Archive | Grudzień 2016

W zgodzie z naturą, w zgodzie ze sobą – próba porodu drogami natury po 3 cc (Warszawa)

Wiele osób twierdzi, że poród po 2 cc to szaleństwo. A po 3 cc? Literatura naukowa na ten temat jest dość skąpa (całkiem niezłą kompilację badań w tym temacie, choć już troszkę starą, można znaleźć tutaj). Ale historie z życia pokazują, że to jednak możliwe – zobacz: http://naturalniepocesarce.pl/?p=607 i http://naturalniepocesarce.pl/?p=207. Cieszę się, że także w Polsce są lekarze, którzy gotowi są wesprzeć i otoczyć profesjonalną opieką kobiety pragnące podjąć próbę porodu naturalnego po 3 cięciach cesarskich. Oto opowieść Oli:

keep-calm-and-vba2c-on

Oto nasza historia: 1 poród czerwiec 2011- cc: żadnych wskazań do cc, ciąża po terminie więc skierowanie na wywoływanie, cewnik Foley’a,po nim rozwarcie na 2cm, następnego dnia 2 dawki oxy na leżąco, kiepskie ktg- tyle mi powiedziano i zgoda na cc. Synek Jaś 4370, 56cm, 10pkt.

Drugi poród grudzień 2012- cc: nie wiedziałam, że można inaczej, lekarz nawet nie pytał czy chcę sn, mówił, że jeśli się samo nie zacznie i przed tp to raczej cc. Po tp miałam się zgłosić na ip, tradycyjnie cewnik Foley’a a następnego dnia cc przy 4cm. Córka Kasia 3580, 54cm, 10pkt.

Trzeci poród listopad 2014r-cc: zaczynałam już myśleć, że nie chcę kolejnego cięcia, drugie cięcie ciężko przeszłam, brzydko mówiąc rzygałam całą cc. Szukałam opcji porodu naturalnego, nawet myśli o domowym były albo przynajmniej zaczekać na akcję skurczową. Chodziłam trzeci raz do tego samego ginekologa, był zbulwersowany, że jeszcze wymyślam po 2cc poród naturalny. Wtedy trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia – była jeszcze malutka i kameralna, ale już zapaliła mi się lampka, że muszę coś zrobić. Pojechałam na wizytę do dr Kajdy do Św. Zofii w 35tc. Wszystko było by ok, gdyby nie zaprosiła nas na usg: blizna 1,3mm. nie zgodziła się podjąć porodu naturalnego, wymagane były „magiczne” 2cm. Wróciłam do Lublina, ostatecznie czekałam na akcję skurczową, jeździłam na ktg, podpisywałam odmowy hospitalizacji, wysłuchałam jaka jestem nieodpowiedzialna, narażam na śmierć siebie i dziecko, to „ta” pacjentka. Mój gin też już myślał, że jestem po cc, kiedy zadzwonił. Ostatecznie 10 dni po tp urodziła się poprzez cc nasza córeczka Helenka(najmniejsza) 3540, 53cm, 10pkt. Wyszłyśmy na żądanie, bo już wiedziałam, że to nie mój szpital.

No i teraz najważniejsze- poród czwarty czerwiec 2016r. Mieliśmy już wspaniałą trójkę, ale wiedzieliśmy, że chcemy jeszcze dzieciątko. Nie chciałam długo czekać i wolałam okres pieluch szybko „załatwić” We wrześniu okazało się, że jest już mała fasolka jednak dłuuugo zwlekaliśmy o przekazaniu informacji najbliższym. Czas tak szybko leciał i było już Boże Narodzenie, 4-5 miesiąc a mój mąż dalej szukał stosownej okazji, żeby się pochwalić. W końcu po Świętach powiedziałam, że już brzuszek będzie widać, więc on postanowił zrobić to bardzo oficjalnie. W styczniu miał obronę swojego doktoratu i tuż po niej podziękował na auli KULu do mikrofonu swojej małżonce i czworgu dzieci Ciąża idealna, zero złego samopoczucia, żadnych dolegliwości. Wiedziałam, że do swojego ginekologa już nie wrócę, wiedziałam, że zgodzę się na cc, jeśli już wykorzystam wszystkie możliwości psn. Więc postanowiłam pójść na wizytę najbliżej na nfz do pani ginekolog. Bardzo miła, nigdy nic złego nie powiedziała, ale też nie chwaliłam się jej swoimi planami. Kiedyś tylko wspomniała, że jej koleżanka w Poznaniu urodziła sn po 3cc. Cały czas podczytywałam grupę, obdzwoniłam Wrocław (mam tam teściów, więc poród można było tam zorganizować), ale tam nie było chętnych na psn po 3cc. Ostatecznie została Wawa i Prezes dr Puzyna

Robiłam badania, wyniki super, żadnych suplementów nie brałam, byłam aktywna przy trójce bąbelków, żadnych przeziębień. Usg zrobiłam w 7 tyg dla potwierdzenia i lokalizacji ciąży- wysoko, poza blizną po cc- może dlatego brzuch dopiero w 6 miesiącu miałam mimo 4 ciąży. W 20 tyg pani dr na usg (inna usg wykonywała) skomentowała szczyt naszej nieodpowiedzialności, że 4 cesarka, że powinnam już zapomnieć o rodzeniu, że blizna cienka, pełno zrostów, że albo ja albo dziecko przeżyje (dr ze Świdnika- od razu wiedziałam że tam nie pojadę mimo że blisko mam). Wróciłam załamana, zapłakana i dopiero po kilku dniach mężowi o tym powiedziałam. Stwierdziliśmy, że ciąże donosimy ile się da i więcej usg nie robimy. Cieszyłam się każdym dniem z rodziną i mężem. Wiedziałam, że nie będę rodzić już w Lublinie.

