Nasze dwa dobre i pełne szczęścia porody – choć jakże różne… (Warszawa)

Bardzo pozytywnie przeżyte planowe cięcie cesarskie – rodzinne i pełne wsparcia – oraz stuprocentowo naturalny VBAC … z NIESPODZIANKĄ:) Zapraszam do przeczytania historii Magdy.

 

mój pierwszy ever poród :) moja pierwsza ever cesarka :)

W lutym 2010 miałam cesarkę. Na zimno, bez rozpoczętej akcji. Termin znałam ponad miesiąc wcześniej. Dlaczego? bo jestem astmatyczką, która baaaaardzo dużo chorowała w ciąży, astma mi się zaostrzyła, a ja brałam dużo leków. W rezultacie, po zakończeniu ostatniej choroby – prawie sześciotygodniowego zapalenia oskrzeli – usłyszałam, że na sn nie mam już raczej szans. Mam do wyboru zaplanowany próżnociąg lub zaplanowane cesarskie cięcie.

Jak to było? No udanie. Bardzo 

W szpitalu zameldowałam się dzień wcześniej, pod wieczór. Siedzieliśmy sobie spokojnie na Izbie Przyjęć Żelaznej Zośki i patrzyliśmy jak to wbiegają mniej lub bardziej spanikowane i zaawansowane porodowo kobiety. Kto im towarzyszy i co ci wszyscy ludzie mają na twarzach. Ku mojemu zaskoczeniu – nikomu nie współczułam ani nikomu nie zazdrościłam. No, dobra. Tej kobitce ze skurczami co dwie minuty, która krzyczała tak bardzo bardzo, to jednak trochę współczułam 

Miła Pani zaprosiła mnie w wolnej od rodzących chwili do pokoju na wypełnienie dokumentów, które upłynęło w przesympatycznej atmosferze  (Pani wzrost, waga? 164 – ale to wzrost, nie waga ), potem poszliśmy na moje drugie w życiu ktg, które nie wykazało nic niepokojącego, za to nudne było jak diabli… jak to ktg  potem szybkie badanko ginekologiczne (piszę to świadomie – było szybko, sprawnie i delikatnie) i (przedostatnie) sugerowanie porodu dn [drogami natury].  Ale bez ciśnienia, bez sugestii – kulturka. Pełne zrozumienie dla mojej decyzji i decyzji pulmonologa. Po tym wszystkim usłyszałam, że mam się przebrać i zalogować w pokoju. I to był jedyny chyba średnio sympatyczny moment, bo to luty, na dworze śnieg, zima, w poczekalni ludzie z zimowych ciuchach i butach i w tym wszystkim ja – w koszulindzie i kapciochach… (piszę, bo może to komuś pomoże zaplanować sobie strój na ten pierwszy wieczór. Strój poprawiający nastrój, a nie wprawiający w zakłopotanie).

Zbyszek pomógł mi się zadomowić w pokoju, posiedział zemną jeszcze chwilę, a potem zostałam sama. Po pól godzinie dołączyła do mnie moja pierwsza współlokatorka. Wieczorem miałam przeróżne badania, które robiły mi przemiłe panie pielęgniarki/położne. Gadałyśmy sobie na luzie (Och.. wie Pani… to mój pierwszy pobyt w szpitalu wszystko jest takie lekko przerażające… Naprawdę? pierwszy raz? żadnych migdałków w dzieciństwie? wyrostka? Nic! Zachowałam ten pierwszy raz dla syna ) i miałam poczucie, że nikt mi tam krzywdy nie zrobi, że na pewno mi pomoże. I słusznie czułam.

