Archive | Marzec 2016

Mam poczucie wygranej (Mysłowice)

Moc i piękno rodzenia, niesamowitość kobiecej natury, ogromna samoświadomość, pełna decyzyjność i podmiotowość. Usznowana świętość aktu narodzin. Wsparcie. Poród przez duże P. Oto opowieść Agaty o narodzinach jej córeczki Jagienki:

Poród może być wydarzeniem budującym, motywującym, transformującym. Może dawać siłę, wiarę, być pięknem. Może, ale nie musi. Wiele w tym równaniu zależy od nas, od naszej wiedzy, świadomości – zarówno świadomości realiów jak i świadomości własnych potrzeb, ciała. Mój pierwszy poród był równaniem pełnym strachu, przedmiotowości, nie przemyślenia realiów szpitalnych itd. Niby dużo czytałam, niby wiedziałam, ale tak naprawdę to było wielkie nic.

Prawie dwa lata macierzyństwa, w tym 9 miesiecy macierzyństwa w ciąży, wiele mnie nauczyły, zmieniły mnie, stworzyły nową kobietę. Nie bez znaczenia dla kolejnego porodu było też to, że zostałam doulą. Po cc postanowiłam rodzić naturalnie. Po trudnej ciąży pełnej różnych mniej lub bardziej uporczywych dolegliwości przyszedł ostatni miesiąc oczekiwania i mój plan rodzenia trzeba było trochę zmodyfikować. Wybrałam szpital w Zabrzu, a tam panowała kwarantanna ze względu na przypadki świńskiej grypy. Szpital odpadł. Zaczęlismy poszukiwania, trochę się miotałam przestałam czuć się pewnie. W końcu w Zabrzu była „moja lekarka“. I chyba tylko to, bo reszta mi trochę zgrzytała. Obgadywaliśmy sprawę z mężem, z moja mamą, z doulą – i to właśnie ona – Karolina wpadła na pomysł szpitala, w którym sama się urodziła. Mysłowice – szybki telefon do koleżanki, która przy szpitalu prowadzi szkołę rodzenia, potem wizyta kwalifikacyjna, na której totalnie zaufałam ordynatorowi. Bardzo rozsądny, spokojny człowiek – i z poczuciem humoru. W Mysłowicach jest tak jak powinno być, cudowna położna – Kasia Jamrozik, absolutnie respektowanie planu porodu i idei porodu rodzącej. Jest cicho, spokojnie, przytulnie, domowo. IDEALNIE.

Przejdźmy jednak do sedna. Przejdźmy do dnia, w którym Jagna się z nami przywitała.
Byłam już mocno zmęczona ciążą, doskwierały mi hormony i huśtawka nastrojów. Kiedy w poniedziałek siódmego marca na porannym badaniu Kasia powiedziała, że wszystko pozamykane, mała wysoko i że nie ma szans, byłam podłamana. To był 40 +2 tydzień ciąży. Pozostał mi tydzień do regulaminowej hospitalizacji. Po drodze do domu totalnie podłamana wypłakałam się w słuchawkę mojej douli i postanowiliśmy z mężem, że jedziemy na szoping. Coś mnie pobolewało, nawet mocno – bo prowadziłam auto i przez chwile rozważałam czy nie zamienić się z mężem. W domu czekała mama, akurat uśpiła starszego synka więc zalegliśmy z nim 😉 ale ja już nie zasnęłam. Zaczęły się intensywne bóle – pomyślałam, że może warto by pomierzyć, ale były co półotrej minuty więc uznałam, że to na pewno nie poród, bo za szybko. W między czasie zadzwoniłam do mojej douli i do położnej. Kazała czekać 2 godziny i zobaczyć czy się rozkręci. Rozkręciło się! Podróż do szpitala to była niezła przygoda…

A na miejscu – ktg – i badanie – 6 cm rozwarcia – rodzimy! Jakoś naturalnie, intuicyjnie weszłam w rytm skurczy – w przerwach wyciszałam się, wyłączałam myślenie, wpadałam w rodzaj transu, a w czasie skurczy potrzebowałam bliskości. Zresztą potrzebowałam jej non stop – nie chciałabym zostać nawet na sekundę sama, wtulałam się w męża z całych sił, był moją skałą…Karolina na zmianę z Bogdanem robili mi kontr ucisk, i tulili mnie, głaskali. W tle leciała moja ukochana Florence i to pamiętam dobrze. Że jak docierały do mnie dźwięki to cieszyłam się, że to akurat ona śpiewa i woła moja małą dziewczynkę na świat.

