Tag Archive | amniotomia

Historia VBAC z Nowej Zelandii

Opowieść o cierpliwym oczekiwaniu, potrzebnej indukcji, o godnym naśladowania wsparciu położnych i o tym, że doświadczenie cięcia cesarskiego, nawet niechcianego, może nas rozwinąć i ubogacić nasze przeżywanie kolejnych porodów. Oto historia Anny, która urodziła VBAC w Nowej Zelandii:

1024px-Flag_of_New_Zealand.svg

Chciałabym opowiedzieć o moim porodzie naturalnym. Mimo że upłynęło już ponad 7 miesięcy, nadal uwielbiam go wspominać. Rodziłam w Nowej Zelandii. Nie usłyszałam od nikogo ani jednego złego słowa na temat VBAC, wręcz przeciwnie, wydawało mi się, że personel szpitala był jeszcze bardziej przyjaźniejszy, gdy dowiadywał się, że próbuję VBAC.

Zaszłam w ciążę 11 miesięcy po moim pierwszym porodzie, który zakończył się cesarskim cięciem. W Nowej Zelandii ciążę bez komplikacji prowadzi położna, którą kobieta sobie sama wybiera. Znalazłam więc położną, której wartości i filozofia podejścia do porodu mi odpowiadały i mogłam być pewna, że nie będzie dążyć do żadnych interwencji medycznych, o ile nie jest to konieczne. Termin miałam na 4 marca 2018.

12 marca – tydzień po terminie – miałam umówioną wizytę w szpitalu. Podczas wizyty rozmawiałam z panią doktor o tym, jakich procedur mogę się spodziewać przy wywoływaniu porodu biorąc pod uwagę, że będę próbowała VBAC, umówiłam się na termin (wybrałam ostatni z możliwych, aby dać sobie jak najdłuższy czas na rozpoczęcie akcji porodowej samoistnie), studentka asystująca pani doktor sprawdziła tętno dziecka i to było wszystko.

W ciągu 42 tygodnia ciąży moja położna zrobiła mi dwa masaże szyjki macicy, jednakże nie wpłynęło to na rozpoczęcie akcji porodowej.

18 marca – dokładnie ostatni dzień 42 tygodnia – zgłosiłam się do szpitala na wywołanie porodu. Po przyjściu zostałam podłączona pod KTG (KTG miałam robione przez cały czas pobytu w szpitalu, co około 6 godzin). Około godziny 13 założono mi cewnik Foyleya. Po dwóch godzinach zaczęłam odczuwać skurcze, które w krótkim czasie stały się prawie regularne, co 7 minut i coraz bardziej bolesne. Niestety około godziny 18 całkowicie ustały.

19 marca – około 3 nad ranem wypadł mi cewnik. Nie czułam skurczy (choć KTG pokazywało, że jakieś skurcze mam) i nic ze mną nie robiono z powodu braku personelu. Dopiero o godzinie 18 przebito mi pęcherz płodowy. Miałam lekko zielonkawe wody i pani doktor stwierdziła, żeby lepiej nie czekać czy akcja porodowa się rozpocznie, lecz od razu podłączyć oksytoksynę. Zostałam podłączona pod kroplówkę z oksytoksyną o 19.15. Od tej pory miałam też już cały czas KTG. Poprosiłam o bezprzewodowe, bo chciałam mieć swobodę ruchów, zapomniałam jednak, że będę przecież uwiązana do kroplówki. Z początku przeszkadzało mi to, jednakże bardzo szybko zaczęłam wsłuchiwać się w moje ciało i zapomniałam o wszelkich niedogodnościach.

Na początku siedziałam na brzegu łóżka i rozmawiałam ze szpitalną położną (zgodnie ze szpitalną procedurą, przy podawaniu oksytoksyny musi ktoś przy mnie cały czas być). Przy pierwszych boleśniejszych skurczach zeskakiwałam z łóżka i kołysałam biodrami. Powoli bóle stawały się coraz potężniejsze. O godzinie 22 były już bardzo silne i bolesne, siedzenie było już nie do wytrzymania, więc stałam cały czas, a na skurczach zniżałam się tak, jak bym miała usiąść w powietrzu, opierając się o męża. O godzinie 22.30 miałam badanie, rozwarcie dopiero było 3-4 cm, ale główka dziecka była już bardzo nisko. O godzinie 23.30 przyjechała moja położna, która prowadziła moją ciążę. Ledwo zwróciłam na nią uwagę, takie miałam już bóle, ale sama jej obecność (a także studentki, która odbywała u niej praktykę), bardzo mi pomogła. Położna i studentka były cudowne. Nie mówiły mi co mam robić, oprócz sugerowania pójścia do toalety i sugerowania wody do picia, po prostu mi towarzyszyły. Bezprzewodowe KTG nie działało najlepiej i na skurczach się zsuwało. Podczas gdy ja się ruszałam, kucałam, a czasami nawet klękałam na podłodze, one klękały a nawet kładły się na ziemi, po to, aby przytrzymać KTG na moim brzuchu.

Trwałam w tym moim bólu, krzycząc na skurczach ile sił w płucach, ale ani razu nie pomyślałam o czymś takim jak środki przeciwbólowe. Położna raz zaproponowała mi gaz, ale wzięłam jeden wdech i odrzuciłam go, nie wiem nawet dlaczego, ale widocznie mój organizm tak chciał. Miałam ze sobą spakowane w walizce aparaty TENS, które można przyczepić do pleców i swoimi drganiami podobno rozpraszają ból, ale zapomniałam o nich kompletnie i nie użyłam ich w ogóle. Byłam w swoim własnym świecie. Około godziny 2 w nocy przyszły trzy bardzo, ale to bardzo, bolesne skurcze, takie, że myślałam, że mi brzuch rozsadzą, czułam je nie tylko tak jak do tej pory u dołu brzucha, ale i u góry pod żebrami. Na trzecim skurczu zeszłam na klęk, czułam, że muszę być blisko podłogi, że muszę dotknąć pośladkami podłogę i… wstąpiła we mnie nadzieja. Pamiętałam z warsztatów aktywnego rodzenia, że niektóre kobiety mają taką potrzebę bycia blisko ziemi, taki pierwotny instynkt pojawiający się tuż przed wypchnięciem dziecka na zewnątrz… Moja położna pewnie też zobaczyła, że czuję te skurcze inaczej i zaproponowała, że mnie zbada. Powiedziała mi także, że przyjdzie do sali lekarz i zaproponuje, aby przyczepić do główki dziecka urządzenie mierzące rytm serca. To dlatego, że KTG ciągle obsuwało się na skurczach i nie było ciągłości pomiaru. Miałam się zastanowić czy chcę, aby to było przyczepione, ona jest spokojna o dziecko i jeżeli nie chcę, to mogę odmówić. Było to zgodne z naszą umową, że o wszelkich możliwych interwencjach będzie mnie informować wcześniej (o ile to możliwe), abym miała chwilę do namysłu i przygotowania się do tego, co ma nastąpić.

Wdrapałam się na łóżko, położna mnie zbadała, że jest już hip hurra 10 cm rozwarcia, a główka dziecka jest bardzo nisko, właściwie już ją widać. W tym samym czasie przyszedł lekarz, powiedział mi o tym urządzeniu do przyczepienia do główki dziecka, zapewnił także, że nie wiąże się z tym żadne ryzyko, więc się zgodziłam. Położna powiedziała mi, że jeżeli czuję potrzebę parcia na skurczach to mogę już przeć. Zaczęłam robić coś, co myślałam, że jest parciem, wtedy doktor powiedział, abym ten krzyk na skurczu skierowała do środka, bo tracę tak energię. Założył to coś na główkę dziecka, przekręciłam się z pleców do klęku i odwróciłam tyłem i chwyciłam za oparcie łóżka i na skurczach nadal robiłam coś, co mi się wydawało parciem. Miałam prawie cały czas zamknięte oczy, bardzo bolało, doktor zbliżył się do mojej głowy i powiedział powoli i wyraźnie, tak jak się mówi do małego dziecka, że urządzenie jest założone, teraz moja położna nauczy mnie jak oddychać, aby efektywnie przeć i że wszystko jest na dobrej drodze.

Powoli przestawałam czuć bóle (później dowiedziałam się, że zmniejszono mi oksytoksynę). Jednak położna i studentka mówiły mi, że dziecko już prawie wychodzi i żebym parła jeszcze raz, że bardzo ładnie mi idzie, mój mąż obejmował mnie, twarzą prawie, że przytulał się do mojej twarzy i też mi mówił wciąż, że bardzo ładnie, że daję radę. Bardzo mnie to budowało, aczkolwiek dziwne było, że dziecko jest niby tuż tuż, bardzo ładnie, ale jeszcze muszę przeć. Studentka powiedziała mi, że mogę ręką dotknąć główkę dziecka, delikatnie wyciągnęłam rękę dotknęłam coś i studentka powiedziała, że to główka to włosy. Och, teraz to się przestraszyłam. Pomyślałam, że dziecko zaraz utknie i się udusi, nie pamiętałam o tym, że przecież można rozciąć krocze, użyć narzędzi itd, myślałam tylko o tym, że jak nie wyprę dziecka to umrze na wpół na zewnątrz na wpół w środku. Ta dziwna myśl dodała mi niesamowitej motywacji, bo, mimo że już bóli nie czułam, skurczy nie czułam, szukałam w sobie właściwy moment i w tym momencie parłam. I jeszcze raz i jeszcze raz. To była jakbym zagadka taka „na myślenie”, musiałam się skoncentrować i przeć wtedy, kiedy wydawało mi się, że teraz jest dobrze i teraz trzeba przeć. I miałam zakodowane w głowie, że to jest ostatnia i najważniejsza rzecz, którą muszę teraz zrobić, muszę tą ostatnią rzecz zrobić… wyprzeć dziecko, wyprzeć dziecko…Położna powiedziała, że na koniec poczuję pieczenie i to znaczy, że już dziecko się przedostaje. W końcu pieczenie przyszło, aż się wstrzymałam, odczekałam chwilę i poczułam, że coś się mi w brzuchu przewraca i… zrobiłam jeszcze jedno parcie i dziecko wyskoczyło!!! Wydawało mi się, że moje parcie trwało pięć minut, a tymczasem okazało się, że faza parcia trwała całą godzinę.

Od razu dostałam córeczkę do rąk. Klęczałam cały czas twarzą w stronę podniesionej połowy łózka i trzymałam małą istotkę całą w mazi i śmiałam się razem z mężem. Po długiej chwili odważyłam się ją pocałować, bardzo delikatnie, w czółko i poczułam się niesamowicie szczęśliwa.

Położna „majstrowała” przy mnie jeszcze z godzinę: dostałam zastrzyk na urodzenie łożyska, potem położna pokazywała studentce, że mam jedno malutkie rozdarcie i zastanawiały się czy opłaca się to zszywać czy nie. A ja leżąc już na plecach cały czas trzymałam moją malutką istotkę w ramionach. Gdy już wszystko zostało przy mnie zrobione, studentka wzięła ode mnie małą, aby ją zważyć, zmierzyć i wytrzeć, a ja mogłam pójść pod prysznic. Jeszcze gdy byłam pod prysznicem, mąż dostał już ubraną w pampersa małą do kangurowania. Potem ubraliśmy małą, mąż przyniósł fotelik samochodowy i byliśmy gotowi do przejazdu do szpitala, w którym mogłam zostać przez dwa dni po porodzie (to tutaj normalna procedura, że jeżeli poród przebiega bez komplikacji, to nie zostaje się w szpitalu głównym tylko jedzie się samemu do szpitala będącego odpowiednikiem izby porodowej).

Jeszcze przez kilka tygodni po porodzie byłam w euforii (zresztą nawet teraz, osiem miesięcy później jestem wciąż podekscytowana, gdy piszę te słowa). Codziennie, najczęściej podczas karmienia małej, myślami wracałam do porodu, miałam wielką ochotę ciągle o tym rozmawiać. Zrozumiałam także, że poprzednia cesarka sprawiła, że tym razem byłam o wiele lepiej przygotowana mentalnie. Wprawdzie nadal nie wiedziałam jak tak naprawdę poród wygląda, jak wyglądają naprawdę bolesne skurcze i co dzieje się potem, jednak teraz wiedziałam, czego chcę. Bardzo chciałam przeżyć cały normalny proces rodzenia swojego dziecka. Dla większości kobiet, które znam, poród to ból a nawet koszmar, przez który trzeba po prostu przejść. Natomiast dla mnie poród, naturalny poród, przez to, że taki wymarzony i wyczekany, stał się pięknym przeżyciem. Cieszę się, że mogłam tego uczucia zaznać w swoim życiu.

Marzenia się spełniają (Poznań)

Zwężona miednica, historia niewspółmierności porodowej i VBAC? Już niejedna historia pokazała, że jest to możliwe. Udało się to również Agacie, bohaterce dzisiejszej historii. Udało się dzięki mądrości natury, która zadziałała, mimo, że dano jej na zainicjowanie porodu bardzo mało czasu, dzięki sile i wytrwałości Dzielnej Mamy i mądremu wsparciu młodej lekarki. Udało się, mimo marnego wsparcia ze strony położnej. Marzenia się spełniają – czasem nawet gdy mają troszkę pod górkę!

Znalezione obrazy dla zapytania dreams come true

Moja historia zaczęła się 24. lutego 2016r., kiedy o 5:05, 5 dni przed terminem na świat przyszła przez cesarskie cięcie moja córeczka. Poród rozpoczęło niespodziewane odejście wód płodowych. Podbrzusze pobolewało mnie od 2 dni. W szpitalu rozwarcie 2 cm i delikatne skurcze. Szacowana waga dziecka 3010g. Nic nie wskazywało, że coś pójdzie nie tak… A jednak. Akcja porodowa zatrzymała się, po otrzymaniu znieczulenia, przy rozwarciu 5 cm. Nie pomogła oksytocyna. 2 godziny oczekiwania w okropnym bólu na cesarskie cięcie. Powód – niewspółmierność porodowa, tzn. zbyt wąska miednica. Waga dziecka 3280g. Dodatkowo dziecko wstawiało się twarzyczką, zamiast główką w kanał rodny. Co czułam po? Ogromne rozczarowanie porodem i cierpienie. Jedynie zdrowa i śliczna córeczka pomogła mi się pozbierać…

Po 11 miesiącach znów widzę dwie kreski na teście… Ciąża jak najbardziej planowana. Wielka radość przeplata się z obawą jak dam sobie radę z małym dzieckiem, będąc w ciąży. Ciążą przebiega książkowo, bez wspomagania lekami i suplementami. Do połowy ciąży w ogóle nie myślę o porodzie. Przeprowadzamy się do nowego domu, zajmuję się córeczką, są wakacje. Mój nowy lekarz długo zwleka z wypowiadaniem się odnośnie rodzaju porodu. Twierdzi, że to za wcześnie, nie znamy ostatecznego ułożenia i masy płodu. Podświadomie liczę się z ponowną cesarką. Około 34 tc trafiam na stronę Naturalniepocesarce i zaczynam czytać historie VABAC-ów. Analizuję mój pierwszy poród, konsultuję z położną, która przy nim była. Próbuję znaleźć potwierdzenie, że tym razem się uda. Niestety jest zbyt wiele niewiadomych…

Pogodziłam się z myślą o cesarce, dostaję skierowanie do szpitala na 6. listopada (39 tc). Ustalam z moim lekarzem, że jeżeli akcja porodowa nie zacznie się przed tą datą, będzie cięcie. Przy mojej budowie miednicy nie mam szans urodzić dziecka większego od poprzedniego. Postanawiam zdać się na zespół lekarzy, na który trafię i… cud. Staram się wywołać poród przez seks i masaż brodawek. W nocy z piątku na sobotę (37tc + 6d) o 4:20 budzą mnie pierwsze skurcze. Powtarzają się w nieregularnych odstępach ale są dość częste – około 5 na godzinę. Nie mogę dalej spać, ale zostaję w łóżku do 7:00 żeby nie budzić męża i córki. Biorę kąpiel, ale skurcze nie ustępują. W ciągu dnia przybierają na sile. Czułam, że się zaczyna ale nie chciałam za wcześnie jechać do szpitala. W południe wysyłam męża po zakupy, córka poszła na drzemkę, ja też się kładę żeby zebrać trochę sił. Gdy wstaję po godzinie, skurcze znikają a ja płaczę do męża, że to pewnie był fałszywy alarm. Zaczynam sprzątać, skakać na piłce, skurcze wracają dość regularne i częste. Po obiedzie dzwonimy po teściów – naszej opieki dla córki. Czekamy a z pokoju córeczki dochodzą słowa piosenki Majki Jeżowskiej „Marzenia się spełniają”.

