Przedwigilijna 5 kilowo-pokrzepiająca opowieść vbacowa (Warszawa)

Dziś Boże Narodzenie – dzień w sam raz na tak niesamowitą opowieść:  21 miesięcy po po cc, po terminie, 5 kilogramów, bez nacięcia krocza, VBAC! Oto historia Moniki i jej małego-wielkiego synka Leosia:

Oto moja przedwigilijna 5 kilowo-pokrzepiająca opowieść vbacowa. Zacznę od początku. Moja córeczka (znaczy pierwsze dziecko) urodziła się przez cc w marcu 2013 co daje 21 miesięcy odstępu między porodami. Cięcie było wykonane z powodu zagrażającej zamartwicy wewnątrzmacicznej 3 dni przed terminem porodu, bez zadnej czynnosci skurczowej, nic.. po prostu pierwsze ktg wyszlo zle i tej samej nocy zdecydowali o cc. Jak pewnie wiele z Was bardzo długo dochodziłam do siebie po tamtym doświadczeniu, bo bardzo chciałam rodzić naturalnie i naprawdę przypłaciłam to cc długotrwałym uszczerbkiem psychoemocjonalnym  Ale to nie moment by wchodzić w szczegóły, zwłaszcza, że z tym porodem mam cudowne poczucie odzyskania mojej siły jako kobiety, JEST MOC.

No więc tak: w badaniu usg, zrobionym przez moją ginekolog prowadzącą, dr Kajdy, blizna miała 2,6 mm, waga dziecka 4100, trochę dużo, ale brak niewspółmierności więc dała mi zielone światło do porodu naturalnego. Dała mi też takie ciche przyzwolenie na kilkudniowe przekroczenie terminu porodu, więc na początku był luz, byłam spokojna. Do szpitala trafiłam w poniedziałek wieczorem 17 grudnia, kiedy dokładnie upływał koniec 41 tc. Przez cały poprzedni tydzień stawiałam się na IP na ktg i badanie, po którym podpisywałam odmowę hospitalizacji… Trafiali mi się wszyscy chyba przyjmujący na IP lekarze z całym arsenałem straszydeł, ale starałam się sobie tłumaczyć, że taka jest ich rola, że muszą poinformować o mozliwych zagrozeniach, etc.. wszystkie badania wychodziły dobrze (ktg, ilosc wód, przepływy, etc) więc byłam w miarę spokojna, ale mimo determinacji i wiary, że wszystko jest ok, to po piątym podpisaniu odmowy w sobotę i setnym telefonie od rodziców z pytaniem kiedy wreszcie zamierzam się dać położyć nerwy mi puściły i zdecydowałam, że jeśli przez weekend nic się nie zacznie i dobiję w poniedziałek do 41 tyg to zgodzę się zostać w szpitalu. Poza tym od dwóch tygodni miałam infekcję i chore zatoki (do tej pory nie moge ich wyleczyć) i ogólnie czułam się słabo, więc ten cały stres i zmęczenie wzięły górę i pojechałam w poniedziałek na IP z torbą, ale dopiero po południu, żeby ugrać jeszcze trochę czasu  Na miejscu okazało się, że na patologii nie ma wolnych łóżek, o czym z uśmiechem poinformowała mnie położna w rejestracji pamiętając mnie chyba z poprzedniego tygodnia hehe.. ale po tych kilku godzinach spędzonych na czekaniu na wizyte okazało się, że zwolniło się jedno miejsce i ku uciesze lekarzy skapitulowałam.

Był juz wieczór wiec na oddziale tego dnia nie działo się już nic. Dostałam antybiotyk na chore zatoki i uznałam ze wykorzystam ten zawalony nos, żeby ugrac moze jeszcze trochę czasu (jeden dzien, dwa?) bez indukcji, tłumacząc, że warto by było byc w formie do porodu. Podczas rannego badania we wtorek po raz kolejny usłyszałam, że szyjka niegotowa, zmiękła, ale ciągle długa i że ok, dziś proponują tylko test oxy, żeby sprawdzić wydolność łożyska i jak maluch reaguje na skurcze. Próbowałam jeszcze odwlec ten test do środy (oxy jawiło mi się jako największe zagrożenie mojego naturalnego porodu), ale lekarz był bardzo przekonujący w tłumaczeniu, że to bardzo mało prawdopodobne, zeby zaczęła się akcja porodowa po takiej dwugodzinnej i małej dawce, no i się zgodziłam. Leżałam przypięta do ktg i kroplówki od 11 rano i pojawiały się jakieś mini skurczyki, ale nic szczególnego, od tego prawie 3 godzinnego leżenia bardziej dokuczał mi pęcherz moczowy szczerze mówiąc.. dobra nasza, myślę sobie, na dziś juz mi dadzą spokój, odpocznę, pośpię, może podleczę ta infekcję, żeby móc jakoś oddychać podczas porodu, serio to było moje największe zmartwienie, jak będę oddychac podczas skurczów przy takim konkretnym nieżycie nosa.. Podnoszę się z łóżka żeby wreszcie udać się do łazienki i coś mi się polało  po nodze.. po tym teście zaczęły odchodzić wody, powolutku, ciurkając sobie, czyściutkie.. mieszanka radości i niepokoju, cos się dzieje, ale co teraz? Szybko na moje wahania odpowiedziała położna przypinając mnie znowu do ktg, no bo odchodzą wody więc trzeba monitorować malucha.. ktg ok, zaczęły pisać się jeszcze nieregularne, ale już mocniejsze skurcze, godzina 15, bez jedzenia od sniadania, bo ominął mnie obiad jako że leżałam przypięta do testu oxy dostałam informację, że zaczyna się poród i że nie mogę już nic jeść.. jak to???? to jak ja mam mieć siłę? że ryzyko zadławienia i że jesli zamierzam jeść to ona jest zmuszona poinformować lekarza.. jak tylko wyszła zjadłam wszystko co miałam w szafce nawet niespecjalnie się chowając. Uznałam, że większym ryzykiem byłoby iść do porodu bez jedzenia i bez siły.. chyba miałam już w sobie większą pewność i zahartowanie po podpisywaniu przez tydzien cyrografu na IP hahaha.. wtedy chyba jeszcze caly czas nie mogłam uwierzyć, że się zaczyna, że to ja właśnie czekam na zwolnienie się sali porodowej, że skurcze coraz mocniejsze.. przypomniałam sobie, że muszę załozyć ponczochy uciskowe (mam niewydolność żylną i w ciąży chodziłam w takich specjalnych rajstopach antyżylakowych, a do porodu miałam takie grube uciskowe pończochy), więc zaczełam się z nimi męczyć pomiędzy skurczami, żeby dobrze je założyć.. kilka minut później byłam już na porodówce.