Skakałam na piłce, potem siedziałam trochę na toalecie, znów piłka – niestety mała nie schodziła, dlatego ciągle odraczaliśmy decyzję z wejściem do wanny. Marzył mi sie poród do wody. Położna Kasia zaproponowała pozycję na boku z nogą do góry – żeby zmotywować Jagnę do zejścia w kanał. W tej pozycji uzyskaliśmy pełne rozwarcie, a trochę wcześniej zaczęły odchodzić mi wody. W tej pozycji parło mi się ciężko, ale wiedziałam, że to ułatwi córce zejście niżej. Zmianę na pozycję kolankowo-łokciową potraktowałam jak zbawienie.

Gdzieś w połowie zrzuciłam z siebie ciuchy, chciałam być jak najbardziej tylko ja, bez zbędnych dodatków. Naprawdę czułam moc, czułam, że jestem w stanie urodzić tą małą istotkę, dawałam z siebie wszystko, ale z minuty na minutę, ze skurczu na skurcz czułam jak coraz bardziej oddalam się od tego początkowego rytmu i rytuału. Czułam, że coś dzieje się nie tak. Dokładnie po godzinie i 20 minutach skurczy partych zaczęliśmy rozmawiać o cesarce. Jagienka nadal tkwiła w tym samym miejscu. Mimo tej całej mojej gimnastyki i siły jaką wkładałam w parcie. Choć nie starałam sie przeć jakoś wymuszenie, raczej słuchałam ciała i robiłam tak jak ono mi kazało.
W momencie, w którym poczułam, że tracę nad tym wszystkim kontrolę zaczęłam sie też bać o małą, że nie wchodzi, że już długo…

Podjęłam decyzję o cięciu i jej nie żałuję. Jagna była tak zaklinowana,że podczas cc lekarze nie potrafili jej wyszarpać, nie urodziłabym jej, albo byłby to poród z dużymi przygodami.
Całokształt porodu był jednak taki jak chciałam, MÓJ. Lekarz nie wtrącał sie i nie było go w ogóle na porodówce, położna dbała o mnie, podpowiadała pozycje, które w danej sytuacji miały pomóc, badała, co jakis czas sprawdzała tętno dziecka. Ale nie było żadnej medykalizacji, nie byłam podpięta pod ktg, nie przyjęłam żadnych leków. Moim lekiem była obecnośc Douli Karoliny i mojego ukochanego męża.

Z tego wszystkiego najmniej budującym i trudnym momentem był czas oczekiwania na cięcie, kiedy wiedziałam, że skurcze nie przybliżają mnie już do niczego. Nadal bardzo bolało, a ja musiałam poprostu czekać. Na salę, na lekarzy. No i znieczulenie. Kiedy siedziałam na stole operacyjnym, z narzuconą na ciało zieloną szpitalną koszulką, targana skurczami, wtedu czułam sie naprawdę bezradna. Ale trafiła mi sie cudowna pielęgniarka, która trzymała mnie za ręce, patrzyła mi w oczy i mówiła do mnie. Dałam radę.

Potem ważny był tylko moment kiedy ta mała dziewczynka tuliła sie do mojego policzka i mój spokój, bo wiedziałam, że zaraz wyląduje w ciepłych i czułych ramionach swojego taty. Mieliśmy też rodzinną salę w szpitalu więc mąż został ze mną na całą nockę. No i zaraz kiedy mnie pozszywali zawieźli na salę i już miałam kruszynę przy piersi. Wszystko to na czym mi zależało zostało zrealizowane. Mała miała od razu po porodzie kontakt skóra do skóry i w pierwszej godzinie po porodzie już się karmiła.

Do wieczora była też z nami nasza doula. To niesamowite wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, że przestraszonego nieco męża ogarnie, że będzie też ze mną, pomoże przystawić dziecko do piersi. Sama jestem doulą, która nie rozpoczęła jeszcze swojej pracy, ale przekonałam się na własnej skórze jak niesamowicie istotny to element tej całej porodowej układanki. Szczególnie dla kogoś jak ja, kto jest człowiekiem bardzo standnym i ta wioska od pierwszych chwil była mi potrzebna.

7 marca o 19.20 na świat przyszła Jagna Krystyna, ważyła 4050 kg i mierzyła 59 cm.
Jest z nami już trzy tygodnie. Wywróciła mój świat do góry nogami tak samo jak zrobił to jej brat. Droga, jaka przyszła na świat nie jest taka sama, choć to też było cięcie. Jednak ja – dzięki swojemu dążeniu do vbacu, samoświadomości, dzięki temu, że czułam skurcze, że walczyłam jak lew o poród naturalny, że byłam na planecie poród przez tyle godzin, że poddałam się temu rytmowi, że odnalazłam w sobie wilczyce, pierwotna kobietę mam poczucie wygranej. Życze tego każdej kobiecie!

