Archive | Czerwiec 2018

Muszę przyznać, że lubię rodzić dzieci (Kraków – Pyskowice)

W naszym kraju jakość opieki położniczej i wsparcia dla porodów po cięciu cesarskim uzależniona jest niestety od miejsca. W szczególności widoczne jest to w przypadku porodu po 2 cc. Ten sam przypadek w niemalże tym samym czasie potrafi być oceniony w skrajnie różny sposób przez lekarza antyVBAC i proVBAC. Dochodzimy niejdnokrotnie do absurdalnej sytuacji, gdzie o to co normalne i naturalne trzeba walczyć  – do sytuacji, w której kobieta pragnąca podjąć próbę porodu naturalnego  musi stawić czoła straszeniu i graniu na emocjach (które są formami psychicznej przemocy!), w której z ust profesjonalistów medycznych, którzy powinni posługiwać się aktualną wiedzą medyczną, otrzymuje informacje sprzeczne z aktualnymi badaniami i rekomendacjami (NIE stan po 2 cc NIE JEST BEZWZGLĘDNYM wskazaniem do cc! Wystarczy spojrzeć w rekomendacje ACOG 2010 i 2017 czy RCOG 2015). Dochodzi w końcu do sytuacji, w której kobieta chcąc uniknąć walki o swój poród i bycia zaszczutą na sali porodowej, zmuszona jest uprawiać tzw. turystykę porodową. I choć w obecnych warunkach zachęcam kobiety do korzystania z takich właśnie rozwiązań, mam nadzieję, że w przyszłości uda się wypracować dobrą zmianę i zdrowe proVBACowe nastawienie na wzór wymienionych w poniższej historii szpitali w większości ośrodków w Polsce. Zapraszam do lektury hisotrii Ani:

keep-calm-and-vba2c-on

Około 32 tc pani ginekolog zaczęła wspominać o kolejnym cesarskim cięciu. Wspomniała, że stan po dwóch cięciach jest bezwzględnym wskazaniem do cięcia i po jednym to można jeszcze próbować rodzić naturalnie, ale po dwóch to wykluczone. Ja wiedziałam, że tak będzie, więc powiedziałam, że nie mam nic przeciwko cięciu, ale na pewno nie zgodzę się na cięcie przed rozpoczęciem akcji skurczowej. Dowiedziałam się, że nikt w Krakowie się nie zgodzi na takie czekanie, że podczas skurczów może pęknąć mi macica, że uszkodzi się pęcherz, że umrze dziecko i że w mojej sytuacji należy zrobić cięcie na 2 tygodnie przed terminem porodu, bo tu chodzi o moje bezpieczeństwo i bezpieczeństwo dziecka. Teoretycznie cel miałyśmy wspólny, bo mi też zależało na naszym bezpieczeństwie, tylko inaczej sobie to wyobrażałam. Na zakończenie usłyszałam, żebym sobie to jeszcze przemyślała dokładnie i że ma nadzieję, że choć trochę mnie nastraszyła skutkami tak nieodpowiedzialnej decyzji. Argument strachu nie przemówił do mnie, natomiast przekonał do zmiany szpitala na bardziej przyjazny.

W Krakowie znałam tylko jeden bardziej przyjazny szpital (akurat remontowany, ale remont miał się teoretycznie skończyć w dniu terminu mojego porodu), więc w 35 tc udałam się do lekarki mającej doświadczenie w porodach po 2 cięciach. Wizyta była bardzo merytoryczna, wywiad optymistyczny, niestety na USG okazało się że macica jest bardzo cienka na granicy z pęcherzem (miejscami do 1.3 mm) i w takiej sytuacji pani doktor nie wyraziła zgody na próbę porodu siłami natury i zgodziła się z moją lekarką, że jeszcze przed rozpoczęciem akcji skurczowej powinnam zgłosić się na cesarskie cięcie do szpitala. Wracałam do domu i powtarzałam jak mantrę „Bądź wola Twoja” i że przecież „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. W końcu nie liczy się grubość blizny a jej elastyczność, a moja blizna powinna być elastyczna, bo zaraz po drugim cięciu chodziłam do fizjoterapeutki, która stwierdziła, że jestem stworzona do rodzenia. Ponadto żadnych dolegliwości ze strony blizny nie miałam, więc zadzwoniłam i umówiłam się jeszcze na wizytę kwalifikacyjną do porodu w Szpitalu Św. Zofii w Warszawie i w Pyskowicach.

W 37 tc znów wypadała wizyta u mojej ginekolog. Kolejny raz ta sama gadka z końcowym jej wnioskiem, że ona nie wie jak ma do mnie dotrzeć i że jak przyjadę do szpitala ze skurczami to od razu będzie cesarskie cięcie, dużo bardziej skomplikowane i ryzykowne niż takie wykonywane bez skurczów. Trzy dni później pojechałam do Warszawy. Tam blizna w pomiarze 4mm, dziecko poniżej 3 kg i brak jakichkolwiek przeciwskazań do podjęcia próby porodu siłami natury. I zupełnie inna rozmowa, że ostatnio mieli nawet poród naturalny po 3 cięciach cesarskich i że nie rozumieją tego strachu przed porodami naturalnymi po cięciach. Dostałam zielone światło na podjęcie próby, także zostało ewentualnie dopracować logistykę i zastanowić się nad turystyką porodową.

Jakby Warszawa okazała się za daleko, to tydzień później pojechałam na wizytę na Śląsk. Wszystko pięknie, tylko znowu blizna wyszła cienka na USG, ale doktor stwierdził, że u pacjentek po cięciach te blizny takie są, i spokojnie możemy spróbować. Jeszcze dał mi telefon do położnej, która najlepiej będzie potrafiła ocenić możliwości i wspomóc poród po 2 cięciach. Zadzwoniłam i umówiłyśmy się na spotkanie na początku kolejnego tygodnia.

