Tag Archive | doula

Cudowny vba2c Lilianny ♥ – Rzeszów Rycerska 18.12.2016

Autorkę i zarazem bohaterkę dzisiejszej historii możnaby utytułować mianem Miss Determinacji i Cierpliwości. To właśnie w ogromnej mierze dzięki tym dwóm przymiotom charakteru swojej Mamy mała Lilianna dostała szansę by wybrać sobie dzień i sposób swoich narodzin. A ja miałam ten zaszczyt, by w tych narodzinach uczestniczyć  ♥. Oto opowieść Eweliny – przygotujcie się na prawdziwy porodowy kalejdoskop emocji:

W PORPZEDNICH ODCINKACH…

Cofnjjmy się na chwilę do roku 2011. Pierwsza ciąża, termin na 2 października. Z usg syn wychodził większy o tydzień, toteż nie zdziwiło mnie gdy 24 września nadeszły skurcze regularne co 5 min i lekko bolesne. Ja, pierworódka, posłuchałam rad bliskich i pojechałam do szpitala. Na porodówce zbadano mnie, ale rozwarcia nie było więc przeniesiono mnie na patologie i tam spędziłam magiczne 3 nfz-owskie doby. Wypisano mnie 27 września, a jeszcze tej samej nocy ok godz. 2.00 wróciłam na porodówkę z 3cm rozwarcia. Dalej było typowo, rozwarcie nie postępowało, o godzinie 6 było 4cm, więc zdecydowano o oxy. Po oxy był hardkor, dostałam jakiś środek przeciwbólowy, potem gaz. W międzyczasie przebito pęcherz płodowy. Nie miałam siły się ruszać, mogłam tylko leżeć. Tak przeleżałam w bólach do 13.30. Następnie lekarz zbadał mnie i stwierdził 9,5cm rozwarcia. Ja już czułam parte, ale główka się nie wstawiła do kanału i zaczęły się spadki tętna. I tak po prawie 12h porodu wylądowałam na stole. Wtedy byłam wdzięczna że to koniec i że syn urodził się zdrowy. 3850g 56cm główka 34cm. Ja cesarke zniosłam dobrze ale czułam niedosyt.

Drugi poród to lipiec 2014. Termin miałam na 3 lipca wg om (wg usg 7.07), od początku do gina mówiłam, że chcę próbować naturalnie. Mówił, że zobaczymy, będziemy badać bliznę, i że najlepiej do terminu porodu i jeśli dziecko będzie nie za duże. Miałam się stawić u niego w dniu tp. Córka niestety przed terminem wyjść nie chciała. Poszłam więc na wizytę i usłyszałam: „To co, cesarka?” Koniec końców umówiłam się na szpital następnego dnia i cc na  dzień kolejny. Przy przyjęciu do szpitala ordynator dał mi jeszcze weekend na rozkręcenie, ale nic się nie działo a atmosfera szpitala działała na mnie depresyjnie. W końcu 8 lipca o godz. 10.35 urodziła się córka 3950g 60cm główka 36 cm. Wszyscy zarówno lekarze, położne oraz moi bliscy mówili, że dobrze się stało, że dziecko duże, że mógłby się powtórzyć scenariusz z pierwszego porodu. To na chwilę uleczyło mój żal do siebie, żal i niedosyt. Wtedy nie wiedziałam że można inaczej, że można lepiej, że można nie na zimno. Drugą cc przeżyłam gorzej i stwierdziłam, że nie chcę nigdy więcej.

Gdzieś po roku od drugiej cc, ktoś na grupie chustowej wspomniał o grupie Naturalnie po cesarce. Wiedziałam, że będziemy się starać o trzecie dziecko więc dołączyłam do tej grupy i od tej pory poszerzałam swoją wiedzę.
Post Basi, która urodziła naturalnie po dwóch cesarkach, i to w Rzeszowie (nie tak daleko ode mnie), dodał mi skrzydeł i wzbudził nadzieje. Jeśli jej sie udało to i mnie może – myślałam i od tamtej pory przygotowywałam sobie głowę na vba2c.

PROLOG
Cała historia zaczyna się 22 listopada 2016 r., kiedy to w 38tc udaję się na wizytę do ordynatora szpitala miejskiego w Rzeszowie – dr Ostrowskiego, któremu mówię, że chciałabym próbować urodzić naturalnie w jego szpitalu m.in. dlatego, że wszędzie indziej wszyscy chcą mnie ciąć. Doktor wypisuje skierowanie i zaprasza mnie w dniu terminu porodu.

Stawiam się więc w dniu terminu tj. 5 grudnia z uwagi na daleką odległość (100km – 1,5h jazdy), a także dlatego, iż jest to jedyny termin tylko z usg i niewiadomo czy był on dokładnie obliczony. W szpitalu na przyjęciu personel sympatyczny, zbadano mnie – szyjka miękka acz zamknięta, oraz zrobiono usg – dziecko waga 3500 główka 32 cm – dobra waga, można próbować. Na obchodzie ordynator mówi, że muszę uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż się rozkręcę, jako że po dwóch cc nie mogą silnie indukować. Rozsądne podejście- pomyślałam, a potem jak miałam, tak czekałam. W międzyczasie miałam skurcze ale były to tylko przepowiadacze, nie robiły nic konkretnego z moją szyjką. Czekałam i czekałam.. miałam dołki, z których na szczęście bliscy szybko mnie wyciągali, miałam też wsparcie w mojej douli ♥, która powtarzała, że to dla mojego dobra. Ciężko było mi tak czekać, gdy inne dziewczyny z sali rodziły a ja dalej leżałam, ciężko mi było bez moich dzieci, ale musiałam myśleć o tym trzecim w brzuchu i chciałam jej dać najlepszy start w życie. To była moja ostatnia szansa na poród naturalny. I nie mogłam się już wycofać.

Tak mijały dni, minął tydzień od terminu, minęło 10 dni. Cały czas miałam skurcze przepowiadające, bolesne, brzuszne, ładnie się pisały na ktg i tylko tyle.. lub aż tyle.. W środę (14.12.) natomiast zmieniły się.. przeszły na krzyż i zaczęły doskwierać mocniej. Z każdym dniem czułam je intensywniej jednak w piątek 16 grudnia badanie nadal nie pokazywało rozwarcia, a bez niego nie można było zrobić preindukcji foleyem.

Wszystko zmieniło się piątek wieczorem gdy odszedł mi czop. Skurcze krzyżowe przybrały na sile, przeszłam się więc na salę porodową, a tam po badaniu wyszło rozwarcie na 2,5 palca (5cm)! Ooo jaka radość – unikneliśmy balonika:) Skurcze były jeszcze znośne, więc chodziłam z nimi po korytarzu. Gdy zrobiły się bardziej intensywne, zadzwoniłam po doulę. Resztę nocy spędziłam to na piłce, to na łóżku, to na stojąco. Próbowałam wszelkich pozycji, lecz niestety – noc minęła a rano ordynator zbadawszy mnie oświadczył, że rozwarcie nie zwiększyło się i jako że jestem umęczona po nocy powinnam odpocząć i się posilić. Dzięki Bogu za tę decyzję. Bałam się, że będą chcieli próbować oxy.

AKT GŁÓWNY – Sobota 17.12.2016
Po całym piątku skurczy i dalej po całej sobocie, sobocie wypełnionej wielkim dołkiem i zrezygnowaniem, przyszedł wieczór. Jak zwykle wieczorem skurcze nasilały się, ale nauczona doświadczeniem poprzedniej nocy, położyłam się po prostu spać. Przyszedł jeden skurcz, i za chwilę przyszedł drugi. Nagle usłyszałam to charakterystyczne „pyk” i polało mi się na spodnie od piżamy. Ciepło i dużo tego było. Od razu zrozumiałam, że to wody i że to już to ta noc i że nie ma już odwrotu :) Ściskając uda poszłam na drugą stronę (na porodówkę) i zawiadomiłam położne. Nienajlepsza to była zmiana, ale nastawiłam się na współpracę, nie na walkę. Czułam że tak będzie mi lżej. Niepotrzebne mi były dodatkowe stresy gdy mnie bolało 😉
To była godzina 23.00.

Niedługo potem lewatywa i o północy ktg. Skurcze średnio bolesne, na ktg 30-40. Po ktg o 00.30 poszłam pod prysznic, a w międzyczasie zadzwoniłam po Magdę – moją doulę. Pod prysznicem skurcze nasiliły się, a gdy z niego wyszłam Magda już była. Położna dała piłkę i tak siedziałam na niej do godz. 01.50. Skurcze zrobiły się nieznośne, zaczęłam sie bać – ale nie bólu tylko porażki. Powiedziałam Madzi, że jak powtórzy się sytuacja z piątku, to nie chcę indukcji, to będę chciała cesarke.

Po wizycie w toalecie o 2.00 znowu ktg (co 2h zapis) i położna zaczęła mnie badać. ” 3 palce!” – mówi ucieszona, – „idzie, pani Ewelino, idzie.” Ja szybkie spojrzenie na Magdę, uśmiech i nowe siły przyszły 😀
Była godz. 2.30 jak skończyło się ktg i położna mnie zbadała, a tu 3,5 palca (7cm). Mówię do Magdy – dzwoń do męża niech przyjeżdża.

Od tej pory leżałam już na łóżku porodowym, raz na jednym raz na drugim boku, skurcze byly masakryczne… Pamiętam jak mówiłam w bólu „nieee, nieee chcee”, a Magda „chcesz, chcesz”. Miała rację. Chciałam tego tak bardzo, że nawet wtedy w bólach nie myślałam żeby się poddać. Byłam tak blisko przecież.

Gdzieś w międzyczasie pojawił się przy nas lekarz, młody pan sympatyczny doktor i po jego badaniu nagle się zrobiło 4 palce. W ciągu kilku minut, po paru skurczach słyszę „mała dłoń” (4,5 palców = 9 cm). Położna niedowierza, ale się cieszy, doktor też obudził się od razu 😀

Godzina 2.45 pełne rozwarcie, czuję jak puszcza pęcherz moczowy. Położna woła „ooo rodzi się” słyszę „przynieście zestaw”. Obniżają łóżko i zaczyna się drugi okres porodu.