Rano już od pierwszych chwil był ze mną Zbyszek. Miałam być pierwsza, ale okazało się, że jednak nie będę, bo w nocy przyjechała kobitka z zaawansowanym porodem bliźniaczym i najpierw ona musi zakończyć poród. No, to czekamy. Troszkę się denerwowaliśmy. Nagle okazało się, że JUŻ. Pojechaliśmy razem windą do sali operacyjnej, Zbyszek wszedł do jakiegoś innego pomieszczenia coby zostać przeszkolonym i przebranym w stosowne ubranie, a ja siedziałam na stole i byłam przygotowywana do zabiegu. Padło też ostatnie pytanie czemu ta cesarka i czy na pewno nie chcę rodzić dn (dobry moment, prawda? ) odpowiedziałam i poprosiłam, żebyśmy już odpuścili sobie tę dyskusję, bo chyba późnawo na nią…
Miłe zaskoczenie – wkłucie. Wcześniej mnie nastawiano (a nawet trochę straszono), że mam porządnie ćwiczyć „koci grzbiet”, a tu wkłucie na siedząco – szybko sprawnie, potem pomoc w sprawnym położeniu się, balkonik i wtedy przyszedł już do mnie Zbyszek. Śmieszne jest trochę to znieczulenie, bo czujesz, że nic nie czujesz, a jednak wydaje Ci się, że czujesz. 
I wtedy zaczęłam się naprawdę denerwować. Całe szczęście, że był ze mną Ukochany – nie wypuścił mojej dłoni ze swojej ani na chwilę, głaskał po policzku, mówił, uspokajał. Zdenerwowany był pewnie jak ja, ale to niezwykle opanowany człowiek i w takich momentach sprawdza się to doskonale – z jednej strony uspokaja, a z drugiej nie pozwala mi wpaść w panikę, bo czuję że ja jemu też jestem potrzebna. (No, kocham go ogromnie!) Próbowałam coś zobaczyć w lampach (choć nie chciałam), ale mi się nie udało. Przez cały czas porodu były dwa światy – nasz i lekarzy. Oni prowadzili swoje dialogi, a my swoje. Co jakiś czas następowała interakcja, ale niezbyt często. No i nagle: uwaga, teraz będzie ucisk. Musi być – rodzimy dziecko! Potem taka zaskakująco dłuuuuuga chwila kompletnej ciszy i… ten wymarzony, wspaniały, pierwszy krzyk Kajetana. Dostaliśmy go na chwilę do przytulenia, na buziaka, a potem Kajetan poszedł na mierzenie, ważenie i takie tam. Zbyszek robił mu zdjęcia, gadaliśmy sobie już wszyscy razem o imieniu, o nas, o Kajetanie… Zbyszek zapytał, czy może mnie zostawić i jechać – jak wcześniej ustaliliśmy – z Kajetanem. Ja się czułam w porządku, więc oni pojechali na górę, a ja zostałam. Nadal było przyjemnie spokojnie, dużo dialogu z lekarzami, ale bez zbędnego gadania. Potem musiałam poleżeć i odczekać pół godziny po operacji. I to było bardzo fajne pół godziny. Takie MOJE. Teraz myślę o nim, że to był taki mini upominek – ostatnie pół godziny SAMOŚCI. Już nie byłam w ciąży, a jeszcze nikt nie zagarnął mojego czasu.
Minęło to bonusowe pół godziny, przyjechała pielęgniarka/położna i przewiozła mnie do mojego pokoju. Po chwili przyjechali Kajetan i Zbyszek, panie nam pomogły przełożyć golutkiego Kajetana na mnie i tak sobie leżeliśmy. Zachwyceni, wzruszeni, przerażeni, dumni. Potem Kajetan – wciąż na mnie – spał, ja spałam, Zbyszek nad nami czuwał. Co jakiś czas ktoś do nas przychodził, pomagał mi nauczyć się karmić, odpowiadał na nasze pytania.
Po czterech godzinach zostałam nastawiona psychicznie, że za dwie będę musiała sama wstać i pójść pod prysznic. I tak też się stało. Ach! Po prysznicu to się człowiek czuje jakby sam był nowonarodzony!

Kiedyś w międzyczasie przyjechały moje dwie współlokatorki ze swoimi dziećmi. Bardzo nam było razem przyjemnie. Kulturalnie, dyskretnie, cicho, bez ścięć. Zostaliśmy wypuszczeni bardzo szybko – decyzja o wypisie zapadła kwadrans przed ukończeniem drugiej doby życia Kajetana – a ja miałam wrażenie, że wyjeżdżam z dwutygodniowych kolonii  Przed wyjściem wyściskałam się, pożegnałam z moimi współlokatorkami, pielęgniarkami/położnymi, pobeczałam, podziękowałam im wszystkim i ruszyliśmy w trójkę do domu.