Dużo czasu na przygotowania zgodnie z zaleceniami pani Wiesi nie było. Wstępnie umówiłyśmy się zatem 1.06 po południu na badania w szpitalu. Najgorsze, że tuż przed długim weekendem przyplątała się jakaś infekcja, która ograniczyła moją aktywność. Zatkany nos i duszący kaszel nie sprzyjały przygotowaniom do porodu, ale nie przeszkodziły w planowanym wyjeździe na wieś. Trochę odpoczęłam, zregenerowałam siły, spakowałam torbę do szpitala jakby okazało się coś nie tak i 1.06 pojechaliśmy z mężem na badania do Pyskowic. Dotychczas jedynie brzuch mi się obniżył, a w drodze na wszelkich nierównościach zaczęły pojawiać się nieregularne skurcze przypominające bóle miesiączkowe. Dużo ich nie było, szybko się wyciszyły, ale zrobiły swoje, bo pani Wiesia po badaniu stwierdziła, że rozwarcie jest na 3 cm, główka pięknie przyparta i dobrze by było żebym została w szpitalu na obserwacji.

Zostałam. Na ktg zero skurczów, zresztą nawet brzuch się nie spinał. Pani Wiesia kazała dzwonić jak zaczną się regularne bóle. Ustaliliśmy z mężem żeby wracał do dzieci i przyjechał jutro, bo na razie cisza, więc sobie poczytam i pójdę spać. Jak się położyłam to przed północą pyknęły wody (ale niewiele ich wypłynęło) i zaczęły się skurcze co 7-8 min. Zadzwoniłam do pani Wiesi, spakowałam się na porodówkę (tam już 5-6 cm rozwarcia), podłączono mnie pod ktg (co ciekawe na prawym boku ze względu na ułożenie dziecka – aż się zastanawiam czy moje poprzednie cięcia z powodu zagrażającej zamartwicy płodu nie wynikały z mojej niewłaściwej pozycji), przyjechała pani Wiesia. Cudownie mnie wspierała i pomagała dziecku się urodzić. Poród był ekspresowy, i mimo że byłam cały czas podłączona do ktg to przerwy między skurczami dawały mi wytchnienie. Przy parciu marzyłam o pozycji wertykalnej i prysznicu, i choć pani Wiesia próbowała chronić moje krocze to w pewnym momencie jej nie posłuchałam i pękłam (ale nie dużo, nawet nie poczułam tego). Synek wyślizgnął się niewiadomo kiedy – pamiętam, że parłam a chwilę potem był na moim brzuchu. Taki malutki i ciepły (choć największy spośród mych dzieci – 3300 g i 51 cm). Jeszcze przecięłam pępowinę kiedy już przestała tętnić. A potem mieliśmy 2 cudne godzinki przytulania dla siebie, i później prysznic, i jedzenie po wysiłku, i dalsze rozkoszowanie się cudem narodzin.

Cała akcja od rozpoczęcia skurczów trwała około 1,5 h, bardzo szybko, mimo że poprzedni poród skończył się cesarskim cięciem przy 6 cm rozwarcia. Może to też zasługa wiesiołka, może daktyli, może liści z malin, może olejku z migdałów, może spokoju i sporej ilości relaksu pod koniec ciąży. Na pewno jestem wdzięczna pani Wiesi – będąc pod jej opieką czułam się bezpiecznie, ufałam jej wiedzy i doświadczeniu. To był naprawdę dobry i piękny poród, spokojny i bez pośpiechu, taki całkowicie mój. Pozwolił mi też zrozumieć moją mamę, która powtarza że ona woli rodzić dzieci niż chodzić do dentysty. W sumie nie mam nic przeciwko chodzeniu do dentysty, ale poród siłami natury jest niezwykłym doświadczeniem. I mimo bólu czy zmęczenia, muszę przyznać, że lubię rodzić dzieci.

Doping, oparcie i stawianie do pionu (Pyskowice)

Weronikę w drodze do VBAC dzielnie wspierał przede wszystkim mąż i położna. Miała też szczęście (a może przede wszystkim własną inicjatywę) spotykac lekarzy wykazujących rozsądną i opanowaną postawę proVBAC. Chęci do poszukiwania takiego porodowego teamu życzmy każdej VBACowej mamie.

Nadszedł i czas na moją historię, ale zacznę od początku.

26.04.2016 na świat przez cc przychodzą bliźniaczki. Nie mam żalu, bo to było cięcie ratujące życie. Trafiłam w 32 tc na IP po odejściu czopa. Tam na ktg pisały się skurcze, których nie czułam. W badaniu ginekologicznym okazało się, że są 4 cm rozwarcia. Decyzją ordynatora trafiłam na porodówkę i podłączono mi fenoterol, by zahamować akcję. Ostatecznie po 15h powstrzymywania akcji zapadła decyzja o cięciu cesarskim. Pełne rozwarcie. Jedna z blizniaczek położenie pośladkowe, natomiast druga poprzeczne. Jedyne co mnie boli, że mogłam zobaczyć dzieci po pionizacji i to nie tak zaraz.

Sierpień 2017 dwie kreski na teście ciążowym. Termin z om na 21.04.18. Na początku nie myślałam o porodzie, chociaż wiedziałam już, że mogę starać się rodzić naturalnie, aczkolwiek niektóre źródła wskazywały, że 2 lata to tak na granicy i nie wszyscy się zgodzą. Całą ciążę drżałam, by nie było powtórki z rozrywki, chociaż wszyscy mówili mi, że ciąża pojedyncza to nie ciąża bliźniacza i wcale nie muszę urodzić przed czasem. Później obawy jak dać sobie radę z dwójką dwulatek i noworodkiem. W 28 tc pojawiły się częste skurcze. Zaczęłam brać magnez i duphaston. Całe szczęście szyjka długa i zamknięta. Stres całkowicie minął, gdy minął 32 tc. I pojawiło się widmo porodu.

