Archive | Październik 2016

VBAC po 2 nocach przygotowań i 12 godzinach rodzenia (Rzeszów)

Brak postępu porodu – król współczesnych wskazań do cięcia cesarskiego. Wskazanie pod którym wiele się może kryć. Wskazanie często nadużywane i stawiane pochopnie… Może w końcu zbiorę się by napisać na jego temat osobny, wyjaśniający post. Tymczasem, opowieść Ani o tym jak można urodzić naturalnie po cięciu cesarskim z powodu braku postępu porodu.

baby_foot_black_and_white

„Jestem miesiąc przed terminem i popadam w panikę gdzie mam rodzić tak żeby się udało naturalnie”. Od tego moja historia vbac się zaczęła na poważnie.

To, że chcę próbować rodzić sn wiedziałam już po pierwszej cesarce, która odbyła się w 2014 roku. Jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu pytałam położną, co w przypadku drugiej ciąży, czy dostanę pozwolenie na poród naturalny i jaki czas jest potrzebny od porodu do porodu żeby móc próbować. Niestety nie dano mi nadziei. Ja jednak w głowie cały czas miałam niedosyt, że nie udało się naturalnie i że na pewno będę próbować przy kolejnej ciąży. Pierwsza ciąża zakończona cc z powodu braku postępu porodu.

Przez całą drugą ciążę zastanawiałam się czy wybrałam dobrego lekarza, który poprze moją decyzję o próbie porodu naturalnego i do którego szpitala pojechać rodzić. Kogo wziąć ze sobą, żeby mieć dobre wsparcie.

Miesiąc przed terminem opowiedziałam znajomej o swoich wątpliwościach a ona bez zastanowienia poleciła mi konkretny szpital. Sama była po porodzie i miała okazję leżeć z kobietą, której udało sie urodzić po dwóch cesarkach. I tak po nitce do kłębka dotarłam na stronę naturalniepocesarce.pl i do grupy wsparcia.

Wczytywałam się w historie udanych vbac,  rozmawiałam i pytałam dziewczyn, który szpital polecają. Wiele nieprzespanych nocy spędzonych na przemyśleniach. To był stresujący czas. Dotarłam również do douli, która  podpowiadała jak się przygotować do porodu. Wcześniej spotkałam się z prywatną położną. Nie negowała mojej decyzji, ale też nie czułam wsparcia. Raczej odradzała próbę naturalnego porodu i nie dawała większych szans na powodzenie sn.

Ostatecznie podjęłam decyzje o miejscu porodu [Szpital Miejski, Rycerska (przyp. red.)]. Kamień z serca.  Druga decyzja: osobą towarzyszącą będzie mąż i doula. Niestety mąż nie mógł być przy porodzie, ale na szczęście była doula. Wcześniej nie rozumiałam jak można prosić kogoś obcego by towarzyszył przy porodzie i wydawało mi się, że ja na pewno douli mieć nie będę.

Tydzień przed porodem trafiłam do szpitala z powodu złego zapisu ktg. Zero rozwarcia, szyjka długa, słabe, nieregularne skurcze. Codziennie czekałam na rozwój akcji. Zapisy wychodziły prawidłowo, a lekarze uspokajali, że mamy czas. Dwa dni przed porodem zaczęły się mocne skurcze nocne, które nie pozwalały spać. W dzień wszystko się wyciszało. Odszedł czop. Radość moja była wielka. Coś się działo :). Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.

Trzeciej nocy skurcze nie pozwoliły leżeć. Poszłam na salę porodową. Rozwarcie na palec. Trochę byłam przestraszona że za mało i znowu akcja utknie w martwym punkcie. Ale lekarka uspokajała. Dostałam poduszkę i kołdrę żeby móc drzemać.

