Tag Archive | lekarz

VBA3C w szpitalu Św. Zofii w Warszawie!

Stało się! W końcu i w naszym kraju nastąpił przełom w kwestii porodu drogami natury po 3 cięciach cesarskich.

26 lipca 2017 r. w szpitalu św. Zofii w Warszawie drogami natury na świat przyszedł chłopczyk ważacy  ponad 4300g, którego mama wcześniej trzykrotnie odbyła poród przez cięcie cesarskie. Ogromne BRAWA dla Wspaniałej i Zdeterminowanej Mamy, pani Doroty!

Historii porodów po 3 cięciach cesarskich publikowałam już kilka. Były to jednak historie, które wydarzyły się poza granicami naszego kraju. Dziś jestem dumna i szczęśliwa, że i w polskich szpitalach dziać się zaczyna.

Dyrektor Szpitala św. Zofii w Warszawie, dr Wojciech Puzyna, już wcześniej wspierał próby porodu naturalnego po 3 cięciach cesarskich. Oto historia jednego z takich porodów: http://naturalniepocesarce.pl/?p=1006

Do tej pory jednak brakowało jednak przysłowiowej wisienki na torcie – czyli zakończenia takiego porodu drogami natury. Dwa dni temu, praca  i wsparcie jakie daje kobietom pragnącym urodzić po więcej niż 1 cc dr Puzyna i  zespół sali porodowej w „Zośce” zostały w pełni nagrodzone.

Słowa uznania pragnę też w tym miejscu skierować do  tych mam, które dotychczas podejmowały trud próby porodu po 2  i 3 cc. Bez względu na to jak Wasz poród się zakończył, Wasza postawa i determinacja buduje lepszą porodową rzeczywistość i szersze możliwości  dla wszystkich Kobiet, a zespół lekarzy i położnych ubogaca doświadczeniami tak potrzebnymi do podejmowania kolejnych wyzwań.

Tu więcej informacji na temat VBA3C  w św. Zofii:

http://radiokolor.pl/wiadomosci/n/853/udany-porod-naturalny-po-3-cieciach-cesarskich-to-prawdopodobnie-pierwszy-taki-w-polsce

Na facebooku szpitala można zaś zobaczyć zdjęcie dumnego taty z nowonarodzonym VBA3C chłopczykiem: https://web.facebook.com/szpitalzelazna/photos/rpp.294895603923206/1515991178480303/?type=3&theater

Mimo bólu, to było coś absolutnie pięknego! (Mysłowice)

Cięcie cesarskie z powodu przewidywanej makrosomii płodu, która okazała się pomyłką i pełen zawirowań i niepewności cudowny VBAC z szelkami z pępowiny. Oto historia Anny:

Pisałam tę historię w głowie już milion razy. Do 11 czerwca [2017 r. – przyp. red] nie znałam jej zakończenia :)