Napisałam na grupie wsparcia i okazało się, że w Sosnowcu z automatu trafiłabym na stół. Krótki wywiad po znajomych i grupie wsparcia i okazuje się, że wszyscy polecają Pyskowice. Mnie osobiście przeraża odległość, ale mąż mówi, że damy radę. Zaczynają się wielkie przygotowania do porodu. Wszystko zgodnie z instrukcjami pani Wiesi Domin. Kwalifikacja do vbac u ordynatora pozytywna. Zielone światło jest i od mojego lekarza prowadzącego. 37+6 wizyta u lekarza prowadzącego. Okazuje się, że ciśnienie 150/90. Skierowanie do szpitala i każe jechać do szpitala o wyższym poziomie referencyjności. Ja już byłam przerażona, bo nie ma z kim zostawić starszaków. Dziadek miał dojechać po weekendzie. Ostatecznie dziewczyny zostały z sąsiadami. Mnie prawie było już wszystko jedno i bliska byłam odpuszeniu vbac, ale mój mąż zachował zimną krew i zadzwonił do pani Wiesi. Ona kazała przyjeżdżać do Pyskowic.

883

W szpitalu doktor stwierdził, że tu powinno być wdrożone leczenie i powinnam zostać w domu, ale przyjął mnie na oddział. Zrobił USG i według szacunków dziecko miało mieć 4 kg, w co nie wierzyłam, bo kilka dni wcześniej na kwalifikacji dziecko miało mieć 3kg, a na wizycie u mojego lekarza tego samego dnia wychodziło 3,5kg. Przez weekend okazało się, że to był widocznie jednorazowy skok ciśnienia. Wypis dostałam w poniedziałek. Nikt nie wierzył, że szybko urodzę, bo nafaszerowali mnie magnezem.

Po powrocie do domu zabawa z blizniaczkami, spacer i plac zabaw. Poszłam spać i około 2 obudzily mnie skurcze. Pod prysznicem nie wyciszyly, więc o 3:30 wyjechaliśmy do Pyskowic. Skurcze co 5-6 minut po 40-50s. Zostaliśmy przyjęci i od razu ktg. Na ktg skurcze nie pisały się, a mnie bolało. Nikt za bardzo nie wierzył, że rodzę. Rozwarcie na 2 luźne palce i zapowiedź, że może się pospieszyliśmy. Później prysznic, lewatywa. Rozwarcie na dwa luzne palce. Później ktg i podczas badania ginekologicznego poszły wody. Dopiero po tym zaczęły pisać się skurcze i w ciągu 30 minut doszło do pełnego rozwarcia. Przejście na fotel i 10 minut partych i córeczka była już z nami.

baby_foot_black_and_white

Nawet nie wiedziałam kiedy urodziłam łożysko. Obeszło się bez nacięcia krocza, założony 1 szew. I wbrew przewidywaniom córeczka urodziła się ważąc 3380g. Cudowne 2h kangurowania i później obecność córeczki na sali ze mną zrekompensowały mi czas po pierwszym porodzie. Po 2 h prysznic i mogłam juz być cały czas na nogach. Cudowne uczucie. I po 2 dniach do domu.

I w sumie na koniec najważniejsze, co zawsze podkreślam, że gdyby nie mąż i położna pani Wiesia vbac by się nie udał. Doping, oparcie i stawianie do pionu. Ze strony położnej komendy i mądre kierowanie porodem. Nie będę ściemniać, że nie bolało. Bolało i momentami mówiłam, że nie dam już rady, ale wtedy wkraczał mąż i stawiał mnie do pionu i pilnował mojego oddychania.

I tak już na koniec. Pani Wiesia powiedziała nam, że skurcze mogły się nie pisać na ktg, bo macica po blizniakach była rozciagnieta. Dopiero, gdy część wód odeszła cokolwiek się pojawiało. Nie zdążyłam nawet prosić o żadne znieczulenie. Korzystałam z prysznica oraz oddychania, a gdzieś w tle leciała muzyka. A z blizną nic się nie stało. W ogóle nie czułam, że ją mam. Później tylko mama (położna) mówiła mi, że jak lekarz przy którym siedzi w poradni K dowiedział się o moim vbac stwierdził, że za to kryminał, ale to starej daty ginekolog.

Gotowa na wszystko (Mikołów – Warszawa)

Jesli ktoś pyta mnie co to znaczy być naprawde zdeterminowanym i zrobić WSZYSTKO, żeby dać sobie maksimum szans na porod drogami natury po cięciu cesarskim, do głowy od razu przychodzi mi przykład Kasi. Jednak jej opowieść jest historią nie tylko o determinacji. Jest również, a może przede wszystkim, historią o mądrości, matczynej miłości i wielkiej umiejętności podejmowania trudnych decyzji.

Jestem Wam winna relację z mojego porodu. Póki co jest ona bardzo niepełna i wymaga wciąż przepracowania dlatego na dzisiaj mogę Wam napisać tylko suche fakty związane z tym wydarzeniem. Chciałabym się jednak tym z Wami podzielić.

