Adaś – Lipcowa Niespodzianka (Łódź)

Radość i poczucie spełnienia, które przeważają każdy ból i trud. Oto co kobiecie daje szczęśliwy poród (VBAC w szczególności). Zapraszam do lektury historii Igi:

 

20 lipca 2015 roku przyszedł na świat Adaś – nasza lipcowa niespodzianka. Miał się urodzić pod koniec sierpnia, 5 tygodni później. W ciąży nic nie wskazywało na to, że synek zawita do nas w środku wakacji, wręcz byłam zaskoczona miękkością swojego brzucha, który w poprzedniej ciąży przez cały czas był twardy jak kamień – i ponieważ pierwszy synek urodził się 3 tygodnie wcześniej, zakładałam, że ten na pewno posiedzi dłużej w moim brzuchu.

No właśnie – środek wakacji. Piękne lato. Już kilka miesięcy wcześniej planowaliśmy, że skorzystamy z jego uroków w początkach lipca i jako harcerska rodzina z krwi i kości pojedziemy na obóz. Niedługo przed wyjazdem wizyta kontrolna, USG i zielone światło – lekarz nie widział przeciwwskazań do wyjazdu. W tamtym czasie mój miękki brzuch trochę zaczął mi twardnieć co jakiś czas, ale lekarz zalecił magnez, a ja też tym się mocno nie przejęłam – no przecież macica musi ćwiczyć.

Ne wiem czemu, ale pierwszym i najważniejszym krokiem przed wyjazdem nie było spakowane całej naszej trójki (to w drugiej kolejności), ale naszykowanie wyprawki dla najmłodszego. To był mój warunek numer jeden – nie jedziemy, póki wszystko nie będzie gotowe. I tak wyprałam wszystkie ciuszki, trochę dokupiłam, umyłam wózek, fotelik… Na „po powrocie” zostało parę drobiazgów.

Pojechaliśmy. Las, jezioro, brak prądu i bieżącej wody, namioty… Raj! Raj dla mnie, dla męża i dla dwulatka. Byłam bardzo szczęśliwa, że się udało i że będzie nam dane spędzić choć ułamek lata w takich okolicznościach. Tylko twardnienia brzucha coraz częstsze i silniejsze – aż czułam, ze powinnam przystopować i siedzieć. Faszerowałam się więc magnezem i kiedy mogłam to siadałam – ale kto ma dwulatka w domu wie, jak często można sobie na to pozwolić 😉

Drugiego dnia pobytu poszliśmy wieczorem nad jezioro. Dzień był upalny, wieczór ciepły, więc taka wieczorna kąpiel w sam raz, rozkosz… W drodze powrotnej dopadły mnie jakieś bolesne kopniaki w dole brzucha – no aż się musiałam zginać pół (swoją drogą – jakie kopniaki w dole?! – całą niemal ciążę drżałam o ułożenie malucha, bo poprzedni ułożył się pośladkowo, czym zmusił mnie do cc, no ale tym razem USG w 30 tygodniu pokazało jednoznacznie, że głowa w dole…). Doszliśmy jakoś do obozu, zdejmuję z siebie mokry kostium, a tam plama czerwonej krwi…! Serce zabiło, ubrałam się, idę do męża i mówię, ze jedziemy do szpitala. On nie mniej przerażony ode mnie zapakował tylko starszego, chwycił jakiś chleb i pojechaliśmy. Całe szczęście przed wyjazdem na obóz sprawdziłam szpitale w okolicy – promieniu 40km same z I stopniem referencyjności, więc jak bym miała rodzić wcześniaka, to lepiej w Poznaniu. No ale założyłam, że nie rodzę, więc pojechaliśmy do małego szpitala w okolicy. Spędziłam tam dwa tygodnie podpięta cały czas do pompy z lekami, które miały zatrzymać skurcze (bo moje twardnienia okazały się być skurczami o wartościach dochodzących momentami do 99 – więcej tamtejsze KTG nie pokazywało). I to była taka ironia losu – leżałam na sali z dziewczynami po terminie, które modliły się o skurcze – a ja się modliłam, żeby ich nie było.