Cudowny vbac w Wałbrzychu :-)

Piękny opis porodu, pełnych przeciwności przygotowań do niego i wiele wartościowych przemyśleń – o determinacji połączonej z akceptacją tego co los może przynieść, o cierpliwości i pozytywnym nastawieniu w końcówce ciążowego oczekiwania, o słuchaniu siebie w porodzie i wyraźnym artykułowaniu swoich potrzeb. No i budująca postawa lekarzy i położnych:) Oto historia Moniki:

Nasza historia zaczyna się w 2011 roku, kiedy to zaszłam w pierwszą ciążę. Cieszyliśmy się z mężem ogromnie. W czasie ciąży leżałam w szpitalu na patologii ciąży 2 razy z powodu zapalenia żył powierzchniowych, 3 raz już w trakcie porodu. A ten zaczął się 26 grudnia. Po 15 zaczęły się sączyć wody płodowe. Na spokojnie poczekałam aż upiecze się druga świąteczna szarlotka – wyjątkowo w tamte święta mi smakowała i po 18 w podnieceniu, że się zaczęło, pojechaliśmy z mężem do szpitala. Rozwarcie było na palec i nic więcej. Akcja nie ruszyła… Oksytocyna w kroplówce, leżenie pod ktg, bóle krzyżowe, zzo o 4 nad ranem – tak w skrócie wyglądał ten poród. Chwilę później zaczęły się skoki i spadki tętna synka. Ok 6 z min łaskawie przyszedł lekarz, w czasie badania wypłynęła smółka. Decyzja – trzeba ciąć. O 6:26 synek przyszedł na świat, dostał 8pkt w skali Apgar za napięcie mięśni, które w ciągu 5 min się nie poprawiło oraz za odruchy. Dochodziłam do siebie bardzo długo zarówno fizycznie jak i psychicznie. Drążyłam temat dlaczego tak się stało, co poszło nie tak… W czasie poszukiwań trafiłam na facebooku na grupę Poród Domowy oraz Naturalnie po cesarce. Grupy okazały się dla mnie ogromnym źródłem wiedzy i nadziei. Już wtedy wiedziałam ze drugie dziecko urodzę w domu oraz jakie są konsekwencje długoterminowe dla dzieci, które przyszły na świat przez cc. Czas mijał…

W drugą ciążę zaszłam w 2015 roku. Od początku byłam nastawiona na poród naturalny, oczywiście w domu. Znalazłam nawet położną, która zgodziła się do nas przyjechać z Wrocławia. Jednak na początku grudnia, gdy do niej zadzwoniłam oświadczyła, ze jednak nie przyjedzie. Załamałam się, bo został mi tylko szpital, do którego miałam wręcz wstręt, a wspomnienia z pierwszego porodu były dla mnie traumatyczne. Wymyśliłam ze jak nie dom to, chociaż położną do porodu w szpitalu – taka wynajęta. Poszłam więc do szpitala na dzień otwarty. Poznałam jedną położną, która wydała mi się ok. W czasie rozmowy okazało się, że po nowym roku będą roszady na oddziałach i ona jeszcze nie wie gdzie będzie pracować. Termin porodu miałam na 8.01.2016. Wróciłam do domu. Kolejne załamanie, złość i wielki żal. Nie rozumiałam dlaczego wszystko idzie nie tak… Przelałam morze łez. Zanim pogodziłam się z tym, że mój wymarzony poród nie odbędzie się wg mojego planu minęło trochę czasu. Zajęłam się przygotowaniami do świąt, szykowaniem miejsca dla drugiego synka. Zaraz po nowym roku skontaktowałam się z położną. Niestety została przeniesiona na patologię ciąży. Znów płakałam. Wtedy już poczułam, że nie daję rady, że świat jest przeciwko mnie. Zobaczyłam też, jak bardzo bałam się, że scenariusz z pierwszego porodu się powtórzy. Postanowiłam popracować nad lękiem przed kolejnym cięciem. Było to trudne, ale jak się okazało było warto i na taki poród się otworzyć. Pomogło. Pewnego wieczora poczułam zgodę na to, że los ma dla mnie niespodziankę. Wciąż nie chciałam cc, wciąż bardzo zależało mi na porodzie niezmedykalizowanym, ale już nie bałam się cc tak bardzo i dzięki temu byłam spokojniejsza.

