Tag Archive | brak postępu porodu

Rodząc i kochając jestem prawdziwą matką (w pewnym zakątku Polski)

Historia dwóch porodów zakończonych cięciem cesarskim, ale porodów diametralnie różnych. Pierwszy poród – w pełnym zaufaniu do systemu, szpitala, wiedzy i dobrej woli osób tam pracujących – niestety, wydaje się, że poród przez ten system nieuszanowany i spatologizowany. Drugi poród – cudownie świadomy, ze wsparciem, w pełni podmiotowości i decyzyjności. Oto historia Hani:

effort

Hej, mam na imię Hania, chciałam się z Wami podzielić swoją opowieścią o podejściu do VBAC-u. Może od początku…

W swoją pierwszą ciążę zaszłam będąc studentką czwartego roku medycyny. Ciąża przebiegała prawidłowo. Ja pomimo ciągłej ochoty spania, musiałam ostro zakuwać ponieważ jak każdy student medycyny wie, że czwarty rok upływa pod znakiem farmakologii. Tak więc krótki sen, kawa i nauka od 6 rano. Potem kolokwia, szybki obiad, drzemka i kawa, i znów nauka… Moja ciąża nie była odpoczynkiem…

Ale wróćmy do tematu :) Ciąża oprócz niewielkich dolegliwości przebiegała książkowo, aż do 30 Hbd kiedy to w nocy obudziłam się i nie potrafiłam zasnąć z powodu świadu stóp i nóg, które drapałam do krwi. No, więc szybko – badania wizyta u ginekologa, potem pobyt na Oddziale i diagnoza – cholestaza. Brałam leki które niezbyt pomagały, a ja miałąm wrażenie, że tak na prawde to stres nasilał mi świąd…

W 39 Hbd zdałam ustnie egzamin z farmakologii (do dziś pamiętam, że otrzymałam 28 pytań;) i za 3 dni miałam pojawić się w szpitalu w związku z tym, że była to ciąża podwyższonego ryzyka i chcieli mi robić codziennie KTG.

Ślepo wierzyłam, że wszyscy na pewno będą chcieli mi pomóc w SN i nie zrobią mi krzywdy. Wierzyłam w medycynę. Dzisiaj nieco inaczej patrzę na ten temat 😉

Więc dzień po terminie po dwoch dniach zastrzyków tzw. prowokacji przekazano mnie na porodówke z rozwarciem na opuszkę palca, bez akcji skurczowej. Podłączono do OXY. Pojawiły się skurcze, miałam skakać na piłce i chodzić. Wszystko to robiłam, towarzyszył mi mąż, ale rozwarcie postapiło do połtorej palca i koniec. Dowiedzialam sie, że „ordynator nie pozwolił mi wrócić na oddział i że musze dzisiaj urodzić” – dosłownie tak usłyszałam. Wierzyłam w jego dobre intencje. A teraz po prostu wiem że był to czwartek i na piątek mieli juz dużo zaplanowanych innych rzeczy i nie chciał żeby coś się wydarzyło w weeekend na dyżurze, więc tak zdecydował… Ja z całych sił chciałam urodzić SN. Kilkukrotnie mi proponowano cesarke od rana. Ja twardo, że nie i nie… Bóle miałam coraz wieksze, ale rozwarcie stało w miejscu. Zdecydowano, żeby wody puścić. Ja się zgodziłam, nie majac pojecia z czym to sie wiąrze. (Wstyd sie przyznać, że jako studentka medycyny wtedy tak mało wiedziałam, ale ginekologia na studiach jest dopiero na 5 roku). Wody upuszczono -pamiętam tylko straszny ból, ale bóli porodowych jak nie bylo tak nie było. Rozwarcie dalej to samo, wiec o 17:30 zdecydowano o cc. Piszę zdecydowano, ponieważ ja sama nie byłam w stanie podjąć decyzji – byłam tak zmęczona, że niewiele do mnie docierało. Od wieczora dnia poprzedniego nic nie pozwolono mi jeść i pić. Czułam się jak w transie. To Mąż zadecydował.

O 18 nasza córka Zosia była już na świecie. Niestety nie dostałam jej do rąk ani do przytulenia ponieważ spadło mi bardzo ciśnienie tak, że w niektórych momentach „odlatywałam”. Potem już tylko pamietam radość, że córka jest zdrowa oraz straszny ból pooperacyjny na który dostałam tylko pyralginę… aż w to nie potrafię uwierzyć, że to przeżylam… Córkę widziałam dosłownie przez chwilę. I to kolejny cios w serce. Ból. Gdybym urodziła sn miałabym ją tylko dla siebie. A tak – Polska rzeczywistośc, czyli jedna położna na cały oddział położniczy, zero przycisków, żeby ją przywołać, ja na sali poopercyjnej SAMA, i lecą łzy, i chlipie, i wołam, a nikt nie słyszy. Mąż nie mógł zostać – takie mają przepisy. W końcu przychodzi położna z kroplówką – mówi „żeby się nie mazać”, same złote myśli pt: „że trzeba być twardym dla dziecka”, a ja mówię: ale dajcie mi te dziecko tutaj!!! a ona że: zawolam dziewczyny z noworodkow żeby przywiozły. Że tutaj mają takie procedury, i że jak nie przywożą, to dziecko jest zmęczone i śpi. Oczywiscie nie przywiozły… Dostałam ją po 12 godzinach rozłąki o 6:00 rano do pierwszego karmienia i już jej nie oddałam!

Potem dowiedziałam się co to jest zespół popunkcyjny i chodzilam przez kolejne dwa tygodnie po ścianach. Swojej córki, aż trudno mi to powiedzieć, przez długi czas nie potrafiłam pokochać. Wszystko to co się wydarzyło było dla mnie jak straszny sen. Wpadłam w depresję, a każdy dzień rozpamiętywałam co zrobiłam źle, co mogłam zrobić inaczej, i jakby to sie wtedy skończyło. Niestety w trzy tygodnie po rozwiązaniu musiałam zdać kolejny egzamin i spaść na ziemię, więc to dodatkowo mnie „dobiło….”.

Potem studia i wychowywanie córki trzeba było jakoś pogodzić. Bardzo chciałam karmić piersią. Było to dla mnie bardzo ważne. Jestem perfekcjonistką i jak już poród „zawaliłam” to bardzo chciałam przynajmniej tej kwestii nie spieprzyć. Niestety gdy córka miała 2,5 miesiaca ja już musiałąm iść na praktyki, potem rozpoczęły sie studia i moja laktacja coraz to bardziej się zmniejszała. Byłam młoda, miałam niewielką wiedzę na temat porodu i laktacji. Moja mama urodziłą trójkę dzieci bez większych komplikacji (dostała jedynie kroplówkę z OXY do 2 porodów), ale z kolei bardzo krótko karmiła nas piersią. Jak wiadomo wiedza o laktacji i karmieniu piersią w tamtych czasach nie była zbytnio rozpowszechniona.

To kwestia priorytetów życiowych. To emocjonalne sidła. Do dziś, wielokrotnie wracają do mnie te wspomnienia i ten ogromny ŻAL. Ten ból jest jak bumerang.

Narodziny Łucji:

W kolejną ciążę zaszłam w lutym 2015 roku. Bardzo się cieszyłam bo czekałam na nią. Bardzo! Od początku byłam przekonana, że będzie to syn. A tu niespodzianka: znowu dziewczynka 😉 Starsza córka trochę się obraziła bo bardzo chciała „braciska;)”.

Do pracy przestałam chodzić dopiero od poczatku czerwca. Całą ciążę spędziłam bardzo aktywnie. Uprawiając własną grządkę z warzywami przy domu (dla rozrywki:) dodatkowo, zajmując się starszą córką. Od początku czułam to: to bedzie mój VBAC.

Cała ciąża przebiegała książkowo. Zero powikłań. Okresowo tylko infekcje grzybicze pochwy, ale nie kończyło się nigdy na jakiś wyszukanych lekach. Termin z miesiączki 28 październik, ale ja mam dłuższe cykle, więc teoretycznie na 2.11.2015r. W sobotę przed porodem zaliczyłam bardzo intesywne sprzątanie garażu i piwnicy z mężem. W niedziele z kolei wykopki reszty plonów i palenie ogniska :). Dodatkowo od poniedziałku rozpoczęłam picie liści malin, a od dwóch tyg, zażywalam olej z wiesiolka. Każdy dzień raczyłam się waszymi VBAC-owymi historiami. Nie czułam strachu, wyczekiwałam tego bólu narodzin.

Miałam od 36 tyg. bardzo częste i dosyć bolesne skurcze przepowiadające. Jednej nocy myślałam, że już urodzę ponieważ moje skurcze przepowiadające były bardzo regularne. Ale kolejnego dnia na wizycie lekarz mi powiedział, że następnym razem mam wziąć no-spę i do lóżka. Szkoda. Do tematu wracajac. W poniedzialek, oprócz zakwasów, nic mi nie dolegało. Wtorek, też tylko bolesne napinania, ale nieregularne. W środę, w dniu terminu, o 4 rano obudził mnie silny skurcz taki że wyskoczyłam z łóżka, ale dalej nic, potem bolesne napinania. Postanowiłam wybrać się z córka do sąsiadki na kawę. Od rana znowu piłam liście malin. Gdy worciłyśmy karmiłam trochę córkę zupą bo marudziła, i nachyliłam się nad nią do małego stoliczka, i nagle czuje „PYK”i jak mała w brzuchu rozpycha się niemozliwie, ale myślę sobie „nieee, to nie mógł mi pęcherz płodowy pęknać”. Idę do ubikacji i… konsternacja, bo na wkładce mała kropka myślę, że to siku. Idę robić obiad, bo jest 15 mąż wraca z pracy.

