na zimno, sprzeciwić się ordynatorowi. Wiem, że dzięki tej próbie byłam w bardzo dobrej kondycji psychicznej po porodzie. Po pierwszym cięciu w 2011 roku cały pobyt w szpitalu przepłakałam, teraz było zupełnie inaczej. Byłam jedyną z wielu mam na oddziale, która uśmiechała się i czytała po porodzie książkę :) Wstałam też z łóżka od razu wyprostowana i nie rozczulałam się nad sobą jak za pierwszym razem. Do tego już w szpitalu pięknie rozkręciła się laktacja i karmię Synka piersią, co nie miało miejsca po pierwszym cięciu. Cieszę się, że podjęłam próbę, czuję, że odbudowałam swoje poczucie wartości. Wiem, że zrobiłam wszystko co na tamtą chwilę mogłam, by urodzić sn. Nie było idealnie, nie było łatwo, ale było  warto :)

O tym, że szczegóły mają znaczenie (Warszawa)

O tym, jak ważną postacią w opiece okołoporodowej jest położna i o tym, że od rodzenia można się uzależnić:) Oto historia Anny:

Ta historia nie będzie opowiadała o złych lekarzach, o niemiłych położnych. Nie będzie wyciskała łez. To historia dwóch różnych, choć momentami jakże podobnych, porodów. Cudów życia.

Wiadomość o ciąży zaskoczyła mnie. Choć nie powinna. Wszak seks bez zabezpiecznia, wcześniej czy później musiał się tak skończyć. I tak właśnie, po 11 latach znajomości zmuszono nas do wzięcia ślubu. Chrzestny mojego ówczesnego narzeczonego uznał, że w prezencie ślubnym da nam… Położną. Oszalał.. Po co mi położna? Poradzę sobie sama. Tak wtedy myślałam. Kilka miesięcy później okazało się, że był to najlepszy prezent ślubny, jaki można było sobie wymarzyć…

Z Moją Położną poznałyśmy się w szkole rodzenia, póżniej na wywiadzie przedporodowym. Założyła dokumentację medyczną, podpisała umowę. Wszyscy z niecierpliwością czekaliśmy na poród.

Dzień przed terminem poszłam na KTG. Odczekałam 2 godziny w kolejce. Następnie pół godziny leżenia. Badanie. Wszystko w normie. Szyjka długa, zamknięta, twarda. „Jeszcze z tydzień Pani w tej ciąży pochodzi” – usłyszałam od lekarza. No żesz… Zrezygnowana i zmęczona zadzwoniłam do mamy się pożalić. Byłam zła! Jakto jeszcze tydzień? Nie mogę spać i wyglądam jak baleron (przytyłam ponad 20 kg przy wadze 50 kg i wzroście 150 cm).. Mam dość! Sfrustrowana popłakałam sobie w domu, po czym uznałam – nie chcesz się rodzić, to nie! Moja Położna w tym dniu również zadzwoniła zapytać co słychać. Umówiłyśmy się na KTG. Zarwałam noc zajmując się jakimiś bzdetami, poszłam spać grubo po 2.

O 6 obudził mnie straszny ból brzucha. To chyba jakiś żart.. Skurcze regularne, co 5 minut. Przecież miały być najpierw co 15!! Postępowałam wg wytycznych Mojej Położnej, które pamiętałam ze szkoły rodzenia. Zjadłam śniadanie, wzięłam Nospę, poszłam do wanny. Zero ulgi. Skurcze co 3 minuty. O 7:30 zadzwoniłam do Mojej Położnej. Dowiedziałam się, że w szpitalu, w którym miałam rodzić nie ma miejsca. Moja Położna kazała jechać do innego, w którym będzie na mnie czekać. Zwlekłam męża z łóżka i pojechaliśmy. Godziny szczytu, a ja rodząca, ze skurczami co 2-3 minuty przez całą Warszawę, prawie 50 km do szpitala na poród. Mimo to, dobry humor mnie nie opuszczał. Po 9 byliśmy na miesjcu.

W szpitalu na badanko, przy okazji przebicie pęcherza. Zielone wody. Ups! Ale najważniejsze, że rodzimy. Wypada wysłać smsa do moich studentów, że dodatkowego terminu kolokwium nie będzie, zapraszam na sesję poprawkową. Poczłapaliśmy sobie na salę porodową, przebrałam się. Pokręciłam na piłce. Skurcze przybierały na sile. Bolało okropnie. Zawsze źle znosiłam bóle miesiączkowe, ale ten ból to było jakieś nieporozumienie. Już wiem, czemu dziewczyny błagają o cesarkę. Ale ja nie… Ja będę twarda. Poradzę sobie! Zwymiotowałam śniadanie – i po co było jeść? Między skurczami próbowałam chociaż na chwilę zasnąć, byłam strasznie śpiąca. Nic z tego… Cierpiałam w ciszy… Nagle usłyszałam, że dziewczyna w sali obok strasznie krzyczy. Przy następnym skurczu postanowiłam krzyknąć, może wtedy będzie mniej bolało? Niestety, krzyk też nie pomagał.. Co chwile chodziłam do łazienki, czasami na kolanach taszcząc za sobą kroplówkę, którą dostałam z okazji lekkiego odwodnienia. Moja Położna od czasu do czasu sprawdzałą tętno Maluszka. Nie było zbyt dobre. Badanie KTG. Ból niesamowity, a ja musze leżeć. Mój mąż zgłodniał i zaczął zajadać kanapkę, od czasu do czasu próbował podnieść mnie na duchu trzymając za rękę. Ale to nic nie dawało, ból wciaż był nie do zniesienia. Jego niemożność pomocy wywoływała we mnie złość. W miedzy czasie badanie, rozwarcie na 2 cm. KTG co chwilę grało muzyczkę informując, że tętno dziecka jest nieprawidłowe. W skurczu 60-70, po za skurczami 170-200. Moja Położna z wrodzonym i profesjonalnym spokojem dała mi do zrozumienia, że mamy problem. Zawołała lekarza. Wszystko spokojnie i z uśmiechem. Przyszła Pani doktor. Krótka wymiana zdań. Decyzja o CC. „Aniu, Twojemu dziecku coś nie pasuje. Możemy jeszcze poczekać, ale poród idzie wolno i prawdopodobnie za kilka godzin i tak będzie trzeba ciąć. Szkoda Twojego cierpienia i zdrowia Maluszka. Czy zgadzasz się na Cięcie Cesarskie?” W tej chwili było mi wszystko jedno. Byłam otępiała z bólu i marzyłam tylko o tym, żeby to wszystko się już skończyło. Mając łzy w oczach, składałam podpisy pod wszystkimi zgodami. Cieżko to nazwać podpisami. Z bólu ledwo trzymałam długopis i stawiałam jakieś ślaczki w miejscu wskazywanym przez Moją Położną. Ona wciaż uśmiechnięta, profesjonalna, spokojna.. Przewiozłą mnie na salę operacyjną, pomogła się rozebrać. Dostałam znieczulenie w kręgosłup. Pamiętam, że trzymała mi wtedy głowę, żebym się nie ruszała, gdy lekarz będzie wbijał igłę. Jej dotyk był magiczny. Koił i uspokajał. Po chwili ból zniknął. Nie można było tak od razu? – pomyślałam. Lekarz, który mnie kroił, bardzo się śpieszył na operację – nie miał butów, był w samych skarpetkach… Mój dobry humor powrócił.

Synka wyjęli mi z brzucha 5 minut później. Był cały, zdrowy, różowiutki. Moja Położna, która przez cały czas była ze mną, przystawiła mi go na chwilę do twarzy. Gdy mnie szyli, mogłam dać mu buziaka, pogłaskać. Potem zniknął, a ja zostałam przewieziona na salę pooperacyjną. „Byłaś bardzo dzielna, dałaś z siebie wszystko. Jeszcze dasz radę urodzić Siłami Natury” – powiedziała mi wtedy Moja Położna. I chyba to sprawiło, że mój świat nie zawalił się od razu. Mój pierwszy poród, licząc od odejścia wód, trwał 4 godziny..