USG przy przyjęciu pokazało, że mały się obrócił jednak pupą w dół i to mnie zdołowało chyba najbardziej w tej sytuacji, bo rozwiewało moje marzenia o sn… Robiłam sobie jednak nadzieje, bo miałam wrażenie, ze czuję nogi ciągle w innych miejscach – i faktycznie – USG przy wypisie znowu pokazało głowę w dole Ale ponieważ jeszcze na tym etapie takie akrobacje miały miejsce u mnie w brzuchu, postanowiłam nie przyzwyczajać się do tej myśli i uznałam, że najistotniejsze jest i tak to, jak część ciała będzie w dole w momencie porodu, nie teraz.

Kiedy wychodziłam ze szpitala, leki już nie pomagały. Ale wyszłam, bo szpital nie mógł dłużej mnie trzymać ze względu na swój stopień referencyjności. Powinni mnie przewieźć do szpitala z wyższym stopniem, ale my woleliśmy wrócić już do Łodzi, tym bardziej, że kolejnego dnia miałam wizytę kwalifikacyjną w szpitalu, w którym chciałam rodzić. To była niedziela. W czasie drogi moje twardnienia były podejrzanie regularne i częste, ale cały czas niebolesne. Mężowi nic nie mówiłam, a sama ukradkiem starałam się wyszperać, co internet mówi o czyms takim 😉 Towarzyszyły mi skrajne odczucia – byłam pewna że dotrwam do wizyty kwalifikacyjnej, ale nie wiedziałam, jak długo potem – czy to będzie tydzień, czy dwa, czy jednak przenoszę.

Dojechaliśmy późnym wieczorem. W domu twardnienia cały czas silne, częste i dość regularne, ale nadal niebolesne. Stwierdziłam, że nie będę już patrzeć na zegarek – idę spać, porodu nie prześpię. Byle do rana i do wizyty.

5 rano. Z radością spostrzegłam, że jest już widno, a ja nadal nie urodziłam :) Poszłam do toalety, twardnienia jak były, tak były nadal. Ale ok – mam je od dwóch tygodni i nic, także luz. Wróciłam do łóżka i w łóżku – PYK – pękł pęcherz i poczułam ciepłe wypływające wody, a wraz z nimi już bolesne skurcze, których regularności nawet nie chciało mi się liczyć. 5 godzin do wizyty. Dokładnie jak ze starszym, który wywinął mi ten sam numer i pozbył się basenu kilka godzin za wcześnie.

Dokładnie jak ze starszym lub zupełnie inaczej – wtedy pojechaliśmy do szpitala wiedząc, ze zaraz trafię na stół. Trafiliśmy w takie miejsce, w którym cesarskie cięcie było dalekie od porodu po ludzku. Wiktor po operacji trafił na 12h na salę noworodków i był karmiony butelką. Ja 12h spędziłam na sali pooperacyjnej. Mąż nie miał wstępu ani do mnie, ani do dziecka. Takie procedury.

Tym razem wybraliśmy inny szpital. Zebraliśmy się dosyć szybko, bo jednak wcześniak, a ja miałam w głowie poprzedni poród i to, że po odejściu wód na izbie przyjęć były już 4cm. Przyjechaliśmy około 6:30. Jechałam z uśmiechem na twarzy, bo czułam, że mały jest nadal głową w dół i że mam szansę na swój vbac, o którym tak marzę… Na izbie 2cm rozwarcia, co mnie trochę rozczarowało – jakoś liczyłam na więcej 😉 i lekarz, który spojrzał na mnie i z krytyczną miną powiedział – pani jest po cięciu i chce rodzić wcześniaka siłami natury?! Później dowiedział się, że byłam w szpitalu, gdzie mały dostał sterydy na rozwój płuc i zrobił mi USG, na którym z pomiarów wyszła mu waga 3100g. Pytał się czy na pewno się nie pomyliłam z datą ostatniej miesiączki i chyba uznał, że tak właśnie jest, mimo że powiedziałam mu, że znam dokładną datę owulacji 😉 W każdym razie po tym wszystkim zapadła decyzja – na porodówkę!

