Archive | Lipiec 2016

Magia działa (Dania)

To był trudny poród. Tak, w pełni naturalny poród, u świetnie przygotowanej mamy, przy wspaniałym wsparciu też bywa czasami długi i trudny. Bywa, na przykład z powodu niezbyt optymalnego ułożenia i wstawiania się dziecka. Taki był właśnie poród Gosi. Ale UDAŁO SIĘ! A w pamięci młodej mamy pozostaje nie tyle ból, co przede wszystkim poczucie siły i spokoju.

 

Na początku chciałabym zaznaczyć, że nie jest to opis dla osób o słabych nerwach. W moim porodzie najbardziej zaskoczyło mnie to, że nie miał nic wspólnego z tym co wyczytałam w pięknych książkach Iny i Irenki [Iny May Gaskin i Ireny Chołuj – przyp.red.]. Do tej pory pamiętam niemal zwierzęce wyostrzenie zmysłów i strach. Strach przed nieznanym, że to nie tak przecież opisywały!

2dfcfa8b9c3c05d03d68e1064011d53d

Poniższą historię spisałam 8 dni po porodzie, po 8 dniach w szpitalu, gdzie czas się dla mnie zatrzymał. Teraz, po 3 tygodniach, napisałabym pewnie zupełnie co innego. Za rok opis wyglądałby jeszcze inaczej. Czy w książkach, które przeczytałam jest kłamstwo? Nie sądzę. Z perspektywy czasu ból jest mniejszy, mistyczne doznania większe, strach się gdzieś ulatnia… w każdym razie u mnie tak jest.

8 dni po porodzie nadal o nim myślę. Ciepło i miło, chociaż poród do takich nie należał. Jeśli mogłabym do czegoś go porównać to do ciężkiej harówy fizycznej w wielkich bólach i mękach. Nadal nie przejdą mi przez gardło ”przypływy”- dla mnie to były skurcze, a słowo ”fuck” padało średnio 20 razy na skurcz. Niemniej był to dobry poród, nawet bardzo.

Od początku ciąży wiedziałam, że chciałabym urodzić w domu. Przebyte cięcie w 2013 trochę utrudniało mi zadanie, do tego jeszcze kilka innych przeciwskazań. Pomału godziłam się z tym, że jestem bez szans w starciu z tym marzeniem, ale postanowiłam wysłać niezobowiązującego maila, bez nadmiernych szczegółów do wszystkich niezależnych położnych w okolicy. Odpowiedziały trzy, wybrałam jedną i od jej wejścia do mojego domu wiedziałam, że chcę z nią rodzić. Trzeba ją jeszcze było przekonać do mojego ”przypadku”. Mimo wielu moich obciążeń zgodziła się! To było jak cud!

Od początku dopuszczałam możliwość transferu do szpitala, na ten wypadek przygotowałam plan porodu, ba! Nawet plan cesarki. Krista miała być strażnikiem mojego planu na tę ewentualność (ach ten jej wzrok Bazyliszka).

Bardzo mocno starałam się przygotować swoje ciało do porodu- joga, próba autohipnozy, sesje akupunktury, rebozoo i kilka innych rzeczy. Moim głównym problemem jest relaks, ciało mam w stanie napięcia praktycznie większość czasu. Wiedziałyśmy obie od początku, że to może być problem, chociaż położna mówiła, że wierzy, że znajdę swój własny sposób jeśli wszystkie znane jej zawiodą, skoro zaszłam już tak daleko. Trochę niedowierzałam, ale postanowiłam się tym w ogóle nie przejmować. Będzie co będzie!

Spotkałyśmy się dokładnie w dzień ukończenia 40 tygodnia. Wbiła mi igły w plecy, wysmarowała olejem śmierdzącym indyjską knajpą, wymasowała stopy, użyła rebozoo, dłoni i przyjęła całą moją złość na Świat (dlaczego jeszcze nie rodzę, chlip chlip). Na pocieszenie powiedziała, że wciąż mam wcięcie w talii, a to się nieczęsto zdarza (jakby cokolwiek związanego z wyglądem mogło poprawić humor ciężniczce dyszącej jak słoń!). Pożegnałyśmy się i … nic. Jeszcze zdążyłyśmy ustalić nastepne spotkanie na za tydzień.