Skurcze nad ranem zaczęły się wyciszać…Przyszedł lekarz i znowu pocieszał, że się uda. Podano mi oksytocynę. Później przebicie pęcherza płodowego. Szyjka skracała się nie symetrycznie. Poród postępował bardzo powoli i wśród położnych krążyło hasło, że najwyżej zakończymy cesarką. Po ok 11 godz porodu położna zapytała czy na pewno chcę nadal próbować. Widziałam zmęczenie i bezradność w jej oczach. (A uważam, że nie mogłam trafić na lepszą położną.  Otoczyła mnie profesjonalną opieką i wyjątkowym ciepłem). Chciałam się poddać i wbrew temu co myślałam powiedziałam TAK. No i się zaczęło. Doula zachęciła mnie, żebym zeszła z łóżka, żeby się poruszać. Wcale nie miałam już na to siły. Ale posłuchałam. Stałam przy poręczy i ruszałam się w swoim rytmie.
Nadeszły długo oczekiwane bóle parte. Powrót na łóżko. I tu wspaniała praca ze strony personelu. Ciągła zmiana pozycji i motywowanie. Udało się, po 12 godzinach urodziłam synka 3850g i 59cm.

Dziękuję wszystkim którzy pomogli mi tego dokonać, całemu personelowi medycznemu, szczególnie Pani położnej, douli, która była ze mną przez cały poród, za jej ciepło,wspaniały masaż nóg w trakcie skurczów i silną rękę przy bólach partych.

Historia z Trzema Archaniołami w tle (Warszawa)

Znów historia cc z braku postępu porodu. I znów UDANY VBAC!!! Wbrew wróżeniu lekarza, ale za to ze wspaniałym wsparciem bliskich:) Oto opowieść Dobromiły:

31.05.2015 miałam cc z powodu braku postępu porodu… Sączące wody, oxy 24h. Młoda zdrowa 3240g, ale ja dochodziłam do siebie 2mce… Nie rozumiałam jak można chcieć cc z własnego wyboru. Bardzo żałowałam, że nie udało się urodzić SN… Gdy po 7mcach znów zaszłam w ciążę byłam załamana, że znów czeka mnie CC… Ale dowiedziałam się, że jest coś takiego jak VBAC a potem trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia . Gdyby nie to pewnie bym miała CC na zimno przed terminem jak sugerował ginekolog…

Ale do rzeczy Termin miałam na 22.09. W 35tc byłam na USG i pani doktor stwierdziła, że dzidzia już tak nisko ma główkę, że na pewno urodzę wcześniej. Wtedy ważyła ok 2860g czyli nie tak mało. Pani doktor kazała się oszczędzać, ale jak to zrobić mając 15miesięczną niechodzącą córeczkę w domu, więc się raczej nie oszczędzałam 😛 W piątek 23.09. pojechaliśmy na ktg na Żelazną gdzie mnie zbadał pan doktor wzdłuż i w szerz i stwierdził że młoda duża waży ok 4060g i że nie wróży mi porodu sn…

Poryczałam się i załamałam… Pojechałam do rodziców, a rodzice bardzo proVBACowi, bo doskonale wiedzieli co to jest CC, a mama po CC urodziła i mnie, i młodszą siostrę naturalnie Zaczęli mnie pocieszać, wspierać i mówić, że dam radę. Pocieszona i z nową nadzieją postanowiłam poczekać w domu na akcje, mimo, że lekarz sugerował hospitalizacje (na Żelaznej nie było miejsc więc gdzieś indziej).