baby_foot_black_and_white
Nasza historia rozpoczyna się w lipcu 2014 – mam 26 lat i jestem w ciąży. O sposobie rozwiązania myślę od razu: SN! No bo w końcu, czemu ja – duża (65 kg, 170 cm) sprawna fizycznie baba miałabym nie dać rady? Ciąża mija dobrze. Pojawia się kilka niespodziewanych sytuacji: Plamienie w 13 tyg (przyczyn nie znaleziono), stłuczka samochodowa (nie z mojej winy), upadek ze schodów (w 8 miesiącu ciąży – nic się nie stało, poza ogromnym strachem). Termin mam na 26 marca. Lekarz szacuje wagę na 3200 g. Piękna sytuacja. Nic tylko rodzić. W nocy 13 marca odchodzą mi wody. Nie jest ich Bóg wie ile (ok 300-400 ml), ale jest środek nocy, ja zupełnie niedoświadczona, myślałam, że to wszystko – więcej wód nie ma, lub wyleją się później, bo może pęcherz pękł od góry.
Jedziemy do szpitala – najbliższego, w Sosnowcu. Skusiłam się tym, że chodziłam tam do szkoły rodzenia, oddział był pięknie wyremontowany, a mój lekarz był tam ordynatorem, więc krzywdy mi nie zrobią. Przyjeżdżam na IP, bada mnie dyżurna położna i mówi, że żadne wody mi nie odeszły, ale zawoła lekarza. Przyszedł jakiś otyły, spocony ginekolog, który wydarł się na mnie z hasłami typu: „Po co tu przyjeżdżam, przecież nic sie nie dzieje itp.” Nikt mi nie wierzy, że jakieś wody wypłynęły… Nie sprawdzono tego testerem, nie zmierzono AFI. Nie był to mocz na 100%. Długo po tym dowiedziałam się na własną rękę, że mógł to być bardzo rozwodniony czop, nadmierna ilość wydzieliny itp.
Wyszłam z gabinetu zapłakana, czułam się potwornie. Przyjęli mnie na patologie ciąży, nie chciałam, ale położna już zdążyła zrobić mi bransoletkę i mnie zarejestrować. Poza tym – ciąża donoszona. I tak leżałam i czekałam… Nic sie nie działo. Nuda. 16 marca postanowili przyspieszyć akcję podając mi olej rycynowy. Skończyło się na skurczach jelit, odwodnieniu i koszmarnym samopoczuciu. 17 marca łaskawie mnie zbadano. Z dzieckiem wszystko ok, ale będzie duże. Na usg szacują 4500-4700 g! Jestem w szoku… Na tyle dużym, że zapomniałam o tym, że zaledwie kilka dni temu dziecko ważyło na innym usg 3200! Nikt nie pomyślał o ponownym badaniu… Ja też nie. Jestem zbyt przerażona. Wieczorem przychodzi do mnie lekarka z informacją: „Ania, ty go nie urodzisz…” Mój lekarz to potwierdza. Bałam się dyskutować z doświadczonymi specjalistami „przecież na pewno chcą dobrze” i wcale nie chodzi o to żeby się mnie pozbyć z oddziału… Wieczorem przenoszą mnie na porodówkę
[Tutaj mała dygresja: Trafiam na salę przed porodowa z menelką!!! Wyglądała jakby skoczyła pić denaturat dzień wcześniej. Śmierdziała, była brudna i nie miała połowy badań zrobionych. Przepłakałam pól nocy, bo nie chciałam żeby moje wychuchane dzieciątko było z tą brudna babą na sali! Na szczęście udało się!]
Rano mam iść trzecia do ciecia. Przyjeżdżają najbliżsi. Boję się tak bardzo, że trzęsę się ze strachu. Cewnikują mnie i czekam na stole operacyjnym. Zaczynam płakać. Dopiero po podaniu znieczulenia się uspokajam i jest mi błogo i wszystko jedno. Adaś rodzi się o 12:30. Dostaje (jak to cesarz) 8 pkt. Jest piękny. Ale ani śladu makrosomii… Nawet 4 kg nie ważył… Zszyli mnie bardzo sprawnie i ładnie. Przyłożyli to małe ciałko do mojego policzka, a ja chciałam, żeby już mi go zostawili. Wymyli go, zważyli, zmierzyli. Mąż nie mógł dostać do kangurowania. Adaś zassał pierś ładnie i bezproblemowo. Mnie natomiast zapomniano podać środki przeciwbólowe po cc… Jak sobie przypomniano, już było za późno. Przeżyłam najgorsze chwile w moim życiu. Po raz pierwszy bałam się że umrę – nie, nie żartuje i nie przesadzam. Mój mąż nigdy nie był tak przerażony. Dopiero w środku nocy ból zelżał, a ja dostałam… Paracetamol! Na następny dzień doszły problemy z karmieniem. Kolejna trauma. Wyszłam na prostą dopiero po jakiś 3 tyg. Miałam paskudny baby blues, a stan po cc dawał się we znaki. Wygrałam walkę o laktację – karmiłam rok.
Potem przez długi czas starałam się zapomnieć o tym. Adaś pomimo licznych alergii był zdrowy i szczęśliwy. Ale wiadomo jak to jest: jeśli jakiś poważny temat zamieciesz pod dywan, nie przepracujesz go we własnej głowie, on prędzej czy później wróci. Tygodnie mijały, a ja poszłam na kontrolę do mojego ginekologa. Spytałam czy drugie dziecko będę mogła urodzić naturalnie… Usłyszałam że to głupota, nieodpowiedzialność, że pęknie mi macica i umrę. Byłam w szoku. Nie spodziewałam się takiej reakcji. Wyraziłam też swoje zdanie na temat tej bezsensownej cesarki, a lekarz stwierdził: „nie marudzić, tylko dzieci rodzić”. To było nasze ostatnie spotkanie.
Miesiące mijały i coraz więcej moich koleżanek rodziło dzieci. Większość naturalnie. Bardzo im zazdrościłam. Powoli zbliżał się czas kiedy chcieliśmy się starać o drugie maleństwo, a ja dalej wpadałam w panikę na myśl o kolejnej operacji. I wtedy nastąpił bardzo ważny dzień w mojej rodzinie. Urodził się syn mojej szwagierce. Najpierw popłakałam się ze szczęścia – bardzo na niego czekaliśmy, a kilka godzin później, stałam w kuchni nad obiadem i płakałam z żalu i zazdrości. Był wielkościowo taki sam jak Adaś i spokojnie mogła go urodzić drobna dziewczyna. Dlaczego ja bym nie dała rady?! Wtedy mnie dopadło to wszystko co schowałam głęboko w sobie. Mąż tylko stał i mnie pocieszał, a ja wyrzuciłam z siebie całą złość i to wszystko co się gromadziło od ponad roku. Było mi wstyd, że akurat dopadło mnie to przy szczęściu najbliższych mi osób, nie tylko rodziny, ale i przyjaciół. Zwierzyłam się z tego mojej przyjaciółce. I to było jak oczyszczenie. Po pierwsze ona tez po cc przeżywała to samo, po drugie poinformowała mnie że mój ginekolog ma poglądy przestarzałe o kilka dekad no i najważniejsze: o stronie internetowej naturalnie po cesarce i grupie vbacowej na facebooku.
PRZEPADŁAM! Zaczytałam się i rozmarzyłam. Stwierdziłam, że będę próbować choćby nie wiem co, ale przerobiłam w głowie też scenariusz z ewentualnym cięciem. Zaczęłam przygotowania 😉 Punkt pierwszy: Lekarz. Punkt drugi: Szpital. Znalazłam fantastycznego młodego ginekologa, który bardzo pozytywnie wyraził się o moim pomyśle. A szpital: Mysłowice.
We wrześniu zaszłam w ciążę. Niestety sporo chorowałam, przez pewien czas byłam leżąca ze względu na wielowodzie i do tego drugi synek co chwile zmieniał pozycje. Ostatecznie, w 34 tc ułożył się główkowo (bez ćwiczeń). Jedna sprawa spędzała mi sen z powiek – waga maluszka. Wiedziałam, że będzie duży. Mój lekarz, mimo tego, że uważa vbac za super decyzję, trochę obawiał się porodu powyżej 4 kg. Ocenił stan blizny na dobry, choć w najcieńszym miejscu miała 1,8 mm, ale nie nie uznał tego za dyskwalifikację. Z resztą, wybierałam się przecież do Mysłowic na tzw. Kwalifikację. Przeprowadzono ze mną wywiad, zrobiono usg, ktg i zostałam zbadana. Tematu blizny nie było. Dostałam zielone światło mimo tego, że Wojtuś szykował się spory. Już wtedy usg oszacowało wagę na 3800 g. Jedno badanie dało mi duży komfort psychiczny – miednica! Okazało się że jestem posiadaczką zaskakująco szerokiej miednicy. Wróciłam do domu zadowolona i pełna wiary.
Kilka dni później wizyta u lekarza prowadzącego. Szyjka się skraca, jest miękka i rozwarcie na opuszek. Myśle sobie! Wow! Ale super! Na dniach rodzę :) Ale dni mijały, a ja nie byłam ani o krok bliżej porodu. Robiłam wszystko w co wierzyłam, że przyniesie skutek. Co do liści malin, wiesiołka itp jestem raczej sceptyczna, ale co innego aktywność fizyczna i… grawitacja 😉 Sprzątanie, seks, spacery, masaż sutków, chodzenie po schodach zaliczone. No ale… Nie oszukujmy się. Dziecko wyjdzie wtedy, kiedy będzie chciało, a nie kiedy ja sobie wymyślę. W dzień terminu, byłam pełna energii i mocy, ale nic się dalej nie działo, chociaż mąż był przekonany, że coś się zacznie… No i co? O 23:30, podczas pięknej pełni księżyca coś drgnęło.
Zaczęłam czuć stawianie się brzucha, lekkie skurcze i chyba z 6 razy byłam w toalecie, w ciągu godziny. Odszedł mi czop. Od tego momentu zaczęłam odczuwać skurcze. Na początku słabe, a potem już mocniejsze. Były raczej nieregularne 6-12 min, ale upierdliwe, bo nie zmrużyłam oka. Rano już było ciężko. O 8 zadzwoniłam do mamy że zawieziemy jej starszego syna. Jak jechaliśmy do szpitala to w aucie było bardzo męcząco. W szpitalu badanie i okropne słowa: „Pani nie rodzi, to tylko stawianie się macicy. Szyjka długa, 1cm rozwarcia…” Ja w płacz… 12 h skurczy i nic!? Beznadziejnie… Weszliśmy na porodówkę (śliczną) i skakałam na piłce, kręciłam biodrami itp. Nic to nie dało.
Poszłam na oddział. Tam skurcze się rozkręciły i od 16 ledwo się na nogach trzymałam, a ktg dalej nic nie pokazywało!
Dostałam nospe – nic. Dostałam relanium – nic. Dalej ból okropny. O 23 dalej tylko centymetr rozwarcia, a ja dalej cierpię. Poszłam na kolejne badanie. Sytuacja bez zmian, ale pani doktor mi uwierzyła… Zrozumiała, że mimo zapisu ktg, który pokazywał tylko lekkie skurcze, to nie były to żadne przepowiadacze tylko najzwyczajniejszy ból porodowy! Poszłam na porodówkę i w ciągu przejścia 2 pięter po schodach rozwarcie przeszło w 2 cm. Może też psychika zadziałała? Że nareszcie traktują mnie poważnie.
Trafiłam na cudowna położną, która nauczyła mnie oddychać. Dzięki temu nagle w 20 min były 4 cm. Mimo moich ambitnych planów co do chodzenia podczas porodu nie byłam w stanie. Po prostu: 24 godziny bez snu, z bólami doprowadziły do tego że leżałam na boku… Ale oddychanie wystarczyło.
Po kolejnych 20 min mam 6 cm i odeszły mi wody. Zadzwoniłam po męża. Jak przyjechał było już 8 cm. No i do tego momentu było znośnie… Aczkolwiek nie czułam większej różnicy miedzy bólami z 1 cm, a z 8 cm. Ostatnie 2 cm to był szok. Nie miałam kryzysu 7 cm. Miałam kryzys psychiczny podczas 1 cm, a 10 cm to był kryzys fizyczny…. I wtedy usłyszałam najgorsze słowa: „Ania, on jest za wysoko.. Nie wstawia się w kanał” Chyba będzie cc. I telefon do pani ginekolog…
Okropne uczucie – po tylu godzinach… I wtedy się zablokowałam. Dali mi jeszcze pól godziny, a ja już nie chciałam rodzić. Nie krzyczałam, że chce cc. Po prostu chciałam iść do domu. Mąż wtedy bardzo mnie prosił żebym spróbowała jeszcze trochę. Spróbowałam. I nagle Emilia krzyczy, że udaje się! Mały schodzi! Jezu… Jaka ulga! I wtedy zrozumiałam, że poród na prawdę jest w głowie, bo dostałam jakiś nadludzkich sił. Potem przyszły parte, które też były ciężkie i długie, nie czułam wcale ulgi, ale mogłam dotknąć główki. Po jakiś 45 minutach usłyszałam jak położna dzwoni po lekarzy: Do porodu!
O 2:25 urodził się ten cud – Wojtek. Miał szelki z pępowiny i był poplątany, ale cały czas tętno miał świetne. Dostałam go na brzuch. Był taki cieplutki, pachnący i nasz… Potem mąż dostał go do kangurowania na czas rodzenia łożyska (nie było to łatwe, bo było bardzo duże!) i szycia (6 szwów – na ostatniej prostej trochę pękłam). Nikt mi Wojtka nie mył, nie ważył, nie mierzył. To było później. Wtedy był czas tylko dla nas. 4h spokoju, tulenia się i miłości. Po tym czasie sama wstałam, wymyłam się i zjadłam porządne śniadanie!
Krocze trochę bolało, ale myślałam że będzie o wiele gorzej. Ogólnie, pomimo tego strasznego bólu, było to coś absolutnie pięknego. Jestem z siebie po raz pierwszy w życiu dumna! Że nie dałam sobie wciskać kitu o rozerwanych macicach u każdej rodzącej i o cienkich bliznach itp. Miałam super opiekę i gdyby coś się złego działo reakcja byłaby natychmiastowa. Ponad to położna podczas partych co skurcz pytała: Ania, czujesz bliznę? Na szczęście nie czułam, a miedzy skurczami ciągle mierzyła tętno. Czułam się bezpiecznie. Nie miałam podanej żadnej oksytocyny, zero znieczuleń, nawet gazu – 100% natury. Urodziliśmy go razem: Ja, mąż i Emilia.
Wojciech Marcin ur 11.06.2017 2:25
Waga: 4080g, Długość: 59 cm
Chciałabym podziękować całej grupie z facebooka, która dodawała siły, otuchy i opisywała piękne historie. Poza tym, mojej wspanialej przyjaciółce Oli, za takiego kopa pozytywnej energii i zdrowy rozsądek, który rozpędzał moje strachy, mojemu mężowi – Marcinowi, który nigdy nie zwątpił w moje szanse, a podczas porodu oddychał razem ze mną i… nie gadał za dużo 😉 A także cudownej położnej Emilii, która była moim aniołem, która urodziła Wojtka razem ze mną. Była niesamowita. I na koniec wszystkim mamom, którym vbac sie nie udał – dzięki tym wielu historiom, przestałam wywierać na siebie presję… To przecież życie jest najważniejsze, sposób przyjścia na świat dziecka nie determinuje tego jakimi jesteśmy mamami. A skoro bardzo przeżywacie nieudaną próbę to oznacza tylko, że jesteście mamami WSPANIAŁYMI, bo Wam zależy :)

Moje Światowe Dni Młodych- Kraków 2016. Szpital na Siemiradzkiego

Poronienie, trudna ciąża zakończona cięciem cesarskim. Przepracowywanie trudnych emocji. Kolejna ciąża z przebojami, utrata zaufania do lekarza prowadzącego w 36 tygodniu ciąży (nowe wskazanie do cc – Światowe Dni Młodzieży;), zmiana planowanego szpitala, poród po terminie, indukcja i znieczulenie zewnątrzoponowe. Udany VBAC! Oto historia Ani:)

Ta historia zaczyna się w 2012 roku, kiedy po wielkim oczekiwaniu zobaczyliśmy na teście ciążowym upragnione dwie kreski. Niestety Nasza radość trwała stanowczo za krótko. W 13 tygodniu straciliśmy Nasze Szczęście. Był ogromy żal, może wylanych łez i jeszcze większa chęci zostania rodzicami.

