Moje dwa porody – tak różne, tak wspaniałe (Poznań)

Nie na wszystko w porodzie mamy wpływ. Ale siła woli, motywacja, nadzieja i wsparcie są z pewnością dużą częścią szczęśliwego rozwiązania. Zapraszam do przeczytania historii Marty:

Pierwsze dziecko (córkę) urodziłam w listopadzie 2012 r. Niestety, była w położeniu miednicowym i za żadne skarby świata nie chciała się właściwie ułożyć. Ćwiczyłam, namawiałam ją, świeciłam latarką, uciskałam odpowiednie punkty na stopach, wizualizowałam, prosiłam o pomoc nawet osobę zajmującą się hipnozą! I nic. Byłam wtedy jeszcze na etapie, kiedy chciałam wszystko mieć pod kontrolą, wszystko zaplanowane i po mojej myśli. Teraz wiem, jak bardzo takie podejście jest błędne w przypadku porodu… Powoli zaczęło pojawiać się rozwarcie, byłam już w 39 tygodniu. Jednak ponieważ bardzo bałam się szpitali i wszelkich procedur medycznych, wybrałam szpital oddalony od Poznania (gdzie mieszkam) o około 70 km – Trzciankę. To był jedyny szpital, w którym czułam się spokojnie i bezpiecznie, szpital niewielki i pełen życzliwych, ciepłych położnych i lekarzy z ludzkim podejściem. Nie miałam wtedy zbyt dużej wiedzy o tym, co dobre dla dziecka, więc postanowiłam namówić lekarza, żeby wykonał cięcie na zimno. Bałam się, że nie zdążę dojechać do szpitala, kiedy się zacznie, zwłaszcza, że mąż pracuje w terenie – może być kilka lub kilkaset kilometrów od domu. Pojechaliśmy do szpitala 6 listopada rano. Zostałam przyjęta, przebrałam się i miałam czekać na lekarza. I nagle…zaczęło się! Tak jakby puściła jakaś blokada – wiedziałam, że jestem tam, gdzie być powinnam i że teraz dziecko może się bezpiecznie urodzić. No i bardzo nie chciałam, żeby mnie odesłano do domu. Skurcze były od samego początku dość regularne, oczywiście bolesne, ale bez przesady. Bardzo żałowałam, że nie mogę urodzić naturalnie, bo wszystko dobrze szło. Po 3 godzinach rozwarcie wynosiło 4 cm. Nawet położne twierdziły, że szkoda, że nie mogę rodzić siłami i drogami natury, bo zapowiada się, że” ładnie by poszło”. Wybłagałam jeszcze usg tuż przed cięciem – bo może akurat Mała się obróciła? Niestety, moje pozytywne myślenie tym razem na nic się nie zdało. Dziecko chyba postanowiło nauczyć mnie pokory dla rzeczy, na które nie mamy większego wpływu.  Weronika urodziła się o 12:20, z wagą 3220 g, od razu kangurował ją mąż, ja dostałam ją po wybudzeniu z narkozy. Pamiętam, że płakałam budząc się z narkozy. Chyba po części z bezsilności czy bezradności, a trochę dlatego, że bardzo chciałam zobaczyć córkę i dowiedzieć się, że wszystko jest z nią w porządku. Na szczęście mąż siedział z córką w fotelu tuż obok mojego łóżka.  Dochodziłam do siebie długo, byłam bardzo słaba, bo straciłam ponoć dużo krwi. W szpitalu rzeczywiście panowała wspaniała atmosfera wsparcia i życzliwości, co bardzo pomogło w pierwszych, trudnych dniach.

Od początku zakładaliśmy, że będziemy mieć dwoje dzieci. Dlatego po porodzie zaczęłam szukać informacji, co zrobić, żeby urodzić siłami i drogami natury po cesarskim cięciu. Bardzo szybko trafiłam na stronę www.naturalniepocesarce.pl Czytałam opisane tam historie i wzruszenie aż ściskało mnie za gardło. To było niesamowite, też tak chciałam.  Krótko później znalazłam grupę na fb. Wpisy tam czytałam równie chętnie. Atmosfera panująca w grupie była i jest świetna. Masa wsparcia, ciepłych słów. Myślę, że portal i grupa bardzo wiele mi dały i pomogły umocnić się w decyzji oraz pozbyć obaw i niepewności.

