Tag Archive | doula

Cieszę się, że mogłam to przeżyć (Ostrów Wlkp.)

Historie takie jak ta napawają optymizmem, że także w polskich szpitalach można urodzić „po ludzku”, „po swojemu”, ze wsparciem zarówno męża jak i douli, w pełni naturalnie po wcześniejszym cięciu cesarskim. Oto opowieść Justyny:

W niedzielę 25. stycznia byłam umówiona ze swoim lekarzem w szpitalu na ktg. Pojechaliśmy ok. godz. 19. Zapisały się jakieś delikatne (60), w miarę regularne (10min) skurcze. Lekarz mnie potem zbadał, powiedział, że szyjka miękka i na opuszek palca, i że pewnie w 2-3 dni urodzę. Sprawdził jeszcze bliznę i wciąż było ok. Strasznie ucieszona wyszłam z izby przyjęć, opowiedziałam wszystko mężowi i córce (na każde ktg jeździli ze mną) i wróciliśmy do domu.

Było już dość późno, zjedliśmy jeszcze kolację, później wykąpałam i położyłam córkę spać. I jakoś mnie naszło, żeby dokończyć szykować muzykę na poród. Jak usiadłam przy komputerze, to miałam wrażenie, że nasiliły mi się skurcze, zrobiły się bardziej bolesne. Nie wiedziałam jednak, czy przypadkiem sobie tego nie wmawiam. Na wszelki wypadek napisałam do douli i zgrywałam tę muzykę. Siedziałam nad tym do 1.30 w nocy, ale spokojna poszłam spać.

W nocy kilka razy obudził mnie skurcz, ale spałam prawie do 9. Poszłyśmy z córką robić śniadanie i zauważyłam, że skurcze są dużo mocniejsze i częstsze. Zaczęłam je zapisywać i zdziwiłam się, bo były regularnie co 7,5min. Po śniadaniu wzięłam prysznic i nic się nie zmieniło. Dałam znać mężowi i douli, żeby się szykowali, bo to może być TEN dzień. Zadzwoniłam też do zaprzyjaźnionej położnej i do teściowej, która na czas porodu miała zostać z córką. Odpuściłam sobie w ten dzień spacer z dzieckiem, bo jakoś czułam, że mogłabym nie podołać. Ok. 13 córka miała drzemkę i chciałam iść spać razem z nią, ale nie potrafiłam już wyleżeć. Dałam znać mężowi, żeby wrócił do domu jak tylko zrobi co najpilniejsze w pracy. Wrócił jakoś po 15, zjedliśmy obiad, zadzwoniliśmy do teściowej, żeby ok. 17 do nas przyjechała.

Jak przyjechała, to poszłam się wykąpać, wtedy skurcze miałam już co 5min. Napisałam do douli, że jadę do szpitala i dam znać co i jak, ale żeby była gotowa. Po drodze skurcze się trochę wyciszyły, ale były dość bolesne, bo w pozycji siedzącej było mi dość ciężko je znosić. W szpitalu byliśmy ok. 19, na ktg zapisywały się delikatne skurcze (30), a odczuwałam je bardziej, niż te w niedziele, które wg ktg były 2 razy silniejsze. Jak lekarz (akurat mój miał dyżur) zobaczył zapis, to się śmiał, że chyba coś wymyślam z tymi skurczami. Ale poszedł mnie zbadać i rozwarcie było na 3-4cm. Zapytał, czy zostaję, zgodziłam się oczywiście. Zapytał jeszcze czy na pewno nie chcę cc. Poszłam na IP wypełnić te wszystkie dokumenty, potem się przebrałam i poszłam na sale, tam znowu podpięli mi ktg, ale już ciężko było mi wysiedzieć. Po jakiś 40min przyszła położna, przyniosła piłkę i powiedziała, że mogę wziąć prysznic, tam skurcze się nasiliły i kazałam mężowi szybko dzwonić po doulę (miała ok. 100km do mnie). Skurcze miałam wtedy co 4min, położna się dziwiła, że jeszcze nie jestem na porodówce, ale niby mój lekarz kazał mnie na sale położyć.

Ok. 22 przyjechała doula, położna sprawdziła mi rozwarcie i było 6cm i ok. 23 byłam już na porodówce, tam znów miałam podpięte ktg, ale już mogłam się ruszać. Światło miałam cały czas przyciemnione, w tle leciała muzyka, którą wieczór wcześniej zgrywałam. Ale muszę przyznać, że prawie jej nie słyszałam. Miałam prawie cały czas zamknięte oczy i chyba odpłynęłam, choć doula mówiła, że jeszcze nie, bo odpowiadam na pytania. O 24 weszłam do wanny, nikt już nie mierzył skurczy, bo były dość silne i częste. Mąż polewał mi plecy wodą, a doula robiła zimne okłady i pilnowała, żebym nie napinała się na dole, tylko kazała mi ściskać swoje ręce. Chwile po 1 wyszłam z wanny, rozwarcie miałam wtedy na 8-9cm. Do 2 robiłam jakieś wymachy rękami z mężem, wisiałam na drabinkach, w sumie nie wiele z tego czasu pamiętam.

Wiem, że o 2 odeszły mi wody i zaczęły się parte. Początkowo rodziłam na stołku, później wisiałam na mężu (dosłownie, bo odrywałam nogi od podłogi) i rodziłam na stojąco, doula podpierała mnie od tyłu. Chyba jeszcze raz na chwilę weszłam na stołek. W między czasie dotykałam główki mojej, rodzącej się, córeczki. Jak główka była już połowicznie urodzona, to weszłam na łóżko i tam na siedząco urodziła się moja druga dzidzia i mogłyśmy się przez 2h kangurować.

Obyło się bez żadnych wspomagaczy i środków uśmierzających ból. Niestety trochę popękałam, ale to wszystko jest nie ważne. Cieszę się, że dałam radę, że mogłam to przeżyć (wcześniejsza cesarka na zimno), bo to chyba doświadczenie, które najwięcej wniosło w moje życie. Do dziś na wspomnienie o porodzie chce mi się płakać, spełniło się moje marzenie, o które tak długo walczyłam. Dałam radę, mimo tego, że większość (początkowo nawet mąż) była przeciwna porodowi sn, traktowali to jako jakąś moją fanaberię. Zdałam się na intuicję i teraz jeszcze bardziej w nią wierzę, czuję, że jestem silniejsza oraz moja relacja z mężem jest mocniejsza, pełniejsza i że po porodzie kochamy się jeszcze mocniej.

Właściwie urodziłam córkę sama, położnej prawie przy mnie nie było, siedziała w pokoju obok i zaglądała tylko co jakiś czas, nie instruowała mnie. Każdej z Was życzę takich warunków i możliwości urodzenia po swojemu.

Jeszcze chciałam Wam napisać, że jeśli któraś z Was zastanawia się nad doulą, to z mojego doświadczenia powiem Wam, że naprawdę warto. Przy mnie był mąż, który był mega wsparciem i nie wyobrażam sobie, żeby mogło go nie być, ale doula była wsparciem innego rodzaju. To ona pilnowała, żebym nie spinała się na dole, podawała wodę, robiła okłady, wiedziała gdzie nacisnąć, żeby mniej bolało, itp.

Marzenia się spełniają (Rzeszów)

Dziś historia szczególnie mi bliska. To była ogromna radość i zaszczyt móc towarzyszyć Oli w drodze do narodzin Nikodemka. Oto jej wspomnienia:

Nazywam się Ola. Zacznę od tego że ogromnie się cieszę, że urodziłam naturalnie po cesarce :) Poród siłami natury był moim wielkim marzeniem, które pomogło mi spełnić nie małe grono osób. Dziękuję Wam!