Dojazd z innego miasta zajmuje im 2,5h. Około 19:00 jedziemy z mężem do szpitala. Skurcze są już dokuczliwe. Pierwsze badanie: szyjka zgładzona, rozwarcie 4 cm. Pani doktor patrząc na moją budowę mówi, że będzie ciężko urodzić naturalnie. Pamiętam jej słowa:  „te kobiety, które mogą rodzić, nie chcą, a te, które chcą, nie mogą”. Będzie cesarka – myślę – ale przynajmniej nie „na sucho”.

Poznaję położną, która ze mną urodzi – Pani Lidia. Ona również nie nastawia się na poród siłami natury. Mówi, że wczoraj była taka jedna, co się uparła na poród naturalny a skończyło się cesarką i że „na szczęście to lekarze podejmują decyzje nt. porodu a nie my” [Jako redakcja pragniemy w tym miejscu z całą stanowczością zaprotestować przeciwko prezentowanemu w powyższym zdaniu położnej podejściu. To KOBIETA RODZĄCA, a nie lekarz czy ktokolwiek inny, podejmuje ostateczną DECYZJĘ nt. porodu. Lekarz decyduje o tym czy i jaki rodzaj interwencji w poród (np. cięcie cesarskie) w danej sytuacji zaproponować / zalecić. Kobieta zaś decyduje czy propozycję / zalecenie lekarza przyjąć czy odrzucić (ustawowe prawo do świadomej zgody lub odmowy!!!)]

Zrezygnowana zdałam się na zdanie lekarzy. Nie chciałam porodu siłami natury za wszelką cenę, narażając zdrowie i życie dziecka i swoje. Chciałam spróbować urodzić, gdy są na to realne szanse. USG wykazało masę płodu 3400g. Wymiar miednicy 16 (cokolwiek to znaczy). Młoda, atrakcyjna lekarka bada mnie na fotelu i stwierdza, że rozwarcie 5 cm, a dziecko ładnie się wstawia. Dzwoni do lekarza kierującego i oboje decydują o przebiciu pęcherza płodowego. Zgadzam się, pod warunkiem otrzymania znieczulenia.

Przechodzimy do sali porodowej, gdzie czeka na mnie zdenerwowany mąż. Jest on w stałym kontakcie z moim lekarzem prowadzącym ciąże, gdyż poinformowałam go, że zaczęłam rodzić. Gdy młoda pani doktor przebija pęcherz czuję falę zwątpienia. Tylko ona i lekarz kierujący wierzyli, że może się udać. Cała reszta patrzyła na rozwój wydarzeń. Tak bardzo się wtedy bałam… Spytałam położną czy dobrze zrobiłam. Nie odpowiedziała nic… Po otrzymaniu znieczulenia tracę trzeźwość umysłu. Może i lepiej. Staram się nie spać, pamiętając, że sen zarówno dziś, jak i podczas pierwszego porodu wyciszył skurcze, które przecież prowadzą mnie w objęcia mojego synka. Ważne, że już tak nie boli. Po 20 min wchodzi doktor kierujący, bada i mówi, że rozwarcie 8 cm. Niedługo potem jest już pełne rozwarcie a znieczulenie słabnie. Pani Lidka karze przyjąć pozycję na prawym boku z nogą uniesioną by dziecko mogło się dobrze ułożyć. Mąż pomaga, bo ja z bólu nie jestem w stanie jej ruszyć. Przychodzi druga lekarka. Pojawiają się skurcze parte, bardziej znośne niż te powodujące rozwarcie.

Położna i lekarki dziwią się, że mam tyle sił przeć, chwalą, że dobrze to robię. Pani Lidka mówi, że teraz już nie mam wyjścia, muszę urodzić i że właśnie spełniam swoje marzenie. Jej słowa ogromnie mnie zmotywowały. Niestety jedna z kości miednicy przeszkadza dziecku przyjść na świat. Lekarze decydują, że urodzę z pomocą vaccum. Po chwili tuliłam mojego synka a dumny mąż przecinał pępowinę. 28. października, w imieniny Tadeusza, o 23:44 urodził się Bartosz 3160g i 52 cm. Jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia! Byłam przeszczęśliwa i bardzo z siebie dumna, że tego dokonałam. Podziękowałam personelowi, a najbardziej młodej lekarce, która pierwsza we mnie uwierzyła. Na co ona przyznała, że jestem odważna. Odwaga, upór i CUD sprawił, że naprawdę było warto! Walczyłam do samego końca, jak to ujęła koleżanka z pokoju ze szpitala, jak lwica.

Nierozpakowane mamy uwierzcie w swoje możliwości! Ja też wątpiłam… Dziękuję za wpisy na naturalniepocesarce.pl  Gdyby nie one, nie miałabym tak pięknego porodu. Marzenia się jednak spełniają…

Indukowany VBA2C 14 dni po terminie, wąska miednica, -8 dioptrii w obu oczach, syn 4 kg/58 cm (Warszawa)

Ten poród do łatwych nie należał. Wymagał determinacji i siły zarówno w przygotowaniu do porodu jak i podczas samego aktu rodzenia. Kto dałby radę jeśli nie Kobieta? Siła jest Kobietą. A tej Kobiecie dziś na imię Monika. Oto historia jej VBA2C.

41123ad6ec62bfae9fddcc090bac779e

Historia mojego porodu vbac2cc

Pierwszy poród w czerwcu 2010, cesarskie cięcie ze względu na dużą wadę wzroku i nagłe skoki ciśnienia. Moja wiedza na temat porodu naturalnego przy takich wskazaniach praktycznie żadna.

Druga ciąża, ogromne pragnienie porodu siłami natury, wiedza na temat vbac1cc większa, okazuje się, że wada wzroku nie musi być przeszkodą. Termin porodu 13 sierpnia 2013. Wynajmuję położną, planuję rodzić w Centrum Medycznym Żelazna. Myślę sobie, że tym razem musi się udać, bardzo żałuję, że nie szukałam więcej informacji w 2010. Teraz mocno pragnę porodu sn.

Mija termin porodu, zaczynam jeździć na IP do Centrum Medycznego Żelazna, to co mnie tam spotyka jest zbyt bolesne by o tym pamiętać. Ogromna niechęć lekarzy by przychylnie spojrzeć na mój vbac1cc. Nikt poza położną i mężem nie wspiera mojej decyzji. Dziecko, wagowo rokuje niezbyt dobrze (około 4500 na koniec lipca). Podpisuję odmowy hospitalizacji jedną za drugą. W końcu 13 dni po terminie porodu zgadzam się na przyjęcie mnie na oddział patologii ciąży. Ciągle czekamy, rozmawiam z lekarzem –  nie straszy, rozmawia, to bardzo ważne. Dwa razy zbiera się konsylium, przekonują, że powinnam mieć cesarskie cięcie. W końcu doszliśmy do ugody, dają mi jeszcze 2 dni, jeśli 15 dni po terminie dziecko nie zacznie się rodzić samo, będzie cięcie cesarskie. O indukcji nie ma mowy.

15 dni po terminie trafiam na stół operacyjny, cięcie cesarskie, dziecko 5130 i 60cm. Do dziś czasem żałuję, że pierwszy i drugi poród zakończyły się operacyjnie.

Trzecia ciąża, tak naprawdę przygotowanie do tej ciąży zaczęło się dużo wcześniej. Chciałam pokonać wszystkie przeszkody, które mogłyby zablokować mój poród vbac2cc. Plan działania był następujący:

– zadbam o rozwój fizyczny

– zadbam o rozwój duchowy

– poszukam Położnej, która zechce ze mną rodzić

– skonsultuję się z dr Puzyną

– będę się starała jak najpóźniej trafić na oddział patologii ciąży

– zastosuję wszystkie możliwe sposoby naturalnego wywoływania porodu (oczywiście nic nie dały 😉 )

26 lutego urodził się mój 3 syn, Maciek, vbac2cc.

Do końca nie wierzyłam, że tym razem urodzę siłami natury, czasem wpadłam w euforię, że jasne, uda się, a czasem wcale w to nie wierzyłam.

Od listopada konsultowałam się z dr Puzyna, robiłam usg u dr Makowskiego, i wciąż nie wierzyłam, ze mogę rodzić naturalnie. Największą obawą była waga dziecka, jako, że mój drugi synek ważył 5130. Obawa, że będzie zbyt duży i dr Puzyna nie zgodzi się na psn. Mimo zapewnień dr Puzyny, dr Makowskiego i Położnej, ja ciągle nie wierzyłam, że moje dziecko będzie ważyło mniej niż 4 kg.

Nadchodził czas terminu porodu, 12 luty, a u mnie nic, zero akcji, samopoczucie wyśmienite, nie mam wrażenia końcówki ciąży. Scenariusz jak w każdej ciąży, do końca jestem bardzo aktywna i nie czuję potrzeby rodzenia.

Minął 12, 13, 14 luty, a u mnie nadal nic się nie dzieje. Sytuacja niezbyt mnie zaskakująca, ponieważ przy drugim synu było identycznie. Teraz, naiwnie myślałam, że może coś ruszy wcześniej.

18 lutego spotkałam się po raz ostatni z dr Puzyna, umówiliśmy się, że przyjadę 23 lutego i będę przyjęta na oddział patologii ciąży. Wtedy też zaczniemy indukcję. Miała być ona powolna i niezbyt inwazyjna. Na początek 23 lutego miałam mieć wprowadzony na 24 godziny cewnik Foleya.

Stawiłam się na oddziale patologii, liczyłam na to, że zakładaniem cewnika zajmie się dr Puzyna, jednak trafiłam na innego lekarza, który za wszelką cenę, staram się teraz myśleć, że może z troski, chciał mi wykonać cesarskie cięcie. Najpierw mnie przekonywał, że powinnam się zgodzić na operację, a potem zaczął mi wykonywać badanie usg, z pomiarem dziecka, badanie grubości blizny, następnie zaczął wspominać o mojej wadzie wzroku. Niestety, albo raczej dla mnie stety, wszystkie parametry wyszły w normie: dziecko 3800/3900, blizna 3,9mm, a na wadę wzorku miałam podpisać oświadczenia, że jestem świadoma ewentualnych komplikacji. Po tych wszystkich badaniach i rozmowach doktor dyżurujący założył mi cewnik.

Chodziłam z cewnikiem 24 godziny, niestety nie rozpoczął on u mnie akcji porodowej, nie wypadł samoistnie, tylko musiał zostać wyjęty. Dalszą indukcją zajmował się już doktor Puzyna. Po wyjęciu cewnika miałam rozwarcie na 5 cm, dr przekazał mi, że to wystarczy, aby móc przebić pęcherz. Ale to miało nastąpić dopiero w niedzielę. W sobotę miałam zalecenie wyspać się, wypocząć i zrelaksować.

Niedziela, około godziny 9 przebicie pęcherza, wody się sączą, nie są czyste, ale nadal mam pozwolenie na poród siłami natury. Dzwonię do Położnej, ma zaraz przyjechać. Nie przyjeżdża, oddzwania, że ktoś zajął mi salę porodową i muszę czekać na oddziale.

Podłączają mnie do ktg, zapis marny, dziecko się prawie nie rusza. Tłumaczę, że muszę coś zjeść, w końcu po 30 minutach słabego zapisu, dostaję banana, dziecko rusza i zapis jest w porządku.

Czekam, wody się wylewają, sytuacja mało komfortowa, mam jakieś skurcze, ale słabe, akcja prawie się nie rozkręca, trochę chodzę, trochę przykucam, masuję brodawki, skurcze są, ale bardzo słabe.

Około 11 przychodzi mój mąż i położna. Jedziemy na dół, na salę porodową-orzechową. Położna mnie bada, przychodzi lekarz dyżurującą, konsultują się, u mnie zielone wody, ale pozwalają rodzić naturalnie. Dostaję piłkę i nakaz masażu brodawek. Mąż jest ze mną, rozmawiamy, śmiejemy się. Skurcze się piszą, nawet niektóre bardzo silne, ale w badaniu wychodzi, ze szyjka skrócona tylko o 0,5 cm. Czas płynie, na naszą niekorzyść.

Około 14, gdy wykonałam milion skoków na piłce, położna mówi, ze za 30 minut włączymy oksytocynę, ponieważ nic się nie zmienia. Albo ruszy po oksytocynie, albo będę miała cesarskie cięcie.

14:30 po podłączeniu oksytocyny zaczyna się poród. Na pewno nie jest to poród o jakim się marzy, ale jest to poród naturalny

Położna, bardzo rzeczowa i pomocna proponuje mi wejście do wanny. Ufam Jej i podczas całego porodu godzę się na wszystko, co mi proponuje.

Do 16 jeszcze jakoś się trzymam, skurcze są mocne, ale do wytrzymania, boli niesamowicie, ale daję radę. Do 15:30 mam 4 cm, do 16:30 7 cm. . Skurcze są tak silne, że wydaje się, że jeszcze jednego nie da się wytrzymać. To jest potężny ból. Ale to ma sens, prowadzi do wyjścia mojego dziecka na świat siłami natury.

Położna mnie wspiera, mówi, ze pięknie rodzę, ze szybko rodzę. Ze teraz to juz nie ma odwrotu i urodzę naturalnie. W chwilach kryzysu przypomina, że mogę mieć cięcie cesarskie, te słowa podziały na mnie bardzo dobrze, dały mi siłę do dalszego rodzenia.