Porodówka była świeżo wyremontowana – oddana do użytku w marcu tego roku. Ale nie zrobiła na mnie dużego wrażenia. Trafiliśmy do takiej przejściowej sali, gdzie kręciło się mnóstwo osób, cały czas ktoś był. Zaznać intymności pomagała nam malutka łazienka. Sprzętów niewiele – tylko piłka i worek i w sumie mało przestrzeni do używania tego. No i ci ludzie, wszędzie ludzie. Do tego położna badająca mnie na skurczu tak boleśnie, że krzyczałam. A ona stwierdziła, że bez przesady, że przecież tam dziecko ma się zmieścić!

Było chwilę przed 7 i zaraz nadeszła nowa zmiana, a wraz z nią jakby nowy etap tego porodu. Jakoś odnaleźliśmy się w tej porodówkowej przestrzeni, a nowa położna była ciepła i sympatyczna. Dużo czasu spędzaliśmy w łazience, a poza nią zwisałam na wszystkich możliwych meblach i trochę skakałam na piłce. Tylko z ludźmi sobie nie poradziłam, ale oni jakoś z każdym centymetrem rozwarcia coraz mniej mi przeszkadzali 😉 Przed porodem czytałam o tym, jak przeżywać skurcze, żeby z każdym się otwierać i nie myśleć o nim jako o udręce tylko drodze do nowego życia. Piękne, ale gdzie tam… 😉 Naprawdę bardzo się starałam, ale i tak ból był nie do zniesienia. Im dalej w las, tym częściej miałam myśli – Boże, ja chce cc, ale niech to się już skończy! Nie wiem która była godzina, kiedy miałam kolejne badanie, ale było wtedy już 7cm. Z jednej strony byłam szczęśliwa, ze tak ładnie poszło do przodu, a z drugiej strony miałam w głowie słynny kryzys siódmego centymetra. Położyli mnie pod KTG, o zgrozo… Nic im z tego KTG nie wyszło, skurcze się nie pisały, a ja tak próbując leżeć poczułam, że dopadły mnie skurcze parte… wow, to już! Nie wiem czemu położna nie chciała mnie posadzić, ale zrozumiałam, że wolała jeszcze tą fazę przedłużyć. Ale po chwili podwyższyła mi oparcie w łóżku i wylądowałam w pozycji kucająco-siedzącej, zapierając się nogami o takie wałeczki – i ta pozycja była genialna. Położna pozwoliła mi dotknąć nadchodzącej główki. Była jak bałtycka meduza, miałam wrażenie, że jest miękka 😉 Mąż siedział obok, a ja przy skurczu wyszarpywałam mu włosy Darłam się potwornie, mąż później stwierdził, że jak tur (skąd on wie jak tur się drze?!), bo położna ukierunkowała mój wrzask w dół, kazała wydawać niskie dźwięki, więc robiłam co mogłam 😉

Nie wiem ile było partych, ale z książeczki dowiedziałam się, że trwało to 20 minut. Na jednym partym wyskoczyła główka i dopiero wtedy wiedziałam, że się udało, że już nie będzie odwrotu, że spełniłam swoje największe marzenie. Na kolejnym partym wyszło całe ciałko, które takie ciepłe i aksamitne wylądowało u mnie na brzuchu. Była 10:10. 2 lata, 4 miesiące i 8 dni po cc urodziłam drogami i siłami natury, bez znieczulenia, bez nacięcia. Jedyne co mi przechodziło wtedy przez myśl, to że to niemożliwe i powtarzałam to w kółko. Poczekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić i mąż ją przeciął. Później na chwile mnie uśpili, żeby sprawdzić stan blizny po cc. Tuliliśmy się przez kolejne 2 godziny.

iga

Adasia „wycenili” na 36/37 tydzień, dostał 9 punktów, choć początkowo powiedzieli nam, że 10. Ważył 2600g, mierzył 50cm. Nie był traktowany jako wcześniak.

20150722_183524

Poród naturalny był dla mnie drogą przez mękę, walką z niewyobrażalnym bólem, nieporównywalnym z niczym innym. I… nie oddałabym tego za nic. To było spełnienie mojej kobiecości, największego mojego zadania, leżącego u samych podstaw natury. Wspaniałe metafizyczne przeżycie, rytuał przejścia, danie nowego życia nowemu człowiekowi.

20150731_054317

2 thoughts on “Adaś – Lipcowa Niespodzianka (Łódź)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>