Pół godziny chodziłam po korytarzu, czekając na zmycie i wyschnięcie podłogi w sali…Po wejściu do środka wypróbowywałam znajdujące się tam sprzęty, ale skurcze były na tyle silne, że musiałam pochylać się i opierać mocno o łóżko albo szafkę.. na piłce było fajnie tylko pomiędzy skurczami.. były dosyć częste takie co 2 minuty trwające kilkadziesiąt sekund.. po godzinie mniej wiecej dojechała moja położna, mogło być koło 18? 19? w tym czasie jakby wszystko zaczęło się zatrzymywać.. skurcze rzadsze, nie wzbierające na sile.. zbadała mnie i powiedziała, że rozwarcie ciągle małe, szyjka nadal długa i że ona proponuje oksytocynę, bo nie urodzimy do następnego dnia, a wody juz odeszły więc nie mam za dużo czasu, bo może sie to zrobić niebezpieczne dla malego i w koncu skonczyć cc.. dała mi 10 minut do podjęcia decyzji.. bałam się tej oxy niemiłosiernie, ale jesli miała byc jedynym sposobem na poród drogami natury, to miałam zamiar się zgodzić.. jak wrociła to nie byłam w stanie powiedziec co zdecydowałam, powiedziałam chyba ze nie wiem.. widziała chyba jak bardzo chcę to oxy ominąć i zaproponowała masaż brodawek a potem wannę na godzinę.. no i słuchajcie w tej wannie to się skurcze rozhulały same tak, że już zupełnie nie wiedziałam co się dzieje, wpadłam w rodzaj transu: skurcz i totalna koncentracja zeby go przezyc, a potem wręcz rodzaj omdlenia w tej ciepłej wodzie pomiędzy skurczami.. pamietam tylko że dostałam jeszcze kroplówke nawadniającą jak byłam w tej wannie.. potem kolejne godziny uplywały sama nie wiem jak i kiedy.. 21, 22.. idące mega szybko rozwarcie na 9 cm.. ogromny ból, ale nie wiem jakoś w tym wszystkim wcale nie myslalam o znieczuleniu, może dlatego ze chyba nie myślałam w ogóle? byłam w innym stanie swiadomosći. Potem zmiany pozycji proponowane przez położną.. koło 23 zaczęła się faza parcia i nagle zostałam poproszona o przejście na stół bo już rodzimy.. nie mogłam w to uwierzyć, serio.. zresztą wszystko działo sie jak w półśnie, transie jakimś.. Pamiętam jeszcze jak dotykałam główki i w końcu o 12.35 w nocy urodziłam całego Leosia  Od razu wylądował na moim brzuchu, dopiero po kilku minutach przecięto pępowinę, światło było przygaszone, wszystko tak jak chciałam.  Potem jeszcze rodzenie łożyska i szycie w sumie podobno niedużych obrażeń, zwłaszcza jak na takiego wielkoluda  Właśnie, potem ważenie 5028g.  Zbiegło się kilka osób, żeby go zobaczyć haha.. Leoś cichutki, spokojniutki, w ogóle nie płakał i w zasadzie taki własnie jest, przynajmniej na razie.  Po porodzie straciłam zupełnie głos na kilka dni (mega wokalizacja w moim przypadku, ale ratowała mnie w tych skurczach), dalej jestem chora, ciągle bardzo osłabiona bo straciłam dużo krwi podobno, ale nie zamieniłabym tego doświadczenia na nic w swiecie.  Odzyskałam moc! Mam nadzieję, że moja historia będzie pokrzepiająca i podnosząca na duchu dla tych z Was, które jeszcze się wahają.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>