Informuję meżą po jego powrocie, że chyba coś nie zaczyna, ale że nie jestem pewna i zaczynam próbować kucać i stawać. I jakaś niewielka ilosc wypływa, i nie wiem co robic. Telefon do znajomej położnej. Przyjeżdża za chwilę bo była w pobliżu. Kładę się i chlust. Teraz mam pewnośc ze wody odchodzą 😉 Bada mnie i mówi, że rozwarcie na opuszek palca, i że słabo to wygląda, bo szyjka całkowicie od kości krzyżowej, choć trochę zgładzona i głowka przyparta do wchodu.

Nie załamuje się i oznajmiam jej, że damy rade. Z powodu tego, że jestem GBS + jadę do szpitala. Skurczy jak nie było, tak nie ma. Tam decyzja żeby podłączyć kroplówkę. Ja się nie zgadzam. W USG wszystko okej. Myślę sobie tak – do rana na pewno wszystko ładnie się przygotuje. O 21 zaczynam podkrwawiać i ból miesiączkowy. Położne mówią: dobrze, damy pani dwie nospy, to szyjka sie rozluźni. W końcu się zgadzam. Do 1 w nocy chodzę, stymuluję brodawki a w międzyczasie modlę się na różańcu. Mowię: Matko Boska pozwól mi urodzić naturalnie! Ale nadal nic skurczy nie ma… Rano wstaję i też nic, ale się nie załamuje. Myślę: pomaluję się i ubiorę ładną koszulę, bo to mój dzień, to dziś na świat przyjdzie Łucja.

Ubrana i umalowana idę na…lewatywę;) Po niej kroplówka i rozpoczynają się piękne skurcze! Tylko co z tego jak trwają maks, 30 sek….są regularne co 5 min, ale krótkie… Wszyscy uspokajają, że jeszcze się rozkręci, że będzie dobrze, więc ja pozytywnie nastawiona cały czas chodzę z kroplówką a wody mi sie sączą. Cały czas się staram – idę pod prysznic, skaczę na piłce, modlę sie, stymuluje sutki, kucam podczas skurczów, ale to nic. Kroplowka dobiega końca, a u mnie skurcze coraz rzadsze i słabsze. Ok 15 lekarz zarządził kolejny lek rozkurczowy poniewaz rozwarcie tylko na 1,5 palca, a szyjka nadal od kości krzyżowej. Po kąpieli skurcze całkowicie znikaja. Przychodzi mąż. Ja płaczę. Ból w sercu. Nie udało się teraz moje ciało juz całkiem zawaliło. Koniec, to kolejna cesarka. Ale jeszcze nadzieja: dają mi relanium i mówią: prześpij się i jeszcze jedna kroplówka. Wiec tak robię. Spać co prawda nie potrafię, ale relaksuje się. Coraz bardziej martwi mnie, że każdy ruch Łucji zaczyna mi sprawiać ból.Brzuszek już bardzo mały mam i wody już tak się nie sączą. W końcu o 21 podłączają kolejną OXY i…..bum bummmm bummmm  – tetno 85/min. Dostaję tlen i na lewy bok, kroplówkę skręcają i tętno wraca. Ale za chwile kolejna próba i tętno 75/min, a potem już niezła tachykardia po skręceniu kroplówki. Bradykardie nie związane były ze skurczami, ponieważ, ich już niestety w ogóle nie było. CRP zaczyna powoli narastać i moja leukocytoza też. Ja jestem coraz bardziej zmęczona. Martwię sie o córke. „Coś” nie daje mi spokoju. Cała ta sytuacja i ten ból, ona taka niespokojna w tym brzuchu… jakby chciała już wyjść. Lekarz proponuje cesarkę, bo obok dziewczyna ubłagała go przy 9 cm na cc. Albo czekać do rana. Wspólnie decydujemy z mężem, że idę na cc po 32 godzinach od odejscia wód plodowych. (Potem w badaniach wyszło, że córka miała już CRP 45 udało się bez antybiotyku, na szczęście).

Baliśmy sie o nią. Na cc słyszę: „Hanka, dobrą decyzję podjęłaś, błony płodowe zielenieją i sie rwą, pęcherz płodowy pękł wysoko”. Córka rodzi sie zdrowa. Dostaję ją żeby pocalować. Jest całkiem inna niż pierwsza córka. Ma jasne włoski, jest cudna. Od razu ją kocham. Jest Moja. Jest Nasza. Wyczekana. Wymodlona.

Po cięciu: błagam żeby mi ją przywieźli do karmienia. Ale mówią, że nie, bo nie ma potrzeby. Całe szczęście tak się rozkrzyczała, że w półtorej godziny po cc mam już ją na sobie całkiem nagą na klatce i karmię ją piersią po raz pierwszy z usmiechem na twarzy. Co 30 min przychodzi położna żeby ją zabrać, a ja do 3 rano proszę,  żeby mi jej nie brała. Jest super. Całkiem inaczej niż po pierwszym cc. Mam koleżankę na sali. Położne są bardzo miłe i uprzejme. I mam swoja Luśkę ze sobą to najważniesze!

Na ranną zmianę przychodzą nowe położne. Niestety. I słyszę, że nie pomoże mi wstać bo jej kregosłup pęknie. No wiecie co! Żeby ręki komuś nie podać, to jest skandal, ale nic zaciskam zęby i od 6 sama już zajmuję sie małą. Nie oddaję jej, mam ją wyłącznie dla siebie, nie chcę żeby mi ją zabrali. Karmię ją na okragło. Wiem jak ważne to jest po cc, żeby prawidłowo od początku karmić, żeby była fajna laktacja. Niestety na wieczor obezwładniające bóle popunkcyjne głowy. Historia lubi sie powtarzać tylko teraz już śmiesznie nie jest, bo wstając prawie mdleję z bólu glowy i tracę sluch. Życie boli. Do tego dusza wyje. Baby blues: i znowu nie urodziłam i płaczę po nocach i łkam w ciszy. Dziewczyna obok kompletnie mnie nie rozumi. Mówi jeśli kolejna ciąża i dziecko to tylko cesraka! A ja mówię, że jej zazdroszcze, że miala te 9 cm, że chcialabym też tak przeżyc poród. Ona puka się po czole i mówi „cesarka – to jest coś!”.

Przychodzi Anioł – położna. Pyta się, o co chodzi. Mówię jej swoja historię. Ona mnie wspiera. Sama przeszła dwie cesarski. Z podobnych powodów. Wspiera mnie. Pozwala sie wypłakać. Oczyszcza moją duszę. Kocham ją za to – Sylwia bardzo Ci dziękuję! To ty przekonałaś mnie, że karmiąc naturalnie mogę nadrobić ten brak. Ty mi też uświadomiłaś. że rodząc i kochając jestem prawdziwą matką.

Zafiksowałam się i karmię, karmię nadal 15 miesieczną Łucyjkę, która dała mi nieźle popalić (od 5 tyg. zaczęły sie kolki, chlustajace wymioty, ulewania, i brak przyrostu masy ciala, ale przekonałam się, że samozaparcie i dążenie do celu jest baaardzo ważne!). Nie miała w ustach butelki, ani innego mleka. Dziewczyny nie dajcie się! Karmienie również jest baaaardzo ważne!

Teraz marzę o VBA2C i tandemowym karmieniu dzieciaków;) Ale wiem, że jeżeli będzie ten VBA2C to na pewno skorzystam z usługi prywatnej położnej lub douli. Czuję, że przy VBAC-u zabrakło mi tego wsparcia. Więc, dziewczyny jeśli się wahacie polecam wam, warto wydać te pieniądze!

Wielu udanych VBAC’ów wam życzę. Jako zagożała fanka tematyki okołoporodowej, perinatologii, neonatologii i hobby’stycznie laktacji, śledzę na bierząco wasze historie i jesteście moją inspiracją! Pamiętajcie nie ważne jak wyjdzie i tak jesteście super!

Moim zdaniem zawsze warto próbować.

Hania

PORÓD PO PRZEBYTYM CIĘCIU CESARSKIM (na podstawie wytycznych RCOG 2015)

AUTORKA: Aleksandra Lewandowskapart_1-2-2
Lekarz rodzinny, nauczyciel naturalnego planowania rodziny, członek Komitetu Upowszechniania Karmienia Piersią i Grupy Wsparcia Naturalnego Karmienia Piersią i Mlekiem Kobiecym, Dawczyni Krwi i Mleka Kobiecego. Mama wesołego synka i córeczki. Miłośniczka eco-life, slow-life, rodzicielstwa bliskości, wsi, rynków osiedlowych i jarmarków. Pasjonatka rowerów (całorocznie), eksperymentowania z dziećmi, karmienia piersią w różnych kulturach i wnętrzarstwa. Katoliczka.

W nawiązaniu do tematu przewodniego niniejszego portalu internetowego z zaciekawieniem przeczytałam artykuł z najnowszego numeru Medycyny Praktycznej – Ginekologii i Położnictwa o tytule jak wyżej. Zainteresowana byłam nie tylko z racji mojej fascynacji (zresztą na kanwie promowania wszystkiego, co naturalne) i zawodowym głębokim przekonaniem do pierwszeństwa porodów fizjologicznych nad zabiegowymi. Byłam ciekawa treści również ze względów osobistych – wszak sama mam „cesarską” przeszłość, a za kilka dni spodziewałam się porodu kolejnego dziecka (bez planowych wskazań do kolejnego cięcia).

Choć chcę się odnieść jedynie do tego właśnie artykułu, należy podkreślić, że ma on charakter wytycznych ustanowionych przez Royal College of Obstetricians and Gynaecologists z października 2015.

Artykuł rozważa wyniki badań naukowych stanowiących za lub przeciw porodom planowym drogą pochwową (vaginal birth after caesarean – VBAC) oraz elektywnym powtórnym cięciom cesarskim (elective repeat caesarean section – ERCS). Jest to niejako odzew na znaczny odsetek porodów zabiegowych (przykładowo w Walii, Irlandii Północnej i Szkocji w latach 2012-2013 wynosił kolejno 27,5, 29,8 i 27,3%). Tymczasem planowy VBAC stanowi bezpieczny klinicznie wybór dla większości kobiet, które przebyły jedno cięcie cesarskie w dolnym odcinku macicy, co ogranicza koszty finansowe oraz powikłania matczyne związane z wielokrotnym wykonywaniem tych operacji. W Australii zorganizowano specjalistyczne przychodnie położnicze ukierunkowane na opiekę nad kobietami, które przebyły cięcie cesarskie. Z założenia placówki te wspierają pacjentki w świadomym podjęciu decyzji o sposobie rozwiązania ciąży. W efekcie zwiększył się odsetek podjętych prób VBAC.