Powoli zaczęłam się martwić bo 26.09… 27.09.. i nic… Mama poleciła mi ten nieszczęsny olejek rycynowy… Jednak i aptekarka, i znajomi, i ta grupa troszkę podcięła moje chęci do spożycia „koktajlu”. W końcu w środę rano poczułam taki inny ból właśnie jak na miesiączkę w dole brzucha i takie w dole pleców… Zaczęłam się ekscytować czy to już, ale nie ściągałam męża z pracy, bo skurcze były rzadkie . Udało mi się nawet zdrzemnąć w ciągu dnia . Wieczorem o g.19 jak mąż wrócił z pracy włączyliśmy aplikacje „Pora na bobasa”, żeby policzyć skurcze, bo były już naprawdę częste (choć słabe). Okazało się, że co 2 min po 20 sekund . Napisałam do na grupę, potem załatwiłam opiekę dla córeczki, wykąpaliśmy młodą i mnie, dopakowaliśmy torbę i o g.23 wyruszyliśmy z Otwocka do Warszawy . W drodze zadzwoniłam do mojej mamy i moja siostra stwierdziła, że chyba mi skurcze odpuściły bo były co 5 minut. Mama powiedziała żebyśmy w takim razie zajechali do nich na herbatkę na Tarchomin aby akcja się rozkręciła „bo jak teraz pojedziesz to Cię tam pokroją” . Wpadliśmy na herbatkę a tam mama dała mi taki obrazek z Aniołem Stróżem i intencją:) Mama napisała do jednego zakonu z prośbą o modlitwę nowenny do Trzech Archaniołów, których święto przypada 29.09. Nowenna trwała od 20 do 28 września i właśnie w środę przyszedł pocztą ten obrazek z zapewnieniem, że modlitwa w intencji szczęśliwego rozwiązania mojej ciąży została odmówiona Od razu uwierzyłam, że to naprawdę może się stać, że wszyscy się modlą, abym urodziła Klarunię naturalnie i aby wszystko poszło dobrze!

archangels

Ok 1:30 pojechaliśmy na Żelazną (naszukaliśmy się miejsca trochę:P). Od razu nas przyjęto, zaspana Pani doktor zbadała mnie, sprawdziła te wyniki poprzedniego lekarza i potem zrobiła szybkie USG. Powiedziała, że wychodzi jej mniejsza dzidzia niż temu lekarzowi 23.09. ale że główka jest tak nisko że nie da się zmierzyć… Troszkę mnie przestraszyła ale na pytanie „Jak pani chce rodzić” odpowiedziałam twardo „Naturalnie!”. Wszystkie tam panie patrzyły na mnie wielkimi oczami i taka dumna byłam, że robię „wrażenie”:P Przyszła przecudowna pani położna Aneta (nazwisko chyba na G ale nie pamiętam) i zaprowadziła nas do sali orzeszkowej . Tam się przebrałam i czekaliśmy na położną i jej „rozkazy” . Podłączyła mi płyny, KTG, a potem zwymiotowałam (organizm się przygotowywał ). Kazała niestety leżeć i to było dla mnie najgorsze bo skurcze, które nadeszły były tak bolesne i długie, że w życiu takich nie miałam… Zaczęłam wyć jak wilk do księżyca…

Mężuś cały czas był przy mnie i mnie wspierał mimo, że był po dniu w ciężkiej pracy fizycznej 12h i był strasznie zmęczony. Po 3h już zaczęłam błagać o jakieś znieczulenie, ale niestety „nie ma”… Doszło do tego, że zaczęłam mieć myśli czy CC nie było lepszym rozwiązaniem ale tego nie powiedziałam ani razu… Gdy zmieniałam pozycje albo skakałam na piłce było jako tako… najgorzej było na leżąco… W końcu aż piszczałam i czułam, że mi struny głosowe siadają 😛 Ból był PRZEOGROMNY!!! Przynieśli kroplówę oxy i zaczęłam się buntować, że nie chcę i nie… Ale pani położna przekonała mnie że trzeba… Szczerze? Wcale nie widziałam różnicy w bólu:P Gdy były przerwy w skurczach to kładłam głowę i spałam – mężuś to samo . W końcu ok 6 rano zaczęły się parte… I szczerze? Były o wiele mniej bolesne niż te wcześniejsze! Owszem parcie wymaga wysiłku ale przynajmniej czujesz, że działasz ;D O g.7 rano przyszła nowa położna normalnie jak Anioł była tak dla mnie miła, mówiła po imieniu „Dobrusia” i powiedziała, że „Pani zaraz urodzi” .