Ściskam Magdy rękę i zaczynam czuć parcie. Położna zezwala, więc prę. Najpierw się drę, krzyczę, ale to nie działa. Położna mówi „nabierz powietrze jak do nurkowania i trzymaj i próbuj wypchnąć jakbyś kupę miała zrobić.” To działa… po kilku parciach słyszę, że idzie główka. Pytam czy mogę dotknąć… dotykam a tu włosy:) Nowe siły przyszły… przemy dalej… Słyszę, że krocze trzyma… Trzeba naciąć… Nacinają – nie czuję tego boleśnie… Słyszę „aha bo z ręką idzie” i za chwilę na ostatnim skurczu udaje mi się ją wypchnąć.

Lilianna rodzi się o godz. 3.10, 4 godziny od odejścia wód, na moich własnych skurczach, :) 3700g i 58 cm. Główka 33cm.

Kładą mi ją na brzuchu, a mnie zalewa fala euforiii… zaczynam płakać. Mówię „Boże udało się.. nie wierzę… Udało się. 😀 Cześć Lileczko, udało się wiesz?” Aż się zaczęłam zanosić z płaczu 😀 Gdy się uspokoiłam, spojrzałam na wszystkich… Ich miny – bezcenne! Wszyscy się uśmiechają… Położna… doktor… inne położne… nawet doktorka, która nie jest pro vbac, widzę, że się uśmiecha. Dziękuję Magdzie przede wszystkim, nie dałabym rady bez niej… mówię „mąż nie zdążył taki ekspres heh :D”

Przychodzi pielęgniarka od noworodków. Mówię „jeszcze nie”, trzymam za pępowinę i upewniam się, że już nie tętni. W międzyczasie rodze łożysko i śmieję się, że to taki placek 😉 Potem zabierają małą na chwilę do ważenia, Magda z nią idzie, a mnie usypiają, szyją i łyżeczkują. Sprawdzają też bliznę po cc, okazuje się (to po fakcie się dowiedziałam), że w jednym miejscu puściła, ale się nie rozeszła, i że sama się zrośnie.
Potem oddają mi Lilkę i cycamy się. Mała już na brzuchu szukała cyca, dałam jej wtedy polizać brodawke, teraz natomiast ładnie się przyssała.

15726986_10153962266217330_3298136280280290226_n
Ok godz. 5.00 dociera mąż, znowu płaczę ze szczęścia. Chwilę gadamy, mąż się wita z Lili, a mnie przewożą na dół na położniczy.
Przed godziną 7 odwiedza mnie położna Małgosia z którą rodziłam, znowu zalewają mnie łzy i przytulam ją w podziękowaniach. Widzę, że również się wzrusza. Mówi, że byłam dzielna, że pięknie słuchałam i że mi serdecznie gratuluje. Potem odwiedza mnie jeszcze ten młody lekarz, również uśmiechnięty od ucha do ucha. Rano zaś cała świta na obchodzie z ordynatorem na czele uśmiecha się i gratulacje składa. „Warto było czekać prawda?” pyta – oj warto :)

EPILOG
Miałam piękny poród. Tak jak sobie wymarzyłam tę chwilę narodzin Lili, tak się stało.
Na powodzenie mojego vba2c miało wpływ wiele różnych czynników. Moje nastawienie przede wszystkim. Moja cierpliwość i wytrwałość. Wsparcie jakie otrzymałam od mojej douli – dziękuję Madziu ♥ – doświadczona położna, personel provbac, a przede wszystkim lekarz, ordynator dr Ostrowski, który przynajmniej w moim przypadku się nie spieszył i dzięki temu dał mi maksimum szans na sukces. Jestem mu bardzo wdzięczna.
No i Lilianna.. jestem wdzięczna mojej córce, że była najmniejsza z moich dzieci, że ładnie się wstawiała i że chciała się urodzić właśnie tak jak się urodziła :)

Do was drogie vbaczki mogę tylko powiedzieć byście się nigdzie nie spieszyły i pozwoliły naturze działać. Czy to będzie sn czy cc, natura zawsze wie co robi. Pięknych porodów wam życzę. Takich jak mój. :)

VBAC po 2 nocach przygotowań i 12 godzinach rodzenia (Rzeszów)

Brak postępu porodu – król współczesnych wskazań do cięcia cesarskiego. Wskazanie pod którym wiele się może kryć. Wskazanie często nadużywane i stawiane pochopnie… Może w końcu zbiorę się by napisać na jego temat osobny, wyjaśniający post. Tymczasem, opowieść Ani o tym jak można urodzić naturalnie po cięciu cesarskim z powodu braku postępu porodu.

baby_foot_black_and_white

„Jestem miesiąc przed terminem i popadam w panikę gdzie mam rodzić tak żeby się udało naturalnie”. Od tego moja historia vbac się zaczęła na poważnie.

To, że chcę próbować rodzić sn wiedziałam już po pierwszej cesarce, która odbyła się w 2014 roku. Jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu pytałam położną, co w przypadku drugiej ciąży, czy dostanę pozwolenie na poród naturalny i jaki czas jest potrzebny od porodu do porodu żeby móc próbować. Niestety nie dano mi nadziei. Ja jednak w głowie cały czas miałam niedosyt, że nie udało się naturalnie i że na pewno będę próbować przy kolejnej ciąży. Pierwsza ciąża zakończona cc z powodu braku postępu porodu.

Przez całą drugą ciążę zastanawiałam się czy wybrałam dobrego lekarza, który poprze moją decyzję o próbie porodu naturalnego i do którego szpitala pojechać rodzić. Kogo wziąć ze sobą, żeby mieć dobre wsparcie.

Miesiąc przed terminem opowiedziałam znajomej o swoich wątpliwościach a ona bez zastanowienia poleciła mi konkretny szpital. Sama była po porodzie i miała okazję leżeć z kobietą, której udało sie urodzić po dwóch cesarkach. I tak po nitce do kłębka dotarłam na stronę naturalniepocesarce.pl i do grupy wsparcia.

Wczytywałam się w historie udanych vbac,  rozmawiałam i pytałam dziewczyn, który szpital polecają. Wiele nieprzespanych nocy spędzonych na przemyśleniach. To był stresujący czas. Dotarłam również do douli, która  podpowiadała jak się przygotować do porodu. Wcześniej spotkałam się z prywatną położną. Nie negowała mojej decyzji, ale też nie czułam wsparcia. Raczej odradzała próbę naturalnego porodu i nie dawała większych szans na powodzenie sn.

Ostatecznie podjęłam decyzje o miejscu porodu [Szpital Miejski, Rycerska (przyp. red.)]. Kamień z serca.  Druga decyzja: osobą towarzyszącą będzie mąż i doula. Niestety mąż nie mógł być przy porodzie, ale na szczęście była doula. Wcześniej nie rozumiałam jak można prosić kogoś obcego by towarzyszył przy porodzie i wydawało mi się, że ja na pewno douli mieć nie będę.

Tydzień przed porodem trafiłam do szpitala z powodu złego zapisu ktg. Zero rozwarcia, szyjka długa, słabe, nieregularne skurcze. Codziennie czekałam na rozwój akcji. Zapisy wychodziły prawidłowo, a lekarze uspokajali, że mamy czas. Dwa dni przed porodem zaczęły się mocne skurcze nocne, które nie pozwalały spać. W dzień wszystko się wyciszało. Odszedł czop. Radość moja była wielka. Coś się działo :). Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.

Trzeciej nocy skurcze nie pozwoliły leżeć. Poszłam na salę porodową. Rozwarcie na palec. Trochę byłam przestraszona że za mało i znowu akcja utknie w martwym punkcie. Ale lekarka uspokajała. Dostałam poduszkę i kołdrę żeby móc drzemać.

Skurcze nad ranem zaczęły się wyciszać…Przyszedł lekarz i znowu pocieszał, że się uda. Podano mi oksytocynę. Później przebicie pęcherza płodowego. Szyjka skracała się nie symetrycznie. Poród postępował bardzo powoli i wśród położnych krążyło hasło, że najwyżej zakończymy cesarką. Po ok 11 godz porodu położna zapytała czy na pewno chcę nadal próbować. Widziałam zmęczenie i bezradność w jej oczach. (A uważam, że nie mogłam trafić na lepszą położną.  Otoczyła mnie profesjonalną opieką i wyjątkowym ciepłem). Chciałam się poddać i wbrew temu co myślałam powiedziałam TAK. No i się zaczęło. Doula zachęciła mnie, żebym zeszła z łóżka, żeby się poruszać. Wcale nie miałam już na to siły. Ale posłuchałam. Stałam przy poręczy i ruszałam się w swoim rytmie.
Nadeszły długo oczekiwane bóle parte. Powrót na łóżko. I tu wspaniała praca ze strony personelu. Ciągła zmiana pozycji i motywowanie. Udało się, po 12 godzinach urodziłam synka 3850g i 59cm.

Dziękuję wszystkim którzy pomogli mi tego dokonać, całemu personelowi medycznemu, szczególnie Pani położnej, douli, która była ze mną przez cały poród, za jej ciepło,wspaniały masaż nóg w trakcie skurczów i silną rękę przy bólach partych.

Kolejny polski VBA2C! (Białystok)

Kochani! Coraz głośniej w naszym kraju o porodzie naturalnym po 2 cięciach cesarskich – temat zdecydowanie jest rozwojowy! Tym razem nie w Warszawie, a w stolicy Podlasia:) Do lektury zapraszam na stronę Vivat Poród:

http://www.vivatporod.pl/pl,szczesliwe_historie,ewa_i_liwia,1

keep-calm-and-vba2c-on

Nasz drugi VBAC #Hipnobirthing (Myślenice)

Harlow Carr (Aushouse) Harlow Carr with Lavender Hidcote BlueDzisiejszą historię można by zatytułować „siła spokoju i moc relaksacji”. To opowieść pachnąca różami i lawendą. Ale to także obraz zderzenia harmonijnej (choć nieprzewidywalnej) natury rodzenia z trudnymi realiami przeciętnego polskiego szpitala. W końcu to opowieść o tym, że świadoma i artykułująca głośno i pewnie swoje potrzeby matka, może w każdym szpitalu wiele uzyskać. Oto historia drugiego VBACu Edyty (relacja z jej pierwszego porodu sn po cc tutaj):

Madzia urodziła się 17.12. 2015. O godz. 9.35 3450g

Krotka historia: 1-szy syn wywolywany po terminie i cc, 2-gi syn Vbac, wiec oto historia naszego drugiego vbac. Myślałam ze bedzie tak jak przy srodkowym synku, skurcze przepowiadajace prawie tydzień… Dziś wspominam słowa mojej douli „Kazdy porod jest inny! ;)”

Beata przygotowywała mnie do porodu. Niby moje 3 dziecko, ale pierwszy poród w Polsce! Wszystko inne! Posiadanie ze soba osoby która wie co i jak dawało mi spokój psychiczny. Dużo rozmawiałyśmy o moich obawach, ale przede wszystkim Beata zafascynowała mnie hipnoporodem. Wskazała dobra drogę do relaksacji, wizualizacji, afirmacji, które wspaniale pomagają przy naturalnym porodzie. Zaczęłam niby późno, ale dużo ćwiczyłam:) Zdecydowałam się na użycie także aromaterapii. Przypadł mi do gustu olejek różany, a w moich wizualizacjach jestem w ogrodzie różanym, w różowej bańce 😉 Kupiłam też lawendowy, tak po prostu, nie wiem po co.