Pojechałam do dr Puzyny na wizytę. Strasznie się bałam, nie miałam aktualnego usg, tylko wyniki bieżące. Był koniec maja, termin za 3 tyg- 19 lub 21 czerwca. Nic mi nie mówił termin, gdyż miesiączki normalnej nie było, tylko 2 nieregularne plamienia, bo do 6 miesiąca karmiłam córkę. Poza tym żadne z naszych dzieci przed ani w terminie się nie rodziły, więc termin nie istniał żaden dla mnie.

Dr Puzyna był zaskoczony. Najpierw nie wiedziałam, jak z nim rozmawiać. Zbadał, jako JEDYNY badał brzuch i powiedział, że dzieciątko nieduże, robił wywiad, kartę ciąży obejrzał, spytał o usg-nie mam. Miałam nawet całą dokumentację medyczna wyciągniętą ze szpitala z poprzednich cięć. Dużo pytał o moją motywację porodu naturalnego: po co, dlaczego, o przebieg poprzednich ciąż, powody cc. Nie było nic co do czego można by było się przyczepić. Nie dał mi odpowiedzi czy podejmuje się, tylko powiedział, że zaprasza mnie za 2 tygodnie z aktualnym usg. W tym czasie umówiłam się na usg do zaufanego lekarza w Lublinie i jeszcze innego też polecanego. Pierwszy oszacował dziecko na mniej niż 3 kg i bliznę na mniej niż 2mm (pt), więc byłam znowu załamana, że ta blizna jest taka cienka i pewnie w Wawie pożegnają mnie. Jednak nie dałam za wygraną i w pon po weekendzie pojechałam zrobić drugie usg- dziecko blisko 4 kg i blizna 5mm. Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Wiedziałam na pewno, że usg się myli a intuicja mi mówiła, że blizna jest cienka, ale elastyczna i wytrzymała, tak jak przez tyle miesięcy porządnie nosiła maleństwo.

Niepewnie pojechałam do Wawy. Dr Puzyna nie był zachwycony moimi usg, ale przymknął oko i powiedział, że spokojnie czekamy. Najlepiej, żeby samo się zaczęło. Zbadał mnie, powiedział, że główka nisko i warunki powoli się robią, żeby rodzić. Wydał też pisemną zgodę na psn po 3cc „bez szaleństw”-tak dosłownie było Umówiliśmy się na wizytę we wtorek 21 czewrca- czyli termin. W poniedziałek zrobiłam kontrolne ktg, wyszło ok i zadzwoniłam do dr z zapytaniem czy mam przyjeżdżać i jak u mnie sytuacja. Cieszył się, że się odezwałam, wysłuchał i powiedział, że w sobotę, o ile nic się nie zacznie, mam przyjechać na wizytę z torbą do szpitala. Tak też było. Na wizycie bez zmian, cisza, szyjka lepiej trochę przygotowana, ale z racji 3cc i że po tp mam zostać już pod jego opieką. Wewnętrznie już byłam na to gotowa, chociaż wolałam być w domu przy dzieciach.

Przyjęto mnie w sobotę na oddział. Codziennie ktg, badanie itp., nic się nie działo. W poniedziałek zrobili mi usg i dr przerażony był, bo zobaczył dziecko ponad 4 kg. Codziennie zjawiał się dr Puzyna i ustalał ze mną plan działania. Ogólnie nastawienie lekarzy było pozytywne, ale niestety była jedna Pani dr, która na moje nieszczęście dyżurowała prawie codziennie i wywierała na mnie presję, że mam podjąć jakąś decyzję, że tak nie można, że jestem poza prawem i co ja tu sobie wyobrażam. Nie pomagało mi to, ale starałam się nie przejmować.

We wtorek minął tydzień od terminu porodu, dr Puzyna zaproponował cewnik, zgodziłam się, choć niechętnie, ale z racji już przeterminowania tak wyszło. No i wieczorem zaczęły się piękne skurcze. Nie były mocne ale pierwszy raz ich doświadczyłam. Nie mówiłam nikomu bo chciałam skupić się na sobie, liczyłam czas i były co 12-15min. Cewnik siedział i tak całą noc, więc napisałam do męża, że ma jechać do mnie (150km).

W środę obchód i znowu TA MIŁA Pani dr, wyjęli cewnik i mówią, że bez zmian. Powiedziałam, że skoro już jakieś skurcze były to chcę zaczekać, aż samo się rozkręci i dopiero następnego dnia coś planować. Wymuszała na mnie, że najlepiej jakbym nie jadła śniadania=cc i musiałam podpisać odmowę i oświadczenie, że nie wyrażam zgody. Tak też zrobiłam, ale jak wyszłam z gabinetu to emocje puściły, rozpłakałam się i skończyły się skurcze. Na szczęście był już mąż i w środę odpoczywałam. Jednak czuć było niezadowolenie personelu, że tak robię. Starałam się nie przejmować. Kilka skurczy się pojawiało, ale niestety bez szaleństwa. Zaczął tylko czop odchodzić.

W nocy ze środy na czwartek podłączono ktg już częściej. Maluszek był bardzo niespokojny, nie wiedziałam co się dzieje, tak kopał, że czułam, że coś nie tak. Na ktg o 1 w nocy było wysokie tętno dziecka, powtórzono ktg a potem zlecono stały monitoring. Od środy leżałam plackiem, zero toalety, bolała mnie cała miednica, bałam się cc na cito, bo chciałam, żeby mąż był przy mnie. Jednak na dyżurze był bardzo fajny dr, który uspokoił i powiedział, że coś się dzieje, ale mam być dobrej myśli.