Naprawdę bardzo długo się biłam z myślami, czy się zdecydować na zaplanowane cc czy jednak na zaplanowany próżnociąg. Wtedy nie miałam  wokół siebie prawie żadnej młodej mamy, a już na pewno nie takiej, z którą mogłabym otwarcie o porodzie porozmawiać. Teraz wiem, że podjęłam udaną decyzję. Miałam dobry pierwszy poród.

Jeszcze jedno muszę napisać – w czasie tej mojej wewnętrznej walki decyzyjnej odbyłam jedną bardzo konstruktywną rozmowę, w której usłyszałam, że muszę wziąć pod uwagę jedno – zawsze znajdzie się ktoś, kto mi będzie tę cesarkę wytykał, kto będzie we mnie wzbudzał poczucie winy, kto będzie mi sugerował bądź mówił wprost, że jestem gorszą matką/rodzącą/człowiek. I to jest, kurde flak, prawda. Nie wiem czemu to tak działa. Cesarka to nie jest bułka z masłem. To jest operacja. Musisz się oddać całkowicie w ręce lekarzy. Masz niewiele do powiedzenia na temat tego, co będą z Tobą robić. Odbierają Ci wolność decyzji, a dochodzenie do siebie po niej wiąże się ze sporym bólem, z wyrzeczeniami, a czasem nawet komplikacjami.

jak przywitaliśmy Tadzia, który nie zostanie raczej ani lekarzem, ani pielęgniarzem, ani salowym 😉

Może na początek jak to miało być:
Mieliśmy czekać do regularnych skurczy.
Byliśmy umówieni z Położną i Doulą (na poród w szpitalu) oraz Moimi Siostrami lub Rodzicami (na opiekę nad Kajetanem – w zależności od tego, czy zacznie się w dzień, czy w nocy).
W założeniu: Opieka i Doula przyjeżdżają do nas przy skurczach co 10 minut, do Położnej dzwonimy i ruszamy do szpitala po paru skurczach co 5 minut.
ALE w święta ani Doula ani Położna nie mogły nam towarzyszyć, dlatego bardzo mi zależało na porodzie przed lub po.

Zaczęło się jak tydzień wcześniej- około 20ej zaczęły mnie brać w miarę regularne skurcze. Zatem zrobiłam dokładnie to samo co wtedy – wzięłam nospę i ciepłą kąpiel. Tym razem nie bardzo pomogło. Dałam znać Moim Siostrom, że chyba je poproszę o przyjazd do nas na noc, bo może się nie uspokoić. A chyba lepiej jechać teraz (nawet jeśli na darmo) niż w środku nocy.

Siostry przyjechały, a ja (za radą Douli) – żeby nie rozkręcać akcji – położyłam się i kurczyłam przepowiadająco co jakieś 15 minut. Po paru godzinach skurcze się zagęściły nieco, a my przy każdym się budziliśmy i zapisywaliśmy ile trwał i kiedy się zaczął skurcz. Przez pewien czas towarzyszył nam nawet Kajetan, który przyszedł do nas do sypialni i spał na swoim materacu. Co skurcz siadał na łóżku i pytał “Mamo, wszystko dobrze?” 

Koło 6ej rano zaesemesowaliśmy do Rodziców z raportem i prośbą o przyjazd. Dwadzieścia minut później, tuż po przebudzeniu Kajetana, wreszcie zaczęło się dziać coś co wyglądało na TE skurcze – zagęściły się, a mnie cisnęło na krzyk. No ale… te skurcze znów się rozrzedziły… Mimo wszystko zadzwoniliśmy do szpitala skonsultować z nimi przyjazd – powiedzieli, że “sami musimy zdecydować, czy TE skurcze co 5 minut to JUŻ. Ale, że nie mają korka, więc w razie czego nas nie odeślą”. No dobra. To jedziemy. Zbyszek się zaczął szykować, ja rozważać co na siebie założyć 

Kajtek był cały czas pod opieką swoich Cioć, które ani przez moment nie pozwoliły mu się zmartwić czy zdenerwować tym, co się działo w sypialni.