W drugą ciążę zaszłam w 2014 r. Od samego początku miałam inne podejście. Uznałam, że zdam się na to, co przyniesie los. Oczywiście, zrobię co w mojej mocy, żeby wszystko poszło zgodnie z planem, ale na spokojnie. Będę otwarta na wszelkie opcje. Ciąża była dużo „trudniejsza” i bardziej męcząca od poprzedniej. Pod koniec już bardzo chciałam, żeby zaczął się poród. Zwłaszcza, że miałam stale przy sobie prawie dwuletnią córeczkę, która w dodatku była nadal dokarmiana piersią (dwa razy na dobę, przed spaniem w południe i wieczorem). Termin miałam na 4 października, jednak czekałam na koniec 37 tygodnia i od tego dnia myślami „poganiałam” synka, żeby zechciał się już urodzić. 19 września wieczorem jak zwykle karmiłam córkę przed spaniem, na leżąco. Kiedy usnęła, wstałam z łóżka i poczułam, że odchodzą mi wody. To było około godziny 21:00. Byłam wtedy w 38 tygodniu. Ucieszyłam się niesamowicie. Piątek wieczór, Mała śpi, mąż w domu – idealnie! Przyjechała moja mama, żeby zostać z córeczką, a ja, ucieszona, pojechałam do szpitala. Wierzyłam, że wszystko pójdzie sprawnie i szybko – przecież przy pierwszym porodzie rozwarcie szło super. W szpitalu byłam po 22:00 (tym razem jeden z poznańskich), umówiona położna dojechała chwilę po nas. Chciałam rodzić z położną, bez męża – uznałam to za najlepszą dla mnie opcję. Chciałam mieć przy sobie kobietę – i w dodatku fachowca, który wie, co robić. Przed 23:00 znalazłam się na ślicznej sali porodowej wyposażonej we wszystko, czego mogłam potrzebować, łącznie z łazienką z wanną. Niestety, skurczy początkowo wcale nie było, potem zaczęły się regularne, ale co 12 minut! Przysypiałam między skurczami i tak dotrwałam do 5:00 rano. O tej godzinie rozwarcie wynosiło jedynie 2 cm. Nie zapowiadało się to wszystko najlepiej. Byłam niewyspana, lekarze dziwili się, czemu nie proszę o  cięcie, zwłaszcza, że poród kiepsko idzie. Położna była zdecydowanie po mojej stronie i to było wspaniałe. Czułam wsparcie, opiekę i nieustającą troskę. Skurcze niestety były już trudne do zniesienia – pojawiły się bóle krzyżowe, czyli coś, czego nie znałam. Nie wiedziałam, że może być aż tak! Trochę pomagało mi kołysanie się na piłce, ale ból był silny. O 15:00 rozwarcie wynosiło jedynie 6 cm, a ja byłam wycieńczona. Nie miałam już siły, ale też nie miałam ochoty się poddać. Po prostu trwałam w tym jakby siłą rozpędu. Położna pomogła mi wejść do wanny – ciepła woda przyniosła ukojenie. Po wyjściu okazało się, że rozwarcie niewiele się zwiększyło i położna doradziła mi, żebym zgodziła się na cięcie, bo nawet ona, pomimo swojego pozytywnego nastawienia, nie bardzo widzi możliwość szczęśliwego zakończenia czyli porodu siłami natury. Nie miałam już sił, nie wiedziałam, co będzie dalej, zgodziłam się. Położna poszła poinformować lekarza, że ma pacjentkę do cięcia. Okazało się, że muszę poczekać, bo akurat jest jakiś pilny przypadek i mną będą mogli zająć się za jakiś czas. I całe szczęście! Między 16:00 a 17:00 rozwarcie w końcu ruszyło. Skurcze były już trudne do zniesienia, pamiętam, że powiedziałam położnej, żeby ani na chwile nie zostawiała mnie samej w trakcie skurczu, bo sama go nie przeżyję. To jednak niesamowita pomoc, kiedy ktoś, kto wie, co mówi, instruuje na bieżąco – jak oddychać, jak próbować rozluźnić mięśnie, jak wytrwać. W końcu przyszły bóle parte. Po tym wszystkim, 20 września o 18:30, urodził się Tomek.  Nie był mały, ważył 3800 g. Czułam się wspaniale, chociaż nie miałam sił kompletnie na nic. Doszłam do siebie szybko pomimo niewielkiego nacięcia krocza.

Porównując oba porody, zdecydowanie jestem za porodem siłami natury. Pomimo, że trwał 21 godzin licząc od odejścia wód. Wiem już, że nie wolno niczego planować „na sztywno”. Trzeba zdać się na naturę i okoliczności. Być może córka z jakiegoś powodu nie mogła się obrócić? Albo po prostu już wtedy była uparta… A synek dał radę się urodzić naturalnie pomimo, że miał szyję owiniętą pępowiną – tętno nie spadło mu ani na chwilkę. Widać, tak miało być. Każdy z tych porodów był cudem i każdy będzie zawsze w mojej pamięci jako niesamowite, umacniające wydarzenie.

Weronika

Weronika

Tomek

Tomek

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>