Po cesarce, jak to po cesarce… U każdego lekarza wstyd, że CC. „Zagrażająca zamartwica wewnątrzmaciczna” – mam nadzieję, że nie taki powód wpisują kobietom, które mają cesarki na życzenie… W domu płacz. Poczucie niespełnienia. Mąż starał się wspierać, ale nie rozumiał. Miałam wrażenie, że nikt nie zrozumie, i nikomu nie mówiłam o tym, że jest mi tak cholernie źle.

Jakiś czas później kilka moich znajomych rodziło przez CC. Każda próbowała rodzić Siłami Natury, ale żadnej z nich się nie udało. Jedna 40 godzin, druga 27, trzecia „miała dużo szczęścia”, wyciągneli jej córkę „w ostatniej chwili”. Mojej kuzynce powiedzieli, że gdyby przyszła na KTG dzień później, to nie byłoby kogo wyciągać. Powoli zaczynałam się cieszyć, że rodziłam tylko 4 godziny, a mój Syn jest cały i zdrowy. Zaczęłam doceniać to, w jak dobrych rękach się znalazłam – w rękach Mojej Położnej. Gdyby nie Ona, mój poród mógł być ogromną traumą…

Niecałe 3 lata później (w końcu!!), udało mi się namówić męża na drugie dziecko. Chciałam dziewczynkę, Basieńkę. Będzie parka i koniec z dziećmi. Mąż jednak twiedził, że będzie syn. W końcu wie, co robił… (I się nie mylił). Jedno było pewne: Rodzę z Moją Położną. Wymyśliłam sobie, że zadzwonię do Niej w połowie ciąży, w 20 tygodniu. Odliczałam dni.. Nie mogłam się doczekać. A jeśli na połowę lipca planuje urlop? A jeśli ma już jakiś poród w tym czasie? A jeśli mnie nie pamięta i się nie zgodzi? Nie wytrzymałam. Zadzwoniłam kilka dni przed planowaną datą, która zakreśliłam na czerwono w kalendarzu. „Cześć Ania! Co tam słychać?” usłyszałam głos Mojej Położnej w telefonie. Czyli jednak pamięta… „Wyślij mi smsem termin porodu i jesteśmy w kontakcie”. Od tej pory, było mi już wszystko jedno. Wiedziałam, że jestem w dobrych rękach. Że co by się nie działo, z Moją Położną wszystko będzie dobrze. Byłam pewna, że ja i moje dziecko jesteśmy bezpieczni i żadna krzywda nam się nie stanie.

Znajomi dopytywali o plany porodowe. „Kiedy Cie kroją?” – słyszałam często. Gdy mówiłam, że będę próbować rodzić Siłami Natury, pukali się w głowę. „Jesteś wariatka”. „A po co Ci to? Chcesz się znów męczyć?” – mówili z czułością. Odpowiadałam uśmiechem. Nie wiedziałam co mam odpowiadać. Żaden argument: najlepsze dla dziecka, najlepsze dla mnie, nie był wtedy najważniejszy. Ja po prostu czułam, że muszę to zrobić, muszę spróbować. Czułam wewnętrzną potrzebę przeżycia tego, co jak mi podpowiadała intuicja, będzie niezwykłe.

Ostatnie kilka tygodni ciąży było dla mnie męczarnią. Miałam straszne bóle brzucha. Kilka fałszywych alarmów. Mąż drżał ze strachu przed wcześniakiem. U lekarza słyszałam tylko „nic się nie dzieje, szyjka długa, do samej kości”. Nie mogłam doczekać się porodu, gdyż upały w lipcu były nie do zniesienia, i w ostatnie 3 tygodnie przytyłam 5 kg. Znów czułam się jak baleron, mimo tego, że do niedawna, z lekką nadwagą, chodziłam jeszcze na lekcje tańca towarzyskiego. (Tak, w ciaży można tańczyć! :))

Znów dzień przed terminem poszłam na badanie. Tyle, że tym razem nie na KTG, a do mojej Mojej Położnej. Wzięłam ze sobą torbę do porodu. Miałam przeczucie, że to będzie dzisiaj. Dzień idealny. Wtorek, 10 rano. Syn w przedszkolu. Dzisiaj rodzę, na weekend jestem w domu. Niestety. Główka sterczy nad spojeniem łonowym. Wszystko wysoko. Nie ma szans na rodzenie. Widzimy się w poniedziałek w szpitalu na KTG i zobaczymy co dalej.. Znając moje szczęście urodzę w piątek w nocy. Gdy nie będzie z kim zostawić dziecka. Pojadę w środku nocy. Sama. Taksówką. I cały weekend przeleżę w szpitalu – mówiłam. Obudziłam się w sobotę rano, we własnym łóżku. Wypoczęta. Bez żadnej oznaki zbliżającego się porodu.

Upał znów straszliwy, chociaż zbierało się na deszcz. Nalaliśmy wody do basenu na ogródku, żeby się nieco schłodzić i nie zwariować. Woda była zimna, ale moim chłopakom to nie przeszkadzało. Mi trochę, ale w końcu się przemogłam i również weszłam się schłodzić. Było przyjemnie, rodzinnie. Zrobiłam obiad. Zjedliśmy w dobrych nastrojach. I wtedy coś poczułam. Coś zaczęło ze mnie wychodzić. Podczas wizyty w łazience okazało się, że wypadł mi czop. No super! Napisałam smsa do Mojej Położnej. „No to czekamy na skurcze” – odpisała. Skurcze jak na zawołanie pojawiły się za chwile. Nieregularne, co 8-10 minut. Nospa nie pomagała. Poszłam do wanny, ogoliłam nogi, umyłam włosy. Miałam skurcze co 5 minut, gdy suszyłam i układałam włosy. W końcu rodzę – muszę ładnie wyglądać! Napisałam znów do Mojej Położnej: skurcze co 5 minut, trwają ok 60 sekund. „Chcesz już jechać do szpitala?” – zapytała, gdy zadzwoniła. Muszę jeszcze zrobić dziecku budyń i ściągnąć pranie, bo zbiera się na deszcz. „Ok. Zadzwoń jak będziesz gotowa”. Mój mąż pojechał po swoją siostrę, która na szczęście właśnie kończyła pracę i mogła zająć się Bratankiem. A ja zostałam w domu z synem. Ściągnęłam pranie, poskładałam i poukładałam na półkach. No i robiłam ten budyń, co chwila kucając z bólu. Mój syn nie wiedział co się dzieje. Ale ja z uśmiechem na ustach mówiłam: Arturek się rodzi kochanie, a to trochę boli. „To super mamo, ale rób już ten budyń” – odpowiadał. Gdy budyń był gotowy poszłam dorzucić do torby ostatnie ważne rzeczy. Mój Mąż chodził jak nakręcony i mnie popędzał. Był strasznie zdenerwowany. A mnie się nigdzie nie śpieszyło.. Zadzwoniłam do Mojej Położnej. Umówiłyśmy się za godzinę w Izbie Przyjęć. Byliśmy na czas.

Rutynowa procedura. Badanie: szyjka pół centymetra, rozwarcie prawie na 2 palce, a główka Maluszka dość wysoko. I po co było się tak śpieszyć? W każdym razie – rodzimy. Papierologia i do sali porodowej. Mąż oczywiście nie uwzględnił mojej prośby o to, że chcę rodzić sama i razem ze mną poszedł na salę porodową. Na szczęście, po godzinie, udało mi się go wygodnić na położenie dziecka do spania i zjedzenie kolacji, więc miałam prawie dwie godziny tylko dla siebie. I dla mojego porodu. Podczas badania przebicie pęcherza. Wody czyste. Ufff… Moja Położna zaproponowała wannę, bosko. Cieplutka woda, pełne zanurzenie. Skurcze bolały. Tak jak 3,5 roku temu bolały bardzo. Błagałam o znieczulenie. „Musimy poczekać, aż główka Dziecka będzie niżej” – poinformowała mnie Moja Położna. Czekałyśmy więc umilając sobie czas międzyskurczową rozmową. Co kilka minut pojawiał się ból. Oddychałam, płakałam, rzygałam, nie mogłam znaleść wygodnej pozycji.. I mimo wczesnej (21? 22?) godziny byłam strasznie śpiąca. A podobno każdy poród jest inny..