Moja historia zaczyna się od mojego pierwszego porodu zakończonego cesarką w lutym 2012 roku. Do porodu byłam nastawiona bardzo pozytywnie, zamierzałam urodzić w szpitalu przy którym uczęszczałam do szkoły rodzenia. Położne na zajęciach często powtarzały żeby zaufać personelowi szpitala, że położne zawsze służą pomocą. Tak więc się nastawiłam – zaczne rodzić, sympatyczne położne poinstruują co i jak – jak bardzo się zawiodłam… Mój pierwszy synek się nie śpieszył, tak więc 7 dni po terminie porodu z OM stawiłam się do szpitala – ktg w porządku, rozwarcia zero, żadnych oznak zbliżajacego się porodu. Postanowiłam przyjąć się na oddział położniczo-gin – w szpitalu czułam się bezpieczniej. Po 4 dniach pobytu o 23:00 zaczęło się „coś dziać”, nieregularne skurcze, rozwarcie żadne… Było już 10 dni po terminie, więc lekarz zaproponował mi indukcje oksytocyną. Na swoje nieszczęście zgodziłam się… Byłam pełna optymizmu, szłam na porodówkę jak na spotkanie z wielką przygodą. Niestety przygoda okazała się dla mnie koszmarnym szokiem – rodziłam 9 godzin z czego 8 leżałam nonstop podłączona pod ktg, rozwarcie postępowało powoli, ostatnich 6 godzin praktycznie nie pamietam gdyż ból mnie totalnie paraliżował, nie wiedziałam jak mam sobie z nim poradzić, czułam się strasznie samotna, położne jakby nie zwracały na mnie uwagi, a mój mąż patrzył na mnie bezradnie. Po 7 godzinach poprosiłam o zzo, okropny ból odszedł, rozwarcie było już na 8 cm. Jednak zaczęło gwałtownie spadać tętno dziecka i pojechałam szybko na sale operacyjną na cesarskie cięcie. Lekarz wyjął mi synka, pokazał go, następnie pielęgniarka przyłożyła mi buzie synka do policzka i zaraz go zabrała – tu przeżyłam kolejny szok, bo przecież miałam mieć przystawionego synka do piersi już na sali operacyjnej; okazało się że już od jakiegoś czasu ten szpital tego nie praktykuje… Następnym szokiem było dla mnie to, że z braku miejsc przywieziono mnie na inny oddział, tak więc nie widziałam synka 10 godzin, karmiłam go dopiero następnego dnia. Okropnym zaskoczeniem również było dla mnie to, że nie czułam żadnej radości z narodzin synka, czułam że go nie kocham, oskarżam go o coś. Patrzyłam na niego i czułam pustkę w sercu. Psychicznie i fizycznie czułam się koszmarnie. Rana bardzo mnie bolała mimo leków przeciwbólowych, przez 2 tygodnie nie mogłam sie całkiem wyprostować, jeszcze przez pół roku blizna mi dokuczała. Szczęście w nieszczęściu rana po cc pięknie się zagoiła, nie mam żadnych zrostów, ani powikłań. Te wszystkie przeżycia z mojego porodu, długo rodząca się miłość do synka, oskarżanie siebie, że jestem złą matką spowodowały u mnie deprsję poporodową, która całe szczęście przeszła dzięki gorącym modlitwom i psychoterapii.

Po 23 miesiącach od cc dowiedziałam się że jestem w ciąży. To był początek Nowego Roku 2014 a ja czułam podskórnie że ten rok będzie wyjątkowy. Zaczęłam szukać informacji o porodach naturalnych po cesarskim cięciu, tak trafiłam na ten portal:). Zaczytywałam się w szczęśliwych historiach o VBAC i marzyłam o takim porodzie. Biorąc pod uwagę to, co przeżyłam na porodówce, widziałam że musze mieć mocne oparcie w kimś kto pomoże mi przejść przez poród, kto przede wszystkim da mi wsparcie psychiczne i pomoże uśmierzyć ból oraz empatycznie i profesjonalnie poprowadzi mój poród – potrzebowałam douli i położnej przyjaznej VBAC. Najpierw znalazłam doulę – Magde :) do któtrej od początku poczułam wielką sympatię, tym bardziej że przeżyła swój vbac –wiedziałam że to doula w sam raz dla mnie! :) Umówiłam się też z położną – panią Renią – z którą wraz z mężem umówiłam się na spotkanie w szpitalu, w którym zamierzałam rodzić. P. Renia pokazała nam trakt porodowy, oddział patologii ciąży i oddział położniczy. To zwiedzanie bardzo mnie oswoiło z tymi miejscami, wiedziałam, że będąc drugi raz w tych miejscach nie będę się czuła obco.

Drugą ciążę przeszłam równie bezproblemowo jak pierwszą. Jednak mój spokój zakłóciła informacja że w 34 t.c. ciąży synek jest ułożony pośladkowo, dodatkowo waży dużo – koło 97 centyla. Lekarz prowadzący stwierdził że dziecko w 9tym m-cu może mieć już 4 kg. . Zaproponował termin cc. Wyszłam z gabinetu praktycznie bez słowa. Byłam przybita tymi informacjami, czułam że moje marzenie o VBAC oddala się… „Poskarżyłam się” mojej Magdzie, a ta bardzo skutecznie podniosła mnie skutecznie na duchu, zapodała linki do stron z ćwiczeniami, które pomaogają maluszkom się prawidłowo ułożyć do porodu, jak również poczytałam sobie historie o porodach Dużych dzieci. Gorąco też się modliłam, aby synek się odwrócił główką do wyjścia.

Pod koniec 36 t.c. na byłam na ostatniej wizycie u mojego lekarza prowadzącego. Wstrzymałam oddech gdy lekarz przyłożył mi głowice USG do brzucha. Popatrzyłam na monitor i zalałam się łzami, bo oto mój synek pięknie „wisiał” główką do dołu!  USG wyliczyło wagę dziecka na ponad 3600g. Lekarz był już na 100% pewny że dziecko będzie ważyło 4 kg na dzień terminu porodu z OM. Na informację. że i tak będę próbowac rodzic siłami natury, mój lekarz uśmiechnał się blado i życzył powodzenia 😉 Zalecił mi, abym przyszła 5 dni po terminie na ktg i usg na izbę przyjeć.

W dniu terminu porodu tj 21.09 już wiedziałam, że moje dzieci nie śpiesza się na świat 😉

W końcu 5 dni po terminie, w piątek rano koło godziny 5tej obudził mnie lekki skurcz. Inny niż te dotychczas, które czułam od 22tygodnia ciąży. Wzięłam telefon i zaczęłam liczyć skurcze. Były co 6,7 minut, a następnie regularnie co 4,5 minut. Obok mnie spał mój mąż i synek, który pewnie niedawno przywędrował do naszego łóżka. Nie chciałam ich na razie budzić.  Poszłam pod prysznic sprawdzić czy to nie fałszywy alarm (w wodzie nieporodowe skurcze ustają). Skurcze tylko lekko się wyciszyły. „Chyba rodzę!!” – ucieszyłam się. Obudziłam szybko męża i synka. Dałam znać Magdzie. Byłam cały czas z nią w kontakcie. Mąż zadzwonił do położnej że „coś się zaczyna dziać”. Moje skurcze zaczęły być coraz silniejsze, musiałam opierać się mocno o krzesło, oddychałam głęboko. Między skurczami zjadłam szybko porządne śniadanie (o nie, już nie będę nigdy rodzić będąc głodna!), zabraliśmy z mężem torby do szpitala i pojechaliśmy odwieść synka do dziadków. W czasie jazdy autem skurcze zaczęły słabnąć, a gdy weszłam do szpitala całkowicie ustały. Zdenerwowałam się, bo teraz już wiedziałam, że to były skurcze przepowiadające. Nie było sensu iść na izbę przyjęć, skoro dobrze się czułam. Postanowiłam rozruszać te skurcze – zeszłam 2 razy po schodach z 10piętrowego wieżowca. Skurcze powróciły, jeszcze mocniejsze, ale dalej nieregularne. Po niemałej szarpaninie która rozgrywała się we mnie postanowiłam przyjąć się na oddział do szpitala, w którym chciałam rodzić. Na ktg tętno synka pisało się idealnie, widać było 2-3 skurcze. Przy badaniu lekarskim rozwarcie było na opuszek palca – nawet ten centymetr bardzo mnie cieszył. Poczułam się bardzo silna. Jednak potrafie! Moje ciało przygotowuję się do porodu, to się dzieje, jak widać odbywało się to bardzo powoli, ale jednak to fakt! Usg wskazywało że moja blizna po cc ma grubość 3,4 mm Same dobre wiadomości!! Natomiast waga synka była szacowana na 4100-4400g. Troche mnie to niepokoiło, bo przecież wiele mam zostaje skierowanych na cesarkę właśnie ze względu na makrosomie płodu, dodatkowo miałam przekonanie że duże dzieci przecież ciężej się rodzi. Z niepokojem czekałam na wizytę ordynatora, bo niestety większość lekarzy skierowuję mamy po cc od razu na kolejną cesarkę lub straszy przesadzonymi  konsekwencjami naturalnego porodu po cesarce. Bardzo chciałam tego uniknąć. Na obchodzie oddziału pan ordynator, na informację ode mnie że jestem po cesarce, 5 dni po terminie i bardzo chciałabym urodzić dołem, dobrotliwie się uśmiechnął i powiedział :” W takim razie czekamy na porodowe skurcze”. Strasznie się ucieszyłam! Nie musiałam nic tłumaczyć i walczyć o naturalny poród. Ordynator wręcz mnie zachęcał do próby takiego porodu, pocieszył mnie że w razie gdyby coś się działo (rozchodzenie się blizny czy pękanie macicy) to przecież jestem w szpitalu, można zrobić szybko cesarskie cięcie, poza tym przecież moja blizna jest silna i gruba a to że dziecko jest duże to nie ma większego znaczenia. Po tych słowach poczułam się bardzo bezpiecznie i komfortowo, wiedziałam że jestem pod fachową opieką, a mój strach przed porodem praktycznie zniknął. Wieczorem skurcze wróciły, były nieregularne i dość mocne. W nocy ból budził mnie co parę godzin. Nad ranem znów była powtórka z piątku. Na badaniu ginekologicznym miałam już rozwarcie na palec. Zaczęłam się niecierpliwić. Skontaktowałam się z Magdą aby dała mi jakieś wskazówki co mogę sama zrobić w warunkach szpitalnych, aby te moje skurcze przeszły na regularne. Tak więc praktycznie cały dzień dużo spacerowałam, schodziłam szybko ze schodów i przede wszystkim dużo afirmowałam na temat swojego porodu i modliłam się. Wieczorem znów skurcze wróciły, były już dość mocne. Zaczęłam mieć wątpliwość czy chcę urodzić siłami natury, ale moja kochana doula, bardzo mnie pocieszała że moje ciało jest stworzone do rodzenia, że dam radę. W nocy skurcze budziły mnie co pół godziny, prawie w ogóle nie spałam.