W czwartek rano o 7 napisałam do dr Puzyny sms, że są komplikacje. Za 3 min wchodzi do mnie i rozmawiamy co dalej robić. Zaprosił mnie do zabiegowego, powiedział, że coś się dzieje, rosło też moje CRP i wyjaśnił, że trzeba powoli kończyć i jedyne co mi pozostaje to przebicie pęcherza. Spytał, czy się zgadzam. Przebił pęcherz i poleciały cieplutkie czyste wody. Pakowanie na porodówkę i dał mi czas do południa na rozkręcenie akcji. Ulżyło mi już z jednej strony, z drugiej już chciałam zobaczyć malucha. Miałam ktg, mogłam się poruszać, położna za wiele nie mogła pomóc, tętno było wysokie a rozwarcie nie ruszało. Ok.13 przyszedł dr Puzyna i powiedział, że już musimy ciążę zakończyć, skoro rozwarcie nie drgnęło przez tyle czasu, pozostaje mi cc. Pojechałam i w szybkim tempie na salę i znieczulenie. Dr sam wyraził chęć zrobienia mi cięcia. Podczas operacji był problem z wyjęciem malucha. Dziecko cały czas parło głową w kanał, kilku lekarzy musiało mi się położyć na żebra, żeby ją wydusić. To chyba był najgorszy moment. Tak się urodziła nasza trzecia córcia Pelagia- 4200, 56cm, 10 pkt. Śliczna, czarna, długie włosy, ze zduszonym noskiem i czołem, bo tak bardzo chciała wyjść dołem. Powód- ułożenie odgięciowe- parła twarzą i to było powodem, że nie wchodziła i nie rozwierała szyjki. Mąż ją dostał, a za chwilę miałyśmy kontakt skóra do skóry przez całe szycie. Dr Puzyna poszedł, kończyła szycie inna pani dr. Powiedziała, że w środku całkiem spoko . I na tym kończy się pozytywna opowieść o Św. Zofii.

Córce pobrali krew i okazało się, że ma już podwyższoną bilirubinę, zabrali ją na noworodki a ja zostałam sama na pooperacyjnej. Niestety takie oblężenie, że były marne szanse wjechać tego wieczoru na oddział. Płakałam do córki, bo brakowało mi jej kontaktu. Odciągnięcie siary graniczyło z cudem. Po 18 okazało się, że ostanie miejsce się zwolniło i wjadę na oddział. Przyjechały po mnie położne z łóżkiem i ta, która miała się dziś mną opiekować średnio mi się spodobała. Musiałam z łóżka na łóżko sama się zsunąć po 4h od zszycia brzucha. Trudno. Wjechałam na odział, instrukcje od położnej i że powoli wstajemy i wyciągamy kosmetyczkę i ręcznik pod prysznic- wow- w takim filmie jeszcze nie grałam. 6h ze stołu a tu każą się kąpać. Sama wstałam a położna pomogła dojść do łazienki, prysznic i już ok. Od razu chciałam pędzić do małej. Zaszłam i była już naświetlana. Godzina 22 a położne każą iść. Chciałam przystawiać córcię i karmić- „nic tam pani nie ma, proszę jej nie budzić, proszę iść odpocząć”-to usłyszałam. Powiedziałam, że jak Malutka wstanie to mają wołać mnie na karmienie. Niestety jak zachodziłam do niej to już córka była nakarmiona mm. Mimo, że w planie porodu i w osobnej zgodzie był zakaz dokarmiania mm. Położne nie były zadowolone, że przesiaduję z dzieckiem. Na szczęście w piątek okazało się, że może być naświetlana na materacyku w mojej sali. Nie było to wygodne z tym materacem, ale dawałyśmy radę. Nie miałam pokarmu, położne wystawiały hektolitry mm w dyżurce, dokarmiałam. Pediatra stwierdziła, że głodzę dziecko. To wszystko nie pomagało. W sobotę na dodatek pogorszenie, dodatkowe lampy od góry i kontakt z dzieckiem tylko na karmienie co 2-3h. Masakra. Już traciłam cierpliwość, chciałam do domu, do dzieci, do swojego łóżka. Na szczęście córcia w niedzielę sporo spała i naświetlała się. W poniedziałek na obchodzie powiedzieli, że nie będą robić jej badań, że dopiero we wtorek a wypis to jeszcze nie wiadomo. Byłam na skraju wyczerpania i zdecydowałam o wypisie dziecka na żądanie. Wielkie oburzenie, skrajna nieodpowiedzialność, „w Lublinie na pewno nie ma takich dr jak tu”. Więc stwierdziłam, że wolę być w lubelskim szpitalu z dzieckiem ale bliżej domu. Raptem zrobili jej badania i żółtaczka spadła, więc wyszliśmy. Obeszło się bez naświetlań w domu i mała wróciła do zdrowia.

I tak zaczyna się nasza przygoda z czwórką szkrabów. Mam 4 dzieci po cc. Każde inne i każde cięcie inne. Mimo 4cc nie żałuję tego, że pojechałam aż do Wawy rodzić. Cieszę się, że doświadczyłam choć minimalnych skurczy, że poczułam choć trochę, jak to jest, że dałam z siebie wszystko, aby pomóc przyjść Pelagii na świat. Wielkim wsparciem był mąż, cierpliwie słuchał tego, czego potrzebujemy, był podczas cc i mógł częściowo doświadczyć cudu narodzin, cudu życia, które daliśmy Naszej Córce. Jest całkiem inna od poprzednich dzieciaczków, my jesteśmy inni, to doświadczenie bardzo nas wzmocniło, dało mnóstwo siły. Starsze rodzeństwo jest wspaniałe w stosunku do Malutkiej. Teraz czujemy się prawdziwą dużą rodziną.

Chciałam serdecznie podziękować dr Puzynie. Lekarz z powołania, człowiek, który dał nam szanse przeleczyć poprzednie cc, umożliwił psn po 3cc!. Myślę, że bał się tak jak my, ale miał też ogromna wiarę. Jego stosunek do pacjenta, sposób w jaki ze mną rozmawiał, pozwoliły MI zadecydować (a nie dr-jak to większość decyduje za rodzącą) czego i jak ja chcę. Dzięki niemu, jego doświadczeniu, wiedzy i zaufaniu mamy zdrową córeczkę.