Przy kolejnym badaniu okazało się, że jestem gotowa na znieczulenie. Dwie przemiłe Panie zaaplikowały ZZO. Moja Położna znów trzymała mnie za głowę. Gdy igła została wbita nadszedł skurcz, a ja nie mogłam nawet drgnąć. Moja Położna wciaż mnie trzymała pomagając przetrwać ból. Jej dotyk znów dawał ogromną ulgę i ukojenie. Po chwili leżałam już i czekałam, aż przestanie boleć. Przestało. W końcu. I wtedy pojawił się mój mąż. Miałam dobry humor. Oboje patrzyliśmy na KTG i przerywaliśmy rozmowy gdy widać było, że nadchodzi skurcz i należy ładnie oddychać. Wydawało mi się, że minęła dosłownie chwila, gdy znów zaczęłam czuć ból między nogami. Poinformowałam o tym Moją Położną. „Nawet nie wiesz jak się cieszę” – odpowiedziała. Mniej więcej w tym momencie całość porodu zaczęła mi się rozmywać. Jednak ani przez chwilę nie wątpliłam w to, że wszystko będzie dobrze. Byłam spokojna o siebie i o swoje dziecko. Ona była obok, wiec nic złego nie mogło nam się stać.

Nagle tętno Arturka spada do 60. Moja Położna mówi coś o „Gaussie”, woła lekarkę. Po chwili pojawia się pani doktor – piękna kobieta. Wtedy wydawało mi się, że jest Aniołem. Miła, czuła, delikatna.. Anioł, na pewno Anioł. Dostaję tlen i mam mocno oddychać. Zmieniam pozycję na pionową, oddycham. Czyjaś ręka masuje mój brzuch. I po chwili wszystko jest dobrze. Tętno Arturka wraca do normy, a ja dostaję pozwolenie na wyjście do łazienki. Po drodze przychodzi pierwszy skurcz party. Nie wiem co się dzieje. Kucam i krzyczę. Moja Położna też nie wie co się dzieje, ale gdy mówię, że to skurcz, uśmiecha się szeroko i pomaga mi wstać. „Idz, sikaj. Dziecko Ci nie wypadnie” – żartuje zamykając drzwi łazienki.

Wracam na łóżko. Ponownie zostaję opleciona pasami od KTG. Leżę na lewym boku z prawą nogą uniesioną do góry. Moja Położna wizualizuje mi naturę parcia. Jest 23:40. „Masz 15 minut żeby urodzić” – mówi Moja Położna. 21 – chcę urodzić w niedzielę – opowiadam. „Będzie niedziela. Przyj!” Wyobrażam sobie tłok powietrza i kieruję go w dół. Prę na każde zawołanie. Noga zaczyna boleć. Pieprzone biodro, wypadało by w końcu iść z nim do lekarza – myślę. Jest mi niewygodnie. Moja Położna sugeruje zmianę pozycji, pyta mnie o zdanie. Nie umiem odpowiedzieć jej w jakiej pozycji byłoby mi wygodniej. Dostaję więc pozwolenie na położenie nogi i prę na lewym boku. Między skurczami jest czas na odpoczynek. Na polecenie Anioła wciągam mocno powietrze „prosto do brzuszka”. Oddycham. Skurcz za skurczem. Prę z całych sił. Mimo tego, że na kolejne parcie nie mam już siły – prę, bo Moja Położna mówi, że mam przeć. Słucham się Jej, bo wiem, że ma rację. Z moim ust mimowolnie wylatuje krzyk (gardło bolało mnie póżniej przez dwa dni), ale czuję, że parcie daje efekty. Po każdym parciu dostaję pochwalę od Mojej Położnej i od Anioła. Jestem z siebie zadowolona. „Widać główkę! Ma dużo włosów!” – słyszę słowa Mojej Położnej. Przy kolejnym skurczu główka Arturka jest już na zewnątrz. Czuję to. Jest bosko. Jestem zmęczona, ale szczęśliwa. Jeszcze jeden skurcz i dostaję mojego Maluszka na brzuch. Zalewa mnie fala endorfin, hormonów, szczęścia i miłości….

A w głowie jedna myśl:

Jeszcze jedno, jeszcze Basia.. A może więcej?

Uzależniłam się… Uzależniłam się od rodzenia.

ania artur ania i artur

VBAC, czyli rodzić po mojemu (Oława)

„Czuję, że to był MÓJ poród.” Te słowa wypowiedziane przez świeżo upieczoną mamę to kwintesencja odpowiedniej opieki nad rodzącą kobietą. I drugoplanową sprawą jest to czy plan porodu trzbaby_foot_black_and_whiteeba było zmodyfikować czy nie, czy poród był z interwencjami czy zupełnie bez. Sednem jest szacunek, podmiotowość i decyzyjność kobiety oraz jej przyjazna relacja z położną / lekarzem oparta na zaufaniu i porozumieniu. Zapraszam do lektury historii Magdy. Znów będą potrzebne chusteczki! Łzy wzruszenia gwarantowane, a pełen humoru styl autorki zapewne niejednego do łez rozśmieszy.

Moją córkę urodziłam 1 maja 2014 roku. Rano podczas podrywania się z łóżka odpłynęły mi wody. Zaaferowana, szczęśliwa pojechałam po 2 godzinach urodzić dziecko do szpitala. Nie wiedziałam wtedy jeszcze, że brak akcji skurczowej po odpłynięciu wód jest takim problemem. Dostałam na dzień dobry kroplówkę z oksytocyną (mimo zaznaczenia w planie porodu, że nie chcę), a na słowa protestu położna zasugerowała, że mogę iść dyskutować z panią doktor. Ale że ona nie radzi. Później dowiedziałam się, że trafiłam na tę jedną lekarkę ze wszystkich, która lubuje się w cięciach i ogólnie jest wyjątkowo niedelikatna. Sama nie rodziła.
Podpięto mnie pod wyjątkowo długie KTG. Skurcze zaczęły mnie zginać wpół, a na wykresie było całkiem płasko. Podczas badania lekarka zrobiła niespodziewany i nieproszony masaż szyjki macicy, po czym zaproponowała znieczulenie. Ze znieczuleniem coś zaczęło się dziać z tętnem, ale chyba moim. Zbiegli się doktorzy i orzekli koniec rodzenia. Na salę operacyjną.
A potem to wiadomo, jak to jest. Noc pod morfiną (córka noc na mm mimo braku mojej zgody). Ciężkie pionizowanie. Ból i płacz, że nie jestem w stanie szybko poderwać się do płaczącego dziecka. 7 miesięcy codziennych skrytych łez i… druga kreska na teście ciążowym. I start mojej opowieści VBAC.

——————————————————-

Na początek należy ustalić kilka faktów.
Na przykład to, że rozróżniam poród siłami natury od porodu drogami natury. Pierwszy w pełni naturalny, samoistny, fizjologiczny, taki jak został zaplanowany w toku ewolucji.
Drugi wspomagany jakimiś medycznymi sztuczkami. Czyli gdzie siły natury nie mogą, poślą doktora. A to znieczulenie, a to oksytocyna, a to nacięcie czy inne kleszcze. Każda, najmniejsza interwencja.

Jasne, że mój buntowniczy umysł pragnął urodzić siłami natury. W karcie wypisu mam jak byk: poród fizjologiczny. A jednak nie do końca tak było.
Ale po kolei.

Ten dzień
Córka urodziła się 280. dnia ciąży. Iście książkowo. Teraz Leon nie mógł mieć tak dokładnie wyznaczonego dnia, bo się wszystko ongiś poprzesuwało i namieszało. Pi x oko 2 tygodnie później niż podaje kalendarz.
— To pani Magdo, ja wracam z urlopu i mam dyżur dziewiętnastego sierpnia. To wtedy mogłaby pani urodzić.
— O to bardzo chętnie, tak się umówmy.
Sobie zażartowałyśmy z panią doktor w okolicach kwietnia. Potem ten dzień wpisała w kartę ciąży jako oficjalny termin porodu. Potem zapewniłam swoją położną, że to będzie wtedy. Potem, 3 tygodnie przed terminem, na ostatniej wizycie było już tak:
— To co pani Magdo, może faktycznie zaczekacie na mnie, aż z urlopu wrócę? — zagadnęła w trakcie badania ręcznego pani doktor.
— No jasss…
— Ooooo nie zaczekacie. Szyjka w osi.