Wcześniejszy poród byłam gotowa opisać po 8 miesiącach od 2 cc i możecie przeczytać ją tutaj:
http://naturalniepoce7sarce.pl/?p=855

W środę po południu odeszły mi wody.Było to dla mnie sporym zaskoczeniem po dwóch indukowanych porodach. W związku z tym,że były czyste, a ja się czułam dobrze, czekałam na rozwój wydarzeń w wynajętym mieszkaniu. O 7 rano w czwartek zgłosiłam się do szpitala i zaczęły się moje własne skurcze. Cały czas byłam aktywna. Chodziłam, kucałam, kręciłam biodrami, krok bociana, masaż brodawek, skakałam na piłce. Akcja rozkręcała się, mąż wspierał. Ok 13 akcja zaczęła słabnąć i po kilku chwilach zapadła decyzja o oksytocynie. Skurcze wróciły silniejsze a we mnie obudziło to nowe pokłady energii i nadziei, ponieważ moja szyjka nie chciała drgnać od rana. Były pozycje, wanna, leki.Kolejne badania bez postępu na szyjce. Po 19 przychodzi Edyta-moja wspaniała położna. Zaczyna mówić o tym co się dzieje. Edyta mówi a ja płaczę coraz bardziej. Słowa docierają do mnie jak przez szklaną ścianę. Mówi o braku postępu porodu, o tym,że nasze zdrowie jest najważniejsze.Wiem,że się nie uda, bo czuję jak każde badanie jest trudne i jak bardzo głęboko musi badać.
O 20.30 badanie,które potwierdza,ze nie uda się. Poprosiłam o czas do 22. Chciałam mieć możliwość oswojenia i pogodzenia się z tą decyzją, Że to koniec, nie uda się. Moje marzenie o porodzie sie nie ziści. Cały wysiłek i praca włożona nic nie dały. O 22.15 blok operacyjny i przygotowanie.
22.45 Witam mojego syna 4530g/57 cm 10 pkt Apgar.

W trakcie przygotowania do tego porodu wykorzystalam:
– kapsułki z olejem z wiesiolka od 15tyg
– liście malin od 30tyg
– homeopatia od 28tyg
– dieta bogata w kolagen, vit C
– orzechy brazylijskie 3/dobę
– jak miałam ochotę to daktyle,ale nie lubię ich smaku
– akupunktura co tydzień od 36 tyg
– terapia Bowena na rozluźnienie miednicy-2sesje
– manualna terapia blizny-5sesji przez ciąża
– masaż Shantala 1sesja
– Ruch związany z opieką nad dziewczynkami
– dieta urozmaicona mająca na celu wyrownianie cukrów,żebym nie miała napadów na słodkie. Podobno jest też opisany wpływ diety na rozpoczęcie się akcji skurczowej. Przy dziewczynkach jadlam slodkie na potęgę i urodziły się mniejsze(3100 i 3500g) więc ciężko mi odniesc się do związku dieta-waga dziecka.
– zorganizowanie rodziny do wyjazdu do szpitala najbardziej przyjaznego szpitala vba2c w Polsce.
– miałam 3wizyty u dr Puzyny, który realistycznie podchodzi do tematu
– Edyta,która mnie wspierała w trakcie porodu i szczerze rozmawiała co na sam koniec było trudne,ale wyjaśniła mi wszystko co się dzieje
– masaż brodawek

Postanowiłam skupić się tym razem na tp,wg zapłodnienia. Wody odeszły mi 10 dni po tym terminie.

Wiem, ze mogłam jeszcze korzystać z rzeczy, które wpływają na świadomość,ale ja w to nie wierzę i kupowanie programu z hipnozy mogło byc tylko strata pieniędzy.

Trzymam kciuki za Was kochane. Każda z Was, która ma wątpliwości może śmiało do mnie pisać. Byłam gotowa na wszystko, jednak decyzja o cc była po raz kolejny najtrudniejszą ze wszystkich.

A oto kilkumiesieczny juz Warszawiak Franuś w odlewie swojego prenatalnego mieszkanka:)

Pięknie jest rodzić! (Łódź)

Pierwsze dzieciątko Iza urodziła przez cięcie cesarskie „na zimno”. W drugiej ciąży mimo wielu przeciwności – cienkiej blizny w pomiarze USG, żelaznej, nierokującej porodowo szyjki, zamknięcia szpitala, w którym planowała rodzić – nie poddała się i zawalczyła o swój VBAC. Oto historia narodzin jej pięknej córeczki o imieniu Liwia.

Jak wiele z Was marzyłam o tym, żeby to napisac ! Wciąż nie wierze ze to pisze:) UDAŁO SIE !!! 15.05 na świat przyszła moja córeczka… a jeszcze dzień wcześniej szukałam wsparcia na grupie i rad w kontekście wywoływania porodu :) bo nic się nie działo… a teraz mogę przedstawić Wam moją historię – uwaga jest baaardzo długa !

Pierwsze cc 03.2014 w 40+6tc wg usg synek 4,5kg – słyszę: żelazna szyjka, duża główka, nic sie dzieje „ja bym ciął” mówi lekarz. Dodatkowo w TV głośna sprawa sztangisty Bąka, którego bliźniakom za późno zrobili cc i jedno zmarło. Nerwowo. Nieświadoma i trochę zastraszona zgadzam się na cc na zimno. Poród przez cc bardzo szybki – po wszystkim pytam tylko czy zdrowy? Zdrowy. To najważniejsze! Pytam ile waży – prawie 4kg, główka 37cm (!) Mimo to w głowie od razu pojawia sie myśl – „a może dałabym radę?!?!” Nie mam emocji… Nie czuje NIC… Nie jestem wzruszona. Bardziej wzrusza mnie widok męża kangurującego synka, niż sam synek. Mąż się cieszy, ja nie czuje żadnego macierzyńskiego instynktu. Wiem, że to mój synek, chce dla niego dobrze, próbuje wejść w te rolę, ale nie potrafię. Nie umiem! Nie kocham jeszcze… Pustka i żal za czymś czego nie doświadczyłam. Dodatkowo ogromne problemy z karmieniem, infekcja synka, koszmarne kolki, problemy z czuciem głębokim. Wszystko to sprawia, że zdaje sobie sprawę, że ani ja ani on nie byliśmy na to jeszcze gotowi. Z dnia na dzień ktoś go wyrwał z brzucha, nagle, nie uprzedził i nie przygotował nas na to. Płaczę dzień w dzień. Mam bardzo intensywny Baby Blues trwający pare miesięcy [Baby Blues czyli smutek poporodowy będący zjawiskiem dotykającym nawet 80% matek i nie wymaga lecznia, powinien minąć maksymalnie do 2 tygodni po porodzie. Dłuższe występowanie stanu obniżnonego wykracza poza ramy fizjologii – przyp.red.] . Jednym słowem – KOSZMAR tak moge opisać „nasz” pierwszy czas. Trudno nazwać go „macierzyństwem” …

