Archive | Czerwiec 2016

Nasz drugi VBAC #Hipnobirthing (Myślenice)

Harlow Carr (Aushouse) Harlow Carr with Lavender Hidcote BlueDzisiejszą historię można by zatytułować „siła spokoju i moc relaksacji”. To opowieść pachnąca różami i lawendą. Ale to także obraz zderzenia harmonijnej (choć nieprzewidywalnej) natury rodzenia z trudnymi realiami przeciętnego polskiego szpitala. W końcu to opowieść o tym, że świadoma i artykułująca głośno i pewnie swoje potrzeby matka, może w każdym szpitalu wiele uzyskać. Oto historia drugiego VBACu Edyty (relacja z jej pierwszego porodu sn po cc tutaj):

Madzia urodziła się 17.12. 2015. O godz. 9.35 3450g

Krotka historia: 1-szy syn wywolywany po terminie i cc, 2-gi syn Vbac, wiec oto historia naszego drugiego vbac. Myślałam ze bedzie tak jak przy srodkowym synku, skurcze przepowiadajace prawie tydzień… Dziś wspominam słowa mojej douli „Kazdy porod jest inny! ;)”

Beata przygotowywała mnie do porodu. Niby moje 3 dziecko, ale pierwszy poród w Polsce! Wszystko inne! Posiadanie ze soba osoby która wie co i jak dawało mi spokój psychiczny. Dużo rozmawiałyśmy o moich obawach, ale przede wszystkim Beata zafascynowała mnie hipnoporodem. Wskazała dobra drogę do relaksacji, wizualizacji, afirmacji, które wspaniale pomagają przy naturalnym porodzie. Zaczęłam niby późno, ale dużo ćwiczyłam:) Zdecydowałam się na użycie także aromaterapii. Przypadł mi do gustu olejek różany, a w moich wizualizacjach jestem w ogrodzie różanym, w różowej bańce 😉 Kupiłam też lawendowy, tak po prostu, nie wiem po co.

Zbliżającego się porodu nie zapowiadało nic. Miałam tylko Braxton-Hicksy, ale to u mnie norma od 8 miesiąca. We wtorek byłam jeszcze Żeromskim [szpital – przyp. red.] (Kraków), gdzie chciałam rodzić. Na ktg nie bylo żadnych skurczy, a usg pokazało ze główka jeszcze wysoko. Umówili mnie znów na ktg 23.12. Czyli w dniu terminu.

Środa sobie spoko minęła na gotowaniu itd…
O 2 rano w czwartek obudziła mnie chęć skorzystania z łazienki. Ale zdołałam siebie przekonać, że jednak aż tak mi się nie chce, by zostać w łóżku… Wiec zaczęło się wylewać;)
Wystraszyłam się, bo w głowie miałam tylko jedno – że zaczyna się odliczanie, że jak nie ma skurczy to mnie w końcu potną…. Wiec zaczęłam korzystać z moich nabytych umiejętności relaksacji 😉
Zadzwoniłam do męża by przyszedł do domu się przespać, bo czeka nas długi dzień (nocna zmiana). Napisałam do douli, że wody odeszły, ale brak skurczy i że na razie się położę i postaram wyciszyć.
Sięgnęłam wiec tym razem po olejek lawendowy i słuchałam muzyczki.

Lukasz pomógł mi się wykąpać, zjedliśmy kanapki, spakowaliśmy torbę (wiem, najwyższy czas) i sprawdzaliśmy trasę do Żeromskiego. Mieszkamy 1,5 h od szpitala.
Zgasiliśmy światło ok 4, przykryłam sie ciepło i monitorowałam ruchy. Ok 5 dostałam pierwszej intensywniejszej sensacji… Po 6 juz zaczełam liczyć.
6.45 obudziliśmy chłopcow do przedszkola. Wytłumaczyłam każdemu z osobna, że dzidziuś już chce wyjść. Lukasz ich odwiózł i zatankował auto. Czeka nas przecież długa droga!
Ja poszłam znowu zjeść śniadanie :)

Sensacje były co 6 minut, raczej takie uciski niż ból. Zupełnie nieregularne. Czasem 5 czasem 4 minuty. O 8 były co 3 min, ale też różnie trwały. Beata mowiła by już jechac i to dobrym tempem. Ja se myśle…. Przecież przy Mateuszu miałam co 2 minuty i urodziłam 7 h później…. Mam dużo czasu.
Ale po drodze sensacje zrobiły się częste i takie jakby się na kolejce górskiej na dół jechało. Bardzo intensywne. Dzwonie do Beaty, że w połowie drogi do Krakowa jednak skręcimy do Myślenic. Tam zobaczymy i się zastanowimy.

O 9.06 byliśmy już na IP. Beata tuż za nami.
Na tym etapie muszę powiedzieć, że w całej 1 fazie  porodu nie wydałam z siebie ani jednego jęku, ani krzyku. Czasem wokalizowałam, ale to raczej by dać innym cynk, że mam skurcz, by dali mi spokój;) Mąż załatwiał papierologię. Beata ze mną. Siedziałam sobie ze spuszczoną głową i zamkniętymi oczami. Słyszę, że ktoś do mnie mówi „co Pani taka słaba, jeszcze daleka droga przed Panią…” Na to Beata zripostowała: „Ona się relaksuje…” W głowie prychnęłam śmiechem. To było ok 20 minut przed narodzinami….

Na górze każą mi się kłaść. Pełne rozwarcie. Proszą na porodówkę. I że kłaść się na plecy… Ja mówię, że nie na plecach, bo tak mnie boli najbardziej. Rozwija sie dyskusja, że główka nie zejdzie (!!!) Ja mowię, że nie, bo tak mnie boli. Ta sytuacja wybiła mnie z mojej bańki spokoju. Na szczęście doula-adwokat wkroczyła (dzięki Beatko <3) i mówi, że syna rodziłam na boczku. Wszedł lekarz i mówi niech dziecko zadecyduje jak chce :)

Potem znowu dyskusja…  Że tylko 1 osoba towarzysząca… Ja panika, no bo jak tu wybrać! Proszę lekarza, że mi bardzo zależy. On, że nie widzi przeszkód. Położna na to, że za chwile nie będzie czym oddychać… On na to, że za chwile to urodzimy :)

Madzia urodziła się o 9.35. Kruszynka (3450g) w porównaniu do jej braci.
Położna zabrała się za pępowinę. Ja proszę by poczekała… Znowu ta mina co ja wymyślam….

Także dobrze, że w połowie drogi zdecydowaliśmy się poszukać jakiegoś szpitala, bo pewnie rodziłabym w korkach krakowskich 😉
To pokazuje jakże każdy poród jest inny! Ale każdy może być piękny.

Cieszę się, że wszystko było spokojne, że długo byłam w domu, pod swoim prysznicem, z aromatem lawendy, muzyczka i przykryta cieplutka kołdra. Tak na prawdę w całym porodzie bolały mnie interwencje medyczne: sprawdzanie rozwarcia, szycie i sprawdzanie ciągłości blizny już po urodzeniu. Mogło mnie to ominąć gdybym urodziła w samochodzie gdzieś w Krakowie;)