W niedzielę rano obudziło mnie piękne słońce i bardzo mocny skurcz 😉 Zaczęłam je liczyć – znów nieregularne. Czekałam z niecierpliwością na obchód lekarzy. Na wizycie „poskarżyłam się” panu ordynatorowi że już prawie 3cią noc nie śpie, skurcze mocne, nieregularne i że mam już dość… Pan ordynator powiedział z uśmiecham: „to na okscytocyne panią”. Troche się przestraszyłam bo ciągle pamiętałam jakie bolesne skurcze wywołała u mnie oksytocyna przy pierwszym porodzie, ale zaraz się uspokoiłam bo przecież miałam mocną grupę wsparcia: świetną położną, zaufaną doulę i doświadczonego męża. Na badaniu ginekologicznym miałam już 4 cm rozwarcia! Mało się nie popłakałam ze szczęścia 😉 Czułam że fruwam na jakichś hormonach, jakbym przygotowywała się do jakiejś niesamowitej wielkiej przygody. Zadzwoniłam do męża i douli, mąż zadzwonił do naszej położnej, napisałam smsa mojej najbliższej rodzinie i znajomych: „RODZE ”. Czułam wokół siebie moc – moc mojej kobiecości, moc rozpoczynającego się porodu, moc modlitwy moich bliskich. Zaczęłam pakować swoje rzeczy i uświadomiłam sobie że nie jadłam śniadania. Wiedziałam że nie mogę już jeść, ale skąd miałabym wziąć siły na rodzenie dziecka? I to bardzo dużego dziecka 😉 Na szczęście koleżanka z sali poratowała mnie swoją kanapką z szynką, którą wręcz połknęłam chowając się w łazience przed położnymi. Zawołano mnie na sale porodową. Położna podała mi antybiotyk (miałam dodatni GBS). Zrobiła hegar, ogoliła – nie protestowałam bo przecież musiałam liczyć się  z tym że poród może zakończyć się cesarskim cięciem. Położna myślała że będę rodzić z nią ale poinformowałam ją że rodzę z panią Renią i czekam na nią. Czekając chodziłam po korytarzu na trakcie porodowym żeby „rozhulać skurcze” i zaczęłam liczyć odstęp czasowy miedzy nimi – były idealnie regularne co 5  minut. Zauważyłam że odchodzi mi też czop śluzowy. Znów miałam łzy w oczach i dziękowałam Bogu w duchu, bo już widziałam że moje ciało rodzi mojego synka! Samo! Oksytocyna w niczym nie będzie mi potrzebna. Zjawił się mój mąż i Magda, niedługo po nich przyszła moja kochana położna. Uściskała mnie i pobiegła przygotowywać sale porodową dla mnie. Parę minut po godzinie 10tej weszłam na jednoosobową sale porodową z mężem. Przy porodzie mogłam mieć tylko jedną osobę towarzyszącą więc Magda miała się wymieniać z moich mężem, gdybym jej potrzebowała. „A więc zaczynamy” – powiedziałam i położyłam się na łóżku porodowym. Pani Renia wszystko mi tłumaczyła, że musi mnie teraz trochę potrzymać na ktg, a potem mnie puści na piłki i będę mogła robić co chce. Położyłam się na łóżku porodowym, mój mąż stanął po mojej prawej stronie, moja położna poprawiła mi ustawienie łóżka tak żeby było mi wygodnie i podpięła ktg. Skurcze odpowiedni się pisały, tętno dziecka było w porządku. Przyszedł lekarz i wraz z moją położną stwierdzili, że nie będzie potrzebna już oksytocyna bo poród pięknie postępuje. Tymczasem skurcze zaczęły robić się coraz mocniejsze. Przy szczycie skurczu trzymałam mocno mojego męża za rękę i starałam się głęboko oddychać. Miedzy skurczami uśmiechałam się, byłam szczęśliwa że ten poród jest tak pięknie inny niż ten pierwszy. Wiedziałam i czułam że mam prawdziwe (dosłownie!) oparcie w mężu. Czas jakby dla mnie nie istniał. Liczył się tylko fakt, że rodzę mojego synka. Po jakimś czasie przyszedł lekarz, zbadał mnie i ze zdziwioną miną coś powiedział, nie usłyszałam, mąż też nie. Lekarz odszedł szybko do mojej położnej, która wypełniała moje porodowe dokumenty w innym pomieszczeniu. Powiedziałam do męża „Idź zapytaj na ile jest rozwarcie”. Mąż poszedł i zaraz przyszedł z wspaniałą wiadomością: „Rozwarcie na dłoń!”. Ucieszyłam się strasznie, już pełne rozwarcie! I to tak szybko, w godzine! Byłam pod wielkim wrażeniem mocy mojego ciała. Byłam przygotowana na wielką walkę z bólem, w której miała mi pomagać Magda, a ja nie odczułam nawet słynnego kryzysu 7go centymetra. Pani Renia zaraz przybiegła, zaczęła szybko ubierać się w fartuch, biegać po sali, coś przygotowywać. To mnie jeszcze bardziej podekscytowało – czułam że coraz bardziej odpływam na jakichś szalonych pozytywnych hormonach. Moja położna była pozytywnie zdziwiona i zażartowała że pokrzyżowałam jej plany bo ona chciała mnie już odpiąć od ktg i dać na jakąś piłkę a ja już do parcia!   Pani Renia poinformowała mnie, że teraz jest decydujący moment – wstawianie główki dziecka w kanał rodny. „Będziemy rodzić trochę inaczej żeby nie obciążać blizny” – powiedziała i ustawiła mnie tak że siedziałam/leżałam na prawym boku. Skurcze zaczęły być coraz silniejsze i długie. Przy szczycie skurczu wiedziona jakimś naturalnym instynktem przeciągle krzyknęłam. Do dziś tego nie zapomnę  – nie był to krzyk bólu czy przerażenie, to był krzyk wojowniczki. Bardzo pomagał mi znieść ten ból. Nastąpiła długa przerwa, w czasie której patrzyłam mężowi głęboko w oczy i odpoczywałam. Moja położna powiedziała, żeby jak tylko poczuję parcie dać jej znać. Po chwili je poczułam. W pierwszych chwilach byłam trochę zdezorientowana i zaczęłam nieefektywnie przeć i poczułam lekką panikę, ale pani Renia natychmiast delikatnie i stanowczo mnie poinstruowała jak prawidłowo przeć. Motywowała mnie też słowami: „Ola dasz radę!”, „Bardzo dobrze!”, „Pięknie!”. Równocześnie cały czas monitorowała tętno dziecka i chroniła moje krocze. Nagle moja położna krzyknęła „Widzę już włosy!”. To mnie bardzo zmotywowało. Mąż „luknął” na te „włosy” i uśmiechnął się. „Ola jeszcze trochę i synek będzie z Tobą”! – powiedziała pani Renia. Zebrałam się w sobie i wypchałam główkę. Jeszcze raz i synek był już cały na świecie o 11:50. Miałam wrażenie że śnie i byłam przeszcześliwa, położna położyła mi synka na piersiach. Był taki ciepły, pachniał oszałamiająco i widziałam że urodziłam niezłego klocuszka. Pani Renia mi pogratulowała i jeszcze raz stwierdziła że jest pod wrażeniem mojego porodu. Mąż był oczywiście ze mnie bardzo dumny. Był to jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu.

