Archive | Październik 2015

Tak blisko, a mimo to tak daleko… czyli, nie żałuję, że próbowałam (Warszawa)

Poród toczy się czasem swoim własnym torem. Niezależnie od chęci, determinacji i wsparcia, którym rodząca kobieta jest otoczona. Czasem niełatwo to zaakceptować. Niełatwo i nieprędko, ale to możliwe. Bo SIŁA jest KOBIETĄ, nie tylko gdy chodzi o naturalne wydanie potomstwa na świat, ale też wtedy (a może przede wszystkim wtedy), gdy trzeba pójść drogą, która nie była tą wymarzoną i upragnioną. Dziś wzruszająca historia porodów Aliny.

Na to, żeby urodzić swoje dziecko czekałam przez ostatnie prawie 9 lat. Od stycznia 2007 roku, gdy tylko dowiedziałam się, że jestem w ciąży z naszym pierwszym synem, czytałam te wszystkie entuzjastycznie nastawione do naturalnego porodu pozycje M. Odenta, I. Chołujowej, P. Agrawal… Opowieści o tym, jak poprzez poród dopełnia się w kobiecie kobiecość, jak doświadcza ona swojej mocy głęboko ukrytej…

Tak jasne było dla mnie, że chcę rodzić naturalnie, w wodzie, z mężem, że nie brałam w ogóle pod uwagę innej opcji.

Pierwszy poród przyniósł ogromne rozczarowanie – przede wszystkim sobą, swoim ciałem, ale też lekarzami i położnymi, procedurami szpitalnymi…

Był 40 tydzień zdrowej, książkowej, cudownej ciąży. Około 18, po kilku godzinach regularnych skurczy, pojechaliśmy do szpitala. Dziś wiem, że zbyt wcześnie. Po zrobieniu ktg przyjęta zostałam na patologię ciąży i rodziłam przez następne… 33 godziny. Przez całą noc skurcze były na tyle silne, że nie pozwoliły mi zostać w łóżku. Co kilka godzin badanie i wciąż ta sama informacja, że szyjka nie skraca się i nie rozwiera. Wydeptuję więc ścieżki na korytarzu, przysypiam na kilka minut pod ciepłym prysznicem, co silniejsze skurcze przeczekuję w kucki przy ławkach na korytarzu. O 8 rano pojawiają się mężowie pacjentek z patologii ciąży niosący im śniadania w reklamówkach. To głupio tak rodzić przy obcych, robi mi się nieswojo i jak tylko pojawia się i mój mąż – prosimy o przeniesienie na porodówkę.

O 10 rano, umęczona po całej nocy spędzonej na korytarzach oddziału patologii ciąży, wreszcie znajduję się na sali porodowej. Pięknej. Z wanną, piłką i drabinkami. Ale sprzęty to nie wszystko… Przypadkowa położna, której częściej nie ma niż jest, a jak jest to i tak niczego nie proponuje. W międzyczasie, w nocy jeszcze podczas któregoś badania, przebicie pęcherza (rzekomo przypadkowe), potem ze względu na zielone wody oksytocyna, jedna, druga, trzecia dawka… Podkręcone sztucznie skurcze, więc ból trudny do zniesienia, kiedy myślę, że już nie wytrzymam ani jednego skurczu więcej – proszę o znieczulenie. Wytrzymać muszę jeszcze przez godzinę, bo anestezjolog jest zajęty przy cięciu. Wpadam w trans – tracę poczucie czasu, jestem tylko bólem i oddechem, szczęście, że jest przy mnie mąż. Wkłucie w kręgosłup przyjmuję jak obietnicę zbawienia. Ogromna ulga, zasypiam od razu i śpię dwie godziny, tyle, ile działa środek przeciwbólowy. Budzą mnie kolejne skurcze, kolejne badanie przynosi dobre wieści – jest już 8-9 cm. Razem z pełnym rozwarciem pojawiają się nowe siły. Z radością przyjmuję do wiadomości zmianę położnych na dyżurze, i gdy w drzwiach pojawia się K., która znam ze szkoły rodzenia, myślę, że teraz już będzie dobrze i wreszcie urodzę. Niestety, skurcze II fazy nie przynoszą spodziewanego efektu. Podczas kolejnego badania najpierw położna, potem lekarz, wyczuwają ciemiączko dziecka. Pojawia się szybka decyzja o cc ze względu na złe wstawienie się dziecka – w karcie informacyjnej przeczytamy potem: „wysokie proste stanie główki”. Podczas cięcia jest ze mną mąż, trzyma mnie za rękę i płacze. On też jest wyczerpany i przestraszony. Tuż przed północą pojawia się nasz pierworodny – 3800 gramów, 56 cm, 10 pkt – piękny i zdrowy. Zakochuję się w nim od razu.

Od przyjęcia do szpitala minęło ponad 30 godzin, w trakcie których nic nie jadłam i niewiele piłam. Poza dwoma godzinami znieczulenia, również nie spałam. Dziś wiem, że poza prawdopodobnie niepotrzebnym łańcuchem interwencji medycznych, byłam również po prostu zbyt zmęczona, by móc spokojnie urodzić dość duże, jak na moje możliwości, dziecko.

