Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobrażałam sobie, że będzie tak pięknie (Kraków)

Co zrobić gdy lekarz twierdzi, że nie ma szans na poród drogami natury po cięciu cesarskim? Dobrze skonsultować tę opinię z innym lekarzem, najlepiej o sprawdzonej opinii lekarza przyjaznego VBAC. Bowiem nawet najlepszy specjalista może się mylić albo może okazać się przeciwnikiem porodów siłami natury po cięciu cesarskim. To że ktoś mówi, że się nie da, nie zawsze oznacza, że naprawdę się nie da. I historia Pauliny jest na to pięknym dowodem:

Pierwszy syn przyszedł na świat 12 sierpnia 2013 roku. Cała ciąża bez powikłań, bezproblemowa, jedynie męczyły mnie na początku mdłości i wymioty. Termin porodu z USG przypadał na 30 lipca. Nawet nie rozważałam, że rozwiązanie nastąpi przez cesarskie cięcie.

W związku z tym, że byłam po terminie, 9 sierpnia (piątek) skierowano mnie na oddział (dziś nie zgodziłabym się na to). Jeszcze w piątek po południu podpięto mnie pod oksytocynę, ale żadnej reakcji nie było, więc przeleżałam cały weekend, a w weekend jak to w weekend, jeden lekarz, który tylko o samopoczucie pyta. W nocy ok. 1:00, z niedzieli na poniedziałek, poczułam pierwszy skurcz, wtedy nie uświadomiłam sobie, że to dziwne uczucie, które na moment sprawiło, że nie mogłam zmienić pozycji, to skurcz. Do rana jednak nic się nie działo. Po obchodzie zostałam zbadana, okazało się, że mam rozwarcie na 2 palce i lekarz powiedział, że jak skurcze się pojawią, to ok 12.00 trafię na porodówkę i tak też się stało.

Do południa spacerowałam z mężem po szpitalnych schodach. Na porodówce cały personel wydał mi się naprawdę miły, położna bardzo fajna babka. Od południa skurcze zaczęły mi się nasilać, 2 godziny przeleżałam w wannie (super sprawa ;)), z tego, co pamiętam, rozwarcie się powiększyło, ale położna nie wyraziła go w cm. Ok. godziny 17:00 skurcze były już tak silne i częste, że ledwie co mogłam złapać trochę wytchnienia. Położna miała mnie właśnie podpinać pod KTG, ale przyszła z lekarzem, który stwierdził, że dziecko w ogóle nie schodzi, masa dziecka (3.900 kg) w stosunku do mojej budowy ciała i miednicy jest zbyt duża i proponuje cesarkę. Na słowa mojego męża, że żona chciała rodzić naturalnie odpowiedział, że „może pani jeszcze się męczyć ze 3 godziny, a i tak będziemy musieli zrobić cesarkę, bo dziecko jest duże”. Pamiętam tylko, że miałam tak silne bóle, że podjęcie racjonalnej decyzji nie było chyba możliwe, powiedziałam jedynie do męża, że „ja nie wiem, co robić i ty decyduj”. Mąż rozmawiał jeszcze z lekarzem i stwierdził, za jego sugestią, nie mogąc pewnie też patrzeć jak cierpię, że tak chyba będzie lepiej.

O 17:40 Grześ był już z nami (56 cm, 3.710 kg). Położna, jak tylko go ubrali, na krótką chwilę, gdy mnie już przewozili na salę pooperacyjną, położyła mi synka na piersiach, nigdy nie zapomnę jego pięknego spojrzenia, rozpłakałam się. Mimo tego jakoś czułam, że te łzy wzruszenia to nie jest do końca „to”. Czułam, że straciłam coś bardzo cennego… że dosłownie i w przenośni okaleczono mnie, że zamiast stać się jeszcze silniejszą, czuję się totalnie bezsilna, że podważono moją kobiecość… Zawsze w swoim życiu starałam się robić wszystko jak najlepiej potrafię, nie szłam nigdy na łatwiznę, uważałam się za osobę silną, która jest w stanie pokonać wiele, a tu nagle zakończyłam swoją ciąże drogą na skróty…