Mój synek Nikodem ważył 4220 g i mierzył 56 cm. Dostał 10 punktów Apgar. Mój poród vbac trwał 3 godziny, w tym dwie godziny na sali porodowej, jednak miałam wrażenie że urodziłam w 15 minut.  To zapewne zasługa endorfin które niosły mnie przez cały poród. Prawdę mówiąc niewiele pamiętam z mojego porodu, wydawało mi się że jestem poza czasem i przestrzenią; teraz gdy sobie przypominam to uczucie mimowolnie się uśmiecham – tak bardzo miły był to stan. Ten poród bardzo mnie dowartościował jako kobietę i matkę.

 P1030576 â-- kopia

Spełnione marzenie (Warszawa)

Nawet ciąża przebiegająca z trudnościami (m.in. z cukrzycą ciężarnych) nie musi stanowić przeszkody w naturalnym porodzie siłami natury po cięciu cesarskim. Oto ujmujaca i motywująca historia Anny, która niedawno szczęśliwie urodziła córeczkę Julkę.

Moja historia zaczęła sie w 2009 r.  kiedy to ostatecznie urodziłam przez cc mojego syna Kacpra. W karcie wypisu „zagrażająca wewnątrzmaciczna zamartwica płodu, wysokie proste ustawienie główki i kolizja pępowinowa”, które ponoć skutecznie uniemożliwiły mojemu synkowi wydostanie sie na świat drogami natury. Po cesarce szybko dochodziłam do siebie, jedyną traumę przeżyłam przy nieudanych próbach karmienia i szybko przestawiłam synka na butlę. Trzeba tutaj jasno powiedzieć, że byłam kompletnie nieprzygotowana do porodu, nie miałam żadnej świadomości tego jak może wyglądać poród, dlaczego jest taki ważny, że moze być piękny i może być początkiem cudownej więzi miedzy matka a dzieckiem.
Przyjechaliśmy do szpitala o 23 ze skurczami bardzo krótkimi i intensywnymi, do godz. 8 nie odpłynęły mi wody a rozwarcie postąpiło z 2 na 4 cm. Położna zdecydowała o przebiciu pęcherza owodniowego a ja sie zgodziłam, w końcu to ona wiedziała co robi. Potem weszłam do wanny, skurcze zaczęły odchodzić, po wyjściu dopadły ze zdwojoną siła. Wtedy wzięłam znieczulenie. Po półgodzinie rozwarcie osiągnęło 10 cm. Ale parcia nie czułam, nie mogłam współpracować z polożną, ona oceniła ze dziecko źle sie wstawia, tętno zaczęło spadać, zdecydowano o cesarskim cięciu. Ja w tym momencie nie wiedziałam co sie ze mną dzieje, byłam półprzytomna. Partner towarzyszył mi na sali operacyjnej, popłakałam sie jak wyjęli Kacperka z mojego brzucha, byłam szczęśliwa, że wszystko dobrze sie skończyło. Potem zaczęły sie problemy z karmieniem, po 7 dobach walki w szpitalu bez wsparcia i pomocy przestawiłam Kacpra na butelkę i pokarm mieszany. Po 3 tygodniach już tylko mm podawałam. Przez długi czas nie odczuwałam traumy związanej z porodem, nie miałam wyrzutów sumienia z powodu nieurodzenia sn, nie widziałam problemu z karmieniem sztucznym mlekiem. Dopiero od jakiegoś czasu moze 1-2 lat zaczęłam nabierać szeroko pojętej świadomości pewnych decyzji, wyborów i zdarzeń związanych z moim porodem. Kiedy zaszłam w druga ciąże świadomość zaczęła gwałtownie domagać sie rewizji wcześniejszych poglądów. A co, jesli nie wziełabym znieczulenia, nie pozwoliła przebić pęcherza, itp? Może wszystko potoczyłaby sie inaczej, piękniej? Tego nie dowiem sie już nigdy, nie mniej postanowiłam, że tym razem chce urodzić naturalnie, bez niepotrzebnych ingerencji medycznych.
Po drodze ciąża mnie nie rozpieszczała, 4 miesiące wymiotów i wręcz leżenia w łóżku, potem cukrzycą ciężarnych, niedoczynnością tarczycy i lekarze życzliwie mówiący ze owszem mogę spróbować urodzić sn, ale niekoniecznie musi sie to udać. Co chwila popadałam w zwątpienie, potem na nowo umacnialam sie w swoich decyzjach i pragnieniach, że chcę urodzić naturalnie. Pomagała mi w tym moja doula Helena, z która dzieliłam się swoimi wątpliwościami. Rozpatrywałyśmy rownież kwestie mojego porodu z Heleną, problemem było to, że ja mieszkam w Warszawie a Helena w Bytomiu. Ale jak sie okazało, dałyśmy radę. Od 34 tygodnia, w związku z cukrzyca ciężarnych, monitorować musiałam dobrostan płodu, czyli co tydzień jeździłam na ktg, usg do punktu konsultacyjnego do szpitala świętej Zofii na żelaznej. Po drodze przyplątała sie mi infekcja zatok, która powodowała złe zapisy ktg u małej. W końcu antybiotyk i jakoś dotrwałam do 40 tygodnia. Na ostatniej wizycie w punkcie lekarz konsultujacy poinformował mnie,  że mam sie zgłosić na patologię ciąży celem indukowania porodu ze względu na to, że mam cukrzyce i takie sa wytyczne. Badania Julci były bez zarzutu, nie za duża, dobre ktg i usg, świetne przepływy. Ale wytyczne mówiły: patologia.
Nie zgłosiłam sie w dniu terminu 16 czerwca. Byłam u swojej lekarki prowadzącej z która ustalilam, że spokojnie mogę jeszcze poczekać. Nie chciałam absolutnie wywoływania porodu. Lekarka uspokoiła mnie na tyle, że o 1 szej w nocy już 17 czerwca odpłynęły mi wody i zaczęły sie skurcze. Helena była u nas od tygodnia oczekując na narodziny Julci. Obudziłam ją i powiedziałam, że już wody mi odpływają, ale na razie jeszcze nie jedziemy do szpitala, położyłam sie jeszcze spać, ok. 5 obudziłam Partnera, że jedziemy do szpitala. Zjadłam śniadanie, przyjechali rodzice żeby zając się Kacprem i ok. 6.30 byliśmy w szpitalu. Zostałam bardzo szybko przyjęta na blok porodowy, do sali pomarańczowej. Od razu trafiła mi sie bardzo miła młoda położna pani Magda. Czułam się naprawdę zaopiekowana przez Helenę i panią Magdę. Nikt nie wspomniał nawet o jakiejś cesarce, przyspieszaniu porodu itp.  Czułam sie bezpiecznie, skurcze ciagle były znośne ale w godzinę dały dodatkowy cm rozwarcia. Potem nagle wszystko potoczyło sie bardzo szybko, skurcze przybierały na sile, niektóre bolały bardzo, ale była przy mnie Helena, masowała, dotykała, była, wspierała słowem i dotykiem, to pomagało i to bardzo znieść ten ból. W dość szybkim czasie okazało sie ze rozwarcie to już ok. 7 cm. Zaczęłam prosić o znieczulenie wiedząc, że nikt mi go nie da, bo go nie chce tak naprawdę i Helena wiedziała, że takie jest moje życzenie. Za chwile weszłam w II fazę porodu, zaczęło sie parcie. Chyba parcie bolało bardziej niż wcześniejsze skurcze. Myślałam, że bede przeć bez końca – okazało sie, że trwało to 35 minut. W międzyczasie słyszałam, że główka ciagle sie cofa, wiec kiedy w końcu już się nie cofnęła i kiedy mogłam jej dotknąć, tak jak sobie wymarzylam, poczułam, że muszę się zebrać w sobie to szybciej Juleczka będzie ze mną, i szybciej sie skończy poród. Muszę tutaj zaznaczyć, że dopadało mnie zwątpienie, brak sił, brak motywacji, nawet dotknięcie główki dziecka nie dało mi powera. Natomiast taka wewnętrzna myśl, że to już zaraz koniec i po wszystkim dała mi motywacje. Bez znieczulenia czułam każdy party skurcz, słuchałam położnej i współpracowałam z nią. A kiedy główka już wyszła, i za chwile cała Julcia była już ze mną nie mogłam uwierzyć, że tego dokonałam, że urodziłam siłami natury swoje dziecko, swoją córeczkę. Położono mi ja na piersi, pozwolono przytulać i cieszyć sie jej obecnością. Kacpra zabrano mi w zasadzie na jakieś 24 h. Julcia od razu była przy mnie. Za chwile przyjechał tatuś :-) zmęczenie, ból, wszystko odeszło od razu po porodzie.  Czułam sie cudownie spełniona, dumna z siebie i z Julki.
Poród nie trwał długo, Julka przyszła na świat o 11.25. Potem zaczęła sie walka o karmienie, wiedziałam że chcę karmić piersią i że chce otrzymać wszelka możliwa pomoc w tej kwestii w szpitalu. Dodam jeszcze, że napełnila mnie duma, że po porodzie będę na oddziale kierowanym przez położne, czyli oddziale gdzie leżą kobiety po porodach fizjologicznych, bez komplikacji, naturalnych. Aż nie mogłam uwierzyć, że to ja też do nich należę. Położne na oddziale były wspierające, wszystkie pokazywały, dostawiały do piersi, wspierały. Miałam dwa nocne kryzysy, poranione brodawki, problem z dostawieniem Julki. Dzięki tej cudownej opiece przetrwalam. Julka ma 2 tygodnie. Byłyśmy już 2 razy na konsultacji laktacyjnej w związku z bólem piersi i brodawek, ale karmimy sie dzielnie, Julka swietnie przybiera na wadze. Jest spokojna, lubi sie tulić, kangurować zarówno u mamy jak i u taty. Jest małym przytulaskiem. Czasem tylko strasznie mi żal, że Kacprowi, mojemu 5 Latkowi nie dałam tego samego – spokojnego pięknego porodu, karmienia piersią, ciągłej obecności mamy. Wyrósł na fajnego, samodzielnego i mądrego chłopca, i tylko ja wiem jak bardzo mi żal, bo zdaje sobie sprawę już teraz co mu odebrałam.
Poród po cc jest możliwy. Może być pięknym doświadczeniem z odpowiednim wsparciem i motywacją. Cieszę sie, że była z nami Helena, dała mi to czego potrzebowałam. Jeszcze pare lat temu stwierdziłabym, że doula to fanaberia, niepotrzebna. Teraz wiem jak bardzo się myliłam. Bez względu na przeciwności warto wierzyć, że damy radę, nasze ciało i intuicja sa często najlepszymi doradcami.

