Moje 43 godziny szczęścia (Warszawa)

Dziś o trudzie i o cudzie rodzenia, o zmienności porodowych wspomnień i o wzorcowym wsparciu męża oraz położnych i lekarzy. A wszystko to w historii Dominiki:

Minęło dwa miesiące od mojego udanego VBAC. Wszystko w mojej głowie wygląda teraz inaczej niż tuż po porodzie, wspomnienia z każdym tygodniem stają się piękniejsze. To właśnie teraz pojawiają się największe momenty zadowolenia i radości z udanego porodu sn.

Po pierwszej ciąży miałam dużo wniosków odnośnie podejścia do lekarzy, szpitali i wszelkich procedur. Nasz pierwszy maluszek rósł powoli, było zagrożenie hipotrofią. Zagrożenie. Wtedy było to dla mnie straszne, dziś wiem, że poddałam się całej medycznej machinie. Straszenie przez lekarzy bez jednoznacznych wskazań, końcówka ciąży spędzona w szpitalu, dużo stresu i mało sprzyjające okoliczności. Mimo wszystko poród rozpoczął się na szczęście sam, po nocy znośnych skurczów rano rozwarcie na 4 cm, lekarze się cieszyli, ze im statystyki zawyżę. Ja też się cieszyłam, wszyscy mówili, że będzie szybki poród, małe dziecko, rozwarcie postępuje. Trafiam na porodówkę, kilka godzin później rozwarcie na 7 cm. I zostaje podłączona pod KTG, okazuje się, że coś nie tak z tętnem maluszka, od KTG już mnie nie odpinają, skurcze na leżąco są straszne. Nie bardzo rozumiem co się dzieje z tym KTG, położna wchodzi tylko na chwilę co jakiś czas i sprawdza zapis. Po czym nagle zbiegają się lekarze, robią tak szybkie badanie, że nie zdążyłam go poczuć i decyzja o cc. Słyszę tylko „musimy Panią szybko znieczulić” i jadę na wózku na salę operacyjną. Nie bardzo ogarniam co się dzieje, mąż dopytuje ale jest zamieszanie i nic nie wiadomo. Później na karcie widzę wpis „zagrażająca zamartwica płodu”. I tak się zakończył mój „szybki, podnoszący statystyki poród”…

Dziecko dostałam od razu na sali pooperacyjnej, wcześniej mąż był z maluszkiem. Czułam się dziwnie, patrzyłam na to maleństwo, które łapczywie jadło mleczko i miałam w głowie myśl „ale jak to i tak już po wszystkim? Już mam dziecko? Jak to się stało, dopiero był w brzuchu a teraz leży tu przytulony, ja go nie urodziłam przecież”. I pierwszy szok. Gdzie ta radość, gdzie fala miłości, gdzie spełnienie? Brakowało czegoś. Kochałam tego szkraba szalenie, ale czułam w środku ogarniający mnie żal, poczucie straty poprzez niedoświadczenie cudu narodzin w pełni. Od początku bardzo nastawiałam się na poród sn, cięcie było dla mnie dużym szokiem. Dużo czytałam, edukowałam się, ale nic o cięciu, bo nie brałam tego zupełnie pod uwagę. Trafiłam kiedyś na artykuł o mamach w depresji po cc i pamiętam, jakie było moje zdziwienie – ale jak to, czym się tu smucić, ważne, że się ostatecznie wszystko powiodło, dziecko zdrowe, mama też. Jaka depresja z tego? No nie rozumiałam dopóki nie doświadczyłam na własnej skórze.

Dlatego w drugiej ciąży, już ze znacznie większą pokorą, zaczęłam przygotowania do VBAC. Dużo pracowałam w swojej głowie nad tym, aby zaakceptować możliwość wystąpienia 2 cc. Naczytałam się książek, artykułów, trafiłam do grupy wsparcia na fb, inspirowałam się historiami innych kobiet i przede wszystkim, byłam szalenie zmotywowana, żeby urodzić naturalnie. Wspaniałym wsparciem była oczywiście grupa wsparcia Naturalnie po cesarce.

13.09.2015 rozpoczął się mój drugi poród, wspomagany on-line doświadczeniem dziewczyn z grupy. Tym razem maluszek zaskoczył nas 2 tyg przed terminem, w niedzielę o 23.30 odeszły mi wody. Po kilku minutach pojawiły się pierwsze skurcze. Wybrany szpital 100 km od domu, dzwonię więc do położnej, pytam czy już jechać. Umawiamy się w szpitalu. Po drodze skurcze dość mocne, co 3-4 minuty, trwają 60 sek, myślę więc: dobrze się zapowiada.