Planowy VBAC można zaproponować większości ciężarnych, które przebyły jedno cięcie cesarskie w sytuacji: ciąży pojedynczej, położenia podłużnego główkowego dziecka, po ukończeniu 37 tygodnia ciąży.

Przeciwskazaniami do VBAC: uprzednie pęknięcie macicy (zwiększone ryzyko powtórnego pęknięcia >=5%), cesarskie cięcie wykonane metodą klasyczną (zwiększone ryzyko pęknięcia macicy; cięcie w kształcie litery T lub J, niskie poziome nacięcie, znaczne, nieumyślne rozdarcie macicy stanowią wskazanie do zachowania szczególnej ostrożności przy podejmowaniu decyzji), ewentualnie powikłana blizna po uprzednim porodzie zabiegowym, inne bezwzględne przeciwskazania do porodu naturalnego, wcześniejsze operacje w obrębie macicy (ryzyko porównywalne co najmniej jak w przypadku VBAC), łożysko przodujące (ryzyko nieprawidłowego położenia łożyska wzrasta z kolejnymi cięciami cesarskimi).

Kobietom, które przebyły co najmniej 2 cięcia cesarskie można zaproponować poród drogą pochwową po konsultacji starszego położnika. Nie stwierdza się znamiennej różnicy w częstości pęknięcia macicy podczas porodu drogą pochwową po co najmniej 2 poprzedzających cięciach cesarskich.

Wskaźnik powodzenia VBAC po 2 cięciach cesarskich wynosi 71,1% (po jednym 72-75%), częstość pęknięcia macicy 1,36%, ryzyko powikłań jest porównywalne jak w przypadku powtórnego cięcia cesarskiego. U kobiet rodzących drogą pochwową po 2 przebytych cięciach cesarskich w porównaniu z kobietami po jednej takiej operacji większe są: częstość wycięcia macicy (56/10000 vs 10/10000) oraz przetoczeń krwi (1,99% vs 1,21%).

Kobiety planujące co najmniej 3 ciąże, które decydują się na ERCS należy poinformować o zwiększonym ryzyku powikłań operacyjnych (łożysko przodujące, łożysko przyrośnięte, konieczność histerektomii – wycięcia macicy), dlatego powinno się promować VBAC.

Do czynników zwiększających ryzyko pęknięcia macicy zalicza się: krótką przerwę między porodami (<12mcy), ciążę przenoszoną, wiek matki min. 40 lat, otyłość, niższą punktację oceniającą dojrzałość szyjki macicy w skali Bishopa, duże wymiary płodu (makrosomia), zmniejszoną grubość blizny (<2mm) po poprzednim cięciu cesarskim (ocena w USG). Jednakże czynniki te nie stanowią przeciwskazania do VBAC. Planowy VBAC wiąże się ze zwiększonym ryzykiem pęknięcia macicy wynoszącym 1/200 przypadków (0,5%) w sytuacji samoistnej czynności skurczowej i 0,54-1,40% gdy doszło do indukcji porodu.

Planowy VBAC i ERCS nie różnił się znacząco pod względem częstości przeprowadzonych histerektomii, występowania powikłań zatorowych, dokonywania przetoczenia krwi, występowania zapalenia błony śluzowej macicy. Próba VBAC zakończona niepowodzeniem w porównaniu z porodem drogą pochwową zakończonym sukcesem zwiększa ryzyko pęknięcia macicy (2,3% vs 0,1%), histerektomii (0,5% vs 0,1%), przetoczenia krwi (3,2% vs 1,2%) i zapalenia błony śluzowej macicy (7,7% vs 1,2%). Histerektomia była konieczna w 14-33% przypadków.

Podczas oczekiwania na samoistną inicjację planowego VBAC w 40 tygodniu ciąży odnotowuje się zwiększone ryzyko zgonu wewnątrzmacicznego o dodatkowe 10/10000 przypadków. Nieznana jest przyczyna tego zjawiska. Zgony okołoporodowe (wewnątrzmaciczne lub noworodka) w sytuacji planowego VBAC wynoszą 4/10000 (0,04%), z czego 1/3 jest spowodowana pęknięciem macicy. ERCS koreluje z ryzykiem zgonu okołoporodowego 1/10000 przypadków. Ryzyko zgonu okołoporodowego dziecka w związku z pęknięciem macicy podczas VBAC  określono na 4,5% lub 2-16% zależnie od badania.

Ryzyko zgonu matki w przypadku VBAC jest równe 4/100000, w ERCS 13/100000. Po ERCS w porównaniu z planowym VBAC występuje zwiększone ryzyko przejściowego tachypnoe (zwiększona częstość oddechów/min) u noworodków (4-5% vs 2-3%) oraz zespołu zaburzeń oddychania (0,5% vs <0,5%).

Powtarzanie ERCS koreluje ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia łożyska przodującego, łożyska przyrośniętego i powikłań operacyjnych (np. histerektomii) podczas następnej ciąży i następnego porodu.

Kobiety po co najmniej jednym porodzie pochwowym są w grupie zwiększonej szansy powodzenia VBAC na poziomie 85-90%. Przebyty poród drogami natury stanowi niezależny czynnik zmniejszający ryzyko pęknięcia macicy.

Indukcja porodu, nieprzebycie w przeszłości porodu drogą pochwową, BMI przekraczające 30, cięcie cesarskie wykonane z powodu zahamowania postępu porodu lub zagrożenia życia dziecka, poprzedni zabieg wykonany ze wskazań nagłych (szczególnie w przypadku indukcji porodu zakończonej niepowodzeniem) są związane ze zwiększonym ryzykiem niepowodzenia VBAC. Stwierdzenie wszystkich czynników ryzyka pozwala oszacować, że VBAC zakończy się powodzeniem w 40% przypadków. Większą szansę powodzenia natomiast dają: wysoki wzrost matki, rasa biała, wiek poniżej 40 lat, BMI mniejszy od 30, ciąża przed 40 tygodniem, urodzeniowa masa ciała <4kg. Szansę tę zwiększają też samoistna inicjacja porodu, potylicowe wstawianie się główki dziecka, wyższa wyjściowa punktacja szyjki macicy w skali Bishopa.

W sytuacji porodu VBAC indukowanego/stymulowanego dochodzi do 2-3 krotnego zwiększania ryzyka pęknięcia macicy i ok. 1,5 krotnego zwiększenia ryzyka cięcia cesarskiego. Poród indukowany mechanicznie (amniotomia-nacięcie błon płodowych, cewnik Foley`a) jest związany z mniejszym ryzykiem rozejścia się blizny niż przy zastosowaniu prostaglandyn.

Planowy VBAC przed terminem porodu ma podobny wskaźnik powodzenia jak planowy VBAC w terminie porodu, ale obarczony jest mniejszym ryzykiem pęknięcia macicy.

Jak to zwykle w medycynie bywa, decyzje co do postępowania klinicznego zawierają w sobie zarówno szansę, jak i ryzyko. Sztuką jest dokonać rozsądnego, „chłodnego” bilansu. W chwili obecnej jestem już niestety po dwóch cięciach cesarskich, jednak artykuł dał mi cień nadziei…

VBAC po 2 nocach przygotowań i 12 godzinach rodzenia (Rzeszów)

Brak postępu porodu – król współczesnych wskazań do cięcia cesarskiego. Wskazanie pod którym wiele się może kryć. Wskazanie często nadużywane i stawiane pochopnie… Może w końcu zbiorę się by napisać na jego temat osobny, wyjaśniający post. Tymczasem, opowieść Ani o tym jak można urodzić naturalnie po cięciu cesarskim z powodu braku postępu porodu.

baby_foot_black_and_white

„Jestem miesiąc przed terminem i popadam w panikę gdzie mam rodzić tak żeby się udało naturalnie”. Od tego moja historia vbac się zaczęła na poważnie.

To, że chcę próbować rodzić sn wiedziałam już po pierwszej cesarce, która odbyła się w 2014 roku. Jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu pytałam położną, co w przypadku drugiej ciąży, czy dostanę pozwolenie na poród naturalny i jaki czas jest potrzebny od porodu do porodu żeby móc próbować. Niestety nie dano mi nadziei. Ja jednak w głowie cały czas miałam niedosyt, że nie udało się naturalnie i że na pewno będę próbować przy kolejnej ciąży. Pierwsza ciąża zakończona cc z powodu braku postępu porodu.

Przez całą drugą ciążę zastanawiałam się czy wybrałam dobrego lekarza, który poprze moją decyzję o próbie porodu naturalnego i do którego szpitala pojechać rodzić. Kogo wziąć ze sobą, żeby mieć dobre wsparcie.

Miesiąc przed terminem opowiedziałam znajomej o swoich wątpliwościach a ona bez zastanowienia poleciła mi konkretny szpital. Sama była po porodzie i miała okazję leżeć z kobietą, której udało sie urodzić po dwóch cesarkach. I tak po nitce do kłębka dotarłam na stronę naturalniepocesarce.pl i do grupy wsparcia.

Wczytywałam się w historie udanych vbac,  rozmawiałam i pytałam dziewczyn, który szpital polecają. Wiele nieprzespanych nocy spędzonych na przemyśleniach. To był stresujący czas. Dotarłam również do douli, która  podpowiadała jak się przygotować do porodu. Wcześniej spotkałam się z prywatną położną. Nie negowała mojej decyzji, ale też nie czułam wsparcia. Raczej odradzała próbę naturalnego porodu i nie dawała większych szans na powodzenie sn.