Nasze dwa dobre i pełne szczęścia porody – choć jakże różne… (Warszawa)

Bardzo pozytywnie przeżyte planowe cięcie cesarskie – rodzinne i pełne wsparcia – oraz stuprocentowo naturalny VBAC … z NIESPODZIANKĄ:) Zapraszam do przeczytania historii Magdy.

 

mój pierwszy ever poród :) moja pierwsza ever cesarka :)

W lutym 2010 miałam cesarkę. Na zimno, bez rozpoczętej akcji. Termin znałam ponad miesiąc wcześniej. Dlaczego? bo jestem astmatyczką, która baaaaardzo dużo chorowała w ciąży, astma mi się zaostrzyła, a ja brałam dużo leków. W rezultacie, po zakończeniu ostatniej choroby – prawie sześciotygodniowego zapalenia oskrzeli – usłyszałam, że na sn nie mam już raczej szans. Mam do wyboru zaplanowany próżnociąg lub zaplanowane cesarskie cięcie.

Jak to było? No udanie. Bardzo 

W szpitalu zameldowałam się dzień wcześniej, pod wieczór. Siedzieliśmy sobie spokojnie na Izbie Przyjęć Żelaznej Zośki i patrzyliśmy jak to wbiegają mniej lub bardziej spanikowane i zaawansowane porodowo kobiety. Kto im towarzyszy i co ci wszyscy ludzie mają na twarzach. Ku mojemu zaskoczeniu – nikomu nie współczułam ani nikomu nie zazdrościłam. No, dobra. Tej kobitce ze skurczami co dwie minuty, która krzyczała tak bardzo bardzo, to jednak trochę współczułam 

Miła Pani zaprosiła mnie w wolnej od rodzących chwili do pokoju na wypełnienie dokumentów, które upłynęło w przesympatycznej atmosferze  (Pani wzrost, waga? 164 – ale to wzrost, nie waga ), potem poszliśmy na moje drugie w życiu ktg, które nie wykazało nic niepokojącego, za to nudne było jak diabli… jak to ktg  potem szybkie badanko ginekologiczne (piszę to świadomie – było szybko, sprawnie i delikatnie) i (przedostatnie) sugerowanie porodu dn [drogami natury].  Ale bez ciśnienia, bez sugestii – kulturka. Pełne zrozumienie dla mojej decyzji i decyzji pulmonologa. Po tym wszystkim usłyszałam, że mam się przebrać i zalogować w pokoju. I to był jedyny chyba średnio sympatyczny moment, bo to luty, na dworze śnieg, zima, w poczekalni ludzie z zimowych ciuchach i butach i w tym wszystkim ja – w koszulindzie i kapciochach… (piszę, bo może to komuś pomoże zaplanować sobie strój na ten pierwszy wieczór. Strój poprawiający nastrój, a nie wprawiający w zakłopotanie).

Zbyszek pomógł mi się zadomowić w pokoju, posiedział zemną jeszcze chwilę, a potem zostałam sama. Po pól godzinie dołączyła do mnie moja pierwsza współlokatorka. Wieczorem miałam przeróżne badania, które robiły mi przemiłe panie pielęgniarki/położne. Gadałyśmy sobie na luzie (Och.. wie Pani… to mój pierwszy pobyt w szpitalu wszystko jest takie lekko przerażające… Naprawdę? pierwszy raz? żadnych migdałków w dzieciństwie? wyrostka? Nic! Zachowałam ten pierwszy raz dla syna ) i miałam poczucie, że nikt mi tam krzywdy nie zrobi, że na pewno mi pomoże. I słusznie czułam.

Rano już od pierwszych chwil był ze mną Zbyszek. Miałam być pierwsza, ale okazało się, że jednak nie będę, bo w nocy przyjechała kobitka z zaawansowanym porodem bliźniaczym i najpierw ona musi zakończyć poród. No, to czekamy. Troszkę się denerwowaliśmy. Nagle okazało się, że JUŻ. Pojechaliśmy razem windą do sali operacyjnej, Zbyszek wszedł do jakiegoś innego pomieszczenia coby zostać przeszkolonym i przebranym w stosowne ubranie, a ja siedziałam na stole i byłam przygotowywana do zabiegu. Padło też ostatnie pytanie czemu ta cesarka i czy na pewno nie chcę rodzić dn (dobry moment, prawda? ) odpowiedziałam i poprosiłam, żebyśmy już odpuścili sobie tę dyskusję, bo chyba późnawo na nią…
Miłe zaskoczenie – wkłucie. Wcześniej mnie nastawiano (a nawet trochę straszono), że mam porządnie ćwiczyć „koci grzbiet”, a tu wkłucie na siedząco – szybko sprawnie, potem pomoc w sprawnym położeniu się, balkonik i wtedy przyszedł już do mnie Zbyszek. Śmieszne jest trochę to znieczulenie, bo czujesz, że nic nie czujesz, a jednak wydaje Ci się, że czujesz. 
I wtedy zaczęłam się naprawdę denerwować. Całe szczęście, że był ze mną Ukochany – nie wypuścił mojej dłoni ze swojej ani na chwilę, głaskał po policzku, mówił, uspokajał. Zdenerwowany był pewnie jak ja, ale to niezwykle opanowany człowiek i w takich momentach sprawdza się to doskonale – z jednej strony uspokaja, a z drugiej nie pozwala mi wpaść w panikę, bo czuję że ja jemu też jestem potrzebna. (No, kocham go ogromnie!) Próbowałam coś zobaczyć w lampach (choć nie chciałam), ale mi się nie udało. Przez cały czas porodu były dwa światy – nasz i lekarzy. Oni prowadzili swoje dialogi, a my swoje. Co jakiś czas następowała interakcja, ale niezbyt często. No i nagle: uwaga, teraz będzie ucisk. Musi być – rodzimy dziecko! Potem taka zaskakująco dłuuuuuga chwila kompletnej ciszy i… ten wymarzony, wspaniały, pierwszy krzyk Kajetana. Dostaliśmy go na chwilę do przytulenia, na buziaka, a potem Kajetan poszedł na mierzenie, ważenie i takie tam. Zbyszek robił mu zdjęcia, gadaliśmy sobie już wszyscy razem o imieniu, o nas, o Kajetanie… Zbyszek zapytał, czy może mnie zostawić i jechać – jak wcześniej ustaliliśmy – z Kajetanem. Ja się czułam w porządku, więc oni pojechali na górę, a ja zostałam. Nadal było przyjemnie spokojnie, dużo dialogu z lekarzami, ale bez zbędnego gadania. Potem musiałam poleżeć i odczekać pół godziny po operacji. I to było bardzo fajne pół godziny. Takie MOJE. Teraz myślę o nim, że to był taki mini upominek – ostatnie pół godziny SAMOŚCI. Już nie byłam w ciąży, a jeszcze nikt nie zagarnął mojego czasu.
Minęło to bonusowe pół godziny, przyjechała pielęgniarka/położna i przewiozła mnie do mojego pokoju. Po chwili przyjechali Kajetan i Zbyszek, panie nam pomogły przełożyć golutkiego Kajetana na mnie i tak sobie leżeliśmy. Zachwyceni, wzruszeni, przerażeni, dumni. Potem Kajetan – wciąż na mnie – spał, ja spałam, Zbyszek nad nami czuwał. Co jakiś czas ktoś do nas przychodził, pomagał mi nauczyć się karmić, odpowiadał na nasze pytania.
Po czterech godzinach zostałam nastawiona psychicznie, że za dwie będę musiała sama wstać i pójść pod prysznic. I tak też się stało. Ach! Po prysznicu to się człowiek czuje jakby sam był nowonarodzony!