Ja już mam dość, jestem bardzo wymęczona skurczami. A tu jeszcze 3 cm. Ale budzi się we mnie wojowniczka, myślę, muszę, dam radę, pokażę niedowiarkom, ze umiem urodzić sn.

Obok siedzi mój mąż, modli się i prosi znajomych o modlitwę, nie jest w stanie mi pomóc, każdy dotyk mnie drażni, światło mi przeszkadza, w końcu i Położna mnie drażni. Rozumiem, że musi mnie badać, zmieniać pozycję, żeby dziecko trafiło do kanału rodnego, staram się, ale chcę pozostać sama ze swoim bólem. Z trudem przychodzi mi wewnętrzna zgoda na poprawianie pelot, na badanie wewnętrzne. Maria robi co należy, zbytnio nie komentuje, gdy mówię: zostaw, odejdź. Ona trwa i mówi: wiesz, że muszę.

To co się działo między 7, a 10 cm, to Droga Krzyżowa. Mój krzyk, moje cierpienie i moja modlitwa, żeby Pan Jezus zabrał ode mnie ten ból. I nagle, kiedy myślę, że już nie wytrzymam, że zaraz z tego bólu umrę, mam długa przerwę między skurczami, jakby dwa skurcze mniej. Czułam się takim słaba, ze juz nie wytrzymuje, że mam taki kryzys. Ale nagle wchodzi Położna i mnie bada. Oznajmia: masz 10 cm, wychodzisz z wanny.

Nie dam rady wyjść, nie mam siły, wyjście z wanny jest dla mnie niemożliwe. I znowu z pomocą przychodzi Mąż i Położna. Udaje mi się wydostać z wanny. Proszę oboje, żeby mi pomogli, głos mi się już łamie. Pierwsze skurcze parte mam przy wannie. Nie są tak straszne jak skurcze porodowe w wannie. Przechodzimy na fotel porodowy, kucam, na polecenie Położnej. Podczas skurczy partych czuje się wojownikiem, odczuwam też, że coś mi w dole przeszkadza, to napierająca główka dziecka. Przeszkadza mi na tyle, że chce ją szybko wypchnąć, czuje mocnym dyskomfort. Prę, tak jak chce moje ciało. Co jakiś czas Położna każe mi przeć o raz więcej niż parłam. Mija 30 minut i Maciuś jest na świecie. Wielka radość i wielkie zdumienie, że się udało i że to już, że tak szybko.

Wszyscy mi gratulują, a ja jestem tak zmęczona i oszołomiona, ze niewiele do mnie dociera.

4kg/58 cm vbac2cc, wąska miednica, -8 w obu oczach, 2 cc bez jakiejkolwiek akcji porodowej.

Moje Światowe Dni Młodych- Kraków 2016. Szpital na Siemiradzkiego

Poronienie, trudna ciąża zakończona cięciem cesarskim. Przepracowywanie trudnych emocji. Kolejna ciąża z przebojami, utrata zaufania do lekarza prowadzącego w 36 tygodniu ciąży (nowe wskazanie do cc – Światowe Dni Młodzieży;), zmiana planowanego szpitala, poród po terminie, indukcja i znieczulenie zewnątrzoponowe. Udany VBAC! Oto historia Ani:)

Ta historia zaczyna się w 2012 roku, kiedy po wielkim oczekiwaniu zobaczyliśmy na teście ciążowym upragnione dwie kreski. Niestety Nasza radość trwała stanowczo za krótko. W 13 tygodniu straciliśmy Nasze Szczęście. Był ogromy żal, może wylanych łez i jeszcze większa chęci zostania rodzicami.

Dwa miesiące później byłam już w drugiej ciąży. W ciąży tak bardzo chcianej, że aż niewyobrażalnej. W ciąży pełnej obaw i wielkiej nadziei, że tym razem się uda. Całą ciąże przed każdą wizyta drżałam ze strachu o moje Maleństwo. Kolorowo nie było. L4. Masa tabletek na podtrzymanie. Anemia – bo przecież jeszcze nie zdążyłam dojść do siebie po poronieniu. I słowa mojego lekarza, które dawały mi wiarę w to wszystko „Widocznie organizm był już gotowy, widocznie Ktoś na górze tak chciał”. Mijał tydzień za tygodniem, a dzidzia pod moim sercem zagnieździła się na dobre Termin miałam na 01.08.2013. Od maja czułam delikatne skurcze, lekarz straszył przedwczesnym porodem. Synek nie chciał się odwrócić główką w dół i już wtedy lekarz wspominał o cesarce. Dziecko duże, spory obwód główki, Pani zbyt wąska, anemia, poronienie- słyszałam na każdej wizycie. Im bliżej terminu tym bardziej utwierdzałam się w tym że nie dam rady urodzić naturalnie. Lekarz zaproponował nam rozwiązanie w 39tc przez cesarskie cięcie, nie byłam do tego przekonana. Pamiętam że przepłakałam wtedy chyba z 3 noce. Tak bardzo bałam się o moje dziecko. Tak bardzo chciałam żeby było całe i zdrowe. Poddałam się. Dzisiaj bardzo żałuję że wtedy nie zawalczyłam. Niestety czasu nie cofnę.

25 lipca 2013 roku przez cesarskie cięcie przyszedł na świat nasz syn Leon. 3890g 56cm. Obwód tej niby dużej główki 37cm… 10 punktów. Jeszcze na Sali operacyjnej mogłam przywitać się z Małym. Baa mogłam nawet z pomocą położnej przystawić Go do piersi. Dałam mu odruchowo buziaka w czółko próbował ssać a do mnie dotarło, że wszystko co się dzieje, dzieje się poza mną. Jedyne co czułam to wielka pustka i żal. Nie było żadnych fajerwerków nie było tryskającej miłości. Wiedziałam że jest mój, ten jedyny, ten wyczekiwany. Mój Syn.

sdm

Po powrocie do domu kiedy widziałam jak mój mąż zajmuję się Małym miałam do siebie jeszcze większy żal. Wszystko co przy nim robił było otoczone ogromną miłością. Ja czułam że nie potrafię Go kochać tak mocno jakbym chciała, miałam wrażenie że wszystko co robie, robie machinalnie. Przez pewien czas uczyliśmy się z Małym siebie nawzajem. A ja z każdym dniem zakochiwałam się w Nim coraz bardziej, aż utonęłam w tej miłości po uszy

Mały rósł a ja w głowie miliony razy przepracowywałam swój poród. Nie raz zdarzało mi się płakać jak koleżanki opowiadały o swoich naturalnych porodach… tak bardzo im zazdrościłam.

Gdy Leo skończył rok odstawiliśmy się od piersi, wróciłam do pracy i zaczęliśmy intensywnie myśleć o kolejnym dziecku. Niestety ciągle się nie udawało. Było dużo badań, dużo żalu i ciągły niedosyt że się nie udaje. W lipcu 2015 roku okazało się że moje jajowody są niedrożne, kilka tygodni później usunięto zrosty. We wrześniu pierwszy raz dostałam tabletki ‘’wspomagające”. W końcu w listopadzie 2015 roku zobaczyliśmy na teście dwie upragnione delikatne kreseczki. Lekarz potwierdził ciąże i ku memu zaskoczeniu już na pierwszej wizycie założył mi kartę ciąży (przy wcześniejszych ciążach tak nie było). Nie dostałam żadnych lekarstw na podtrzymanie, morfologia w normie. Będzie dobrze pomyślałam. Czułam się świetnie. Pracowałam, zapisałam się na zajęcia ruchowe dla ciężarnych. Miałam tyle energii. Niestety nie trwało to długo.

W 6tc zaczęłam krwawić. Przerażenie. Telefon do lekarza. Telefon do męża. Na USG okazało się że z Dzieckiem wszystko dobrze. Dostałam lekarstwa i zalecenie żeby się oszczędzać. Krwawienie ustało. Po 2 dniach przerwy kolejne krwawienie. Lekarz kazał nam jechać na izbę przyjęć. Pozbierałam potrzebne rzeczy z domu, podświadomie czułam, że to już koniec. Drogi do szpitala w ogóle nie pamiętam, pamiętam tylko że siedziałam w samochodzie i czułam jak coś się ze mnie wylewa. Łzy same napływały mi do oczu. W szpitalu badanie i USG. Usłyszałam bicie serca mojego Dziecka i znowu ryczałam jak bóbr- tym razem ze szczęścia Zwiększyli mi dawkę leków. Zalecili spoczynkowy tryb życia wypisali L4 i odesłali do domu. W 12 tygodniu, dzień po badaniach prenatalnych znowu zaczęłam krwawić. Dzień wcześniej widziałam jak moje dziecko buszuje po moim brzuchu a teraz to?? Nie wiedziałam o co chodzi. Krwi było dużo, bardzo dużo. Jeszcze do tego byliśmy poza Krakowem. Zadzwoniłam do mojego lekarza, kazał jak najszybciej jechać do najbliższego szpitala. Zrobili USG, serce bije. Zostawili mnie na obserwację. Wypisałam się na żądanie. Nie czułam się tam komfortowo, chciałam wracać do Krakowa.

Przeboje z krwawieniem powtarzały się jeszcze dwa razy, w 18tc i ostatnie w 21 .Całą ciąże towarzyszyła mi anemia. Przy ostatnim pobycie na patologii ciąży okazało się że szyjka zaczyna się rozwierać. Czułam że coś się dzieje. Bolał mnie brzuch, męczyły skurcze przepowiadające. Bardzo bałam się, żeby nie urodzić za wcześnie. W 24tygodniu założyli mi szew okrężny na szyjkę. Spędziłam znowu kilka dni w szpitalu. Przy wypisie ordynator poinformował mnie że jeśli wszystko dobrze się ułoży w 35 tygodniu lekarz ściągnie mi szew a w 38 umawiamy się na cięcie… i wtedy mnie tchnęło. Zaczęłam po cichutku myśleć czy aby na pewno tak musi być… a może by tak pokrzyżować im plany?? Tak!!! Spróbuję. Wróciłam do domu, wyprzytulałam Starszaka i zasiadłam do komputera.

Wtedy o VBAC nie wiedziałam nic. Na szczęście bardzo szybko znalazłam się na stronie naturalniepocesarce.pl, zaczęłam chłonąć Wasze historie jak gąbka, zaczęłam marzyć o takim porodzie. Po kilku dniach, kiedy byłam już przekonana do swojej decyzji porozmawiałam z mężem. Pokazałam mu materiały dostępne na stronie. Przeczytał kilka historii i powiedział, że jeśli taka jest moja decyzja to On będzie mnie wspierał. Z mężem poszło jak z płatka, ale wiedziałam że czeka mnie jeszcze rozmowa z moim lekarzem. Pod skórą czułam, że nie będzie entuzjastycznie nastawiony do mojego pomysłu ,więc postanowiłam działać. Umówiłam się na wizytę do lekarki proVBAC, która miała odbyć się tydzień po wizycie u mojego lekarza prowadzącego (pomyślałam że jeśli mój lekarz się nie zgodzi, to po prostu go zmienię).  Ku mojemu zaskoczeniu lekarz wcale nie powiedział jednoznacznie nie. Co prawda trochę mnie ochrzanił, że jeszcze miesiąc temu walczyliśmy o to, abym nie urodziła wcześniaka a ja już wymyślam no ale… Dość długo rozmawialiśmy, niczym mnie nie straszył, powiedział że będziemy bacznie wszystko obserwować i podejmiemy najlepszą decyzję. Uwierzyłam mu. Byłam szczęśliwa po wyjściu z gabinetu, bo przecież wcale nie chciałam zmieniać lekarza. Przecież On jest najlepszy, najlepiej mnie zna. Zawsze mogłam na niego liczyć, zawsze odbierał ode mnie telefony i służył radą a zdarzało mi się dzwonić o kosmicznych godzinach. Po tej wizycie stwierdziłam, że skoro mój lekarz tak do tego wszystkiego podchodzi to nie będę konsultowała się z innym, bo przecież mam wsparcie.

Termin miałam na 19 lipca w Krakowie wszyscy przygotowywali się do Światowych Dni Młodych – my żyliśmy własnym życiem i przygotowywaliśmy się jak najlepiej potrafiliśmy do naszego porodu do porodu siłami natury po uprzednim cesarskim cięciu. W 35tc byłam umówiona z moim lekarzem na ściągnięcie szwu. Poszło szybko sprawinie i prawie bezboleśnie. Później USG, waga Synka 2800 więc raczej mały w porównaniu do brata Po KTG i badaniu lekarz stwierdził że prędko nie urodzę …i w tym momencie jego słowa prawie zwaliły mnie z nóg… „To jak umawiamy się na 12 lipca na cięcie?” Ale że co? Ja się na nic nie umawiam, przecież nie tak miało być, przecież ja chce rodzić dołem! Przecież rozmawialiśmy o tym! I wtedy usłyszałam, że niby tak, ale zbliżają się ŚDM, że przecież nie wiadomo jak będzie z dojazdem do szpitala, że On może nie dojechać na czas, a wtedy ordynator się nie zgodzi na taki poród i że lepiej będzie jak w ŚDM będę już z Małym w domu. No tak, idealne wskazanie do ciecia!  W życiu bym na to nie wpadła – porażka.

Tym sposobem w 36tc zostałam bez lekarza prowadzącego. Po tym co usłyszałam powiedziałam sobie, że ja już tam nie wrócę. Było mi źle, nie wiedziałam co mam robić i co będzie dalej. Byłam załamana. Z grupy wsparcia wiedziałam już gdzie w Krakowie mogę szukać pocieszenia i chodź wcześniej nie dopuszczałam myśli, że mogę powitać Synka w innym szpitalu niż Starszaka tak teraz wiedziałam, że muszę zaryzykować. Następnego dnia obdzwoniłam szpitale proVBAC i tak kilka dni później byłam już po pierwszej konsultacji u dr Wójcika w Przyszpitalnej poradni na ul. Kremerowskiej. Dostałam skierowanie na USG blizny i na pomiar miednicy. Tydzień później dostałam od doktora zielone światło na próbę porodu. Blizna w najcieńszym miejscu 2,2mm. Zdecydowaliśmy z mężem, że by czuć się pewniej, opłacimy dodatkową opiekę położnej. Trochę z przypadku trafiłam na cudowna panią Danusię, która bardzo wspierała mnie w mojej decyzji. Termin porodu zbliżał się wielkim krokami. Do moich wcześniejszych przygotowań (typu herbata z liści malin i olej z wiesiołka) dołączyła większa aktywność fizyczna i szeroko pojęte domowe porządki Za każdym razem KTG książkowe, zero skurczy, chociaż w nocy nie raz „coś” nie dawało mi spać.

Tydzień przed terminem skurcze na KTG się pojawiły. Młoda lekarka chciała nawet skierować mnie już do szpitala, tłumacząc że stan po cc i że trzeba uważać. Na szczęście skonsultowała się z dr Wójcikiem, który po badaniu stwierdził, że nie ma sensu kłaść mnie na oddział, zalecił tylko częstsze KTG. Na kolejnych badaniach żadnych skurczy, rozwarcie 1,5cm, główka wysoko.

