Historia o autobusie, który przyjechał dokładnie wtedy kiedy powinien (Wrocław)

Ile z Was zna to uczucie pod koniec ciąży „mam już dość, chyba nigdy nie urodzę”? Może niektóre z Was czytające teraz ten tekst mają właśnie takie uczucie… Może i w środku w Was i wokół rośnie presja, że „powinnyście już urodzić”… Może całą ciążę planowałyście VBAC, a teraz nachodzą Was myśli by się poddać i zgłosić się na planowe cięcie… Jeśli odnajdujecie siebie w którymś z tych zdań, to wiedzcie, że nie jesteście same. I że Wasz poród to wciąż może być VBAC / VBA2C / VBA3C :) Tak jak było to w przypadku Małgosi:

Dzień przed tym zanim wydarzyła się ta historia Małgosia napisała w grupie wsparcia post takiej treści:

„#vba2c #41tc #chybaczassiepoddać

Znacie to uczucie, że czekacie juz 15 min na autobus i macie szczera chęć zrezygnować, ale ciągle pozostaje ten lęk, że własnie wtedy gdy odejdę, autobus przyjedzie i bede żałować? Mniej więcej tak się czuję teraz… Od tygodnia mieszkamy na 30 metrach kwadratowych z druga rodzina, która życzliwie nas przyjęła żebyśmy mieli pół godz do szpitala w Oleśnicy. Jest tak bardzo trudno a porodu ani widu ani słychu… Mam ochote wrócic do dziury, w której mieszkamy i w której z radością kroją pierworódki w 40tc, a co dopiero po 2 cc. Zaczęłam myśleć, że akcja nigdy się nie zacznie. Przede mną wizja Świąt w szpitalu. Aha, wspominałam, że mój mąż zaczyna nową pracę 18 grudnia? Chce mi się tylko ryczeć i ryczeć …”

Dzień później pojawiła się poniższa historia:)

1 cc- Wrocław, 2011 rok. Zaczęło sie od sączących sie wód kilka dni po terminie. Patologia, próba oksytocynowa, na drugi dzień zielone wody, druga próba. Ja od dwóch dni bez jedzenia plus totalny brak wsparcia personelu. Po godzinie partych Franuś wciąż nie schodził do kanału rodnego, słowa lekarza „Może sobie pani próbować, ale ja nie widzę szans.” Cc.

2 cc- Trzebnica, 2014 rok. Piec dni przed tp o 3 nad ranem odchodzą wody. Rusza powoli akcja, około 8 jesteśmy w szpitalu. Nie wychodzę poza Izbę Przyjęć. A tam traktują mnie okropnie, męża nie chcą wpuścić. Lekarz decyduje o cc choć nie ma do tego przesłanek (nie spada tętno, nie ma bólu blizny ani krwawienia) i mimo że akcja postępuje szybko, dochodzę do pełnego rozwarcia i partych. Na korytarzu lekarz wrzeszczy na męża, że chyba nie chce żebym umarła. Poddajemy się presji. Cc.