Trafiłam na porodówkę, rozwarcie na 1 cm, szyjka długa, jakież było moje zaskoczenie, że po takich dość bolesnych skurczach takie małe rozwarcie, no ale myślę sobie ważne, że skurcze wogóle są. Niestety długo się nimi nie cieszyłam, bo szpitalna atmosfera wszystko zatrzymała. Skurcze bolesne, ale zaczęły pojawiać się już tylko co 10-15 minut. Po 4 godzinach rozwarcie się nie zmieniło, szyjka nadal długa. Skurcze nieefektywne. Położna sugerowała oksytocynę. No ale ja mocno nastawiona na poród naturalny, w obawie przed lawiną konsekwencji po oxy, nie zgadzam się. Jeszcze nie teraz. Na szczęście od lekarzy i położnej dostaje ogrom wsparcia w mojej decyzji. Lekarz dyżurny powiedział, że pomimo odejścia wód, przy stałym monitorowaniu dziecka i mnie, możemy czekać nawet 72 godziny. Więc cieszyłam się bardzo, że przynajmniej nie muszę toczyć batalii o swoje prawa. To wsparcie znaczyło dla mnie bardzo dużo.

Czekamy więc na porodówce aż akcja sama się wznowi. Mijają kolejne godziny, skurcze są cały czas ale w odstępach 15-20-30 minut. Są męczące, ciężko spać. W międzyczasie masaż sutków (bardzo pomagał), prysznic, piłka, bocianie kroki, kucanie – cały czas duża aktywność. Efektów poza zmęczeniem brak. Tak nam minął poniedziałek i noc z pon na wt – po dwóch nieprzespanych nocach byłam już mocno zmęczona, położna obawiała się, że jak dalej będziemy czekać, to nie dam rady urodzić, nawet jak się samo rozkręci, bo zabraknie mi sił. Wtorek rano – decydujemy się na podanie oksytocyny.

Po długim okresie czekania miałam spokojną głowę, że zrobiłam co mogłam aby akcja się rozwinęła sama. Po podaniu oksy po godz 9 skurcze rozszalały się na dobre. Ale dalej rozwarcie postępowało w żółwim tempie. Mijały godziny bardzo bolesnych skurczów a rozwarcie ledwo 4 cm. Masaż szyjki, dochodzimy do 5 cm. Tu już wyłam z bólu mimo, iż przy pierwszym porodzie przy 7 cm nie miałam takich trudności. Potem pamiętam coraz mniej. Bolało naprawdę mocno. Położna i mąż wspierali mnie w cudowny sposób. Położna masowała w trakcie skurczów, robiła cuda z miednicą, aby dziecko się dobrze wstawiło. Tu ciekawa rzecz, w pierwszym porodzie położna coś wspominała, ze dziecko się krzywo wstawiało i to też była przeszkoda w porodzie sn, tym razem było podobnie ale tym razem była też inna położna, nie wiem jak, ale cofnęła dziecko ręką i pomogła mu dobrze wstawić się w kanał, więc jak się chce to jednak nie jest przeszkoda.

W trakcie porodu miałam kilka krytycznych momentów, chciałam uciekać z porodówki, tuż przed parciem błagałam już o znieczulenie, byłam pewna, ze nie wytrzymam żadnego kolejnego skurczu, Byłam totalnie zaskoczona natężeniem bólu. Nieocenione wsparcie dostałam od męża, wiedział jak bardzo zależy mi na porodzie siłami natury i pomimo najróżniejszych rzeczy, które mówiłam w trakcie i pomimo strasznego bólu, który przeżywałam, zachował zimną krew i aktywnie towarzyszył mi w porodzie, dodając sił i jednoznacznie wskazując, że muszę wytrzymać i już, że nie będzie żadnego znieczulenia. Nieznosiłam go w tamtym momencie, teraz jestem wdzięczna za tą postawę bo wiem, że gdybym dostała to znieczulenie, ryzyko zakończenia porodu przez cc znacznie by wzrosło. Ostatecznie złość, że mąż decyduje za mnie, a to przecież mnie boli a nie jego, dodała mi też sił.

Pozycje do rodzenia przetestowałam chyba wszystkie. Na sam moment parcia zdecydowałam się na stołek, było najwygodniej. Mąż mój siadł za mną na drugim stołku, przyjął taką samą pozycję, objął mnie mocno i przeżywał każdy skurcz razem ze mną, krzyczał chyba nawet głośniej ode mnie. Ale ile mi to sił dodało to tylko ja wiem, ściskałam mocno jego ręce a jego ciało było najwygodniejszym oparciem. Najwyraźniej pamiętam moment, kiedy główka weszła do kanału rodnego – to była specyficzna chwila, gdy myślałam, że mnie rozerwie od środka i jednocześnie byłam przeszczęśliwa, bo wtedy miałam już pewność, że urodzę to dziecko, pamiętam, swój uśmiech przez łzy i przypływ mocy. Okazało się, że do tego momentu wątpiłam, nie miałam 100% pewności, że się uda, z lekkim niedowierzaniem patrzyłam jak położna rozkłada wszystkie narzędzia, jak przygotowuje się na przyjęcie dziecka. Ale stąd już nie było odwrotu, musiało się udać!