Druga ciąża tp. na 15.05.2018. Już wcześniej natknęłam sie na grupę Wsparcia Naturalnie po Cesarce, ale gdy tylko zobaczyłam dwie kreski zaczęłam ją bacznie obserwować. Czytać i czytać, i czytać. Wiedziałam już, że nie popełnię tego samego błędu. Nie chce pociąć się na zimno. Zbyt wiele nas to kosztowało.

W Łodzi zaczyna działać ProFamilia chcę tam rodzić, moim lekarzem jest jej ordynator, nie widzi przeciwwskazań do próby vbac, bo o to pytam na 1 wizycie. Ciąża mija książkowo, chodzę na basen 2 razy w tygodniu i prawie codziennie na długie spacery. Nie przyjmuję praktycznie żadnych witamin, tylko staram sie dostarczyć wszelkich składników odżywczych dietą (sa teorie, że witaminy „futrują” dzieci, a w poprzedniej ciąży brałam m.in 6tabletek magnezu dziennie). W międzyczasie lekarz mierzy bliznę 0,8mm-2,3mm i ma wątpliwości… Niby mówi, że liczy się jej elastyczność, ale z drugiej strony trochę straszy, że jednak bardzo cienka, że on już widział porody jak do otrzewnej sie dzieci rodziły… ostatecznie daje zielone światło. Boje się bardzo, naprawdę bardzo (!), ale się nie poddaję – często na grupie pytam o bliznę, czytam koleje statystyki i badania. Próbuje przygotwać się najlepiej jak się da. W ciąży tylko raz miałam pożądane przepowiadacze, nic więcej. Żadnych bóli…

Przychodzi 8.05, termin z USG, na badaniu lekarz uświadamia mnie, że moja szyjka wciąż jest żelazna, że to nie wróży dobrze i że… zamykają ProFamilie. Zostaję na lodzie. Pozostawiona sama sobie. Moje poczucie bezpieczeństwa zostaje mocno zaburzone. Dobrze, że mam położną. Decyduje się na Salve. Przez cały tydzień dużo chodzę po ok. 4km, od miesiąca biorę wiesiołek i pije herbatę z liści malin, chodzę na zajęcia z dna miednicy do Fizjoterapeuty uro-ginekologicznego, wdrażam rownież prostaglandyny z nasienia męża :) W zasadzie to można rzec, że nie oszczędzam sie :) ale samopoczucie mi na to pozwala, poza tym, że jestem słoniem i wszystko mam spuchnięte, to czuję się świetnie :)

14.05 dzień przed terminem z OM, rozpiera mnie energia, robię zakupy, obiad, piekę ciasto, piekę tartę na kolacje. Wieczorem spotykamy sie jeszcze z przyjaciółmi. 15.05 mam ktg i badanie w Salve, ordynator bada mnie i mówi, że szyjka a raczej jej ujście może przepuszcza opuszek, ale że zupełnie nie jest gotowa: długa i żelazna. Robi mi niespodziewanie „masaż”. No nie powiem, bolało! Daje mi tydzień maks, jesli ktg bedzie ok. Nie pyta o bliznę. Po wyjściu jadę z teściowa na lunch, czuję co jakiś czas lekkie skurcze, myślę sobie, ale mnie wymasował :) Po lunchu wracam do domu i wskakuje na piłkę kręcić biodrami, skoro coś tam sie dzieje, to może pomogę w ten sposób skrócić się choć troszkę tej szyjce. Gadam przez telefon z mama, z koleżanką i zauważam że są coraz częstsze. O 14.50 zaczynam je liczyć i zauważam, że są co ok. 4minuty i trwają początkowo ok 15-20sekund, bolesne z krzyża. Po 30minutach dzwonię lekko zaniepokojona do położnej, ale ona stwierdza, że to jeszcze nie to, żebym na łożku się położyła i sprawdziła czy w ogóle twardnieje mi brzuch. Nie jestem już w stanie, bo z każdą minutą, każdy skurcz nabiera na sile, zwala mnie z nóg, podczas skurczu nie ma ze mną kontaktu, pomiędzy nimi dzwonię do męża, że to chyba jeszcze nie to, ale ja nie jestem w stanie odebrać synka z przedszkola i żeby on to zrobił i przyjeżdżał już.