Od 37 tygodnia przychodziły do mnie skurcze przepowiadające. Szyjka powolutku zaczęła się rozwierać od środka. Pamiętam, że jak na wizycie dr zrobił mi usg dopochwowe i zobaczyłam ten śliczny lejek z szyjki, łzy poleciały mi po policzkach. Coś się działo, powoli moje ciało zaczynało przygotowywać się do porodu. Z tygodnia na tydzień przepowiadacze były coraz silniejsze, a ja dzięki temu stopniowemu nasilaniu nauczyłam się je przyjmować z radością. W 38tc zmieniłam moje myślenie z „kiedy to się wreszcie zacznie” na „rodzę, powoli zaczynam rodzić, więc urodzę”. Cieszyłam się już wtedy z każdego skurczu, każdego bardzo wyczekiwałam, każdy dawał mi kolejną porcję nadziei. Jeśli dobrze pamiętam, ok tydzień przed terminem zaczął odchodzić czop śluzowy. Powoli, po kawałeczku, a szyjka była już dość krótka.

W między czasie byłam w szpitalu na izbie przyjęć na ktg. Po nowym roku jeszcze 2 razy. Wycieczki te pozwoliły mi się otworzyć na szpital, poczuć się tam bezpieczniej niż wcześniej. 5 stycznia pojechałam do mojego lekarza prowadzącego na wizytę kontrolną. Ktg było w porządku, ze mną również było wszystko ok, poza ogromną ilością wody w ciele, ale taka moja uroda ciążowa, do czasu usg… okazało się, że mam bardzo mało wód (AFI 1,5). Rozmowa z lekarzem o zagrożeniu dla dziecka, o prawdopodobnej cesarce sprawiły, że nie potrafiłam powstrzymać łez. Po raz kolejny mój świat i wizja porodu się zawaliły. Późnym popołudniem stawiłam się na izbie przyjęć. Przy badaniu wg lekarza było rozwarcie na 1cm, a na usg okazało się, że jednak wód jest więcej – AFI 7. Następnego dnia rano – w święto Trzech Króli – kolejne badanie – rozwarcie na palec. Zapis ktg był prawidłowy. Cieszyłam się, bo był postęp, sytuacja nie zagrażała synkowi, ale było mi bardzo ciężko w szpitalnej atmosferze wczuć się w skurcze, które pojawiały się coraz częściej, lecz uciekały. Mąż przywiózł mi nawet piłkę, kręciłam na niej biodrami, odpoczywałam. W czwartek na obchodzie zapytałam, czy skoro sytuacja jest ok, to czy mogę iść do domu. Usłyszałam, że mnie nie wypuszczą, ale zawsze mogę się sama wypisać. Poszłam znów na badanie. Rozwarcie było wciąż na 2 cm, szyjka nie była do końca zgładzona, mały wciąż ciut za wysoko. Na cewnik Foleya było już za późno, oksytocyny nie chciałam, więc pozostawało czekać. Masowałam brodawki, starałam się odprężyć. Wieczorem podjęłam decyzje ze skoro z dzieckiem jest ok to jadę do domu wykorzystywać męża. Już miałam plan, że po porannym obchodzie się wypiszę. Byłam zmęczona próbami – co udało mi się cos rozkręcić, to jak tylko zaprzestawałam stymulacji wszystko ustawało.


W nocy miedzy 1 a 2 obudziły mnie skurcze. Nie za mocne, ale jednak również krzyżowe. Dałam radę podrzemać między nimi do 3:30. Wstałam, bo chciało mi się siku i poczułam wilczy głód. Zjadłam, chciałam położyć się spać… Ale poszłam na spacer. Założyłam słuchawki, wzięłam wodę ze sobą i wyruszyłam. Chodziłam w kółko przed blokiem porodowym słuchając energetycznej muzyki. Tak rozchodziłam skurcze, że od 4:20 były regularne co 4min i trwały po ok 40s. Od ok 5 były już co 3 min, na skurczu musiałam już przystawać i masować sobie plecy. Wstały położne.
  Jedna z nich, która wieczorem przytaknęła mi, że w domu pójdzie dużo szybciej niż na oddziale, zdziwiona zapytała czy mam skurcze. Nie dało się tego ukryć.