No i czekałam, czekałam. I cisza. Nadszedł osiemnasty, dzień, w którym rodzić wyjątkowo nie chciałam. Ale coś czułam.

Oznaki porodu
Z córką kompletnie nic się wcześniej nie zapowiadało. Po prostu chlusnęły rano wody, a potem finał jaki był, to wiadomo.
Teraz było trochę inaczej. Jak pisałam a propos karmienia piersią w ciąży, od 37. tygodnia podczas karmienia Natalki odczuwałam spinanie się brzucha. Na jakieś 6 dni przed porodem zaczęłam odczuwać pewną bolesność przy tym spinaniu. Delikatnie, nienahalnie. 2 dni przed porodem bolesność lekko wzmogła i pojawiała się także wtedy, kiedy nie karmiłam. Ewidentnie się zbliżało.
Dzień przed porodem dopadły mnie jakieś wewnętrzne nerwy. Że już by się mogło zacząć. Ale właściwie to jeszcze nie (bo nie chcę osiemnastego). Ale tak, żeby zdążyć na dyżur pani doktor. Ale właściwie to ile on trwa i jak się wstrzelić? Takie rozterki.
Bolało mocniej, czasami musiałam przystanąć, czasami się oprzeć. Cieszyłam się. I wkurzałam, bo znowu ciągnęło po krzyżu, a pamiętałam, że w krzyżu boli bardzo. Ale bardziej cieszyłam się. Byłam gotowa. Chciałam pociągnąć mocniej, rozhulać sytuację. Długi spacer po markecie. Szarpane sprzątanie to tu to tam (bez efektów). Dużo karmienia Natalki. Coraz więcej wewnętrznych nerwów. Ale nic więcej.
Wieczorem orzekliśmy z Tomkiem, że brzuch mi opadł. Z uwagi na upał łaziłam po domu w samym staniku i podziwiałam nowy kształt brzucha. Ostatnią przepowiednią było odejście czopu. Albo jego części, cholera wie, ile tego powinno być.

Początek
Wieczorem we wtorek oddelegowałam Tomka na trening, a sama (z przedporodowymi nerwami) zajęłam się Natką. Kąpiel, chlapanie, witaminy, ząbki, piżamka i lulu. Podczas karmienia wróciły skurcze, które mi od wielu godzin towarzyszyły i znikały. Znów wstąpiła we mnie nadzieja.
Natka usnęła, a ja zaczęłam liczyć częstotliwość. 8 minut. Przyjemny ból. 6 minut.
Tomek wrócił po 22.00. Ja sobie skakałam na piłce i liczyłam. Zrobiło się gęsto — skurcze zaczęły pojawiać się co 4 minuty.
Czas na nospę, orzekłam sama w sobie. Nie jestem zwolenniczką nospy, zwłaszcza w ciąży. Ale wiem, że pozwala odróżnić skurcze przepowiadające od porodowych. Po dwóch tabletkach przepowiadające znikają, porodowe trwają. Z relacji innych dziewczyn rodzących VBAC wiedziałam, że warto mimo wszystko manewr z nospą zastosować, bo rozkręcać się to może długo, wiele godzin, a nawet dni. I lepiej się wtedy wyspać, a nie chodzić nakręconym, że to już, to już.
Jak za odjęciem ręki moje skurcze ustały. No nie! Tyle liczenia, tyle nadziei…
Wróciły po 12 minutach. I znów zaczęły się zagęszczać. Jeeeeaaa!
Wzięłam kąpiel (w zamierzeniu odświeżającą, ale w domyśle mającą dać tę samą odpowiedź co nospa). Nic się nie zmieniło. Skurcze co 5–6 minut.
O 1.00 zadzwoniłam do położnej. Jak ja nie cierpię dzwonić w środku nocy do kogokolwiek. Po informacji, że jestem po nospie i kąpieli, a skurcze są — padła decyzja, że spotykamy się na porodówce za niedługo.

Do szpitala
Spakowaliśmy ostatnie rzeczy (czekoladę do ciućkania, sztuk 4!), wzięliśmy Natalkę (obudziła się) i do samochodu. Dojechaliśmy do rodziców Tomka, gdzie czekało na Natkę posłanie na podłodze (ach, ja też sypiałam u moich dziadków na podłodze! Jak ja to uwielbiałam!). Wesoło postanowiłam, że jeszcze ją uśpię, żeby wszystkim było łatwiej. Skurcze przybierały na sile (podczas karmienia). Natka wcale nie chciała zasnąć. Zadzwoniła położna, że no gdzie my jesteśmy. Dostaliśmy zapewnienie, że mama Tomka z Magdą sobie poradzą i ruszyliśmy do Oławy. Jakieś pół godziny drogi. Ja podsypiałam, budząc się na skurcze co 5 minut.
Dotarliśmy. Wejście przez SOR. Pani z SOR-u zadzwoniła na porodówkę, potem pokazała drogę i tyle.
Na Izbie Przyjęć papierologia. Skurcze delikatniejsze, ale na kilku musiałam wstać z krzesełka. Jeszcze więcej papierków. I jeszcze inne papierki. Albo jeszcze takie.
Koszula porodowa szpitalna. Oooo. Nie wiedziałam. Taka oczywiście za krótka.
Badanie.
Chwila niepewności. Narobiły spustoszenia te skurcze czy nie?
— 4 centymetry.
— O. To tyle, na ilu się ostatnim razem skończyło.
Też dobrze.