Normalnie nie mogłam uwierzyć, że tak szybko (choć wcześniej mi się dłużyło :P). Przyszły też jakieś młode położne pomóc, obok trzymał mnie mój mąż, motywował i pomagał dociskać moją głowę do klatki piersiowej, inne położne pomagały dociskać nogi do brzucha Słyszałam miliard miłych słów i tak niesamowicie motywujących. W końcu widziałam, że nowa położna pani „Anioł” coś tam szuka i doskonale rozumiałam czego… Aby mnie naciąć… Ale wiedząc, że córeczka nie jest mała stwierdziłam, że tak trzeba… Niestety bolało przy nacinaniu poczułam taki piekący ból ale wolę to niż CC . I zaraz wyszła śliczna główeńka mojej Klaruni . Jeszcze jeden skurcz i cała Klara była na rękach pani położnej a następnie wylądowała mi na piersiach <3 . Troszkę zrobili panikę bo zielone wody, ale młoda zrobiła po prostu kupkę z wrażenia i już było OK .

Trzymałam moją córeczkę w ramionach i patrzyliśmy na nią z mężem tak szczęśliwi jak nigdy . A tekst mojego męża na końcu sprawił, że miałam ochotę go wycałować. Powiedział: „Widzisz? Urodziliśmy Klarę RAZEM”!!!
K.O.N.I.E.C. <3

Podsumowanie:
Klara Gabriela Pływaczewska
urodzona SN 29.09 (Śwęto Trzech Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała) o g.7:15
Waga:3720g, Wzrost:56cm, 10 punktów apgar

P.S.Porównując poród CC do porodu SN są plusy i minusy ale fakt, że mogę chodzić bez zginana, że mogę się wyprostować, normalnie funkcjonować powoduje, że poród SN WYGRYWA PO CAŁOŚCI! Także NIGDY WIĘCEJ CC!!! VBAC RZĄDZI!!!

Mój szkocki vbac (Szkocja)

A tak wygląda VBAC w Szkocji – opowieść Kasi:

scottish_flag_infant_bodysuit

Zbieram się żeby w końcu opisać jak to było z nami.
Na początek  jednak trochę historii. Pierwszy synek przyszedł na świat w lipcu 2014 roku w Polsce. Ta ciąża była wyjątkowo trudna. Po czterech wcześniejszych stratach całe 9 miesięcy były pełne strachu: o zdrowie  maluszka i szczęśliwe zakończenie ciąży.

Od początku chciałam mimo wszystko rodzić sn – cesarka to była opcja, której nie brałam pod uwagę nawet w myślach, mimo tego, że mój lekarz przez moment proponował to jako bezpieczniejsze rozwiązanie.
Ale w końcu zdecydowaliśmy, że próbuję rodzić sn.

Mimo moich  najlepszych starań poród zakończył się jednak cieciem po 12 godzinach przy 10 cm rozwarcia kiedy okazało się że główka jest zbyt wysoko I  ciągle się cofa…
Świadomość tego, że byłam tak blisko … A jednak tak daleko i że sie nie udało przez wiele miesięcy potegowała uczucie żalu, pretensji do losu, że jako kobieta zawiodłam, moje ciało nie dało rady. Do tego doszła długa rekonwalescencja, blizna długo dawała mi się we znaki. Zaczęłam szukać pocieszenia w tej sytuacji. Wtedy też przypadkiem odkryłam grupę Naturalnie po cesarce i zaczęłam śledzić historie VBAC. Od tej chwili wstapiła we mnie nadzieja, że kolejna ciąża nie musi skończyć się cesarką.

W listopadzie 2015 roku okazało się że spodziewamy się  kolejnego dzieciątka. Byliśmy przeszczęśliwi. Tym razem moją ciąża była prowadzona w Szkocji. Po wielu za i przeciw uznałam, że moja próba VBAC znajdzie tutaj dużo większe wsparcie i przychylność szpitala i personelu.