Kiedy wyszykowany Zbyszek przyszedł przejąć mnie od Sis, złapał mnie skurcz przy którym odeszło mi trochę wód. No, to już zdecydowane ostatecznie – jedziemy. Nie ma co.
Poprosiliśmy Siostrę o zmajstrowanie ze dwóch kanapek na czas porodu, a sami weszliśmy do łazienki, żeby się nieco ochlapać przed wyjściem, a tu… jakiś taki… INNY skurcz. Zaczęło mnie mdlić, więc uznałam, że chyba przekraczam granicę 5cm rozwarcia. Usiadłam na kibelku, licząc, że może uda mi si sprawdzić czy rozwarcie większe a tu… GŁÓWKA!
od teraz – nic nie pamiętamy dobrze…
jakoś… przeszliśmy do sypialni
jakoś… przyklękłam częściowo oparta o materac Kajetana
jakoś… nadszedł drugi party
jakoś…. poczułam, że to już
jakoś… Zbyszek złapał wyskakującego “na supermana” Tadzia.
jakoś… spojrzał na zegarek

o porodzie wiedzieliśmy dużo, ale o badaniu noworodków… niewiele…
a te rodzące się bez stresu… rzeczywiście nie płaczą! Tadzio chrząknął i coś-tam jęknął, ale to bardziej od naszego wołania.

Udało nam się wywołać Moją Siostrę (która słyszała wcześniejsze krzyki, ale uznała, że to ekstremalniejszy skurcz) i poprosić o wezwanie pogotowia. Jej mina na widok Tadka – absolutnie bezcenna! (nasze podobno też )

My się ułożyliśmy na materacu Kajetana, Tadzia okryliśmy pieluchą, nas oboje kołdrą i zadzwoniliśmy do Położnej powiedzieć co się stało i zapytać co robić. Okazało się, że wszystko co trzeba było – zrobiliśmy.

O 8.13 przyjechało trzech Panów Z Pogotowia. Wspólnie ustalaliśmy każdy kolejny krok i działanie. Ocenili stan Tadzia, mój, a następnie zadzwonili do szpitala i upewnili się czy i jak przecinać uspokojoną już pępowinę (co uczynił Zbyszek).

Potem Tadzio został ucałowany przez obie Cioteczki, ja nieco “ogarnięta”, nosze przyniesione i zapakowani wspólnie w moją koszulę przygotowaną do porodu, kocyk i koc pojechaliśmy do szpitala karetką. (Przed odjazdem jeszcze nas pożegnali i ucałowali Moi Rodzice, którzy akurat przyjechali po Kajetana)

To był bardzo RODZINNY poród! 

W szpitalu było nieco zabawnie, bo rozmowa o rodzeniu łożyska zaczęła się od mojego pytania “czy rodzenie na tym fotelu to moja jedyna opcja?” 
Od tej chwili naprawdę o każdym kroku rozmawiałyśmy, a ja byłam traktowana jak partnerka, a nie… sama nie wiem co… nieprzyjemna konieczność 

Wspaniałą nieobecną-obecną przy porodzie była moja Doula – Ela. W przeróżnych momentach przypominały mi się nasze ciążowo-porodowe rozmowy, jej rady, jej sposób myślenia o porodzie.
I nawet kiedy miałam wątpliwości czy wyjść wcześniej ze szpitala – to jej krótkie pytanie pomogło nam podjąć decyzję 
Przyznam, że porodu bałam się ogromnie. Tak bardzo, że kiedy z tymi przepowiadającymi kładliśmy się „spać” rozważałam poważnie, czy po przyjeździe do szpitala nie poprosić od razu o cesarkę.

A tymczasem… było dokładnie tak, jak mi powiedziała kiedyś Ela – przeżyliśmy piękną przygodę, którą przygotowało dla nas moje ciało 

podwójna historia

po lewej Kajtek, po prawej Tadzio (z Mamą) – parę dni po porodach :)

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>