Prawdziwy cud (Białystok)

Historia Ani długo czekała na opublikowanie, a wszystko przez moje niedopatrzenie i roztargnienie. Najważniejsze jednak, że będziecie w końcu mogli ją przeczytać:)

Będąc w pierwszej ciąży nie wyobrażałam sobie innej opcji porodu jak siłami i drogami natury. Niestety od 34 tygodnia byłam coraz dalej od założonego planu. Na początku pojawił się problem pośladkowego położenia płodu. Lekarz dawał niewielkie szanse, że dziecko ustawi się główkowo. Wtedy po raz pierwszy padły słowa „cesarskie cięcie”. Mimo wszystko miałam nadzieję, że do terminu porodu wszystko rozwiąże się po mojej myśli. Niestety ok 37 tygodnia pojawiło się nadciśnienie, następnie ginekolog stwierdził małowodzie i w zasadzie nie było już o czym mówić, bo sprawa była jasna. Dostałam termin na rozwiązanie drogą cięcia cesarskiego. Miałam czekać dwa tygodnie. To były najsmutniejsze dwa tygodnie z całej mojej ciąży. Wiedziałam, że cięcie cesarskie jest najwłaściwszą metodą porodu w mojej sytuacji, ale żal i dziwnie ogarniająca pustka pozostały do samego końca czyli do dnia rozwiązania. A potem… A potem pojawił się inny żal bardziej rozrywający serce matki. Żal, że nie mogę tulić własnego dziecka. Mała trafiła na intensywną terapię z zaburzeniami oddychania. Leżała tam trzy doby.  W dniu porodu widziałam moją córeczkę tylko na sali operacyjnej i trzymałam ją na rękach dosłownie kilka minut. A to i tak tylko dzięki mojemu mężowi, który wyprosił położną, abym mogła wziąć dziecko na ręce po „wyjęciu z brzucha”. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło, a mój smutek za naturalnym porodem wynagrodziła mi zdrowa i piękna córeczka.

Po 18 miesiącach od porodu  zaszłam ponownie w ciążę. Już na pierwszej wizycie u ginekologa (i zresztą na kilku następnych także) usłyszałam, że po cesarce będzie kolejna cesarka. Zostałam poinformowana o całym ryzyku, jakie wiąże się z  porodem naturalnym po przebytym cięciu cesarskim i powiem szczerze, że nie zależało mi, aby był to poród naturalny. Nastawiona całkowicie na cc trwałam do 23 tygodnia ciąży. Wtedy ten sam lekarz robiąc USG stwierdził, że może należałoby rozpatrzeć poród sn, bo warunki ku temu się zapowiadają. A ja na to: Jak to? Przecież ja już mam wszystko w głowie ułożone pod kątem cc. Wiem, jak to wygląda, czego mam się spodziewać, a teraz on to wszystko burzy. Oczywiście poinformował, że przymusu nie ma, że  mogę się nie zgodzić na poród sn, ale jego zdaniem powinnam to jeszcze dobrze przemyśleć i przede wszystkim nie zamykać sobie drogi, bo nikt nie wie jak będzie to wyglądało. Więc za jego radą zaczęłam myśleć i przede wszystkim szukać odpowiedzi na wiele pytań, które w tym momencie się pojawiły. Doniesienia naukowe o częstości występowania powikłań przy porodach natruralnych po cc, o procedurach medycznych, które są dozwolone, a które nie powinny być wykonywane w trakcie takiego porodu, o niebezpieczeństwie jakie może zagrażać noworodkowi itp. itd. Wiele pytań i wątpliwości udało się rozwiać a przynajmniej uspokoić. Od tego czasu nie nastawiałam się na żadną opcję porodu i przyjęłam postawę, co będzie, to będzie. W 38 tygodniu badanie USG potwierdziło, że nie mam żadnych przeciwskazań do porodu naturalnego, więc postanowiłam grzecznie czekać do… do odejścia wód, bo tak to się zaczęło.