W weekend wybraliśmy się na Garden Party. Wzbudzałam spore zaineteresowanie swoim wielkim brzuchem i planami porodowymi, także spędziłam przemiłe kilka godzin w upale, w fajnym towarzystwie przy dobrym jedzeniu.

Już wieczorem czułam, że się zaczyna, ale nie chciałam się jeszcze podniecać- już było kilka takich fałszywych alarmów. Wykończona i wykochana poszłam spać. Od 12 co jakiś czas budził mnie bardzo bolesny skurcz, o 4 już nie mogłam udawać, że to nic. Wstałam, poskakałam na piłce, zaczełam liczyć. Regularność się zwiększała, obudziłam M. Zadzwonił do położnej, pogadali, później pogadałam chwilę ja. Kazała dalej się bujać i zadzwonić jak będą już bardzo częste. Tak sobie na tej piłce skakałam do 7, w końcu nie mogłam już wytrzymać i poprosiłam, żeby przyjechała. Przyjechała o 8, a moje skurcze zaczęły się wyciszać! Dramat, chciałam się spalić ze wstydu. A przecież przed chwilą tak bolało, nigdy wcześniej tak nie było! Uspokoiła mnie, że to pewnie przez wychodzące słońce, że tak się zdarza, że wrócą regularne skurcze w końcu na pewno. Przez cały dzień miałam ”te cholery” co 7-10 minut- bardzo bolesne, ale jednak rzadkie. Obydwoje działaliśmy jak lunatycy, po prawie nieprzespanej nocy, zmęczeni, ja do tego zmęczona bólem. Wiekszość czasu leżeliśmy z naszym 2,5 latkiem, oglądaliśmy bajki, jedliśmy i czasem drzemaliśmy. Wszystko to było przerywane moimi jękami co te 10 minut. Przyszła jeszcze opiekunka do synka, wybawiła go, wymęczyła, tak że padł o 20. Kazałam M ją odwieźć do domu, sama weszłam pod prysznic, bo czułam już od jakichś dwóch godzin, że się wszystko rozkręca.

Byłam już porządnie umęczona i miałam nadzieję na szybkie rozwiązanie (o ja naiwna!). Skurcze zrobiły się już zupełnie regularne- najpierw co 5 minut, później co 3 minuty. Ta intensywność mnie dobijała. Mój M musiał byś przy każdym skurczu- praktycznie cały poród na nim przewisiałam. O 2 wezwaliśmy położną, miałam szczerą nadzieję, że niedługo moje ”piekło” się skończy. Tyle się naoglądałam filmików, kiedy kobiety tak pięknie potrafią przyjąć ból porodowy, niestety ja nie należę do tych kobiet (jeszcze?), dla mnie to była zwykła tortura i rzeźnia. Przyjechała Krista, posłuchała serduszka i ku mojej rozpaczy wyjęła druty i zaczęła dziergać… To nie wróżyło rychłego końca, myślałam, że się załamię! Powiedziała mi – urodzisz, bo musisz urodzić i nie masz wyjścia. Więc dalej albo skakałam na piłce, albo wisiałam na M, jęczałam, bluźniłam, krzyczałam. Nie byłam w stanie ustać w miejscu nawet sekundy- podczas wiszenia właściwie tuptaliśmy z nogi na nogę cały czas.