Szczególne podziękowania dla naszej Magdaleny Hul. Dzięki Tobie zobaczyłam, że można inaczej, że można mądrze i świadomie, w zgodzie z natura, w zgodzie z sobą.

„Kto nie boi się wierzyć, że się uda? Ja nie! Ja wierzę, wiara czyni cuda!” Vbacowy cud narodzin w Wielkopolsce.

Dzisiejsza opowieść wywołała we mnie prawdziwy koktajl emocji. Od tych  trudnych (smutku, złości, frustracji), jakich doświadczałam czytając o warunkach i podejściu personelu szpitala, do tych ogromnie pozytywnych – radości, wzruszenia, zachwytu nad cudem natury jakim są narodziny i podziwu dla siły i mądrości Kobiety, która tą historią postanowiła się podzielić. Oto opowieść o porodach Małgosi:

Moja historia rozpoczyna się w momencie, w którym usłyszałam od czterech różnych lekarzy, że będę miała wielkie trudności z zajściem w ciążę. Jak się niewiele później okazało, wcale nie było to takie trudne 😉 Niecały rok po ślubie urodziłam przez cc naszą pierwszą córeczkę – Martynkę. Podobno moja budowa ciała miała uniemożliwić mi poród naturalny dziecka ponad 4200-gramowego, dlatego przyniesiono mi do podpisania papierek ze zgodą na cesarkę. Nikt z dyżurujących lekarzy, czy położnych nie pofatygował się do mnie, by ze mną na ten temat porozmawiać. A ja, jako, że była to moja pierwsza ciąża i byłam bardzo nieświadoma, naiwna i ślepo-wierząca w nieomylność i rację lekarzy, podpisałam zgodę, o nic nie pytając.

W międzyczasie pojawił się mój lekarz prowadzący. Zdziwił się, kiedy usłyszał o planowanym zabiegu. Porozmawiał ze mną na temat operacji i czym ona będzie dla dzidziusia. Niestety wtedy nie pomyślałam, że jeszcze mogę wyrazić sprzeciw wobec cesarki, wystarczy, że o tym powiem ordynatorowi szpitala. To był mój błąd. Mój strach i brak asertywności zasądziły o takim a nie innym rozwiązaniu ciąży.

Martynka urodziła się przez cesarskie cięcie na początku kwietnia 2014 roku, o 11.42, mając 3420 gram(a nie planowane 4200 i więcej), 54 centymetry długości oraz 9 punktów w skali Apgar (za kolor skóry). W drugiej dobie po porodzie przegoniono mnie z jednej sali na drugą, każąc przenosić wszystkie swoje rzeczy i dziecko. Oczywiście bez przemyślenia chwyciłam cały ciężki bagaż w jedną rękę, drugą pchałam dziecko i udałam się tam, gdzie mi zalecono. Zaraz po tej jakże przyjemnej, dla dopiero co operowanej kobiety, dawce aerobiku, dostałam krwotoku i trafiłam kolejny raz na stół operacyjny. Od tamtego momentu wszystko zaczęło się powoli uspokajać i goić. Najdłużej zdrowiała moja dusza. Poczucie winy (przecież mogłam się odezwać) i niespełnienia towarzyszyły mi przez bardzo długi czas. Chyba już na zawsze gdzieś tam pozostaną. Przepracowane, czy nie, ale są częścią mnie, częścią jednej z najpiękniejszych chwil mojego życia – pojawienia się upragnionego dziecka.

Gdy dowiedziałam się o drugiej ciąży, pierwsze co pomyślałam, to: „Nigdy więcej cesarki bez podstaw!”. Lekarz prowadzący stwierdził, że jeśli nie będzie żadnych przeciwskazań ze strony dzidziusia i mojej, to mam zielone światło na poród sn. Słowa te sprawiły, że do połowy ciąży byłam spokojna, nie myślałam też zbyt wiele o zbliżającym się terminie rozwiązania. Sytuacja zaczęła się zmieniać w okolicy 6 miesiąca. Wtedy otrzymałam wiele wsparcia od moich bliskich. Szczególnie od mamy i siostry. Zadręczałam je pytaniami o poród i nieświadomie wymagałam na nich ciągłe potwierdzanie, że na pewno mi się uda, że dam radę. Mój mąż też nie miał ze mną łatwego życia. Pod koniec szóstego miesiąca zaczęłam co drugi dzień płakać, bo nie wiedziałam, czy podejmując decyzję o porodzie siłami natury, postępuję właściwie. Znajome, które były po dwóch lub trzech cięciach, na wieść o moim pomyśle rodzenia naturalnie, mówiły: teraz tak twierdzisz, tak chyba miała każda z nas, ale jak usłyszysz o rozchodzącej się bliźnie, czy pękającej macicy, to szybko zmienisz zdanie! Ich słowa spowodowały, że zaczęłam szukać coraz więcej informacji na temat vbaców.

Niestety większość artykułów, do których dotarłam, raczej mnie przerażała, a nie uspokajała. W siódmym miesiącu ciąży wpadałam już w panikę. Na dodatek teściowie nie byli zachwyceni moim pomysłem, bo po co ryzykować. Mąż, chociaż starał się mnie wspierać, to czasem pytał, dlaczego uparłam się rodzić naturalnie. Miałam totalny chaos w głowie i w sercu. Moja mama zaprzęgła chyba wszystkie swoje znajome do modlitwy za mnie, za dzidzię i za nasz poród. To mnie bardzo uspokoiło. W końcu dotarłam na stronę Naturalnie po cesarce, a niewiele później zapisałam się do grupy wsparcia. To było to, czego szukałam. Tyle historii. Tyle emocji. Tyle udanych i zakończonych cc vbac-ów. Tyle wsparcia. Zaczęłam wierzyć, że się uda. Że nawet jeśli nie urodzę siłami natury, to zrobię wszystko, żeby nie mieć cc na zimno. Tak też zrobiłam.