Zbliżającego się porodu nie zapowiadało nic. Miałam tylko Braxton-Hicksy, ale to u mnie norma od 8 miesiąca. We wtorek byłam jeszcze Żeromskim [szpital – przyp. red.] (Kraków), gdzie chciałam rodzić. Na ktg nie bylo żadnych skurczy, a usg pokazało ze główka jeszcze wysoko. Umówili mnie znów na ktg 23.12. Czyli w dniu terminu.

Środa sobie spoko minęła na gotowaniu itd…
O 2 rano w czwartek obudziła mnie chęć skorzystania z łazienki. Ale zdołałam siebie przekonać, że jednak aż tak mi się nie chce, by zostać w łóżku… Wiec zaczęło się wylewać;)
Wystraszyłam się, bo w głowie miałam tylko jedno – że zaczyna się odliczanie, że jak nie ma skurczy to mnie w końcu potną…. Wiec zaczęłam korzystać z moich nabytych umiejętności relaksacji 😉
Zadzwoniłam do męża by przyszedł do domu się przespać, bo czeka nas długi dzień (nocna zmiana). Napisałam do douli, że wody odeszły, ale brak skurczy i że na razie się położę i postaram wyciszyć.
Sięgnęłam wiec tym razem po olejek lawendowy i słuchałam muzyczki.

Lukasz pomógł mi się wykąpać, zjedliśmy kanapki, spakowaliśmy torbę (wiem, najwyższy czas) i sprawdzaliśmy trasę do Żeromskiego. Mieszkamy 1,5 h od szpitala.
Zgasiliśmy światło ok 4, przykryłam sie ciepło i monitorowałam ruchy. Ok 5 dostałam pierwszej intensywniejszej sensacji… Po 6 juz zaczełam liczyć.
6.45 obudziliśmy chłopcow do przedszkola. Wytłumaczyłam każdemu z osobna, że dzidziuś już chce wyjść. Lukasz ich odwiózł i zatankował auto. Czeka nas przecież długa droga!
Ja poszłam znowu zjeść śniadanie :)

Sensacje były co 6 minut, raczej takie uciski niż ból. Zupełnie nieregularne. Czasem 5 czasem 4 minuty. O 8 były co 3 min, ale też różnie trwały. Beata mowiła by już jechac i to dobrym tempem. Ja se myśle…. Przecież przy Mateuszu miałam co 2 minuty i urodziłam 7 h później…. Mam dużo czasu.
Ale po drodze sensacje zrobiły się częste i takie jakby się na kolejce górskiej na dół jechało. Bardzo intensywne. Dzwonie do Beaty, że w połowie drogi do Krakowa jednak skręcimy do Myślenic. Tam zobaczymy i się zastanowimy.

O 9.06 byliśmy już na IP. Beata tuż za nami.
Na tym etapie muszę powiedzieć, że w całej 1 fazie  porodu nie wydałam z siebie ani jednego jęku, ani krzyku. Czasem wokalizowałam, ale to raczej by dać innym cynk, że mam skurcz, by dali mi spokój;) Mąż załatwiał papierologię. Beata ze mną. Siedziałam sobie ze spuszczoną głową i zamkniętymi oczami. Słyszę, że ktoś do mnie mówi „co Pani taka słaba, jeszcze daleka droga przed Panią…” Na to Beata zripostowała: „Ona się relaksuje…” W głowie prychnęłam śmiechem. To było ok 20 minut przed narodzinami….

Na górze każą mi się kłaść. Pełne rozwarcie. Proszą na porodówkę. I że kłaść się na plecy… Ja mówię, że nie na plecach, bo tak mnie boli najbardziej. Rozwija sie dyskusja, że główka nie zejdzie (!!!) Ja mowię, że nie, bo tak mnie boli. Ta sytuacja wybiła mnie z mojej bańki spokoju. Na szczęście doula-adwokat wkroczyła (dzięki Beatko <3) i mówi, że syna rodziłam na boczku. Wszedł lekarz i mówi niech dziecko zadecyduje jak chce :)

Potem znowu dyskusja…  Że tylko 1 osoba towarzysząca… Ja panika, no bo jak tu wybrać! Proszę lekarza, że mi bardzo zależy. On, że nie widzi przeszkód. Położna na to, że za chwile nie będzie czym oddychać… On na to, że za chwile to urodzimy :)

Madzia urodziła się o 9.35. Kruszynka (3450g) w porównaniu do jej braci.
Położna zabrała się za pępowinę. Ja proszę by poczekała… Znowu ta mina co ja wymyślam….

Także dobrze, że w połowie drogi zdecydowaliśmy się poszukać jakiegoś szpitala, bo pewnie rodziłabym w korkach krakowskich 😉
To pokazuje jakże każdy poród jest inny! Ale każdy może być piękny.

Cieszę się, że wszystko było spokojne, że długo byłam w domu, pod swoim prysznicem, z aromatem lawendy, muzyczka i przykryta cieplutka kołdra. Tak na prawdę w całym porodzie bolały mnie interwencje medyczne: sprawdzanie rozwarcia, szycie i sprawdzanie ciągłości blizny już po urodzeniu. Mogło mnie to ominąć gdybym urodziła w samochodzie gdzieś w Krakowie;)

To nie poród uczynił mnie matką, to moje dzieci to zrobiły (Mikołów – Zabrze)

Dziś historia Kasi ze specjalną dedykacją dla wszystkich wspaniałych kobiet, których pragnieniem było urodzić naturalnie, ale musiały podjąć decyzję o cięciu cesarskim dla dobra swojego dzieciątka.

Poród? Tylko w domu. Całe swoje życie byłam przekonana,że tak urodzę. Ba, nawet wiedziałam w jakiej pozycji i gdzie. Co będzie robił mój maż. Widziałam siebie, czułam ten wysiłek, przeżywałam tą radość głaszcząc się po brzuchu w pierwszej ciąży. Ze wsparciem bliskich mi osób przygotowywałam się do tego wyjątkowego dnia. Wszystko było gotowe, wyprasowane, przygotowane. Torba do szpitala spakowana, bo moja położna powiedziała,że musi być, „na wszelki wypadek”. Ja w mojej głowie nie widziałam takiego wypadku.

Termin mijał, ten pierwszy, drugi. Minął ten i mój. Ze łzami w oczach jechałam do szpitala. Już wiedziałam, że bez pomocy się nie uda, ale pocieszałam się myślą,że kolejne urodzi się już w domu.
Czas w szpitalu się dłużył,ale udało się. Pojawiły się pierwsze niewinne skurcze. W głowie mantruję „Chcę mocniej,chcę bardziej. Z każdym skurczem jestem bliżej Ciebie kochanie ty moje”. Po kilku godzinach skurczy decyzja,że to „koniec”. Przegrałam z samą sobą. Ze łzami w oczach podpisywałam „zgodę do cc”. Wszyscy mówili,że za chwilę będzie Malutka a ja w głowie miałam wyliczankę komplikacji dla mojego dziecka po cc: Astma, Alergia, Zaburzenia SI. Płakałam najpierw ze smutku… Przez łzy patrzyłam na zegar 16, za 2 min usłyszę moją córeczkę. 16.02 płaczę ze szczęścia, bo już jest. Szybki całus, ciepło jej policzka, aksamit skóry pamiętam do dziś. Ją zabierają a ja odpływam.
Pierwsze dni są trudne. Zmagam się z zespołem popunkcyjnym, dochodzą skoki ciśnienia. Ból uniemożliwia mi opiekę nad dzieckiem. Muszę, walczę ze sobą. „Nie urodziłam Cię, ale Cię wykarmię”. Antosia jest małym ssakiem. Dam radę, postaram się na 110%,żeby poprawić jej życie po cc. Muszę. To nie jej wina,że tak się urodziła. To ja i moje ciało nie daliśmy rady.
18.11 Tosia kończy 7 miesięcy a ja przez telefon słyszę „Beta 800″. O matko, będę mamą. Urodzę, zrobię wszystko. Dzwonie do koleżanki położnej i mówię „Jestem w ciąży!!” Ona milczy i po chwili mówi,że nie wierzy. Ustalamy, który lekarz będzie pro VBAC po takim czasie. 8 miesięcy to czas przygotowania znowu do porodu siłami natury tym razem ma się spełnić marzenie o porodzie w wodzie. Ostatni miesiąc to czas intensywnych przygotowań, tym razem coś się dzieje, czuję,że macica pracuje delikatnie. Tym razem nie zawiodę. Przygotowuję się do porodu z doulą i położną.Mam masaże relaksacyjne, akupresure, akupunkture, piję herbatki, łykam kapsułki, wizualizuję,mantruję, oczyszczam umysł i ciało.
Ostatni trudny moment to spakowanie torby. Rzeczy poukładane na łózku, które wystarczy włożyć do torby. I wtedy coś pęką we mnie…Nie.. To nie wody płodowe, to łzy. Wróciły wspomnienia… Wtedy torbę pakowałam na” wszelki wypadek”, dzisiaj, bo muszę iśc do szpitala. Doula cierpliwie słucha moich smutków, które wylewam przez telefon i pociesza… Nie ocenia… Po prostu jest.
Mój czas znowu mija. Czuję,  że coś się dzieje, tym razem się uda… Ostatni tydzień jestem w kontakcie z położną. Pociesza i wspiera. Upały tego lata są potworne, proszę moją córkę,żeby już wyszła. Niestety forma dobrowolna na nią nie działa. 6.45 wkraczam w chłodne mury szpitala. Czas się skończył, ale probujemy jeszcze ją zachęcić. Położna się śmieje,że mała dostała pierwszy balonik. Chodzę i po godzinie od założenia cewnika zaczynają się pierwsze skurcze. Ok, zaczynamy… W głowie wizualizuję córkę, jak ją przytulam, próbuje oddychać. marzę o przyjęciu pozycji, w której będzie mi wygodnie, ale nie mogę, bo wtedy cewnik nie zadziała, więc się ruszam. Położna pyta czy mam skurcze. mówię, że nie, coś tam delikatnie ciągnie. Ona chwilę obserwuje i mówi, że „Tak”. No to skoro ona tak mówi, to pewnie tak jest. Marzę o wannie, ale jeszcze nie teraz, za wcześnie. Kolejne badania wskazują na postęp. Cudownie, uda się, idziemy do przodu. Siedzę na worku sako, Pojawiają się w końcu warunki do porodu. I słyszę tętno mojego dziecka. BumBum, bumBuum, Buuum,Buuuum… O nie tylko nie to – pomyślałam. Wtedy w mojej głowie pojawiła się myśl „szybko, ratujmy ją”. W sekundę byłam pogodzona z tym, że to koniec. Poczułam, że ona jest najważniejsza i nie chcę jej stracić. Marzeń mogę mieć wiele, ją tylko jedną. To nie poród uczynił mnie matką, to moje dzieci zrobiły. Pierwsza córka nauczyła mnie kochać całym sercem, bezwarunkowo. Druga nauczyła mnie,że miłość się mnoży nie dzieli.
Choć nie było łatwo, bolało i przelałam wiele łez to dzisiaj myślę nie o tym co straciłam a o tym co zyskałam. Pamiętam jak obie pachniały, jak na mnie patrzyły, jak delikatnie kwiliły, jak się przytulały… Nie chcę z tych dni pamiętać niczego więcej…
Chcę pamiętać tylko to jak rodziła się miłość do moich córek.