W końcu dobiła jakaś 6 rano, już prawie mdlałam, byłam wkurzona i powiedziałam, że zaraz kończę to rodzenie i sobie idę (tak, tak, obrażałam się średnio co chwilę). Krista zdecydowała się zbadać rozwarcie- było 8 cm! Ale co z tego, skoro buzia dziecka była w złą stronę, do tego głowa zaklinowana w miednicy. Katastrofa. Dla mnie, dla wiedźmy nie. Kazała leżeć na lewym boku, machała moimi nogami, a ja prawie mdlałam z bólu, wrzeszczałam, naprawdę myślałam, że umrę, chyba nawet pragnęłam umrzeć. Zaczęłam krwawić. Po wytrząsaniu bioder rebozoo to już zaczęłam krwawić bardzo. Mały nadal się nie wstawił dobrze, chociaż coś drgnęło. Ale ta krew- Krista powiedziała, że gdyby to nie był hbac to by została, a tak szpital. Błagałam o karetkę (żeby szybko i żeby mnie nieśli), powiedziała, że nie ma szans, jedziemy autem, będą mnie lepiej traktować, bo o własnych siłach- wtedy będę mieć większą szansę urodzić jak chcę. Zadzwoniła jeszcze do szpitala, powiedziała że mam ogromny lęk szpitalny (w Danii są bardzo wrażliwi na samopoczucie psychiczne…), więc o dziwo ucieszyli się, że przyjadę z własną położną!

Pojechaliśmy te 20 km, w aucie skurcze stały się nieco mniej bolesne, czułam się zupełnie surrealistycznie. Nie pamiętam już jak doszłam (!) na porodówkę, Krista zniknęła na chwilę, przyszły inne położne pogratulować mi dobrnięcia do 9 cm (jeszcze przed wyruszeniem do szpitala powiększyło się rozwarcie), stałam tam jak odurzona i zastanawiałam się co się w ogóle dzieje. Zaprowadziły mnie do sali, którą nazwały ”antystresową”, przyszła moja szpitalna położna, za chwilę pojawiła się Krista. I stał się kolejny cud- nie wiem jak ta wiedźma to załatwiła, ale mogła dalej prowadzić mój poród, nikt inny mnie nie dotykał, nie proponowali żadnych wenflonów, ktg na stałe ani nic takiego… Zmieniliśmy po prostu miejsce porodu, dostaliśmy jeszcze jedną położną do pomocy i dalej wszystko było jak w domu- CUD.

Byłam już naprawdę wyczerpana, położna nr 2 poiła mnie co chwilę, dawała mi cukrowe cukierki (pycha), co jakiś czas badała serduszko. My z M dalej tańczyliśmy, prysznicowaliśmy mnie, kilka razy musiałam układać się na lewym boku na manewry wstawiennicze. Myślałam, że oszaleje, krzyczałam, błagałam o cesarkę, o narkotyki, alkohol, leki, epidural, dolargan, cokolwiek. Dostałam gaz, niestety nie działa na mnie jakoś szczególnie przeciwbólowo. Kolejny zawód!

I jest 10 cm! Niestety najpierw jest worek owodniowy… Kurwa. Nie wierzę w swojego pecha, chce mi się płakać, naprawdę mam już dość, błagam Kristę, żeby przebiła ten cholerny worek i żebym urodziła wreszcie. Zgadza się, widzi moją determinację. Przebija worek  przed 13, jest 10 cm i … nie umiem przeć. Nie wiem czy to przez przebicie worka, ale skurcze wcale nie robią się jak na parcie, nadal są wprost z macicy. Frustracja sięga zenitu, zaczynam tracić wiarę w to, że kiedykolwiek moje piekło się skończy. Że urodzę. Że mogę.

Położne próbują mi tłumaczyć, pokazują jak oddychać, proponują zmiany pozycji, ale ja czuję, że już nic nie mogę, nie umiem, nie mam siły. Za to zaczynam żartować, grozić im śmiercią jak ”to” się skończy, żarciki sie sypią i w końcu jestem gotowa. Zaczynam czuć o co chodzi w partych, przeklęta macica przestaje boleć, czuję siłę! W między czasie weszliśmy razem z M na łóżko porodowe- dalej na nim wiszę, on już ledwo żyje, ale przez ten poród przejdziemy razem.

