Moje ciało wie, jak rodzić (Warszawa)

Noworodek może urodzić się bez płaczu, a mama może mieć cudowny poród wydając na świat dziecko ważące 4700g! Tak, po cesarce! Czasem dobrze, że USG myli się w szacowaniu masy płodu przed porodem. W innym razie, Kinga byłaby pewnie namawiana do poddania się powtórnie operacji cięcia cesarskiego. Oto jej inspirująca historia:

Cała historia zaczęła się cztery lata temu, kiedy urodziła się nasza córka. Mimo że planowałam poród naturalny i do niego się przygotowywałam, los okazał się złośliwy i po 18 godzinach skurczy, w obliczu mojej gorączki, rosnącego CRP i spadającego tętna dziecka, zdecydowano o cięciu.

Płakałam, gdy mnie wieziono na salę, płakałam i długie miesiące po porodzie. Czułam, że własne ciało mnie oszukało. To nie tak przecież miało wyglądać. Długo dochodziłam do równowagi emocjonalnej, dużo czasu zajęło mi pogodzenie się z takim, a nie innym przebiegiem porodu. Cięcie obwiniałam o wszystkie problemy – głównie o to, że dużo, stanowczo za dużo czasu zajęło mi nawiązanie prawdziwej więzi z córką i pokochanie jej.

Gdy po ponad trzech latach znowu zaszłam w ciążę, marzyłam o tym, żeby tym razem było inaczej. I podjęłam działania, by tak się stało. Niemal od razu umówiłam się z położną, która nie boi się porodów po cięciu, regularnie się z nią spotykałam, dzieliłam obawami i szukałam odpowiedzi na wątpliwości. Przeczytałam chyba wszystko, co było do przeczytania o porodach naturalnych, o porodach po cięciu, o tym, jak się do nich przygotować. Zadbałam o higienę psychiczną – czytałam tylko dobre historie porodowe, ćwiczyłam jogę, powtarzałam sobie niemal do znudzenia, że moje ciało wie, jak rodzić, że to nie ono poprzednio mnie zawiodło. W końcu w to uwierzyłam.

Koniec drugiej ciąży był nerwowy – w pierwszej przeterminowałam się cudnie, a tym razem przeterminowanie wybitnie nie było mi na rękę z kilku powodów. Po pierwsze moja położna wyjeżdżała na urlop i miała ją zastąpić inna, którą mniej znałam, po drugie lekarze najchętniej wówczas indukowaliby poród, a tego chciałam uniknąć, jako że byłby to według mnie początek drogi na stół operacyjny.

Jednak i tym razem potomek się nie spieszył. Czekały mnie więc regularne wizyty na izbie przyjęć, ktg i mniej lub bardziej miłe rozmowy z lekarzami, którzy co prawda jednoznacznie potwierdzali, że dziecko OK, ale „sama pani wie, jest pani po cesarce, więc zachęcam do indukcji”. Regularnie odmawiałam. I tak co dwa dni, chociaż kazali pojawiać się codziennie, ale w trosce o własną psychikę ograniczyłam wizyty.

W międzyczasie położna umówiona wyjechała na urlop, niemniej nabyłam przekonania, że i moja rezerwowa mnie nie zawiedzie.
W niedzielę znów pojawiłam się na kontroli, tradycyjnie ktg, przepływy, wody, blizna po cięciu OK. Przewidywana waga dziecka 3800. Szyjka idealna do porodu, co mnie jednak nie pocieszało, bo idealna, ale bez zmian była od tygodnia. Miły pan doktor po zachęcie położenia się na patologii i mojej tradycyjnej odmowie, zaprasza w poniedziałek, ja planuję pojawić się we wtorek.

Planu jednak nie udaje się zrealizować, bowiem w poniedziałek o 23 pojawia się pierwszy skurcz, po 5 minutach kolejny i następny. Wszystkie bolesne i długie. Nic to, próbuję się położyć i zasnąć, ale skurcze mi nie dają. Mąż mówi, żebym zadzwoniła do położnej, ale stwierdzam, że chyba się z głupim na rozumy pozamieniał, że nie będę jak idiotka dzwonić, jeśli skurcze nie trwają nawet godziny. Po dwóch kolejnych skurczach sama jednak chwytam za telefon, zdaję Edycie relację, jak się ma sytuacja, umawiamy się o 1 w szpitalu, i tu czeka mnie pierwsza niespodzianka – 6 cm rozwarcia. O niebiosa – taki wynik poprzednim razem osiągnęłam po kilkunastu godzinach, a teraz ledwie dwie wystarczyły. Biorę to za dobry znak.

Przenosimy się na salę, gdzie czeka mnie zapis ktg, młody ma się dobrze, ja zresztą też, ogarniam ból, skupiam się, nie walczę z nim. Płynę jak na fali. W głowie co jakiś czas pojawia się wyuczona myśl: „Moje ciało wie, jak rodzić”.

Przy którymś ze skurczy czuję, że coś się zmienia. Położna mnie bada – mogę zacząć przeć, jeśli czuję taką potrzebę. Ale potrzebę to ja mam, ale odosobnienia, więc idę do WC, Edyta gasi mi światło, chłopa wyganiam i zostaję sama z ogarniającym i niedającym się powstrzymać instynktem parcia. Położna ogranicza wizyty w mojej jaskini, żeby posłuchać serca malucha. Jednak w pewnym momencie każe mi przejść do sali, bo zaraz urodzę. Jak to, już? Klękam przy łóżku i wydaję z siebie dźwięki przypominające ryk zwierząt. To jednak nie jest krzyk bólu, bólu już nie ma. To pieśń nadchodzącego zwycięstwa. Przerwy między skurczami są długie, mam chwilę na odpoczynek. Dotykam krocza, czuję pomarszczoną główkę, jeszcze kilka chwil i po pięciu godzinach od pierwszego skurczu,  w ciszy, bez płaczu, rodzi się mój syn, który jak się później okazało, zamiast 3800 waży 4700. Mimo gabarytów, dzięki cudownej położnej urodziłam go tak, jak sobie wymarzyłam – w stu procentach naturalnie, w swoim rytmie, bez indukcji, bez wspomagania, nacięcia, pęknięcia, cudownie.

I choć w IV okresie porodu pojawiły się komplikacje, jestem szczęśliwa. I dumna. Zrobiłam to – urodziłam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>