Skurcze są dłuższe i juz chyba co 3 albo nawet co 2 minuty! Nie moge wytrzymać, ból jest nie do zniesienia! Myśle sobie „kiedy te kobiety maja czas brać prysznic czy dopakowywać torbę?!?!?!” Ja nie jestem juz w stanie zrobić nic!!!! Dzwonię po teściowa!!!! Krzyczę żeby przyjeżdżali, JA CHCE DO SZPITALA !!!! Mąż i teściowa są jakoś po 16, nie wiem dokładnie, tracę rachubę, synek płacze na mój widok, nie chce puścić. Jedziemy! Jezu, jest godzina szczytu, a my musimy przedostać sie na drugi koniec miasta!!!! Podczas korków krzyczę do męża TRĄB !!!!! Skręca mnie w aucie, nie moge znaleźć sobie miejsca! Każda dziura, każde hamowanie to jakaś masakra !!! Mąż próbuje mi coś opowiadać, on chyba nie zdaje sobie sprawy ze to już, No bo jak to? Tak nagle? Taka żelazna szyjka… nie wiem co mi opowiada, jestem już troche na innym świecie.

Dojeżdżamy! Nie wiem która jest, chyba koło 17? Każdy skurcz zgina mnie w pol! Nie jestem w stanie w ogóle odpocząć pomiędzy skurczami. Sa bardzo często? Co 1-2minuty. Ktg ok, badanie: szyjka zgładzona, cieniutka, 2cm rozwarcia. Że co???? TYLKO 2cm????? To co bedzie pózniej? Proszę o znieczulenie. Chce odpocząć! Moja Położna Anioł pobiera krew i przygotowuje salę na porodówce, przechodzimy. Jezu to ja rodzę? :) Naprawdę? Tak! To był jakiś amok, jak jakiś maraton, z minuty na minutę skurcze nabierały na sile, ból z brzucha zupełnie przyćmiewał BOL Z KRZYŻA !! Ten był okropny! Mam wrażenie, że nikt do końca mi nie wierzy, że tak mnie boli bo przecież tylko 2cm było. To wszystko trwa… Przychodzi anestezjolog, wesoły, fajny ale pierwsze wkucie nie wychodzi, przez cewnik leje sie krew, każą czekać, sam do końca nie wie co sie stało  – Jezu ja juz nie mogę! I ta pozycja po turecku…. Strasznie sie wtedy zdenerwowałam, somatycznie mój organizm odreagowuje lęk w postaci „trzęsienia” sie :) Mają problem by wkuć sie drugi raz, bo skurcz jest za skurczem! Przyznają, że bardzo często je mam, ale nie ma odwrotu. Cały ten czas jedyne co mi pomaga to to, że skupiam się na oddechu! Apartament dla maluszka, apartament dla maluszka powtarzam sobie. Wolniej, wolniej! Godzina 19 – wkuli sie. „Za 15 minut poczuje Pani ulgę! Znieczulenie bedzie trwało ok 1-1,5h” mówią. Taaak czekam na tą ulgę!!!!! Położna mnie bada, jest już 5cm!!! O Boże to dlatego tak bolało, za chwile mówi: nie 7cm juz mamy!!! I wtedy zaczynam czuć ulgę! Błogie NIC w plecach…. Od 7cm działa znieczulenie. Wołają męża, gasimy światło, włączamy muzykę. Odpoczywam. Rozmawiamy sobie. Jezu ja w końcu odpoczywam. Jestem szczęśliwa. Nie moge uwierzyć do końca w to co sie dzieje. Jest cudownie. Nikt nie pyta o bliznę, wszyscy sa bardzo mili. W między czasie przychodzi moja cudowna położna i mnie bada: 8cm, za chwile 9cm… Mówi „Pięknie to postępuje! Jestem pod wrażeniem!”

Ok 20 zaczynam czuć silne parcie w pochwie, za chwile dochodzi parcie w kroczu, zaczynam „czuć” wszystko coraz bardziej. O 20.30 pękają wody, czyściutkie, mamy PEŁNE ROZWARCIE!! Przed każdym skurczem moje ciało trzęsie tak jakby wiedziało co zaraz „nadjedzie” :) Leżę na lewym boku z noga ugiętą w kolanie, przyciągam ją w trkacie skurczu i preeee! Z nagrań hipnozy powtarzam sobie, że muszę otworzyć się na skurcz, że jest mi on potrzebny, nie bać sie go. Oddycham. Położna proponuje zmianę pozycji: to jest coraz silniejsze, jestem w amoku, ale robie co mi każe, przechodzimy w kucka, mąż mnie trzyma pod ramiona i preeeee. Ta pozycja chyba bardzo mi pomaga; a raczej Liwi:) Nic nie widzę – słyszę tylko, że mąż prze ze mną 😀 Był baaardzo dzielny! Tak kilka razy, potem kładziemy sie na fotel, potem znowu schodzimy na podłogę i w kucka. Nie miałam siły, ale ufam położnej, że wie co robi.

Nagle czuje COŚ, położna mówi: NIE PRZYJ!!! Kładziemy sie z powrotem na fotel, czuje coś między nogami, Jezu! Pyta mnie czy chcę dotknąć główki, ale jestem w takim szoku, że to już, sama nie wierze w to co sie dzieje i mówię do męża by on to zrobił. Jeszcze jedno parcie i słyszę ten glos!!! Widzę kontem oka to różowe ciałko, nogi były jeszcze w środku, jeszcze jeden raz i JEST !! Ona cudowna, taka cieplutka, z ciemnymi włoskami! Moja córka! MOJA !!!!! Czuje to od razu! Emocje nie do opisania. Juz nic mnie nie boli. To coś najpiękniejszego czego doświadczyłam. Odczarowałam cały poród ze synkiem. Ból po cc, ten psychiczny a teraz … Jezu, pięknie jest rodzić! Móc od razu zająć się swoim dzieckiem, być wszystkiego świadomym i mieć na wszystko wpływ i przede wszystkim CZUĆ! 😍 Bezcenne.