Rodzę!!!

o 15.58 rodzę mojego drugiego syna- Ignasia 55cm, 3950g. (2 miuty przed zmianą warty)

Czuję ocean wdzięczności i miłości. 20 miut po wszystki zarzekam się, że już nigdy więcej! Krista uśmiecha się pobłażliwie. Następnego dnia zmieniam zdanie 😉

Po trzech tygodniach nadal wracam do tego przeżycia, codziennie. Było strasznie? Było! Ale wciąż czuję moc, czuję, że przeszłam jakąś granicę. Cały poród odbył się tak jak zaplanowałam i bardzo chciałam- bez interwencji (poza przebiciem pęcherza przed partymi, co było dla mnie dopuszczalne), znieczulenia, przy bardzo czynnym udziale partnera i zaufanej położnej. Wiem, że gdyby nie oni to bym nie dała rady- stali na straży moich pragnień, chociaż ja błagałam o zmianę, o pomoc, przyspieszenie i cesarkę. Mojemu partnerowi na pewno trudno było patrzeć, ale wytrzymał i jestem mu za to dozgonnie wdzięczna. Ja też wytrzymałam i czuję, że wyszłam z tego doświadczenia silniejsza, o wiele silniejsza i spokojniejsza. W moich wspomnieniach poród ten zaczyna się jawić jako coś pięknego, wzmacniającego i wcale nie aż tak strasznego. Magia działa. Zaczynam myśleć o następnym :)

41123ad6ec62bfae9fddcc090bac779e

Mój VBAC :) Urodziłam :) A jak rodzic, to w wielkim stylu :D (Gdynia)

Każdy poród jest inny. Więcej, porody mogą być diametralnie inne nawet u tej samej kobiety. Dzisiejsza historia jest między innymi o tym. Poznajcie Arletę i jej trzy piękne córeczki:

Moją historię zacznę od przybliżenia swoich wcześniejszych przeżyć.

Pierwszą córkę urodziłam siłami natury 9 lipca 2012 roku. Byłam w 37+1 dniu ciąży. Pierwszy skurcz o 11:00 rano, córcia urodzona o 00.20. Skurcze znośne do godziny 18:00, potem zapadła decyzja, głównie męża, że chyba już czas jechać na porodówkę – nie pomylił się. Tam bóle zaczęły się już tylko krzyżowe – bóle obezwładniające całe ciało. Nie byłam świadoma, głosy dochodziły do mnie w zwolnionym tempie, nie mogłam wypowiedzieć żadnego zdania, ani otworzyć oczu. Nie miałam żadnej przerwy w skurczach na porodówce. Żadnej. Pot i wykończenie. Tak to wspominam. A potem parcie, którego potrzeba powoli przychodziła z coraz to większą siłą. Że tak powiem – parły nawet moje włosy, ciężko było złapać oddech, bo wszystkie części kurczyły się mimowolnie. Parłam i parłam łącznie 40 minut. Wstąpiła już wtedy jednak we mnie moc i energia – zadziałała adrenalina. I udało się! Gdy tylko chwyciłam moją Córeczkę, otworzyłam w końcu oczy i nie mogłam uwierzyć, że tulę mój własny prawdziwy skarb, który miota się leciutko w maminych ramionach szukając ukojenia. Wtedy krzyknęłam: ” Ja chcę jeszcze raz!” – na prawdę!

Jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Jednak los zadecydował inaczej… Jakoś od 34 tygodnia drugiej ciąży zaczęłam martwić się, że córka leży miednicowo. Cwiczyłam, modliłam się, wizualizowałam, byłam pewna, że się obróci (starałam się być pewną w każdym bądź razie). No nic, niestety nie udało się.. W 40 tygodniu ciąży, dokładnie w 39+4 miałam umówioną wizytę w szpitalu na 19:00 z moim ginekologiem na KTG. Miałam od rana czasem skurcze. Żegnając się z córką czułam, że już nie wrócę przez kilka dni. Czułam, że to już. W szpitalu KTG wykazało owe skurcze, padła decyzja o zostawieniu mnie na oddziale. Nie muszę chyba dużo pisać – nadzieja o obróceniu się mojej córeczki skończyła się. Musiałam poddać się cesarce, której panicznie się bałam! Całą noc myślałam, mając jakieś skurcze, raz bardziej bolesne, innym razem mniej. Rano okazało się, że mam 5cm rozwarcia, więc akcja rozkręcała się ładnie. W pokoju zgromadziło się z 10 osób i każdy rozmyślał co ze mną zrobić. „A to waga dziecka trochę za duża na poród pośladkowy.” „A może jednak nie?” „A na czym Pani najbardziej zależy?” „A jakie jest ryzyko?” itd.. Milion myśli i głosów, ale jednak nie zdecydowałabym się rodzić tak ułożonego dziecka. Doktor po badaniu wyczuł „dwie przodujące małe części” – wciąż. Więc wzięli mnie na cc. Podczas operacji okazało się, że to nie przoduje pupa, tylko stopy, a przed nimi jest jeszcze pępowina w kanale. Pępowina była ogólnie okręcona wokół nóg – stąd pewnie niemożnośc obrócenia się mojego Skarbka. Muszę dodać, że oczywiście gdybym zaczęła rodzić naturalnie, to pierwsza wypadła by pępowina i akcja i tak zakończyłaby się cc, tylko że szybkim, ratującym życie w pośpiechu, ryzykownem. Na pierwszy krzyk musiałam trochę poczekać, bo dziecko było opite wodami. Ale ta melodia – to balsam dla moich uszu. I uczucie, dopiero wtedy, tak wielkiej miłości i chęci opieki. Łzy wzruszenia i pełna świadomość – tylko to było dobre przy cesarce.

We wrześniu 2015 roku musiałam mieć operację wyłuszczenia torbieli jajnika, razem z jego większą częścią – razem wycięto mi 19cm jakiegoś paskudztwa… Dowiedziałam się też, że cierpię na endometriozę – stąd wiecznie jakieś torbiele i bóle. Cięcie oczywiście jak cesarskie, a nawet dłuższe – laparotomia.

Nie dalej jak miesiąc później podejmuję się… sexu z mężem. Zabezpieczamy się! A w kolejnym miesiącu okazuje się, że mimo to… jestem znów w ciąży!

I tu dopiero przechodzę do sedna tegoż wywodu :)

Ciąża trochę inna od pozostałych, lżejsza w dolegliwościach ze strony układu pokarmowego, za to od początku owiana bólem – kręgosłupa, nóg, pachwin… strasznym. Oczywiście całą ciążę przeżywałam i myślałam w jaki sposób się ona zakończy. Znajduję lekarza pro VBAC, co nie jest u mnie w mieście ciężkie. Mój szpital jest bardzo pro VBAC, wręcz to narzuca;). Ale na nic się nie nastawiam, wiem, że wszystko przeżyję, kiedy muszę… Termin porodu jednak mija. Zaczynam panikowac na myśl o cesarce, chociaż pocieszam się też, że może najpierw wywołają. Tylko jak, skoro z oksytocyną ciężko w stanie po cc… Mijają 3 dni i biorę się sama za wywołanie – sprzątanie, chodzenie, wchodzenie, relax, sex, sex i jeszcze raz sex! Po sexie przez 3 noce z rzędu jakieś skurcze – około poł nocy, średnio bolesne.. W końcu piję małego łyka oleju rycynowego. Siedzę 3 razy na toalecie. Po jakimś czasie widzę kawałek czopa z nitkami krwi. Oho! Widziałam taki na ponad dobę przez skurczami w pierwszej ciąży! Pojawia sie ogromna nadzieja! Strach jest mniejszy.