U nas w mieście każda ciężarna musi ok. miesiąca przed porodem udać się do szpitala na tzw. badania jednodniowe. Na początku kwietnia trafiłam zatem na oddział położniczy. Panie na izbie przyjęć, słysząc moją deklarację o naturalnym porodzie, stwierdziły z przekąsem: „chyba nie u nas w szpitalu”. Niezbyt podbudowana takim komentarzem czekałam, co powie na temat mojego pomysłu zgromadzenie lekarzy. Na badaniu przez ordynatora (nasz szpital jest dość mały i prawie zawsze te badania są przeprowadzane przez ordynatora w asyście wszystkich lekarzy i dyżurujących położnych – czasem jest ponad 10 osób w sali badań), gdy już chciano ustalić mi termin cc, powiedziałam głośno, że chcę rodzić naturalnie. Niektórzy spojrzeli na mnie jak na niespełna rozumu. Pan ordynator stwierdził, że jeśli podpiszę oświadczenie, że nie zgadzam się na sugerowane przez nich cesarskie cięcie oraz jeśli nie wystąpią żadne przeciwskazania, to mogę rodzić. Kazano mi stawić się na oddziale na kilka dni przed terminem rozwiązania. Oczywiście do domu wracałam jak na skrzydłach, bo usłyszałam upragnione „TAK” dla porodu naturalnego.

Na kilka dni przed rozwiązaniem stawiłam się w szpitalu. Robiono mi podstawowe badania, w tym ktg. Niestety codziennie miałam któryś zapis powtarzany, ponieważ niepokojąco się zawężał. Bywało, że trzy razy dziennie po dwie godziny leżałam podpięta pod to ustrojstwo. W sumie 6h. Obłęd. W dodatku nikt mi nic nie mówił. Mój lekarz prowadzący od jakiegoś czasu nie pracuje w tym szpitalu, więc nie miał się kto o mnie troszczyć. Jest to dosyć smutne w dzisiejszych czasach. Każdy lekarz troszczy się o swojego pacjenta. Ciągle słyszałam komentarze o podejmowanym przeze mnie ryzyku, które miały chyba mną wstrząsnąć i wpłynąć na zmianę decyzji. Wszyscy wkoło uważali, że byłoby bezpieczniej dla mnie i dziecka, gdybym zgodziła się na cięcie. Czułam wielką presję. Czułam, że wszyscy woleliby zrobić mi cięcie i mieć mój poród z głowy.

W międzyczasie okazało się, że szpital nie posiada drukowanych oświadczeń o chęci porodu sn po cc, więc cały tekst został mi podyktowany słowo po słowie. Pani doktor nie omieszkała zawrzeć w nim stwierdzenia o możliwości urodzenia martwego dziecka przez podjętą przeze mnie decyzję. Tego właśnie trzeba ciężarnej oczekującej porodu. Niech wie, że działa na własne ryzyko i tylko sobie będzie winna, jeśli coś pójdzie nie tak. Nic, tylko rodzić! 😀 Przerażona wróciłam do sali, ale nie dałam się tak łatwo zastraszyć. Pomodliłam się i przyszedł spokój (Czułam się jak desperatka, więc na czas przedporodowy obrałam sobie za patronów Maryję, św. Gerarda i św. Ritę od spraw beznadziejnych – z takim wsparciem da się rodzić :D) Wiem, że personel nie robił tego złośliwie. W pewnym momencie jednak nie wytrzymałam, nerwy puściły i musiałam sobie popłakać. Do teraz się śmieję, że to była najbardziej spektakularna załamka, jaką widział ten szpital i moi bliscy. Poszłam do toalety, żeby sobie kulturalnie pochlipać mężowi w słuchawkę i tym samym nie denerwować niepotrzebnie dziewczyn na sali. Pech chciał, że mąż akurat był zajęty pracą na ogrodzie, więc włączył rozmowę na głośnik. Tym sposobem wszyscy wkoło niego, czyli moja córeczka, moi rodzice i moja siostrzenica słyszeli mój szloch. Dodam jeszcze, że uchodzę za osobę bardzo zrównoważoną, więc gdy usłyszeli mnie w tym stanie, wpadli w panikę. Za 15 minut moja mama przybiegła na oddział w nerwach wołając i pytając dziewczyn, gdzie jestem, bo wie, że płaczę. Cały zastęp ciężarnych super dziewczyn zaczęło mnie szukać. Jak już zostałam odnaleziona, zapewniłam je, że nic takiego się ze mną nie dzieje, po prostu mam kryzys. Żeby nie robić sobie więcej wstydu, wyszłam z rodzicami na korytarz. Nie mogłam się uspokoić. Łzy ciągle kapały i kapały i nie chciały przestać. Jakby tego było mało, okazało się, że w tym dniu odwiedziła szpital grupa ze szkoły rodzenia, na którą uczęszczałam! Oczywiście wychodząc z oddziału minęły mnie wszystkie znajome dziewczyny… Nie mogło być chyba gorzej, a jednak.