Ostatecznie podjęłam decyzje o miejscu porodu [Szpital Miejski, Rycerska (przyp. red.)]. Kamień z serca.  Druga decyzja: osobą towarzyszącą będzie mąż i doula. Niestety mąż nie mógł być przy porodzie, ale na szczęście była doula. Wcześniej nie rozumiałam jak można prosić kogoś obcego by towarzyszył przy porodzie i wydawało mi się, że ja na pewno douli mieć nie będę.

Tydzień przed porodem trafiłam do szpitala z powodu złego zapisu ktg. Zero rozwarcia, szyjka długa, słabe, nieregularne skurcze. Codziennie czekałam na rozwój akcji. Zapisy wychodziły prawidłowo, a lekarze uspokajali, że mamy czas. Dwa dni przed porodem zaczęły się mocne skurcze nocne, które nie pozwalały spać. W dzień wszystko się wyciszało. Odszedł czop. Radość moja była wielka. Coś się działo :). Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.

Trzeciej nocy skurcze nie pozwoliły leżeć. Poszłam na salę porodową. Rozwarcie na palec. Trochę byłam przestraszona że za mało i znowu akcja utknie w martwym punkcie. Ale lekarka uspokajała. Dostałam poduszkę i kołdrę żeby móc drzemać.

Skurcze nad ranem zaczęły się wyciszać…Przyszedł lekarz i znowu pocieszał, że się uda. Podano mi oksytocynę. Później przebicie pęcherza płodowego. Szyjka skracała się nie symetrycznie. Poród postępował bardzo powoli i wśród położnych krążyło hasło, że najwyżej zakończymy cesarką. Po ok 11 godz porodu położna zapytała czy na pewno chcę nadal próbować. Widziałam zmęczenie i bezradność w jej oczach. (A uważam, że nie mogłam trafić na lepszą położną.  Otoczyła mnie profesjonalną opieką i wyjątkowym ciepłem). Chciałam się poddać i wbrew temu co myślałam powiedziałam TAK. No i się zaczęło. Doula zachęciła mnie, żebym zeszła z łóżka, żeby się poruszać. Wcale nie miałam już na to siły. Ale posłuchałam. Stałam przy poręczy i ruszałam się w swoim rytmie.
Nadeszły długo oczekiwane bóle parte. Powrót na łóżko. I tu wspaniała praca ze strony personelu. Ciągła zmiana pozycji i motywowanie. Udało się, po 12 godzinach urodziłam synka 3850g i 59cm.

Dziękuję wszystkim którzy pomogli mi tego dokonać, całemu personelowi medycznemu, szczególnie Pani położnej, douli, która była ze mną przez cały poród, za jej ciepło,wspaniały masaż nóg w trakcie skurczów i silną rękę przy bólach partych.

Historia z Trzema Archaniołami w tle (Warszawa)

Znów historia cc z braku postępu porodu. I znów UDANY VBAC!!! Wbrew wróżeniu lekarza, ale za to ze wspaniałym wsparciem bliskich:) Oto opowieść Dobromiły:

31.05.2015 miałam cc z powodu braku postępu porodu… Sączące wody, oxy 24h. Młoda zdrowa 3240g, ale ja dochodziłam do siebie 2mce… Nie rozumiałam jak można chcieć cc z własnego wyboru. Bardzo żałowałam, że nie udało się urodzić SN… Gdy po 7mcach znów zaszłam w ciążę byłam załamana, że znów czeka mnie CC… Ale dowiedziałam się, że jest coś takiego jak VBAC a potem trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia . Gdyby nie to pewnie bym miała CC na zimno przed terminem jak sugerował ginekolog…

Ale do rzeczy Termin miałam na 22.09. W 35tc byłam na USG i pani doktor stwierdziła, że dzidzia już tak nisko ma główkę, że na pewno urodzę wcześniej. Wtedy ważyła ok 2860g czyli nie tak mało. Pani doktor kazała się oszczędzać, ale jak to zrobić mając 15miesięczną niechodzącą córeczkę w domu, więc się raczej nie oszczędzałam 😛 W piątek 23.09. pojechaliśmy na ktg na Żelazną gdzie mnie zbadał pan doktor wzdłuż i w szerz i stwierdził że młoda duża waży ok 4060g i że nie wróży mi porodu sn…

Poryczałam się i załamałam… Pojechałam do rodziców, a rodzice bardzo proVBACowi, bo doskonale wiedzieli co to jest CC, a mama po CC urodziła i mnie, i młodszą siostrę naturalnie Zaczęli mnie pocieszać, wspierać i mówić, że dam radę. Pocieszona i z nową nadzieją postanowiłam poczekać w domu na akcje, mimo, że lekarz sugerował hospitalizacje (na Żelaznej nie było miejsc więc gdzieś indziej).

Powoli zaczęłam się martwić bo 26.09… 27.09.. i nic… Mama poleciła mi ten nieszczęsny olejek rycynowy… Jednak i aptekarka, i znajomi, i ta grupa troszkę podcięła moje chęci do spożycia „koktajlu”. W końcu w środę rano poczułam taki inny ból właśnie jak na miesiączkę w dole brzucha i takie w dole pleców… Zaczęłam się ekscytować czy to już, ale nie ściągałam męża z pracy, bo skurcze były rzadkie . Udało mi się nawet zdrzemnąć w ciągu dnia . Wieczorem o g.19 jak mąż wrócił z pracy włączyliśmy aplikacje „Pora na bobasa”, żeby policzyć skurcze, bo były już naprawdę częste (choć słabe). Okazało się, że co 2 min po 20 sekund . Napisałam do na grupę, potem załatwiłam opiekę dla córeczki, wykąpaliśmy młodą i mnie, dopakowaliśmy torbę i o g.23 wyruszyliśmy z Otwocka do Warszawy . W drodze zadzwoniłam do mojej mamy i moja siostra stwierdziła, że chyba mi skurcze odpuściły bo były co 5 minut. Mama powiedziała żebyśmy w takim razie zajechali do nich na herbatkę na Tarchomin aby akcja się rozkręciła „bo jak teraz pojedziesz to Cię tam pokroją” . Wpadliśmy na herbatkę a tam mama dała mi taki obrazek z Aniołem Stróżem i intencją:) Mama napisała do jednego zakonu z prośbą o modlitwę nowenny do Trzech Archaniołów, których święto przypada 29.09. Nowenna trwała od 20 do 28 września i właśnie w środę przyszedł pocztą ten obrazek z zapewnieniem, że modlitwa w intencji szczęśliwego rozwiązania mojej ciąży została odmówiona Od razu uwierzyłam, że to naprawdę może się stać, że wszyscy się modlą, abym urodziła Klarunię naturalnie i aby wszystko poszło dobrze!

archangels

Ok 1:30 pojechaliśmy na Żelazną (naszukaliśmy się miejsca trochę:P). Od razu nas przyjęto, zaspana Pani doktor zbadała mnie, sprawdziła te wyniki poprzedniego lekarza i potem zrobiła szybkie USG. Powiedziała, że wychodzi jej mniejsza dzidzia niż temu lekarzowi 23.09. ale że główka jest tak nisko że nie da się zmierzyć… Troszkę mnie przestraszyła ale na pytanie „Jak pani chce rodzić” odpowiedziałam twardo „Naturalnie!”. Wszystkie tam panie patrzyły na mnie wielkimi oczami i taka dumna byłam, że robię „wrażenie”:P Przyszła przecudowna pani położna Aneta (nazwisko chyba na G ale nie pamiętam) i zaprowadziła nas do sali orzeszkowej . Tam się przebrałam i czekaliśmy na położną i jej „rozkazy” . Podłączyła mi płyny, KTG, a potem zwymiotowałam (organizm się przygotowywał ). Kazała niestety leżeć i to było dla mnie najgorsze bo skurcze, które nadeszły były tak bolesne i długie, że w życiu takich nie miałam… Zaczęłam wyć jak wilk do księżyca…

Mężuś cały czas był przy mnie i mnie wspierał mimo, że był po dniu w ciężkiej pracy fizycznej 12h i był strasznie zmęczony. Po 3h już zaczęłam błagać o jakieś znieczulenie, ale niestety „nie ma”… Doszło do tego, że zaczęłam mieć myśli czy CC nie było lepszym rozwiązaniem ale tego nie powiedziałam ani razu… Gdy zmieniałam pozycje albo skakałam na piłce było jako tako… najgorzej było na leżąco… W końcu aż piszczałam i czułam, że mi struny głosowe siadają 😛 Ból był PRZEOGROMNY!!! Przynieśli kroplówę oxy i zaczęłam się buntować, że nie chcę i nie… Ale pani położna przekonała mnie że trzeba… Szczerze? Wcale nie widziałam różnicy w bólu:P Gdy były przerwy w skurczach to kładłam głowę i spałam – mężuś to samo . W końcu ok 6 rano zaczęły się parte… I szczerze? Były o wiele mniej bolesne niż te wcześniejsze! Owszem parcie wymaga wysiłku ale przynajmniej czujesz, że działasz ;D O g.7 rano przyszła nowa położna normalnie jak Anioł była tak dla mnie miła, mówiła po imieniu „Dobrusia” i powiedziała, że „Pani zaraz urodzi” .

Normalnie nie mogłam uwierzyć, że tak szybko (choć wcześniej mi się dłużyło :P). Przyszły też jakieś młode położne pomóc, obok trzymał mnie mój mąż, motywował i pomagał dociskać moją głowę do klatki piersiowej, inne położne pomagały dociskać nogi do brzucha Słyszałam miliard miłych słów i tak niesamowicie motywujących. W końcu widziałam, że nowa położna pani „Anioł” coś tam szuka i doskonale rozumiałam czego… Aby mnie naciąć… Ale wiedząc, że córeczka nie jest mała stwierdziłam, że tak trzeba… Niestety bolało przy nacinaniu poczułam taki piekący ból ale wolę to niż CC . I zaraz wyszła śliczna główeńka mojej Klaruni . Jeszcze jeden skurcz i cała Klara była na rękach pani położnej a następnie wylądowała mi na piersiach <3 . Troszkę zrobili panikę bo zielone wody, ale młoda zrobiła po prostu kupkę z wrażenia i już było OK .