I nie myliłam się od początku położna wspiera mój wybór. Tym razem ciąża przebiegała spokojnie i bez wiekszych problemów. Blizny nikt mi nie mierzył. Nie jest to uznawane  tutaj w Szkocji jako wyznacznik powodzenia vbac. Przez jakiś czas była we mnie obawa,że to może jednak źle …że może podejmuję zbyt duże ryzyko ? I strach,że może jednak się blizna rozejść. Na szczęście mój lekarz z Polski wspierał mój vbac I dodawał otuchy. Mąż też od początku wierzył, że dam radę.

Do porodu jakoś specjalnie się nie przygotowywałam. Tym razem miałam w sobie ten spokój, że wszystko potoczy się tak jak powinno. Ale z drugiej strony byłam pogodzona z możliwością cesarki gdyby zaszła taka konieczność. Poród zaczął się 13 lipca 2016 roku  4 dni przed terminem w nocy… cały dzień spedziłam na relaksie nad morzem. Byłam bardzo spokojna. I wyluzowana.

Cieszyłam się, że wszystko zaczęło się samoistnie gdyż w szpitalu w którym miałam rodzić po cc nie indukują porodu przy pomocy oxy. Kiedy skurcze były co 5 minut obudziłam męża i pojechaliśmy  do szpitala. Na miejscu położna po badaniu stwierdziła 3 cm ! Hura! A więc rodzimy.

Mogłam  wziąść prysznic i poskakać na piłce. Kiedy skurcze, zaczęły robić się nieznośne zdecydowałam się na gaz. Niestety od tego już momentu musiałam być unieruchomiona na łóżku i podpięta pod ktg. Na szczęście po gazie czułam się dobrze i mimo silnych skurczów pomógł mi się on  wyluzować na tyle, że ból był do wytrzymania.

Po  czterech godzinach kolejne badanie I tu ku mojemu zdziwieniu już 7 cm…Propozycja wzięcia znieczulenia…Ale  grzecznie odmawiam… czuję w sobie tą siłę i moc, że dam radę. Nie chce żadnych zbędnych ingerencji.

Po godzinie przychodzi nowa zmiana położnych. Mi trafia się młodziutka położna – nie cały rok po skończeniu szkoły. Na kolejnych skurczach mówię jej, że czuję już parte, na co ona, że to nie możliwe, że to za wcześnie, że pewnie dziecko leży w takiej pozycji, że uciska. Po kolejnych skurczach odchodzą wody. Naciskam Nicol, żeby jednak mnie zbadała ( tak to badają co 4 godziny). Ku jej zaskoczeniu okazuje się, że jest już 10 cm. Od tego momentu wszystko toczy się w ekspresowym tempie. Moment wyparcia główki wspominam jako najtrudniejszy. W tym porodzie  same skurcze były dla mnie nie najgorsze.

14 lipca 2016 roku o godz 9:10 po 6 godzinach akcji rodzi się nasz drugi synek. Dwa lata bez dwóch tygodni po cc. Od razu ląduje na moim brzuchu co jest cudownym doznaniem, którego brakło mi przy pierwszym synku, który szybko został zabrany na noworodki po otrzymaniu tylko calusa. Za to drugim skarbem mogliśmy się cieszyć nie przerwanie non stop. Mimo komplikacji pęknięcia krocza 3 stopnia i krwotoku bardzo szybko dochodzę do siebie.

24 godziny po porodzie jesteśmy już w domku. Podsumowując mój vbac mogę tylko powiedzieć, że nie miałam specjalnych oczekiwań, obaw przed tym czy się uda czy nie. Po prostu uwierzyłam, że jest we mnie ta siła. W odróżnieniu od pierwszego porodu był we mnie wewnętrzny spokój i opanowanie wiara, że jest to możliwe myślę, że to pozwoliło mi przeżyć ten piękny pórod w pełni tak jak zawsze o tym marzyłam.