Poszłam z mężem na rozmowę z lekarką mającą tego dnia dyżur. Poradziła mi to moja wspaniała położna, myśląc, że to mnie uspokoi i ukoi skołatane nerwy. Jeśli ktoś spodziewa się rozmowy twarzą w twarz w zacisznych, budzących spokój i zaufanie warunkach, niestety musi zmienić szpital. Zostaliśmy przyjęci na korytarzu! Zero prywatności. Podobno wszystkie rozmowy tak tam wyglądają. Wszystkie odbywają się na korytarzu! Jakby tego było mało, zostaliśmy niezwykle niemiło potraktowani, a ja szczególnie. Cytuję: ”czy myślę, że jak mi łezki pociekną, to wszyscy zaczną wokół mnie biegać na paluszkach?”. Nie wiem, dlaczego tak się stało. Może pani doktor miała zły humor i kiepski dzień. Może zostałam źle zrozumiana. Nie mam pojęcia. Do teraz się zastanawiam, kto znający emocje ciężarnych przed porodem, jest w stanie wpędzić je w jeszcze większą histerię, zamiast uspokoić i pocieszyć. Chciałam tylko usłyszeć, że wszystko z dzidzią jest ok i że jestem w dobrych rękach. Nic ponadto. Niestety nie było mi to dane. Koniec końców zmusiłam się do zebrania w kupę, by na wieczornym obchodzie zdziwić się niemiłosiernie odmianą w zachowaniu dyżurującej pani doktor. Była bardzo miła, rozumiejąca i po prostu sympatyczna. Można? Można. Ale po co.

Kolejne dni mijały, kolejne ktg, kolejne powtórki ktg i tak do nocy z wtorku na środę. O 1 w nocy w dzień terminu wyznaczonego przeze mnie, tj. 4.05.2016 obudziły mnie skurcze. Próbowałam zasnąć dalej, ale niestety skurcze na to nie pozwalały, były bolesne, pojawiały się co 3-4 minuty, więc wstałam i zaczęłam spacerować po sali. Koło 5 podłączono mnie pod ktg. Wtedy pomyślałam sobie, że chyba nie ma nic gorszego od rodzenia na leżąco :) Mimo bólu i dyskomfortu nie opuszczał mnie dobry nastrój. Napisałam mężowi, że prawdopodobnie coś się zaczęło. Byłam tak przejęta, że nie mogłam nic jeść. Wciągnęłam suchą kromkę chleba. Po tym odżywczym śniadaniu poszłam pod gorący prysznic. Skurcze się nasilały, były już co 2-3 minuty. O 9.30 zastępca ordynatora zalecił podłączenie mnie pod ktg na sali porodowej. Ze stresu skurcze zaczęły słabnąć, ale po godzinie znowu się rozkręciły. Dyżurująca pani doktor (żeby życie miało dla mnie smaczek była to ta sama pani doktor, która dyktowała mi oświadczenie i jednocześnie ta sama, z którą wcześniej miałam nieprzyjemną rozmowę) powiedziała mojej położnej, żeby dała mi gaz. Powdychałam go sobie troszkę i skurcze stały się bardziej znośne, szyjka ślicznie się zgładziła, za to częstotliwość skurczów znowu opadła. Zagryzłam zęby i próbowałam jak najdłużej wytrwać bez wspomagaczy. Leżąc na tym nieszczęsnym łóżku błagałam o pozwolenie na chodzenie, skakanie, cokolwiek, byle ruszyć się z miejsca i nie czuć, jakbym zaraz miała tam umrzeć. Niestety ze względu na stan po cięciu, przedpotopowe ktg i ogólną politykę szpitala, nie pozwolono mi wstać.

O 10.30 miałam 4 cm rozwarcia. Moje ciało rodziło swoim rytmem. Ok.12.00 przy badaniu nastąpiła chwila grozy, ponieważ spadło małej tętno. Porzucałam się trochę na łóżku z jednej strony na drugą i wszystko wróciło do normy. O 14.00, gdy koleżanka rodząca na łóżku obok miała 9 cm, ja miałam zaledwie 6 cm. Mój duch troszkę osłabł, gdy usłyszał, jaka różnica nas dzieli i ile mi jeszcze zostało do końca po 11 godzinach męczarni. W dodatku znowu na badaniu spadło małej tętno. Czułam, że cesarka jest coraz bliżej. O dziwo wewnątrz byłam spokojna i myślałam sobie, że co ma być, to będzie. Zdrowie dziecka i moje jest na pierwszym miejscu. Na szczęście, po kolejnych ruchach z jednej na drugą stronę łóżka, tętno powróciło do normy. W międzyczasie wezwano anestezjologa z drugiego szpitala (u nas na porodówce nie ma na stałe anestezjologa, dlatego nie mamy również dostępu do znieczulenia zewnątrzoponowego), żeby był na miejscu w razie konieczności cięcia. Od godziny 15.00 w ogóle nic nie pamiętam, oprócz budzenia się na skurcze. O 15.40 pojawiły się parte i tu dopiero zaczęła się zabawa. Parłam mając jedną nogę na pani doktor, a drugą na położnej. Moja położna przytrzymywała mi głowę i mówiła, kiedy brać wdechy, a mąż krzyczał do ucha motywujące teksty. Pierwsze parcia były nieefektywne, gdyż całą parę wypuszczałam płucami, a nie dołem. W końcu, po 25 minutach totalnej wariacji, o 16.04 przyszła na świat moja maleńka Wiktoria, moje Zwycięstwo. 25 miesięcy po 1 cc, po 15 godzinach skurczy, mając 3440 gram, 53 centymetrów i 9 punktów w skali Apgar. Mała wyglądała jak ufoludek ze względu na maziste zielone wody, ale dla mnie i tak była najpiękniejsza na świecie . Gdy zaczęto wyjmować pępowinę usłyszałam: „o matko! Pani doktor! Niech pani spojrzy! Węzeł!”, by za chwilę znowu usłyszeć: „Matko kochana! Matko kochana! Jeszcze jeden! Naprawdę jest jeszcze jeden!”.

8244_4_26-umbilical-cord-knot

Zdjęcie poglądowe – nie stanowi części historii porodowej.