To był godny poród (Rzeszów)

Marysia swoją drugą córeczkę Laurę urodziła  w Tygodniu Godnego Porodu. I jak sama mówi – to był godny poród. Nie zabrakło w nim wsparcia. Nie zabrakło też  świadomości i psychicznego przygotowania Mamy oraz determinacji, by nie poddać się, gdy pojawiały się trudności i zakręty.

W pierwszej ciąży zamarzył mi się poród domowy. Niestety nie znalazłam na Podkarpaciu położnej, która przyjęłaby poród w domu. Pogodziłam się więc z faktem, że Róża przyjdzie na świat w szpitalu. Nie spodziewałam się jednak, że poród odbędzie się przez cesarskie cięcie, w dodatku na zimno. 5 dni po przewidywanym terminie porodu lekarka wysłała mnie na obserwację do szpitala. Już pierwszej nocy, zaraz po odejściu czopa śluzowego dostałam gorączki, a u córki pojawiła się tachykardia. Lekarz zarządził cięcie. Nie udzielono mi informacji o tym, co się dzieje ze mną i z maleństwem, dlatego napisałam, że lekarz “zarządził” cięcie, a nie zalecił je. Lekarze obecni na sali byli bardzo opryskliwi i nie dostałam od nich żadnego wsparcia psychicznego, wręcz odwrotnie, potraktowano mnie przedmiotowo. Zapłakana i roztrzęsiona zostałam przewieziona na salę operacyjną. Tak pojawiła się na tym świecie Różyczka.

Długo dochodziłam do siebie po porodzie. Ciało pomału się regenerowało, ale na myśl o okolicznościach w jakich przywitałam na świecie córkę, łzy przez wiele miesięcy napływały mi do oczu. Od pierwszej nocy po porodzie śledziłam historie opublikowane na tym portalu. Czerpałam z nich siłę i wiarę w swoje ciało oraz w to, że kolejne dziecko urodzę naturalnie i będę w stanie odpowiednio się nim zaopiekować od pierwszych chwil.

Drugie dzieciątko poczęło się dokładnie półtora roku po cc. Od początku wiedziałam, że zrobię, co w mojej mocy, aby zawalczyć o poród siłami natury. Na pierwszej wizycie lekarz oświadczył mi, że skoro jestem po cc, to umówimy się na termin kolejnego cc. Poinformowałam go, że zamierzam rodzić naturalnie, co wyraźnie go zaskoczyło, jednak nie odradzał próby porodu sn. Skontaktowałam się z doulą Madzią Hul, wybrałam szpital, w którym będę rodzić i zaglądałam regularnie na grupę wsparcia naturalniepocesarce na FB. Bycie w tej grupie, czytanie pozytywnych historii i zdobywanie wiedzy o vbac napełniło mnie ogromną siłą i sprawiło, że wyzbyłam się lęku przed próbą vbac. Ciąża przebiegała prawidłowo, zależało mi, żeby dzieciątko nie było bardzo duże (wiadomo, że w takim wypadku lekarze odradzają próbę porodu sn), dlatego praktycznie wyeliminowałam z diety cukry proste, nie suplementowałam się też żadnymi, poza kwasem foliowym, witaminami.

Na kilka tygodni przed miesiącem porodowym pojawiły się skurcze przepowiadające, do środkowego dnia terminu szyjka pozostawała jednak długa i zamknięta. Od 38. tygodnia piłam herbatę z liści malin i olej z wiesiołka, i czekałam na rozpoczęcie porodu. Przewidywany termin porodu przypadał na 7 marca, 8. byłam u lekarza, który ocenił, że nie widać, aby poród miał się wkrótce rozpocząć. 2 dni później zaczął odchodzić czop śluzowy i pojawiły się skurcze. Początkowo rzadkie i bezbolesne. Wieczorem już silne, ale nie częstsze niż co 5 min. Na wszelki wypadek wieczorem zadzwoniłam po mamę męża, aby przyjechała do starszej córki, miałam nadzieję, że w nocy poród wejdzie w aktywną fazę i pojadę do szpitala. Do godz. 2 w nocy nic nie przyspieszało, więc poszłam spać. Rano znów skurcze zaczęły się rozkręcać. Były bardzo silne, nie mogłam na skurczu zrobić kroku i zaczęłam podpierać ściany w domu. Bardzo cieszył mnie ten ból, bo wiedziałam, że przybliża mnie do poznania drugiej córeczki. Niestety po jakimś czasie doszły bóle krzyżowe, które bardzo dawały mi się we znaki i tylko leżenie w wodzie pomagało mi je znieść. Pod wieczór Róża pojechała z babcią na wieś, a ja zostałam z mężem w domu. Martwiło mnie, że skurcze są już tak mocno odczuwalne, a wcale się nie zagęszczają, ciągle co ok. 5 min. Zadzwoniłam do douli po wsparcie, Madzia podpowiedziała jak pomóc maleństwu wejść w kanał rodny i doradziła, aby zrobić ktg.

Pojechaliśmy z mężem do Szpitala Miejskiego w Rzeszowie, gdzie zamierzałam rodzić, jednak odmówili mi tam badania. Dyżurna lekarka poleciła mnie przyjąć, dopiero wówczas mogłaby mnie zbadać. Znów telefon do Madzi, która sugerowała mi, żeby jechać do prywatnego szpitala Pro Familia. Na izbie przyjęć położna podpięła mnie pod KTG, serduszko dziecka biło prawidłowo, skurcze co 9 minut. Następnie przyszedł zbadać mnie lekarz. I tu zaczął się dla mnie horror. Najpierw zbadał mi szyjkę i stwierdził, że wszystko zamknięte, a szyjka ma jeszcze 2,3 cm. Potem zrobił USG. Pierwsze, co zmierzył, to blizna, ocenił ją na 1,4 mm. Poinformował mnie, że bezpieczne minimum to 2,5 mm. Badając mnie dalej opowiadał, co się stanie ze mną i dzieckiem, gdy pęknie blizna. Jego słowa nie do końca do mnie docierały, z emocji zaczęło mi się kręcić w głowie. Stwierdził, że z dzieciątkiem OK, a poziom wód w normie. Namawiał mnie, żebym została w szpitalu, chciał wziąć mnie od razu na stół operacyjny. Czułam, jak osuwa mi się grunt pod nogami, jednak wiedziałam, że nie dam sobie i dziecku tak łatwo zafundować porodu operacyjnego.

Znów Madzia i znajoma położna na telefonie, nie namawiały mnie do niczego, dodały jedynie otuchy. Ustaliłam z mężem, że skoro z dzieciątkiem wszystko OK, jedziemy do domu. Było już bardzo późno, więc wzięłam relaksującą kąpiel i położyłam się. Mąż czuwał przy mnie całą noc, a ja zasypiałam i budziłam się na każdym skurczu. Mąż patrzył na zegarek i informował mnie, ile upłynęło minut. Skurcze były do zniesienia, za to bóle krzyżowe ciężko było wytrzymać. Czopek rozkurczowy, który doradziła położna, wcale nie pomógł. Dotrwałam tak do rana, o 8 wstałam, a mąż się położył. Po wieczornym badaniu byłam zdruzgotana psychicznie. Męczyłam się tyle czasu i żadnego rozwarcia, nie mogłam w to uwierzyć. Zaczęłam wątpić we własne siły i biłam się z myślami. Czy nie za bardzo narażam życie dziecka? Czy jest sens tak się upierać przy vbac? Stres potęgował napięcie, co nasilało bóle pleców. Czułam się strasznie zagubiona.

W południe zadzwoniłam do znajomej położnej, która pracuje w Miejskim i opisałam jej sytuację. Okazało się, że akurat ma dyżur. Zaproponowała, że zrobi mi KTG i poprosi lekarkę, żeby mnie zbadała. Po południu obudziłam męża i o 16 wyruszyliśmy do szpitala. Plan był taki: najpierw najeść się w Pizza Hut, potem do szpitala, już z nastawieniem, że zostaję na oddziale. W trakcie jazdy samochodem skurcze zrobiły się znów nieco częstsze i bardziej bolesne. Napełniliśmy brzuchy sałatkami i dotarliśmy wreszcie do szpitala. KTG prawidłowe, skurcze co 5 min. Na badaniu lekarskim okazało się, że jest 4 cm rozwarcia. Przeszczęśliwa faktem takiego postępu przyjęłam się do szpitala. Lekarka zrobiła USG i zmierzyła mi bliznę na 5mm!! Okazała mi bardzo dużo wsparcia, uspokajała, że jestem pod dobrą opieką i że sala operacyjna jest za drzwiami, i że w razie konieczności z pewnością zdążą mi zrobić cc. Przed snem miałam 2 razy zrobione KTG, o 23 lekarka zbadała mnie, rozwarcie bez zmian, dostałam paracetamol i hydroksyzynę, i poszłam spać.