 
Niestety w miarę jak budziło się oddziałowe życie, tak akcja się rozjeżdżała – cisza zniknęła, ludzie chodzili – już nie byłam sama na korytarzu. Zwlekałam ile się dało, żeby cos jeszcze ruszyć z nadzieja, że się nie cofnie. Mimo wszystko w między czasie dałam mężowi znać, że tego dnia do pracy raczej już nie pojedzie i żeby przyjechał do mnie. Zgłosiłam nowej zmianie, że mam skurcze. Ustaliliśmy ze po 8 mam dać znać co i jak. No to dałam. Lekarz mnie zbadał przed obchodem – było już 5cm!!!! Jedyne co byłam w stanie powiedzieć to „cholera 5cm”. Popłakałam się ze szczęścia. Zapadła decyzja, że idziemy na porodówkę. W duchu śmiałam się, że przecież postanowiłam rano zwolnic lóżko na patologii.

Na porodówce znajomy dr, który dzień wcześniej wybronił mnie przed zbyt wczesnym wyjściem na porodówkę, zaskoczony pyta jak sytuacja. Odpowiedziałam jemu, że przecież wczoraj wieczorem postanowiłam zwolnić to łóżko. Zaśmiał się i życzył powodzenia. Przyszła położną, cudowna kobieta. Lewatywa, prysznic… W miedzy czasie z wrażenia skurcze zmalały. Ale pocieszyła mnie spokojnie, że na pewno się rozkręca. Zapis ktg… A w krzyżach dramat… Poprosiłam o gaz. Niestety na krzyże nie wiele pomagał. Później okazało się, że chyba się nim przewentylowałam i stąd nieefektywność skurczy. Badanie – wciąż 5cm rozwarcia, ale szyjka niemal zgładzona. Pomiędzy ktg a badaniem siedziałam na piłce, byłam pod prysznicem. Po badaniu propozycja małej oksy. Odmówiłam i poprosiłam o godzinę, żebym mogła pochodzić. W pozycji pionowej krzyże wytrącały mnie z równowagi. Przez nie pomimo dużych starań nie potrafiłam na tyle rozluźnić brzucha, aby skurcze macicy były efektywne. Gdzieś w tym czasie położna zaproponowała zzo, nie chciałam – bałam się, powtórki z pierwszego porodu. Położna przyznała mi, że dość często znieczulenie wstrzymuje akcję porodową. Był to też moment, w którym bardzo wystraszyłam się, że nawet bez zzo powtarza się scenariusz z pierwszego porodu. Rozryczałam się mężowi. Spisał się świetnie w tej sytuacji i postawił mnie do pionu wspierając i pokazując różnice pomiędzy tamtym a tym porodem. Na zalecenie położnej robił, co mógł abym wydzieliła jak najwięcej swojej oksytocyny. Przypomniał sobie również, jak przed porodem opowiadałam jemu, że głodna kobieta nie ma siły rodzić, że do tego wysiłku potrzebna jest energia, więc wmusił wręcz we mnie banana. Podjadałąm go ukradkiem, ponieważ ze względu na ewentualne cięcie położna zabroniła mi jeść. Skurcze były trochę silniejsze, ale jednocześnie coraz trudniejsze do zniesienia. Nagle mnie oświeciło – tens! Poprosiłam i dostałam. Bolało jeszcze, ale tak około połowę mniej. Po tej godzinie było 6cm. Była już 14. Lekarz z położną zaczęli się obawiać ze po niecałych 4h porodu był tylko 1cm postępu. Przyszedł lekarz jeszcze raz mnie zbadać. Powiedział, że nie chcą przedłużać porodu, bo to po cc, że boją się o bliznę, żeby mały się nie wymęczył, żeby cała macica miała silę na parcie. Zaproponował przebicie pęcherza i po godzinie kontrole – jak słabo to kosy w malutkich dawkach, jak nie pójdzie to cc o 18. Z wrażenia powiedziałam, że jak przebijemy pęcherz to już nie będzie odwrotu, uśmiechnął się i odpowiedział, ze mam 6cm i już nie ma odwrotu. Problem był w tym, ze mały nie schodził za bardzo w kanał rodny i nie przypierał odpowiednio mocno główką, choć na szczęście wstawiał się dobrze. Ani piłka, ani chodzenie czy prysznic nie były na tyle skuteczne by nasilić skurcze. Do tego kwestia tych krzyży. Skurcz szedł najpierw w plecy, później dół brzucha (tutaj łapałam gaz) i dopiero szło na pozostałą część macicy. Puszczało analogicznie. Jak później zaobserwował mąż, jak brałam gaz to skurcz do macicy nie dochodził. Wiec musiałam zmodyfikować wdychanie gazu. To był tez wspólny szczegół z pierwszym porodem wiec mnie martwił. Najgorsze po przebiciu pęcherza było to, że nie mogłam wstać z lóżka, bo pępowina mogłaby wypaść itp. A tak bardzo chciałam jeszcze pochodzić, żeby mieć pewność iż idziemy dalej z rozwarciem. W przebiciu pęcherza zaskoczyło mnie to, że nie czułam momentu przebijania, jedynie ciepłe wody wypływające. Skurcze się nasiliły aż doszło do partych. Wg mojej pamięci tak właśnie było. Ale okazało się, że moja pamięć nie podążała za rzeczywistością na tym etapie. Otóż po przebiciu pęcherza, jak odpłynęły wody położyłam się na lewym boku, miałam jeden mocny skurcz i ZASNĘŁAM. Przez pół godziny nie było ani jednego skurczu. Obudziłam się i po chwili skurcze wróciły.