Rodząc Wiktorię, dowiedziałam się, że cuda się zdarzają. Że taki cud zdarzył się i mnie. „Kto nie boi się wierzyć, że się uda? Ja nie! Ja wierzę! Wiara czyni cuda!” – to był hymn mojej ciąży, który sprawdził się w 100%. Moja córeczka urodziła się całkiem zdrowa w naturalny sposób, mając zawiązane na pępowinie dwa węzły prawdziwe. Do teraz przechodzą mnie ciarki, gdy pomyślę, co się mogło stać. Że mogła urodzić się w silnym niedotlenieniu. Że mogłam ją stracić, gdy jeszcze rozwijała się w brzuszku. Po porodzie mój mąż powiedział na głos z dumą, że urodziłam na przekór wszystkiemu i wszystkim. To zdanie pięknie podsumowało mój pobyt i czekanie w szpitalu na poród.

Nie wiem, czy kiedykolwiek byłyście w takiej sytuacji, w której wiedziałyście, że umysł trzeba wyciszyć, żeby dał pracować ciału. Są w naszym życiu takie momenty, kiedy musimy zdać się na instynkt, na wrodzoną mądrość natury. Dla mnie tą chwilą był poród. Była we mnie modlitwa, wiara i przepiękna jedność ciała i ducha, której nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Wiem, że byłabym spokojna, nawet wtedy, gdy potrzebne byłoby zrobienie cięcia. Zrozumiałam, że poród naprawdę w dużej mierze znajduje się w naszej głowie. Oczywiście nie wszystko zależy od nas, czy od naszego nastawienia, ale jednak ma ono niebagatelny wpływ na przebieg narodzin. Takie godzenie się z tym, co ma nadejść, uzdrowiło mój umysł i ociepliło myśli o poprzedniej cesarce. Każdej z Was, dziewczyny życzę nie tylko tego, żeby vbac się udał. Życzę Wam tego, co będzie najlepsze dla Was i Waszych maleństw. Życzę Wam ogromu wsparcia od bliskich, mądrego personelu i spokoju ducha. By cud narodzin mógł się stać. W ten lub inny sposób. Amen.

PORÓD PO PRZEBYTYM CIĘCIU CESARSKIM (na podstawie wytycznych RCOG 2015)

AUTORKA: Aleksandra Lewandowskapart_1-2-2
Lekarz rodzinny, nauczyciel naturalnego planowania rodziny, członek Komitetu Upowszechniania Karmienia Piersią i Grupy Wsparcia Naturalnego Karmienia Piersią i Mlekiem Kobiecym, Dawczyni Krwi i Mleka Kobiecego. Mama wesołego synka i córeczki. Miłośniczka eco-life, slow-life, rodzicielstwa bliskości, wsi, rynków osiedlowych i jarmarków. Pasjonatka rowerów (całorocznie), eksperymentowania z dziećmi, karmienia piersią w różnych kulturach i wnętrzarstwa. Katoliczka.

W nawiązaniu do tematu przewodniego niniejszego portalu internetowego z zaciekawieniem przeczytałam artykuł z najnowszego numeru Medycyny Praktycznej – Ginekologii i Położnictwa o tytule jak wyżej. Zainteresowana byłam nie tylko z racji mojej fascynacji (zresztą na kanwie promowania wszystkiego, co naturalne) i zawodowym głębokim przekonaniem do pierwszeństwa porodów fizjologicznych nad zabiegowymi. Byłam ciekawa treści również ze względów osobistych – wszak sama mam „cesarską” przeszłość, a za kilka dni spodziewałam się porodu kolejnego dziecka (bez planowych wskazań do kolejnego cięcia).

Choć chcę się odnieść jedynie do tego właśnie artykułu, należy podkreślić, że ma on charakter wytycznych ustanowionych przez Royal College of Obstetricians and Gynaecologists z października 2015.

Artykuł rozważa wyniki badań naukowych stanowiących za lub przeciw porodom planowym drogą pochwową (vaginal birth after caesarean – VBAC) oraz elektywnym powtórnym cięciom cesarskim (elective repeat caesarean section – ERCS). Jest to niejako odzew na znaczny odsetek porodów zabiegowych (przykładowo w Walii, Irlandii Północnej i Szkocji w latach 2012-2013 wynosił kolejno 27,5, 29,8 i 27,3%). Tymczasem planowy VBAC stanowi bezpieczny klinicznie wybór dla większości kobiet, które przebyły jedno cięcie cesarskie w dolnym odcinku macicy, co ogranicza koszty finansowe oraz powikłania matczyne związane z wielokrotnym wykonywaniem tych operacji. W Australii zorganizowano specjalistyczne przychodnie położnicze ukierunkowane na opiekę nad kobietami, które przebyły cięcie cesarskie. Z założenia placówki te wspierają pacjentki w świadomym podjęciu decyzji o sposobie rozwiązania ciąży. W efekcie zwiększył się odsetek podjętych prób VBAC.

Planowy VBAC można zaproponować większości ciężarnych, które przebyły jedno cięcie cesarskie w sytuacji: ciąży pojedynczej, położenia podłużnego główkowego dziecka, po ukończeniu 37 tygodnia ciąży.

Przeciwskazaniami do VBAC: uprzednie pęknięcie macicy (zwiększone ryzyko powtórnego pęknięcia >=5%), cesarskie cięcie wykonane metodą klasyczną (zwiększone ryzyko pęknięcia macicy; cięcie w kształcie litery T lub J, niskie poziome nacięcie, znaczne, nieumyślne rozdarcie macicy stanowią wskazanie do zachowania szczególnej ostrożności przy podejmowaniu decyzji), ewentualnie powikłana blizna po uprzednim porodzie zabiegowym, inne bezwzględne przeciwskazania do porodu naturalnego, wcześniejsze operacje w obrębie macicy (ryzyko porównywalne co najmniej jak w przypadku VBAC), łożysko przodujące (ryzyko nieprawidłowego położenia łożyska wzrasta z kolejnymi cięciami cesarskimi).

Kobietom, które przebyły co najmniej 2 cięcia cesarskie można zaproponować poród drogą pochwową po konsultacji starszego położnika. Nie stwierdza się znamiennej różnicy w częstości pęknięcia macicy podczas porodu drogą pochwową po co najmniej 2 poprzedzających cięciach cesarskich.