Spałam jak niemowlę, ale już po 2 godzinach obudził mnie bardzo silny ból i potrzeba wypróżnienia ☺ Wydawało mi się nierealne, abym tak szybko doszła do 5 palców rozwarcia, więc myślałam, że muszę się załatwić. Gdy zauważyłam, że krwawię, ogarnęło mnie przerażenie. Pomyślałam, że to blizna się rozchodzi i że czeka mnie cc. Przerażona zadzwoniłam do męża, powiedziałam mu, żeby przyjeżdżał, bo chyba będę miała cc i się rozłączyłam. Nieźle biedaka nastraszyłam, ale sama byłam wówczas przerażona. Obudziłam położne, jedna do mnie wstała. KTG w porządku, skurcze co 3 minuty i prawie pełne rozwarcie. Przeleżałam pod KTG chyba godzinę, rozwarcie miało się zwiększyć jeszcze o rąbek. Potem na łóżko porodowe, wreszcie przyjechał mąż, położna wytłumaczyła jak oddychać na skurczach no i maleńka zaczęła schodzić w dół. Nie zgodziłam się na przebicie pęcherza, po chwili trysnęły wody. Parłam początkowo na boku, a później w pozycji półleżącej, z nogami przy tułowiu. Faza parcia trwała 25 min, po bólach partych był to już relaks, sił do rodzenia mi nie brakowało, bo przed snem najadłam się potajemnie upieczonymi w domu batonami musli ☺. Położna nacięła mi krocze i po chwili maleńka była już na moim brzuchu. Radość niesamowita, a u męża łzy szczęścia. Córcia ważyła 2880g i dostała 10 pkt w skali Apgar.

Miałam bardzo długi poród, po drodze wiele chwil zwątpienia. Na szczęście cały czas miałam wsparcie w mężu, douli i położnych, i wszystko skończyło się wspaniale. Teraz bez obaw myślę o kolejnym porodzie, a o przyjściu na świat Laury mówię z zadowoleniem, że był to godny poród.

Zawsze do celu – VBA2C (Rzeszów)

Historia Basi to opowieść o niezwykłej wytrwałości i determinacji w dążeniu do celu. To historia, która uczy, że jeśli mocno się czegoś pragnie, warto szukać wsparcia, nie zrażając się niepowodzeniami i trudnościami – nawet jeśli jest ich całe mnóstwo. Zapraszam do lektury z chusteczką w dłoni – wzruszenie gwarantowane:)

Moja historia zaczyna się w 2008 roku. W 41 tygodniu pierwszej ciąży, zaczyna się powolna akcja porodowa. O godzinie 9.15 zostaje (bez mojej zgody) przebity pęcherz plodowy, odpływaja zielone wody… porod nadal nie postępował i o godz.12.15 przyszła na świat moja córka przez cc. Po operacji położna przytuliła malutką do mojego policzka, patrzyłam chwilę jak jest badana a nastepnie została zabrana na oddział noworodków. Oliwkę dostałam dopiero następnego dnia.

W 2013 roku kolejna ciąża. Moja pani doktor od początku namawiała na kolejne cięcie. Jedyny argument: szkoda się męczyć bo po cc i tak mam małe szanse aby urodzić. Nie mając wiedzy na ten temat, zgodziłam się. Myślałam, że tak bedzie lepiej, bezpieczniej. Jednocześnie było mi przykro, że już nigdy się nie dowiem jak to jest urodzić naturalnie. Ostatnia wizyta u lekarza prowadzącego w 39tc – dostalam skierowanie do szpitala i wskazówkę, aby na ip powiedzieć, że boli mnie w miejscu blizny. W rzeczywistości nic mnie nie bolało i dziś żałuję, że poszłam na to cc zupełnie na „zimno”. Przeżyłam koszmar, bałam się, denerwowalam… Wszystko działo się za szybko… przygotowanie, sala operacyjna, znieczulenie. Niestety, mimo kilku wkłuć w kręgosłup wszystko czułam – w ostateczności dostałam znieczulenie ogólne. Obudziłam się i nie wierzyłam, że jestem już po… Na sali pooperacyjnej czekał na mnie mąż z moim malutkim synkiem. Następnego dnia samodzielnie zajmowalam się dzieckiem. Wszystko dobrze znioslam, ale wystąpiło u mnie okropne powikłanie po znieczuleniu- popunkcyjne bóle glowy.

O tym, że jestem w ciąży po raz trzeci zorientowałam się bardzo wcześnie. Niestety, na początku lekarz podejrzewał ciążę pozamaciczną. To był dla mnie ogromny stres. Jak się okazało ciąża była prawidłowa, lecz bardzo wczesna (nie widoczna na usg). Zmienilam lekarza i już na pierwszej wizycie zapytałam czy będę musiała urodzić przez cięcie cesarskie? W odpowiedzi usłyszałam, że poród naturalny po dwóch przebytych cieciach jest bardziej ryzykowny, musi być monitorowany, ale jeśli wszystko jest dobrze, można próbować. Uznałam, że to całkiem normalne. Można rodzić po 2cc -świetnie, super. Zaczęłam szukać więcej informacji i trafiłam na stronę naturalniepocesarce. Czytałam, wszystkie historie udanych vbac-ów, nawiązałam kontakt z kobietami, którym udało się urodzić po 2cc. Decyzja byla trudna, ale od poczatku nastawiłam się, że podejmę próbę.

Ciąża przebiegała książkowo. Lekarz ,,zaakceptował,, moją decyzję, a ja byłam spokojna. Z mężem ustaliłam, że podczas podczas porodu towarzyszyć mi będzie doula – Ania. Od pierwszego spotkania była moim ogromnym wsparciem. Czułam, że mogę na nią liczyć. Dwa miesiące przed terminem porodu mój lekarz prowadzący przestał przyjmować w przychodni do której chodzilam. Nie miałam z nim kontaktu. Udałam się na wizytę do przypadkwego lekarza z wolnym terminem. Z gabinetu wyszlam z łzami w oczach. Od młodej pani doktor, usłyszałam jaka ja to jestem nieodpowiedzialna… że pęknie mi macica, a jak urodze do brzucha, to nikt nie uratuje ani mnie ani mojego dziecka. Czułam się okropnie, chciałam się poddać… Całe szczęście miałam wsparcie męża, Ani oraz Madzi z naturalniepocesarce, która zawsze służyła dobrą radą .

Postanowilam skontaktować się jeszcze z innymi lekarzami i wszędzie słyszałam to samo: za duże ryzyko, nie wiemy jak zachowa się macica, nikt się tego porodu nie podejmie, 2cc jest wskazaniem do 3cc itp. Byłam już w 37/38tc a nawet nie miałam pomysłu gdzie rodzić, aby nie walczyć z calym personelem medycznym. Ania i Madzia doradziły mi kontakt z ordynatorem jednego z rzeszowskich szpitali, gdzie były już próby porodów po 2cc. Nie umawiałam się na spotkanie, spontanicznie pojechałam do szpitala i zapukalam do gabinetu ordynatora. Byłam zdenerwowana, obawiałam się tej rozmowy z powodu wczesniejszych doświadczeń. Tym razem moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebne. Doktor Ostrowski bardzo poparł moją decyzję, a nawet się z niej ucieszył. Poznał moja historię położnicza i powiedział, że jak najbardziej mogę próbować rodzić „dołem”. Poświęcił mi sporo czasu, zalecił wykonywanie ktg po 39tc i wytłumaczył jak bedziemy postępować. Na koniec dodał, że z moim dobrym podejściem, nastawieniem to musi się udać. Miałam w sobie tyle wiary! Bylam szczęśliwa:-)

Tydzień przed terminem zrobiłam zapis ktg i poszlam skonsultować go z lekarzami. Zobaczyli w karcie ciąży, że jestem po 2cc i się zaczelo… Powiedzieli, że stan po cieciach jest wskazaniem do 3cc i mam przyjąć się do szpitala. W tym momencie do gabinetu wszedł dr Ostrowski – do swoich kolegów powiedział: „Tej Pani nikt nie „potnie”, bo bardzo zależy jej na porodzie sn”. Podkreślił, że to dobra decyja a nie jakas fanaberia:). Zapis ktg uznał za wzorowy. Razem z młodszym lekarzem zrobili mi usg blizny na macicy. Wyglądała na mocną i grubą co też mnie ucieszyło – 3,4mm. Ordynator kazał wracać do domku, bo nie ma sensu mnie stresować pobytem w szpitalu. Po 40tc zalecił wykonywanie ktg co dwa dni i jesli zapis będzie prawidłowy, a akcja wczesniej się nie rozpocznie do szpitala powinnam się zgłosić 7dni po przewidywalnym terminie. Znów byłam pełna optymizmu.

W dniu terminu z OM, 11.02 pojechałam wykonać ktg po czym udałam się skonsultować zapis. Nie bylo milo… Postraszyli i uznali moje zachowanie za nieodpowiedzialne. Powiedzieli, ok, nikt na siłę Pani nie wykona cc, ale mam byc w szpitalu pod stałą opieką. Najgorsze byłlo to, że ordynator miał w tym czasie urlop i nie miałam sie kogo doradzić. Nie chciałam bez konkretnego powodu leżeć w szpitalu, zostawiając w domu dzieci. Po rozmowie z mężem, Anią oraz dziewczynami z grupy wsparcia postanowiłam stosować się do zaleceń dr Ostrowskiego i spokojnie czekać w domu. Robiłam ktg i wszystko bylo dobrze.

7 dni po terminie a u mnie nic się nie działo… byłam przerażona pobytem w szpitalu. Był piatek, ordynator z urlopu miał wrócić w poniedziałek. Jakoś jemu najbardziej ufalam i to jego chcialam zapytać co dalej? Postanowiłam, że pójdę na prywatną wizytę do lekarza, aby sprawdzić dokładnie czy wszystko dobrze z moim dzidziusiem. Całe szczęście, ktg, przepływy, łożysko – wszystko prawidłowo. Szyjka zgładzona, rozwarcie na 1 palec i główka nisko. W sobotę rano odszedł czop śluzowy, nic wiecej się nie dzialo i resztę weekendu spokojnie spędziłam w domu:-)

22.02.2016r.

Pojechałam do szpitala na ktg. Zapis był trochę zwężony… Decyzja ordynatora – spokojnie poczekać do wieczora i przyjąć się do szpitala. Wyjaśnił, że to dla naszego bezpieczeństwa. Zastosowalam się do jego zaleceń. Zostałam przyjęta na porodowkę. Wykonano badania, ktg, usg itp. Rozwarcie na 1palec, główka nisko i cisza…

23.02.2016r.