Dwa miesiące później byłam już w drugiej ciąży. W ciąży tak bardzo chcianej, że aż niewyobrażalnej. W ciąży pełnej obaw i wielkiej nadziei, że tym razem się uda. Całą ciąże przed każdą wizyta drżałam ze strachu o moje Maleństwo. Kolorowo nie było. L4. Masa tabletek na podtrzymanie. Anemia – bo przecież jeszcze nie zdążyłam dojść do siebie po poronieniu. I słowa mojego lekarza, które dawały mi wiarę w to wszystko „Widocznie organizm był już gotowy, widocznie Ktoś na górze tak chciał”. Mijał tydzień za tygodniem, a dzidzia pod moim sercem zagnieździła się na dobre Termin miałam na 01.08.2013. Od maja czułam delikatne skurcze, lekarz straszył przedwczesnym porodem. Synek nie chciał się odwrócić główką w dół i już wtedy lekarz wspominał o cesarce. Dziecko duże, spory obwód główki, Pani zbyt wąska, anemia, poronienie- słyszałam na każdej wizycie. Im bliżej terminu tym bardziej utwierdzałam się w tym że nie dam rady urodzić naturalnie. Lekarz zaproponował nam rozwiązanie w 39tc przez cesarskie cięcie, nie byłam do tego przekonana. Pamiętam że przepłakałam wtedy chyba z 3 noce. Tak bardzo bałam się o moje dziecko. Tak bardzo chciałam żeby było całe i zdrowe. Poddałam się. Dzisiaj bardzo żałuję że wtedy nie zawalczyłam. Niestety czasu nie cofnę.

25 lipca 2013 roku przez cesarskie cięcie przyszedł na świat nasz syn Leon. 3890g 56cm. Obwód tej niby dużej główki 37cm… 10 punktów. Jeszcze na Sali operacyjnej mogłam przywitać się z Małym. Baa mogłam nawet z pomocą położnej przystawić Go do piersi. Dałam mu odruchowo buziaka w czółko próbował ssać a do mnie dotarło, że wszystko co się dzieje, dzieje się poza mną. Jedyne co czułam to wielka pustka i żal. Nie było żadnych fajerwerków nie było tryskającej miłości. Wiedziałam że jest mój, ten jedyny, ten wyczekiwany. Mój Syn.

sdm

Po powrocie do domu kiedy widziałam jak mój mąż zajmuję się Małym miałam do siebie jeszcze większy żal. Wszystko co przy nim robił było otoczone ogromną miłością. Ja czułam że nie potrafię Go kochać tak mocno jakbym chciała, miałam wrażenie że wszystko co robie, robie machinalnie. Przez pewien czas uczyliśmy się z Małym siebie nawzajem. A ja z każdym dniem zakochiwałam się w Nim coraz bardziej, aż utonęłam w tej miłości po uszy

Mały rósł a ja w głowie miliony razy przepracowywałam swój poród. Nie raz zdarzało mi się płakać jak koleżanki opowiadały o swoich naturalnych porodach… tak bardzo im zazdrościłam.

Gdy Leo skończył rok odstawiliśmy się od piersi, wróciłam do pracy i zaczęliśmy intensywnie myśleć o kolejnym dziecku. Niestety ciągle się nie udawało. Było dużo badań, dużo żalu i ciągły niedosyt że się nie udaje. W lipcu 2015 roku okazało się że moje jajowody są niedrożne, kilka tygodni później usunięto zrosty. We wrześniu pierwszy raz dostałam tabletki ‘’wspomagające”. W końcu w listopadzie 2015 roku zobaczyliśmy na teście dwie upragnione delikatne kreseczki. Lekarz potwierdził ciąże i ku memu zaskoczeniu już na pierwszej wizycie założył mi kartę ciąży (przy wcześniejszych ciążach tak nie było). Nie dostałam żadnych lekarstw na podtrzymanie, morfologia w normie. Będzie dobrze pomyślałam. Czułam się świetnie. Pracowałam, zapisałam się na zajęcia ruchowe dla ciężarnych. Miałam tyle energii. Niestety nie trwało to długo.

W 6tc zaczęłam krwawić. Przerażenie. Telefon do lekarza. Telefon do męża. Na USG okazało się że z Dzieckiem wszystko dobrze. Dostałam lekarstwa i zalecenie żeby się oszczędzać. Krwawienie ustało. Po 2 dniach przerwy kolejne krwawienie. Lekarz kazał nam jechać na izbę przyjęć. Pozbierałam potrzebne rzeczy z domu, podświadomie czułam, że to już koniec. Drogi do szpitala w ogóle nie pamiętam, pamiętam tylko że siedziałam w samochodzie i czułam jak coś się ze mnie wylewa. Łzy same napływały mi do oczu. W szpitalu badanie i USG. Usłyszałam bicie serca mojego Dziecka i znowu ryczałam jak bóbr- tym razem ze szczęścia Zwiększyli mi dawkę leków. Zalecili spoczynkowy tryb życia wypisali L4 i odesłali do domu. W 12 tygodniu, dzień po badaniach prenatalnych znowu zaczęłam krwawić. Dzień wcześniej widziałam jak moje dziecko buszuje po moim brzuchu a teraz to?? Nie wiedziałam o co chodzi. Krwi było dużo, bardzo dużo. Jeszcze do tego byliśmy poza Krakowem. Zadzwoniłam do mojego lekarza, kazał jak najszybciej jechać do najbliższego szpitala. Zrobili USG, serce bije. Zostawili mnie na obserwację. Wypisałam się na żądanie. Nie czułam się tam komfortowo, chciałam wracać do Krakowa.

Przeboje z krwawieniem powtarzały się jeszcze dwa razy, w 18tc i ostatnie w 21 .Całą ciąże towarzyszyła mi anemia. Przy ostatnim pobycie na patologii ciąży okazało się że szyjka zaczyna się rozwierać. Czułam że coś się dzieje. Bolał mnie brzuch, męczyły skurcze przepowiadające. Bardzo bałam się, żeby nie urodzić za wcześnie. W 24tygodniu założyli mi szew okrężny na szyjkę. Spędziłam znowu kilka dni w szpitalu. Przy wypisie ordynator poinformował mnie że jeśli wszystko dobrze się ułoży w 35 tygodniu lekarz ściągnie mi szew a w 38 umawiamy się na cięcie… i wtedy mnie tchnęło. Zaczęłam po cichutku myśleć czy aby na pewno tak musi być… a może by tak pokrzyżować im plany?? Tak!!! Spróbuję. Wróciłam do domu, wyprzytulałam Starszaka i zasiadłam do komputera.

Wtedy o VBAC nie wiedziałam nic. Na szczęście bardzo szybko znalazłam się na stronie naturalniepocesarce.pl, zaczęłam chłonąć Wasze historie jak gąbka, zaczęłam marzyć o takim porodzie. Po kilku dniach, kiedy byłam już przekonana do swojej decyzji porozmawiałam z mężem. Pokazałam mu materiały dostępne na stronie. Przeczytał kilka historii i powiedział, że jeśli taka jest moja decyzja to On będzie mnie wspierał. Z mężem poszło jak z płatka, ale wiedziałam że czeka mnie jeszcze rozmowa z moim lekarzem. Pod skórą czułam, że nie będzie entuzjastycznie nastawiony do mojego pomysłu ,więc postanowiłam działać. Umówiłam się na wizytę do lekarki proVBAC, która miała odbyć się tydzień po wizycie u mojego lekarza prowadzącego (pomyślałam że jeśli mój lekarz się nie zgodzi, to po prostu go zmienię).  Ku mojemu zaskoczeniu lekarz wcale nie powiedział jednoznacznie nie. Co prawda trochę mnie ochrzanił, że jeszcze miesiąc temu walczyliśmy o to, abym nie urodziła wcześniaka a ja już wymyślam no ale… Dość długo rozmawialiśmy, niczym mnie nie straszył, powiedział że będziemy bacznie wszystko obserwować i podejmiemy najlepszą decyzję. Uwierzyłam mu. Byłam szczęśliwa po wyjściu z gabinetu, bo przecież wcale nie chciałam zmieniać lekarza. Przecież On jest najlepszy, najlepiej mnie zna. Zawsze mogłam na niego liczyć, zawsze odbierał ode mnie telefony i służył radą a zdarzało mi się dzwonić o kosmicznych godzinach. Po tej wizycie stwierdziłam, że skoro mój lekarz tak do tego wszystkiego podchodzi to nie będę konsultowała się z innym, bo przecież mam wsparcie.

Termin miałam na 19 lipca w Krakowie wszyscy przygotowywali się do Światowych Dni Młodych – my żyliśmy własnym życiem i przygotowywaliśmy się jak najlepiej potrafiliśmy do naszego porodu do porodu siłami natury po uprzednim cesarskim cięciu. W 35tc byłam umówiona z moim lekarzem na ściągnięcie szwu. Poszło szybko sprawinie i prawie bezboleśnie. Później USG, waga Synka 2800 więc raczej mały w porównaniu do brata Po KTG i badaniu lekarz stwierdził że prędko nie urodzę …i w tym momencie jego słowa prawie zwaliły mnie z nóg… „To jak umawiamy się na 12 lipca na cięcie?” Ale że co? Ja się na nic nie umawiam, przecież nie tak miało być, przecież ja chce rodzić dołem! Przecież rozmawialiśmy o tym! I wtedy usłyszałam, że niby tak, ale zbliżają się ŚDM, że przecież nie wiadomo jak będzie z dojazdem do szpitala, że On może nie dojechać na czas, a wtedy ordynator się nie zgodzi na taki poród i że lepiej będzie jak w ŚDM będę już z Małym w domu. No tak, idealne wskazanie do ciecia!  W życiu bym na to nie wpadła – porażka.