Bardzo żałowałam, że wtedy nie było nas stać na prywatną położną, bo w ciągu półtorej doby przewinęło się wokół nas tyle osób, że chaos i zamieszanie były ogromne. Sam wyjazd na cięcie tak nagły, nerwowy i niespodziewany, że zostawił ślad traumy do dziś.

Długo nie mogłam do siebie dojść, pozbyć się poczucia porażki i winy, że nie dałam rady urodzić własnego dziecka, że musiano je ze mnie „wydobywać”, jak uroczo określa to terminologia medyczna.

Z drugim cc poradziłam sobie lepiej, świadomość, że przy tak cienkiej bliźnie (w badaniu usg w 37 tygodniu – 0,8 mm) nie dostanę pozwolenia na poród sn, pomogła pogodzić się z tym. To w ogóle była ciąża cudem donoszona, od 24 tygodnia z powodu niewydolności cieśniowo-szyjkowej w szpitalu wyleżana. Zgodziłabym się wtedy na wszystko, byle by nasz syn był już z nami, cały i zdrowy. Szczególnie, że cztery poprzednie ciąże straciliśmy… Odpuściłam myśl o porodzie naturalnym.

Żal pojawił się jednak, gdy dowiedziałam się od swojej lekarki wykonującej cc, że blizna była w porządku, że spokojnie mogłam próbować rodzić sn. Może jednak czasem lepiej nie wiedzieć?

Nie planowaliśmy trzeciego dziecka. Samo do nas przyszło. I od razu słowa przyjaciółki-douli „może po to przyszło?”…

Bardzo dobrze było mi z tą myślą, że to dziecko być może właśnie m.in. po to do nas przyszło, bym mogła doświadczyć porodu, poczuć tę siłę, moc kobiecości, w inny sposób niedostępną, narodzić się niejako na nowo ze swoim dzieckiem, uleczyć w poczuciu swojej kobiecości to, co przez lata pozostało nieuleczone.

Tak, teraz miało być inaczej.

I wszystko wskazywało na to, że będzie: „dobra” blizna (a przynajmniej jej ocena na usg), utrzymana w ryzach dietą cukrzyca ciążowa i dobra waga dziecka, dzielnie trzymająca szyjka, umówiona doświadczona, odważna położna i przyjaciółka – doula, najlepszy w mieście szpital i ja w dobrej formie. Czego chcieć więcej?

I zaczęło się pięknie – akcja sama się rozkręciła, przy regularnych skurczach co 3 minuty byliśmy w szpitalu, gdzie czekała już na nas nasza położna i cudownie się nami zajęła. I przez następne kilkanaście godzin też było pięknie. Bo rodziłam. A wokół siebie miałam dwie wspaniałe kobiety i męża.

Na izbie przyjęć chwila wahania – zostać czy iść jeszcze na spacer lub kolację? Skurcze zapisują się na ktg, w badaniu rozwarcie na 2 cm, pierwsza myśl – idziemy na kolację. Ponieważ jednak szpital jest przepełniony i istnieje ryzyko, że za kilka godzin nie będzie miejsca, podejmujemy decyzję, że zostajemy i czekamy na salę porodową.

Skurcze są jeszcze przyjemne, sala jest piękna i świetnie wyposażona, położna i doula dbają o to by było mi wygodnie i by jak najmniej bolało. Skaczę na piłce, masuję sutki, oddycham, rozmawiamy, słuchamy muzyki, żartujemy. Jest cudnie. Męża wysyłam do kina i przez kilka godzin doświadczam porodu z samymi kobietami. Bajka.

Niestety, historia zaczyna się powtarzać…

Najpierw pojawia się spadek tętna u młodego. Dość głęboki. Widzę, że położna jest mocno wystraszona. Ja zaczynam się bać natychmiastowej cesarki. Rozmawiamy z młodym, głaszczę brzuch, oddycham głębiej i ufff, w końcu tętno wraca do normy. Ale ja już przez najbliższych kilka godzin zostanę podpięta pod ktg – przenośne niestety nie działa.

Około 1 w nocy pojawia się propozycja przebicia pęcherza albo podania oksytocyny, bo szyjka stoi na rozwarciu 2 cm od ponad 8 godzin. Nie chcę się zgodzić ani na jedno ani na drugie, mając w pamięci pierwszy poród. Położna naciska, a ponieważ jest to jedna z bardziej pro sn położnych w tym mieście, to ufam, że ma ku temu powody. Wybieramy pęcherz. Czuję ciepło odpływających wód, na szczęście są czyste. Skurcze stają się bardziej bolesne ale i efektywne. Przez jakiś czas pomaga ciepła woda w wannie. Kiedy nie mogę już znaleźć da siebie dobrej pozycji a skurcze stają się trudne do zniesienia, proszę o znieczulenie. Wiem, że potrzebuję odpoczynku, muszę się przespać by mieć siłę na II fazę. Zasypiam jak tylko przestaję czuć ból. W trakcie dwóch godzin dochodzimy do pełnego rozwarcia. Zaczyna się II faza, skurcze są zaskakująco i niepokojąco bolesne. I równie nieefektywne. Z każdym kolejnym skurczem ból jest coraz większy, czuję, że coś jest nie tak. W pozycjach wertykalnych nie mam już szans – kładę się na łóżku, na boku, tak jest trochę łatwiej. Położna nie odstępuje już nas na krok. Krzyczę już na każdym skurczu. Przerwy miedzy nimi nie dają wytchnienia, bo zaczynam zamykać się i bać kolejnej nadchodzącej fali bólu. Uczucie rozrywania jest tak przepotężne, że tracę rozeznanie, proszę doulę, która trzyma mnie za rękę by zamieniła się z moim mężem. Wolę jemu miażdżyć dłoń.