Rano na obchodzie lekarze zaproponowali mi cewnik foleya. Zgodziłam się. Od godz.9 chodziłam już z balonikiem. Miałam nadzieje, że wszystko się rozkręci. Cały czas spacerowałam, chodziłam dużo po schodach „w dół”. Starałam się zrelaksować pod prysznicem, słuchałam ulubionej muzyki. Odczuwałam jedynie pojedyncze, nieregularne skurcze i lekkie rozpieranie. Tej nocy nie mogłam długo zasnąć… bylo mi smutno, tęskniłam…

24.02.2016r.

4.30 rano – obudziłam się „mokra”. Wstalam, poszłam do toalety – wtedy chlusnęły wody płodowe i wypadł cewnik foleya. Poszłam do położnej, zrobiła mi ktg a skurcze pisały się słabiutko. Ja czułam tylko napinanie się brzucha. Lekarz (tem sam, który mierzył mi wczesniej bliznę) po badaniu powiedział, że połowa porodu za mną. Rozwarcie na trzy palce, a główka bardzo nisko. Z usg wychodziło, że synek będzie ważył 3700g. Z racji gbs+ dostałam antybiotyk i zostałam przygotowana do porodu. Zadzwoniłam do męża, opowiedziałam jak się sprawy mają , a następnie po Anię.

Później była zmiana położnych… a szkoda. Zostałam przywitana słowami: kto to widzial rodzić po dwóch cieciach? Wody odeszly, skurczy nie ma, proszę sie tak nie upierać przy tym porodzie naturalnym! Nie ma też co liczyć na aktywny poród! Jak to poprowadzic?Musimy monitirowac ktg! – tak się zaczęła nasza współpraca.

Czas na obchód lekarzy. Ordynator po tym jak mnie zbadał, zalecił misodel na „rozkręcenie” akcji. Pozostali, młodzi lekarze patrzyli na mnie jak na „przybysza z innej planety”. Szeptali sobie coś miedzy soba… Zrobilo mi sie przykro i byłam po prostu smutna. Dr Ostrowski, Ferenc i jeszcze jeden, którego nazwiska nie pamiętam dodali mi otuchy słowami, że wszystko bardzo ładnie postepuje, nie mam się czym martwić tylko się uśmiechać . Chciałam sie odciąć od klimatu szpitala. Złapałam telefon, sluchawki i zanim zdążyłam założyc je na uszy, położna krzyczy: „Proszę odłożyć telefon do torby, nie bedzie potrzebny. Wie Pani jakie to szkodliwe? Nie może Pani myśleć tylko o sobie!” Pozostawiłam to bez komentarza. Włączyłam radio w telefonie, poszłam na spacer – po korytarzu i usłyszałam motywujace słowa piosenki NPWM „Zawsze do celu”:

To jest ten dzień

To jest ta chwila

Głęboki wdech

To niepowodzenie już przemija

Odparty lęk

Przecież potrafisz wygrywać

Dawaj do przodu

Wyciągnij dłonie i to zdobywaj

Nieprawdą jest to, że mówili nie dasz rady

Nieprawdą jest to, że nie możesz zostać wygranym

Nieprawdą jest mówienie: marzeń nie osiągniemy

Bo to jest w twojej głowie

To od Ciebie zależy

Potrafisz wierzyć?

Potrafię!

Więc dalej walczę

A założenie ze każdy powinien mieć szansę

A Gdy upadniesz pamiętaj – razem wstaniemy

Jeśli nie tym razem to pofarci się następnym

Nie pierwszy raz mówię, że wiara daje wsparcie

A wygranym jest już ten, który staje na starcie

Nie ważne czy pokażesz zapis wyników

Ważne ile potu wylałeś tu na treningu

Do celu masz niewiele tak

A gdy upadniesz

Pomogę ci wstać

Po prostu walcz

Nie poddawaj się

To może być twój szczęśliwy dzień (…)

Pomyślałam, że to jest MÓJ SZCZĘŚLIWY DZIEŃ i daje z siebie wszystko. Byłam zrelaksowana i poczułam się jeszcze lepiej bo pojawiła się Ania. Czas miło upłynął nam na rozmowach, chodzeniu po schodach i korytarzu. Nie musialam leżeć pod ktg, polozna co 15 minut  słuchała tętna dziecka. Cieszyłam się, bo skurcze były coraz mocniejsze. Na poczatku nie robiły wrazenia, a później musiałam już opierać się o barierki. Ania masowala mi plecy oraz przypominała o rozluźnieniu i oddychaniu. Między skurczami chciało mi się śmiać bez powodu:-) Chichotalam sobie:). Proponowano mi znieczulenie (kilka razy nawet) – nie potrzebowalam go.

Skurcze się nasilały a ja poczułam zmeczenie. Położna zaproponowała piłkę. Usiadłam z głową opartą na łóżku, odpoczełam i przysypiałam. Ania na skurczach nadal masowala mi plecy co łagodzilo ból, który był już naprawdę powalający. Położna powiedziała, że mogę iść pod prysznic, a za pół godziny zostane zbadana. Godz.12.30 -myślałam, że braknie mi sił, aby dojść pod ten prysznic i modliłam się, aby zdążyć przed skurczem. Bylam bardzo zmęczona, Ania polewala mnie wodą a ja wydawałam z siebie różne dźwięki. Nie krzyczałam, starałam sie rozluźnić ciało ,,pojękujac jak przy dobrym seksie „.  W głowie wiedziałam, że ten ból nie zrobi mi krzywdy, on zbliża mnie do mojego dziecka i nie mogę przed nim uciekać. Woda troszkę przynosiła ulgę, ale już pod koniec zaczęłam mówić o znieczuleniu.

Z pomocą Ani wyszłam z pod prysznica,poczulam. Kolejny mocny przyplyw… Uklękłam w łazience opierajac ręce na krześle. Chciałam tam zostać, w takiej właśnie pozycji, tak podpowiadalo mi moje ciało. Niestety musiałam w jakiś sposób dojść na sale porodowa.Tam czekała pani doktor, która miała mnie zbadać. Płakać mi się chciało na myśl, że muszę położyć sie na łóżku. Po badaniu, lekarka kiwnęła twierdzaco głową w stronę położnej i usłyszałam, że jest pełne rozwarcie!

Położna dokładnie opowiedziała co mnie czeka i jak mam się zachować. Parłam kiedy czulam potrzebę. Nie było łatwo, ale wkładałam w to wszystkie swoje siły. Czułam jak dziecko schodzi w dół. Położna chroniła krocze a ja nie mogłam wyprzeć główki bo byłam coraz bardziej zmęczona. Zgodziłam się na nacięcie krocza i po kolejnym skurczu zobaczyłam główkę synka między nogami! Uczucie cudowne, niedoopisania! Urodziłam go, z rączką przy buzi godz.13.10, 3350g mojego szczęścia! BYLAM NAJSZCZESLIWSZA! Później jeszcze łożysko, które po raz pierwszy widziałam Ogarnela mnie euforia!

Ordynator przyszedł osobiscie mi pogratulować:-) Chwalił, ze pieknie rodziłam . Ania zadzwoniła do mojego męża z radosną nowiną . Szyta byłam w znieczuleniu ogólnym. Zbadana została też blizna i wyłyżeczkowana jama macicy. Obudziłam się i BYŁAM Z SIEBIE DUMNA . Czułam sie doskonale przytulajc do piersi swojego synka. TO BYL MÓJ SZCZESLIWY DZIEŃ.

IMG_20160323_205319

DZIĘKUJĘ za pomoc w  osiągnięciu mojego celu. Dziękuję Ani, która była przy mnie, Madzi za każde dobre słowo, rady i oczywiście dziewczynom z grupy wsparcia.

Mam poczucie wygranej (Mysłowice)

Moc i piękno rodzenia, niesamowitość kobiecej natury, ogromna samoświadomość, pełna decyzyjność i podmiotowość. Usznowana świętość aktu narodzin. Wsparcie. Poród przez duże P. Oto opowieść Agaty o narodzinach jej córeczki Jagienki:

Poród może być wydarzeniem budującym, motywującym, transformującym. Może dawać siłę, wiarę, być pięknem. Może, ale nie musi. Wiele w tym równaniu zależy od nas, od naszej wiedzy, świadomości – zarówno świadomości realiów jak i świadomości własnych potrzeb, ciała. Mój pierwszy poród był równaniem pełnym strachu, przedmiotowości, nie przemyślenia realiów szpitalnych itd. Niby dużo czytałam, niby wiedziałam, ale tak naprawdę to było wielkie nic.

Prawie dwa lata macierzyństwa, w tym 9 miesiecy macierzyństwa w ciąży, wiele mnie nauczyły, zmieniły mnie, stworzyły nową kobietę. Nie bez znaczenia dla kolejnego porodu było też to, że zostałam doulą. Po cc postanowiłam rodzić naturalnie. Po trudnej ciąży pełnej różnych mniej lub bardziej uporczywych dolegliwości przyszedł ostatni miesiąc oczekiwania i mój plan rodzenia trzeba było trochę zmodyfikować. Wybrałam szpital w Zabrzu, a tam panowała kwarantanna ze względu na przypadki świńskiej grypy. Szpital odpadł. Zaczęlismy poszukiwania, trochę się miotałam przestałam czuć się pewnie. W końcu w Zabrzu była „moja lekarka“. I chyba tylko to, bo reszta mi trochę zgrzytała. Obgadywaliśmy sprawę z mężem, z moja mamą, z doulą – i to właśnie ona – Karolina wpadła na pomysł szpitala, w którym sama się urodziła. Mysłowice – szybki telefon do koleżanki, która przy szpitalu prowadzi szkołę rodzenia, potem wizyta kwalifikacyjna, na której totalnie zaufałam ordynatorowi. Bardzo rozsądny, spokojny człowiek – i z poczuciem humoru. W Mysłowicach jest tak jak powinno być, cudowna położna – Kasia Jamrozik, absolutnie respektowanie planu porodu i idei porodu rodzącej. Jest cicho, spokojnie, przytulnie, domowo. IDEALNIE.