W dniu terminu bardzo źle się czułam, pół dnia wymiotowałam, byłam osłabiona nie mogłam jeść ani pić. Wiedziałam, że tak naprawdę nic się nie dzieje, żadnych skurczy nie było. Zadzwoniłam do położnej. Porozmawiałyśmy, trochę się uspokoiłam, ale czułam wewnętrznie że potrzebuję wsparcia, ściągnęłam męża z pracy i na szczęście powoli wszystko się wyciszyło. Odebraliśmy Starszaka z przedszkola, poszliśmy na długi spacer, później na plac zabaw, pograliśmy w piłkę. Ciągle miałam nadzieję, że coś się ruszy. Nie ruszyło.

Kolejna noc była spokojna, wyspałam się, odprowadziłam Synka do przedszkola i wybrałam się na maraton zakupowy. Wróciłam do domu i po raz setny urządziłam wielkie sprzątanie. Po kolejnym KTG (byłam wtedy 2 dni po terminie ) lekarka dała mi czas do 26 lipca na rozruszanie akcji, a jeśli nic się nie będzie działo, we wtorek rano miałam się zgłosić do szpitala na badanie wydolności łożyska. W przychodni dostałam jeszcze przepustkę na dojazd do szpitala – było to konieczne ze względu na trwające ŚDM. Od razu po wyjściu z przychodni zadzwoniłam do położnej. Pani Danusia odpowiedziała na wszystkie nurtujące mnie pytania i jak zwykle mnie uspokoiła. Na końcu jak zwykle przypomniała, że mam zjeść konkretne śniadanie, bo muszę mieć siłę by rodzić

W zasadzie ta data 26 lipca była mi trochę na rękę. 25 lipca obchodziliśmy 3 urodziny Starszaka, więc chciałam być z Nim w tym dniu. A tak w ogóle, to przecież 26 są moje imieniny to idealna data na poród, pomyślałam

W poniedziałek wieczorem przyjechali moi rodzice, mieli zostać ze Starszakiem, kiedy my będziemy rodzic. Rano 26 lipca (za radą położnej) zjadłam śniadanie, pożegnałam się z Synkiem i ruszyliśmy do szpitala. Koło 10 przyjęli mnie na oddział i podłączyli pierwszą dawkę oksytocyny, leżałam tak chyba z 3 godziny, nie czułam skurczy chociaż na KTG „coś tam” się pisało. Odłączyli oxy, zjadłam obiad. Przyszedł dr Wójcik, zbadał mnie, popatrzył na KTG, powiedział że daje mi 2 dni, bo łożysko dłużej nie da rady. Złożył mi życzenia imieninowe i powiedział, że jeśli nic nie zacznie się dziać, to widzimy się w piątek na ponownym OCT. Miałam w głowie tysiące myśli, niby cieszyłam się, że mogę wrócić do domu, że mam jeszcze kolejne kilka dni na rozkręcenie akcji, ale z drugiej strony byłam już wykończona tym całym przeterminowaniem. Po drodze do domu zaliczyliśmy Mc Donalda. Miałam ogromną ochotę na pochłonięcie czegoś „obrzydliwego” Zjadłam, wypiłam kubek coca-coli i szczęśliwa wróciłam do domu Wieczorem zadzwoniłam do położnej, wyżaliłam się. Ustaliłyśmy, że jeśli nic się nie wydarzy, to w piątek (29 lipca) widzimy się w szpitalu.

Noc była ciężka, skurcze męczyły, ale były do zniesienia. Rano odszedł czop. Zaczęłam delikatnie krwawić. Byłam przeszczęśliwa, że Dzidzia daje znaki Niestety dzień mijał nadzwyczaj spokojnie, a ja w głowie już przewidywałam najgorszy scenariusz.

Wieczorem usiedliśmy z mężem na kanapie, rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki, cieszyliśmy się chwilą. Byłam spokojna jak nigdy wcześniej. Złe myśli odeszły, wsłuchiwałam się z muzykę, razem z Red Hot Chili Peppers nuciłam Dark Necessities Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie swój wymarzony poród.

Rano powtórka z rozrywki, śniadanie, buziak dla Małego i w drogę. Tym razem w szpitalu było spokojniej. Dość szybko przyjęli mnie na oddział. Blizna 2,2cm, rozwarcie 1,5 cm, główka wysoko. Położna zaprowadziła mnie na pierwsze piętro gdzie już czekała na mnie moja Pani D.

29 lipca, 10 dni po terminie o 9:18 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. W międzyczasie zbadała mnie Pani D. – zafundowała niezbyt komfortowy masaż i stwierdziła, że rozwarcie 2cm. Koło 11 skurcze zaczęły stawać się coraz bardzie wyczuwalne. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba się zaczyna. Po 30 minutach już wiedziałam, że nie chyba

Ja rodzę! Czuję skurcze! Hura!!

Moja radość nie trwała długo. Nie mogłam się ruszać, a ból z minuty na minutę był mocniejszy. Pani D. zdecydowała, że odpinamy KTG i kroplówkę, kazała mi pochodzić po korytarzu. Pomogło, było lżej, ale bardzo chciałam, żeby mąż był już przy mnie (to mogło się stać dopiero jak przejdziemy na salę porodową). Wróciłam na sale przygotowawczą – tam czekała na mnie Pani D. z ciepłą zupa i workiem Sako. Zjadłam zupę, niechcący natknęłam się w torbie na Snicersa – musiałam go zjeść, nooo musiałam, czułam że jak go zjem to urodzę naturalnie(co prawda był przygotowany dla Męża no ale.. ).

Kolejny zapis KTG miałam podłączony na worku, przy skurczach mogłam się delikatnie ruszać, co na tym etapie przynosiło ulgę. Pod oknami szpitala przedzierały się tłumy pielgrzymów, śpiewali, krzyczeli, a ja czułam się jakby mi kibicowali. Kolejna dawka oxy. O 13 miałam dość, w głowie błagałam o cesarkę. Koło 13:30 kolejne badanie 3,5cm, skurcze mocne regularne i decyzja o przeniesieniu na sale porodowa. Zadzwoniłam do męża – od tamtej chwili byliśmy już razem. Poszłam pod prysznic, ruszałam się – było trochę lepiej. Ciągle miałam uczucie, że zaraz zwymiotuję, czułam się tragicznie. Pani D. uspokajała, że to dobry znak, że szyjka pracuje. Po jakimś czasie znowu ktg na leżąco – wykańczało mnie to, ale położna obiecała, że postara się, żeby to był ostatni zapis w takiej pozycji. Dałam radę. Później wybawieniem okazała się piłka, bujałam się na niej delikatnie a Mąż przy skurczach dzielnie masował plecy.

Koło 16 byłam już tak zmęczona, że miedzy skurczami przysypiałam. Skurcze były tak bolesne, że poprosiłam o znieczulenie. Cudowne uczucie! Mogłam się zregenerować i nabrać sił. Później lekarka zdecydowała o przebiciu wód płodowych. W tym czasie Mąż czytał Maluchowi książkę, słuchaliśmy muzyki, zjedliśmy kolację. Później udało mi się na chwilę zasnąć. Około 19:40 zaczęło puszczać znieczulenie. Czułam delikatne skurcze. Po badaniu wielkie zaskoczenie – pełne rozwarcie. Mamy 10 cm. Nie wierzyłam. Pani D. zmobilizowała mnie do wstania z łóżka i podpięciu KTG na piłce. Po wstaniu czułam jak wody się sączą. Druga faza zaczęła się o 19:50. O 20:40 położna wytłumaczyła mi co mam robić gdy poczuję parcie i zaprosiła mnie na łóżko. Byłam przerażona – jak to już !? Wydawało mi się, że nie jestem gotowa, że te skurcze nie są na tyle bolesne, żebym dała radę przeć. Wydawało mi się, że ból będzie mocniejszy, że będę wiedziała co mam robić, ale nie wiedziałam. Pierwsze parcie masakra, główka się cofnęła. Parcie. Maż tłumaczył mi co kiedy mam robić i to było moje wybawienie, bo ja zupełnie tego nie czułam. W pewnym momencie Pani D. zapytała czy chcę dotkną główki, zdążyłam tylko wykrzyczeć: nie! bo już czułam, że nadchodzi kolejne parcie.

I tak o godzinie 21:10 powitaliśmy Ksawerego.

sdm2

Poczułam jego cudowne ciepło na moim brzuchu i zakochałam się bez pamięci Wtedy dotarło do mnie że się udało, urodziłam! Pani D. poinformowała nas że pępowina przestała tętnić więc tata zabrał się za przecięcie, a później mogliśmy się tulić. Mały urodził się z wagą 3760g i 53cm wzrostu. Obwód główki 38cm. Rodził się z rączką przy buzi i był owinięty pępowiną. Niestety pękłam i zostałam nacięta. Później okazało się, że jest problem z urodzeniem łożyska. Bardzo mnie to zaskoczyło. Musieli zabrać Małego na chwilę, bo ból był tak mocny, że nie byłam w stanie go utrzymać. Dostałam oksytocynę i kolejną dawkę znieczulenia. Okazało się, że łożysko przykleiło się do tylnej ściany. Musieli łyżeczkować. Na koniec zafundowali mi jeszcze sprawdzanie blizny (wiedziałam o tym, że w szpitalu mają takie procedury). Później szycie, niby na znieczuleniu, ale i tak czułam każdy ruch.

Zaraz po szyciu Maluch z tatą wrócili z ważenia.

Nasza sala pustoszeje, zostajemy tylko my i nasze Szczęście. Później, przytulasy i pierwsze karmienie. Pani D. zagląda do nas, przynosi nam słodką herbatę i kolejną kolację. Koło 24 wędrujemy na 2 piętro. Dostajemy pożegnalnego buziaka od taty, cały potok wspaniałych słów od Pani D. i zostajemy w tę piękną noc sami. Ja i mój Syn. Patrzę na Niego jak spokojnie śpi, ja sama nie mogę zasnąć. Patrzę i ciągle się uśmiecham. Patrzę i wciąż nie wierze, że się udało.

Nasz magiczny czas!

Czy tak wyobrażałam sobie mój poród?

Nie.

Myśląc o nim wcześniej, nie chciałam indukcji, nie chciałam oksytocyny, nie chciałam rodzić w znieczuleniu. Chciałam urodzić jak najbardziej naturalnie.

Nie udało się. Sama z biegiem upływających dni zgodziłam się na indukcję, sama widziałam, że po każdej próbie odłączenia oksytocyny skurcze słabły i stawały się nieefektywne, więc godziłam się na kolejne dawki. Sama po wcześniejszej rozmowie z położną zdecydowałam się na znieczulenie. To były moje świadome decyzje, których dziś nie żałuję .Czułam że to mój poród i że to ja o wszystkim decyduję. Dzięki wiedzy zdobytej na grupie wsparcia, dzięki pełnemu zaufaniu mojej cudownej położnej i wielkiemu wsparciu mojego Męża czuję się spełnioną mamą moich cudownych Synów.

Dziś wiem, że poród drogami natury to niewyobrażalny ból, ale wiem też, że to jedyny ból który ma sens. Ból który prowadzi do najpiękniejszych chwil w życiu kobiety i daje spełnienie.

Ania

Duże Szczęście – VBAC na urodziny (Knurów)

Nie jeden raz pisałam już, że szacowana masa dziecka przekraczająca 4 kg NIE jest bezwzględnym przeciwwskazaniem do próby VBAC. Historia Ewy pokazuje, że 4700g szczęścia również można urodzić naturalnie po cesarce:)

Historia mojego VBAC rozpoczęła się w sierpniu 2014 roku, na sali pooperacyjnej, gdy przez cesarskie cięcie przyszła na świat moja córka z powodu zagrażającej zamartwicy w 42tc. Poród dobrze wspominam, szybko doszłam do siebie, nie było żadnych komplikacji, ale czułam niedosyt. Czułam, że nie tak miało być, że natura inaczej to wymyśliła.
Od razu zaczęłam szukać informacji ma temat porodu naturalnego po cięciu i ku mojej radości znalazłam informacje, że tak się da. W mojej vbacowej drodze bardzo wspierał mnie mój mąż oraz lekarz. Zaplanowaliśmy drugą ciążę tak, aby minęło przynajmniej 18 miesięcy od cc, lekarz uznał to za bezpieczny czas a ja byłam zdeterminowana.
Przez całą ciążę czułam się świetnie, byłam aktywna a dzidziuś dobrze się rozwijał. Pod koniec, gdy termin porodu zbliżał się już dużymi krokami, zaczęłam mieć wątpliwości. Okazało się, że dziecko będzie duże albo nawet bardzo duże. Tydzień przed terminem byłam na konsultacji u innego lekarza, mały na USG miał już 3850g. Dostałam skierowanie na CC na zimno. W tym momencie trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce i po przeczytaniu wielu postów postanowiłam schować skierowanie do szuflady. Mam je jeszcze na pamiątkę, na szczęście nie było potrzebne. Uznałam, że jestem wysoka i dam radę urodzić dziecko nawet trochę ponad 4kg.
Dwa dni przed terminem, dokładnie w moje urodziny nad ranem obudziły mnie delikatne skurcze. Niby nic nadzwyczajnego pod koniec ciąży, ale ucieszyła mnie ich regularność co 5-7 minut. Pora na bobasa! Potem było już sprawnie: córka do Dziadków, ja z mężem na izbę, badanie jedno, drugie, ktg, USG i szok! Dziecko z wagą prognozowaną 4500g. Poprosiłam o powtórzenie badania i wyszło 4700g. Wielu odradzało mi próbę porodu naturalnego, ale mój lekarz pozwolił mi spróbować na własną odpowiedzialność i zaproponował przebicie wód. Zgodziłam się bez wahania, zaufałam. Poczekaliśmy, aż sala na ewentualne cc się zwolni i o 15:30 przebito wody. Potem to już był ekspres. Dostałam gaz rozweselający, byłam pod prysznicem, na piłce i nie wiem co to kryzys 7cm, bo u mnie w badaniu było 6cm a za godzinę już 10. Wykres ktg był poza skalą a ja z uśmiechem na twarzy cieszyłam się z każdego kolejnego skurczu, ból był do zniesienia a ja nastawiona na działanie. Cały czas dzielnie wspierał mnie mąż i położna. Pod koniec towarzyszyło mi 2 lekarzy i 3 położne, wszyscy na oddziale wiedzieli, że rodzi się duży vbac. Co chwilę ktoś pytał mnie o bliznę, o ból między skurczami i ogólne samopoczucie. Wszystko szło szybko i sprawnie.
Karol urodził się po godzinie skurczy partych o 19:25. Miał faktycznie 4700g. Czułam się świetnie. Byłam szczęśliwa, dumna i spełniona.
Dziękuję Naturalnie po Cesarce za wsparcie. Bez Was zdecydowałabym się na cesarskie cięcie na zimno co pewnie ograniczyłoby ilość naszych dzieci. Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę i dzięki Wam mam dalej taką możliwość!
DSC05793

W zgodzie z naturą, w zgodzie ze sobą – próba porodu drogami natury po 3 cc (Warszawa)

Wiele osób twierdzi, że poród po 2 cc to szaleństwo. A po 3 cc? Literatura naukowa na ten temat jest dość skąpa (całkiem niezłą kompilację badań w tym temacie, choć już troszkę starą, można znaleźć tutaj). Ale historie z życia pokazują, że to jednak możliwe – zobacz: http://naturalniepocesarce.pl/?p=607 i http://naturalniepocesarce.pl/?p=207. Cieszę się, że także w Polsce są lekarze, którzy gotowi są wesprzeć i otoczyć profesjonalną opieką kobiety pragnące podjąć próbę porodu naturalnego po 3 cięciach cesarskich. Oto opowieść Oli:

keep-calm-and-vba2c-on

Oto nasza historia: 1 poród czerwiec 2011- cc: żadnych wskazań do cc, ciąża po terminie więc skierowanie na wywoływanie, cewnik Foley’a,po nim rozwarcie na 2cm, następnego dnia 2 dawki oxy na leżąco, kiepskie ktg- tyle mi powiedziano i zgoda na cc. Synek Jaś 4370, 56cm, 10pkt.