Niestety nie pojawiają się parte, dziecko nie schodzi w kanał rodny, pojawia się wątpliwość czy to się uda, bo macica nie pracuje tak, jak powinna, to znaczy nie spycha dziecka w dół. Ból nie do zniesienia, nie mogą podać drugiej dawki znieczulenia, bo się boją o bliznę. Gdzieś w środku siebie wiem, czuję, że mimo ogromnej chęci i determinacji nie dam rady. Po prawie półtorej godzinie trwania II fazy porodu lekarze i położna decydują o cc. Jestem w takim stanie, że jest mi wszystko jedno, byle by tylko już nie czuć kolejnej rozrywającej mnie na strzępy fali bólu.

Podczas cięcia jest ze mną „moja” położna, trzyma mnie za rękę, patrzy mi w oczy i mówi co się dzieje. To sprawia, że czuję się bezpieczna. Jestem jej za to ogromnie wdzięczna. Po odpępnieniu i zbadaniu synka przytula mi go do policzka a potem zanosi do męża, który go na gołej klacie kanguruje. Po przewiezieniu na salę pooperacyjną pomaga nam się karmić. Młody pięknie ssie. Jest już ze mną cały czas a personel pomaga we wszystkim w czym potrzeba. To była cesarka po ludzku.

Byłam już tak blisko. Rodziłam przez 15 godzin. I nie urodziłam. Znowu.

Młody, jak się okazało, zamiast 3600 ważył 4420 gramów. Położna stwierdziła, że choćby z tego powodu nie miał szans urodzić się sn. I całe szczęście, że się nie wstawiał, bo gdyby utknął w kanale rodnym, to moglibyśmy mieć większe problemy. A gdyby badania usg pokazały realną wagę dziecka to nie dostałabym zgody na vba2c.

Pocieszyło mnie to tylko trochę. Znów pojawiły się myśli, że to ja zwiodłam, że moje ciało nie dało rady urodzić naszego dziecka. I mnóstwo żalu, bo miało być tak pięknie. A zamiast tego po raz kolejny zostałam z syndromem niedokończonego zadania. I bolesną świadomością, że tego zadania już najprawdopodobniej nigdy nie dokończę.

Potrzebowałam kilku tygodni by wypłakać się i oczyścić. W tym czasie pojawiały się fale żalu, złości, smutku i rozgoryczenia. I wciąż wracały pytania i wątpliwości: „a gdyby…”, „a może trzeba było…”, „a może powinnam…” itp. Itd. Wciąż na nowo przeżywałam poród we śnie, co noc wracałam na porodówkę szukając innego zakończenia tej historii.

Kilka razy upewniałam się w trakcie rozmowy z położną, że zrobiłyśmy wszystko co można było. Zamęczałam też pytaniami męża. Bywało, że zaraz po rozmowie wątpliwości wracały. W końcu postanowiłam zaufać temu co słyszę. I sobie, swojemu ciału, które zrobiło co mogło. A gdy już nie mogło, to dało znać, że potrzebne jest inne rozwiązanie.

Nie żałuję, że próbowałam.

Żałuję, że się nie udało.

Ale mam nadzieję, że za jakiś czas pamiętać będę głównie to, że przecież przez kilkanaście godzin było tak pięknie.

Trzymajcie za to, proszę, kciuki.

Mama trzech synów z okolic Warszawy.

„Skąd się u Pani wzieła taka mądrość?” (Warszawa)

15 dni po terminie, mimo okresowej tachykardii w zapisie KTG, z pomocą cewnika Foleya i 2 dawek oksytocyny, mimo odejścia zielonych wód płodowych podczas akcji porodowej – szczęśliwy VBAC – z wiarą, że się uda, z dużą świadomością po stronie rodziców, ze spokojnym wsparciem personelu, bez popędzania i straszenia. Oto inspirująca historia porodu Anny:

Moją historia rozpoczyna się w czerwcu 2013 roku, kiedy to na świat przyszedł mój syn Szymon. Od początku było wiadomo, że będzie on dużym chłopcem – wyprzedzał wszystkie terminy i wymiary o 2-3 tygodnie. Byłam przygotowana na wcześniejszy poród, ale niestety nic na niego nie zapowiadało.. Gdy minął 7 dzień od terminu postanowiono zostawić mnie już do końca na oddziale patologii ciąży. Przyjęto mnie w piątek, bezczynnie i bezowocnie przeleżałam weekend. W poniedziałek wykonano powtórnie wszystkie badania i podjęto wstepną decyzję – „Syn jest za duży, by urodziła go Pani sama”. Dodatkowo było już 10 dni po terminie, no więc trzeba ciąć. Wtedy stchórzyłam i zgodziłam się na cc. Teraz poczekałabym chociaż do pierwszych oznak porodu. I tak po 11 dniach od terminu na zimno przyszedł na świat Szymon – 4804g/63cm szczęścia. Dostał 9/10 w skali Apgar – przez cc nie mógł się rozprężyć i miał kłopoty z oddychaniem. Zabrano go na OIOM noworodkowy gdzie saturacja wykazywała ok. 60%. Ja mogłam zobaczyć syna dopiero po 24h gdy było już lepiej. Wtedy też mogłam go pierwszy raz nakarmić (wcześniej bez mojej zgody karmiony był mm). Już wtedy wiedziałam, że będę robić wszystko, by drugie dziecko przyszło na świat siłami natury i nie powtórzyła się ta sytuacja. Mimo, że nastepnego dnia po cc czułam się już całkiem nieźle, nie chciałam przeżywać tego drugi raz.

Gdy w styczniu tego roku dowiedzieliśmy się z mężem, że po raz drugi zostaniemy rodzicami, bardzo się ucieszyliśmy :) Moja ciąża przebiegała bardzo podobnie do pierwszej – przynajmniej na początku. Tym razem byłam od początku nastawiona na poród siłami natury. Wszystko szło zgodnie z planem. Malutka od początku rosła książkowo a terminy porodu z OM i USG różniły się zaledwie o 4 dni, więc żadna różnica :) Wiedziałam, że w związku z tym żadne cc nie wchodzi w grę. Mimo to kazano mi zgłosić się na kwalifikację do porodu siłami natury do ordynatora szpitala, w którym zamierzałam rodzić. Pan doktor był jak najbardziej za moją próbą vbac – „Córka nie jest duża, jeżeli Pani chce proszę próbować – cesarkę zawsze zdąrzymy zrobić”. Te słowa bardzo podniosły mnie na duchu :) Około 36tc podczas rutynowego badania USG okazało się, że Młoda ma za mały brzuszek w stosunku do reszty ciała – podejrzewano hipotrofię i kazano powtórzyć badanie za tydzień. Na szczęście po tygodniu wszystko się unormowało i nie groziło nam cc.

I tak rosłyśmy sobie kolejne tygodnie (znaczy córka rosła, bo ja nie przytyłam w ciąży ani kilograma :P) aż przyszedł termin porodu. Do tego czasu chodziłam na badania KTG, które wskazywały, że wszystko jest w porzadku. Gdy minął tydzień od terminu OM po raz pierwszy kazano mi się zgłosić na oddział patologii ciąży.. O nie, nie.. nie położyłam się, po co? Skoro wszystko jest OK, mogę równie dobrze przyjeżdżać na KTG z domu i czekać na rozwój akcji a nie leżeć bezczynnie na oddziale. Tak też było, KTG co dwa dni. Wyniki zaczynały być coraz gorsze, prawie za każdym razem na badaniu Młoda szalała – tętno wskazywało 160-180 ud/min. Postanowiono, że tym razem bezpieczniej będzie jeżeli już się położę na oddział i będę pod stałym „monitoringiem”. Była niedziela – 12 dni po terminie OM (8 z USG). Ja oczywiście dalej nie chciałam nawet słyszeć o cc. Na patologii znów KTG i znów tachykardia – decyzja: jedziemy na porodówkę poobserwować. Spędziłam noc na sali porodowej podpięta pod KTG – przerwy na siusiu, co ok. 3godziny. Dalej tachykardia. „Może Pani iść na górę po najpotrzebniejsze rzeczy, do rana tu zostajemy”.

Cały czas pisałam z Mężem i relacjonowałam mu co się dzieje, by w razie czego mógł przyjechać. Martwiły mnie te wyniki KTG, jednak co jakiś czas Młoda uspokajała się i zapis był prawidłowy – byłam więc pewna, że po prostu przeżywa ze mną nową sytuację, w której się znalazłyśmy. W poniedziałek rano zapadła decyzja, że wynik obserwacji jest na tyle dobry, że mogę wracać na patologię na obchód. Tu pojawiła się jedyna położna, która była na tyle „miła” i chciała mi ulżyć w cierpieniach proponując cc – „oo duże ryzyko, nic się nie dzieje, ja bym poprosiła na Pani miejscu o cięcie..” Tak, tak.. nie po to walczymy tyle czasu, by się teraz tak po prostu poddać. Na szczęście to była jedyna osoba, która chciała zrujnować moje plany o udanym vbacu.

Na obchodzie na patologii pojawił się mój ukochany ordynator, który kwalifikował mnie do porodu SN. Wyniki morfologii się polepszyły (całe dwie ciąze miałam anemię), więc jeżeli nadal chcę próbować rodzić sama, to powoli spróbujemy się przygotować. Mamy jeszcze chwilę czasu do soboty (wtedy mijały 2 tyg. od terminu USG – taki trochę deadline, ale ordynator nie użył słowa „cesarka”). Przygotujmy szyjkę cewnikiem.