Porodówka
Przeszliśmy na porodówkę i już byłam pod opieką mojej położnej. Pani Ani. Godzina 4.00. Powoli świta.
Na początek znowu badanie.
— Naciągane 6 centymetrów.
Wow! 40 metrów przeszłam, a tu taki postęp. No i bariera psychologiczna pokonana. Bo szyjka moja potrafi. I to sama z siebie. Ha!
KTG. Piszą się skurcze, te, co ja je czuję. A nie że ja czuję i zgina mnie wpół, a na wykresie płasko i chyba sobie pani żartuje.
— Pani Madziu, muszę pobrać krew do badań. To od razu wenflon założę, gdyby był potrzebny.
— Nieeee.
— Nie? To będę kłuła drugi raz?
— Igły mi niestraszne. A pewnie nie będzie potrzeba.
— Dobrze. Nie zakładamy.
Wow, ktoś mnie słucha. Plan porodu wprawdzie napisany, ale nikt o niego nie prosił. A o wenflonie było w nim.
W między czasie podpisuję zgodę na poród fizjologiczny. Tak. Zgodę. Bom jest „stan po cięciu”. Mam wybór. Wiem, że muszę uważać na słowa, bo nikt mi cięcia w dowolnej chwili nie może odmówić. Słyszę od dyżurującej pani doktor, że to chwalebne. Ta moja próba VBAC.
Podpisuję niezgody.
Nie zgadzam się na kroplówkę naskurczową.
Nie zgadzam się na nacięcie krocza.
Nie zgadzam się na łyżeczkowanie macicy (gdyby łożysko całe nie wyszło).
Bez sensu. Wszystko jednym podpisem. Bez opcji „chyba że będzie konieczne”. A jak będzie? W planie porodu przy każdej niezgodzie mam zapisane „o ile nie będzie konieczne”. Także w przypadku cięcia!
Koniec KTG. Wolność na 2 godziny.
Lewatywa. Na moją prośbę.
Zaczynamy z Tomkiem wydreptywać ścieżkę na korytarzu. Na skurczach przystajemy, ja się opieram o ścianę, Tomek masuje ten krzyż nieszczęsny. Jakie to przyjemne. Jego dotyk. Ból krzyżowy od razu mija, zostaje skurcz na brzuchu. I tak te dwie godziny do następnego KTG.
Nic nowego. Skurcze, tętno, ruchy Leonka.
Zwalnia się sala przedporodowa. Dostajemy ją na wyłączność. Łóżko, krzesło, stolik. Pani Ania przynosi piłkę, materac. Na piłce już jest źle. Już się naskakałam w ostatnich dniach, dziękuję. Materac to nowość, to pozycja kolankowa (łokcie na łóżku). Może być, ale bez szału.
Pani Ania proponuje worek sako i mówi, że się odprężę, a może i zdrzemnę chwilę celem nabrania sił. Oooo chętnie. Siadam, zapadam się. Bardzo wygodnie, bardzo przyjemnie.
Zaczynam się relaksować. A ze mną moja macica. To niesamowite. Ja stwierdzam, że chcę spać, a ona mi to umożliwia i robi dłuższe pauzy między skurczami. Dla mnie bomba. Dla postępu porodu nie bardzo.
Dochodzi 8.00. Słyszę na korytarzu moją panią doktor. Zagląda do nas i jak zawsze mnie wita:
— A ja myślałam o pani wczoraj.
Idę na badanie. Jakie delikatne. Pani doktor pokazuje osiągnięte rozczapirzenie palców, oblicza szybko, że to 7 centymetrów. A ja już beczę. Ze szczęścia. Że idzie. Że postępuje. Że samo! Że jestem w dobrych rękach!
Chodzimy z Tomkiem korytarzem. Panowie monterzy wymieniają drzwi. Dostałam jakiś szlafrok, żeby im nie świecić tyłkiem. Chodzimy, stoimy. Ja przedmuchuję skurcze, Tomek masuje krzyż. Jest pięknie.
Mruczę na skurczach. Otwarcie krtani pomaga otworzyć się na dole. Im głośniej mruczę, tym pani Ania jest bardziej zadowolona.
— Pani Madziu, co ja słyszę! Pięknie, ale mi się podoba!
Przypominam sobie słowa położnej z jakiegoś reportażu: „Skurcze są dla dziecka. Przerwy w skurczach są dla mamy”. Pomaga.
Idę pod prysznic. Gorąca woda jest cudowna. Polewam brzuch, polewam plecy. Potem olewam brzuch i już tylko leję na plecy. Ogromna ulga. Wracamy na korytarz.
10.45. 8 centymetrów. Przy badaniu pęka pęcherz owodniowy i odpływają czyste wody. Nie mogę chodzić dalej, bo główka nie przypiera do ujścia szyjki, nie korkuje wylotu i jest ryzyko wypadnięcia pępowiny. Pada propozycja zaczekania na zejście główki na worku sako. Lubię worki sako, natychmiast się zgadzam.
Siedzę i czuję, jak skurcze zlewają się w jedno. Jak ból przeszywa mnie całą. Ohooo. Zaczyna się jazda bez trzymanki, chociaż jeszcze tego nie wiem. Pani Ania z panią doktor proponują gaz rozweselający na poprawę nastroju. Zgadzam się. Ma mnie rozluźnić — całą. Pierwsze kilka wdechów i nic. Drugie podejście — zaczęłam mówić, wydychając z płuc ten gaz i usłyszałam swój głos, nieco obniżony (odwrotnie niż z helem), co doprowadziło mnie do ataku śmiechu i łez. Niestety stan ten się już nie powtórzył, a szkoda.
Siedzę więc na worku, leją się ze mnie wody, skurcze sieją się gęsto a intensywnie. Zerkam na zegar. Dziwne, minęła godzina, a zegar prawie nie drgnął. Jak w operze.
Od tej pory przestaję się kontrolować. Jest mi wszystko jedno. Moim marzeniem jest jeszcze na trochę zasnąć. Ponownie udaje mi się sprawić, że skurcze są rzadziej, a ja między nimi odpływam. Podoba mi się to. Pani doktor i pani Ani się to nie podoba. To znaczy cieszą się, że sobie tak radzę, że podążam za potrzebami, że potrafię się w tym wszystkim zrelaksować. Ale jednak tempo porodu siada.
Zgadzam się na założenie czopków rozluźniających szyjkę. Ach, już tak niewiele zostało. Badanie, KTG. Nie cierpię KTG, a przy takiej intensywności doznań — nie cierpię po tysiąckroć. Mało co już ogarniam. Zdaje się, że używam brzydkich wyrazów. Że mówię, że nie dam rady.
— Ale chyba nie powie pani, że robimy cięcie? — z niepokojem pyta pani doktor.
— A w życiu! — zakamarkiem trzeźwego umysłu odpowiadam.
Ostatkiem siły woli wlokę się pod prysznic. Przy którymś skurczu głośniej krzyczę, zlatuje się pani doktor z panią Anią.
— Nie, nie, nic się nie zmieniło. Tylko bardziej bolało — od razu mówię, bo wiem, że czekają na początek skurczów partych, przy którym (początku) najczęściej jest zmiana okrzyków.
Wracam na swoją salę porodową. Opieram się o łóżko, kiwam biodrami. Wstawiam Leona w kanał czyli. Im głośniej krzyczę „AAAAA!”, tym pani Ania bardziej zadowolona. Ja krzyczę, a ona mówi, jak świetnie mi idzie. Budujące, motywujące, wspierające (dobrze, że jeszcze to ogarniam).
Proponują mi panie pozycję kolankowo-łokciową na materacu. Mowy nie ma! No to na łóżko? Nie wiem, jak to się stało, ale się zgodziłam. Ba, chyba nawet chciałam.
13.00. Prawie 10 centymetrów. Słyszę, że tempo siada, że moc skurczów siada. Panie zastanawiają się, co dalej. Proszą mnie o zgodę na kroplówkę ze sztuczną oksytocyną. Bo to jest moment, że jest konieczna. Boję się, cholernie się tej oksytocyny boję, ale się zgadzam. Czyli jednak wenflon.
Zaraz jest już pełne rozwarcie. Ja leżę i nie chcę słyszeć o zmianie pozycji. Mowy nie ma. W dupie mam pozycje wertykalne. A w planie porodu oczywiście prośba o pozwolenie i zadbanie o możliwość rodzenia w pionie. Dobrze, że nikt tego nie czytał.
Zgadzam się na obracanie się na lewy bok, żeby się główka dobrze zaczęła wstawiać w kanał, bo Leon odkręcony był w inną niż powinien stronę. Tomek masuje mi plecy (skóra mi z nich już schodzi, parafina nie pomaga). Pani doktor jedną ręką trzyma detektor tętna płodu na moim brzuchu, drugą ręką trzyma moją rękę. Mam nadzieję, że nie wyszła z tej historii tak podrapana jak Tomek.
— Czy te całe skurcze parte też tak dają po krzyżu? — pytam panią doktor.
— Niestety tak.
— No kurwa, a chciałam mieć tyle dzieci.
Mina pani doktor bezcenna.
13.15. Prę. Na polecenie, pod komendę. A nie w zgodzie ze swoją intuicją. Bo bym chyba nie zaczęła nawet rodzić.Zaczynam kumać korelację parcia z oddechami. Czuję w sobie głowę Leona. Pytam Tomka, czy to widział.
Myślałam, że to będzie trwało ustawowe 2 godziny. Ale gdy zaczynam kumać, że robi się wokół mnie łzawo, że pani doktor łyka łzy, że Tomek nie może nic powiedzieć, dociera do mnie, że zaraz powitamy na świecie naszego syna.
Prę dalej. Nie wychodzi. Moje przygotowane od wielu tygodni na tę chwilę krocze okazuje się za jakieś (za wysokie?) no i nie ma bata, wyjść nie chce.
— Proszę ciąć! — wołam, bo już naprawdę chcę przytulać synka, a nie cackać się z moimi planami porodowymi.
— No nie, nie. Nie mamy zgody.
— To się teraz zgadzam!
— Ale podpisze nam to pani? Żeby nie było, że po sądach będziemy potem biegać.
— To chyba beze mnie. Podpiszę!
I nadszedł ostatni skurcz. Wydałam ostatni, najdonioślejszy okrzyk. Pobłądziłam po urodzeniu się główki. I dostałam Leona na piersi. Szarego. Krzyczącego.
13.30.
16,5 godziny od momentu, gdy kładłam Natalkę spać i rozpoczęły się skurcze.
Tomek od razu dostaje nożyczki do przecięcia pępowiny, bo jest tak krótka, że napina się cała na ciele Leona i miażdży mu genitalia. A chyba nie muszę dodawać, że w planie porodu jak byk stała prośba o późne odpępnienie?
Leon leży na mnie. Wokół pełno ludzi. Jest pan doktor. Bada Leona na mnie. 10 punktów. Nie pozwalam jeszcze go ważyć i mierzyć. Rodzę sobie łożysko, całe i zdrowe. Nie brzydzę się jego widoku. Pani doktor mnie szyje. Mnie już kołacze nowa myśl.
— Czy przy EWENTUALNYM następnym porodzie to nacięcie ma znaczenie?
Pani doktor tylko się uśmiecha i zapewnia, że nie.
Oddaję Leonka na badania, chcę jak najszybciej znaleźć się w spokojnym miejscu, a tu taki harmider. Przechodzę na czworakach na łóżko szpitalne. Kręci mi się w głowie. Szumi mi w uszach. 2 godziny później mam ciśnienie krwi 70/58. Przejeżdżamy na salę poporodową (to ta sama, która była przedporodową). Dostaję Leonka. Dostaję krupnik. Po dwóch godzinach jedziemy na oddział położniczo-neonatologiczny.