Trzymałam moją córeczkę w ramionach i patrzyliśmy na nią z mężem tak szczęśliwi jak nigdy . A tekst mojego męża na końcu sprawił, że miałam ochotę go wycałować. Powiedział: „Widzisz? Urodziliśmy Klarę RAZEM”!!!
K.O.N.I.E.C. <3

Podsumowanie:
Klara Gabriela Pływaczewska
urodzona SN 29.09 (Śwęto Trzech Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała) o g.7:15
Waga:3720g, Wzrost:56cm, 10 punktów apgar

P.S.Porównując poród CC do porodu SN są plusy i minusy ale fakt, że mogę chodzić bez zginana, że mogę się wyprostować, normalnie funkcjonować powoduje, że poród SN WYGRYWA PO CAŁOŚCI! Także NIGDY WIĘCEJ CC!!! VBAC RZĄDZI!!!

Urodziłam zanim dotarło do mnie, że to już się dzieje (Katowice)

Często potrzeba wiele własnej determinacj by urodzić naturalnie po cesarce. Zwłaszcza po cesarce wykonanej z powodu „braku postępu porodu”. A jest to możliwe! Historia Asi jest tego przykładem:

 baby_foot_black_and_white
Trzy lata temu przeszłam cc, którą bardzo źle zniosłam fizycznie i psychicznie. Gdy zaszłam w ciążę po raz drugi, koszmarne wspomnienia wróciły. Przepłakałam dwa tygodnie pewna, że drugiej cesarki nie  przeżyję. Na szczęście trafiłam na stronę naturalniepocesarce i wiedziałam, że muszę spróbować. Wybrałam szpital Leszczyńskiego w Katowicach, bo mam zaufanie do jego lekarzy, a zwłaszcza do ordynatora, dr Świtały.
Zgłosiłam się do szpitala w 38 tc z powodu skurczy i lekarz dyżurny chciał namówić mnie na cc, jednak postanowił zaczekać na decyzję ordynatora. Skurcze minęły, ale zostałam na obserwacji. Następnego dnia ordynator dał mi szansę na pn, ale stwierdził, że szanse sa niewielkie (1 cc z powodu braku postępu porodu, powikłana, blizna 2mm). I tak spędziłam trzy dni w szpitalu, tłumacząc się na każdym obchodzie ze swojej decyzji. Aż we wtorek młoda pani doktor stwierdziła, że to super i ona chce być przy moim porodzie :) Ja zażartowałam, że mogę urodzić na jej dyżurze.
Zaczęły mnie łapać lekkie skurcze, ale sądziłam że to kolejny fałszywy alarm. Godzinę później bardzo rozbolał mnie kręgosłup. Poprosiłam o ktg, ale nie wykazało skurczy. Uznałam to za kolejną ciążową dolegliwość, wzięłam prysznic, zjadłam lody;) Ciągle leżałam na sali i żartowałam ze współlokatorkami. W końcu lekarz zawołał mnie na badanie, ale musiał pobiec na pilne cc. Zbadała mnie położna, którą spotkałam na korytarzu. Najpierw powiedziała mi, że jak boli tylko kręgosłup to na pewno nie rodzę, a za chwilę zrobiła wielkie oczy. Miałam rozwarcie na 6cm i odeszły mi wody. Nie zdążyłam ze znieczuleniem, a bardzo bałam się bólu. Jednak po chwili miałam już skurcze parte, które były o niebo lepsze od bólów krzyżowych. W sumie od odejścia wód bo urodzenia synka minęła niecała godzina. Przy końcówce kibicowało mi chyba z 15 osób.
Najwspanialsze było to, że po wszystkim mogłam przytulić synka, spełniło się moje marzenie o naturalnym porodzie. Udowodniłam sobie, że potrafię, że moje ciało jednak da radę. Mój mąż dojechał do szpitala na samą końcówkę akcji i nie został już wpuszczony na salę, ale oboje byliśmy z tego zadowoleni 😉
Już kilka godzin później sama zajmowałam się synkiem, bez tego potwornego bólu po cc.
Dziś jestem szczęśliwą mamą dwóch synów. Staram się myśleć już tyko o dobrych stronach. Że gdyby nie ta pierwsza cesarka, to nie doceniłabym pełni szczęścia i siły jaką dał mi naturalny poród.
Ale przyznam szczerze, że byłam w szoku, urodziłam zanim dotarło do mnie że to już się dzieje :)

Marzenia się spełniają! (Rzeszów)

Dziś historia bardzo mi bliska – ten sam szpital, w którym miał miejsce mój VBAC, ta sama położna, emocje… Historia pełna nadziei i determinacji. Historia porodu, który „miał się nie udać”. A jednak:) Historia Ani:

Czytając historie porodów na stronie naturalniepocesarce.pl nieśmiało marzyłam o tym, abym ja też mogła podzielić się moją opowieścią o udanym VBAC. No i 08.04.2016r. o godz. 4.10 moje marzenie się spełniło. Ale może zacznę od początku.

W pierwszą ciążę zaszłam w 2012r. Ciąża przebiegała bez żadnych problemów. Wtedy wydawało mi się, że dobrze przygotowuję się do porodu, chodziliśmy z mężem do szkoły rodzenia, gdzie chłonęłam wszystko jak gąbka. Po wizytach tam byłam przekonana, że muszę urodzić naturalnie i karmić piersią, innej opcji  nie brałam pod uwagę. O samym porodzie jakoś nie myślałam, chyba podświadomie bardzo się go bałam. Dziś, dzięki doświadczeniu pierwszego i drugiego porodu oraz wszystkim historiom z tej strony oraz grupie wsparcia na Facebooku wiem jak bardzo się myliłam i że w życiu nie da się niczego zaplanować, a zwłaszcza porodu, bo życie nasze plany i tak zweryfikuje po swojemu.

Ignaś urodził się przez CC 15.02.2013, o godz. 13.00 z wagą 3360g i 57cm długości, po odejściu wód płodowych i 15 godzinach porodu, w czasie którego nie miałam ani jednego skurczu, nawet po oksytocynie. Jako powód CC wpisano brak postępu porodu i zagrażającą infekcję wewnątrzmaciczną. A ja już na sali porodowej podpisując zgodę na CC płakałam, że się nie udało. Do tego po porodzie został od razu nakarmiony butelką i jak mi go przywieźli na salę w ogóle nie chciał złapać piersi. I tu zaczął się dramat. Ja bardzo pragnęłam karmić a w ogóle mi to nie wychodziło. Każda próba przystawienia kończyła się płaczem małego i moim. I gdy już się prawie poddałam mój lekarz podsunął mi pomysł, za co będę mu wdzięczna do końca życia:) Po dwóch i pół miesiąca odciągania pokarmu nadszedł dzień, w którym Ignaś odmówił butelki i wolał pierś.

Zawsze chciałam mieć trzy lata różnicy między dziećmi. I się udało. W 2015r. jestem znowu w ciąży. Znowu wszystko w porządku, dzidziuś rośnie i rozwija się prawidłowo. Ja szczęśliwa, nawet nie zastanawiam się zbytnio nad sposobem porodu. Żyję w przekonaniu, że skoro miałam pierwsze CC to i kolejne na pewno też będzie cięcie. W przekonaniu tym po pierwszym porodzie utwierdził mnie mój lekarz. Początkowo nawet zastanawiałam się jaki dzień wybrać na narodziny mojego drugiego synka, ale im więcej myślałam o pierwszym porodzie, o depresji jaką przeszłam i problemach z karmieniem doszłam do wniosku, że zrobię wszystko aby uniknąć kolejnego CC.

W szpitalu, w którym rodziłam pierwszego synka i chciałam rodzić kolejnego  raczej nieprzychylnie podchodzili do VBAC, dlatego też postanowiłam wykupić tam prywatną opiekę położnej w czasie porodu. Szukając informacji na temat położnych z mojego szpitala na stronie gdzierodzić.info trafiłam na Madzię Hul, i jej stronę  oraz grupę wsparcia na Facebooku. Zaczęłam czytać polecone przez Madzię książki Iny May Gaskin i Ireny Chołuj, a także wszystkie historie na stronie i marzyć aby i mi się udało. Przeprowadziłam też analizę mojego pierwszego porodu i doszłam do wniosku, że po odejściu wód stres zablokował mnie psychicznie i dlatego nie urodziłam. Stwierdziłam, że do drugiego porodu muszę się dobrze przygotować.

Przez połowę ciąży pogłębiałam moją wiedzę na temat porodu, oswajałam się z myślą o nim, tłumaczyłam sobie, że będzie boleć ale warto. Bałam się strasznie, żeby historia pierwszego porodu się nie powtórzyła, gdyż z natury jestem straszną panikarą i obawiałam się, że znowu stres mnie zblokuje. Każdego dnia modliłam się żeby mi się udało i żeby poród nie rozpoczął się odejściem wód. Na każdej wizycie u lekarza toczyłam z nim bój o możliwość porodu SN. On był przeciwny, a ja nieugięta. W końcu ustąpił, dał mi skierowanie do szpitala z adnotacją „stan po cc – chce rodzić sn” oraz stwierdził, że i tak to czy mi pozwolą rodzić naturalnie zależy od lekarza na IP. To samo potwierdziła mi moja położna.