Vba2c – Wrocław, Kamieńskiego.
12.12. 2017 rok. Na 11:30 pojechaliśmy do szpitala, w którym planowaliśmy rodzić (Oleśnica), gdzie- nie wchodząc w szczegóły – nie poczuliśmy się mile widziani. Do badania nie doszło. Mój mąż – w gorącej wodzie kąpany – zrobił awanturę i wyszliśmy w bardzo nieprzyjemnej atmosferze. Całą drogę płakałam, że teraz już nie mam gdzie rodzić i że po moim vbacu. Z tego stresu zaczęły mi się skurcze – co kilkanaście minut, ale zdecydowanie boleśniejsze niż przepowiadające. To było około 14-15.
Wróciliśmy do naszych znajomych, a tam natchnęło przyjaciółkę, że zna kogoś od kogo może wziąć namiar na fajną położną. Nie było wyjścia. Ja płakałam, a przyjaciółka i mąż załatwiali. Położna odebrała, powiedziała, ze zdarzyły się już dwa takie porody na Kamieńskiego i że jest gotowa podjąć się próby, ale nic nie obiecuje. Miała porozmawiać wieczorem z ordynatorem i przygotować mi pole. Ale nie zdążyła, bo skurcze wciąż się nasilały i około 17 zadzwoniłam już ja, że skurcze są co 6-14 min. Położna kazała mi się nie spieszyć do szpitala, wziąć długi prysznic (może się akcja jeszcze wyciszy) i przyjechać jak będzie regularnie co 5 min. Ale ja wiedziałam, że się nie wyciszy, a poza tym byłam zdeterminowana urodzić przed północą, żeby Wojtuś nie został ofiarą stanu wojennego . Natomiast ten prysznic bardzo mi pomógł.
Pierwszy etap porodu to było szaleństwo – możecie sobie wyobrazić na tych 30 metrach kwadratowych troje dorosłych i troje małych chłopców, wszędzie porozrzucane zabawki i ogólny zamęt, a w tym wszystkim ja próbująca ogarnąć rzeczywistość między skurczami, a na skurczach krzycząca „Piłka! Kto znowu zabrał piłkę?!” – bo skakanie na piłce bardzo mi pomagało. I dzieci chcące żywo w tym wszystkim uczestniczyć, badające mój brzuch w skurczu itp 😉
No więc pod prysznicem się bardzo wyciszyłam, pogadałam z Panem Bogiem, Maryją i innymi swiętymi. A potem z Wojtusiem – że wszystko będzie dobrze, że świat jest dobry i pozwalam mu wyjść (przez ostatni rok przerabiałam na terapii psychiczne podłoże moich porodów). I wreszcie zaczełam mówic sama sobie, że wszystko się uda, że moje ciało wie co robi, że potrafię urodzić, itp (polecam program „Cud narodzin”!!!). Po prysznicu skurcze się nasiliły, wkrótce zrobiły się co 5 min, więc zebraliśmy się, pożegnaliśmy się z dziećmi i w drogę.
Całą drogę (około 30 min) słuchałam nagrania autohipnozy, które bardzo mi pomagało. Natomiast, gdy dojechaliśmy pod szpital byłam już w takim stanie, że ledwo doszłam do szpitala – co 10 kroków musiałam kucać na skurczach, które mimo „błękitnego obłoku znieczulenia”, były bardzo bolesne. Potem niestety czekała mnie jeszcze izba przyjęć, formalności, itp,  choć widząc mój stan i tak starali się chyba przyspieszyć procedury. Ale doszło do takiego absurdu, że najpierw zbadała mnie położna na fotelu i na kozetce (ledwo, ale dałam jeszcze radę), a za chwilę lekarz przyszedł robić te same badania. Na fotelu jeszcze dałam radę, ale usg na plecach było powyżej moich możliwości. Kuliłam sie z bólu uniemożliwiając badanie i w końcu powiedziałam stanowcze „nie” i zeszłam z kozetki. Ale ta sytuacja jakoś bardzo mnie złamała – nie mogłam sie uspokoić, nie mogłam oddychać głęboko, wpadłam w panikę. Wtedy zawieźli mnie już szybko na porodówkę, gdzie czekał na nas anioł nie człowiek!
Pani polozna trochę mnie uspokoiła, zbadała i powiedziała „Popatrz mi w oczy! URODZISZ to dziecko naturalnie, rozumiesz?”  I w zasadzie reszta potoczyła się już bardzo szybko, choć ja do końca nie mogłam się już uspokoić, powtarzałam ze nie dam rady i chciałam umrzeć. Nie zdawałam sobie sprawy, że akcja tak szybko postępuje. W pewnym momencie poczułam główkę napierającą na krocze, straszne pieczenie, a za chwilę o 21:15 dzidziuś wyskoczył .
Długo to do mnie nie docierało. Byłam wykończona i chciałam się schować do jakiejś nory i lizać rany. A tu jeszcze łożysko do urodzenia, krocze do zszycia, drgawki, zimno, itp. Strasznie mnie też bolała kość ogonowa. Natomiast spełniły się wszystkie moje marzenia: od razu dzidziuś skóra do skóry, pępowina spokojnie przestała tętnić, tatuś przecinał pępowinę.
po porodzie
Dopiero na sali poporodowej ogarnęła mnie wielka radość a przede wszystkim wdzięczność do całego świata, do Boga, Maryi, wszystkich tych ludzi, którzy nas wspierali – a było ich naprawdę wielu! 
Bardzo dziękuję też Dziewczynom z Grupy Wsparcia, bo ta grupa była dla mnie pierwszą iskierką nadziei. Zanim do niej trafiłam byłam przekonana, że jestem już skazana na cesarki, a okazało się, że to nieprawda  Spełniło się moje marzenie, jestem szczęśliwa!
Chwała Bogu, który poprowadził wszystko lepiej niż mogłam sobie wyobrazić!
wojtus

2 thoughts on “Historia o autobusie, który przyjechał dokładnie wtedy kiedy powinien (Wrocław)

  1. Witam serdecznie,

    Czy miałaby Pani moze jakieś namiary na położna? Lub chociaż wskazówki jak mogłabym ja odszukać?

    Natalia

Odpowiedz na „NataliaAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>