Tym sposobem w 36tc zostałam bez lekarza prowadzącego. Po tym co usłyszałam powiedziałam sobie, że ja już tam nie wrócę. Było mi źle, nie wiedziałam co mam robić i co będzie dalej. Byłam załamana. Z grupy wsparcia wiedziałam już gdzie w Krakowie mogę szukać pocieszenia i chodź wcześniej nie dopuszczałam myśli, że mogę powitać Synka w innym szpitalu niż Starszaka tak teraz wiedziałam, że muszę zaryzykować. Następnego dnia obdzwoniłam szpitale proVBAC i tak kilka dni później byłam już po pierwszej konsultacji u dr Wójcika w Przyszpitalnej poradni na ul. Kremerowskiej. Dostałam skierowanie na USG blizny i na pomiar miednicy. Tydzień później dostałam od doktora zielone światło na próbę porodu. Blizna w najcieńszym miejscu 2,2mm. Zdecydowaliśmy z mężem, że by czuć się pewniej, opłacimy dodatkową opiekę położnej. Trochę z przypadku trafiłam na cudowna panią Danusię, która bardzo wspierała mnie w mojej decyzji. Termin porodu zbliżał się wielkim krokami. Do moich wcześniejszych przygotowań (typu herbata z liści malin i olej z wiesiołka) dołączyła większa aktywność fizyczna i szeroko pojęte domowe porządki Za każdym razem KTG książkowe, zero skurczy, chociaż w nocy nie raz „coś” nie dawało mi spać.

Tydzień przed terminem skurcze na KTG się pojawiły. Młoda lekarka chciała nawet skierować mnie już do szpitala, tłumacząc że stan po cc i że trzeba uważać. Na szczęście skonsultowała się z dr Wójcikiem, który po badaniu stwierdził, że nie ma sensu kłaść mnie na oddział, zalecił tylko częstsze KTG. Na kolejnych badaniach żadnych skurczy, rozwarcie 1,5cm, główka wysoko.

W dniu terminu bardzo źle się czułam, pół dnia wymiotowałam, byłam osłabiona nie mogłam jeść ani pić. Wiedziałam, że tak naprawdę nic się nie dzieje, żadnych skurczy nie było. Zadzwoniłam do położnej. Porozmawiałyśmy, trochę się uspokoiłam, ale czułam wewnętrznie że potrzebuję wsparcia, ściągnęłam męża z pracy i na szczęście powoli wszystko się wyciszyło. Odebraliśmy Starszaka z przedszkola, poszliśmy na długi spacer, później na plac zabaw, pograliśmy w piłkę. Ciągle miałam nadzieję, że coś się ruszy. Nie ruszyło.

Kolejna noc była spokojna, wyspałam się, odprowadziłam Synka do przedszkola i wybrałam się na maraton zakupowy. Wróciłam do domu i po raz setny urządziłam wielkie sprzątanie. Po kolejnym KTG (byłam wtedy 2 dni po terminie ) lekarka dała mi czas do 26 lipca na rozruszanie akcji, a jeśli nic się nie będzie działo, we wtorek rano miałam się zgłosić do szpitala na badanie wydolności łożyska. W przychodni dostałam jeszcze przepustkę na dojazd do szpitala – było to konieczne ze względu na trwające ŚDM. Od razu po wyjściu z przychodni zadzwoniłam do położnej. Pani Danusia odpowiedziała na wszystkie nurtujące mnie pytania i jak zwykle mnie uspokoiła. Na końcu jak zwykle przypomniała, że mam zjeść konkretne śniadanie, bo muszę mieć siłę by rodzić

W zasadzie ta data 26 lipca była mi trochę na rękę. 25 lipca obchodziliśmy 3 urodziny Starszaka, więc chciałam być z Nim w tym dniu. A tak w ogóle, to przecież 26 są moje imieniny to idealna data na poród, pomyślałam

W poniedziałek wieczorem przyjechali moi rodzice, mieli zostać ze Starszakiem, kiedy my będziemy rodzic. Rano 26 lipca (za radą położnej) zjadłam śniadanie, pożegnałam się z Synkiem i ruszyliśmy do szpitala. Koło 10 przyjęli mnie na oddział i podłączyli pierwszą dawkę oksytocyny, leżałam tak chyba z 3 godziny, nie czułam skurczy chociaż na KTG „coś tam” się pisało. Odłączyli oxy, zjadłam obiad. Przyszedł dr Wójcik, zbadał mnie, popatrzył na KTG, powiedział że daje mi 2 dni, bo łożysko dłużej nie da rady. Złożył mi życzenia imieninowe i powiedział, że jeśli nic nie zacznie się dziać, to widzimy się w piątek na ponownym OCT. Miałam w głowie tysiące myśli, niby cieszyłam się, że mogę wrócić do domu, że mam jeszcze kolejne kilka dni na rozkręcenie akcji, ale z drugiej strony byłam już wykończona tym całym przeterminowaniem. Po drodze do domu zaliczyliśmy Mc Donalda. Miałam ogromną ochotę na pochłonięcie czegoś „obrzydliwego” Zjadłam, wypiłam kubek coca-coli i szczęśliwa wróciłam do domu Wieczorem zadzwoniłam do położnej, wyżaliłam się. Ustaliłyśmy, że jeśli nic się nie wydarzy, to w piątek (29 lipca) widzimy się w szpitalu.

Noc była ciężka, skurcze męczyły, ale były do zniesienia. Rano odszedł czop. Zaczęłam delikatnie krwawić. Byłam przeszczęśliwa, że Dzidzia daje znaki Niestety dzień mijał nadzwyczaj spokojnie, a ja w głowie już przewidywałam najgorszy scenariusz.

Wieczorem usiedliśmy z mężem na kanapie, rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki, cieszyliśmy się chwilą. Byłam spokojna jak nigdy wcześniej. Złe myśli odeszły, wsłuchiwałam się z muzykę, razem z Red Hot Chili Peppers nuciłam Dark Necessities Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie swój wymarzony poród.

Rano powtórka z rozrywki, śniadanie, buziak dla Małego i w drogę. Tym razem w szpitalu było spokojniej. Dość szybko przyjęli mnie na oddział. Blizna 2,2cm, rozwarcie 1,5 cm, główka wysoko. Położna zaprowadziła mnie na pierwsze piętro gdzie już czekała na mnie moja Pani D.

29 lipca, 10 dni po terminie o 9:18 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. W międzyczasie zbadała mnie Pani D. – zafundowała niezbyt komfortowy masaż i stwierdziła, że rozwarcie 2cm. Koło 11 skurcze zaczęły stawać się coraz bardzie wyczuwalne. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba się zaczyna. Po 30 minutach już wiedziałam, że nie chyba

Ja rodzę! Czuję skurcze! Hura!!

Moja radość nie trwała długo. Nie mogłam się ruszać, a ból z minuty na minutę był mocniejszy. Pani D. zdecydowała, że odpinamy KTG i kroplówkę, kazała mi pochodzić po korytarzu. Pomogło, było lżej, ale bardzo chciałam, żeby mąż był już przy mnie (to mogło się stać dopiero jak przejdziemy na salę porodową). Wróciłam na sale przygotowawczą – tam czekała na mnie Pani D. z ciepłą zupa i workiem Sako. Zjadłam zupę, niechcący natknęłam się w torbie na Snicersa – musiałam go zjeść, nooo musiałam, czułam że jak go zjem to urodzę naturalnie(co prawda był przygotowany dla Męża no ale.. ).

Kolejny zapis KTG miałam podłączony na worku, przy skurczach mogłam się delikatnie ruszać, co na tym etapie przynosiło ulgę. Pod oknami szpitala przedzierały się tłumy pielgrzymów, śpiewali, krzyczeli, a ja czułam się jakby mi kibicowali. Kolejna dawka oxy. O 13 miałam dość, w głowie błagałam o cesarkę. Koło 13:30 kolejne badanie 3,5cm, skurcze mocne regularne i decyzja o przeniesieniu na sale porodowa. Zadzwoniłam do męża – od tamtej chwili byliśmy już razem. Poszłam pod prysznic, ruszałam się – było trochę lepiej. Ciągle miałam uczucie, że zaraz zwymiotuję, czułam się tragicznie. Pani D. uspokajała, że to dobry znak, że szyjka pracuje. Po jakimś czasie znowu ktg na leżąco – wykańczało mnie to, ale położna obiecała, że postara się, żeby to był ostatni zapis w takiej pozycji. Dałam radę. Później wybawieniem okazała się piłka, bujałam się na niej delikatnie a Mąż przy skurczach dzielnie masował plecy.

Koło 16 byłam już tak zmęczona, że miedzy skurczami przysypiałam. Skurcze były tak bolesne, że poprosiłam o znieczulenie. Cudowne uczucie! Mogłam się zregenerować i nabrać sił. Później lekarka zdecydowała o przebiciu wód płodowych. W tym czasie Mąż czytał Maluchowi książkę, słuchaliśmy muzyki, zjedliśmy kolację. Później udało mi się na chwilę zasnąć. Około 19:40 zaczęło puszczać znieczulenie. Czułam delikatne skurcze. Po badaniu wielkie zaskoczenie – pełne rozwarcie. Mamy 10 cm. Nie wierzyłam. Pani D. zmobilizowała mnie do wstania z łóżka i podpięciu KTG na piłce. Po wstaniu czułam jak wody się sączą. Druga faza zaczęła się o 19:50. O 20:40 położna wytłumaczyła mi co mam robić gdy poczuję parcie i zaprosiła mnie na łóżko. Byłam przerażona – jak to już !? Wydawało mi się, że nie jestem gotowa, że te skurcze nie są na tyle bolesne, żebym dała radę przeć. Wydawało mi się, że ból będzie mocniejszy, że będę wiedziała co mam robić, ale nie wiedziałam. Pierwsze parcie masakra, główka się cofnęła. Parcie. Maż tłumaczył mi co kiedy mam robić i to było moje wybawienie, bo ja zupełnie tego nie czułam. W pewnym momencie Pani D. zapytała czy chcę dotkną główki, zdążyłam tylko wykrzyczeć: nie! bo już czułam, że nadchodzi kolejne parcie.

