Mój VBAC :) Urodziłam :) A jak rodzic, to w wielkim stylu :D (Gdynia)

Każdy poród jest inny. Więcej, porody mogą być diametralnie inne nawet u tej samej kobiety. Dzisiejsza historia jest między innymi o tym. Poznajcie Arletę i jej trzy piękne córeczki:

Moją historię zacznę od przybliżenia swoich wcześniejszych przeżyć.

Pierwszą córkę urodziłam siłami natury 9 lipca 2012 roku. Byłam w 37+1 dniu ciąży. Pierwszy skurcz o 11:00 rano, córcia urodzona o 00.20. Skurcze znośne do godziny 18:00, potem zapadła decyzja, głównie męża, że chyba już czas jechać na porodówkę – nie pomylił się. Tam bóle zaczęły się już tylko krzyżowe – bóle obezwładniające całe ciało. Nie byłam świadoma, głosy dochodziły do mnie w zwolnionym tempie, nie mogłam wypowiedzieć żadnego zdania, ani otworzyć oczu. Nie miałam żadnej przerwy w skurczach na porodówce. Żadnej. Pot i wykończenie. Tak to wspominam. A potem parcie, którego potrzeba powoli przychodziła z coraz to większą siłą. Że tak powiem – parły nawet moje włosy, ciężko było złapać oddech, bo wszystkie części kurczyły się mimowolnie. Parłam i parłam łącznie 40 minut. Wstąpiła już wtedy jednak we mnie moc i energia – zadziałała adrenalina. I udało się! Gdy tylko chwyciłam moją Córeczkę, otworzyłam w końcu oczy i nie mogłam uwierzyć, że tulę mój własny prawdziwy skarb, który miota się leciutko w maminych ramionach szukając ukojenia. Wtedy krzyknęłam: ” Ja chcę jeszcze raz!” – na prawdę!

Jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Jednak los zadecydował inaczej… Jakoś od 34 tygodnia drugiej ciąży zaczęłam martwić się, że córka leży miednicowo. Cwiczyłam, modliłam się, wizualizowałam, byłam pewna, że się obróci (starałam się być pewną w każdym bądź razie). No nic, niestety nie udało się.. W 40 tygodniu ciąży, dokładnie w 39+4 miałam umówioną wizytę w szpitalu na 19:00 z moim ginekologiem na KTG. Miałam od rana czasem skurcze. Żegnając się z córką czułam, że już nie wrócę przez kilka dni. Czułam, że to już. W szpitalu KTG wykazało owe skurcze, padła decyzja o zostawieniu mnie na oddziale. Nie muszę chyba dużo pisać – nadzieja o obróceniu się mojej córeczki skończyła się. Musiałam poddać się cesarce, której panicznie się bałam! Całą noc myślałam, mając jakieś skurcze, raz bardziej bolesne, innym razem mniej. Rano okazało się, że mam 5cm rozwarcia, więc akcja rozkręcała się ładnie. W pokoju zgromadziło się z 10 osób i każdy rozmyślał co ze mną zrobić. „A to waga dziecka trochę za duża na poród pośladkowy.” „A może jednak nie?” „A na czym Pani najbardziej zależy?” „A jakie jest ryzyko?” itd.. Milion myśli i głosów, ale jednak nie zdecydowałabym się rodzić tak ułożonego dziecka. Doktor po badaniu wyczuł „dwie przodujące małe części” – wciąż. Więc wzięli mnie na cc. Podczas operacji okazało się, że to nie przoduje pupa, tylko stopy, a przed nimi jest jeszcze pępowina w kanale. Pępowina była ogólnie okręcona wokół nóg – stąd pewnie niemożnośc obrócenia się mojego Skarbka. Muszę dodać, że oczywiście gdybym zaczęła rodzić naturalnie, to pierwsza wypadła by pępowina i akcja i tak zakończyłaby się cc, tylko że szybkim, ratującym życie w pośpiechu, ryzykownem. Na pierwszy krzyk musiałam trochę poczekać, bo dziecko było opite wodami. Ale ta melodia – to balsam dla moich uszu. I uczucie, dopiero wtedy, tak wielkiej miłości i chęci opieki. Łzy wzruszenia i pełna świadomość – tylko to było dobre przy cesarce.

We wrześniu 2015 roku musiałam mieć operację wyłuszczenia torbieli jajnika, razem z jego większą częścią – razem wycięto mi 19cm jakiegoś paskudztwa… Dowiedziałam się też, że cierpię na endometriozę – stąd wiecznie jakieś torbiele i bóle. Cięcie oczywiście jak cesarskie, a nawet dłuższe – laparotomia.

Nie dalej jak miesiąc później podejmuję się… sexu z mężem. Zabezpieczamy się! A w kolejnym miesiącu okazuje się, że mimo to… jestem znów w ciąży!

