Bajka o cesarzu Nikodemie i VBAC-owej księżniczce Łucji (Krapkowice)

Dziś zapraszam Was do lektury porodowej bajki, która zdarzyła się naprawdę. Jej autorką i główną bohaterką jest Magdalena:

Mówi się, że życie to nie bajka. Dobrze jednak, że wiele naszych historii kończy się happy endem.

Moja historia rozpoczyna się nie dawno, dawno temu, ale w 2012 roku, nie za siedmioma górami, za siedmioma lasami, ale w małej miejscowości o nazwie Kędzierzyn-Koźle. Pojawi się w niej także Wrocław, a finał rozegra się w KRAPKOWICACH.

10 sierpnia 2012 roku, w dniu urodzin mojego męża, wykonałam pierwszy w moim życiu test ciążowy. Ku naszej nieopisanej radości wyszedł pozytywny. Nie przeczuwając, że coś może pójść nie tak, nie biorąc pod uwagę żadnego czarnego scenariusza, zaczęliśmy przygotowania do zbliżającego się porodu. Z domu wyniosłam przekonanie, że ciąża to nie choroba, a poród w sumie nie swędzi, ale można to przeżyć. Lekarza prowadzącego wybrałam we Wrocławiu, bo miałam po drodze, idąc na uczelnię. Podobało mi się też to, że ośrodek wyglądał super nowocześnie (samo odkażająca się deska klozetowa, karta ciąży w formie regularnie aktualizowanego wydruku, pani doktor, która cytologię ciężarnych wykonywała patyczkiem, a nie szczoteczką, aby nie drażnić niepotrzebnie wrażliwej szyjki, jednorazowe plastikowe wzierniki, delikatne i dokładne badania itp.). Porodu we Wrocławiu jednak nie planowałam. Około 30 tygodnia ciąży zmieniłam lekarza prowadzącego na takiego, który pracuje w szpitalu, w którym chciałam rodzić. Koleżanka całą sobą zachwalała Krapkowice, więc nie namyślając się długo, zapisałam się na wizytę. I tu sielanka się skończyła. USG – mina lekarza nie dająca żadnych złudzeń – ułożenie pośladkowe. Czułam głowę synka pod żebrami po prawej stronie cały czas. Ani przez myśl mi nie przeszło stresowanie się tym faktem. Założyłam, że będę rodziła naturalnie i koniec kropka. Słowo cesarka przewijało się jedynie na stronach internetowych, gdy czytałam sobie różne różności na temat porodu. Gdybym ćwiczyła, żeby pomóc synkowi odwrócić się, gdybym szukała lekarza, który pomógłby mi urodzić pośladki, gdyby… Płakałam na myśl o operacji niemal do dnia porodu.