Wskaźnik powodzenia VBAC po 2 cięciach cesarskich wynosi 71,1% (po jednym 72-75%), częstość pęknięcia macicy 1,36%, ryzyko powikłań jest porównywalne jak w przypadku powtórnego cięcia cesarskiego. U kobiet rodzących drogą pochwową po 2 przebytych cięciach cesarskich w porównaniu z kobietami po jednej takiej operacji większe są: częstość wycięcia macicy (56/10000 vs 10/10000) oraz przetoczeń krwi (1,99% vs 1,21%).

Kobiety planujące co najmniej 3 ciąże, które decydują się na ERCS należy poinformować o zwiększonym ryzyku powikłań operacyjnych (łożysko przodujące, łożysko przyrośnięte, konieczność histerektomii – wycięcia macicy), dlatego powinno się promować VBAC.

Do czynników zwiększających ryzyko pęknięcia macicy zalicza się: krótką przerwę między porodami (<12mcy), ciążę przenoszoną, wiek matki min. 40 lat, otyłość, niższą punktację oceniającą dojrzałość szyjki macicy w skali Bishopa, duże wymiary płodu (makrosomia), zmniejszoną grubość blizny (<2mm) po poprzednim cięciu cesarskim (ocena w USG). Jednakże czynniki te nie stanowią przeciwskazania do VBAC. Planowy VBAC wiąże się ze zwiększonym ryzykiem pęknięcia macicy wynoszącym 1/200 przypadków (0,5%) w sytuacji samoistnej czynności skurczowej i 0,54-1,40% gdy doszło do indukcji porodu.

Planowy VBAC i ERCS nie różnił się znacząco pod względem częstości przeprowadzonych histerektomii, występowania powikłań zatorowych, dokonywania przetoczenia krwi, występowania zapalenia błony śluzowej macicy. Próba VBAC zakończona niepowodzeniem w porównaniu z porodem drogą pochwową zakończonym sukcesem zwiększa ryzyko pęknięcia macicy (2,3% vs 0,1%), histerektomii (0,5% vs 0,1%), przetoczenia krwi (3,2% vs 1,2%) i zapalenia błony śluzowej macicy (7,7% vs 1,2%). Histerektomia była konieczna w 14-33% przypadków.

Podczas oczekiwania na samoistną inicjację planowego VBAC w 40 tygodniu ciąży odnotowuje się zwiększone ryzyko zgonu wewnątrzmacicznego o dodatkowe 10/10000 przypadków. Nieznana jest przyczyna tego zjawiska. Zgony okołoporodowe (wewnątrzmaciczne lub noworodka) w sytuacji planowego VBAC wynoszą 4/10000 (0,04%), z czego 1/3 jest spowodowana pęknięciem macicy. ERCS koreluje z ryzykiem zgonu okołoporodowego 1/10000 przypadków. Ryzyko zgonu okołoporodowego dziecka w związku z pęknięciem macicy podczas VBAC  określono na 4,5% lub 2-16% zależnie od badania.

Ryzyko zgonu matki w przypadku VBAC jest równe 4/100000, w ERCS 13/100000. Po ERCS w porównaniu z planowym VBAC występuje zwiększone ryzyko przejściowego tachypnoe (zwiększona częstość oddechów/min) u noworodków (4-5% vs 2-3%) oraz zespołu zaburzeń oddychania (0,5% vs <0,5%).

Powtarzanie ERCS koreluje ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia łożyska przodującego, łożyska przyrośniętego i powikłań operacyjnych (np. histerektomii) podczas następnej ciąży i następnego porodu.

Kobiety po co najmniej jednym porodzie pochwowym są w grupie zwiększonej szansy powodzenia VBAC na poziomie 85-90%. Przebyty poród drogami natury stanowi niezależny czynnik zmniejszający ryzyko pęknięcia macicy.

Indukcja porodu, nieprzebycie w przeszłości porodu drogą pochwową, BMI przekraczające 30, cięcie cesarskie wykonane z powodu zahamowania postępu porodu lub zagrożenia życia dziecka, poprzedni zabieg wykonany ze wskazań nagłych (szczególnie w przypadku indukcji porodu zakończonej niepowodzeniem) są związane ze zwiększonym ryzykiem niepowodzenia VBAC. Stwierdzenie wszystkich czynników ryzyka pozwala oszacować, że VBAC zakończy się powodzeniem w 40% przypadków. Większą szansę powodzenia natomiast dają: wysoki wzrost matki, rasa biała, wiek poniżej 40 lat, BMI mniejszy od 30, ciąża przed 40 tygodniem, urodzeniowa masa ciała <4kg. Szansę tę zwiększają też samoistna inicjacja porodu, potylicowe wstawianie się główki dziecka, wyższa wyjściowa punktacja szyjki macicy w skali Bishopa.

W sytuacji porodu VBAC indukowanego/stymulowanego dochodzi do 2-3 krotnego zwiększania ryzyka pęknięcia macicy i ok. 1,5 krotnego zwiększenia ryzyka cięcia cesarskiego. Poród indukowany mechanicznie (amniotomia-nacięcie błon płodowych, cewnik Foley`a) jest związany z mniejszym ryzykiem rozejścia się blizny niż przy zastosowaniu prostaglandyn.

Planowy VBAC przed terminem porodu ma podobny wskaźnik powodzenia jak planowy VBAC w terminie porodu, ale obarczony jest mniejszym ryzykiem pęknięcia macicy.

Jak to zwykle w medycynie bywa, decyzje co do postępowania klinicznego zawierają w sobie zarówno szansę, jak i ryzyko. Sztuką jest dokonać rozsądnego, „chłodnego” bilansu. W chwili obecnej jestem już niestety po dwóch cięciach cesarskich, jednak artykuł dał mi cień nadziei…