I tak o godzinie 21:10 powitaliśmy Ksawerego.

sdm2

Poczułam jego cudowne ciepło na moim brzuchu i zakochałam się bez pamięci Wtedy dotarło do mnie że się udało, urodziłam! Pani D. poinformowała nas że pępowina przestała tętnić więc tata zabrał się za przecięcie, a później mogliśmy się tulić. Mały urodził się z wagą 3760g i 53cm wzrostu. Obwód główki 38cm. Rodził się z rączką przy buzi i był owinięty pępowiną. Niestety pękłam i zostałam nacięta. Później okazało się, że jest problem z urodzeniem łożyska. Bardzo mnie to zaskoczyło. Musieli zabrać Małego na chwilę, bo ból był tak mocny, że nie byłam w stanie go utrzymać. Dostałam oksytocynę i kolejną dawkę znieczulenia. Okazało się, że łożysko przykleiło się do tylnej ściany. Musieli łyżeczkować. Na koniec zafundowali mi jeszcze sprawdzanie blizny (wiedziałam o tym, że w szpitalu mają takie procedury). Później szycie, niby na znieczuleniu, ale i tak czułam każdy ruch.

Zaraz po szyciu Maluch z tatą wrócili z ważenia.

Nasza sala pustoszeje, zostajemy tylko my i nasze Szczęście. Później, przytulasy i pierwsze karmienie. Pani D. zagląda do nas, przynosi nam słodką herbatę i kolejną kolację. Koło 24 wędrujemy na 2 piętro. Dostajemy pożegnalnego buziaka od taty, cały potok wspaniałych słów od Pani D. i zostajemy w tę piękną noc sami. Ja i mój Syn. Patrzę na Niego jak spokojnie śpi, ja sama nie mogę zasnąć. Patrzę i ciągle się uśmiecham. Patrzę i wciąż nie wierze, że się udało.

Nasz magiczny czas!

Czy tak wyobrażałam sobie mój poród?

Nie.

Myśląc o nim wcześniej, nie chciałam indukcji, nie chciałam oksytocyny, nie chciałam rodzić w znieczuleniu. Chciałam urodzić jak najbardziej naturalnie.

Nie udało się. Sama z biegiem upływających dni zgodziłam się na indukcję, sama widziałam, że po każdej próbie odłączenia oksytocyny skurcze słabły i stawały się nieefektywne, więc godziłam się na kolejne dawki. Sama po wcześniejszej rozmowie z położną zdecydowałam się na znieczulenie. To były moje świadome decyzje, których dziś nie żałuję .Czułam że to mój poród i że to ja o wszystkim decyduję. Dzięki wiedzy zdobytej na grupie wsparcia, dzięki pełnemu zaufaniu mojej cudownej położnej i wielkiemu wsparciu mojego Męża czuję się spełnioną mamą moich cudownych Synów.

Dziś wiem, że poród drogami natury to niewyobrażalny ból, ale wiem też, że to jedyny ból który ma sens. Ból który prowadzi do najpiękniejszych chwil w życiu kobiety i daje spełnienie.

Ania

Duże Szczęście – VBAC na urodziny (Knurów)

Nie jeden raz pisałam już, że szacowana masa dziecka przekraczająca 4 kg NIE jest bezwzględnym przeciwwskazaniem do próby VBAC. Historia Ewy pokazuje, że 4700g szczęścia również można urodzić naturalnie po cesarce:)

Historia mojego VBAC rozpoczęła się w sierpniu 2014 roku, na sali pooperacyjnej, gdy przez cesarskie cięcie przyszła na świat moja córka z powodu zagrażającej zamartwicy w 42tc. Poród dobrze wspominam, szybko doszłam do siebie, nie było żadnych komplikacji, ale czułam niedosyt. Czułam, że nie tak miało być, że natura inaczej to wymyśliła.
Od razu zaczęłam szukać informacji ma temat porodu naturalnego po cięciu i ku mojej radości znalazłam informacje, że tak się da. W mojej vbacowej drodze bardzo wspierał mnie mój mąż oraz lekarz. Zaplanowaliśmy drugą ciążę tak, aby minęło przynajmniej 18 miesięcy od cc, lekarz uznał to za bezpieczny czas a ja byłam zdeterminowana.
Przez całą ciążę czułam się świetnie, byłam aktywna a dzidziuś dobrze się rozwijał. Pod koniec, gdy termin porodu zbliżał się już dużymi krokami, zaczęłam mieć wątpliwości. Okazało się, że dziecko będzie duże albo nawet bardzo duże. Tydzień przed terminem byłam na konsultacji u innego lekarza, mały na USG miał już 3850g. Dostałam skierowanie na CC na zimno. W tym momencie trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce i po przeczytaniu wielu postów postanowiłam schować skierowanie do szuflady. Mam je jeszcze na pamiątkę, na szczęście nie było potrzebne. Uznałam, że jestem wysoka i dam radę urodzić dziecko nawet trochę ponad 4kg.
Dwa dni przed terminem, dokładnie w moje urodziny nad ranem obudziły mnie delikatne skurcze. Niby nic nadzwyczajnego pod koniec ciąży, ale ucieszyła mnie ich regularność co 5-7 minut. Pora na bobasa! Potem było już sprawnie: córka do Dziadków, ja z mężem na izbę, badanie jedno, drugie, ktg, USG i szok! Dziecko z wagą prognozowaną 4500g. Poprosiłam o powtórzenie badania i wyszło 4700g. Wielu odradzało mi próbę porodu naturalnego, ale mój lekarz pozwolił mi spróbować na własną odpowiedzialność i zaproponował przebicie wód. Zgodziłam się bez wahania, zaufałam. Poczekaliśmy, aż sala na ewentualne cc się zwolni i o 15:30 przebito wody. Potem to już był ekspres. Dostałam gaz rozweselający, byłam pod prysznicem, na piłce i nie wiem co to kryzys 7cm, bo u mnie w badaniu było 6cm a za godzinę już 10. Wykres ktg był poza skalą a ja z uśmiechem na twarzy cieszyłam się z każdego kolejnego skurczu, ból był do zniesienia a ja nastawiona na działanie. Cały czas dzielnie wspierał mnie mąż i położna. Pod koniec towarzyszyło mi 2 lekarzy i 3 położne, wszyscy na oddziale wiedzieli, że rodzi się duży vbac. Co chwilę ktoś pytał mnie o bliznę, o ból między skurczami i ogólne samopoczucie. Wszystko szło szybko i sprawnie.
Karol urodził się po godzinie skurczy partych o 19:25. Miał faktycznie 4700g. Czułam się świetnie. Byłam szczęśliwa, dumna i spełniona.
Dziękuję Naturalnie po Cesarce za wsparcie. Bez Was zdecydowałabym się na cesarskie cięcie na zimno co pewnie ograniczyłoby ilość naszych dzieci. Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę i dzięki Wam mam dalej taką możliwość!
DSC05793

Cudowny vba2c Lilianny ♥ – Rzeszów Rycerska 18.12.2016

Autorkę i zarazem bohaterkę dzisiejszej historii możnaby utytułować mianem Miss Determinacji i Cierpliwości. To właśnie w ogromnej mierze dzięki tym dwóm przymiotom charakteru swojej Mamy mała Lilianna dostała szansę by wybrać sobie dzień i sposób swoich narodzin. A ja miałam ten zaszczyt, by w tych narodzinach uczestniczyć  ♥. Oto opowieść Eweliny – przygotujcie się na prawdziwy porodowy kalejdoskop emocji:

W PORPZEDNICH ODCINKACH…

Cofnjjmy się na chwilę do roku 2011. Pierwsza ciąża, termin na 2 października. Z usg syn wychodził większy o tydzień, toteż nie zdziwiło mnie gdy 24 września nadeszły skurcze regularne co 5 min i lekko bolesne. Ja, pierworódka, posłuchałam rad bliskich i pojechałam do szpitala. Na porodówce zbadano mnie, ale rozwarcia nie było więc przeniesiono mnie na patologie i tam spędziłam magiczne 3 nfz-owskie doby. Wypisano mnie 27 września, a jeszcze tej samej nocy ok godz. 2.00 wróciłam na porodówkę z 3cm rozwarcia. Dalej było typowo, rozwarcie nie postępowało, o godzinie 6 było 4cm, więc zdecydowano o oxy. Po oxy był hardkor, dostałam jakiś środek przeciwbólowy, potem gaz. W międzyczasie przebito pęcherz płodowy. Nie miałam siły się ruszać, mogłam tylko leżeć. Tak przeleżałam w bólach do 13.30. Następnie lekarz zbadał mnie i stwierdził 9,5cm rozwarcia. Ja już czułam parte, ale główka się nie wstawiła do kanału i zaczęły się spadki tętna. I tak po prawie 12h porodu wylądowałam na stole. Wtedy byłam wdzięczna że to koniec i że syn urodził się zdrowy. 3850g 56cm główka 34cm. Ja cesarke zniosłam dobrze ale czułam niedosyt.

Drugi poród to lipiec 2014. Termin miałam na 3 lipca wg om (wg usg 7.07), od początku do gina mówiłam, że chcę próbować naturalnie. Mówił, że zobaczymy, będziemy badać bliznę, i że najlepiej do terminu porodu i jeśli dziecko będzie nie za duże. Miałam się stawić u niego w dniu tp. Córka niestety przed terminem wyjść nie chciała. Poszłam więc na wizytę i usłyszałam: „To co, cesarka?” Koniec końców umówiłam się na szpital następnego dnia i cc na  dzień kolejny. Przy przyjęciu do szpitala ordynator dał mi jeszcze weekend na rozkręcenie, ale nic się nie działo a atmosfera szpitala działała na mnie depresyjnie. W końcu 8 lipca o godz. 10.35 urodziła się córka 3950g 60cm główka 36 cm. Wszyscy zarówno lekarze, położne oraz moi bliscy mówili, że dobrze się stało, że dziecko duże, że mógłby się powtórzyć scenariusz z pierwszego porodu. To na chwilę uleczyło mój żal do siebie, żal i niedosyt. Wtedy nie wiedziałam że można inaczej, że można lepiej, że można nie na zimno. Drugą cc przeżyłam gorzej i stwierdziłam, że nie chcę nigdy więcej.