Iza Melon

Córeczka urodziła sie o 21.17 czyli 6,17h od momentu jak zaczęłam liczyć pierwsze skurcze. Ważyła 2970 wiec kg mniej od swojego brata, ciekawe czy brak sztucznych witamin miał tu swój udział?:) Przypominam, że jeszcze tego samego dnia o 11.30 gdy badał mnie lekarz – stwierdził ze szyjka w ogóle NIE JEST jeszcze gotowa ! Wiec dziewczyny „ TAK” – możliwe ze nie ma żadnych przepowiadających oznak:) Faza parta trwała ok 40 minut i była dla mnie dużo lżejsza nic skurcze. Wiecie dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że mogłam miedzy tymi skurczami odpocząć, przygotwać sie na kolejny, a jak córka wstawiała sie w kanał, czyli całe to dochodzenie do 7cm było tak intensywne, bez praktycznie żadnych przerw, że przez chwile myślałam, że naprawdę nie dam rady, po prostu pragnęłam odpocząć. Ostatnie 2 a nawet 3 cm byłam znieczulona, ale rozwarcie i tak pięknie postępowało. To był bardzo potrzebny moment by zebrać siły na pózniej :) i tak tez sie stało:) Potem tylko mieliśmy duży problem z urodzeniem łożyska, nie wiem czemu:( dopiero wtedy dostałam jakaś maleńka dawkę oksytocyny. W końcu po godzinie urodziłam łożysko, ale brakowało im błon wiec musieli mnie wyłyżeczkować na wszelki wypadek, ale mnie już było wszystko jedno:) Miałam ją na sobie i męża obok.

Dziewczyny zaufajcie sobie i swoim ciałom. Przygotowujcie sie, bądźcie świadome. Oddech, ćwiczcie oddech to mi bardzo pomogło, skupiając sie na nim próbowałam odwrócić uwage od bólu:) Akceptujecie strach – ja bałam sie bardzo, straszyli mnie ta blizną całą ciążę, ale nie poddałam sie. Dziękuje WAM za ta grupę! Dziękuje, że trafiłam na cudowna położną Dorotę Hałaczkiewicz, która była po prostu aniołem. Jej spokój, wiara i wsparcie są warte każdej złotówki! Dziękuje mężowi i dziękuje sobie, że nie zwątpiłam :)

Udany VBAC! (Starachowice)

Siła wsparcia społecznego bywa nieoceniona. Oto jak Asia pisała o nim w swojej historii, którą pierwotnie podzieliła się w grupie wsparcia Naturalnie po Cesarce.

Wy i Wasze historie były wielką inspiracją dla mnie. Czytałam jak Wy jesteście mądre, zdeterminowane i asertywne. Jestem szczęśliwa, że trafiłam na Was w dobrym momencie. Może nie najlepszym, bo lepiej jakbym dowiedziała się przed pierwszym porodem. Dlatego podzieliłam się swoją historią ze znajomymi na fb, aby było takich mnie mniej.

Najpierw jak to było z urodzeniem Seweryna.

5 maja (2018) minęło 3 lata, kiedy urodził się  nasz syn przez cesarskie cięcie.

O godzinie 7:00 obudziłam się z pierwszymi skurczami. Zjadłam śniadanie, obiadu już nie i o 12:00 pojechaliśmy do szpitala. Na KTG nie było widać skurczy, a ja je czułam. Kazali mi chodzić. Byłam w sali przedporodowej, do której nie mógł wejść mój mąż. Około 16:00 wpuścili nas na salę porodową. Byłam grzeczna i skrępowana. Mówili – chce Pani na piłkę? Ok. Chce Pani do wanny? Ok. Byłam posłuszną pacjentką. Teraz wiem, że miałam niesprzyjające warunki, aby postępował mój poród: pojechałam do szpitala ze skurczami przepowiadającymi, dużo leżałam, byłam głodna przez wiele godzin, czułam się obserwowana, skrępowana. Od czasu do czasu położna do nas zaglądała i mówiła: chyba nie urodzi. Nie miałam nawet 3 cm rozwarcia. Około 23:00 przyszli lekarze, nachylili się nade mną i spytali czy robimy cesarkę. Leżałam pod KTG od kilku godzin i ledwo miałam kontakt z rzeczywistością. Byłam przekonana, że skoro oni tak mówią to jest to koniec. Nie ma już wyjścia. Musi być ta cesarka. Zgodziłam się. O 23:45 przyszedł nasz syn na świat.

Seweryn urodził się 5 maja 2015, godz. 23:45, waga: 3600 g, wzrost: 55 cm.

Po roku dopadło mnie poczucie krzywdy i to, że nie dałam rady. Rzuciłam się na książki (Ina May Gaskin „Poród naturalny”, Irena Chołuj „Urodzić razem i naturalnie”, Michel Odent „Cesarskie cięcie a poród naturalny”) i trafiłam na tą grupę. Oj, źle ze mną wtedy było. Czułam dużą złość. Potrzebowałam czasu, aby wybaczyć sobie, innym i pogodzić się z tym co się wydarzyło.

„Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia”  2 list do Tymoteusza 1, 7

Przed porodem drugiego dziecka dużo się w mojej głowie pozmieniało. Zdobywanie wiedzy było ważną częścią,   ale najbardziej uzdrawiające były rekolekcje „Poród może być piękny” (marzec   2017 r.) i Kurs Nowe Życie (luty 2018 r.) i modlitwa wielu osób. Doświadczyłam, że na całego Bogu warto wszystko oddać. Wcześniej się tego bałam. Najlepszymi słowami afirmatywnymi były Jego słowa i tylko dzięki Niemu moja pewność, że drugi poród będzie piękny i naturalny, tylko Jemu zawdzięczam. Nikt tak we mnie nie wierzył jak On. Również absolutnie NIKT nie był wstanie zachwiać moją pewnością, że się uda. Nie dlatego, że ja byłam taka mocna i pewna siebie. Kto mnie zna, ten wie. Asia nie jest pewna siebie.