Nadszedł dzień planowanego cięcia cesarskiego. Nie miałam żadnej wiedzy na temat cesarki na zimno. Zaufałam lekarzowi, bo to dobry fachowiec. O 9:00 stawiłam się na oddziale. Położna zbadała mnie na tyle brutalnie, że miałam ochotę odgryźć jej rękę. Czy miała być to dla mnie kara, że przychodzę sobie na planowaną cesareczkę? Nie chciało mi się wtedy tłumaczyć, że ja nie z tych, co to chcą się ciąć na życzenie. Myślałam jedynie o moim synku. KTG przestraszyło położne, bo synek się nie ruszał. Mnie ani na chwilę nie opuszczało przeczucie, że z synkiem wszystko dobrze i po prostu sobie śpi. Położna, która właśnie została przyjęta do pracy, założyła mi wenflon (auuuuu!!!) i cewnik (jeszcze większe auuuuuu!!!). Z obolałą ręką i szczypiącą cewką moczową czekałam na planowany zabieg (operacja jak nic!). Atmosfera była miła. Bardzo mi ulżyło po strzale w kręgosłup (znieczulenie wykonane fachowo i naprawdę bezboleśnie) – w końcu zapomniałam, że mam ten wstrętny cewnik. Ruszałam sobie stopami, sprawdzając, kiedy traci się czucie. Personel się przestraszył, że mam jakieś zaburzenia. Ech, nerwowi wszyscy. Nagle usłyszałam słowo nóż. I wtedy dopiero oblał mnie zimny pot. Chciałam uciec jak najdalej i jak najszybciej. Takiego strachu dawno nie czułam – a jeśli to będzie bolało? Na szczęście nic nie poczułam – znieczulenie działało jak należy. Następne było przewalanie brzucha – bo: „Przecież pani musi jakoś urodzić.” Nie czułam, że rodzę. 11 kwietnia 2013 roku o godzinie 13:12 wyciągnięto ze mnie moje maleństwo, które niczego się nie spodziewało. Do tej pory bardzo dziwnie się czuję, gdy mówię, że urodziłam synka. Położna przystawiła mi go do ust, żebym go mogła chociaż pocałować. Tego ciepłego, mokrego ciałka na moich ustach nie zapomnę do końca życia. Chociaż taka rekompensata za to, że nie leżał na moim brzuchu w kontakcie skóra do skóry. Łatali, łatali, a w międzyczasie słyszałam tylko okrzyki: „57 cm, 3200 g, 10 punktów” i już wiedziałam, że moje maleństwo jest całe i zdrowe. Tylko to się liczyło. Po przewiezieniu na salę położnic, przystawiono mi synka do piersi. I tak karmimy się już prawie 40 miesięcy. Nie miałam ani depresji, ani nawet baby blues. Nie miałam sobie za złe, że dałam się pociąć dla mojego synka. Nie rozpamiętywałam cięcia, ale wiedziałam, że za drugim razem będzie inaczej, będzie po mojemu.

Minęły trzy lata. Postanowiliśmy z mężem (no dobrze, przekonałam męża), że postaramy się o drugie dzieciątko. Przecież lepiej dla synka, jeśli nie będzie jedynakiem. Jakoś we wrześniu (przy 3-latku dokładne zapisywanie i analizowanie co, kiedy i dlaczego, raczej nie wchodzi w grę) wykonałam ponownie test ciążowy. Radość ogromna – znowu zdany pozytywnie. Jako że nie mogłam się doczekać, aby ujrzeć bijące serduszko, umówiłam się na wizytę do lekarza w okolicach 6 tygodnia. A tu niespodzianka – worek owodniowy niby jest, ale jakiś taki niekształtny. Zarodka brak. Dostałam receptę na sztuczny progesteron i kolejna wizyta za dwa tygodnie. Mieliśmy wrócić z radosną nowiną do synka i teściów, a tu takie średnie wieści. Czułam się tak jakbym była trochę w ciąży. Całe szczęście po dwóch tygodniach worek przybrał kształt jak należy, a serduszko biło jak dzwon. Odetchnęliśmy z ulgą. Ciąża, podobnie jak poprzednia, przebiegała książkowo. Czułam się doskonale. Wyniki laboratoryjne miałam tak dobre, iż lekarz nie dowierzał, że to na pewno moje. Pracowałam do 36 tygodnia ciąży. Tym razem wzięłam od razu byka za rogi i już zawczasu kręciłam biodrami oraz wykonywałam wszystkie ćwiczenia skłaniające dziecko do przyjęcia położenia główkowego. Udało się, mimo iż lekarz stukał się w czółko, gdy mu o tym mówiłam (lekarze wierzą w to, co przebadane i udokumentowane). Nie przejmowałam się tym, tylko robiłam swoje. Już na pierwszej wizycie powiedziałam, że będę rodziła naturalnie. Lekarz stwierdził, że jeśli nie będzie przeciwwskazań, to będę mogła podjąć próbę porodu siłami natury. Bardzo irytujące jest to, że to ktoś ma nam pozwolić lub nie próbować urodzić. Jakie próbować?! Ja nie urodzę?! To się przekonacie, że dam radę. Blizna na finiszu niby 2 mm, ale jednak 1,4 mm, nie, w sumie 3 mm – grunt, że jest ciągła. Jak tu nie oszaleć? Dzieciątko ma masę? No właściwie to nie wiem, bo lekarz mówi tylko, że nie za duże. W dniu porodu z USG wychodzi 3450 g. Pan doktor zarządził, że akcja ma ruszyć sama. On leków naskurczowych nie poda, ponieważ blizna może nie wytrzymać. Daje mi 8 dni po terminie i mam się zgłosić do szpitala.