I tak o 14 założono mi cewnik Foleya (zero rozwarcia, szyjka twarda, długa na 2,5cm). Niezbyt przyjemne doświadczenie rurki między nogami, ale czego się nie robi dla dziecka :) Pojawiły się skurcze – dość bolesne, ale do wytrzymania i nieregularne – no ale zawsze to coś. Odszedł czop. Na KTG dalej co jakiś czas tachykardia, ale już z przewagą dobrego zapisu. Noc przespałam. Rano o 9 następnego dnia (wtorek – 6.10) zdjęto cewnik. Szyjka dalej długa, ale już mięciutka i rozwarcie na (naciągane) 2 palce – więc cewnik spełnił swą funkcję – przygotował szyjkę na indukcję oksytocyną.

Zadzwoniłam po Męża – „Przyjeżdzaj na porodówkę, będziemy indukować”. O 14 zeszłam na dół na porodówkę, gdzie miła Pani położna przywitała mnie słowami: „Oo Pani z 10.10, córka na pewno czeka do Pani urodzin i chce Pani zrobić prezent :)”. Dostałam salę i czekałam na Męża. Ten po drodze zabrał wszystkie moje i córy rzeczy z patologii – „Już tam Pani nie wróci – wymęczymy Was do końca ;)”.

O 16 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. Miałam być podłączona na 6 godzin na razie i zobaczymy co dalej. Mój organizm od początku pięknie reagował, nawet na najmniejszą dawkę – pojawiły się skurcze, jeszcze nie jakieś super bolesne, ale rozwarcie nie specjalnie rosło. Cały czas był ze mną Mąż, cały czas słuchaliśmy muzyki i na skurczach śpiewaliśmy – było wesoło i na luzie. Swoją drogą szanty i piosenki dziecięce są bardzo fajne do śpiewania zamiast krzyczenia na skurczach 😉 Bardzo też pomagało skakanie na piłce na skurczach – które już były coraz bardziej bolesne. O 23 odłączono oksytocynę – skurcze dalej były, więc super – coś tam się jednak dzieje. Rozwarcie – ledwie na 3 palce i to tak na ścisk. Decyzja: odpoczywamy i zobaczymy co będzie rano. W nocy dalej skurcze, ale mniej regularne i trochę cichły. Udało mi się przespać i zregenerować siły. Mąż spał na podłodze – on się bardziej nie wyspał niż ja. Rano skurcze już nieznaczne. Przyniesiono śniadanie, ale nie pozwolono mi go jeść do obchodu. O ósmej obchód. „Co robimy?” – „Dajemy drugą dawkę oxy, przebijamy pęcherz (po 6h), ja biorę Panią, trochę ją zmęczę, poćwiczymy i niech rodzi” – powiedziała z uśmiechem położna. „No dobra do północy Pani urodzi :)”. Gdy wyszli położna ze mną została, kazała się umyć, zjeść śniadanko i jak będę gotowa to dać znać to zaczniemy działać.

O 9 podłączyła mi drugą dawkę oksytocyny. Od początku skurcze były bardziej bolesne niż wcześniej (to dobry znak – pomyślałam), nawet piłka przestała dawać ulgę. Ale jeszcze szło wytrzymać. Na KTG zapis w miarę prawidłowy i regularne skurcze :) Uda się! O 11 przyszła położna, sprawdzić co tam u nas słychać z rozwarciem. Położyłam się na łóżku i trach! – „to chyba wody?” – „no chyba tak, zielone ale to nic, kobiety, które rodzą w 38tc też nieraz takie mają – jest OK :)” Rozwarcie: takie słuszne 4 cm. Więc coś się dzieje :) Jeszcze wytrzymałam z pół godziny skurczy i poprosiłam Męża, by zamówił mi znieczulenie. Przyszła Pani anestezjolog, zrobiła obszerny wywiad (wyśpiewałam Pani odpowiedzi na pytania do piosenki „Mam tę moc” :P) i podała znieczulenie (brr okropność ale za to jaka ulga). Poleżałam sobie troszkę i odpoczełam – nic mnie nie bolało a rozwarcie rosło :) Przyszła Pani położna – „Jak będzie Pani czuła parcie, proszę wołać”. OK.