To była moja pierwsza ciąża, może strach o zdrowie i życie dziecka spowodował, że ostatecznie trzęsącą się z bólu ręką podpisałam ten cholerny papier – zgodę na cesarkę. Bardzo żałuję tego, że wtedy nie miałam odwagi, by powiedzieć „poczekajmy te 3 godziny”. Ta propozycja cesarki została podjęta zbyt pochopnie, ze mną nic się złego nie działo, z dzieckiem też, nie było mowy o zagrożeniu życia czy zdrowia. Nie mam poczucia, że ta cesarka była koniecznością, tylko zastosowano ją profilaktycznie. Myślę, że wtedy łatwiej byłoby mi pogodzić się z tym faktem. Żałuję też, że nie poszłam do szkoły rodzenia, że niedostatecznie zapoznałam się ze wszystkimi aspektami ciąży i porodu, może wtedy byłabym bardziej asertywna…

Przerażające jest to, że słowa lekarza, położnej mają tak duży wpływ na nastawienie rodzącej, jak jednym zdaniem mogą podciąć skrzydła… Żałuję, że nie miałam „swojej” położnej, która by znała moje podejście i zawalczyłaby ze mną o poród naturalny. Tym bardziej, że drugi poród utwierdził mnie w przekonaniu, że wówczas mogłam dać radę (niestety nigdy już się tego nie dowiem). Póki co nie pogodziłam się z tym, że miałam cesarkę i nie wiem czy kiedykolwiek to nastąpi. Miało przecież być tak pięknie, radośnie, a ja po porodzie leżę sama na tym łóżku bez czucia w nogach i bez mojego synka, który w pierwszych minutach życia nie doznał matczynego ciepła. Leżał gdzieś samotnie, nakarmiony sztucznym mlekiem… Gdy ktoś pyta „czy rodziłaś przez cesarskie cięcie?” zawsze w duchu sobie myślę, że ja nie urodziłam go, bo on został po prostu wyciągnięty z brzucha. Nadal jest we mnie jakiś żal, ale czas powoli robi swoje i dziś już te emocje są zupełnie inne, tym bardziej, że jestem bogatsza o nowe, jakże piękne i cudowne, doświadczenie porodu naturalnego 😉 Ale może od początku 😉

Grześ miał nieco ponad rok, gdy okazało się, że jestem znów w ciąży. Od razu po pierwszym porodzie wiedziałam, że kolejne dziecko chcę urodzić naturalnie. Jednak okazało się, że nie będzie to takie proste… Termin drugiego porodu przypadł na 26 maja 2015 roku, tak więc różnica między porodami wyniosła ok. 21,5 miesiąca. Z drugą ciążą poszłam do tego samego lekarza, co w poprzedniej. Od razu stwierdził, że szykujemy się na cesarkę, bo nie minęły 2 lata. Na moje słowa, że „przeraża mnie ta cesarka” odparł, że „żaden lekarz nie podejmie się opieki nade mną, jak się na nią nie zgodzę”. Uważam go za świetnego specjalistę, prowadził wiele powikłanych ciąż, ma duże doświadczenie itp., ale po tych słowach stracił wiele w moich oczach, a przede wszystkim, gdy tylko dowiedziałam się, że istnieje VBAC (dzięki właśnie tej stronie), stracił moje zaufanie… a bez tego dalsza współpraca nie miała sensu.

Całą drogę powrotną płakałam, przecież miałam zajść w ciążę jak miną te cholerne 2 lata, żebym mogła rodzić naturalnie, a tu wszystko legło w gruzach… Wtedy też po raz pierwszy porozmawiałam szczerze ze swoim mężem, co tak naprawdę czuję, z płaczem powiedziałam mu, że nigdy się nie pogodzę, że miałam cesarkę. Zaczęliśmy szukać informacji czy możliwe są porody naturalne po cesarce po tak krótkiej przerwie. Na moje szczęście okazało się, że jest szansa i to bardzo duża!

Za pośrednictwem tej strony dotarłam do pani dr Bogutyn – wspaniałej, ciepłej lekarki. Gdy opowiedziałam jej o moich zamiarach odpowiedziała mi mniej więcej tak: „Nie mogę pani obiecać, że urodzi pani naturalnie, ale mogę obiecać, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pani urodziła naturalnie”. Te słowa dodały mi skrzydeł, po tej wizycie wyszłam przeszczęśliwa. Od tego momentu powiedziałam sobie, że ja się tak łatwo nie dam pokroić, będę walczyć! Postanowiliśmy z mężem, że tym razem będziemy mieć „prywatną” położną. Zdecydowaliśmy się na Anię Jastrzębską (zarówno ona jak i pani ginekolog pracują w Rydygierze, tam też rodziłam).