Wróciły ze zdwojoną mocą. Na szczęście były tylko 3 i przyszły parte. Z jednej strony ogromna ulga, bo przy pierwszym partym przestałam czuć bóle krzyżowe, z drugiej niepokój przed nieznanym. Wraz z partymi przyszła moc mojego głosu, takich dźwięków nigdy nie wydawałam. Nie był to krzyk, ale dość głośne niskie stękanie. Jak mnie usłyszała położną to uradowana przyszła, sprawdziła rozwarcie – 10 cm. Płakałam ze szczęścia. Powiedziała też, że mam jeszcze nie przeć żeby mi szyjka nie popękała, bo minimalnie jeszcze nie była do końca zgładzona. Wiec dmuchałam świeczki, co okazało się nie lada wyzwaniem. Jeszcze 2 parte skurcze, w czasie, których doświadczyłam najpiękniejszego uczucia w moim życiu – dokładnie czułam, w którym miejscu jest synek, jak się przesuwał w kanale rodnym i przeszliśmy do parcia. Położna robiła wszystko, co mogła, żeby zgodnie z moją prośbą, ochronić moje krocze. Gdybym posłuchała jej w 100% to byłoby całe. Ja jednak nie dałam rady na ostatnim skurczu i poparłam za mocno, to było po prostu silniejsze ode mnie. Synek był już z nami! W efekcie miałam 3 szwy na pęknięciach pierwszego stopnia. Parłam na leżąco, na plecach. Nie jest to dobra pozycja do rodzenia… Ale na tamten czas, w tamtym momencie, dla mnie pierworódki jeśli chodzi o poród naturalny, ważniejsze było to, żeby w ogóle urodzić.

Dostałam troszkę oksy na urodzenie łożyska. Położna powiedziała mi po chwili, że trochę krwawię z pęknięć i dobrze by było łożysko szybko urodzić żeby przejść do zszywania. Małego zaraz po wytarciu dostałam na klatkę piersiową. Przytulaliśmy się chwilę, patrzyłam na niego z niedowierzaniem. Dobre 20 min zajęło mi uwierzenie w to, że dałam radę, że urodziłam synka. Płakałam ze szczęścia z wielkim uśmiechem na twarzy. Dziękowałam położnej za pomoc. Wynosiłam męża pod niebiosa, bo na prawdę był cudowny w tym jakże trudnym wydarzeniu! Gdy zostaliśmy przewiezieni na oddział położniczy, wstałam i poszłam do toalety. Zjadłam całego Nussbaisera i nie mogłam wyjść z zachwytu, że „chwilę” po porodzie mogę wstać. Poszłam pod prysznic… cieszyłam się z tego ogromnie. Wciąż powtarzałam mężowi jakie to cudowne uczucie móc zająć się sobą zamiast leżeć ze znieczulonymi nogami. Nie ma porównania do stanu po cięciu.

Tak oto 08.01.2016r. o godzinie 15:31, dokładnie w dniu wyznaczonego terminu przyszedł na świat Tymoteusz, ważył 3170gr i mierzył 51cm.

Dziękuje jeszcze raz wszystkim dziewczynom z grupy Naturalnie po Cesarce za wsparcie, było ono dla mnie bardzo ważne! W chwilach kryzysów dodawało mi nadziei.