Cztery dni po wyznaczonym terminie, wieczorem, zaczęły się sączyć wody. Lekko przerażona, że trzeba z tym jak najszybciej jechać do szpitala (pozytywny GBS) pojechałam na izbę przyjęć. Tam położna zrobiła KTG, z którego wywnioskowała, że skurczów regularnych nie ma, potem zbadał mnie lekarz, twierdząc że szyjka  jest zachowana, a na koniec oboje orzekli, że to pewnie czop śluzowy odchodzi, więc mam jechać do domu i wrócić jak zaczną się skurcze. Mi niestety nie dawało to spokoju, więc zadzwoniłam do swojego lekarza, który kazał mi przyjechać następnego dnia na oddział. O 9.00 zrobił mi USG, po czym zbadał szyjkę. Szyjka faktycznie była zachowana, ale w trakcie badania odeszła spora ilość wód. Zatrzymał mnie na patologii ciąży, gdzie podali mi antybiotyk i kazał czekać do 19.00. Powiedział, że jak do tego czasu nic się nie zmieni zrobi mi cięcie. Więc czekaliśmy (ja i mój mąż). W trakcie tego czekania zaczęły pojawiać się skurcze, ale bardzo delikatne i nieregularne, a z KTG wychodziło, że to nie te co powinny być. Od godziny 17.00 zaczęły być bardziej dokuczliwe, ale nadal nieregularne (co 2, 4 minuty) i krótkie (10, 20 sekund). O 19.00 ginekolog sprawdził rozwarcie, stwierdził że są 2 cm i dał mi zielone światło do sn. Ucieszyłam się niezmiernie. Musiałam teraz tylko czekać na wolną salę porodową, a z tym był niestety problem. Pomimo braku ostrego dyżuru było pełne obłożenie na porodówce (niektórzy by powiedzieli, że to z racji daty – „trzynastego”). Więc znów czekamy, skurcze mam coraz silniejsze, ale do zniesienia i ciągle chodzę bo tak mniej boli, wręcz czasami prawie w ogóle. O godzinie 21.30 przychodzi ginekolog i informuje, że niedługo zwolni się miejsce na porodówce, bo jest jedna pacjentka z 9 centymetrowym rozwarciem, więc już prawie na finiszu. Położna robi mi kolejne KTG. Mąż zagaja ją, czy nie powinni sprawdzić ponownie rozwarcia bo skurcze mam silniejsze. Położna patrząc na zapis KTG mówi, że są za krótkie i że to tak szybko nie idzie, żartując przy tym że pewnie 3 centymetrów jeszcze nie ma. O 22.00 dostaje czopki glicerynowe. Po powrocie z toalety łapie mnie bardzo silny skurcz. Krzyczę. Położne zabierają mnie do zabiegowego. Rozwarcie mam już na 6 centymetrów. Szybko przebierają mnie w koszulę szpitalną, sadzają na wózek, mężowi każą wziąć dokumenty i wiozą na porodówkę. A tam oczywiście nic się do tego czasu nie zwolniło. O 22.30 badają mnie położne z porodówki i każda stwierdza 8 cm. Na znieczulenie jest już za późno (a przyznam, że się na nie wcześniej nastawiłam). Jestem zdenerwowana, za chwilę będę miała parte, a nawet nie mam miejsca żeby się gdzieś położyć. Nie chce rodzić na korytarzu. Położne zwalniają jedną salę wywożąc  pacjentkę, która widocznie może jeszcze chwilę zaczekać J. O 22.50 kładę się na łóżko porodowe, skurcze są bardzo silne. Położne każą mi się położyć na boku i skupić na oddychaniu, a ja próbuję się skupić z całych sił, ale niekiedy się zapominam i krzyczę. W pewnym momencie skurcze słabną, a mój organizm zapada jakby w sen. Chyba odpoczywam przed kolejną fazą. Mój mąż ciągle przy mnie czuwa. Znowu zaczyna się coś dziać, krzyczę, że chyba będę miała parte. Położne układają mnie w pozycji pół siedzącej. Pierwszy skurcz – nie dam rady przeć. Położne zmieniają punkty gdzie mogę zaprzeć nogi i ręce. Drugi skurcz – udaje się. O 23.05 przychodzi na świat moja druga córeczka. Ma 57 cm i waży 3900g, jest śliczna. Kładą mi ją na brzuchu i tak sobie leżymy ona i ja. Jestem najszczęśliwszą osobą na ziemi.

One thought on “Prawdziwy cud (Białystok)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>