Kiedyś w międzyczasie przyjechały moje dwie współlokatorki ze swoimi dziećmi. Bardzo nam było razem przyjemnie. Kulturalnie, dyskretnie, cicho, bez ścięć. Zostaliśmy wypuszczeni bardzo szybko – decyzja o wypisie zapadła kwadrans przed ukończeniem drugiej doby życia Kajetana – a ja miałam wrażenie, że wyjeżdżam z dwutygodniowych kolonii  Przed wyjściem wyściskałam się, pożegnałam z moimi współlokatorkami, pielęgniarkami/położnymi, pobeczałam, podziękowałam im wszystkim i ruszyliśmy w trójkę do domu.

Naprawdę bardzo długo się biłam z myślami, czy się zdecydować na zaplanowane cc czy jednak na zaplanowany próżnociąg. Wtedy nie miałam  wokół siebie prawie żadnej młodej mamy, a już na pewno nie takiej, z którą mogłabym otwarcie o porodzie porozmawiać. Teraz wiem, że podjęłam udaną decyzję. Miałam dobry pierwszy poród.

Jeszcze jedno muszę napisać – w czasie tej mojej wewnętrznej walki decyzyjnej odbyłam jedną bardzo konstruktywną rozmowę, w której usłyszałam, że muszę wziąć pod uwagę jedno – zawsze znajdzie się ktoś, kto mi będzie tę cesarkę wytykał, kto będzie we mnie wzbudzał poczucie winy, kto będzie mi sugerował bądź mówił wprost, że jestem gorszą matką/rodzącą/człowiek. I to jest, kurde flak, prawda. Nie wiem czemu to tak działa. Cesarka to nie jest bułka z masłem. To jest operacja. Musisz się oddać całkowicie w ręce lekarzy. Masz niewiele do powiedzenia na temat tego, co będą z Tobą robić. Odbierają Ci wolność decyzji, a dochodzenie do siebie po niej wiąże się ze sporym bólem, z wyrzeczeniami, a czasem nawet komplikacjami.

jak przywitaliśmy Tadzia, który nie zostanie raczej ani lekarzem, ani pielęgniarzem, ani salowym 😉

Może na początek jak to miało być:
Mieliśmy czekać do regularnych skurczy.
Byliśmy umówieni z Położną i Doulą (na poród w szpitalu) oraz Moimi Siostrami lub Rodzicami (na opiekę nad Kajetanem – w zależności od tego, czy zacznie się w dzień, czy w nocy).
W założeniu: Opieka i Doula przyjeżdżają do nas przy skurczach co 10 minut, do Położnej dzwonimy i ruszamy do szpitala po paru skurczach co 5 minut.
ALE w święta ani Doula ani Położna nie mogły nam towarzyszyć, dlatego bardzo mi zależało na porodzie przed lub po.

Zaczęło się jak tydzień wcześniej- około 20ej zaczęły mnie brać w miarę regularne skurcze. Zatem zrobiłam dokładnie to samo co wtedy – wzięłam nospę i ciepłą kąpiel. Tym razem nie bardzo pomogło. Dałam znać Moim Siostrom, że chyba je poproszę o przyjazd do nas na noc, bo może się nie uspokoić. A chyba lepiej jechać teraz (nawet jeśli na darmo) niż w środku nocy.

Siostry przyjechały, a ja (za radą Douli) – żeby nie rozkręcać akcji – położyłam się i kurczyłam przepowiadająco co jakieś 15 minut. Po paru godzinach skurcze się zagęściły nieco, a my przy każdym się budziliśmy i zapisywaliśmy ile trwał i kiedy się zaczął skurcz. Przez pewien czas towarzyszył nam nawet Kajetan, który przyszedł do nas do sypialni i spał na swoim materacu. Co skurcz siadał na łóżku i pytał “Mamo, wszystko dobrze?” 

Koło 6ej rano zaesemesowaliśmy do Rodziców z raportem i prośbą o przyjazd. Dwadzieścia minut później, tuż po przebudzeniu Kajetana, wreszcie zaczęło się dziać coś co wyglądało na TE skurcze – zagęściły się, a mnie cisnęło na krzyk. No ale… te skurcze znów się rozrzedziły… Mimo wszystko zadzwoniliśmy do szpitala skonsultować z nimi przyjazd – powiedzieli, że “sami musimy zdecydować, czy TE skurcze co 5 minut to JUŻ. Ale, że nie mają korka, więc w razie czego nas nie odeślą”. No dobra. To jedziemy. Zbyszek się zaczął szykować, ja rozważać co na siebie założyć 

Kajtek był cały czas pod opieką swoich Cioć, które ani przez moment nie pozwoliły mu się zmartwić czy zdenerwować tym, co się działo w sypialni.

Kiedy wyszykowany Zbyszek przyszedł przejąć mnie od Sis, złapał mnie skurcz przy którym odeszło mi trochę wód. No, to już zdecydowane ostatecznie – jedziemy. Nie ma co.
Poprosiliśmy Siostrę o zmajstrowanie ze dwóch kanapek na czas porodu, a sami weszliśmy do łazienki, żeby się nieco ochlapać przed wyjściem, a tu… jakiś taki… INNY skurcz. Zaczęło mnie mdlić, więc uznałam, że chyba przekraczam granicę 5cm rozwarcia. Usiadłam na kibelku, licząc, że może uda mi si sprawdzić czy rozwarcie większe a tu… GŁÓWKA!
od teraz – nic nie pamiętamy dobrze…
jakoś… przeszliśmy do sypialni
jakoś… przyklękłam częściowo oparta o materac Kajetana
jakoś… nadszedł drugi party
jakoś…. poczułam, że to już
jakoś… Zbyszek złapał wyskakującego “na supermana” Tadzia.
jakoś… spojrzał na zegarek

o porodzie wiedzieliśmy dużo, ale o badaniu noworodków… niewiele…
a te rodzące się bez stresu… rzeczywiście nie płaczą! Tadzio chrząknął i coś-tam jęknął, ale to bardziej od naszego wołania.

Udało nam się wywołać Moją Siostrę (która słyszała wcześniejsze krzyki, ale uznała, że to ekstremalniejszy skurcz) i poprosić o wezwanie pogotowia. Jej mina na widok Tadka – absolutnie bezcenna! (nasze podobno też )

My się ułożyliśmy na materacu Kajetana, Tadzia okryliśmy pieluchą, nas oboje kołdrą i zadzwoniliśmy do Położnej powiedzieć co się stało i zapytać co robić. Okazało się, że wszystko co trzeba było – zrobiliśmy.

O 8.13 przyjechało trzech Panów Z Pogotowia. Wspólnie ustalaliśmy każdy kolejny krok i działanie. Ocenili stan Tadzia, mój, a następnie zadzwonili do szpitala i upewnili się czy i jak przecinać uspokojoną już pępowinę (co uczynił Zbyszek).

Potem Tadzio został ucałowany przez obie Cioteczki, ja nieco “ogarnięta”, nosze przyniesione i zapakowani wspólnie w moją koszulę przygotowaną do porodu, kocyk i koc pojechaliśmy do szpitala karetką. (Przed odjazdem jeszcze nas pożegnali i ucałowali Moi Rodzice, którzy akurat przyjechali po Kajetana)

To był bardzo RODZINNY poród! 

W szpitalu było nieco zabawnie, bo rozmowa o rodzeniu łożyska zaczęła się od mojego pytania “czy rodzenie na tym fotelu to moja jedyna opcja?” 
Od tej chwili naprawdę o każdym kroku rozmawiałyśmy, a ja byłam traktowana jak partnerka, a nie… sama nie wiem co… nieprzyjemna konieczność 

Wspaniałą nieobecną-obecną przy porodzie była moja Doula – Ela. W przeróżnych momentach przypominały mi się nasze ciążowo-porodowe rozmowy, jej rady, jej sposób myślenia o porodzie.
I nawet kiedy miałam wątpliwości czy wyjść wcześniej ze szpitala – to jej krótkie pytanie pomogło nam podjąć decyzję 
Przyznam, że porodu bałam się ogromnie. Tak bardzo, że kiedy z tymi przepowiadającymi kładliśmy się „spać” rozważałam poważnie, czy po przyjeździe do szpitala nie poprosić od razu o cesarkę.