            Termin porodu wypadał na 09.04.2016r. Trzy dni przed terminem mam ostatnią wizytę u lekarza. Szyjka zamknięta, żadnego rozwarcia, na poród się nie zanosi. Lekarz sugeruje CC, ale ja mu dziękuję i mówię że będę czekać aż się zacznie. Mam czas do 15.04. Jeśli do tej pory nie urodzę mam zgłosić się do szpitala. Jeszcze na pocieszenie lekarz mówi mi, że w moim przypadku on nie widzi szans na poród naturalny, bo jestem jak pierworódka – moja szyjka nigdy się nie rozwarła ani nie skróciła, a ja mu odpowiadam, że bardzo bym chciała zrobić mu na złość:), a w duchu myślę sobie, że przecież pierworódki rodzą naturalnie, każda z nas kiedyś nią była, a ja jestem nią „po raz drugi”:).

Troszkę mnie ta wizyta podłamała i następnego dnia rano zadzwoniłam do mojej położnej pani Basi i umówiłam się z nią na spotkanie kolejnego dnia. Akurat miała dyżur w szpitalu i miała mnie zbadać i zrobić KTG. Do południa czułam się jak co dzień, mały fikał w brzuszku jak zawsze , a ja gotowałam obiad i zajmowałam się starszakiem. Po obiedzie jak kładłam Ignasia spać w ogóle nie mogłam leżeć. Czułam jakby mały wpychał mi nogi pod żebra, a brzuch zaczął mi się napinać i twardnieć. Zadzwoniła do mnie koleżanka i zaprosiła na kawkę. Po 17 pojechaliśmy a ja czułam się coraz dziwniej(bo przecież nie wiem jak to jest gdy się poród zaczyna). U koleżanki brzuch dalej się napinał, a nawet zaczęło mi się wydawać, że odczuwam skurcze. Na pytanie koleżanki czy dobrze się czuję zażartowałam, że chyba zaczęłam rodzić, a chwilkę później ok. 18.30 zaczęłyśmy liczyć skurcze. Od razu były regularne, ale niezbyt bolesne co 2 minuty i trwały 30 sekund. Po godzinie skurcze nadal takie same, więc postanawiam wracać do domu. Mąż wraca z pracy i do niego też żartuję, że chyba się zaczęło. Mija kolejna godzina i skurcze nadal takie same. Postanawiam zadzwonić do pani Basi. Ustalamy, że wezmę półgodzinną kąpiel i dwa magnezy i jeśli mi nie przejdzie to jedziemy do szpitala. Jednocześnie czuję ogromne parcie jak na kupę:)

Kąpieli nawet nie zdążyłam wziąć, bo w trakcie napuszczania wody puszcza mi się krew i wtedy znowu jak trzy lata wcześniej wpadam w panikę. Dzwonię do położnej i ona mnie uspokaja, że ta krew może być z rozwierającej się szyjki. Ja jednak jestem już przestraszona i wolę jechać do szpitala. Mówię do męża, że trudno najwyżej mnie pokroją, ale ja już w domu spokojnie nie wysiedzę. Do tego dojazd z Mielca gdzie mieszkamy do szpitala w Rzeszowie zajmie nam godzinę, co by mnie dodatkowo stresowało gdybym została w domu. W czasie drogi liczę skurcze. Dalej są co dwie minuty, ale trwają już ponad 40 sekund. Przestrzegam też Piotrka, że jeśli w trakcie porodu będę prosiła o CC, to ma mnie opierniczać i nie pozwolić się pokroić.

            Na IP jesteśmy po 22, podpinają mnie pod KTG, chwilę później przyjeżdża pani Basia. Skurcze na KTG piszą się ładne, ja leżę uśmiechnięta od ucha do ucha. W między czasie słyszę dyskusję na mój temat. Po badaniu lekarskim okazuje się, że krwawienie jest z szyjki a ja mam już 4cm rozwarcia. Lekarz nie może dokładnie zmierzyć małego, bo główka już jest nisko za spojeniem łonowym. Z innych pomiarów wychodzi mu waga 3500g, a ja głupia się przyznaję, że dzień wcześniej na wizycie mały ważył 3800g. Na szczęście „dostaję pozwolenie” na poród SN i po załatwieniu wszystkich formalności idziemy na salę porodową.

Jest około północy. Ja przeszczęśliwa, bo jak usłyszałam, że mam 4 cm rozwarcia, a skurcze prawie bezbolesne, to mówię do męża, że tak to ja mogę rodzić:) Na sali pani Basia mnie bada i podpina pod KTG. Później idę pod prysznic minimum na pół godziny, ale mi jest tam tak dobrze, że wychodzę dopiero po godzinie. Już pod prysznicem czuję, że skurcze robią się bolesne. Po wyjściu pani Basia mówi, żebym się położyła i mnie bada, jest 6 cm rozwarcia, skurcze robią się już nieznośne. Prosi mnie abym kilka razy parła to pęknie pęcherz. Tak też robię. Odchodzą zielone wody, ja przerażona. Pani Basia mnie uspokaja i  podpina na chwilkę pod KTG, które niestety się przedłuża, bo podczas kolejnego badania okazuje się, że razem z wodami leje się krew i to nie jest krew z szyjki. Pani Basia wzywa lekarza na konsultacje, a ja już leżę załamana, że oto mój VBAC dobiegł końca. Na szczęście KTG jest w porządku i pani doktor nie widzi konieczności CC. Rodzimy dalej.

Leżenie jest okropne, chcę wstać, robi mi się ciemno przed oczami, nie mam siły. Piotrek i pani Basia mi pomagają, a ja nie mogę znaleźć sobie miejsca. Wszędzie jest mi niewygodnie. Chodzić w ogóle nie mogę. Jak już pisałam od początku czułam parcie jak na kupę, to mnie troszkę blokowało przez cały poród i najlepiej mi było po prostu na kibelku, dlatego też zażyczyłam sobie, że tam właśnie chcę:) I tak podpięta pod KTG skurcze od 6 do 10cm spędzam na kibelku:) W końcu mamy pełnie rozwarcie, zaczynamy przeć. Początkowo nie bardzo mi wychodzi i w pewnym momencie stwierdzam, że już nie dam rady i nie potrafię. Pani Basia mnie motywuje, mąż także. Jest lepiej.

Faza parta trwa 40 min a ja mam wrażenie, że to wieki. W końcu zniecierpliwiona pytam czy to się kiedyś skończy. Nadchodzi kolejny kryzys i tu znów pani Basia jest nieoceniona. Jej słowa „Dalej Ania pięknie rodzisz” po prostu dodały mi skrzydeł.  Wreszcie po tych „wiecznych” 40 min parcia, a łącznie po 9 godzinach i 10 minutach od pierwszych skurczy o 4.10 rodzę mojego synka Bartusia – 3800g, 57cm. Mały ląduje na moich piersiach. A ja nawet nie potrafię opisać tego co czuję, niesamowite szczęście, wprost euforia. Kiedy mały się wyślizguję ja przeszczęśliwa mówię do męża: „udało się!” i wyznaję mu miłość. Piotrek przecina pępowinę, ja oczywiście ciekawska oglądam jak wygląda łożysko:) Później pani Basia pomaga mi przystawić małego do piersi i mamy dwie godziny tylko dla siebie: ja, mąż i nasz maluszek.

IMG_6476

            Brak mi słów, aby opisać moje uczucia. Do tej pory na wspomnienie porodu cieszy mi się buzia. Po porodzie czułam się wspaniale. Teraz też czuję się wspaniale, zupełnie inaczej niż po cięciu. Wiem, że gdyby nie mąż, który przez cały poród mnie wspierał i trzymał za rękę, który nie pozwolił, żebym dała się pokroić, choć trzy razy wołałam o CC i gdyby nie pani Basia to chyba bym nie dała rady urodzić. Wiem również, że gdybym  nie trafiła na tę stronę, nie przeczytała tylu wspaniałych historii i nie dowiedziała się wielu przydatnych rzeczy to by się nie udało. Według mnie rodzaj porodu ma znaczenie zarówno dla zdrowia dzieciątka jak i mamusi. Ja po porodzie naturalnym czuję się świetnie, co prawda przez dwa pierwsze dni czułam lekki dyskomfort, gdyż troszeczkę pękłam i trzeba było założyć trzy szwy, ale to jest nic w porównaniu do bólu po cesarce. A zobaczyć minę lekarza, który w dzień porodu przyszedł mi pogratulować i usłyszał – „A widzi pan zrobiłam panu na złość” – bezcenne:) Bo przecież nie można z góry zakładać, że się nie uda. W nas kobietach drzemie niezwykła siła i determinacja.

Już zawsze chcę rodzić naturalnie! (Wrocław)

Historia Kasi, która rozegrała się półtora roku temu w jednym w wrocławskich szpitali – naturalny poród po cięciu cesarskim wykonanym z powodu wysokiego prostego stania główki. Oto opowieść spisana niedługo po tym porodzie:

Było tak, że w piątą dobę po terminie byłam już przygotowana na sobotnie stawienie się w szpitalu na Kamieńskiego we Wrocławiu na zaleconą kontrolę ze skierowaniem, która najprawdopodobniej oznaczałaby zatrzymanie mnie na oddziale patologii, czemu nie zamierzałam się sprzeciwiać. Należę chyba do osób, którym pobyt w szpitalu daje poczucie bezpieczeństwa. Poza tym, miałam już troszkę dość toczenia kuli. Zwyczajnie chciałam poleżeć, ułożyć arbuza na miękkim łóżku i czekać :] Niewiele wskazywało na zbliżający się poród, w zasadzie nic. Czułam się nie gorzej niż wcześniej, skurcze przepowiadające prawie zaniknęły. Stan taki trwał już od dobrego tygodnia, troche się martwiłam o ruchy dziecka. Naprawdę, sama nie wierzyłam, że ruszy się samo, godziłam się w myślach na lekką próbę oksytocynową, albo od razu cc.