Przejdźmy jednak do sedna. Przejdźmy do dnia, w którym Jagna się z nami przywitała.
Byłam już mocno zmęczona ciążą, doskwierały mi hormony i huśtawka nastrojów. Kiedy w poniedziałek siódmego marca na porannym badaniu Kasia powiedziała, że wszystko pozamykane, mała wysoko i że nie ma szans, byłam podłamana. To był 40 +2 tydzień ciąży. Pozostał mi tydzień do regulaminowej hospitalizacji. Po drodze do domu totalnie podłamana wypłakałam się w słuchawkę mojej douli i postanowiliśmy z mężem, że jedziemy na szoping. Coś mnie pobolewało, nawet mocno – bo prowadziłam auto i przez chwile rozważałam czy nie zamienić się z mężem. W domu czekała mama, akurat uśpiła starszego synka więc zalegliśmy z nim 😉 ale ja już nie zasnęłam. Zaczęły się intensywne bóle – pomyślałam, że może warto by pomierzyć, ale były co półotrej minuty więc uznałam, że to na pewno nie poród, bo za szybko. W między czasie zadzwoniłam do mojej douli i do położnej. Kazała czekać 2 godziny i zobaczyć czy się rozkręci. Rozkręciło się! Podróż do szpitala to była niezła przygoda…

A na miejscu – ktg – i badanie – 6 cm rozwarcia – rodzimy! Jakoś naturalnie, intuicyjnie weszłam w rytm skurczy – w przerwach wyciszałam się, wyłączałam myślenie, wpadałam w rodzaj transu, a w czasie skurczy potrzebowałam bliskości. Zresztą potrzebowałam jej non stop – nie chciałabym zostać nawet na sekundę sama, wtulałam się w męża z całych sił, był moją skałą…Karolina na zmianę z Bogdanem robili mi kontr ucisk, i tulili mnie, głaskali. W tle leciała moja ukochana Florence i to pamiętam dobrze. Że jak docierały do mnie dźwięki to cieszyłam się, że to akurat ona śpiewa i woła moja małą dziewczynkę na świat.

Skakałam na piłce, potem siedziałam trochę na toalecie, znów piłka – niestety mała nie schodziła, dlatego ciągle odraczaliśmy decyzję z wejściem do wanny. Marzył mi sie poród do wody. Położna Kasia zaproponowała pozycję na boku z nogą do góry – żeby zmotywować Jagnę do zejścia w kanał. W tej pozycji uzyskaliśmy pełne rozwarcie, a trochę wcześniej zaczęły odchodzić mi wody. W tej pozycji parło mi się ciężko, ale wiedziałam, że to ułatwi córce zejście niżej. Zmianę na pozycję kolankowo-łokciową potraktowałam jak zbawienie.

Gdzieś w połowie zrzuciłam z siebie ciuchy, chciałam być jak najbardziej tylko ja, bez zbędnych dodatków. Naprawdę czułam moc, czułam, że jestem w stanie urodzić tą małą istotkę, dawałam z siebie wszystko, ale z minuty na minutę, ze skurczu na skurcz czułam jak coraz bardziej oddalam się od tego początkowego rytmu i rytuału. Czułam, że coś dzieje się nie tak. Dokładnie po godzinie i 20 minutach skurczy partych zaczęliśmy rozmawiać o cesarce. Jagienka nadal tkwiła w tym samym miejscu. Mimo tej całej mojej gimnastyki i siły jaką wkładałam w parcie. Choć nie starałam sie przeć jakoś wymuszenie, raczej słuchałam ciała i robiłam tak jak ono mi kazało.
W momencie, w którym poczułam, że tracę nad tym wszystkim kontrolę zaczęłam sie też bać o małą, że nie wchodzi, że już długo…

Podjęłam decyzję o cięciu i jej nie żałuję. Jagna była tak zaklinowana,że podczas cc lekarze nie potrafili jej wyszarpać, nie urodziłabym jej, albo byłby to poród z dużymi przygodami.
Całokształt porodu był jednak taki jak chciałam, MÓJ. Lekarz nie wtrącał sie i nie było go w ogóle na porodówce, położna dbała o mnie, podpowiadała pozycje, które w danej sytuacji miały pomóc, badała, co jakis czas sprawdzała tętno dziecka. Ale nie było żadnej medykalizacji, nie byłam podpięta pod ktg, nie przyjęłam żadnych leków. Moim lekiem była obecnośc Douli Karoliny i mojego ukochanego męża.

Z tego wszystkiego najmniej budującym i trudnym momentem był czas oczekiwania na cięcie, kiedy wiedziałam, że skurcze nie przybliżają mnie już do niczego. Nadal bardzo bolało, a ja musiałam poprostu czekać. Na salę, na lekarzy. No i znieczulenie. Kiedy siedziałam na stole operacyjnym, z narzuconą na ciało zieloną szpitalną koszulką, targana skurczami, wtedu czułam sie naprawdę bezradna. Ale trafiła mi sie cudowna pielęgniarka, która trzymała mnie za ręce, patrzyła mi w oczy i mówiła do mnie. Dałam radę.

Potem ważny był tylko moment kiedy ta mała dziewczynka tuliła sie do mojego policzka i mój spokój, bo wiedziałam, że zaraz wyląduje w ciepłych i czułych ramionach swojego taty. Mieliśmy też rodzinną salę w szpitalu więc mąż został ze mną na całą nockę. No i zaraz kiedy mnie pozszywali zawieźli na salę i już miałam kruszynę przy piersi. Wszystko to na czym mi zależało zostało zrealizowane. Mała miała od razu po porodzie kontakt skóra do skóry i w pierwszej godzinie po porodzie już się karmiła.

Do wieczora była też z nami nasza doula. To niesamowite wsparcie i poczucie bezpieczeństwa. Wiedziałam, że przestraszonego nieco męża ogarnie, że będzie też ze mną, pomoże przystawić dziecko do piersi. Sama jestem doulą, która nie rozpoczęła jeszcze swojej pracy, ale przekonałam się na własnej skórze jak niesamowicie istotny to element tej całej porodowej układanki. Szczególnie dla kogoś jak ja, kto jest człowiekiem bardzo standnym i ta wioska od pierwszych chwil była mi potrzebna.

7 marca o 19.20 na świat przyszła Jagna Krystyna, ważyła 4050 kg i mierzyła 59 cm.
Jest z nami już trzy tygodnie. Wywróciła mój świat do góry nogami tak samo jak zrobił to jej brat. Droga, jaka przyszła na świat nie jest taka sama, choć to też było cięcie. Jednak ja – dzięki swojemu dążeniu do vbacu, samoświadomości, dzięki temu, że czułam skurcze, że walczyłam jak lew o poród naturalny, że byłam na planecie poród przez tyle godzin, że poddałam się temu rytmowi, że odnalazłam w sobie wilczyce, pierwotna kobietę mam poczucie wygranej. Życze tego każdej kobiecie!

Próbować zawsze warto :) (Warszawa)

Podjęcie próby porodu po 2 cięciach cesarskich jest w przypadku wielu kobiet możliwe i bezpieczne. I choć nie każdy taki poród kończy się naturalnie,  mamy które zdecydowały się spróbować,  często nie żałują tego doświadczenia. Jedną z nich jest Grażyna. Oto jej historia:

Dziewczyny, VBACu niestety nie było. Niemniej będzie to opowieść z cyklu „nie żałuję, że spróbowałam”.

Moje nastawienie na poród sn było od początku ciąży bojowe i zdecydowane. Szukałam więc osób wspierających tego typu pomysły. W grupie wsparcia ‚Naturalnie po cesarce’ na Fb znalazłam mnóstwo wsparcia i dobrej energii :) Ale też już na samej końcówce miałam duże szczęście: gdy się zaczęło na dobre trafiłam na dyżur mojej gin dr Kajdy, na porodówce profesjonalnie poród prowadziła położna Magdalena Witkiewicz, wpadła jeszcze z dobrym słowem Łucja Talma, a ciągłe wsparcie zapewniła mi doula Kasia i mój mąż. Ach, jeszcze na izbie przyjęć wyjątkowo przyjazna VBAC i pozytywnie nastawiona lekarka imieniem Monika, nazwiska nie pamiętam. Wszystkie te osoby sprawiły, że właśnie nie mam czego żałować :)

Moje dwa poprzednie porody miały niewiele z naturalności, bliskości – ja miałam w sumie niewiele do powiedzenia. Pierwszy poród był indukowany 7 dni po terminie. Po 20 h skurczy i całej kolekcji szpitalnych dopalaczy zdecydowano o cc. Stanęło na 8 cm, ale i ja już odpływałam i córce zaczęło w końcu spadać tętno ( a i tak zniosła wiele z powodu przodującej pępowiny). Z samej operacji niewiele pamiętam. Wiem tylko, że lekarze żatowali sobie, że sobie buty pobrudzą… No i usłyszałam, że mam córkę… nie byłam w stanie jej zobaczyć… Zobaczyłam ją ok. 2 godzin później, kiedy się obudziłam. Dziwiłam się, że to było moje dziecko, takie obce… Miłości do córki uczyłam się długo. Pół roku po porodzie okazało się, że znowu jestem w ciąży. W tym czasie zdobyłam już pewną wiedzę odnośnie porodów po cc i postanowiłam sobie, że będę rodzić naturalnie. Jednak z uwagi na malutkie dziecko w domu  prowadziłam ciążę w najbliższej mi przychodni, a poród planowałam w najbliższym szpitalu. Mimo, że na każdej kontrolnej wizycie słyszałam nieubłagalne „to co? Następne też pewnie będzie cięcie?” ciągle wierzyłam w moją wizję porodu. Od 36 tc miałam częste i regularne skurcze przepowiadające. Ale minął termin i nic. Na kontrolne ktg poszłam do szpitala dopiero tydzień po terminie. W szpitalu wielkie oczy, że „pani po cc chodzi tyle po terminie”. Odmawiałam hospitalizacji licząc, że coś się w końcu ruszy. Ale się nie ruszyło. Zgłosiłam się do szpitala 10 dni po terminie. Nikt nie wspierał mnie w mojej decyzji o porodzie sn. Wszyscy jak jeden mąż orzekli, że nie ma żadnych widoków na sn ani na indukcję. Zdołowana zgodziłam się na cc następnego dnia. Ta operacja była inna od poprzedniej. Bolała, ale synka zobaczyłam od razu i na chwilkę przytulono go do mojego policzka. Po przewiezieniu na salę dostałam go też od razu na karmienie. Ta miłość była łatwiejsza, choć żal po porodzie pozostał. Mimo tego, gdy dowiedziałam się o 3 ciąży, znowu postanowiłam powalczyć.