Ciąża przebiegała prawidłowo, z niecierpliwością czekałam na termin porodu, ale tak samo jak w pierwszej ciąży synek się nie śpieszył. W niedzielę 31 maja idę na spotkanie z położną, wszystko ok, ale porodu nie widać… Umawiamy się 4 czerwca w Boże Ciało, także z lekarką. Obawiam się tego spotkania, bo to już będzie 9 dni po terminie i nie wiem, co mogę usłyszeć, czy dadzą mi jeszcze czas? Zaczynam się denerwować, atmosfera w domu jest napięta. W sobotę ok. godziny 22:00 karmię Grzesia piersią (tak, tak… do dziś karmię ich obydwóch, ale to temat na inne forum ;)) i czuję lekki skurcz, który totalnie lekceważę, myślę tylko czy dam radę w taki upał iść na procesję 😉 A tu po 3:00 w nocy budzi mnie mocny skurcz, ale zupełnie inny niż przy Grzesiu (wtedy nie wiedziałam, że to był już skurcz party). Myślę sobie – coś się zaczyna – ale przecież zanim się zacznie na dobre, to spokojnie do rana dośpię, zjem śniadanie, wykąpie się, a do szpitala pojadę jak najpóźniej się tylko da. Za 10 min. jednak kolejny skurcz, nie mogę leżeć, budzę męża, który od razu chce dzwonić do położnej, ale za moją namową czekamy do 4:00. Nie chcę panikować, przecież mam w głowie jak było z Grzesiem, ja tak szybko nie urodzę. Jednak szybko zmieniam zdanie 😉 Umawiam się z położną, że jak tylko będę chciała jechać do szpitala, to ona jest w pogotowiu. W międzyczasie budzi się Grześ. Kładę się z nim, by mu dać pierś, ale nie nacieszył się nią długo, nie byłam w stanie już wyleżeć. Na szczęście jakoś grzecznie zasnął i obyło się bez płaczu. Tak schodzi do ok. 5:00. Dzwonimy do mojej mamy i znajomych, by przyjechali do Grzesia (mama ma 2 godziny drogi, a ja czuję, że nie wytrzymam w domu do 7:00, chcę jechać do szpitala). Znajomi po pół godziny już są u nas, ja w tym czasie ledwie się ubrałam i uczesałam. Zanim doszłam do samochodu, to przy skurczu, na chodniku na czworakach sobie „odpoczywałam”, czułam, że to jest najlepsza pozycja, jaką mogę przyjąć 😉 A w duchu się śmiałam do siebie, że ten, kto by mnie wtedy zobaczył, to niezły miałby ubaw 😉

Przed 6:00 docieramy przed szpital, kierujemy się do jedynego wg. męża (który ponoć miał mieć wszystko wcześniej „obczajone”) otwartego wejścia. A tu oczywiście zamknięte – nie muszę mówić, że mężowi się oberwało 😉 Na szczęcie portier nas pokierował do windy, która (jak mogło być inaczej) nie działała… Widząc jednak jak przy niej klęczę otworzył nam bramkę i podjazdem dla karetek mąż mnie podwiózł wreszcie do właściwych drzwi, po schodach bym nie doszła 😉 Tam odebrały mnie dwie miłe panie pielęgniarki i na łóżku zawiozły mnie na dyżurkę, ja oczywiście jechałam w pozycji na czworakach, było wesoło 😉 Zbadała mnie pani dr będąca na dyżurze. Okazało się, że mam pełne rozwarcie! Byłam przeszczęśliwa 😉 Na moje słowa, że jestem po pierwszej cesarce, ale chcę rodzić naturalnie zobaczyłam w jej oczach przerażenie. Nakrzyczała na mnie, dlaczego tak późno przyjechałam :) Szybko jednak ją uspokoiłam, gdy powiedziałam, że czekam na swoją położną i lekarkę (w Rydygierze za pośrednictwem szpitala można opłacić jako tzw. „dodatkową opiekę medyczną” położną i lekarza – my z tej opcji skorzystaliśmy i osobiście uważam, że warto).
Nareszcie moja położna dotarła i od razu wzięła mnie do łazienki, kazała się wysikać, przebrać, bo rodzimy 😉 Jak to „już”? Nie będzie skakania na piłce, leżenia w wannie? Ba, nawet lewatywy nie było czasu zrobić 😉 Podczas sikania odeszły mi wody. Przeszłam na salę porodową, lekarka czekała już na mnie. Położna podpięła mnie pod KTG. Myślałam, że będzie mi to przeszkadzało, ale tak naprawdę to nic mi nie przeszkadzało. Nie zwracałam uwagi, że za firanką kręcą się inni lekarze, a obok na drugiej sali jakaś inna kobieta rodzi. (Nie, przepraszam, trochę irytowała mnie lekarka, która przyszła wypełnić ze mną ankietę na temat przebytych chorób i szczepień, podpisywałam też papierek, że na własne ryzyko podejmuję się porodu naturalnego, w sumie to nie wiem, czemu nie mogłam zrobić tego wcześniej.) Po instrukcji położnej zrozumiałam, co trzeba robić, jak jest skurcz, to trzeba przeć, a nie wstrzymywać 😉 Acha, to tak się rodzi 😉 Nie wiedziałam, że parcie uśmierza ból 😉