Drugi poród grudzień 2012- cc: nie wiedziałam, że można inaczej, lekarz nawet nie pytał czy chcę sn, mówił, że jeśli się samo nie zacznie i przed tp to raczej cc. Po tp miałam się zgłosić na ip, tradycyjnie cewnik Foley’a a następnego dnia cc przy 4cm. Córka Kasia 3580, 54cm, 10pkt.

Trzeci poród listopad 2014r-cc: zaczynałam już myśleć, że nie chcę kolejnego cięcia, drugie cięcie ciężko przeszłam, brzydko mówiąc rzygałam całą cc. Szukałam opcji porodu naturalnego, nawet myśli o domowym były albo przynajmniej zaczekać na akcję skurczową. Chodziłam trzeci raz do tego samego ginekologa, był zbulwersowany, że jeszcze wymyślam po 2cc poród naturalny. Wtedy trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia – była jeszcze malutka i kameralna, ale już zapaliła mi się lampka, że muszę coś zrobić. Pojechałam na wizytę do dr Kajdy do Św. Zofii w 35tc. Wszystko było by ok, gdyby nie zaprosiła nas na usg: blizna 1,3mm. nie zgodziła się podjąć porodu naturalnego, wymagane były „magiczne” 2cm. Wróciłam do Lublina, ostatecznie czekałam na akcję skurczową, jeździłam na ktg, podpisywałam odmowy hospitalizacji, wysłuchałam jaka jestem nieodpowiedzialna, narażam na śmierć siebie i dziecko, to „ta” pacjentka. Mój gin też już myślał, że jestem po cc, kiedy zadzwonił. Ostatecznie 10 dni po tp urodziła się poprzez cc nasza córeczka Helenka(najmniejsza) 3540, 53cm, 10pkt. Wyszłyśmy na żądanie, bo już wiedziałam, że to nie mój szpital.

No i teraz najważniejsze- poród czwarty czerwiec 2016r. Mieliśmy już wspaniałą trójkę, ale wiedzieliśmy, że chcemy jeszcze dzieciątko. Nie chciałam długo czekać i wolałam okres pieluch szybko „załatwić” We wrześniu okazało się, że jest już mała fasolka jednak dłuuugo zwlekaliśmy o przekazaniu informacji najbliższym. Czas tak szybko leciał i było już Boże Narodzenie, 4-5 miesiąc a mój mąż dalej szukał stosownej okazji, żeby się pochwalić. W końcu po Świętach powiedziałam, że już brzuszek będzie widać, więc on postanowił zrobić to bardzo oficjalnie. W styczniu miał obronę swojego doktoratu i tuż po niej podziękował na auli KULu do mikrofonu swojej małżonce i czworgu dzieci Ciąża idealna, zero złego samopoczucia, żadnych dolegliwości. Wiedziałam, że do swojego ginekologa już nie wrócę, wiedziałam, że zgodzę się na cc, jeśli już wykorzystam wszystkie możliwości psn. Więc postanowiłam pójść na wizytę najbliżej na nfz do pani ginekolog. Bardzo miła, nigdy nic złego nie powiedziała, ale też nie chwaliłam się jej swoimi planami. Kiedyś tylko wspomniała, że jej koleżanka w Poznaniu urodziła sn po 3cc. Cały czas podczytywałam grupę, obdzwoniłam Wrocław (mam tam teściów, więc poród można było tam zorganizować), ale tam nie było chętnych na psn po 3cc. Ostatecznie została Wawa i Prezes dr Puzyna

Robiłam badania, wyniki super, żadnych suplementów nie brałam, byłam aktywna przy trójce bąbelków, żadnych przeziębień. Usg zrobiłam w 7 tyg dla potwierdzenia i lokalizacji ciąży- wysoko, poza blizną po cc- może dlatego brzuch dopiero w 6 miesiącu miałam mimo 4 ciąży. W 20 tyg pani dr na usg (inna usg wykonywała) skomentowała szczyt naszej nieodpowiedzialności, że 4 cesarka, że powinnam już zapomnieć o rodzeniu, że blizna cienka, pełno zrostów, że albo ja albo dziecko przeżyje (dr ze Świdnika- od razu wiedziałam że tam nie pojadę mimo że blisko mam). Wróciłam załamana, zapłakana i dopiero po kilku dniach mężowi o tym powiedziałam. Stwierdziliśmy, że ciąże donosimy ile się da i więcej usg nie robimy. Cieszyłam się każdym dniem z rodziną i mężem. Wiedziałam, że nie będę rodzić już w Lublinie.

Pojechałam do dr Puzyny na wizytę. Strasznie się bałam, nie miałam aktualnego usg, tylko wyniki bieżące. Był koniec maja, termin za 3 tyg- 19 lub 21 czerwca. Nic mi nie mówił termin, gdyż miesiączki normalnej nie było, tylko 2 nieregularne plamienia, bo do 6 miesiąca karmiłam córkę. Poza tym żadne z naszych dzieci przed ani w terminie się nie rodziły, więc termin nie istniał żaden dla mnie.

Dr Puzyna był zaskoczony. Najpierw nie wiedziałam, jak z nim rozmawiać. Zbadał, jako JEDYNY badał brzuch i powiedział, że dzieciątko nieduże, robił wywiad, kartę ciąży obejrzał, spytał o usg-nie mam. Miałam nawet całą dokumentację medyczna wyciągniętą ze szpitala z poprzednich cięć. Dużo pytał o moją motywację porodu naturalnego: po co, dlaczego, o przebieg poprzednich ciąż, powody cc. Nie było nic co do czego można by było się przyczepić. Nie dał mi odpowiedzi czy podejmuje się, tylko powiedział, że zaprasza mnie za 2 tygodnie z aktualnym usg. W tym czasie umówiłam się na usg do zaufanego lekarza w Lublinie i jeszcze innego też polecanego. Pierwszy oszacował dziecko na mniej niż 3 kg i bliznę na mniej niż 2mm (pt), więc byłam znowu załamana, że ta blizna jest taka cienka i pewnie w Wawie pożegnają mnie. Jednak nie dałam za wygraną i w pon po weekendzie pojechałam zrobić drugie usg- dziecko blisko 4 kg i blizna 5mm. Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Wiedziałam na pewno, że usg się myli a intuicja mi mówiła, że blizna jest cienka, ale elastyczna i wytrzymała, tak jak przez tyle miesięcy porządnie nosiła maleństwo.

Niepewnie pojechałam do Wawy. Dr Puzyna nie był zachwycony moimi usg, ale przymknął oko i powiedział, że spokojnie czekamy. Najlepiej, żeby samo się zaczęło. Zbadał mnie, powiedział, że główka nisko i warunki powoli się robią, żeby rodzić. Wydał też pisemną zgodę na psn po 3cc „bez szaleństw”-tak dosłownie było Umówiliśmy się na wizytę we wtorek 21 czewrca- czyli termin. W poniedziałek zrobiłam kontrolne ktg, wyszło ok i zadzwoniłam do dr z zapytaniem czy mam przyjeżdżać i jak u mnie sytuacja. Cieszył się, że się odezwałam, wysłuchał i powiedział, że w sobotę, o ile nic się nie zacznie, mam przyjechać na wizytę z torbą do szpitala. Tak też było. Na wizycie bez zmian, cisza, szyjka lepiej trochę przygotowana, ale z racji 3cc i że po tp mam zostać już pod jego opieką. Wewnętrznie już byłam na to gotowa, chociaż wolałam być w domu przy dzieciach.

Przyjęto mnie w sobotę na oddział. Codziennie ktg, badanie itp., nic się nie działo. W poniedziałek zrobili mi usg i dr przerażony był, bo zobaczył dziecko ponad 4 kg. Codziennie zjawiał się dr Puzyna i ustalał ze mną plan działania. Ogólnie nastawienie lekarzy było pozytywne, ale niestety była jedna Pani dr, która na moje nieszczęście dyżurowała prawie codziennie i wywierała na mnie presję, że mam podjąć jakąś decyzję, że tak nie można, że jestem poza prawem i co ja tu sobie wyobrażam. Nie pomagało mi to, ale starałam się nie przejmować.

We wtorek minął tydzień od terminu porodu, dr Puzyna zaproponował cewnik, zgodziłam się, choć niechętnie, ale z racji już przeterminowania tak wyszło. No i wieczorem zaczęły się piękne skurcze. Nie były mocne ale pierwszy raz ich doświadczyłam. Nie mówiłam nikomu bo chciałam skupić się na sobie, liczyłam czas i były co 12-15min. Cewnik siedział i tak całą noc, więc napisałam do męża, że ma jechać do mnie (150km).

W środę obchód i znowu TA MIŁA Pani dr, wyjęli cewnik i mówią, że bez zmian. Powiedziałam, że skoro już jakieś skurcze były to chcę zaczekać, aż samo się rozkręci i dopiero następnego dnia coś planować. Wymuszała na mnie, że najlepiej jakbym nie jadła śniadania=cc i musiałam podpisać odmowę i oświadczenie, że nie wyrażam zgody. Tak też zrobiłam, ale jak wyszłam z gabinetu to emocje puściły, rozpłakałam się i skończyły się skurcze. Na szczęście był już mąż i w środę odpoczywałam. Jednak czuć było niezadowolenie personelu, że tak robię. Starałam się nie przejmować. Kilka skurczy się pojawiało, ale niestety bez szaleństwa. Zaczął tylko czop odchodzić.

W nocy ze środy na czwartek podłączono ktg już częściej. Maluszek był bardzo niespokojny, nie wiedziałam co się dzieje, tak kopał, że czułam, że coś nie tak. Na ktg o 1 w nocy było wysokie tętno dziecka, powtórzono ktg a potem zlecono stały monitoring. Od środy leżałam plackiem, zero toalety, bolała mnie cała miednica, bałam się cc na cito, bo chciałam, żeby mąż był przy mnie. Jednak na dyżurze był bardzo fajny dr, który uspokoił i powiedział, że coś się dzieje, ale mam być dobrej myśli.

W czwartek rano o 7 napisałam do dr Puzyny sms, że są komplikacje. Za 3 min wchodzi do mnie i rozmawiamy co dalej robić. Zaprosił mnie do zabiegowego, powiedział, że coś się dzieje, rosło też moje CRP i wyjaśnił, że trzeba powoli kończyć i jedyne co mi pozostaje to przebicie pęcherza. Spytał, czy się zgadzam. Przebił pęcherz i poleciały cieplutkie czyste wody. Pakowanie na porodówkę i dał mi czas do południa na rozkręcenie akcji. Ulżyło mi już z jednej strony, z drugiej już chciałam zobaczyć malucha. Miałam ktg, mogłam się poruszać, położna za wiele nie mogła pomóc, tętno było wysokie a rozwarcie nie ruszało. Ok.13 przyszedł dr Puzyna i powiedział, że już musimy ciążę zakończyć, skoro rozwarcie nie drgnęło przez tyle czasu, pozostaje mi cc. Pojechałam i w szybkim tempie na salę i znieczulenie. Dr sam wyraził chęć zrobienia mi cięcia. Podczas operacji był problem z wyjęciem malucha. Dziecko cały czas parło głową w kanał, kilku lekarzy musiało mi się położyć na żebra, żeby ją wydusić. To chyba był najgorszy moment. Tak się urodziła nasza trzecia córcia Pelagia- 4200, 56cm, 10 pkt. Śliczna, czarna, długie włosy, ze zduszonym noskiem i czołem, bo tak bardzo chciała wyjść dołem. Powód- ułożenie odgięciowe- parła twarzą i to było powodem, że nie wchodziła i nie rozwierała szyjki. Mąż ją dostał, a za chwilę miałyśmy kontakt skóra do skóry przez całe szycie. Dr Puzyna poszedł, kończyła szycie inna pani dr. Powiedziała, że w środku całkiem spoko . I na tym kończy się pozytywna opowieść o Św. Zofii.

Córce pobrali krew i okazało się, że ma już podwyższoną bilirubinę, zabrali ją na noworodki a ja zostałam sama na pooperacyjnej. Niestety takie oblężenie, że były marne szanse wjechać tego wieczoru na oddział. Płakałam do córki, bo brakowało mi jej kontaktu. Odciągnięcie siary graniczyło z cudem. Po 18 okazało się, że ostanie miejsce się zwolniło i wjadę na oddział. Przyjechały po mnie położne z łóżkiem i ta, która miała się dziś mną opiekować średnio mi się spodobała. Musiałam z łóżka na łóżko sama się zsunąć po 4h od zszycia brzucha. Trudno. Wjechałam na odział, instrukcje od położnej i że powoli wstajemy i wyciągamy kosmetyczkę i ręcznik pod prysznic- wow- w takim filmie jeszcze nie grałam. 6h ze stołu a tu każą się kąpać. Sama wstałam a położna pomogła dojść do łazienki, prysznic i już ok. Od razu chciałam pędzić do małej. Zaszłam i była już naświetlana. Godzina 22 a położne każą iść. Chciałam przystawiać córcię i karmić- „nic tam pani nie ma, proszę jej nie budzić, proszę iść odpocząć”-to usłyszałam. Powiedziałam, że jak Malutka wstanie to mają wołać mnie na karmienie. Niestety jak zachodziłam do niej to już córka była nakarmiona mm. Mimo, że w planie porodu i w osobnej zgodzie był zakaz dokarmiania mm. Położne nie były zadowolone, że przesiaduję z dzieckiem. Na szczęście w piątek okazało się, że może być naświetlana na materacyku w mojej sali. Nie było to wygodne z tym materacem, ale dawałyśmy radę. Nie miałam pokarmu, położne wystawiały hektolitry mm w dyżurce, dokarmiałam. Pediatra stwierdziła, że głodzę dziecko. To wszystko nie pomagało. W sobotę na dodatek pogorszenie, dodatkowe lampy od góry i kontakt z dzieckiem tylko na karmienie co 2-3h. Masakra. Już traciłam cierpliwość, chciałam do domu, do dzieci, do swojego łóżka. Na szczęście córcia w niedzielę sporo spała i naświetlała się. W poniedziałek na obchodzie powiedzieli, że nie będą robić jej badań, że dopiero we wtorek a wypis to jeszcze nie wiadomo. Byłam na skraju wyczerpania i zdecydowałam o wypisie dziecka na żądanie. Wielkie oburzenie, skrajna nieodpowiedzialność, „w Lublinie na pewno nie ma takich dr jak tu”. Więc stwierdziłam, że wolę być w lubelskim szpitalu z dzieckiem ale bliżej domu. Raptem zrobili jej badania i żółtaczka spadła, więc wyszliśmy. Obeszło się bez naświetlań w domu i mała wróciła do zdrowia.