Wszystko zaczęło się tradycyjnie od przeterminowania. Wiedziałam, że moje dzieci już tak mają. Tak więc czekałam cierpliwie, kiedy to się zacznie. Kilka razy odmówiłam przyjęcia do szpitala. Jak się już zdecydowałam, nie było miejsca na patologii (+1 dzień dla mnie!). W piątek trafiłam jednak na oddział. I wtedy w sumie coś się ruszyło. Późno wieczorem poczułam TE skurcze. Ale po 3 godzinach ustały. Podobnie minęła sobota w szpitalu. Kilka godzin bolesnych skurczy, ale nieregularnie. W niedzielę dyżur miała dr Kajdy i tak się zgadało, że chciałabym urodzić na jej dyżurze. Badanie wykazało, że nieprzejednana dotąd szyjka zmieniła się na lepsze! Wstąpiła we mnie nadzieja. Tuż po 12 znowu skurcze. Z zalecenia dr miałam mieć częstszy zapis ktg i badanie tętna dziecka co 15 min. Po obiedzie ktg, a tam skurcze co 10-13 min. Myślę sobie, znowu powtórka, przecież który to już dzień takich skurczy. Ale koniec ktg, a położna mówi, że idziemy na porodówkę! Poród zaczął się 14. dnia po terminie :) Godziny mijały, a skurcze stawały się mocniejsze i częstsze (co 2 min, potem co 30 sek). Postępu nie było widać. Z uwagi na to, iż co 1,5 godz. miałam mieć zapis ktg, chciałam, aby było wykonywane przenośnym urządzeniem. No i tutaj pierwszy pech – były dwa i te dwa padły. Tak więc leżenie.. a zapis zaczął się psuć, bo u malucha podwyższone tętno. Leżenia było ponad godzinę… Skurcze zwalające z nóg, ból przeszywający. Przebicie pęcherza z powodu podejrzenia zielonych wód. Pęcherz przebity – wody czyste. Postępu brak… Za namową położnej zzo, aby zmiękczyć szyjkę. Tym razem zadziałało na mnie od razu – godzina ulgi i odpoczynku. Potem znowu mega skurcze i ten wszechogarniający ból. Badanie wewn wykazało jednak niewielki postęp. W międzyczasie słyszę, że powinnam mieć stały zapis ktg… Skurcze mocne, ale nieefektywne. Maluch nie napiera dostatecznie. staram się rozluźnić maksymalnie podczas skurczu, ale już leżę – wtedy skurcze nie są tak częste jak w pozycjach wertykalnych. sił już brak. to już 10 godzin, a postęp ledwo 2 cm… Położna jeszcze obmyśla jakiś eksperyment, ale nie czuje tego, co ja.. w mojej głowie jest już tylko jedno rozwiązanie – cc. Przed porodem brałam obie opcje pod uwagę, także już się tej decyzji nie boję. Podjęłam walkę.. dałam dziecku choć trochę naturalnej drogi. Reszta już niestety nie należała do mnie. W ciągu pół godziny znajduję się na sali operacyjnej. Znajome procedury. Słyszę jeszcze tylko coś o „dziurze w macicy”… Wreszcie jest – 0.15, 8.12 – Wojtuś, 4280 g, 58 cm :) Nie żałuję, że próbowałam – mimo ogromnego bólu, mój synek sam zadecydował o terminie porodu i dostał te kilka godzin prawdziwego porodu.

Po 6 tygodniach na wizycie gin dowiedziałam się, że mój 3 poród nie postępował tak jak powinien prawdopodobnie z powodu wielu zrostów powstałych po poprzedniej cc… I to przez te zrosty nie radziłam sobie z bólem tak dobrze jak ze skurczami. Dopiero po 3 cc trafiłam na fizjoterapię blizny, którą polecam wszystkim dziewczynom po cc.

Cieszę się, że mogłam to przeżyć (Ostrów Wlkp.)

Historie takie jak ta napawają optymizmem, że także w polskich szpitalach można urodzić „po ludzku”, „po swojemu”, ze wsparciem zarówno męża jak i douli, w pełni naturalnie po wcześniejszym cięciu cesarskim. Oto opowieść Justyny:

W niedzielę 25. stycznia byłam umówiona ze swoim lekarzem w szpitalu na ktg. Pojechaliśmy ok. godz. 19. Zapisały się jakieś delikatne (60), w miarę regularne (10min) skurcze. Lekarz mnie potem zbadał, powiedział, że szyjka miękka i na opuszek palca, i że pewnie w 2-3 dni urodzę. Sprawdził jeszcze bliznę i wciąż było ok. Strasznie ucieszona wyszłam z izby przyjęć, opowiedziałam wszystko mężowi i córce (na każde ktg jeździli ze mną) i wróciliśmy do domu.

Było już dość późno, zjedliśmy jeszcze kolację, później wykąpałam i położyłam córkę spać. I jakoś mnie naszło, żeby dokończyć szykować muzykę na poród. Jak usiadłam przy komputerze, to miałam wrażenie, że nasiliły mi się skurcze, zrobiły się bardziej bolesne. Nie wiedziałam jednak, czy przypadkiem sobie tego nie wmawiam. Na wszelki wypadek napisałam do douli i zgrywałam tę muzykę. Siedziałam nad tym do 1.30 w nocy, ale spokojna poszłam spać.

W nocy kilka razy obudził mnie skurcz, ale spałam prawie do 9. Poszłyśmy z córką robić śniadanie i zauważyłam, że skurcze są dużo mocniejsze i częstsze. Zaczęłam je zapisywać i zdziwiłam się, bo były regularnie co 7,5min. Po śniadaniu wzięłam prysznic i nic się nie zmieniło. Dałam znać mężowi i douli, żeby się szykowali, bo to może być TEN dzień. Zadzwoniłam też do zaprzyjaźnionej położnej i do teściowej, która na czas porodu miała zostać z córką. Odpuściłam sobie w ten dzień spacer z dzieckiem, bo jakoś czułam, że mogłabym nie podołać. Ok. 13 córka miała drzemkę i chciałam iść spać razem z nią, ale nie potrafiłam już wyleżeć. Dałam znać mężowi, żeby wrócił do domu jak tylko zrobi co najpilniejsze w pracy. Wrócił jakoś po 15, zjedliśmy obiad, zadzwoniliśmy do teściowej, żeby ok. 17 do nas przyjechała.

Jak przyjechała, to poszłam się wykąpać, wtedy skurcze miałam już co 5min. Napisałam do douli, że jadę do szpitala i dam znać co i jak, ale żeby była gotowa. Po drodze skurcze się trochę wyciszyły, ale były dość bolesne, bo w pozycji siedzącej było mi dość ciężko je znosić. W szpitalu byliśmy ok. 19, na ktg zapisywały się delikatne skurcze (30), a odczuwałam je bardziej, niż te w niedziele, które wg ktg były 2 razy silniejsze. Jak lekarz (akurat mój miał dyżur) zobaczył zapis, to się śmiał, że chyba coś wymyślam z tymi skurczami. Ale poszedł mnie zbadać i rozwarcie było na 3-4cm. Zapytał, czy zostaję, zgodziłam się oczywiście. Zapytał jeszcze czy na pewno nie chcę cc. Poszłam na IP wypełnić te wszystkie dokumenty, potem się przebrałam i poszłam na sale, tam znowu podpięli mi ktg, ale już ciężko było mi wysiedzieć. Po jakiś 40min przyszła położna, przyniosła piłkę i powiedziała, że mogę wziąć prysznic, tam skurcze się nasiliły i kazałam mężowi szybko dzwonić po doulę (miała ok. 100km do mnie). Skurcze miałam wtedy co 4min, położna się dziwiła, że jeszcze nie jestem na porodówce, ale niby mój lekarz kazał mnie na sale położyć.

Ok. 22 przyjechała doula, położna sprawdziła mi rozwarcie i było 6cm i ok. 23 byłam już na porodówce, tam znów miałam podpięte ktg, ale już mogłam się ruszać. Światło miałam cały czas przyciemnione, w tle leciała muzyka, którą wieczór wcześniej zgrywałam. Ale muszę przyznać, że prawie jej nie słyszałam. Miałam prawie cały czas zamknięte oczy i chyba odpłynęłam, choć doula mówiła, że jeszcze nie, bo odpowiadam na pytania. O 24 weszłam do wanny, nikt już nie mierzył skurczy, bo były dość silne i częste. Mąż polewał mi plecy wodą, a doula robiła zimne okłady i pilnowała, żebym nie napinała się na dole, tylko kazała mi ściskać swoje ręce. Chwile po 1 wyszłam z wanny, rozwarcie miałam wtedy na 8-9cm. Do 2 robiłam jakieś wymachy rękami z mężem, wisiałam na drabinkach, w sumie nie wiele z tego czasu pamiętam.

Wiem, że o 2 odeszły mi wody i zaczęły się parte. Początkowo rodziłam na stołku, później wisiałam na mężu (dosłownie, bo odrywałam nogi od podłogi) i rodziłam na stojąco, doula podpierała mnie od tyłu. Chyba jeszcze raz na chwilę weszłam na stołek. W między czasie dotykałam główki mojej, rodzącej się, córeczki. Jak główka była już połowicznie urodzona, to weszłam na łóżko i tam na siedząco urodziła się moja druga dzidzia i mogłyśmy się przez 2h kangurować.

Obyło się bez żadnych wspomagaczy i środków uśmierzających ból. Niestety trochę popękałam, ale to wszystko jest nie ważne. Cieszę się, że dałam radę, że mogłam to przeżyć (wcześniejsza cesarka na zimno), bo to chyba doświadczenie, które najwięcej wniosło w moje życie. Do dziś na wspomnienie o porodzie chce mi się płakać, spełniło się moje marzenie, o które tak długo walczyłam. Dałam radę, mimo tego, że większość (początkowo nawet mąż) była przeciwna porodowi sn, traktowali to jako jakąś moją fanaberię. Zdałam się na intuicję i teraz jeszcze bardziej w nią wierzę, czuję, że jestem silniejsza oraz moja relacja z mężem jest mocniejsza, pełniejsza i że po porodzie kochamy się jeszcze mocniej.

Właściwie urodziłam córkę sama, położnej prawie przy mnie nie było, siedziała w pokoju obok i zaglądała tylko co jakiś czas, nie instruowała mnie. Każdej z Was życzę takich warunków i możliwości urodzenia po swojemu.

Jeszcze chciałam Wam napisać, że jeśli któraś z Was zastanawia się nad doulą, to z mojego doświadczenia powiem Wam, że naprawdę warto. Przy mnie był mąż, który był mega wsparciem i nie wyobrażam sobie, żeby mogło go nie być, ale doula była wsparciem innego rodzaju. To ona pilnowała, żebym nie spinała się na dole, podawała wodę, robiła okłady, wiedziała gdzie nacisnąć, żeby mniej bolało, itp.