Jestem w 40+6 dniu ciąży. Jutro mam się stawić w szpitalu. Jest 8:00 rano. Kolejno cały dzień jakieś skurcze, częstrze, rzadsze – przez jakiś czas co 5 minut, przez jakiś czas co 15. A za każdym razem w toalecie śluz z krwią, raczej o żywym kolorze. Dziewczynki moje starsze jak na złość nie chcą spać. Zasypiają dopiero o 23:00.. Wychodzę z pokoju i czuję silniejszy skurcz – taki, że nie da się iść, wykręca Ci ciało. Skurcze pojawiają się średnio co 8 minut. Smażę sobie pierożki. Chcę zjeśc pierożki – udaje mi się tylko dwa. Idę więc pod prysznic zaczynając myśleć, że to chyba jednak poród się zbliża. Skurcze nadal są, nie ustają, ale nie są też aż tak częste.. i takie jak miesiączkowe.. Jednak wykręcają mi ciało i ból promieniuje w stronę pochwy… I ta krew… Zgadzam się wiec, by lekko spanikowany mąż poszedł po dziadka, by ten został z córkami. Kiedy przychodzą daję mu instrukcje – co, jak i gdzie, gdyby córcie się obudziły i co rano, gdyby mąż nie zdążył wrócić.

Schodzimy do auta, wyruszamy w drogę o 00.10. Czekam na skurcz pół drogi, nie wiedząc czy to „to” czy jeszcze nie.. czy może surcze się całkiem wyciszą pod wpływem stresu.. Ciekawe co mnie czeka w tym szpitalu… co mi powiedzą, zadecydują… Pod szpitalem znów mam skurcz. Po nim mogę wstać i iść na izbę. Jest godzina 00.30. Babka w progu mówi, że nie ma miejsc, że dziś duży ruch, że może wyślą mnie gdzieś indziej.. Rzuca papiery i każe wypełnić, po czym bierze jedne, drze i narzeka, że w złym miejscu niepotrzebnie dodatkowo wypełniałam. Na skurczu mąż wypełnia za mnie. Wymieniamy się spojrzeniami i nie jesteśmy zadowoleni. Jakoś trochę tracę wiarę… Babka każe mi iść pod KTG, rozebrać się. Leżę tam chwilę, skurcz pisze się do +100. Tętno dziecka na nim w porządu – wszystko sama oceniłam. Babka wraca, zerka na zapis i bada mnie – w szoku mówi „O, kochana, Ty masz już spokojnie 8 cm, zaraz nam tu urodzisz”. 8cm! O mamuś! Marzyłam tak, by tu przyjść i mieć chociaż te 5 cm. A tu już 8! Babka biegnie zawołać położną. Biegnie! Ja w szoku, wstaję, proszę mojego by dał mi klapki i koszulkę. Przebieram się, każę mu resztę rzeczy schować. Położna dociera i pyta czy dam radę dojść do windy – jakieś 20 metrów.

– „No pewnie, czemu nie?!”

Więc idę spokojnie, nie czując NIC pomiędzy skurczami. W windzie po wejściu nadchodzi skurcz, opieram się i wyginam, położna masuje mi plecy i krzyczy do mojego męża, że musimy już szybko jechać, chyba, że mam urodzić w windzie. Mąż ociąga się z dojściem – miał problemy ze spakowaniem wszystkiego (kilka rzeczy… :D) Mówię, że już jestem przyzwyczajona, że mąż się nie śpieszy. Położna mówi, że teraz musi! Na 2 piętrze przyspiesza i każe mi od razu się kłaść na łóżko. Jest godzina 00.50. Jestem ogólnie zdziwiona tym tempem, bo cały czas podświadomie czekam na ten obezwładniający ból, który spotkał mnie podczas pierwszego porodu. A tu skurcze bólowo podobne do miesiączki, ktore od zawsze mam bardzo bolesne i już się chyba przyzwyczaiłam, że normalnie mi żyć nie dawały… A więc kładę się na to łóżko, położna bada mnie, chyba robi też masaż szyjki, na skurczu nie odczuwam tego jak ból. Słyszę:

– „Na kolejnym poprzesz”

– „Ale jak to? Już?!” – pytam

– „Nie, na kolejnym skurczu”

– „No rozumiem, ale ogólnie.. to już?!

Prę więc w najlepsze, chociaż nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby. Początkowo mi się to nie udaje, ale koncentruję się i daję z siebie wszystko. Krzyczę:

-„Ałaaaa”

bo czuję mocny rozpierający ból i szczypanie – faktycznie główka napiera.