Jak to było z urodzeniem Michasi

O godzinie 01:30 obudziły mnie skurcze. Starałam się usnąć, ale nic z tego. Po 03:00 obudziłam męża moim stękami i jękami. Koło 6:00 mąż podzielił się swoimi prostaglandynami i dał mi dawkę oksytocyny. Uwierzcie, to lepszy sposób niż szpitale metody na rozkręcenie akcji skurczowej. Dziecko do przedszkola, mąż do pracy. Ale mąż wrócił koło 12:00. Napisałam rano do swojej douli, że raczej to dziś, aby się szykowała. Sprawdziłam dwa razy prysznicem czy to skurcze przepowiadające czy porodowe. Okazało się, nie ucichły, więc poród coraz bliżej. Doula przyjechała do nas o 14:00. Zjedliśmy we trójkę zupę pomidorową (mojej teściowej – pycha! :D), pomierzyliśmy skurcze, ich regularność. O 16:00 pojechaliśmy do szpitala.

Byłam zadowolona, gdy się okazało, że mam 4-5 cm rozwarcia. Wyobraźcie sobie, że mnie, mojego męża i doulę wpuścili do sali porodów rodzinnych. Pomogła zgoda pisemna Pani ordynator 😉 Najbardziej sobie cenię, że czułam się swobodnie i jak nie ja – miałam wszystko gdzieś i to czy ktoś się ze mną zgodzi czy nie. Darłam się i nie hamowałam się, ani na jeden decybel. Było tak … towarzysko J Był ze mną mąż, najbliższa osoba na ziemi i doula, która była delikatna i empatyczna i mogłam z nią pogadać jak z koleżanką. Cieszę się, że większość punktów mojego planu udało się zrealizować. Jestem przekonana, że tak się stało, bo wiedziałam czego chcę i przygotowałam się do porodu jak kujon na sprawdzian. Przykład. Położna chce podać mi oksytocynę i pyta się mnie dlaczego nie chcę (w planie było o tym). Powiedziałam, że ze względu ma mój stan po cesarskim cięciu jest obiektywnie większe ryzyko pęknięcia macicy niż bez. Nie było dyskusji.

Pierwsze pół godziny po dojściu na salę porodową musiałam leżeć podpięta do KTG. Jaka ulga, gdy mogłam w końcu wstać. O 2/3 mniejszy ból niż na leżąco! W domu większość skurczy skakałam na piłce. W szpitalu trochę też, ale doula zasugerowała pozycję kuczną, aby pomóc dziecku wejść w kanał rodny. Tak też robiliśmy. Nawet na łóżku porodowym. Gdy dowiedzieliśmy się, że jest 8 cm … o mój Boże! Naprawdę?! 😀 Spojrzeliśmy się z mężem na siebie i wiedzieliśmy, że się nam uda! Nie chciałam II etapu porodu rodzić na wznak. Ale pozycja kuczna coś nie pomagała. Urodziłam w końcu na boku, krzycząc … nigdy tak się nie darłam. Jak dobrze, że nikt mnie nie uciszał. Przeć najbardziej pomógł mi mąż. On najlepiej potrafił mi wytłumaczyć jak mam przeć (do brzucha) i dopingował mnie: „Dawaj, dawaj!!! Odpoczynek … Bardzo dobrze Ci idzie!”.

W planie nie zgadzałam się na nacinanie krocza. W Polsce zrobił się to zabieg rutynowy, a starachowicki szpital jest jego najlepszym odbiciem. Ostatecznie z wielkimi wątpliwościami zgodziłam się. W momencie, gdy położna nacięła kroczę mała szybciutko była już po drugiej stronie i wylądowała na moim brzuchu. Spełniło się moje marzenie … <3

baby_foot_black_and_white

Moja doula i mój mąż odpowiednio wcześniej zatroszczyli się o to, abyśmy z córeczką miały nieprzerwany kontakt skóra do skóry przez 2 godziny. I tak było.  Zszywanie krocza odwracało moją uwagę od cieszenia się maleństwem. Jednak cieszyłam się, że już PO WSZYSTKIM i byłam o wiele mniej wyczerpana niż przy pierwszym porodzie.

W czasie pobytu w szpitalu chyba z trzech lekarzy byli pod wrażeniem, że urodziłam po cesarce, szczerze mi gratulowali. Powiedziałam do jednego z nich:

– To kwestia edukacji.

– To kwestia determinacji – odpowiedział mi lekarz.

Moim zdaniem to jest powiązane. Wiele kobiet nie chce rodzić, ale też wiele nie wie, że może urodzić. Prosty przykład. Mój ginekolog był przeciętny i uważał, że „po cesarce zawsze cesarka”. Dobrze to obrazuje jedna sytuacja podczas badania USG. Pytam się:

– Dziecko ma główkę na dole?

– Ma, ale to bez znaczenia, bo i tak przecież będzie cesarka.

– A dlaczego cesarka? Czy mam jakiekolwiek przeciwwskazania do porodu naturalnego?

– Nie.

– To ja będę próbowała urodzić.

– Ok.

Michalina urodziła się 16 kwietnia 2018, godz. 20:40,   waga: 3400 g, wzrost: 51 cm.

Jeszcze raz – wielkie dzięki dziewczyny za wasz poświęcony czas na tej grupie, za odpisywanie, dzielenie się, pocieszanie, wzruszanie, dawanie wsparcia. To się nazywa miłość. Chcieć dla drugiego dobra, nawet jak się go nie widzi. Zupełnie jak w ciąży …

Ściskam :* niech Was i Wasze rodziny błogosławi dobry Bóg.

Chwała Panu!