Robię wszystko: piję liście malin, łykam kapsułki wiesiołka, dużo chodzę, wieszam firanki, sprzątam jak oszalała, męczę męża do upadłego, czytam pozytywną literaturę porodową, stosuję akupresurę i co? I cisza. Jakieś lekkie skurczyki pojawiały się na chwilę, by zniknąć na kolejne kilka godzin. Traciłam powoli nadzieję, że cokolwiek samo się zacznie. Postanowiłam więc odpuścić i się porządnie zrelaksować. Pię dni po terminie wzięłam pod pachę męża oraz synka i poszliśmy na duże zakupy. Pochodziłam po sklepach trzy godziny. Przy kasie stwierdziłam, że teraz mogę rodzić, ponieważ mam już na pewno wszystko. Następnego dnia położyliśmy się z synkiem spać o 13:00, ponieważ kontynuowaliśmy lenistwo przed zbliżającą się godziną zero. O 14:30 obudził mnie ból jak na miesiączkę. Trzy skurcze w odstępach kilkunastu minut. Ogarnęłam się troszkę i nagle poczułam jak ciepły płyn spływa mi po nogach. Płacz, śmiech przez łzy, radość, euforia, szok, lekki stres, trzęsące się nogi – to wszystko dopadło mnie na raz. Nie wiedziałam, czy już jechać, czy może jednak zrobić lewatywę w domu, a czy nogi dobrze wydepilowane, czy wszystko spakowane, czy synek poradzi sobie beze mnie w nocy sam z babcią, czy nadejdą prawdziwe skurcze, jak to w ogóle będzie??? Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. Synek poganiał mnie, żebym przypadkiem nie urodziła siostrzyczki w domu. Ostatecznie przywołałam się do pionu, wzięłam szybki prysznic, przejrzałam spakowane rzeczy, wycałowałam synka na do widzenia i ruszyliśmy.

W samochodzie sprawdzałam za pomocą aplikacji częstotliwość skurczy. Były co 8-10 minut. W szpitalu weekendowy popołudniowy spokój. Przyjęto mnie na ginekologii, uzupełniono papierologię, zbadano mnie (0,5 cm rozwarcia, szyjka nie w osi, twarda), zrobiono KTG i USG, założono mi ten nieszczęsny wenflon (mimo mojego buntu, tego dnia byłam spokojna i poprosiłam tylko o chwilkę na znieczulenie miejsca wkłucia – wysmarowałam się kremikiem z lignokainą) i przeprowadzono na porodówkę. Tam nastąpiła zmiana warty (ucieszyłam się, bo nowy personel okazał się milszy). Podpisałam też zgodę na lewatywę jako metodę indukcji porodu i zgodę na nacięcie krocza (o oxy i zzo mogłam zapomnieć, ponieważ w tym małym szpitalu nie mają zbyt często do czynienia z vbac i troszkę się boją, że coś może pójść nie tak). Ucieszyłam się, że tak naprawdę, to czeka mnie całkowicie naturalny poród. W sali zgaszono nam światło, położne przychodziły co jakiś czas sprawdzać puls dzidziusia i od czasu do czasu fundowano mi masaż szyjki (położna robiła to na skurczu, natomiast pani doktor – kiedy popadnie bardzo, bardzo niedelikatnie). Wody nadal się sączyły, skurcze nadchodziły prosto z kręgosłupa co 2 minuty albo i częściej. Czułam jakby mnie na kole łamano. W pewnej chwili zdecydowano, że podadzą mi domięśniowo coś na rozwieranie szyjki. W sumie to nikt nie pytał mnie o zgodę, ale ja wnikliwie o wszystko dopytywałam. Położna przyniosła mi dmuchaną piłkę, co okazało się wybawieniem dla moich lędźwi. Przypomniałam sobie rady koleżanki, żeby na skurczach skakać na piłce, a między skurczami kręcić biodrami. Kręcenie było bardzo relaksujące, o ile w 30 sekund można się zrelaksować, natomiast na skurczach wcale nie uśmiechało mi się skakanie.