I tak zaczyna się nasza przygoda z czwórką szkrabów. Mam 4 dzieci po cc. Każde inne i każde cięcie inne. Mimo 4cc nie żałuję tego, że pojechałam aż do Wawy rodzić. Cieszę się, że doświadczyłam choć minimalnych skurczy, że poczułam choć trochę, jak to jest, że dałam z siebie wszystko, aby pomóc przyjść Pelagii na świat. Wielkim wsparciem był mąż, cierpliwie słuchał tego, czego potrzebujemy, był podczas cc i mógł częściowo doświadczyć cudu narodzin, cudu życia, które daliśmy Naszej Córce. Jest całkiem inna od poprzednich dzieciaczków, my jesteśmy inni, to doświadczenie bardzo nas wzmocniło, dało mnóstwo siły. Starsze rodzeństwo jest wspaniałe w stosunku do Malutkiej. Teraz czujemy się prawdziwą dużą rodziną.

Chciałam serdecznie podziękować dr Puzynie. Lekarz z powołania, człowiek, który dał nam szanse przeleczyć poprzednie cc, umożliwił psn po 3cc!. Myślę, że bał się tak jak my, ale miał też ogromna wiarę. Jego stosunek do pacjenta, sposób w jaki ze mną rozmawiał, pozwoliły MI zadecydować (a nie dr-jak to większość decyduje za rodzącą) czego i jak ja chcę. Dzięki niemu, jego doświadczeniu, wiedzy i zaufaniu mamy zdrową córeczkę.

Szczególne podziękowania dla naszej Magdaleny Hul. Dzięki Tobie zobaczyłam, że można inaczej, że można mądrze i świadomie, w zgodzie z natura, w zgodzie z sobą.

PORÓD PO PRZEBYTYM CIĘCIU CESARSKIM (na podstawie wytycznych RCOG 2015)

AUTORKA: Aleksandra Lewandowskapart_1-2-2
Lekarz rodzinny, nauczyciel naturalnego planowania rodziny, członek Komitetu Upowszechniania Karmienia Piersią i Grupy Wsparcia Naturalnego Karmienia Piersią i Mlekiem Kobiecym, Dawczyni Krwi i Mleka Kobiecego. Mama wesołego synka i córeczki. Miłośniczka eco-life, slow-life, rodzicielstwa bliskości, wsi, rynków osiedlowych i jarmarków. Pasjonatka rowerów (całorocznie), eksperymentowania z dziećmi, karmienia piersią w różnych kulturach i wnętrzarstwa. Katoliczka.

W nawiązaniu do tematu przewodniego niniejszego portalu internetowego z zaciekawieniem przeczytałam artykuł z najnowszego numeru Medycyny Praktycznej – Ginekologii i Położnictwa o tytule jak wyżej. Zainteresowana byłam nie tylko z racji mojej fascynacji (zresztą na kanwie promowania wszystkiego, co naturalne) i zawodowym głębokim przekonaniem do pierwszeństwa porodów fizjologicznych nad zabiegowymi. Byłam ciekawa treści również ze względów osobistych – wszak sama mam „cesarską” przeszłość, a za kilka dni spodziewałam się porodu kolejnego dziecka (bez planowych wskazań do kolejnego cięcia).

Choć chcę się odnieść jedynie do tego właśnie artykułu, należy podkreślić, że ma on charakter wytycznych ustanowionych przez Royal College of Obstetricians and Gynaecologists z października 2015.

Artykuł rozważa wyniki badań naukowych stanowiących za lub przeciw porodom planowym drogą pochwową (vaginal birth after caesarean – VBAC) oraz elektywnym powtórnym cięciom cesarskim (elective repeat caesarean section – ERCS). Jest to niejako odzew na znaczny odsetek porodów zabiegowych (przykładowo w Walii, Irlandii Północnej i Szkocji w latach 2012-2013 wynosił kolejno 27,5, 29,8 i 27,3%). Tymczasem planowy VBAC stanowi bezpieczny klinicznie wybór dla większości kobiet, które przebyły jedno cięcie cesarskie w dolnym odcinku macicy, co ogranicza koszty finansowe oraz powikłania matczyne związane z wielokrotnym wykonywaniem tych operacji. W Australii zorganizowano specjalistyczne przychodnie położnicze ukierunkowane na opiekę nad kobietami, które przebyły cięcie cesarskie. Z założenia placówki te wspierają pacjentki w świadomym podjęciu decyzji o sposobie rozwiązania ciąży. W efekcie zwiększył się odsetek podjętych prób VBAC.

Planowy VBAC można zaproponować większości ciężarnych, które przebyły jedno cięcie cesarskie w sytuacji: ciąży pojedynczej, położenia podłużnego główkowego dziecka, po ukończeniu 37 tygodnia ciąży.

Przeciwskazaniami do VBAC: uprzednie pęknięcie macicy (zwiększone ryzyko powtórnego pęknięcia >=5%), cesarskie cięcie wykonane metodą klasyczną (zwiększone ryzyko pęknięcia macicy; cięcie w kształcie litery T lub J, niskie poziome nacięcie, znaczne, nieumyślne rozdarcie macicy stanowią wskazanie do zachowania szczególnej ostrożności przy podejmowaniu decyzji), ewentualnie powikłana blizna po uprzednim porodzie zabiegowym, inne bezwzględne przeciwskazania do porodu naturalnego, wcześniejsze operacje w obrębie macicy (ryzyko porównywalne co najmniej jak w przypadku VBAC), łożysko przodujące (ryzyko nieprawidłowego położenia łożyska wzrasta z kolejnymi cięciami cesarskimi).

Kobietom, które przebyły co najmniej 2 cięcia cesarskie można zaproponować poród drogą pochwową po konsultacji starszego położnika. Nie stwierdza się znamiennej różnicy w częstości pęknięcia macicy podczas porodu drogą pochwową po co najmniej 2 poprzedzających cięciach cesarskich.

Wskaźnik powodzenia VBAC po 2 cięciach cesarskich wynosi 71,1% (po jednym 72-75%), częstość pęknięcia macicy 1,36%, ryzyko powikłań jest porównywalne jak w przypadku powtórnego cięcia cesarskiego. U kobiet rodzących drogą pochwową po 2 przebytych cięciach cesarskich w porównaniu z kobietami po jednej takiej operacji większe są: częstość wycięcia macicy (56/10000 vs 10/10000) oraz przetoczeń krwi (1,99% vs 1,21%).

Kobiety planujące co najmniej 3 ciąże, które decydują się na ERCS należy poinformować o zwiększonym ryzyku powikłań operacyjnych (łożysko przodujące, łożysko przyrośnięte, konieczność histerektomii – wycięcia macicy), dlatego powinno się promować VBAC.

Do czynników zwiększających ryzyko pęknięcia macicy zalicza się: krótką przerwę między porodami (<12mcy), ciążę przenoszoną, wiek matki min. 40 lat, otyłość, niższą punktację oceniającą dojrzałość szyjki macicy w skali Bishopa, duże wymiary płodu (makrosomia), zmniejszoną grubość blizny (<2mm) po poprzednim cięciu cesarskim (ocena w USG). Jednakże czynniki te nie stanowią przeciwskazania do VBAC. Planowy VBAC wiąże się ze zwiększonym ryzykiem pęknięcia macicy wynoszącym 1/200 przypadków (0,5%) w sytuacji samoistnej czynności skurczowej i 0,54-1,40% gdy doszło do indukcji porodu.

Planowy VBAC i ERCS nie różnił się znacząco pod względem częstości przeprowadzonych histerektomii, występowania powikłań zatorowych, dokonywania przetoczenia krwi, występowania zapalenia błony śluzowej macicy. Próba VBAC zakończona niepowodzeniem w porównaniu z porodem drogą pochwową zakończonym sukcesem zwiększa ryzyko pęknięcia macicy (2,3% vs 0,1%), histerektomii (0,5% vs 0,1%), przetoczenia krwi (3,2% vs 1,2%) i zapalenia błony śluzowej macicy (7,7% vs 1,2%). Histerektomia była konieczna w 14-33% przypadków.

Podczas oczekiwania na samoistną inicjację planowego VBAC w 40 tygodniu ciąży odnotowuje się zwiększone ryzyko zgonu wewnątrzmacicznego o dodatkowe 10/10000 przypadków. Nieznana jest przyczyna tego zjawiska. Zgony okołoporodowe (wewnątrzmaciczne lub noworodka) w sytuacji planowego VBAC wynoszą 4/10000 (0,04%), z czego 1/3 jest spowodowana pęknięciem macicy. ERCS koreluje z ryzykiem zgonu okołoporodowego 1/10000 przypadków. Ryzyko zgonu okołoporodowego dziecka w związku z pęknięciem macicy podczas VBAC  określono na 4,5% lub 2-16% zależnie od badania.

Ryzyko zgonu matki w przypadku VBAC jest równe 4/100000, w ERCS 13/100000. Po ERCS w porównaniu z planowym VBAC występuje zwiększone ryzyko przejściowego tachypnoe (zwiększona częstość oddechów/min) u noworodków (4-5% vs 2-3%) oraz zespołu zaburzeń oddychania (0,5% vs <0,5%).

Powtarzanie ERCS koreluje ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia łożyska przodującego, łożyska przyrośniętego i powikłań operacyjnych (np. histerektomii) podczas następnej ciąży i następnego porodu.

Kobiety po co najmniej jednym porodzie pochwowym są w grupie zwiększonej szansy powodzenia VBAC na poziomie 85-90%. Przebyty poród drogami natury stanowi niezależny czynnik zmniejszający ryzyko pęknięcia macicy.

Indukcja porodu, nieprzebycie w przeszłości porodu drogą pochwową, BMI przekraczające 30, cięcie cesarskie wykonane z powodu zahamowania postępu porodu lub zagrożenia życia dziecka, poprzedni zabieg wykonany ze wskazań nagłych (szczególnie w przypadku indukcji porodu zakończonej niepowodzeniem) są związane ze zwiększonym ryzykiem niepowodzenia VBAC. Stwierdzenie wszystkich czynników ryzyka pozwala oszacować, że VBAC zakończy się powodzeniem w 40% przypadków. Większą szansę powodzenia natomiast dają: wysoki wzrost matki, rasa biała, wiek poniżej 40 lat, BMI mniejszy od 30, ciąża przed 40 tygodniem, urodzeniowa masa ciała <4kg. Szansę tę zwiększają też samoistna inicjacja porodu, potylicowe wstawianie się główki dziecka, wyższa wyjściowa punktacja szyjki macicy w skali Bishopa.

W sytuacji porodu VBAC indukowanego/stymulowanego dochodzi do 2-3 krotnego zwiększania ryzyka pęknięcia macicy i ok. 1,5 krotnego zwiększenia ryzyka cięcia cesarskiego. Poród indukowany mechanicznie (amniotomia-nacięcie błon płodowych, cewnik Foley`a) jest związany z mniejszym ryzykiem rozejścia się blizny niż przy zastosowaniu prostaglandyn.

Planowy VBAC przed terminem porodu ma podobny wskaźnik powodzenia jak planowy VBAC w terminie porodu, ale obarczony jest mniejszym ryzykiem pęknięcia macicy.

Jak to zwykle w medycynie bywa, decyzje co do postępowania klinicznego zawierają w sobie zarówno szansę, jak i ryzyko. Sztuką jest dokonać rozsądnego, „chłodnego” bilansu. W chwili obecnej jestem już niestety po dwóch cięciach cesarskich, jednak artykuł dał mi cień nadziei…

VBAC po 2 nocach przygotowań i 12 godzinach rodzenia (Rzeszów)

Brak postępu porodu – król współczesnych wskazań do cięcia cesarskiego. Wskazanie pod którym wiele się może kryć. Wskazanie często nadużywane i stawiane pochopnie… Może w końcu zbiorę się by napisać na jego temat osobny, wyjaśniający post. Tymczasem, opowieść Ani o tym jak można urodzić naturalnie po cięciu cesarskim z powodu braku postępu porodu.

baby_foot_black_and_white

„Jestem miesiąc przed terminem i popadam w panikę gdzie mam rodzić tak żeby się udało naturalnie”. Od tego moja historia vbac się zaczęła na poważnie.

To, że chcę próbować rodzić sn wiedziałam już po pierwszej cesarce, która odbyła się w 2014 roku. Jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu pytałam położną, co w przypadku drugiej ciąży, czy dostanę pozwolenie na poród naturalny i jaki czas jest potrzebny od porodu do porodu żeby móc próbować. Niestety nie dano mi nadziei. Ja jednak w głowie cały czas miałam niedosyt, że nie udało się naturalnie i że na pewno będę próbować przy kolejnej ciąży. Pierwsza ciąża zakończona cc z powodu braku postępu porodu.

Przez całą drugą ciążę zastanawiałam się czy wybrałam dobrego lekarza, który poprze moją decyzję o próbie porodu naturalnego i do którego szpitala pojechać rodzić. Kogo wziąć ze sobą, żeby mieć dobre wsparcie.

Miesiąc przed terminem opowiedziałam znajomej o swoich wątpliwościach a ona bez zastanowienia poleciła mi konkretny szpital. Sama była po porodzie i miała okazję leżeć z kobietą, której udało sie urodzić po dwóch cesarkach. I tak po nitce do kłębka dotarłam na stronę naturalniepocesarce.pl i do grupy wsparcia.

Wczytywałam się w historie udanych vbac,  rozmawiałam i pytałam dziewczyn, który szpital polecają. Wiele nieprzespanych nocy spędzonych na przemyśleniach. To był stresujący czas. Dotarłam również do douli, która  podpowiadała jak się przygotować do porodu. Wcześniej spotkałam się z prywatną położną. Nie negowała mojej decyzji, ale też nie czułam wsparcia. Raczej odradzała próbę naturalnego porodu i nie dawała większych szans na powodzenie sn.

Ostatecznie podjęłam decyzje o miejscu porodu [Szpital Miejski, Rycerska (przyp. red.)]. Kamień z serca.  Druga decyzja: osobą towarzyszącą będzie mąż i doula. Niestety mąż nie mógł być przy porodzie, ale na szczęście była doula. Wcześniej nie rozumiałam jak można prosić kogoś obcego by towarzyszył przy porodzie i wydawało mi się, że ja na pewno douli mieć nie będę.

Tydzień przed porodem trafiłam do szpitala z powodu złego zapisu ktg. Zero rozwarcia, szyjka długa, słabe, nieregularne skurcze. Codziennie czekałam na rozwój akcji. Zapisy wychodziły prawidłowo, a lekarze uspokajali, że mamy czas. Dwa dni przed porodem zaczęły się mocne skurcze nocne, które nie pozwalały spać. W dzień wszystko się wyciszało. Odszedł czop. Radość moja była wielka. Coś się działo :). Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.