Jestem bardzo mile zaskoczona pozytywnym podejściem personelu, uszanowaniem mojego zapisu w planie porodu o tym, ze zależało mi, aby porodu nie popędzać i by przebiegał naturalnie. Wszelkie propozycje były na prawdę propozycjami, miałam chwilę żeby się zastanowić, uszanowano bez problemu np. to że chciałam pochodzić. Z ingerencji medycznych to dostałam na początku zastrzyk na rozwieranie szyjki i przebicie pęcherza. W czasie tego porodu czułam się jak rodząca, która jest po prostu człowiekiem w cudownym procesie. Doświadczyłam cudu narodzin, tak pięknego, który przemienił mnie z kobietki w dojrzałą kobietę. Dziś po dwóch i pół miesiąca widzę jak wiele się we mnie zmieniło. Jednak wciąż przede wszystkim jestem szczęśliwą żoną i mamą dwóch chłopców, która wciąż marzy o córeczce urodzonej w domu. 😉

Próba porodu pośladkowego po 2cc (Wrocław – Warszawa)

Znam nie mało świadomych i pełnych determinacji kobiet. Ale mądrość i samozaparcie Kasi wprawiły mnie w szczery podziw. Oto co znaczy zrobić ABSOLUTNIE WSZYSTKO, żeby dać sobie i swojemu dziecku szanse na naturalny poród. Ta historia pokazuje też, że „zrobienie wszystkiego, co możliwe” nie musi oznaczać fanatyzmu czy narażenia siebie lub dzieciątka na niebezpieczeństwo. Mam cichą nadzieję, że Kasia będzie inspiracją i przykładem dla niejednej z Was.

To co przed…

Historia moich porodów zaczyna sie 5 lat temu, kiedy to byłam w ciąży z moją pierworodną, Wiktorią. Całe życie słyszałam, że nie mam wyjścia i musze rodzić przez cc z powodu mojej krótkowzroczności (-11). Przepłakałam cała ciąże, ale wszyscy dookoła mnie mówili, że nie ma wyjścia. Do szpitala trafiłam w 32 tygodniu ciąży, przerażona i zaskoczona. Na dwa tygodnie udało się wstrzymać porod i w 34tc z 6 cm rozwarcia, z okropnymi bólami krzyżowymi pojechałam na cc. Wiktorię zabrano do inkubatora a ja zobaczyłam ją dopiero po 26h….. 26 dłuugich godzinach, które przepłakałam błagając, by ktoś zawiózł mnie do dziecka.

Kiedy rok po porodzie zmieniłam okulistkę okazało się, że moje oczy są w dobrym stanie i mogę rodzić naturalnie. Nie mogłam w to uwierzyć, byłam przeszczęsliwa…i kiedy 2,5 roku po pierwszym cięciu zaszłam w kolejną ciążę wiedziałam czego chce z całego serca….naturalnego porodu. Zaczęłam szukać informacji….poród bez parcia, poród w pozycji wertykalnej –  wiedziałam, że może to pomóc odciążyć wzrok. Zapragnęłam czegoś więcej….poczułam ze poród domowy to moje marzenie…bez lęku, krzyku, strachu…ze spokojem, w swoim domu, z dzieckiem przy mnie od początku. Znalazłam położną, dla której mój stan po cięciu nie był problemem – wspaniałą, mądrą i doświadczoną kobietę. W 14 tc zadzwoniłam i ustaliłysmy, że spotkamy sie dopiero pod koniec ciąży… Wszystko było idealnie… Ja wczytywałam się w mądrą vbac’ową i “pro-domową” literaturę, chodziłam na jogę, czekałam na wymarzony poród. Ale życie pisze różne scenariusze….

W 19tc jak grom z jasnego nieba diagnoza – potworniak kości krzyżowo-guzicznej u dziecka. 3 miesiące spędzone w szpitalu i walka o maleństwo….wiedziałam, że niestety nie mam szans na poród naturalny –  guz był coraz wiekszy i nie urodziłabym drogami natury. Rozumiałam to… wiedziałam, że nie ma wyjścia… Moja córka, Lea, zaczęła rodzić się w najgorszym momencie – podczas sobotniego dyżuru. Jadąc na sale operacyjną okazało się, że jest juz 5 cm rozwarcie. Byłam przerażona, to był 30tc, a Lea potrzebowała operacji, której nie chciał się podjąć żaden dyżurny lekarz. Płakałam, a położne krzyczały i wyśmiewały… Anestezjolog wbijał się w kręgosłup 7 razy zanim udało się mnie znieczulić. Moja córeczka urodziła się i po kilku godzinach walki zmarła… A mi wycięto “na wszelki wypadek” zdrowy jajnik. Po cięciu czułam, że nie tylko straciłam córkę, ale zostałam też bezsensownie okaleczona. Po porodzie kolejna trauma – podejście personelu do mnie, brak wsparcia…. ten czas wspominam okropnie…

Wreszcie po 8 miesiacach zaszłam w kolejna ciąże.