Zakończyłam swój VBAC. 15 miesięcy i 19 dni po cięciu cesarskim.

Czuję, że to był mój poród. Mimo interwencji medycznych. Mam poczucie, że tym razem były uzasadnione. Że to rzeczywiście ja się na nie zgodziłam. Że nikt nie dysponował sobie mną. Że zostały uszanowane moje preferencje — mimo że musiały ulec w akcji modyfikacjom.

Dobrze napisała mi dziewczyna z grupy wsparcia: przy VBAC nie ma mowy o zawalaniu porodu. Po prostu się udał.

Dziewczynom, przed którymi podjęcie próby porodu naturalnego po cięciu, mówię: nie próbujcie. Rodźcie!

Historia Magdy dostępna jest także na jej blogu, do odwiedzenia którego serdecznie Was zachęcam: http://logomatka.blogspot.com/

leo01

Mega uczucie spełnienia (Katowice)

Przygotujcie chusteczki! Bo przy tej historii nie da się nie płakać. Znajdziecie tu mieszankę ekstremalnych uczuć – od bezsilności, żalu i złości po uzdrowienie, spełnienie i radość. Oto opowieść Klaudyny:

Nie wiem czy wczoraj tj. 03.09.2015 r. to była jakaś prorocza noc czy jak? Obudziłam się dokładnie o 02:08 i już do 5 nie mogłam usnąć. Zaglądałam do waszych historii Vbac – bo dzielnie kibicuję na bieżąco :-D. Próbowałam zasnąć a tu przed oczami pojawił mi się obraz moich porodów – nie wiem czy to efekt tego, że wczoraj byłam oglądać „świeżą” dzidzie znajomych czy może to był taki bodziec, aby w końcu opisać swoją historię? Jakoś do tej pory nie mogłam się za to nigdy zabrać,  bo uważam się za nie najlepszego pisarza ;-).

Zacznę od początku: pierwszy poród w 2006 r., ja wtedy lat 20. Naprawdę myślę, że w tym wieku kobiety ( a przynajmniej ja ) nie są emocjonalnie przygotowane do porodu . Ciąża przebiegała ok, aż do 20 tygodnia kiedy to obudziłam się w nocy i myślę „no nie chyba się zesikałam”. Wstałam i poszłam do łazienki, i w momencie kiedy stanęłam na równe nogi: chluppp… i ogromna kałuża krwi ;-(. Mieszkałam wtedy z mężem i moimi rodzicami i jak zobaczyłam co się dzieje – to w krzyk! Mąż zielony ze strachu jak zobaczył co się dzieje i go zamurowało, więc jak zwykle mogłam liczyć tylko na przytomną reakcję mamy. Wezwała pogotowie, które ok godziny 2:00 zabrało mnie do szpitala. Ja zaryczana i nie mogąca złapać tchu przez łzy – w głowie jedna myśl: „to koniec, straciłam dziecko, na 100% tyle krwi musi oznaczać jedno„. Zanim przeszłam przez całą papierologię trwało to trochę, a ja nadal nie mogłam się uspokoić. Po przyjęciu na oddział patologii dostałam jakieś pigułki do połknięcia i obudziłam się dopiero rano. Myślałam sobie, że to tylko jakiś zły sen, ale miejsce w którym się obudziłam nie pozostawiało złudzeń. Dlatego jakież było moje zdziwienie, że jest godzina 7:30 a mnie nie zbadał żaden lekarz – nawet ze mną nie rozmawiał.

I w sumie odtąd zaczyna się moja trauma związana z owym szpitalem ;-(. Otwieram oczy i widzę siostrę oddziałową, która spisuje temperatury. Pytam grzecznie – przestraszona jak nigdy dotąd, już czując się na pozycji  „przepraszam, że się tu znalazłam” – „Przepraszam ja nie będę nawet miała zrobionego USG?” Słyszę odpowiedź, która do tej pory dźwięczy mi w uszach i nie rozumiem jak tacy ludzie mogą pracować jeszcze na takich oddziałach „Dziecko, teraz czy za dwie godziny, przecież to i tak ci nie pomoże.” PŁACZ – nie rozumiem co się dzieje. Na oddział wpada mój brat ( brat nie mąż) z pretensjami, że nikt jeszcze nie raczył mnie zbadać, ale grzecznie go uciszam aby nie miało to wpływu na dalszą opiekę.

Ok godziny 9:00 wizyta i badania: wzywają mnie, więc idę z duszą na ramieniu. Badanie to kolejna trauma: masa studentów, nikt nie pytam mnie o zdanie czy może sobie nie życzę ich obecności. Lekarz bada – pełno krwi. Wyjmuje zakrwawioną rękawiczkę i wymachuje ręką do studentów. Mnie nic nie mówi o niczym nie informuje. Wychodzę i o nic nie pytam – nie wiem, może ze strachu przed odpowiedzią? Później, za parę godzin USG i też nic nie mogę się dowiedzieć oprócz tego, że nie wiedzą co to był za krwotok. Jak nie wiedzą? Pytam jak to możliwe?

W godzinach popołudniowych moja mama nie wytrzymuje, wkłada KASĘ do koperty i idzie do ordynatora – to on mnie badał wcześniej. Zabiera kopertę z pieniędzmi i nagle dostaje olśnienia. Nawet rozrysowuje jej na kartce co i jak ;-(. Jeśli dobrze pamiętam zrobiła się jakaś cysta – torbiel czy coś takiego, ale poza macicą. To pękło, ale nie zagroziło dziecku – nie wiedzą dlaczego, ale najważniejsze, że dziecko całe i zdrowe. Tydzień spędzony w koszmarnym szpitalu w Dąbrowie Górniczej i koszmarny ordynator pan R.! Później do końca strach o utrzymanie ciąży. Na szczęście nic złego się już nie przytrafiło, poza moim stanem psychicznym, który chyba zajadałam kończąc ciąże z ok 25 kg na plusie .

Przychodzi termin porodu – lekarz prowadzący wypisuje skierowanie do szpitala i namawia na szpital w Będzinie lub Sosnowcu. Myślę wtedy: co on jakiś chory? Po co mam jeździć gdzieś po innych miastach, jak u siebie mam blisko. Ponadto znajoma pracuje na oddziale noworodkowym w Dąbrowie, więc ona zadba o dzidzię. To była najgorsza decyzja w moim życiu!!! Do tej pory myślę: dlaczego nie posłuchałam swojego lekarza? Skąd mogłam wiedzieć, że tak to będzie wyglądać? Mogłam wiedzieć już po 1 wizycie w tym szpitalu!

Parę dni po terminie stawiam się w szpitalu – nie wiem co będzie, jak powinno wszystko wyglądać, nic nie robią i też nic się nie dzieje. Nikt też o niczym nie informuje. Po kilku dniach odchodzi czop – ja nawet nie wiem na tamten czas co to takiego i lecę pokazać położnej. Bez wyjaśnień mówi: ok ok idź się położyć, tak ma być. Ja na tamtą chwilę zaś jestem przestraszona myśląc, że to krew i coś jest nie tak. Nadmienię, że mam wadę wzroku – 5,00 – jest zaświadczenie od okulisty, że wszystko ok, ale to nie wystarcza. Kolejni lekarze na wizytach nie chcą podejmować próby wywołania. Mówią niech ordynator decyduje ;-( a ty idź leżeć i proszę za dużo nie chodzić. Robię jak kazali – nie wiem o co chodzi. Ordynator na wizytach oczywiście ponownie wykazał się jakże ludzkim zachowaniem: „ Jezu taka młoda jesteś a tak się spasłaś. Dlaczego tu rodzisz skoro prowadzi cię lekarz w Sosnowca? Trzeba było tam sobie iść rodzić” – Wtedy już czuję się jak wrak człowiek – wrak kobiety – potraktowana jak Śmieć!