Trzeciej nocy skurcze nie pozwoliły leżeć. Poszłam na salę porodową. Rozwarcie na palec. Trochę byłam przestraszona że za mało i znowu akcja utknie w martwym punkcie. Ale lekarka uspokajała. Dostałam poduszkę i kołdrę żeby móc drzemać.

Skurcze nad ranem zaczęły się wyciszać…Przyszedł lekarz i znowu pocieszał, że się uda. Podano mi oksytocynę. Później przebicie pęcherza płodowego. Szyjka skracała się nie symetrycznie. Poród postępował bardzo powoli i wśród położnych krążyło hasło, że najwyżej zakończymy cesarką. Po ok 11 godz porodu położna zapytała czy na pewno chcę nadal próbować. Widziałam zmęczenie i bezradność w jej oczach. (A uważam, że nie mogłam trafić na lepszą położną.  Otoczyła mnie profesjonalną opieką i wyjątkowym ciepłem). Chciałam się poddać i wbrew temu co myślałam powiedziałam TAK. No i się zaczęło. Doula zachęciła mnie, żebym zeszła z łóżka, żeby się poruszać. Wcale nie miałam już na to siły. Ale posłuchałam. Stałam przy poręczy i ruszałam się w swoim rytmie.
Nadeszły długo oczekiwane bóle parte. Powrót na łóżko. I tu wspaniała praca ze strony personelu. Ciągła zmiana pozycji i motywowanie. Udało się, po 12 godzinach urodziłam synka 3850g i 59cm.

Dziękuję wszystkim którzy pomogli mi tego dokonać, całemu personelowi medycznemu, szczególnie Pani położnej, douli, która była ze mną przez cały poród, za jej ciepło,wspaniały masaż nóg w trakcie skurczów i silną rękę przy bólach partych.

Magia działa (Dania)

To był trudny poród. Tak, w pełni naturalny poród, u świetnie przygotowanej mamy, przy wspaniałym wsparciu też bywa czasami długi i trudny. Bywa, na przykład z powodu niezbyt optymalnego ułożenia i wstawiania się dziecka. Taki był właśnie poród Gosi. Ale UDAŁO SIĘ! A w pamięci młodej mamy pozostaje nie tyle ból, co przede wszystkim poczucie siły i spokoju.

 

Na początku chciałabym zaznaczyć, że nie jest to opis dla osób o słabych nerwach. W moim porodzie najbardziej zaskoczyło mnie to, że nie miał nic wspólnego z tym co wyczytałam w pięknych książkach Iny i Irenki [Iny May Gaskin i Ireny Chołuj – przyp.red.]. Do tej pory pamiętam niemal zwierzęce wyostrzenie zmysłów i strach. Strach przed nieznanym, że to nie tak przecież opisywały!

2dfcfa8b9c3c05d03d68e1064011d53d

Poniższą historię spisałam 8 dni po porodzie, po 8 dniach w szpitalu, gdzie czas się dla mnie zatrzymał. Teraz, po 3 tygodniach, napisałabym pewnie zupełnie co innego. Za rok opis wyglądałby jeszcze inaczej. Czy w książkach, które przeczytałam jest kłamstwo? Nie sądzę. Z perspektywy czasu ból jest mniejszy, mistyczne doznania większe, strach się gdzieś ulatnia… w każdym razie u mnie tak jest.

8 dni po porodzie nadal o nim myślę. Ciepło i miło, chociaż poród do takich nie należał. Jeśli mogłabym do czegoś go porównać to do ciężkiej harówy fizycznej w wielkich bólach i mękach. Nadal nie przejdą mi przez gardło ”przypływy”- dla mnie to były skurcze, a słowo ”fuck” padało średnio 20 razy na skurcz. Niemniej był to dobry poród, nawet bardzo.

Od początku ciąży wiedziałam, że chciałabym urodzić w domu. Przebyte cięcie w 2013 trochę utrudniało mi zadanie, do tego jeszcze kilka innych przeciwskazań. Pomału godziłam się z tym, że jestem bez szans w starciu z tym marzeniem, ale postanowiłam wysłać niezobowiązującego maila, bez nadmiernych szczegółów do wszystkich niezależnych położnych w okolicy. Odpowiedziały trzy, wybrałam jedną i od jej wejścia do mojego domu wiedziałam, że chcę z nią rodzić. Trzeba ją jeszcze było przekonać do mojego ”przypadku”. Mimo wielu moich obciążeń zgodziła się! To było jak cud!

Od początku dopuszczałam możliwość transferu do szpitala, na ten wypadek przygotowałam plan porodu, ba! Nawet plan cesarki. Krista miała być strażnikiem mojego planu na tę ewentualność (ach ten jej wzrok Bazyliszka).

Bardzo mocno starałam się przygotować swoje ciało do porodu- joga, próba autohipnozy, sesje akupunktury, rebozoo i kilka innych rzeczy. Moim głównym problemem jest relaks, ciało mam w stanie napięcia praktycznie większość czasu. Wiedziałyśmy obie od początku, że to może być problem, chociaż położna mówiła, że wierzy, że znajdę swój własny sposób jeśli wszystkie znane jej zawiodą, skoro zaszłam już tak daleko. Trochę niedowierzałam, ale postanowiłam się tym w ogóle nie przejmować. Będzie co będzie!

Spotkałyśmy się dokładnie w dzień ukończenia 40 tygodnia. Wbiła mi igły w plecy, wysmarowała olejem śmierdzącym indyjską knajpą, wymasowała stopy, użyła rebozoo, dłoni i przyjęła całą moją złość na Świat (dlaczego jeszcze nie rodzę, chlip chlip). Na pocieszenie powiedziała, że wciąż mam wcięcie w talii, a to się nieczęsto zdarza (jakby cokolwiek związanego z wyglądem mogło poprawić humor ciężniczce dyszącej jak słoń!). Pożegnałyśmy się i … nic. Jeszcze zdążyłyśmy ustalić nastepne spotkanie na za tydzień.

W weekend wybraliśmy się na Garden Party. Wzbudzałam spore zaineteresowanie swoim wielkim brzuchem i planami porodowymi, także spędziłam przemiłe kilka godzin w upale, w fajnym towarzystwie przy dobrym jedzeniu.

Już wieczorem czułam, że się zaczyna, ale nie chciałam się jeszcze podniecać- już było kilka takich fałszywych alarmów. Wykończona i wykochana poszłam spać. Od 12 co jakiś czas budził mnie bardzo bolesny skurcz, o 4 już nie mogłam udawać, że to nic. Wstałam, poskakałam na piłce, zaczełam liczyć. Regularność się zwiększała, obudziłam M. Zadzwonił do położnej, pogadali, później pogadałam chwilę ja. Kazała dalej się bujać i zadzwonić jak będą już bardzo częste. Tak sobie na tej piłce skakałam do 7, w końcu nie mogłam już wytrzymać i poprosiłam, żeby przyjechała. Przyjechała o 8, a moje skurcze zaczęły się wyciszać! Dramat, chciałam się spalić ze wstydu. A przecież przed chwilą tak bolało, nigdy wcześniej tak nie było! Uspokoiła mnie, że to pewnie przez wychodzące słońce, że tak się zdarza, że wrócą regularne skurcze w końcu na pewno. Przez cały dzień miałam ”te cholery” co 7-10 minut- bardzo bolesne, ale jednak rzadkie. Obydwoje działaliśmy jak lunatycy, po prawie nieprzespanej nocy, zmęczeni, ja do tego zmęczona bólem. Wiekszość czasu leżeliśmy z naszym 2,5 latkiem, oglądaliśmy bajki, jedliśmy i czasem drzemaliśmy. Wszystko to było przerywane moimi jękami co te 10 minut. Przyszła jeszcze opiekunka do synka, wybawiła go, wymęczyła, tak że padł o 20. Kazałam M ją odwieźć do domu, sama weszłam pod prysznic, bo czułam już od jakichś dwóch godzin, że się wszystko rozkręca.

Byłam już porządnie umęczona i miałam nadzieję na szybkie rozwiązanie (o ja naiwna!). Skurcze zrobiły się już zupełnie regularne- najpierw co 5 minut, później co 3 minuty. Ta intensywność mnie dobijała. Mój M musiał byś przy każdym skurczu- praktycznie cały poród na nim przewisiałam. O 2 wezwaliśmy położną, miałam szczerą nadzieję, że niedługo moje ”piekło” się skończy. Tyle się naoglądałam filmików, kiedy kobiety tak pięknie potrafią przyjąć ból porodowy, niestety ja nie należę do tych kobiet (jeszcze?), dla mnie to była zwykła tortura i rzeźnia. Przyjechała Krista, posłuchała serduszka i ku mojej rozpaczy wyjęła druty i zaczęła dziergać… To nie wróżyło rychłego końca, myślałam, że się załamię! Powiedziała mi – urodzisz, bo musisz urodzić i nie masz wyjścia. Więc dalej albo skakałam na piłce, albo wisiałam na M, jęczałam, bluźniłam, krzyczałam. Nie byłam w stanie ustać w miejscu nawet sekundy- podczas wiszenia właściwie tuptaliśmy z nogi na nogę cały czas.

W końcu dobiła jakaś 6 rano, już prawie mdlałam, byłam wkurzona i powiedziałam, że zaraz kończę to rodzenie i sobie idę (tak, tak, obrażałam się średnio co chwilę). Krista zdecydowała się zbadać rozwarcie- było 8 cm! Ale co z tego, skoro buzia dziecka była w złą stronę, do tego głowa zaklinowana w miednicy. Katastrofa. Dla mnie, dla wiedźmy nie. Kazała leżeć na lewym boku, machała moimi nogami, a ja prawie mdlałam z bólu, wrzeszczałam, naprawdę myślałam, że umrę, chyba nawet pragnęłam umrzeć. Zaczęłam krwawić. Po wytrząsaniu bioder rebozoo to już zaczęłam krwawić bardzo. Mały nadal się nie wstawił dobrze, chociaż coś drgnęło. Ale ta krew- Krista powiedziała, że gdyby to nie był hbac to by została, a tak szpital. Błagałam o karetkę (żeby szybko i żeby mnie nieśli), powiedziała, że nie ma szans, jedziemy autem, będą mnie lepiej traktować, bo o własnych siłach- wtedy będę mieć większą szansę urodzić jak chcę. Zadzwoniła jeszcze do szpitala, powiedziała że mam ogromny lęk szpitalny (w Danii są bardzo wrażliwi na samopoczucie psychiczne…), więc o dziwo ucieszyli się, że przyjadę z własną położną!

Pojechaliśmy te 20 km, w aucie skurcze stały się nieco mniej bolesne, czułam się zupełnie surrealistycznie. Nie pamiętam już jak doszłam (!) na porodówkę, Krista zniknęła na chwilę, przyszły inne położne pogratulować mi dobrnięcia do 9 cm (jeszcze przed wyruszeniem do szpitala powiększyło się rozwarcie), stałam tam jak odurzona i zastanawiałam się co się w ogóle dzieje. Zaprowadziły mnie do sali, którą nazwały ”antystresową”, przyszła moja szpitalna położna, za chwilę pojawiła się Krista. I stał się kolejny cud- nie wiem jak ta wiedźma to załatwiła, ale mogła dalej prowadzić mój poród, nikt inny mnie nie dotykał, nie proponowali żadnych wenflonów, ktg na stałe ani nic takiego… Zmieniliśmy po prostu miejsce porodu, dostaliśmy jeszcze jedną położną do pomocy i dalej wszystko było jak w domu- CUD.

Byłam już naprawdę wyczerpana, położna nr 2 poiła mnie co chwilę, dawała mi cukrowe cukierki (pycha), co jakiś czas badała serduszko. My z M dalej tańczyliśmy, prysznicowaliśmy mnie, kilka razy musiałam układać się na lewym boku na manewry wstawiennicze. Myślałam, że oszaleje, krzyczałam, błagałam o cesarkę, o narkotyki, alkohol, leki, epidural, dolargan, cokolwiek. Dostałam gaz, niestety nie działa na mnie jakoś szczególnie przeciwbólowo. Kolejny zawód!

I jest 10 cm! Niestety najpierw jest worek owodniowy… Kurwa. Nie wierzę w swojego pecha, chce mi się płakać, naprawdę mam już dość, błagam Kristę, żeby przebiła ten cholerny worek i żebym urodziła wreszcie. Zgadza się, widzi moją determinację. Przebija worek  przed 13, jest 10 cm i … nie umiem przeć. Nie wiem czy to przez przebicie worka, ale skurcze wcale nie robią się jak na parcie, nadal są wprost z macicy. Frustracja sięga zenitu, zaczynam tracić wiarę w to, że kiedykolwiek moje piekło się skończy. Że urodzę. Że mogę.

Położne próbują mi tłumaczyć, pokazują jak oddychać, proponują zmiany pozycji, ale ja czuję, że już nic nie mogę, nie umiem, nie mam siły. Za to zaczynam żartować, grozić im śmiercią jak ”to” się skończy, żarciki sie sypią i w końcu jestem gotowa. Zaczynam czuć o co chodzi w partych, przeklęta macica przestaje boleć, czuję siłę! W między czasie weszliśmy razem z M na łóżko porodowe- dalej na nim wiszę, on już ledwo żyje, ale przez ten poród przejdziemy razem.

Rodzę!!!

o 15.58 rodzę mojego drugiego syna- Ignasia 55cm, 3950g. (2 miuty przed zmianą warty)

Czuję ocean wdzięczności i miłości. 20 miut po wszystki zarzekam się, że już nigdy więcej! Krista uśmiecha się pobłażliwie. Następnego dnia zmieniam zdanie 😉

Po trzech tygodniach nadal wracam do tego przeżycia, codziennie. Było strasznie? Było! Ale wciąż czuję moc, czuję, że przeszłam jakąś granicę. Cały poród odbył się tak jak zaplanowałam i bardzo chciałam- bez interwencji (poza przebiciem pęcherza przed partymi, co było dla mnie dopuszczalne), znieczulenia, przy bardzo czynnym udziale partnera i zaufanej położnej. Wiem, że gdyby nie oni to bym nie dała rady- stali na straży moich pragnień, chociaż ja błagałam o zmianę, o pomoc, przyspieszenie i cesarkę. Mojemu partnerowi na pewno trudno było patrzeć, ale wytrzymał i jestem mu za to dozgonnie wdzięczna. Ja też wytrzymałam i czuję, że wyszłam z tego doświadczenia silniejsza, o wiele silniejsza i spokojniejsza. W moich wspomnieniach poród ten zaczyna się jawić jako coś pięknego, wzmacniającego i wcale nie aż tak strasznego. Magia działa. Zaczynam myśleć o następnym :)

41123ad6ec62bfae9fddcc090bac779e

Poród marzenie!