Położna i pani doktor wykazały się niezwykłą delikatnością i bił od nich jakiś spokój. Czułam się bardzo bezpieczna, nawet przez sekundę nie pomyślałam o cesarce. Prawie cały poród spędziłam na kolanach opierając się o podnóżek łóżka. Parłam sobie w ciszy, krzyk nie był mi w ogóle potrzebny. Dopiero pod koniec za sugestią pań usiadłam na łóżku, zresztą sama czułam potrzebę zmiany pozycji (zadziwiło mnie ich niesamowite wyczucie). Obie panie zgodnie stwierdziły, że trzeba naciąć, nie chciałam być nacinania, ale im całkowicie ufałam i wiedziałam, że bez powodu tego nie proponują. Jeszcze dwa parcia i synek (3540g, 55cm) już był na moim brzuchu tj. o 7:45.

Boże, udało się, zrobiłam to, urodziłam! 😉 Mąż przecina pępowinę, rodzę łożysko pani doktor zabiera się za szycie. A ja leżę sobie z malutkim skarbem i wcale nie płaczę ze szczęścia, tylko czuję niesamowity spokój, trudny do opisania, a w sercu ogromną radość. Dałam radę, przyszedłeś Adasiu na świat w tak piękne święto, w Boże Ciało, nie mogłeś wybrać lepszego terminu! Zabierają mi go na chwilkę, bada go pediatra i wraca do mnie, ssie pięknie pierś i spokojnie zasypia. Jego cieplutkie ciałko na moim brzuchu – jedno z najprzyjemniejszych uczuć, cudowny, błogi stan. Położna przynosi mi herbatę – jeszcze nigdy tak dobrze nie smakowała mi herbata z worka (piję tylko liściastą), aż poprosiłam o drugą 😉 a męża wysłałam po kanapki do domu, byłam mega głodna 😉 Po dość krótkim czasie przenieśli mnie na oddział. Musiałam dość szybko zwolnić miejsce, bo kolejne panie czekały na salę 😉

Po południu męża wysyłam do domu, bo starszy braciszek czeka, a my z synkiem zostajemy sami. Śpi to maleństwo obok mnie a ja płaczę ze szczęścia – synek, daliśmy oboje radę… Poród to jedno z najpiękniejszych doświadczeń, jakie dane mi było przeżyć. Trudno mi opisać słowami, co wtedy czułam, ale na pewno niewyobrażalne szczęście i spełnienie. Poród to cud. Dziękuję Ci, Boże, że mogłam tego cudu doświadczyć.
Zdaję sobie sprawę, jaka jest różnica między porodem naturalnym a drogami natury, ale mimo tego nacięcia dla mnie to był i będzie poród naturalny. Nie spodziewałam się, że będzie on miał tak szybki przebieg. Nawet w najskrytszych marzeniach nie wyobraziłam sobie, że będzie tak pięknie. Poród niesamowicie mnie umocnił, przywrócił wiarę we własne możliwości, dowartościował jako kobietę. Kiedy wspominam te magiczne chwile zawsze przychodzi mi jedna myśl – chcę przeżyć to jeszcze raz… 😉

Korzystając z okazji chciałabym bardzo podziękować autorce tego bloga za kawał dobrej roboty, jaką wykonuje, za wsparcie i słowa otuchy. Dziękuję również mojej położnej i pani ginekolog, że mocno wierzą w siłę kobiecej natury i dają szansę takim przypadkom, jak mój 😉

A na koniec słowa wdzięczności kieruję do mojego męża – dziękuję mu za optymistyczne nastawienie, wiarę we mnie, nieocenione wsparcie – za to, że po prostu był.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>