Gdzieś po roku od drugiej cc, ktoś na grupie chustowej wspomniał o grupie Naturalnie po cesarce. Wiedziałam, że będziemy się starać o trzecie dziecko więc dołączyłam do tej grupy i od tej pory poszerzałam swoją wiedzę.
Post Basi, która urodziła naturalnie po dwóch cesarkach, i to w Rzeszowie (nie tak daleko ode mnie), dodał mi skrzydeł i wzbudził nadzieje. Jeśli jej sie udało to i mnie może – myślałam i od tamtej pory przygotowywałam sobie głowę na vba2c.

PROLOG
Cała historia zaczyna się 22 listopada 2016 r., kiedy to w 38tc udaję się na wizytę do ordynatora szpitala miejskiego w Rzeszowie – dr Ostrowskiego, któremu mówię, że chciałabym próbować urodzić naturalnie w jego szpitalu m.in. dlatego, że wszędzie indziej wszyscy chcą mnie ciąć. Doktor wypisuje skierowanie i zaprasza mnie w dniu terminu porodu.

Stawiam się więc w dniu terminu tj. 5 grudnia z uwagi na daleką odległość (100km – 1,5h jazdy), a także dlatego, iż jest to jedyny termin tylko z usg i niewiadomo czy był on dokładnie obliczony. W szpitalu na przyjęciu personel sympatyczny, zbadano mnie – szyjka miękka acz zamknięta, oraz zrobiono usg – dziecko waga 3500 główka 32 cm – dobra waga, można próbować. Na obchodzie ordynator mówi, że muszę uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż się rozkręcę, jako że po dwóch cc nie mogą silnie indukować. Rozsądne podejście- pomyślałam, a potem jak miałam, tak czekałam. W międzyczasie miałam skurcze ale były to tylko przepowiadacze, nie robiły nic konkretnego z moją szyjką. Czekałam i czekałam.. miałam dołki, z których na szczęście bliscy szybko mnie wyciągali, miałam też wsparcie w mojej douli ♥, która powtarzała, że to dla mojego dobra. Ciężko było mi tak czekać, gdy inne dziewczyny z sali rodziły a ja dalej leżałam, ciężko mi było bez moich dzieci, ale musiałam myśleć o tym trzecim w brzuchu i chciałam jej dać najlepszy start w życie. To była moja ostatnia szansa na poród naturalny. I nie mogłam się już wycofać.

Tak mijały dni, minął tydzień od terminu, minęło 10 dni. Cały czas miałam skurcze przepowiadające, bolesne, brzuszne, ładnie się pisały na ktg i tylko tyle.. lub aż tyle.. W środę (14.12.) natomiast zmieniły się.. przeszły na krzyż i zaczęły doskwierać mocniej. Z każdym dniem czułam je intensywniej jednak w piątek 16 grudnia badanie nadal nie pokazywało rozwarcia, a bez niego nie można było zrobić preindukcji foleyem.

Wszystko zmieniło się piątek wieczorem gdy odszedł mi czop. Skurcze krzyżowe przybrały na sile, przeszłam się więc na salę porodową, a tam po badaniu wyszło rozwarcie na 2,5 palca (5cm)! Ooo jaka radość – unikneliśmy balonika:) Skurcze były jeszcze znośne, więc chodziłam z nimi po korytarzu. Gdy zrobiły się bardziej intensywne, zadzwoniłam po doulę. Resztę nocy spędziłam to na piłce, to na łóżku, to na stojąco. Próbowałam wszelkich pozycji, lecz niestety – noc minęła a rano ordynator zbadawszy mnie oświadczył, że rozwarcie nie zwiększyło się i jako że jestem umęczona po nocy powinnam odpocząć i się posilić. Dzięki Bogu za tę decyzję. Bałam się, że będą chcieli próbować oxy.

AKT GŁÓWNY – Sobota 17.12.2016
Po całym piątku skurczy i dalej po całej sobocie, sobocie wypełnionej wielkim dołkiem i zrezygnowaniem, przyszedł wieczór. Jak zwykle wieczorem skurcze nasilały się, ale nauczona doświadczeniem poprzedniej nocy, położyłam się po prostu spać. Przyszedł jeden skurcz, i za chwilę przyszedł drugi. Nagle usłyszałam to charakterystyczne „pyk” i polało mi się na spodnie od piżamy. Ciepło i dużo tego było. Od razu zrozumiałam, że to wody i że to już to ta noc i że nie ma już odwrotu :) Ściskając uda poszłam na drugą stronę (na porodówkę) i zawiadomiłam położne. Nienajlepsza to była zmiana, ale nastawiłam się na współpracę, nie na walkę. Czułam że tak będzie mi lżej. Niepotrzebne mi były dodatkowe stresy gdy mnie bolało 😉
To była godzina 23.00.

Niedługo potem lewatywa i o północy ktg. Skurcze średnio bolesne, na ktg 30-40. Po ktg o 00.30 poszłam pod prysznic, a w międzyczasie zadzwoniłam po Magdę – moją doulę. Pod prysznicem skurcze nasiliły się, a gdy z niego wyszłam Magda już była. Położna dała piłkę i tak siedziałam na niej do godz. 01.50. Skurcze zrobiły się nieznośne, zaczęłam sie bać – ale nie bólu tylko porażki. Powiedziałam Madzi, że jak powtórzy się sytuacja z piątku, to nie chcę indukcji, to będę chciała cesarke.

Po wizycie w toalecie o 2.00 znowu ktg (co 2h zapis) i położna zaczęła mnie badać. ” 3 palce!” – mówi ucieszona, – „idzie, pani Ewelino, idzie.” Ja szybkie spojrzenie na Magdę, uśmiech i nowe siły przyszły 😀
Była godz. 2.30 jak skończyło się ktg i położna mnie zbadała, a tu 3,5 palca (7cm). Mówię do Magdy – dzwoń do męża niech przyjeżdża.

Od tej pory leżałam już na łóżku porodowym, raz na jednym raz na drugim boku, skurcze byly masakryczne… Pamiętam jak mówiłam w bólu „nieee, nieee chcee”, a Magda „chcesz, chcesz”. Miała rację. Chciałam tego tak bardzo, że nawet wtedy w bólach nie myślałam żeby się poddać. Byłam tak blisko przecież.

Gdzieś w międzyczasie pojawił się przy nas lekarz, młody pan sympatyczny doktor i po jego badaniu nagle się zrobiło 4 palce. W ciągu kilku minut, po paru skurczach słyszę „mała dłoń” (4,5 palców = 9 cm). Położna niedowierza, ale się cieszy, doktor też obudził się od razu 😀

Godzina 2.45 pełne rozwarcie, czuję jak puszcza pęcherz moczowy. Położna woła „ooo rodzi się” słyszę „przynieście zestaw”. Obniżają łóżko i zaczyna się drugi okres porodu.

Ściskam Magdy rękę i zaczynam czuć parcie. Położna zezwala, więc prę. Najpierw się drę, krzyczę, ale to nie działa. Położna mówi „nabierz powietrze jak do nurkowania i trzymaj i próbuj wypchnąć jakbyś kupę miała zrobić.” To działa… po kilku parciach słyszę, że idzie główka. Pytam czy mogę dotknąć… dotykam a tu włosy:) Nowe siły przyszły… przemy dalej… Słyszę, że krocze trzyma… Trzeba naciąć… Nacinają – nie czuję tego boleśnie… Słyszę „aha bo z ręką idzie” i za chwilę na ostatnim skurczu udaje mi się ją wypchnąć.

Lilianna rodzi się o godz. 3.10, 4 godziny od odejścia wód, na moich własnych skurczach, :) 3700g i 58 cm. Główka 33cm.

Kładą mi ją na brzuchu, a mnie zalewa fala euforiii… zaczynam płakać. Mówię „Boże udało się.. nie wierzę… Udało się. 😀 Cześć Lileczko, udało się wiesz?” Aż się zaczęłam zanosić z płaczu 😀 Gdy się uspokoiłam, spojrzałam na wszystkich… Ich miny – bezcenne! Wszyscy się uśmiechają… Położna… doktor… inne położne… nawet doktorka, która nie jest pro vbac, widzę, że się uśmiecha. Dziękuję Magdzie przede wszystkim, nie dałabym rady bez niej… mówię „mąż nie zdążył taki ekspres heh :D”

Przychodzi pielęgniarka od noworodków. Mówię „jeszcze nie”, trzymam za pępowinę i upewniam się, że już nie tętni. W międzyczasie rodze łożysko i śmieję się, że to taki placek 😉 Potem zabierają małą na chwilę do ważenia, Magda z nią idzie, a mnie usypiają, szyją i łyżeczkują. Sprawdzają też bliznę po cc, okazuje się (to po fakcie się dowiedziałam), że w jednym miejscu puściła, ale się nie rozeszła, i że sama się zrośnie.
Potem oddają mi Lilkę i cycamy się. Mała już na brzuchu szukała cyca, dałam jej wtedy polizać brodawke, teraz natomiast ładnie się przyssała.