Diagnoza „brak postępu porodu” pojawia sie w karcie wypisowej pacjentek oddziałów położniczo-noworodkowych nader często. Równie często kobiety, których poród zakńczył się cieciem cesarskim z tego właśnie wskazania, w kolejnej ciąży słyszą deprymujące słowa „nie urodzi Pani” , „marne szanse”. Rzeczywiście, wyniki badań naukowych pokazują, że udany poród drogami natury po cięciu cesarskim jest bardziej prawdopodobny u kobiet, u których cięcie wykonane było np. z powodu położenia miednicowego płodu lub zaburzeń w jego tętnie, a mniej prawdopodobny u kobiet, u których cięcie wykonano z braku postępu porodu. Jest to jednak tylko część prawdy, bowiem brak postępu porodu jest określeniem bardzo niejednorodnym – wiele problemów może się za tą diagnozą kryć. Część z nich może być istotnie niezmienna np. nieprawidłowa budowa miednicy kostnej kobiety. Częściej jednak brak postępu wynika z czynników mogących zmienić się w kolejnej ciąży np. czynnościowa niewspółmierność porodowa, brak postępu porodu z powodów emocjonalnych czy błędy w prowadzeniu porodu (w tym w indukcji). Często potrzeba bardzo wnikliwej i dogłębnej analizy poprzedniego porodu, żeby móc przypuszczać co było przyczyną braku postępu wcześniejszego porodu. Po tymże przydługim wprowadzeniu zapraszam Was do lektury historii Marty.

Kiedy byłam w swojej pierwszej ciąży (w 2012r.) starałam się nie czytać, nie „nakręcać”, bo i tak byłam wszystkim przerażona. Wszystko nowe, wszystko pierwsze… Nie chodziłam do szkoły rodzenia, bo przecież miliony kobiet przede mną rodziło bez szkół i dało radę. Teraz wiem jaki wielki wtedy popełniłam błąd.

Termin miałam na 21.01.2013r., ale cały drugi i trzeci trymestr lekarz ciągle przyspieszał mi termin ze względu na wielkość dziecka. Od 10 stycznia kontrola 2 razy w tygodniu, bo rozwarcie niby na 1 cm i ciągle zapewnienia: „Do następnej wizyty i tak nie dotrzymasz – urodzisz!”. Byłam tym wszystkim okropnie zmęczona, miałam dosyć, a tu nic się nie działo. W końcu mój lekarz (ordynator szpitala) wziął mnie 22.01.2013r. (zaledwie 1 dzień po terminie) na wywołanie. Nie pamiętam dokładnie ile dawek oxy dostałam, ciągle leżałam pod ktg i nic się nie działo. W końcu przyszedł lekarz i powiedział, że trzeba zrobić cesarkę. A ja głupia o nic nie dopytywałam, nie wiedziałam dlaczego i tak się zgodziłam (może podświadomie miałam już tej ciąży dość). Potem na wypisie ze szpitala jako powód cesarki miałam wpisane: „dystocja matczyno-płodowa i brak postępu porodu”. Jak „wyjęli” mojego synka z brzucha to się rozpłakałam, przyłożyli mi go na moment do policzka i zabrali.

Na salę pooperacyjną przywieźli mi maleństwo na 10 minut (i to tylko dlatego, że mąż był ze mną). Pytałam położną czy nie mogę nakarmić malucha to odpowiadała, że po cesarce i tak nie mam pokarmu. Przepłakałam całe popołudnie. Synka przywieźli mi dopiero następnego dnia rano. Nie miałam siły się nim zajmować, wszystko mnie bolało, zanim poniosłam się z łóżka kiedy mały płakał, zdążyła przybiec położna pytając co się dzieje. Czułam się okropnie – fizycznie i psychicznie. Ten okropny dół utrzymywał się ze 3 miesiące. Byłam rozdrażniona, płaczliwa, rozbita, a synek nerwowy i bardzo absorbujący. Nawet to, że walczyłam o wytrwanie w karmieniu piersią (synek dosłownie „rozszarpał” moje brodawki) i wygrałam, nie dawało mi satysfakcji. Nie czułam się kobietą. Przez półtora roku rozpamiętywałam mój poród i ciążyło mi to strasznie. Już wtedy wiedziałam, że jeżeli zajdę w drugą ciążę to spróbuję urodzić naturalnie.

W czerwcu 2015r. potwierdziło się – byłam w ciąży! Już na pierwszej wizycie zapytałam czy będzie możliwy vbac. Lekarz lakonicznie odpowiedział, że jeszcze daleko, jeszcze zobaczymy. Mniej więcej od połowy ciąży, kiedy z usg wynikało, że będzie duża dzidzia (termin przesunięty o dwa tygodnie szybciej), na pytania czy będę mogła rodzić naturalnie, lekarz stwierdził, że będzie cc, a jeżeli chcę rodzić naturalnie to „on się pod tym nie podpisze”. Nie powiem, byłam lekko załamana, ale wiedziałam że jeszcze mam sporo czasu do porodu. Wspomnę jeszcze, że przy okazji drugiego usg prenatalnego już inny lekarz wypytywał mnie o przyczyny cc w pierwszej ciąży i jak usłyszał o braku postępu porodu, to stwierdził, że teraz w 90% scenariusz się powtórzy i nie urodzę naturalnie. Słysząc takie opinie chyba zaczęłam się przyzwyczajać do myśli, że czeka mnie druga cesarka, jednak im bliżej było terminu porodu, to rodził się we mnie jakiś bunt przeciwko temu. Zaczęłam szperać w internecie i trafiłam na stronę www.naturalniepocesarce.pl. To co tam przeczytałam było jak zastrzyk pozytywnej energii. Powiedziałam sobie: „Ja też mogę! To mój poród i JA decyduję!”.

Zaczytałam się w tej stronie bez opamiętania (mój mąż musiał mnie odganiać od komputera, żebym wogóle poszła spać) i dzięki temu dowiedziałam się wielu rzeczy. Postanowiłam, że na następnej wizycie (to był 35 tc) zapytam wprost lekarza dlaczego jego zdaniem konieczna jest cesarka i jakie widzi u mnie przeciwwskazania do porodu naturalnego. Nastawiłam się bojowo i mówię, że chce rodzić naturalnie, a lekarz na to: „To super, nie widzę żadnych przeciwwskazań, dziewczyny rodzą teraz z powodzeniem nawet dzieciaczki z wagą 4200 kg, a przecież nie będziesz rodzić na ulicy, cc zawsze zdążymy zrobić”. Szczęka mi opadła i miałam ochotę wyjść i sprawdzić czy czasem gabinetu nie pomyliłam… Uważam do tej pory, że mój lekarz prowadzący jest świetnym specjalistą (ordynatorem szpitala w którym rodziłam), ale strasznie zakręconym

Ucieszyłam się jak dziecko z tego, że mam zielone światło, ale podczas wizyty nie spodobało się lekarzowi bicie serduszka malucha. Kazał przyjść na drugi dzień rano do szpitala na ktg i dokładne usg. Zapis wyszedł źle, synkowi „wypadało” co drugie-trzecie uderzenie serduszka. Mój doktor jeszcze tego samego dnia umówił mnie na wizytę do innego lekarza, robiącego specjalizację w dziedzinie kardiologii płodu. Nie zapomnę tego dnia do końca życia – przepłakałam cały czas pomiędzy wizytą w szpitalu a wizytą u tego lekarza. Bałam się jak nigdy. Okazało się, że winna wszystkiemu była infekcja górnych dróg oddechowych, którą przechodziłam i nie mogłam do końca wyleczyć (zresztą nie pozbyłam się jej aż do porodu). Skutkiem mojej grypy było zapalenie mięśnia sercowego u dzidzi. Lekarz przeprowadzający to usg stwierdził, że jego zdaniem maleństwo wyleczy się pozostając u mnie w brzuszku (bo z kolei mój doktor myślał o natychmiastowej cesarce). Powiedział mi jeszcze wtedy, że nawet gdyby u dzidzi się nie poprawiało, to nie jest to przeciwwskazanie do porodu siłami natury i on poopiera taki sposób rozwiązania ciąży nawet po pierwszym cc. Trafiłam więc na patologię na „podleczenie”. Dostałam antybiotyk. Kontrolę miałam po tygodniu od usg i zapis ktg oraz kolejne usg pokazały, że mój maluch walczy i jest lepiej! Odetchnęłam z ulgą choć już do porodu miałam robione ktg dwa razy w tygodniu.

Trzy dni przed terminem porodu byłam rano na ktg w szpitalu, zaczęły się pojawiać pojedyncze skurcze. Już w drodze do domu zaczęły się pojawiać coraz częściej, a wieczorem zrobiły się regularne (co 10 minut). Nie przybierały na sile i myślałam, że do rana wytrzymam, ale już ok. 2 w nocy miałam dość. Obudziłam męża, zorganizowaliśmy opiekę dla starszego synka i o 4 nad ranem byliśmy w szpitalu. Bałam się strasznie, że może to być fałszywy alarm. I nie pomyliłam się – rozwarcie ledwo na opuszek (wg lekarza). Załamałam się. Tyle czasu skurcze i zupełnie nic?! Myślałam o powrocie do domu, ale lekarz upierał się żebym została i na wszelki wypadek nic nie jadła, bo może skończyć się cc. I zostałam – sama, bo mąż musiał wracać do starszego dziecka. Na porodówce podpieli mi ktg, zbadała mnie jeszcze położna wg niej rozwarcie na 2 cm.

Po godzinie 8 rano przyszła lekarka, zastępca ordynatora (bo mój doktorek akurat na urlopie) i powiedziała, że mam wysokie CRP (coś ponad 60), że może maluszkowi coś nie odpowiada i da mi jeszcze godzinę i jak nic się nie ruszy to zrobią cesarkę. A ja prawie w płacz, że przecież ktg prawidłowe, a to CRP może wysokie dlatego, że ja jestem chora i na dodatek po antybiotyku miałam opryszczkę na ustach. Powiedziała, że wrócimy do rozmowy za godzinę. W międzyczasie położna przyniosła ankietę dla anestezjologa i widząc moją minę zaczęła mnie pocieszać, że za chwilę zobaczę maleństwo, że może tak będzie dla nas lepiej, a ja wciąż się zapierałam, że pierwsza cesarka była dla mnie traumą i tak marzyłam o porodzie naturalnym. Na dodatek po wyjściu lekarki skurcze zniknęły całkowicie… Gdyby nie wsparcie dziewczyn z „grupy wsparcia naturalnie po cesarce” siedziałabym i płakała. Byłam rozdarta – nie było męża, nie było mojego lekarza. Po godzinie przyszła lekarka, powiedziała, że skoro się tak upieram przy psn to poczekamy do jutra, że przeniosą mnie na oddział żebym sobie odpoczęła. Musiałam też podpisać oświadczenie, że nie wyrażam zgody na cc. Ucieszyłam się, że przestali wywierać na mnie taka presję i dadzą mi szansę spróbować.

Gdy trafiłam na salę na oddziale (było ok. godziny 12.00), odpoczęłam dosłownie chwilę, bo skurcze wróciły. Znów podpieli ktg, skurcze regularne, ale słabe. I znowu usłyszałam: „Proszę nic nie jeść w razie gdyby miało być cc”. A ja nawet nie miałam ochoty na jedzenie. Nie mogłam leżeć, a ok. 16.00 zaczęły mnie dziwnie boleć nogi – dokładnie uda po zewnętrznej stronie. Czułam tam jakby skurcze, nie wiem jak to opisać, bo ból był bardzo silny, trwał 2-3 minuty, potem chwila przerwy i znowu. Nie dawałam rady leżeć ani siedzieć. Masowałam sobie te nogi i „przytulałam” je sobie do kaloryfera, co trochę łagodziło ból. Na wieczornym obchodzie lekarka mnie zbadała i nic nie ruszyło do przodu, a co do bólu nóg, to stwierdziła, że to jakiś rodzaj rwy, że pewnie macica uciska. Nocny dyżur miała bardzo sympatyczna i bezpośrednia położna, ale strasznie przeciwna vbac. Pytała co chcę udowodnić rodząc „dołem”, że już dawno bym leżała z dzieciątkiem a nie tak się męczyła, że cesarka to dużo lepszy sposób rodzenia itp., itd. Pacjentki, z którymi byłam na sali też patrzyły na mnie jak na dziwoląga, któremu dają na tacy cc a on chce poród naturalny. Oj, jak ja miałam naprawdę wtedy wszystkiego dość! Ból nie ustąpił nawet na chwilę przez całą noc więc była to już druga bez snu.. I lekarka i położna mówiły, że nie mogą mi na ten ból nic podać więc tak sobie cierpiałam całą noc, tuląc kaloryfer, klęcząc przed łóżkiem, chodząc po sali. Uda tak bolały, że nie miałam pojęcia czy mam jakieś skurcze czy nie. Gdyby mi wtedy ktoś zaproponował, że mi te nogi odetnie to bym się zgodziła…

Gdy o 6.00 rano przyszła położna (ta sama sympatyczna) i spytała czy mam skurcze to powiedziałam, że nie wiem, ale że jakby mnie brało jakieś parcie. Wzięła mnie na badanie, a tam 4 cm rozwarcia! Potem na porodówkę, lewatywa i po niej przestały mnie boleć te nogi i poczułam skurcze, które były po tym bólu jak ukłucie komara więc drzemałam pomiędzy nimi. O godzinie 8.00 było już 8 cm, potem przyszła ta sama lekarka, która chciała mi robic cc i powiedziała, że mi gratuluje dobrej decyzji, że poród pięknie postępuje i że jestem bardzo mądrą kobietą Przebiła mi pęcherz, odpłynęły czyste wody (było ok. 9.00), potem za chwilę pełne rozwarcie i po ok. 15 minutach parcia powitałam na świecie mojego ukochanego synka!!!(godz. 9.40) Wszystko działo się błyskawicznie, robiłam wszystko to co kazała mi położna i teraz, z perspektywy czasu wogóle nie pamiętam czy to bolało! (pamiętam za to każdą minutę bólu nóg) Byłam tak nakręcona tym, że poród postępuje, że mąż już jedzie (a tak wogóle to nie zdążył na poród), że właśnie spełnia się moje marzenie, że byłam zdziwiona, kiedy nagle mi położyli na piersi moje dzieciątko! Pani doktor, która „nie zdążyła” na sam poród przyszła z okrzykiem „Brawo! Nasza bohaterka!” Ach… Mój, wreszcie mój poród!!! Nie zapomnę tego nigdy, było cudownie! Do tej pory jestem pod wrażeniem tego, jaką siłę mamy w sobie, jak nas pięknie natura stworzyła, że nawet po dwóch dniach i dwóch nocach bez snu (no i bez jedzenia) jesteśmy w stanie dokonywać takich rzeczy. Nigdy nie czułam takiej adrenaliny!

Jeszcze raz dziękuję wszystkim dziewczynom z grupy wsparcia, bo bez Was, bez waszych zaciśniętych wtedy kciuków, nie dałabym rady walczyć. Grupa wsparcia to piękne miejsce, które daje nadzieję i wiarę we własne siły. Wszystkim życzę udanych vbaców!

Michał Jan ur. 03.03.2016r. 3.440 kg i 53 cm