Nie minęło 5 minut jak krzyczałam do Męża, by wołał Panią Wiolę. „To co, rodzimy? Lekarz powiedział, że do której Pani urodzi? Do północy? To działamy”. Kazała podnieść nogę do góry i spróbować przeć. Taaa gdybym jeszcze wiedziała jak 😛 „To ma być parcie, chyba na prawdę chcesz urodzić o północy” – powiedziała mi z uśmiechem :) Wytłumaczyła mi jak prawidłowo to robić. Mąż cały czas głaskał mnie po głowie i wspierał. „Już chwilkę, widzę już głowę :) zaraz będzie po wszystkim”. Krzyczałam głośno – to było silniejsze ode mnie i jednocześnie bardzo mi pomagało. „Nie dam rady! Nie prawda! Dam radę!!!” 20 minut skurczy partych i Olga wylądowała na moich piersiach :) Okazało się, że była dwukrotnie owinięta pępowiną wokół szyi – stąd tachykardia. Cały ból odszedł, pojawiły się łzy radości – u mnie i u Męża. UDAŁO SIĘ! Druga najszczęśliwsza chwila w moim życiu (po narodzinach syna). Tuliliśmy się we trójkę :) Pani doktor, która była przy porodzie, w tym czasie podała mi małą dawkę oksytocyny bym urodziła łożysko, ale Pani Wiola w tym czasie zgrabnie je wyciagnęła, ku jej zdziwieniu 😛 Po zszyciu mnie (delikatnie pękła mi warga – położna pięknie ochroniła mi krocze – „nie lubię szyć, to nie nacinam :)”) wszyscy wyszli i zostawili nas samych na dobre dwie godzinki :)

an

Przystawiłam córę do piersi – no pięknie się przyssała :) Cudowne uczucie :) Zostałam przez córę ochrzczona na dzień dobry – i siusiu i smółka wylądowała na moim brzuchu, ale i tak było mi nieziemsko :) Po dwóch godzinach przyszła Pani Wiola – podmyła Olgę, zważyła i pomierzyła. Nie taka malutka – 3695g, 56 cm. 9 (a ostatecznie 10) punktów w skali Apgar (za siną skórę na początku).

olga

Dostaliśmy jeszcze chwilę, by się ogarnąć po wszystkim, po czym pojechaliśmy na oddział położniczy :) Na odchodne otrzymałam gratulacje od położnych, które były ze mną przez te dni, a od Pani Wioli pytanie: „Skąd się u Pani wzięła taka mądrość, większość kobiet już dawno wybrałaby cc?”. Nie umiałam jej odpowiedzieć, dla mnie to było tak oczywiste, że urodzę Olgę naturalnie, że nie dopuszczałam w ogóle innej opcji. „Gratuluję Pani Aniu, mądra z Pani kobieta”. Poczułam się bardzo dumna z siebie i Męża. Gdyby nie on byłoby mi na pewno trudniej znieść poród.

Na mój udany vbac złożyło się kilka czynników: po pierwsze wiara w to, że się uda – nie można się poddać i zwątpić; po drugie: wsparcie ukochanej osoby i po trzecie: przychylny personel. W moim przypadku te czynniki okazały się najważniejsze, jednak jak wiadomo każdy poród jest inny, czasami wystarczy po prostu szczęście.

Olga urodziła się 7.10 o g. 13:43 po 15 dniach od terminu OM. Nie doczekała do mamusinych urodzin 10.10, ale i tak jest najcudowniejszym prezentem jaki mogłam dostać od losu. Warto było na nią tyle czekać :)

olg2

Adaś – Lipcowa Niespodzianka (Łódź)

Radość i poczucie spełnienia, które przeważają każdy ból i trud. Oto co kobiecie daje szczęśliwy poród (VBAC w szczególności). Zapraszam do lektury historii Igi:

 

20 lipca 2015 roku przyszedł na świat Adaś – nasza lipcowa niespodzianka. Miał się urodzić pod koniec sierpnia, 5 tygodni później. W ciąży nic nie wskazywało na to, że synek zawita do nas w środku wakacji, wręcz byłam zaskoczona miękkością swojego brzucha, który w poprzedniej ciąży przez cały czas był twardy jak kamień – i ponieważ pierwszy synek urodził się 3 tygodnie wcześniej, zakładałam, że ten na pewno posiedzi dłużej w moim brzuchu.

No właśnie – środek wakacji. Piękne lato. Już kilka miesięcy wcześniej planowaliśmy, że skorzystamy z jego uroków w początkach lipca i jako harcerska rodzina z krwi i kości pojedziemy na obóz. Niedługo przed wyjazdem wizyta kontrolna, USG i zielone światło – lekarz nie widział przeciwwskazań do wyjazdu. W tamtym czasie mój miękki brzuch trochę zaczął mi twardnieć co jakiś czas, ale lekarz zalecił magnez, a ja też tym się mocno nie przejęłam – no przecież macica musi ćwiczyć.

Ne wiem czemu, ale pierwszym i najważniejszym krokiem przed wyjazdem nie było spakowane całej naszej trójki (to w drugiej kolejności), ale naszykowanie wyprawki dla najmłodszego. To był mój warunek numer jeden – nie jedziemy, póki wszystko nie będzie gotowe. I tak wyprałam wszystkie ciuszki, trochę dokupiłam, umyłam wózek, fotelik… Na „po powrocie” zostało parę drobiazgów.