A tymczasem… było dokładnie tak, jak mi powiedziała kiedyś Ela – przeżyliśmy piękną przygodę, którą przygotowało dla nas moje ciało 

podwójna historia

po lewej Kajtek, po prawej Tadzio (z Mamą) – parę dni po porodach :)

 

Narodziny Jagódki

Oto pierwsza z historii VBACów, które zakończyły się powtórnym cięciem cesarskim – pełna emocji, wzruszająca i …. z tchnącą pozytywną energią puentą. Wspomnieniami z narodzin swojej córeczki dzieli się mama Jagody.

22 kwietnia na wizycie lekarskiej USG obliczyło szacowaną wagę Jagódki na blisko 4 kg. Było już kilka dni po terminie, ja – matka z blizną – sama w sobie powodowałam u lekarzy większą nerwowość, a wszystko to razem wzięte doprowadziło tego dnia do finału w postaci skierowania do szpitala, by tam poddawać się ciągłemu monitorowaniu, czy już wybucham czy wciąż tylko tykam złowieszczo.

Przepłakałam cały wieczór, czując, że jestem o krok od utraty nadziei na poród o własnych siłach. Jedyne, na co się zdobyłam, to podjęcie decyzji, że za nic w świecie nie pojadę rano położyć się w szpitalnym łóżku. Właściwie jak na zawołanie towarzyszące mi od wielu dni skurcze przepowiadające nagle przybrały na sile i częstotliwości. Od tego wieczoru towarzyszyły mi bez przerwy co kilka – kilkanaście minut. Rano zintensyfikowały się jeszcze bardziej i właściwie byłam już pewna, że nie będę musiała skorzystać z wątpliwej atrakcyjności oferty patologii ciąży. Poszłam na spacer po lesie – „indukcyjny” klasyk ostatnich tygodni.

W miarę upływu dnia stawało się coraz bardziej jasne, że powoli COŚ się zaczyna. Wczesnym popołudniem skurcze były już mocne i częste, choć wciąż nieregularne, występowały co 5-7-10 minut.

Upiekłam ciasto. Czekoladowa szarlotka. Wyszła jak zwykle genialna, choć nie udało się już kupić brakującego cukru pudru. Wczorajsza smutna myśl o długich dniach oczekiwania w szpitalu odleciała w nieznane.

Mąż tym razem wrócił do domu bez synka, zostawiając go u dziadków. Podekscytowani czekaliśmy na rozwój wypadków. Kilka chwil bliskości zaowocowało skurczami co 3 minuty i choć tak już bywało – tym razem było inaczej – kąpiel jeszcze je zintensyfikowała. To naprawdę się działo!

W jednej chwili zrobiłam się najbardziej głodnym człowiekiem na ziemi – ciasto, kanapki, liście malin, kawa – niemal do narodzin Jagody będę żałowała tego zestawu. Jego smak wracał do ust po każdym skurczu…

Ostrzygłam męża. Usilne starania, by znaleźć coś do prasowania, zakończyły się fiaskiem (niesłychane…). Postanowiłam się zdrzemnąć, ale to też nie wyszło. Włączyliśmy film. Almodovar i jakaś pani w jaskrawym sweterku – tylko tyle pamiętam, bo skurcze co 2,5-5 minut były już zbyt absorbujące, żeby skupić się na akcji. Wciąż baliśmy się nazwać to, co się działo, porodem. Było dokładnie tak jak poprzednio – skurcze były nieregularne mimo dużej siły i czasu trwania. Poprzednio po wielu godzinach akcji skurczowej udało się osiągnąć opuszek rozwarcia…

Wieczorem wszystko wyglądało tak samo – z tą różnicą, że było coraz intensywniej. Zawód miesiąca – wymarzony od wielu tygodni, wyczekany termofor z pestek wiśni. Na moje skurcze działał raczej bólotwórczo niż łagodząco. Hit – wanna. Woda cudownie wprost łagodziła nieprzyjemne odczucia, zadziwiająco kojąco działał na mnie już sam jej szum, gdy powoli napełniała wannę. Jedynym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że wyjście z wanny nieodłącznie wiązało się z nagłą zmianą pozycji, ponieważ jak na zawołanie pojawiał się w tym momencie – dosłownie – rzucający na kolana skurcz.

W końcu zdecydowaliśmy się zadzwonić po naszą doulę-położną. Blisko godzina nareszcie regularnych skurczy – co ok. 3 minuty – dodała wiary w to, że tym razem naprawdę się na dobre zaczęło. Położna dała nam kolejną godzinę, a skurcze znów rozjechały się do nieregularnych odstępów. Ale nie myślałam już o tym, bo wymagały od nas obojga pełnej uwagi. Największą pomocą podczas każdego skurczu były dla mnie ręce męża. Podczas każdego skurczu z całej siły uciskał mi najróżniejsze wybrane kości miednicy  – do dziś podziwiam go za wytrzymałość!

Po przyjeździe położnej czekała nas chwila prawdy – mój największy znak zapytania – czy tym razem osiągnę jakieś rozwarcie? Tak! Dwa centymetry. Ktoś mógłby rzec, że niewiele, ale dla mnie to była cudowna, radosna wiadomość. Przekroczyłam granicę zbudowaną poprzedniego razu… Rodziłam -naprawdę!

Krążyłam między wanną, łóżkiem a toaletą, utwierdzając się w przekonaniu, że w jakimkolwiek wydaniu – łazienka jest najlepszym miejscem do rodzenia dzieci… W prawie każdym skurczu towarzyszył mi mąż. Pamiętam uczucie niemalże paniki, gdy po raz pierwszy po przybyciu położnej był w innym pomieszczeniu, kiedy poczułam skurcz. Potrzebowałam czasu, by poczuć się bezpiecznie przy kimś innym, nawet jeśli tym kimś była znana mi, zaufana, cudowna kobieta, położna, doula.

Czas mijał, a wszystko stało w miejscu. Na wyczekanych dwóch centymetrach. Zrobiło się ciężej, jeszcze gwałtowniej, skurcze przychodziły nagle, jednym szarpnięciem ściskały, drugim uderzały jak betonowa pięść. I po raz setny zupełnie się rozregulowały, przychodząc raz po 3, a raz po 5 minutach. Weszłam do wanny, położna była ze mną. Rozmawiałyśmy o tym, czego bym chciała, jeśli i tym razem zatrzymam się na drodze do pełnego rozwarcia. Właśnie wtedy skurcze zmieniły się. Wyraźnie to pamiętam, bo z szarpiących i niespodziewanych po raz pierwszy od początku stały się przewidywalne. Czułam, kiedy się zbliżają, jak powoli rosną w siłę, czułam centymetr po centymetrze, jak zaczynają się i płyną w dół, gdzie osiągają największą moc i odpływają, zostawiając uczucie pełnego rozluźnienia, tak jakby nigdy ich nie było. Właśnie wtedy stały się regularne. Wydłużyły się. Dały się oswoić i poznać. Udomowić jak dzikie dotychczas zwierzę.

4 centymetry. Wciąż nie mogłam uwierzyć, że to robię – idę do przodu, krok po kroku, skurcz po skurczu, powoli, mozolnie, zaskakująco, nagłymi skokami – ale poród postępował.

Nad ranem pojechaliśmy do szpitala, wciąż z 4 cm i nastawieniem, że będzie, co ma być, ale jedno jest pewne – niedługo poznamy naszą córeczkę. W myślach, z którymi rozprawiałam się tygodniami, wyjazd do szpitala i pojawienie się tam było dla mnie jak skok na bungie, sama myśl przyprawiała mnie o szybsze bicie serca. Zupełnie zaskoczyło mnie, że decyzja o wyjściu z domu i zawitanie na izbie przyjęć kompletnie mnie nie obeszły. Nie obeszło mnie, że przyjęła nas jedna z najbardziej niemiłych położnych, jakie tam pracują. Nie obeszło mnie, że wypełnialiśmy tysiąc papierów. Nie obeszło mnie, że po raz pierwszy od 3 lat jestem na TEJ sali, gdzie stoi TA wanna, TO łóżko – wszystko, jak przy pierwszym porodzie. Nie obeszło mnie badanie wewnętrzne, KTG, USG, całość szpitalnych procedur. Ku swojemu drobnemu niezadowoleniu nie doświadczyłam nawet efektu izby przyjęć, który mógłby mi pozwolić na chwilę odpoczynku od skurczy;) Zupełnie zapomniałam, że to szpital, zapomniałam się nawet bać, że ktoś będzie chciał mnie przekonać do cięcia ze względu na dużą szacowaną wagę dziecka.