15726986_10153962266217330_3298136280280290226_n
Ok godz. 5.00 dociera mąż, znowu płaczę ze szczęścia. Chwilę gadamy, mąż się wita z Lili, a mnie przewożą na dół na położniczy.
Przed godziną 7 odwiedza mnie położna Małgosia z którą rodziłam, znowu zalewają mnie łzy i przytulam ją w podziękowaniach. Widzę, że również się wzrusza. Mówi, że byłam dzielna, że pięknie słuchałam i że mi serdecznie gratuluje. Potem odwiedza mnie jeszcze ten młody lekarz, również uśmiechnięty od ucha do ucha. Rano zaś cała świta na obchodzie z ordynatorem na czele uśmiecha się i gratulacje składa. „Warto było czekać prawda?” pyta – oj warto :)

EPILOG
Miałam piękny poród. Tak jak sobie wymarzyłam tę chwilę narodzin Lili, tak się stało.
Na powodzenie mojego vba2c miało wpływ wiele różnych czynników. Moje nastawienie przede wszystkim. Moja cierpliwość i wytrwałość. Wsparcie jakie otrzymałam od mojej douli – dziękuję Madziu ♥ – doświadczona położna, personel provbac, a przede wszystkim lekarz, ordynator dr Ostrowski, który przynajmniej w moim przypadku się nie spieszył i dzięki temu dał mi maksimum szans na sukces. Jestem mu bardzo wdzięczna.
No i Lilianna.. jestem wdzięczna mojej córce, że była najmniejsza z moich dzieci, że ładnie się wstawiała i że chciała się urodzić właśnie tak jak się urodziła :)

Do was drogie vbaczki mogę tylko powiedzieć byście się nigdzie nie spieszyły i pozwoliły naturze działać. Czy to będzie sn czy cc, natura zawsze wie co robi. Pięknych porodów wam życzę. Takich jak mój. :)

W zgodzie z naturą, w zgodzie ze sobą – próba porodu drogami natury po 3 cc (Warszawa)

Wiele osób twierdzi, że poród po 2 cc to szaleństwo. A po 3 cc? Literatura naukowa na ten temat jest dość skąpa (całkiem niezłą kompilację badań w tym temacie, choć już troszkę starą, można znaleźć tutaj). Ale historie z życia pokazują, że to jednak możliwe – zobacz: http://naturalniepocesarce.pl/?p=607 i http://naturalniepocesarce.pl/?p=207. Cieszę się, że także w Polsce są lekarze, którzy gotowi są wesprzeć i otoczyć profesjonalną opieką kobiety pragnące podjąć próbę porodu naturalnego po 3 cięciach cesarskich. Oto opowieść Oli:

keep-calm-and-vba2c-on

Oto nasza historia: 1 poród czerwiec 2011- cc: żadnych wskazań do cc, ciąża po terminie więc skierowanie na wywoływanie, cewnik Foley’a,po nim rozwarcie na 2cm, następnego dnia 2 dawki oxy na leżąco, kiepskie ktg- tyle mi powiedziano i zgoda na cc. Synek Jaś 4370, 56cm, 10pkt.

Drugi poród grudzień 2012- cc: nie wiedziałam, że można inaczej, lekarz nawet nie pytał czy chcę sn, mówił, że jeśli się samo nie zacznie i przed tp to raczej cc. Po tp miałam się zgłosić na ip, tradycyjnie cewnik Foley’a a następnego dnia cc przy 4cm. Córka Kasia 3580, 54cm, 10pkt.

Trzeci poród listopad 2014r-cc: zaczynałam już myśleć, że nie chcę kolejnego cięcia, drugie cięcie ciężko przeszłam, brzydko mówiąc rzygałam całą cc. Szukałam opcji porodu naturalnego, nawet myśli o domowym były albo przynajmniej zaczekać na akcję skurczową. Chodziłam trzeci raz do tego samego ginekologa, był zbulwersowany, że jeszcze wymyślam po 2cc poród naturalny. Wtedy trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia – była jeszcze malutka i kameralna, ale już zapaliła mi się lampka, że muszę coś zrobić. Pojechałam na wizytę do dr Kajdy do Św. Zofii w 35tc. Wszystko było by ok, gdyby nie zaprosiła nas na usg: blizna 1,3mm. nie zgodziła się podjąć porodu naturalnego, wymagane były „magiczne” 2cm. Wróciłam do Lublina, ostatecznie czekałam na akcję skurczową, jeździłam na ktg, podpisywałam odmowy hospitalizacji, wysłuchałam jaka jestem nieodpowiedzialna, narażam na śmierć siebie i dziecko, to „ta” pacjentka. Mój gin też już myślał, że jestem po cc, kiedy zadzwonił. Ostatecznie 10 dni po tp urodziła się poprzez cc nasza córeczka Helenka(najmniejsza) 3540, 53cm, 10pkt. Wyszłyśmy na żądanie, bo już wiedziałam, że to nie mój szpital.

No i teraz najważniejsze- poród czwarty czerwiec 2016r. Mieliśmy już wspaniałą trójkę, ale wiedzieliśmy, że chcemy jeszcze dzieciątko. Nie chciałam długo czekać i wolałam okres pieluch szybko „załatwić” We wrześniu okazało się, że jest już mała fasolka jednak dłuuugo zwlekaliśmy o przekazaniu informacji najbliższym. Czas tak szybko leciał i było już Boże Narodzenie, 4-5 miesiąc a mój mąż dalej szukał stosownej okazji, żeby się pochwalić. W końcu po Świętach powiedziałam, że już brzuszek będzie widać, więc on postanowił zrobić to bardzo oficjalnie. W styczniu miał obronę swojego doktoratu i tuż po niej podziękował na auli KULu do mikrofonu swojej małżonce i czworgu dzieci Ciąża idealna, zero złego samopoczucia, żadnych dolegliwości. Wiedziałam, że do swojego ginekologa już nie wrócę, wiedziałam, że zgodzę się na cc, jeśli już wykorzystam wszystkie możliwości psn. Więc postanowiłam pójść na wizytę najbliżej na nfz do pani ginekolog. Bardzo miła, nigdy nic złego nie powiedziała, ale też nie chwaliłam się jej swoimi planami. Kiedyś tylko wspomniała, że jej koleżanka w Poznaniu urodziła sn po 3cc. Cały czas podczytywałam grupę, obdzwoniłam Wrocław (mam tam teściów, więc poród można było tam zorganizować), ale tam nie było chętnych na psn po 3cc. Ostatecznie została Wawa i Prezes dr Puzyna

Robiłam badania, wyniki super, żadnych suplementów nie brałam, byłam aktywna przy trójce bąbelków, żadnych przeziębień. Usg zrobiłam w 7 tyg dla potwierdzenia i lokalizacji ciąży- wysoko, poza blizną po cc- może dlatego brzuch dopiero w 6 miesiącu miałam mimo 4 ciąży. W 20 tyg pani dr na usg (inna usg wykonywała) skomentowała szczyt naszej nieodpowiedzialności, że 4 cesarka, że powinnam już zapomnieć o rodzeniu, że blizna cienka, pełno zrostów, że albo ja albo dziecko przeżyje (dr ze Świdnika- od razu wiedziałam że tam nie pojadę mimo że blisko mam). Wróciłam załamana, zapłakana i dopiero po kilku dniach mężowi o tym powiedziałam. Stwierdziliśmy, że ciąże donosimy ile się da i więcej usg nie robimy. Cieszyłam się każdym dniem z rodziną i mężem. Wiedziałam, że nie będę rodzić już w Lublinie.

Pojechałam do dr Puzyny na wizytę. Strasznie się bałam, nie miałam aktualnego usg, tylko wyniki bieżące. Był koniec maja, termin za 3 tyg- 19 lub 21 czerwca. Nic mi nie mówił termin, gdyż miesiączki normalnej nie było, tylko 2 nieregularne plamienia, bo do 6 miesiąca karmiłam córkę. Poza tym żadne z naszych dzieci przed ani w terminie się nie rodziły, więc termin nie istniał żaden dla mnie.

Dr Puzyna był zaskoczony. Najpierw nie wiedziałam, jak z nim rozmawiać. Zbadał, jako JEDYNY badał brzuch i powiedział, że dzieciątko nieduże, robił wywiad, kartę ciąży obejrzał, spytał o usg-nie mam. Miałam nawet całą dokumentację medyczna wyciągniętą ze szpitala z poprzednich cięć. Dużo pytał o moją motywację porodu naturalnego: po co, dlaczego, o przebieg poprzednich ciąż, powody cc. Nie było nic co do czego można by było się przyczepić. Nie dał mi odpowiedzi czy podejmuje się, tylko powiedział, że zaprasza mnie za 2 tygodnie z aktualnym usg. W tym czasie umówiłam się na usg do zaufanego lekarza w Lublinie i jeszcze innego też polecanego. Pierwszy oszacował dziecko na mniej niż 3 kg i bliznę na mniej niż 2mm (pt), więc byłam znowu załamana, że ta blizna jest taka cienka i pewnie w Wawie pożegnają mnie. Jednak nie dałam za wygraną i w pon po weekendzie pojechałam zrobić drugie usg- dziecko blisko 4 kg i blizna 5mm. Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Wiedziałam na pewno, że usg się myli a intuicja mi mówiła, że blizna jest cienka, ale elastyczna i wytrzymała, tak jak przez tyle miesięcy porządnie nosiła maleństwo.

Niepewnie pojechałam do Wawy. Dr Puzyna nie był zachwycony moimi usg, ale przymknął oko i powiedział, że spokojnie czekamy. Najlepiej, żeby samo się zaczęło. Zbadał mnie, powiedział, że główka nisko i warunki powoli się robią, żeby rodzić. Wydał też pisemną zgodę na psn po 3cc „bez szaleństw”-tak dosłownie było Umówiliśmy się na wizytę we wtorek 21 czewrca- czyli termin. W poniedziałek zrobiłam kontrolne ktg, wyszło ok i zadzwoniłam do dr z zapytaniem czy mam przyjeżdżać i jak u mnie sytuacja. Cieszył się, że się odezwałam, wysłuchał i powiedział, że w sobotę, o ile nic się nie zacznie, mam przyjechać na wizytę z torbą do szpitala. Tak też było. Na wizycie bez zmian, cisza, szyjka lepiej trochę przygotowana, ale z racji 3cc i że po tp mam zostać już pod jego opieką. Wewnętrznie już byłam na to gotowa, chociaż wolałam być w domu przy dzieciach.