Pojechaliśmy. Las, jezioro, brak prądu i bieżącej wody, namioty… Raj! Raj dla mnie, dla męża i dla dwulatka. Byłam bardzo szczęśliwa, że się udało i że będzie nam dane spędzić choć ułamek lata w takich okolicznościach. Tylko twardnienia brzucha coraz częstsze i silniejsze – aż czułam, ze powinnam przystopować i siedzieć. Faszerowałam się więc magnezem i kiedy mogłam to siadałam – ale kto ma dwulatka w domu wie, jak często można sobie na to pozwolić 😉

Drugiego dnia pobytu poszliśmy wieczorem nad jezioro. Dzień był upalny, wieczór ciepły, więc taka wieczorna kąpiel w sam raz, rozkosz… W drodze powrotnej dopadły mnie jakieś bolesne kopniaki w dole brzucha – no aż się musiałam zginać pół (swoją drogą – jakie kopniaki w dole?! – całą niemal ciążę drżałam o ułożenie malucha, bo poprzedni ułożył się pośladkowo, czym zmusił mnie do cc, no ale tym razem USG w 30 tygodniu pokazało jednoznacznie, że głowa w dole…). Doszliśmy jakoś do obozu, zdejmuję z siebie mokry kostium, a tam plama czerwonej krwi…! Serce zabiło, ubrałam się, idę do męża i mówię, ze jedziemy do szpitala. On nie mniej przerażony ode mnie zapakował tylko starszego, chwycił jakiś chleb i pojechaliśmy. Całe szczęście przed wyjazdem na obóz sprawdziłam szpitale w okolicy – promieniu 40km same z I stopniem referencyjności, więc jak bym miała rodzić wcześniaka, to lepiej w Poznaniu. No ale założyłam, że nie rodzę, więc pojechaliśmy do małego szpitala w okolicy. Spędziłam tam dwa tygodnie podpięta cały czas do pompy z lekami, które miały zatrzymać skurcze (bo moje twardnienia okazały się być skurczami o wartościach dochodzących momentami do 99 – więcej tamtejsze KTG nie pokazywało). I to była taka ironia losu – leżałam na sali z dziewczynami po terminie, które modliły się o skurcze – a ja się modliłam, żeby ich nie było.

USG przy przyjęciu pokazało, że mały się obrócił jednak pupą w dół i to mnie zdołowało chyba najbardziej w tej sytuacji, bo rozwiewało moje marzenia o sn… Robiłam sobie jednak nadzieje, bo miałam wrażenie, ze czuję nogi ciągle w innych miejscach – i faktycznie – USG przy wypisie znowu pokazało głowę w dole Ale ponieważ jeszcze na tym etapie takie akrobacje miały miejsce u mnie w brzuchu, postanowiłam nie przyzwyczajać się do tej myśli i uznałam, że najistotniejsze jest i tak to, jak część ciała będzie w dole w momencie porodu, nie teraz.

Kiedy wychodziłam ze szpitala, leki już nie pomagały. Ale wyszłam, bo szpital nie mógł dłużej mnie trzymać ze względu na swój stopień referencyjności. Powinni mnie przewieźć do szpitala z wyższym stopniem, ale my woleliśmy wrócić już do Łodzi, tym bardziej, że kolejnego dnia miałam wizytę kwalifikacyjną w szpitalu, w którym chciałam rodzić. To była niedziela. W czasie drogi moje twardnienia były podejrzanie regularne i częste, ale cały czas niebolesne. Mężowi nic nie mówiłam, a sama ukradkiem starałam się wyszperać, co internet mówi o czyms takim 😉 Towarzyszyły mi skrajne odczucia – byłam pewna że dotrwam do wizyty kwalifikacyjnej, ale nie wiedziałam, jak długo potem – czy to będzie tydzień, czy dwa, czy jednak przenoszę.

Dojechaliśmy późnym wieczorem. W domu twardnienia cały czas silne, częste i dość regularne, ale nadal niebolesne. Stwierdziłam, że nie będę już patrzeć na zegarek – idę spać, porodu nie prześpię. Byle do rana i do wizyty.

5 rano. Z radością spostrzegłam, że jest już widno, a ja nadal nie urodziłam :) Poszłam do toalety, twardnienia jak były, tak były nadal. Ale ok – mam je od dwóch tygodni i nic, także luz. Wróciłam do łóżka i w łóżku – PYK – pękł pęcherz i poczułam ciepłe wypływające wody, a wraz z nimi już bolesne skurcze, których regularności nawet nie chciało mi się liczyć. 5 godzin do wizyty. Dokładnie jak ze starszym, który wywinął mi ten sam numer i pozbył się basenu kilka godzin za wcześnie.

Dokładnie jak ze starszym lub zupełnie inaczej – wtedy pojechaliśmy do szpitala wiedząc, ze zaraz trafię na stół. Trafiliśmy w takie miejsce, w którym cesarskie cięcie było dalekie od porodu po ludzku. Wiktor po operacji trafił na 12h na salę noworodków i był karmiony butelką. Ja 12h spędziłam na sali pooperacyjnej. Mąż nie miał wstępu ani do mnie, ani do dziecka. Takie procedury.