I tu dopiero przechodzę do sedna tegoż wywodu :)

Ciąża trochę inna od pozostałych, lżejsza w dolegliwościach ze strony układu pokarmowego, za to od początku owiana bólem – kręgosłupa, nóg, pachwin… strasznym. Oczywiście całą ciążę przeżywałam i myślałam w jaki sposób się ona zakończy. Znajduję lekarza pro VBAC, co nie jest u mnie w mieście ciężkie. Mój szpital jest bardzo pro VBAC, wręcz to narzuca;). Ale na nic się nie nastawiam, wiem, że wszystko przeżyję, kiedy muszę… Termin porodu jednak mija. Zaczynam panikowac na myśl o cesarce, chociaż pocieszam się też, że może najpierw wywołają. Tylko jak, skoro z oksytocyną ciężko w stanie po cc… Mijają 3 dni i biorę się sama za wywołanie – sprzątanie, chodzenie, wchodzenie, relax, sex, sex i jeszcze raz sex! Po sexie przez 3 noce z rzędu jakieś skurcze – około poł nocy, średnio bolesne.. W końcu piję małego łyka oleju rycynowego. Siedzę 3 razy na toalecie. Po jakimś czasie widzę kawałek czopa z nitkami krwi. Oho! Widziałam taki na ponad dobę przez skurczami w pierwszej ciąży! Pojawia sie ogromna nadzieja! Strach jest mniejszy.

Jestem w 40+6 dniu ciąży. Jutro mam się stawić w szpitalu. Jest 8:00 rano. Kolejno cały dzień jakieś skurcze, częstrze, rzadsze – przez jakiś czas co 5 minut, przez jakiś czas co 15. A za każdym razem w toalecie śluz z krwią, raczej o żywym kolorze. Dziewczynki moje starsze jak na złość nie chcą spać. Zasypiają dopiero o 23:00.. Wychodzę z pokoju i czuję silniejszy skurcz – taki, że nie da się iść, wykręca Ci ciało. Skurcze pojawiają się średnio co 8 minut. Smażę sobie pierożki. Chcę zjeśc pierożki – udaje mi się tylko dwa. Idę więc pod prysznic zaczynając myśleć, że to chyba jednak poród się zbliża. Skurcze nadal są, nie ustają, ale nie są też aż tak częste.. i takie jak miesiączkowe.. Jednak wykręcają mi ciało i ból promieniuje w stronę pochwy… I ta krew… Zgadzam się wiec, by lekko spanikowany mąż poszedł po dziadka, by ten został z córkami. Kiedy przychodzą daję mu instrukcje – co, jak i gdzie, gdyby córcie się obudziły i co rano, gdyby mąż nie zdążył wrócić.

Schodzimy do auta, wyruszamy w drogę o 00.10. Czekam na skurcz pół drogi, nie wiedząc czy to „to” czy jeszcze nie.. czy może surcze się całkiem wyciszą pod wpływem stresu.. Ciekawe co mnie czeka w tym szpitalu… co mi powiedzą, zadecydują… Pod szpitalem znów mam skurcz. Po nim mogę wstać i iść na izbę. Jest godzina 00.30. Babka w progu mówi, że nie ma miejsc, że dziś duży ruch, że może wyślą mnie gdzieś indziej.. Rzuca papiery i każe wypełnić, po czym bierze jedne, drze i narzeka, że w złym miejscu niepotrzebnie dodatkowo wypełniałam. Na skurczu mąż wypełnia za mnie. Wymieniamy się spojrzeniami i nie jesteśmy zadowoleni. Jakoś trochę tracę wiarę… Babka każe mi iść pod KTG, rozebrać się. Leżę tam chwilę, skurcz pisze się do +100. Tętno dziecka na nim w porządu – wszystko sama oceniłam. Babka wraca, zerka na zapis i bada mnie – w szoku mówi „O, kochana, Ty masz już spokojnie 8 cm, zaraz nam tu urodzisz”. 8cm! O mamuś! Marzyłam tak, by tu przyjść i mieć chociaż te 5 cm. A tu już 8! Babka biegnie zawołać położną. Biegnie! Ja w szoku, wstaję, proszę mojego by dał mi klapki i koszulkę. Przebieram się, każę mu resztę rzeczy schować. Położna dociera i pyta czy dam radę dojść do windy – jakieś 20 metrów.

– „No pewnie, czemu nie?!”

Więc idę spokojnie, nie czując NIC pomiędzy skurczami. W windzie po wejściu nadchodzi skurcz, opieram się i wyginam, położna masuje mi plecy i krzyczy do mojego męża, że musimy już szybko jechać, chyba, że mam urodzić w windzie. Mąż ociąga się z dojściem – miał problemy ze spakowaniem wszystkiego (kilka rzeczy… :D) Mówię, że już jestem przyzwyczajona, że mąż się nie śpieszy. Położna mówi, że teraz musi! Na 2 piętrze przyspiesza i każe mi od razu się kłaść na łóżko. Jest godzina 00.50. Jestem ogólnie zdziwiona tym tempem, bo cały czas podświadomie czekam na ten obezwładniający ból, który spotkał mnie podczas pierwszego porodu. A tu skurcze bólowo podobne do miesiączki, ktore od zawsze mam bardzo bolesne i już się chyba przyzwyczaiłam, że normalnie mi żyć nie dawały… A więc kładę się na to łóżko, położna bada mnie, chyba robi też masaż szyjki, na skurczu nie odczuwam tego jak ból. Słyszę:

– „Na kolejnym poprzesz”

– „Ale jak to? Już?!” – pytam

– „Nie, na kolejnym skurczu”

– „No rozumiem, ale ogólnie.. to już?!