W czwartek około północy zaczęło mnie kręcić jak na okres, ledwo. Patrzyłam na zegarek, nic nie  mówiąc ani mężowi ani stacjonującej u nas w pogotowiu dla córki Anielki mamie. Po czwartym czy piątym skurczu w odstępie pięciu minut postanowiłam pogadać z mamą, która poradziła obudzić męża. Zebraliśmy się na spokojnie, wzięłam prysznic, ogoliłam nogi, skurcze ledwo ledwo dalej, pojechalismy słuchając muzyki i śmiejąc się z tego co nas czeka. Na izbie młyn, ja uśmiechnięta, spotykam mojego prowadzącego, prosi o cierpliwość, bo okropny przypadek, spoko, czekam 😉 Zbadano mnie po dwóch pacjentkach z większymi bólami (miałam już rozwarcie na 2-3 cm i nadal czułam się bardzo dobrze). Dopiero wtedy położne się dowiedziały, że jestem po cięciu i chcę rodzić naturalnie drugie dziecko. Wow, naprawdę nie myślałam, że to może robić na ludziach tak pozytywne wrażenie :) Czułam się nawet trochę skrępowana, bo nie uważałam tej decyzji za bohaterską… dlaczego? Teraz mogę się i Wam przyznać;) – szczerze powiedziawszy, liczyłam w duchu na cesarkę:] Cieszyłam się na postępującą akcję, że Kazik w brzuchu czuje, że szykuje się zadyma, że nie będzie zdziwiony, ale liczyłam na powtórkę z rozrywki, na słynną „tendencję do wysokiego prostego”, które zakańcza poród na bloku operacyjnym przy pełnym rozwarciu z powodu niezstępowania główki do kanału rodnego. Powiem więcej, ja napawdę nie wierzyłam, że mogę urodzić… przez całą ciążę chyba… no i mnie za ten pesymizm srogo „pokarało” :] Trafiłam na ekipę, która wzięła mnie za rogi, nie zważając na nic (poza dobrem moim i Kazika), doprowadzili dziecko na ten świat jak Pan Bóg to stworzył w pierwotnym zamyśle:]

Rozwarcie poszło piorunem (wtedy już bolało, ale mniej krzyczałam niż dwa lata wcześniej na oksytocynie;) Około czwartej odczułam pierwsze bóle parte. Okazało się, że rzeczywiście mam tendencję do wysokiego prostego, zostałam zapewniona dość szybko, że nie będę katowana, w razie czego jedziemy na blok. Ufff, pomyślałam i trochę lepiej mi się znosiło kolejnych parę skurczy, po których mieliśmy „zobaczyć jak będzie”. Po tych paru skurczach kazano mi poczekać jeszcze parę, położna wykazała się wobec mnie stalowymi nerwami, prosiłam o blok operacyjny już po każdym skurczu… nie byłam dzielna;) Byłam nieznośna i sama sobie spuściłabym manto w kilku momentach. Bycie położną to jest naprawdę jakaś supermoc, wiedziałam to po ostatnim porodzie, teraz wiem to jeszcze bardziej.

Faza parta trwała ponad dwie godziny, praktycznie przez cały czas była ze mną położna, Violetta Juda (znałam ją zresztą, dwa lata wcześniej asystowała mi przy dużej części rodzenia córki Anieli), mój lekarz prowadzący, dr Artur Wysocki, i dr Katarzyna Tomczyk, którą dopiero poznałam. Nie wykupowałam porodu na wyłączność, a czułam się jak gwiazda :] To oczywiście żart, ale naprawdę, to chyba nie jest porodowy standard – zapierałam się na lekarzu z jednej i położnej z drugiej strony, naprawdę pocili się razem ze mną i śmiało mogę powiedzieć, że na moim VBACu zależało im bardziej niż mi samej :]

Kazimierz przyszedł na świat 19.09.2014. Ważył 3660g, 590 g więcej od swojej starszej siostry. Wyszedł w niezłym stylu, wystawił najpierw pyszczek zamiast czubka głowy, zaraz po tym okazało się, że trzyma rączkę wysoko przy uchu, a na domiar wszystkiego rączka ta przywiązana jest do jego szyjki pępowiną, która przyprawiła go o nieco siny kolor 😉 Odkręcony z tego swojego sznurka wylądował mi na pustym już prawie brzuchu… nie leżał tam długo, ale wystarczy. Byłam jak oczadziała, cała się trzęsłam, dziękowałam, nie wierzyłam w to co się stało tym bardziej, że wcześniej mało wierzyłam, że stać to się może.

Kazik dostał 9 pktów, leży właśnie obok spokojny jak Aniołek, a ja mam łzy w oczach i dziękuję Bogu i wszystkim, którzy mi pomogli, za to, że mogę teraz o tym opowiadać…

Już zawsze chcę rodzić naturalnie!

Pozdrawiam Was i życzę większej niż moja wiary lub/i takich ludzi, jakich ja spotkałam na swojej drodze do porodu naturalnego.
Kasia

Poród marzenie!

Diagnoza „brak postępu porodu” pojawia sie w karcie wypisowej pacjentek oddziałów położniczo-noworodkowych nader często. Równie często kobiety, których poród zakńczył się cieciem cesarskim z tego właśnie wskazania, w kolejnej ciąży słyszą deprymujące słowa „nie urodzi Pani” , „marne szanse”. Rzeczywiście, wyniki badań naukowych pokazują, że udany poród drogami natury po cięciu cesarskim jest bardziej prawdopodobny u kobiet, u których cięcie wykonane było np. z powodu położenia miednicowego płodu lub zaburzeń w jego tętnie, a mniej prawdopodobny u kobiet, u których cięcie wykonano z braku postępu porodu. Jest to jednak tylko część prawdy, bowiem brak postępu porodu jest określeniem bardzo niejednorodnym – wiele problemów może się za tą diagnozą kryć. Część z nich może być istotnie niezmienna np. nieprawidłowa budowa miednicy kostnej kobiety. Częściej jednak brak postępu wynika z czynników mogących zmienić się w kolejnej ciąży np. czynnościowa niewspółmierność porodowa, brak postępu porodu z powodów emocjonalnych czy błędy w prowadzeniu porodu (w tym w indukcji). Często potrzeba bardzo wnikliwej i dogłębnej analizy poprzedniego porodu, żeby móc przypuszczać co było przyczyną braku postępu wcześniejszego porodu. Po tymże przydługim wprowadzeniu zapraszam Was do lektury historii Marty.

Kiedy byłam w swojej pierwszej ciąży (w 2012r.) starałam się nie czytać, nie „nakręcać”, bo i tak byłam wszystkim przerażona. Wszystko nowe, wszystko pierwsze… Nie chodziłam do szkoły rodzenia, bo przecież miliony kobiet przede mną rodziło bez szkół i dało radę. Teraz wiem jaki wielki wtedy popełniłam błąd.

Termin miałam na 21.01.2013r., ale cały drugi i trzeci trymestr lekarz ciągle przyspieszał mi termin ze względu na wielkość dziecka. Od 10 stycznia kontrola 2 razy w tygodniu, bo rozwarcie niby na 1 cm i ciągle zapewnienia: „Do następnej wizyty i tak nie dotrzymasz – urodzisz!”. Byłam tym wszystkim okropnie zmęczona, miałam dosyć, a tu nic się nie działo. W końcu mój lekarz (ordynator szpitala) wziął mnie 22.01.2013r. (zaledwie 1 dzień po terminie) na wywołanie. Nie pamiętam dokładnie ile dawek oxy dostałam, ciągle leżałam pod ktg i nic się nie działo. W końcu przyszedł lekarz i powiedział, że trzeba zrobić cesarkę. A ja głupia o nic nie dopytywałam, nie wiedziałam dlaczego i tak się zgodziłam (może podświadomie miałam już tej ciąży dość). Potem na wypisie ze szpitala jako powód cesarki miałam wpisane: „dystocja matczyno-płodowa i brak postępu porodu”. Jak „wyjęli” mojego synka z brzucha to się rozpłakałam, przyłożyli mi go na moment do policzka i zabrali.

Na salę pooperacyjną przywieźli mi maleństwo na 10 minut (i to tylko dlatego, że mąż był ze mną). Pytałam położną czy nie mogę nakarmić malucha to odpowiadała, że po cesarce i tak nie mam pokarmu. Przepłakałam całe popołudnie. Synka przywieźli mi dopiero następnego dnia rano. Nie miałam siły się nim zajmować, wszystko mnie bolało, zanim poniosłam się z łóżka kiedy mały płakał, zdążyła przybiec położna pytając co się dzieje. Czułam się okropnie – fizycznie i psychicznie. Ten okropny dół utrzymywał się ze 3 miesiące. Byłam rozdrażniona, płaczliwa, rozbita, a synek nerwowy i bardzo absorbujący. Nawet to, że walczyłam o wytrwanie w karmieniu piersią (synek dosłownie „rozszarpał” moje brodawki) i wygrałam, nie dawało mi satysfakcji. Nie czułam się kobietą. Przez półtora roku rozpamiętywałam mój poród i ciążyło mi to strasznie. Już wtedy wiedziałam, że jeżeli zajdę w drugą ciążę to spróbuję urodzić naturalnie.

W czerwcu 2015r. potwierdziło się – byłam w ciąży! Już na pierwszej wizycie zapytałam czy będzie możliwy vbac. Lekarz lakonicznie odpowiedział, że jeszcze daleko, jeszcze zobaczymy. Mniej więcej od połowy ciąży, kiedy z usg wynikało, że będzie duża dzidzia (termin przesunięty o dwa tygodnie szybciej), na pytania czy będę mogła rodzić naturalnie, lekarz stwierdził, że będzie cc, a jeżeli chcę rodzić naturalnie to „on się pod tym nie podpisze”. Nie powiem, byłam lekko załamana, ale wiedziałam że jeszcze mam sporo czasu do porodu. Wspomnę jeszcze, że przy okazji drugiego usg prenatalnego już inny lekarz wypytywał mnie o przyczyny cc w pierwszej ciąży i jak usłyszał o braku postępu porodu, to stwierdził, że teraz w 90% scenariusz się powtórzy i nie urodzę naturalnie. Słysząc takie opinie chyba zaczęłam się przyzwyczajać do myśli, że czeka mnie druga cesarka, jednak im bliżej było terminu porodu, to rodził się we mnie jakiś bunt przeciwko temu. Zaczęłam szperać w internecie i trafiłam na stronę www.naturalniepocesarce.pl. To co tam przeczytałam było jak zastrzyk pozytywnej energii. Powiedziałam sobie: „Ja też mogę! To mój poród i JA decyduję!”.