Trzystronnicowy kombajn pt. „plan porodu” nie wywołał zbyt wielkiej konsternacji ani u lekarki ani u położnych. Nigdy nie przestanę się cieszyć z tego, że powstał i co dzięki niemu udało nam się zrealizować.

Zapomniałabym! Z izby przyjęć jechałam na porodówkę wózkiem – chyba nic mnie tak nie ubawiło podczas porodu jak ta przejażdżka i przebłysk świadomości, który ukazał mi w głowie swój prawdopodobny obraz na tym pojeździe, w swoim ówczesnym stanie ciała i ducha – właściwie śmiałam się chyba do samego wejścia na porodówkę.

W sekundę a może w godzinę uwinęliśmy się z badaniami. Do wanny już lała się woda. Sama świadomość, że do niej wejdę, ujmowała moim skurczom mniej więcej połowę bólowej skali. Hydromasaż, który wanna oferowała w standardzie, powinien być oficjalnie uznany za lek przeciwbólowy… Kolejne odkrycie – hałas hydromasażu, podobnie jak dźwięk nalewanej wody, także wykazuje znaczące działanie przeciwbólowe.

Chciałam spać, byłam już bardzo zmęczona po tak wielu godzinach ciągłych skurczy. Wanna nadawała się do tego celu prawie idealnie, a perspektywa przespania 2 minut między skurczami też wydawała się całkiem zachęcająca.

6 centymetrów! Ale dziecko wciąż wysoko, zupełnie bez ochoty na wyjście na świat. Skurcze wymagały angażowania całej siebie, wsparcia męża i douli. Dlaczego nie siedzę w wannie bez przerwy?! Mijają kolejne godziny – od skurczu do skurczu, powoli robi się jasno. I coraz jaśniej widać, że długość porodu nie przemawia na moją korzyść. Po zmianie lekarzy nadszedł czas na kolejne badania. Zmian wciąż nie widać.

Wszystko zlewa mi się dziś w jedną całość. Długo siedziałam schowana w ciemnej toalecie, trochę sama, trochę z doulą. Trochę na piłce i materacu. Trochę na łóżku i trochę w wannie. Mąż trochę masował, a trochę łapał sen w fotelu, gdy ja łapałam go w jednostajnym warkocie hydromasażu. Przejście przez skurcze nie było już ani głośnym oddechem ani nawet pojękiwaniem. Im więcej ich miałam za sobą, tym bardziej pomagały mi już tylko dziwne gardłowe warkoty, których nie powstydziłby się nawet wokalista blackmetalowego zespołu…

Trochę masażu, trochę ucisku, a ja coraz mniej miałam siły na płynięcie ze skurczami. Pamiętam przynajmniej dwa razy, gdy po kolejnych silnych skurczach płakałam, że już więcej nie dam rady i boję się następnego. Pamiętam, że były to chwile, gdy obecność mojej douli była na wagę złota. Pamiętam zapach jej koszulki, gdy tuliła mnie jak własną córkę, dodając otuchy i kierując moją poszatkowaną strachem przed kolejnym skurczem uwagę na próby ponownego zaśnięcia choć na ułamek minuty. Pamiętam, że zupełnie inaczej czułam się śpiąc w wannie między skurczami, gdy wiedziałam, że siedziała obok na ziemi, polewając mnie wodą lub tylko patrząc w moją stronę. Mąż był najlepszym lekarstwem na każdy ból mojego ciała, ona – najlepszym antidotum na moją niepewność i strach. Nie mogę sobie wyobrazić lepszego wsparcia niż to, które dali mi oboje razem.

Ostatnie wejście do wanny. Próbujemy niespania, działania mimo braku sił, ale czuję się bardziej jak hipopotam w galarecie niż aktywna kobieta, którą byłam jeszcze kilkanaście godzin temu… Spać!!! Niech ktoś zabierze moje skurcze choć na godzinę… Na dworze jest już zupełnie jasno, jest piękny wiosenny dzień, idealny na narodziny Jagody – w sam raz dla uczczenia jej imienia.

Z tamtego czasu mam jedynie mgliste wspomnienia, upływ czasu potwierdzały jedynie kolejne coraz trudniejsze skurcze. Wiem, że ponownie mnie zbadano. USG pokazało, że blizna po poprzednim cięciu rozciągnęła się do 2 mm. Rozwarcie utknęło na 6-7 centymetrze i nie postępowało od kilku godzin mimo silnych, długich i częstych skurczy. Jagódka nie miała zamiaru wychodzić, wciąż siedziała bardzo wysoko, nie wstawiała się, a badanie wewnętrzne było jak przedzieranie się przez długi tunel wprost do moich migdałków… Co dalej?

Mam sama zdecydować, co robimy, choć lekarz na tym etapie już sugeruje cięcie. Miotam się, w końcu tak długo czekałam, tak wiele zrobiłam, tak bardzo chciałam – mimo przeciwności – urodzić naturalnie… Szukam odpowiedzi w oczach i słowach douli i męża, rozmawiamy, zastanawiamy się, rozważamy – ale wiem, że oni wiedzą, że to moja decyzja, podkreślałam to tysiące razy przez całe miesiące przed porodem…

Decyduję.

Na stole operacyjnym przed znieczuleniem doganiają mnie jeszcze dwa skurcze, ostatnie w tym porodzie… Cieszę się, ale trochę mi żal – pora na zaangażowanie sił spoza możliwości natury. Boję się cięcia. Tym razem pamiętam i wiem, jak wygląda operacja i przede wszystkim – że ostatni skurcz nie będzie kończył bólu związanego z wydaniem na świat dziecka. Boję się tak bardzo, że proszę anestezjolożkę o trzymanie za rękę. Trzyma i głaszcze, a w międzyczasie żartuje i zagaduje, by odwrócić moją uwagę od wydarzeń za niebieską kurtyną. To tylko chwila, choć wydaje się, że wieczność.

Zaraz nareszcie będziemy razem – w chwili gdy to pomyślałam, usłyszałam „10.45, jest!” i łzy trysnęły mi z oczu prawdziwą fontanną. Natychmiast po opuszczeniu brzucha matki moja córka po raz kolejny pokazała charakter, siusiając na witających ją na świecie lekarzy… Chwilę później parawan opuszczono i Jagódka – cała fioletowa, mokra i wciąż połączona ze mną, dosięgła moich ust i twarzy swoją malutką nóżką.

Po odpępnieniu lekarz przytulił ją do mojego policzka – płaczącą, maleńką, piękną – uspokoiła się w ułamek sekundy, gdy zaczęłam ją witać znanym jej jeszcze z brzucha głosem. Nigdy nie zapomnę, jak pachniała i jak cudowne były jej oczka mrugające jak w zwolnionym tempie, patrzące tym tajemniczym mądrym wzrokiem, który tylko przez chwilę mają nowo narodzone dzieci.

Nie mogłam przestać płakać ze wzruszenia – już, nareszcie, w końcu – była z nami! Po chwili witała się ze swoim tatą, który czekał już na nią w noworodkowym kąciku. Symbolicznie odpępnił maleńką, pozbawiając ją zostawionego na tę okoliczność kawałka sznura pępowiny. A później znów trafiła do mnie. Lekarka uwolniła spod aparatury moją jedną rękę i tak, tuląc Jagódkowy policzek do swojego, opowiadałam jej o tym, jak bardzo się cieszę, że nareszcie jest z nami. Już po wszystkim doula pomogła nam wymościć Jagódce dogodne legowisko pod moją koszulą i tam, wtulona i wciąż plująca pozostałościami poprzedniego życia, moja mała dziewczynka ogrzewała się w ten cudowny magiczny dzień.

24 kwietnia, godz. 10.45, 3100 g, 54 cm – nasza córeczka.

Czy urodziła się tak, jak chciałam? Tak! Po rodzinnym, pełnym dobrych emocji porodzie. Wyczekana, zauważona, ważna dla każdego, kto towarzyszył nam i jej w tej drodze. Jagódka – księżniczka swoich narodzin. I ja – jak królowa matka, która tego dnia wydała ją na świat od początku do końca na swoich warunkach, u siebie i „u siebie” choć nie zawsze w domu. Otoczona ludźmi, którzy we mnie wierzyli i którzy robili wszystko, bym ten dzień zapamiętała tak, jak zapamiętałam – jako najpiękniejszy w swoim życiu.

Każdej przyszłej mamie życzę doświadczenia dobrego porodu – z poczuciem pełnego wsparcia, ogromnej mocy, pełnej podmiotowości i decyzyjności. Mój poród w moich rękach – to najważniejsze, bez względu na drogę, którą pojawi się na świecie dziecko. Już teraz nie mogę się doczekać następnego razu!:)