Tym razem wybraliśmy inny szpital. Zebraliśmy się dosyć szybko, bo jednak wcześniak, a ja miałam w głowie poprzedni poród i to, że po odejściu wód na izbie przyjęć były już 4cm. Przyjechaliśmy około 6:30. Jechałam z uśmiechem na twarzy, bo czułam, że mały jest nadal głową w dół i że mam szansę na swój vbac, o którym tak marzę… Na izbie 2cm rozwarcia, co mnie trochę rozczarowało – jakoś liczyłam na więcej 😉 i lekarz, który spojrzał na mnie i z krytyczną miną powiedział – pani jest po cięciu i chce rodzić wcześniaka siłami natury?! Później dowiedział się, że byłam w szpitalu, gdzie mały dostał sterydy na rozwój płuc i zrobił mi USG, na którym z pomiarów wyszła mu waga 3100g. Pytał się czy na pewno się nie pomyliłam z datą ostatniej miesiączki i chyba uznał, że tak właśnie jest, mimo że powiedziałam mu, że znam dokładną datę owulacji 😉 W każdym razie po tym wszystkim zapadła decyzja – na porodówkę!

Porodówka była świeżo wyremontowana – oddana do użytku w marcu tego roku. Ale nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Trafiliśmy do takiej przejściowej sali, gdzie kręciło się mnóstwo osób, cały czas ktoś był. Zaznać intymności pomagała nam malutka łazienka. Sprzętów niewiele – tylko piłka i worek i w sumie mało przestrzeni do używania tego. No i ci ludzie, wszędzie ludzie. Do tego położna badająca mnie na skurczu tak boleśnie, że krzyczałam. A ona stwierdziła, że bez przesady, że przecież tam dziecko ma się zmieścić!

Było chwilę przed 7 i zaraz nadeszła nowa zmiana, a wraz z nią jakby nowy etap tego porodu. Jakoś odnaleźliśmy się w tej porodówkowej przestrzeni, a nowa położna była ciepła i sympatyczna. Dużo czasu spędzaliśmy w łazience, a poza nią zwisałam na wszystkich możliwych meblach i trochę skakałam na piłce. Tylko z ludźmi sobie nie poradziłam, ale oni jakoś z każdym centymetrem rozwarcia coraz mniej mi przeszkadzali 😉 Przed porodem czytałam o tym, jak przeżywać skurcze, żeby z każdym się otwierać i nie myśleć o nim jako o udręce tylko drodze do nowego życia. Piękne, ale gdzie tam… 😉 Naprawdę bardzo się starałam, ale i tak ból był nie do zniesienia. Im dalej w las, tym częściej miałam myśli – Boże, ja chce cc, ale niech to się już skończy! Nie wiem która była godzina, kiedy miałam kolejne badanie, ale było wtedy już 7cm. Z jednej strony byłam szczęśliwa, ze tak ładnie poszło do przodu, a z drugiej strony miałam w głowie słynny kryzys siódmego centymetra. Położyli mnie pod KTG, o zgrozo… Nic im z tego KTG nie wyszło, skurcze się nie pisały, a ja tak próbując leżeć poczułam, że dopadły mnie skurcze parte… wow, to już! Nie wiem czemu położna nie chciała mnie posadzić, ale zrozumiałam, że wolała jeszcze tą fazę przedłużyć. Ale po chwili podwyższyła mi oparcie w łóżku i wylądowałam w pozycji kucająco-siedzącej, zapierając się nogami o takie wałeczki – i ta pozycja była genialna. Położna pozwoliła mi dotknąć nadchodzącej główki. Była jak bałtycka meduza, miałam wrażenie, że jest miękka 😉 Mąż siedział obok, a ja przy skurczu wyszarpywałam mu włosy Darłam się potwornie, mąż później stwierdził, że jak tur (skąd on wie jak tur się drze?!), bo położna ukierunkowała mój wrzask w dół, kazała wydawać niskie dźwięki, więc robiłam co mogłam 😉

Nie wiem ile było partych, ale z książeczki dowiedziałam się, że trwało to 20 minut. Na jednym partym wyskoczyła główka i dopiero wtedy wiedziałam, że się udało, że już nie będzie odwrotu, że spełniłam swoje największe marzenie. Na kolejnym partym wyszło całe ciałko, które takie ciepłe i aksamitne wylądowało u mnie na brzuchu. Była 10:10. 2 lata, 4 miesiące i 8 dni po cc urodziłam drogami i siłami natury, bez znieczulenia, bez nacięcia. Jedyne co mi przechodziło wtedy przez myśl, to że to niemożliwe i powtarzałam to w kółko. Poczekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić i mąż ją przeciął. Później na chwile mnie uśpili, żeby sprawdzić stan blizny po cc. Tuliliśmy się przez kolejne 2 godziny.

iga

Adasia „wycenili” na 36/37 tydzień, dostał 9 punktów, choć początkowo powiedzieli nam, że 10. Ważył 2600g, mierzył 50cm. Nie był traktowany jako wcześniak.

20150722_183524

Poród naturalny był dla mnie drogą przez mękę, walką z niewyobrażalnym bólem, nieporównywalnym z niczym innym. I… nie oddałabym tego za nic. To było spełnienie mojej kobiecości, największego mojego zadania, leżącego u samych podstaw natury. Wspaniałe metafizyczne przeżycie, rytuał przejścia, danie nowego życia nowemu człowiekowi.

20150731_054317