Zaczytałam się w tej stronie bez opamiętania (mój mąż musiał mnie odganiać od komputera, żebym wogóle poszła spać) i dzięki temu dowiedziałam się wielu rzeczy. Postanowiłam, że na następnej wizycie (to był 35 tc) zapytam wprost lekarza dlaczego jego zdaniem konieczna jest cesarka i jakie widzi u mnie przeciwwskazania do porodu naturalnego. Nastawiłam się bojowo i mówię, że chce rodzić naturalnie, a lekarz na to: „To super, nie widzę żadnych przeciwwskazań, dziewczyny rodzą teraz z powodzeniem nawet dzieciaczki z wagą 4200 kg, a przecież nie będziesz rodzić na ulicy, cc zawsze zdążymy zrobić”. Szczęka mi opadła i miałam ochotę wyjść i sprawdzić czy czasem gabinetu nie pomyliłam… Uważam do tej pory, że mój lekarz prowadzący jest świetnym specjalistą (ordynatorem szpitala w którym rodziłam), ale strasznie zakręconym

Ucieszyłam się jak dziecko z tego, że mam zielone światło, ale podczas wizyty nie spodobało się lekarzowi bicie serduszka malucha. Kazał przyjść na drugi dzień rano do szpitala na ktg i dokładne usg. Zapis wyszedł źle, synkowi „wypadało” co drugie-trzecie uderzenie serduszka. Mój doktor jeszcze tego samego dnia umówił mnie na wizytę do innego lekarza, robiącego specjalizację w dziedzinie kardiologii płodu. Nie zapomnę tego dnia do końca życia – przepłakałam cały czas pomiędzy wizytą w szpitalu a wizytą u tego lekarza. Bałam się jak nigdy. Okazało się, że winna wszystkiemu była infekcja górnych dróg oddechowych, którą przechodziłam i nie mogłam do końca wyleczyć (zresztą nie pozbyłam się jej aż do porodu). Skutkiem mojej grypy było zapalenie mięśnia sercowego u dzidzi. Lekarz przeprowadzający to usg stwierdził, że jego zdaniem maleństwo wyleczy się pozostając u mnie w brzuszku (bo z kolei mój doktor myślał o natychmiastowej cesarce). Powiedział mi jeszcze wtedy, że nawet gdyby u dzidzi się nie poprawiało, to nie jest to przeciwwskazanie do porodu siłami natury i on poopiera taki sposób rozwiązania ciąży nawet po pierwszym cc. Trafiłam więc na patologię na „podleczenie”. Dostałam antybiotyk. Kontrolę miałam po tygodniu od usg i zapis ktg oraz kolejne usg pokazały, że mój maluch walczy i jest lepiej! Odetchnęłam z ulgą choć już do porodu miałam robione ktg dwa razy w tygodniu.

Trzy dni przed terminem porodu byłam rano na ktg w szpitalu, zaczęły się pojawiać pojedyncze skurcze. Już w drodze do domu zaczęły się pojawiać coraz częściej, a wieczorem zrobiły się regularne (co 10 minut). Nie przybierały na sile i myślałam, że do rana wytrzymam, ale już ok. 2 w nocy miałam dość. Obudziłam męża, zorganizowaliśmy opiekę dla starszego synka i o 4 nad ranem byliśmy w szpitalu. Bałam się strasznie, że może to być fałszywy alarm. I nie pomyliłam się – rozwarcie ledwo na opuszek (wg lekarza). Załamałam się. Tyle czasu skurcze i zupełnie nic?! Myślałam o powrocie do domu, ale lekarz upierał się żebym została i na wszelki wypadek nic nie jadła, bo może skończyć się cc. I zostałam – sama, bo mąż musiał wracać do starszego dziecka. Na porodówce podpieli mi ktg, zbadała mnie jeszcze położna wg niej rozwarcie na 2 cm.

Po godzinie 8 rano przyszła lekarka, zastępca ordynatora (bo mój doktorek akurat na urlopie) i powiedziała, że mam wysokie CRP (coś ponad 60), że może maluszkowi coś nie odpowiada i da mi jeszcze godzinę i jak nic się nie ruszy to zrobią cesarkę. A ja prawie w płacz, że przecież ktg prawidłowe, a to CRP może wysokie dlatego, że ja jestem chora i na dodatek po antybiotyku miałam opryszczkę na ustach. Powiedziała, że wrócimy do rozmowy za godzinę. W międzyczasie położna przyniosła ankietę dla anestezjologa i widząc moją minę zaczęła mnie pocieszać, że za chwilę zobaczę maleństwo, że może tak będzie dla nas lepiej, a ja wciąż się zapierałam, że pierwsza cesarka była dla mnie traumą i tak marzyłam o porodzie naturalnym. Na dodatek po wyjściu lekarki skurcze zniknęły całkowicie… Gdyby nie wsparcie dziewczyn z „grupy wsparcia naturalnie po cesarce” siedziałabym i płakała. Byłam rozdarta – nie było męża, nie było mojego lekarza. Po godzinie przyszła lekarka, powiedziała, że skoro się tak upieram przy psn to poczekamy do jutra, że przeniosą mnie na oddział żebym sobie odpoczęła. Musiałam też podpisać oświadczenie, że nie wyrażam zgody na cc. Ucieszyłam się, że przestali wywierać na mnie taka presję i dadzą mi szansę spróbować.

Gdy trafiłam na salę na oddziale (było ok. godziny 12.00), odpoczęłam dosłownie chwilę, bo skurcze wróciły. Znów podpieli ktg, skurcze regularne, ale słabe. I znowu usłyszałam: „Proszę nic nie jeść w razie gdyby miało być cc”. A ja nawet nie miałam ochoty na jedzenie. Nie mogłam leżeć, a ok. 16.00 zaczęły mnie dziwnie boleć nogi – dokładnie uda po zewnętrznej stronie. Czułam tam jakby skurcze, nie wiem jak to opisać, bo ból był bardzo silny, trwał 2-3 minuty, potem chwila przerwy i znowu. Nie dawałam rady leżeć ani siedzieć. Masowałam sobie te nogi i „przytulałam” je sobie do kaloryfera, co trochę łagodziło ból. Na wieczornym obchodzie lekarka mnie zbadała i nic nie ruszyło do przodu, a co do bólu nóg, to stwierdziła, że to jakiś rodzaj rwy, że pewnie macica uciska. Nocny dyżur miała bardzo sympatyczna i bezpośrednia położna, ale strasznie przeciwna vbac. Pytała co chcę udowodnić rodząc „dołem”, że już dawno bym leżała z dzieciątkiem a nie tak się męczyła, że cesarka to dużo lepszy sposób rodzenia itp., itd. Pacjentki, z którymi byłam na sali też patrzyły na mnie jak na dziwoląga, któremu dają na tacy cc a on chce poród naturalny. Oj, jak ja miałam naprawdę wtedy wszystkiego dość! Ból nie ustąpił nawet na chwilę przez całą noc więc była to już druga bez snu.. I lekarka i położna mówiły, że nie mogą mi na ten ból nic podać więc tak sobie cierpiałam całą noc, tuląc kaloryfer, klęcząc przed łóżkiem, chodząc po sali. Uda tak bolały, że nie miałam pojęcia czy mam jakieś skurcze czy nie. Gdyby mi wtedy ktoś zaproponował, że mi te nogi odetnie to bym się zgodziła…

Gdy o 6.00 rano przyszła położna (ta sama sympatyczna) i spytała czy mam skurcze to powiedziałam, że nie wiem, ale że jakby mnie brało jakieś parcie. Wzięła mnie na badanie, a tam 4 cm rozwarcia! Potem na porodówkę, lewatywa i po niej przestały mnie boleć te nogi i poczułam skurcze, które były po tym bólu jak ukłucie komara więc drzemałam pomiędzy nimi. O godzinie 8.00 było już 8 cm, potem przyszła ta sama lekarka, która chciała mi robic cc i powiedziała, że mi gratuluje dobrej decyzji, że poród pięknie postępuje i że jestem bardzo mądrą kobietą Przebiła mi pęcherz, odpłynęły czyste wody (było ok. 9.00), potem za chwilę pełne rozwarcie i po ok. 15 minutach parcia powitałam na świecie mojego ukochanego synka!!!(godz. 9.40) Wszystko działo się błyskawicznie, robiłam wszystko to co kazała mi położna i teraz, z perspektywy czasu wogóle nie pamiętam czy to bolało! (pamiętam za to każdą minutę bólu nóg) Byłam tak nakręcona tym, że poród postępuje, że mąż już jedzie (a tak wogóle to nie zdążył na poród), że właśnie spełnia się moje marzenie, że byłam zdziwiona, kiedy nagle mi położyli na piersi moje dzieciątko! Pani doktor, która „nie zdążyła” na sam poród przyszła z okrzykiem „Brawo! Nasza bohaterka!” Ach… Mój, wreszcie mój poród!!! Nie zapomnę tego nigdy, było cudownie! Do tej pory jestem pod wrażeniem tego, jaką siłę mamy w sobie, jak nas pięknie natura stworzyła, że nawet po dwóch dniach i dwóch nocach bez snu (no i bez jedzenia) jesteśmy w stanie dokonywać takich rzeczy. Nigdy nie czułam takiej adrenaliny!

Jeszcze raz dziękuję wszystkim dziewczynom z grupy wsparcia, bo bez Was, bez waszych zaciśniętych wtedy kciuków, nie dałabym rady walczyć. Grupa wsparcia to piękne miejsce, które daje nadzieję i wiarę we własne siły. Wszystkim życzę udanych vbaców!

Michał Jan ur. 03.03.2016r. 3.440 kg i 53 cm