Mija 10 dzień po terminie moja mama ponownie nie daje rady i idzie z kolejną kopertą! Następnie lewatywa i oxy. Nie pozwalają mamie do mnie wejść – męża nie ma. EMOCJONALNY IMPOTENT!!! Boi się ewentualnie być przy porodzie, więc spokojnie spędza czas w pracy – do tej pory nie mogę tego pojąć, że chociażby nie czekał za drzwiami lub pod szpitalem. Wiedział, że ja nie chcę, aby był przy porodzie – myślałam wtedy, że właśnie takie będzie moje stanowisko w tej kwestii do końca życia, ale jak później się okazało życie pisze swoje scenariusze.

Kładą mnie na łóżku pod kroplówką, obok za parawanem rodzi dzielnie dziewczyna – ja przerażona. Ordynator w tym czasie na dole w przyszpitalnej przychodni ma dyżur i wychodząc mówi do położnych pokazując na mnie palcem: „Ona na mojej zmianie ma urodzić” Znika. Pojawiają się skurcze, ale wraz z końcem kroplówki wszystko ustaje. Godzina ok 12:45 wraca ordynator ze słowami „A tu dalej nic?” Rozwarcie na 2 cm – brak skurczy – akcja STOP! Wtedy, to też pamiętam dokładnie, bierze do ręki jakiś wielki HAK i mówi: „spokojnie, nic się nie bój”, i przebija mi wody. Właśnie za to mam największe pretensje. Gdyby nie to mogłabym jeszcze poczekać spróbować na następny dzień – cokolwiek. Wody chlusnęły i nie było już odwrotu – a akcji żadnej ;-(. Jest 21 lipiec 2006 r. upał masakryczny, nie mam w nikim wsparcia, nie pozwalają nikomu do mnie wejść. Przed salą KOCHANA mama, ojciec i brat. Z tego upału zakręciło mi się w głowie, nie pozwolili nic się napić – zasłabłam. Biegiem robią CC – idę golusieńka na stół – niczym nie okryli przy otwartych drzwiach – ponownie potraktowana jak śmieć! Usypiają!

Godzina 14:05 przez CC na świat przychodzi Miłosz z wagą 3 750 i 61 cm. Nie pokazali mi go nawet ( teraz nawet łzy cisną mi się do oczu ). Słyszę mamę: nie zamykaj oczu, nie śpij, jestem tu z tobą!

KOCHAM CIĘ MAMO za wszystko co dla mnie zrobiłaś!!!

Jedyne co czuję to przeraźliwy ból!!! Nie mogę jeszcze długo funkcjonować normalnie. Pozostaje wielki żal i pretensje. Na dodatek jestem cięta z góry na dół – blizna od pępka do samego dołu. Mięśnie martwe a brzuch w rozsypce totalnej . Wspomniana wcześniej znajoma przyjeżdża tylko na chwilę zobaczyć moje maleństwo czy wszystko ok. Ja 10 dni po terminie, a ona właśnie zaczyna urlop. Tak więc jedyny powód, dla którego chciałam tam rodzić okazał się złudzeniem ;-(. Mąż przyjeżdża na chwilę dopiero po pracy ok godziny 18:00.

Nie muszę chyba mówić, że związek z kimś takim nie przetrwał próby czasu. Poznaję bliżej obecnego partnera Piotra – właściwie zaczynam do niego czuć coś więcej, bo znam go już od dawna. Po pewnym czasie decydujemy się w 100% świadomie na dziecko – oboje bardzo tego chcemy :-D. Udaje się, jestem w ciąży – będzie CÓRKA!!! Ciąża przebiega bez problemu i zakłóceń ;-). Wybieramy szpital – decyduję się na CSK w Katowicach. Najlepszy wybór jak mogłam podjąć – chociaż przez to, że tak odległy nie odbyło się bez jednego minusa, ale o tym za chwilę .

Oczywiście nastawiona jestem tylko i wyłącznie na poród naturalny i nie dopuszczam innej myśli do siebie. Lekarz mówi OK, nie widzi przeciwwskazań i problemu, więc też nie ma zbędnych dyskusji. Magdalena H., pamiętam jak w jednym poście pisałaś do dziewczyny, że aby wszystko poszło ok należy również brać pod uwagę ewentualne kolejne CC.  Wtedy w razie co, nie ma tak wielkiego rozczarowania. Nie wiem, może to zależy indywidualnie od charakteru, ale mnie by to chyba nie pomogło. Tak jak mówię, innej opcji nie było – tylko SN  

Ponownie po terminie tym razem 10 dni, ale już na spokojnie stawiam się w szpitalu. Tego samego dnia rano odchodzi czop co mnie cieszy – już wiem co to :-D. Badanie na IP – skurczy brak, szyjka przepuszcza 1 palec. Na porodówkę wchodzę ze słowami: „ Nie zgadzam się na kolejne CC – no chyba że w przypadku jakiegoś zagrożenia” . Jest dobrze, jest determinacja – choć tak naprawdę nie wiem czego się spodziewać. W duchu boję się, że tu taka twarda, z wysokim progiem bólu – tak mi się wydaje – a co będzie jak nie dam rady i się poddam? Nie dopuszczam tego do siebie. Patrzą na mnie ze zdziwieniem. Myślą: serio? nie chcesz kolejnego CC? Dziwne zazwyczaj większość chce. Nikt nie dyskutuje, nie namawia na CC – niczym nie straszą. Jestem „obca” nie znam ani żadnego lekarza ani żadnej położnej z tego szpitala ale idziemy na żywioł .

Trafiam akurat na porodówkę, bo nie ma innych miejsc. Śpię na łóżku porodowym w jednej z powiedzmy 3 sal – bez drzwi więc co obok nie widać ale doskonale słychać. Nie przeszkadza mi to jakoś specjalnie, tylko tyle, że nie mogę się wyspać ani nawet zasnąć bo raz, że nie wygodnie a dwa, że odbywające się porody. W pierwszy dzień badania itd. + USG. Na USG prowadzi mnie ładna, młoda Pani – myślę, że to może jakaś studentka albo asystentka. Nie wiem czemu pomyślałam, że jest za fajna, żeby być lekarzem jak się później okazało :-D. Idę w kapcioszkach na dół po schodach i fruuuu noga mi się omsknęła i zjechałam do połowy na pupie . Czym bardzo przestraszyłam ową Panią doktor. Na drugi dzień mnie doglądała z zainteresowaniem, co było bardzo miłe i zapamiętam do końca życia. Agnieszka Solecka – cudowna kobieta i lekarz. Bardzo mi pomogła przychodziła, pytała co i jak, robiła masaż szyjki, aby pomóc .

Bardzo chciałam, aby mój Piotrek był przy porodzie ze mną – on też nie wyobrażał sobie tego inaczej. Całkowicie miałam do tego odmienny stosunek niż poprzednim razem. Jednak tak wiele zależy od tego jakie relacje łączą cię z partnerem, jakie czujesz wsparcie.

Drugiego dnia po średnio przespanej nocy – budziły mnie kolejne porody  – zrobiono lewatywę i podłączono OXY. Piotrek był ze mną. Spacerował po korytarzu i wspierał. Było cudownie. Pojawiły się skurcze dość odczuwalne i wydawało mi się regularne. Podczas skurczu musiałam przykucać, bo sprawiało mi to ulgę. Podłączona pod KTG – nic nie wykazuje oprócz pojedynczych skurczy a co najdziwniejsze na zapisie były wtedy kiedy ja kompletnie ich nie czułam. Po kolejnym badaniu rozwarcie na 3 cm. Powtórka z rozrywki – koniec kroplówki i po jakimś czasie skurcze ucichły – tak jak przy poprzednim porodzie. W międzyczasie rodzi kobietka która tak przeraźliwie krzyczy i wzywa Boga na pomoc, że aż słychać ją chyba na końcu szpitala. Wcale nie współpracuje z położnymi wręcz ucieka i zaciska nogi. Biedne chciały jej pomóc i szybko skończyć poród a ona sama wszystko przeciągała swoim zachowaniem. Byłam przekonana, że to jej pierwszy poród. Jak się później okazało to był jej 2 poród lecz pierwszy był ze znieczuleniem. Sama opowiadała mi, że teraz jednak widzi różnicę w znieczuleniu i wcale nie chodzi tu o ból. Mówiła, że dziękuje za to że tym razem było bez bo za pierwszym razem po znieczuleniu była otępiała i też nie mogła jakiś czas dojść do siebie. Właściwie to teraz mnie to zastanawia może warto poruszyć kiedyś ten temat Magdaleno czy lepiej Z czy BEZ i Za i Przeciw . To tak na marginesie .