To był trudny i przełomowy moment mojego porodu. Było już przed 17, nie miałam sił a przede mną najbardziej wysiłkowy moment parcia. Tu mój mąż znów spisał się na medal, pomagał przy każdym skurczu, wspierał słowami, bliskością i krzyczeniem razem ze mną. W pewnym momencie położna powiedziała, że głowę już widać, że mogę jej dotknąć. Boże co ja przeżyłam czując, że mój syn jest już tak blisko! Jeszcze kilkanaście ciężkich minut i jest! Godz. 17.16, 10 pkt, 2985 g, 53 cm szczęścia.  Nikoś cały siny ląduje na moim brzuchu. A je ledwo mam siłę na niego patrzeć, wycieńczona opadam w ramiona męża i zamykam oczy, przeszczęśliwa, że to już koniec, że maluszek jest już nami cały i zdrowy. Nie płakał. Patrzył pięknie dużymi oczkami, był bardzo spokojny, widać było, że również doświadczył ogromnego wysiłku. Czekaliśmy aż pępowina przestanie tętnić, po czym mąż dostąpił zaszczytu jej przecięcia. Tuliliśmy się później wszyscy prawie 2 godziny.

Nikodem

Co było świetne to, że po tym czasie wstałam, wzięłam prysznic, co prawda bolało cholernie ale mogłam funkcjonować. W odróżnieniu do cc, gdzie byłam przykuta do łóżka na kilka godzin. Zdecydowana różnica była również w relacji z maluszkiem. Tym razem czułam zupełnie inny rodzaj więzi, czułam, że trud porodu dał nam inny start, spokojniejszy, wypełniony radością ze spotkania po długiej, męczącej drodze. To bezcenne uczucie.

W trakcie parcia doszło do małego pęknięcia krocza, jeszcze podczas szycia rozmawiałam z położną i mówiłam, że gdybym wiedziała co mnie czeka, to wolałabym cc, pamiętam jak zachwiała się moja wizja dużej rodziny, ja już nie chciałam więcej rodzić. Wtedy nie poczułam ogromnego zachwytu z vbac, nie było dumy, że się udało. Czułam się szczęśliwa i spełniona, i pierwszy raz w życiu doświadczyłam co to znaczy mieć równowagę wewnętrzną. Czułam się pełna, czułam, że ten poród dopełnił moje bycie kobietą, ale w taki totalnie naturalny sposób, w moim życiu wydarzyło się coś, co jest w pełni normalne, coś co dzieje się od zarania dziejów, coś co jest oczywistym elementem bycia kobietą, matką. Nie urosło to w moim doświadczeniu do rangi czegoś wielkiego, co dodaje sił i wiary, co pozwala góry przenosić. Czułam, że wszystko jest po prostu tak jak powinno, jak matka natura chciała. Ciężko to w słowa ubrać ale to było ciepłe uczucie pełni w środku. Wtedy na łóżku miałam pomieszanie tej pełni ze wspomnieniem największego w życiu bólu. Taka dziwna mieszanka, która tworzyła jedno zdanie opisujące poród: największy trud i szczęście mojego życia.

Dobrze, że te ciężkie chwile tak szybko odchodzą w niepamięć, zostawiając miejsce na szczęście i radość. Do napisania tej relacji siadałam już kilka razy, za każdym razem dopisując kawałek historii. Co ciekawe, z każdym tygodniem moje wspomnienia się zmieniają, dziś, dwa miesiące po porodzie ból zatarł się już w pamięci, wiem też, że kolejne dziecko chcę urodzić naturalnie, nienależnie od tego co nas czeka na sali porodowej:). Dzisiaj jestem przeogromnie wdzięczna wszystkiemu co nam sprzyjało 15.09.2015 r. Bardzo się cieszę, że mogłam doświadczyć trudu i cudu narodzin. Z perspektywy czasu doświadczenie to dodało mi sił bo wiem, że determinacja i skupienie przyniosły nam wspaniały rezultat. Dzisiaj jestem przeszczęśliwa, że dałam radę, że urodziłam własne dziecko tak jak o tym marzyłam. Dodatkowo, moja relacja z mężem weszła na zupełnie inny poziom intymności, ogrom wsparcia jakie od niego dostałam plus przeżycie razem tak trudnych i jednocześnie wspaniałych chwil, scementowało nasz związek i wniosło go na zupełnie nowy poziom. Nie było nam to dane przy pierwszym porodzie.

Dziękuję bardzo mojemu mężowi, całemu personelowi, wszystkim kobietkom z grupy Naturalnie po cesarce i wszystkiemu co nam sprzyjało! Marzyłam o chwili aby móc podzielić się udanym VBAC i dziś dzielę się swoją radością.

One thought on “Moje 43 godziny szczęścia (Warszawa)

  1. W jakim szpitalu Pani rodziła? Jestem po dwóch cc i w czerwcu mamy powitać trzecie maleństwo i bardzo chciałabym urodzić naturalnie. Może to nie być łatwe, tym bardziej, że mam dość małe odstępy między dziećmi (1,5 roku i teraz będzie różnica 2 lata). Z góry bardzo dziękuję za odpowiedź :-)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>