Z czasem już nic nie dawało ulgi w bólu: ani stanie, ani chodzenie, ani leżenie. Przygotowałam się na długie godziny męki, a tu nagle położna każe mi powiedzieć, kiedy będę czuła parcie główki. Troszkę mnie to rozbawiło, bo naprawdę nie liczyłam się z tym, że za chwilę wejdziemy w drugą fazę porodu. W międzyczasie miałam zrobioną lewatywę i rzeczywiście, od tego momentu czas stanął dla mnie w miejscu. Niby nadal wszystko kontrolowałam, ale zupełnie inaczej, jakbym wyszła z siebie i stanęła obok. Położna założyła swój fartuch rodem z rzeźni i przygotowała niezbędne akcesoria. Ja poczułam bóle parte (nie można ich pomylić z rozwierającymi, o co też się bałam). Kazano mi się położyć na lewym boku i przeć. Coś mocno zapiekło – to główka przechodziła przez szyjkę. Później jednak miałam odwrócić się na plecy. Skurcze parte miałam króciutkie i nieefektywne. Wrzeszczałam jak opętana. Drapałam siebie i męża, gryzłam się po rękach. Nagle spojrzałam w dół – zobaczyłam czubek główki – nadal wydawało mi się, że to niemożliwe, że to jeszcze długo potrwa, bo przecież druga faza może trwać i trwać. Położna wzięła do ręki nożyce. Wrzasnęłam: „Błagam, nie!” Pani doktor stwierdziła, że możemy poczekać i zobaczymy jak będzie, ale mogę popękać i coś tam, coś tam. Główka to wychodziła, to się chowała. W końcu skapitulowałam. Samo nacięcie nie bolało, bo było robione na skurczu, ale szycie… Znieczulenie nie złapało tak jak trzeba, więc dobrych kilka szwów miałam zakładane na żywca – oj, krzyczałam wtedy okrutnie.

Po nacięciu moja kochana córeczka wyskoczyła jak z procy 12 czerwca 2016 roku o godzinie 00:45. Od razu znalazła się na moim brzuchu. Jej mokre i ciepłe ciałko przylegało do mojego ciała. Gdy pępowina przestała tętnić, dumny tatuś ją przeciął. Tuż po tym, mała znalazła się przy piersi i zaczęła ssać. Przez kolejną godzinę trwałyśmy w nieprzerwanym kontakcie skóra do skóry – nawet podczas szycia oraz oceny malutkiej przez neonatologa (dyszka Apgar). Dopiero po tym czasie położna szybciutko zważyła (3526 g), zmierzyła (56 cm) i ubrała małą. Córeczka mogła spokojnie wrócić do mnie. Po ponad dwóch godzinach przeszliśmy na salę położnic. W przeciwieństwie do nocy po cc, tym razem nie musiałam oddawać dziecka położnym. Nie spałam. Adrenalina nadal działała. Towarzyszyła mi radość i euforia. Czułam bezgraniczną miłość do mojego męża, moich dzieci, wdzięczność dla personelu i tysiąc innych pozytywnych uczuć.

madzia

Pragnę przeżyć to jeszcze raz. Nie pamiętam już bólu przewidzianego przez naturę (I i II faza porodu), a jedynie szycie na żywca po sn, czy pierwsze wstawanie po cc. Na szczęście w miarę upływu czasu nawet te przykre wspomnienia blakną i zacierają się, a w sercu rodzi się pragnienie posiadania coraz większej, kochającej się, wspaniałej rodziny.

Szczególne podziękowania kieruję dla całej grupy NATURALNIE PO CESARCE. To wspaniałe być dopingowaną podczas porodu przez kobiety z różnych zakątków, nie tylko Polski. Dziewczyny, jesteście wielkie!

madzia2

2 thoughts on “Bajka o cesarzu Nikodemie i VBAC-owej księżniczce Łucji (Krapkowice)

  1. Witam, drugi poród też miała Pani w Krapkowicach? Za niedługo czeka mnie podobną historią. 2,5 roku po cesarza w Kędzierzynie planuje rodzić naturalnie. Zastanawiam się czy w Kędzierzynie „pozwolą ” czy szukać gdzie indziej:)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>