Nie powiem trochę mnie ta STOP Akcja zdołowała. Decyzja co dalej zapadnie jutro a teraz czekamy. Mówię do Piotrka: „słuchaj, jutro nie przyjeżdżaj tak wcześnie, lepiej idź do pracy na spokojnie, bo urlop się przyda jak wrócę do domu, a jak się coś zacznie to dam ci znać. Boję się że będziemy tu jutro chodzić i chodzić i będzie to samo wszystko się zatrzyma .” Kochany jak zawsze posłuchał. „Tylko dzwoń jak coś, zaraz jestem.” „Zaraz” czytaj „w miarę możliwości” bo szpital oddalony o ok 40 km. Czułam jeszcze skurcze, ale skoro KTG nic nie pokazywało, to się nie odzywałam aż ucichły. Tej nocy spałam jak zabita – pierwszy raz odkąd tu jestem myślę. Obudziłam się i słyszę za ścianą dziewczynę. Przyjechała nad ranem bo odeszły jej wody – 37 tydzień. Myślę no pięknie i ona dziś będzie tulić dzidziusia a ja tu leżę i leżę i nic. A ona w dodatku 37 tydz – gdzie tu sprawiedliwość. Za chwilę następna – ale szykują CC. Myślę: kurde następna. I następna. Wychodzą wszystkie z dzieciaczkami a ja dalej NIC.

Piotrek ciągle pisze lub dzwoni – jest biedny w pracy i się martwi . Badanie. P. Agnieszka bada – mówi ooooo 5 cm.  SUPER. Kolejna OXY, ale mówię: spokojnie, nic się nie dzieje, jak coś, dam znać bo znowu wszystko może się zatrzymać. Ok 11:30 spaceruje po korytarzu z kroplówką i nawet dzwonią z pracy, co tam słychać i kiedy się rozpakuje z 2packu? Mówię, że spokojnie, nic się nie dzieje jeszcze. Skurcze takie same jak wczoraj – jak na głodnego oczywiście . Byłam już taka głodna, że nie mogę a tu na salę przynoszą zupkę 😉 Pech chciał, że koło stolika postawili wielki aparat KTG, który zagradzał drogę do zupki Poprosiłam jakoś instynktownie chyba o worek sako i mówię, że wszystko ok, ale czuję że tak w kuckach będzie mi wygodniej . Oczywiście położna dała worek mówiła, że bardzo dobrze itd. Skurcze stawały się mocniejsze – ja głodna – do zupki daleko 😉 I kuźwa nie mam łyżki, więc i tak nie dam rady między skurczami tego chlipnąć, hehe, bo skurcze długie i częste. Ale ja GŁUPIA mówię: spoko, spoko, to na 100% jeszcze nie to, więc nigdzie nie dzwonię :-D, zdążę jeszcze przecież.

Wchodzi położna patrzy na mnie i mówi „O matko, to Panią już tak wzięło? Czemu nic Pani nie mówi? Taka tu cisza!” Myślę dalej, że to pewnie ściema jakaś i się wszystko zatrzyma – BOŻE, nie mogę sobie darować, że Piotrek przez moją głupotę faktycznie nie zdążył dojechać, hehe – śmiech przez łzy, z własnej głupoty. Przychodzi P. Agnieszka i bada – odchodzą wody – zielone. Rozwarcie 7 cm i właśnie w tym momencie mnie olśniło. Wzięłam telefon do ręki i pisałam SMSy – do Piotrka i Mamy: „odeszły mi wody”, „mam 8 cm rozwarcia ”, „9 cm – zaraz urodzę!”, „kochanie mamy piękną córkę”. Wszystko to pamiętam dokładnie, tylko czemu tak późno się obudziłam z tymi telefonami KURDE. Piotrek jak odczytywał ostatniego SMS-a to otwierał właśnie drzwi wejściowe do szpitala  

Po odejściu wód jakoś szybko wszystko się potoczyło. Pamiętam, że słuchałam się położnej i lekarki, a one głaskały mnie po kolanie i chwaliły za oddech i współpracę. Cudowna Pani położna – obserwuje naszą grupę wsparcia, Pani Anna Stachulska – Anioł nie człowiek, wtedy wydała mi się podobna do Pocahontas przez długie włosy . Mówiła do mnie: „Krzyknij sobie” a ja na to, że nie mam takiej potrzeby więc oddychałam grzecznie i parłam w ciszy. Dziewczyny obok z Sali mówiły później, że nie myślały, że poród może tak wyglądać – bez zająknięcia i bez odgłosów – moich w sensie.

Emilka dnia 03.10.2013 r. o godzinie 15:12 waga: 3 350 i 57 cm wyskoczyła jak z procy ze mnie . Trafiła na mnie i dostała buziaka ale musiała szybko uciekać bo była wykończona i cała sina – obwiązana pępowiną. A mną zajmowali się lekarze … Zostałam uśpiona na chwilę raz dwa w celu sprawdzenia blizny i obudziłam się przy ostatnim zaciąganiu szwa. Miałam 2 tylko na szczęście . Trwało to naprawdę szybko od momentu uśpienia, bo jak się obudziłam to właśnie na salę wszedł Piotrek i pomagał mi zejść z łóżka. Jak to mama stwierdziła: „ No tak, chłop to zawsze przyjdzie na gotowe :-D”.

Mega uczucie spełnienia dać radę, a po dzieciach widzę taką różnicę, że Miłosz po CC (nie wiem jaki to ma związek ale) do tej pory w nocy bardzo się wzdryga, tak jakby był wyszarpywany skądś.  Jak był mały to było tak co chwilę i nagminnie. Emilka zaś jest bardziej spokojna podczas snu .

Jeszcze jedno przychodzi mi do głowy. Zawsze czytałam, że bóle parte to odczucie jakby chciało się kupę 😉 Co prawda ja odczułam to chyba inaczej, ale słyszałam, że dziewczyny przy porodzie krzyczą, że chcą kupę właśnie wtedy ;-). Zawsze mówiłam, że to chyba głupie i jak tak nie będę mówić – powiem normalnie, że mam parte lub coś w tym stylu . Ale teraz już wiem, że przy takiej częstotliwości słowo: QPA jest po prostu najkrótsze i najszybsze do wypowiedzenia, hahahahaha.

Dodam jeszcze, że w szpitalu Klinicznym studenci są jak wiadomo normą i przy przyjęciu podpisuje się nawet dokument dotyczący tego. W CSK w Katowicach natomiast każdy student przed wejściem na salę najpierw pytał grzecznie o zgodę, więc bardzo mi się to podobało i należy się za to pochwała  

Dzieciaczki udało mi się wykarmić w miarę możliwości naturalnie Miłosz – 10 miesięcy a Emilka – 6 miesięcy ( ze względu na powrót do pracy).

Poród naturalny jest bez porównania dla mnie lepszy od CC – zaraz wstałam i mogłam robić wszystko Cudowne uczucie

Chcę podziękować całej załodze CSK Ligota – mimo, że już jakiś czas minął, ja zawsze będę was miło i ciepło wspominać! Nawet nie zdajecie sobie sprawy jak dla nas matek taki Vbac jest ważny emocjonalnie – szczególnie po takiej traumie jak miałam wcześniej Takie szpitale i taka załoga przywracają wiarę w człowieczeństwo i służbę z powołania – KOCHAM WAS :-*

MOJE KOCHANE DZIECIACZKI

 dzieci