To co w trakcie…

Byłam przeszczęśliwa i czułam, wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Na początku przekonałam mojego sceptycznego ginekologa do wspierania mnie w dążeniu do vba2c :) Do 34 tc czułam, że MAM TĘ MOC!! I na pewno mi sie uda. Czułam, że ktoś ( Lea? ) nade mną czuwa i wszystko uklada się po mojej myśli. Pod koniec pierwszego trymestru zadzwoniłam do położnej i okazało się, że jeśli blizna będzie gruba, dziecko nie za duże i spełnie jeszcze kilka innych warunków rodzimy w domu :) Mój partner był też podekscytowany tym faktem. Przygotowania do porodu domowego szły pełną parą.

W 34 tc dzidzia wciąż była głową w górę więc zajęłam się namową niesfornego brzdąca do obrotu. Codziennie ćwiczenia, masaże [w tym technika Bowena, przyp. red.], wizualizacje, rozmowy z dzieckiem, pływanie, przypalanie małego palca moksą, okładanie się lodem i świecenie światłem….próbowałam wszystkiego…bez skutku… Około 36tc znalazłam opcje obrotu zewnętrznego w Pyskowicach. Cudownym zbiegiem okoliczności udało się skontaktować z ordynatorem i pojechaliśmy. Sam obrót wspominam dobrze. Nic nie bolało….ale niestety też sie nie udało…. Mała zazwyczaj wypychająca głowę przez żebra jakby specjalnie ją schowała i nie dało się jej obócić. A kiedy nawet udało sie prawie…. wróciła do swojej ulubionej pozycji.

Czas uciekał a ja coraz bardziej była przerażona. Zaczęłam przygotowywać się na opcję cięcia. Obdzwoniłam wszystkie okoliczne szpitale … i nigdzie nie można było mieć dziecka obok siebie po cięciu i w nocy….znalazłam w końcu szpital oddalony o 60km, który spełniał te wymogi ale…. w razie czego nie było opcji vbac ( ciagle miałam nadzieję, że malutka obróci się na pierwszych skurczach).

Wiedziałam, czego nie chcę – porodu na zimno. Wiedziałam że będę czekać do rozpoczęcia się akcji. Ale wciąż to cięcie nie dawało mi spokoju. Jak to –  zdrowa ja, zdrowe dziecko i mamy się dać pociąć TYLKO dlatego, że mała jest obrócona pupka? Zaczęłam szukać informacji o porodzie pośladkowym i coraz bardziej utwierdzałam sie w przekonaniu, że dam radę:) Pozostało znalezienie lekarza. Co było najtrudniejszą częścią tego planu. I znów niesamowite wydarzenie. Napisała do mnie pewna osoba, żebym zapytała w św. Zofii. Był wtorek, dzień po terminie wg OM, wiedziałam że wtedy dr Puzyna ma dyżur w przychodni… Zadzwoniłam i usłyszałam, że dobrze, ale jeszcze tego dnia do 19.00 mam się stawić w przychodni na kwalifikacji. Szybko spakowaliśmy walizki, zabraliśmy z przedszkola starszą córkę i ruszyliśmy do Warszawy. 18.50 byliśmy na miejscu…i zostałam zakwalifikowana :) Do pośladkowego porodu po 2cc. Pozostało czekać na rozpoczęcie akcji.

Poród…

W czwartek skurcze były już intensywne i częste, pojechaliśmy więc do szpitala….Na IP wiedzieli już kim jestem i zadzwoniono po ordynatora. Szybkie badanie i usg, i pojechaliśmy na górę. Tam czekał już ordynator osobiście i, choć nie robi już tego na codzień, powiedział, że sam przyjmie mój poród. Czułam się bezpiecznie z takim lekarzem… Bezpiecznie na tyle, że nie dojdzie do bezsensownego cięcia bez wskazań. Sala porodowa była niesamowita… czułam się jak w spa… Personel miły, uśmiechnięty…. Było to odwrotnością moich doświadczeń. O wszystkim mnie informowano… na wszystko pytano o zgodę. Położna była ze mną tyle ile trzeba…ani za długo, ani za krótko. Ale mimo wszystko czułam, że się zablokowałam….skurcze przestały być tak mocne i częste…rozwarcie nie postępowało. Zaczęłam podkrwawiać. Po 6h okazało się, że CRP wzrosło do 60 i wtedy moje marzenie się zakończyło… pojechałam na cc…. ale pozwolono tatusiowi byc przy mnie w czasie operacji. Malutka po wyjęciu i zważeniu była przy mnie. Przytulaliśmy się w trójkę podczas szycia….

12721649_10201377467674858_56238344_n

Po wszystkim zostałam z nią cała noc na sali pooperacyjnej. Była przy mojej piersi. Mimo że moje marzenie się nie spełniło, miałam dobry poród.

Mam nadzieje ze vba3c się uda :)