Prę więc w najlepsze, chociaż nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby. Początkowo mi się to nie udaje, ale koncentruję się i daję z siebie wszystko. Krzyczę:

-„Ałaaaa”

bo czuję mocny rozpierający ból i szczypanie – faktycznie główka napiera.

-„Aaaaaaa”

Prę znowu z całych swoich sił, chociaż ból jest mocny, położne każą przeć raz mocniej, raz lżej, raz oddychać szybko – ciężko mi to myślami ogarnąć. Czuję, że mnie nacięły… I czuję w końcu, jak wyszła główka! Podnoszę więc dłoń, chcąc jej dotknąć, bo przecież było to moim niespełnionym marzeniem, a teraz jestem na tyle świadoma, że mam moc to zrobić.

Położna i mąż źle odczytują ten znak i myślą, że chcę tą ręką przeszkadzać, blokować (?), ale na szczęście szybko orientują się w moim zamiarze i całą dłonią dotykam tej maleńkiej śliskiej główki :). Prę więc poraz trzeci i już kilka sekund później trzymam w ramionach mój trzeci maleńki prawdziwy CUD! :) Jestem podekscytowana i nie mogę uwierzyć, w to, co się właśnie stało! Pępowina jest krótka, o czym informują mnie położne, także dziecko leży na moim brzuszku, a wyżej trafia po przecięciu przez męża pępowiny:) Jest godzina 01:04.

birth

Od razu ładnie mi się tam wszystko samo oczyszcza. Dziecko i mąż idą na badania. Do mnie przychodzi doktor, który od wewnątrz sprawdza stan mojej blizny po cc – czuję to, ale nie ma tragedii. Zaraz położna robi mi zastrzyk z jakimś antybiotykiem, pobiera krew, doktor wkłuwa znieczulenie i szyje mnie. Dwa ostatnie szwy normalnie czuję, jakbym żadnego znieczulenia nie miała. Położna mówi, że trzeba było naciąć, bo mój Robaczek rodził się z rączką przy główce.

Ale to wszystko jest nic, bo chwilę później znowu ściskam moje Maleństwo, karmimy się, dyskutujemy z mężem i nie możemy otrząsnąc się z głębokiego szoku:D

Córeczka jest piękna, ma jasne włoski, całkiem inne, niż jej starsze siostrzyczki, kiedy się urodziły 😉 Waży 3600 i mierzy 54 cm :) Dostaje 10 punktów, mimo, że wody, w których pływała były już zielonkawe. Na szczęście wszystko tak dobrze się skończyło!

baby

Jestem przeszczęśliwa i w szoku. Nie mogę wyjść z podziwu jak dwa porody naturalne tej samej kobiety mogą się tak skrajnie różnic między sobą. Cieszę się, że mogłam tego doświadczyć i nic z obaw się nie potwierdziło. A o wcześniejszą cesarkę nikt nie zdążył mnie nawet zapytac;) Ja też niczego od strony blizny nie czułam i nie czuję.

Cieszę się, że po porodzie mogłam od razu normalnie funkcjonować – chodzić, schylać się, siusiać, kucać, siadać, kłaść i zmieniać pozycję – to było dla mnie bardzo istotne. Aaa tam ból takiej rany, to nic strasznego 😉

Z jednej strony cieszę się też niesamowicie, że się nie namęczyłam, że udało mi się tak gładko i łątwo przez to przejść, ale i jest pewien hmm niedosyt – nie zdążyłam się w tą sytuację, w ten poród tak na dobre wkręcić, czuć go całą sobą, dogłębnie go przeżyć, wyczekiwać już na sali porodowej, marzyć o zakończeniu itd. No, może jestem trochę wariatką, skoro przychodzą mi do głowy takie myśli 😉 Mąż się ze mnie śmieje 😉

Pozdrawiamy !!

girls

2 thoughts on “Mój VBAC :) Urodziłam :) A jak rodzic, to w wielkim stylu :D (Gdynia)

  1. Witam! Gratuluję ślicznych córeczek przede wszystkim :) Czy mogę się upewnić, czy poród odbył się w Redłowie w szpitalu? Może mogłabyś podać nazwiska lub inicjały lekarza, który się Tobą zajmował podczas porodu jak i prowadził ciążę? Tego pro-VBAC :) Z góry dziękuję, pozdrawiam

    • Dr Chmielewski prowadził moją ciążę. Kiedyś pracował w szpitalu w Redlowie, teraz już nie.
      Natomiast odradzam bardzo dr Żółtowskiego. Niestety pracuje on w szpitalu w Redlowie wciąż.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>