-„Aaaaaaa”

Prę znowu z całych swoich sił, chociaż ból jest mocny, położne każą przeć raz mocniej, raz lżej, raz oddychać szybko – ciężko mi to myślami ogarnąć. Czuję, że mnie nacięły… I czuję w końcu, jak wyszła główka! Podnoszę więc dłoń, chcąc jej dotknąć, bo przecież było to moim niespełnionym marzeniem, a teraz jestem na tyle świadoma, że mam moc to zrobić.

Położna i mąż źle odczytują ten znak i myślą, że chcę tą ręką przeszkadzać, blokować (?), ale na szczęście szybko orientują się w moim zamiarze i całą dłonią dotykam tej maleńkiej śliskiej główki :). Prę więc poraz trzeci i już kilka sekund później trzymam w ramionach mój trzeci maleńki prawdziwy CUD! :) Jestem podekscytowana i nie mogę uwierzyć, w to, co się właśnie stało! Pępowina jest krótka, o czym informują mnie położne, także dziecko leży na moim brzuszku, a wyżej trafia po przecięciu przez męża pępowiny:) Jest godzina 01:04.

birth

Od razu ładnie mi się tam wszystko samo oczyszcza. Dziecko i mąż idą na badania. Do mnie przychodzi doktor, który od wewnątrz sprawdza stan mojej blizny po cc – czuję to, ale nie ma tragedii. Zaraz położna robi mi zastrzyk z jakimś antybiotykiem, pobiera krew, doktor wkłuwa znieczulenie i szyje mnie. Dwa ostatnie szwy normalnie czuję, jakbym żadnego znieczulenia nie miała. Położna mówi, że trzeba było naciąć, bo mój Robaczek rodził się z rączką przy główce.

Ale to wszystko jest nic, bo chwilę później znowu ściskam moje Maleństwo, karmimy się, dyskutujemy z mężem i nie możemy otrząsnąc się z głębokiego szoku:D

Córeczka jest piękna, ma jasne włoski, całkiem inne, niż jej starsze siostrzyczki, kiedy się urodziły 😉 Waży 3600 i mierzy 54 cm :) Dostaje 10 punktów, mimo, że wody, w których pływała były już zielonkawe. Na szczęście wszystko tak dobrze się skończyło!

baby

Jestem przeszczęśliwa i w szoku. Nie mogę wyjść z podziwu jak dwa porody naturalne tej samej kobiety mogą się tak skrajnie różnic między sobą. Cieszę się, że mogłam tego doświadczyć i nic z obaw się nie potwierdziło. A o wcześniejszą cesarkę nikt nie zdążył mnie nawet zapytac;) Ja też niczego od strony blizny nie czułam i nie czuję.

Cieszę się, że po porodzie mogłam od razu normalnie funkcjonować – chodzić, schylać się, siusiać, kucać, siadać, kłaść i zmieniać pozycję – to było dla mnie bardzo istotne. Aaa tam ból takiej rany, to nic strasznego 😉

Z jednej strony cieszę się też niesamowicie, że się nie namęczyłam, że udało mi się tak gładko i łątwo przez to przejść, ale i jest pewien hmm niedosyt – nie zdążyłam się w tą sytuację, w ten poród tak na dobre wkręcić, czuć go całą sobą, dogłębnie go przeżyć, wyczekiwać już na sali porodowej, marzyć o zakończeniu itd. No, może jestem trochę wariatką, skoro przychodzą mi do głowy takie myśli 😉 Mąż się ze mnie śmieje 😉

Pozdrawiamy !!

girls

Kolejny polski VBA2C! (Białystok)

Kochani! Coraz głośniej w naszym kraju o porodzie naturalnym po 2 cięciach cesarskich – temat zdecydowanie jest rozwojowy! Tym razem nie w Warszawie, a w stolicy Podlasia:) Do lektury zapraszam na stronę Vivat Poród:

http://www.vivatporod.pl/pl,szczesliwe_historie,ewa_i_liwia,1

keep-calm-and-vba2c-on