Przyjęto mnie w sobotę na oddział. Codziennie ktg, badanie itp., nic się nie działo. W poniedziałek zrobili mi usg i dr przerażony był, bo zobaczył dziecko ponad 4 kg. Codziennie zjawiał się dr Puzyna i ustalał ze mną plan działania. Ogólnie nastawienie lekarzy było pozytywne, ale niestety była jedna Pani dr, która na moje nieszczęście dyżurowała prawie codziennie i wywierała na mnie presję, że mam podjąć jakąś decyzję, że tak nie można, że jestem poza prawem i co ja tu sobie wyobrażam. Nie pomagało mi to, ale starałam się nie przejmować.

We wtorek minął tydzień od terminu porodu, dr Puzyna zaproponował cewnik, zgodziłam się, choć niechętnie, ale z racji już przeterminowania tak wyszło. No i wieczorem zaczęły się piękne skurcze. Nie były mocne ale pierwszy raz ich doświadczyłam. Nie mówiłam nikomu bo chciałam skupić się na sobie, liczyłam czas i były co 12-15min. Cewnik siedział i tak całą noc, więc napisałam do męża, że ma jechać do mnie (150km).

W środę obchód i znowu TA MIŁA Pani dr, wyjęli cewnik i mówią, że bez zmian. Powiedziałam, że skoro już jakieś skurcze były to chcę zaczekać, aż samo się rozkręci i dopiero następnego dnia coś planować. Wymuszała na mnie, że najlepiej jakbym nie jadła śniadania=cc i musiałam podpisać odmowę i oświadczenie, że nie wyrażam zgody. Tak też zrobiłam, ale jak wyszłam z gabinetu to emocje puściły, rozpłakałam się i skończyły się skurcze. Na szczęście był już mąż i w środę odpoczywałam. Jednak czuć było niezadowolenie personelu, że tak robię. Starałam się nie przejmować. Kilka skurczy się pojawiało, ale niestety bez szaleństwa. Zaczął tylko czop odchodzić.

W nocy ze środy na czwartek podłączono ktg już częściej. Maluszek był bardzo niespokojny, nie wiedziałam co się dzieje, tak kopał, że czułam, że coś nie tak. Na ktg o 1 w nocy było wysokie tętno dziecka, powtórzono ktg a potem zlecono stały monitoring. Od środy leżałam plackiem, zero toalety, bolała mnie cała miednica, bałam się cc na cito, bo chciałam, żeby mąż był przy mnie. Jednak na dyżurze był bardzo fajny dr, który uspokoił i powiedział, że coś się dzieje, ale mam być dobrej myśli.

W czwartek rano o 7 napisałam do dr Puzyny sms, że są komplikacje. Za 3 min wchodzi do mnie i rozmawiamy co dalej robić. Zaprosił mnie do zabiegowego, powiedział, że coś się dzieje, rosło też moje CRP i wyjaśnił, że trzeba powoli kończyć i jedyne co mi pozostaje to przebicie pęcherza. Spytał, czy się zgadzam. Przebił pęcherz i poleciały cieplutkie czyste wody. Pakowanie na porodówkę i dał mi czas do południa na rozkręcenie akcji. Ulżyło mi już z jednej strony, z drugiej już chciałam zobaczyć malucha. Miałam ktg, mogłam się poruszać, położna za wiele nie mogła pomóc, tętno było wysokie a rozwarcie nie ruszało. Ok.13 przyszedł dr Puzyna i powiedział, że już musimy ciążę zakończyć, skoro rozwarcie nie drgnęło przez tyle czasu, pozostaje mi cc. Pojechałam i w szybkim tempie na salę i znieczulenie. Dr sam wyraził chęć zrobienia mi cięcia. Podczas operacji był problem z wyjęciem malucha. Dziecko cały czas parło głową w kanał, kilku lekarzy musiało mi się położyć na żebra, żeby ją wydusić. To chyba był najgorszy moment. Tak się urodziła nasza trzecia córcia Pelagia- 4200, 56cm, 10 pkt. Śliczna, czarna, długie włosy, ze zduszonym noskiem i czołem, bo tak bardzo chciała wyjść dołem. Powód- ułożenie odgięciowe- parła twarzą i to było powodem, że nie wchodziła i nie rozwierała szyjki. Mąż ją dostał, a za chwilę miałyśmy kontakt skóra do skóry przez całe szycie. Dr Puzyna poszedł, kończyła szycie inna pani dr. Powiedziała, że w środku całkiem spoko . I na tym kończy się pozytywna opowieść o Św. Zofii.

Córce pobrali krew i okazało się, że ma już podwyższoną bilirubinę, zabrali ją na noworodki a ja zostałam sama na pooperacyjnej. Niestety takie oblężenie, że były marne szanse wjechać tego wieczoru na oddział. Płakałam do córki, bo brakowało mi jej kontaktu. Odciągnięcie siary graniczyło z cudem. Po 18 okazało się, że ostanie miejsce się zwolniło i wjadę na oddział. Przyjechały po mnie położne z łóżkiem i ta, która miała się dziś mną opiekować średnio mi się spodobała. Musiałam z łóżka na łóżko sama się zsunąć po 4h od zszycia brzucha. Trudno. Wjechałam na odział, instrukcje od położnej i że powoli wstajemy i wyciągamy kosmetyczkę i ręcznik pod prysznic- wow- w takim filmie jeszcze nie grałam. 6h ze stołu a tu każą się kąpać. Sama wstałam a położna pomogła dojść do łazienki, prysznic i już ok. Od razu chciałam pędzić do małej. Zaszłam i była już naświetlana. Godzina 22 a położne każą iść. Chciałam przystawiać córcię i karmić- „nic tam pani nie ma, proszę jej nie budzić, proszę iść odpocząć”-to usłyszałam. Powiedziałam, że jak Malutka wstanie to mają wołać mnie na karmienie. Niestety jak zachodziłam do niej to już córka była nakarmiona mm. Mimo, że w planie porodu i w osobnej zgodzie był zakaz dokarmiania mm. Położne nie były zadowolone, że przesiaduję z dzieckiem. Na szczęście w piątek okazało się, że może być naświetlana na materacyku w mojej sali. Nie było to wygodne z tym materacem, ale dawałyśmy radę. Nie miałam pokarmu, położne wystawiały hektolitry mm w dyżurce, dokarmiałam. Pediatra stwierdziła, że głodzę dziecko. To wszystko nie pomagało. W sobotę na dodatek pogorszenie, dodatkowe lampy od góry i kontakt z dzieckiem tylko na karmienie co 2-3h. Masakra. Już traciłam cierpliwość, chciałam do domu, do dzieci, do swojego łóżka. Na szczęście córcia w niedzielę sporo spała i naświetlała się. W poniedziałek na obchodzie powiedzieli, że nie będą robić jej badań, że dopiero we wtorek a wypis to jeszcze nie wiadomo. Byłam na skraju wyczerpania i zdecydowałam o wypisie dziecka na żądanie. Wielkie oburzenie, skrajna nieodpowiedzialność, „w Lublinie na pewno nie ma takich dr jak tu”. Więc stwierdziłam, że wolę być w lubelskim szpitalu z dzieckiem ale bliżej domu. Raptem zrobili jej badania i żółtaczka spadła, więc wyszliśmy. Obeszło się bez naświetlań w domu i mała wróciła do zdrowia.

I tak zaczyna się nasza przygoda z czwórką szkrabów. Mam 4 dzieci po cc. Każde inne i każde cięcie inne. Mimo 4cc nie żałuję tego, że pojechałam aż do Wawy rodzić. Cieszę się, że doświadczyłam choć minimalnych skurczy, że poczułam choć trochę, jak to jest, że dałam z siebie wszystko, aby pomóc przyjść Pelagii na świat. Wielkim wsparciem był mąż, cierpliwie słuchał tego, czego potrzebujemy, był podczas cc i mógł częściowo doświadczyć cudu narodzin, cudu życia, które daliśmy Naszej Córce. Jest całkiem inna od poprzednich dzieciaczków, my jesteśmy inni, to doświadczenie bardzo nas wzmocniło, dało mnóstwo siły. Starsze rodzeństwo jest wspaniałe w stosunku do Malutkiej. Teraz czujemy się prawdziwą dużą rodziną.

Chciałam serdecznie podziękować dr Puzynie. Lekarz z powołania, człowiek, który dał nam szanse przeleczyć poprzednie cc, umożliwił psn po 3cc!. Myślę, że bał się tak jak my, ale miał też ogromna wiarę. Jego stosunek do pacjenta, sposób w jaki ze mną rozmawiał, pozwoliły MI zadecydować (a nie dr-jak to większość decyduje za rodzącą) czego i jak ja chcę. Dzięki niemu, jego doświadczeniu, wiedzy i zaufaniu mamy zdrową córeczkę.

Szczególne podziękowania dla naszej Magdaleny Hul. Dzięki Tobie zobaczyłam, że można inaczej, że można mądrze i świadomie, w zgodzie z natura, w zgodzie z sobą.

VBAC po 2 nocach przygotowań i 12 godzinach rodzenia (Rzeszów)

Brak postępu porodu – król współczesnych wskazań do cięcia cesarskiego. Wskazanie pod którym wiele się może kryć. Wskazanie często nadużywane i stawiane pochopnie… Może w końcu zbiorę się by napisać na jego temat osobny, wyjaśniający post. Tymczasem, opowieść Ani o tym jak można urodzić naturalnie po cięciu cesarskim z powodu braku postępu porodu.

baby_foot_black_and_white

„Jestem miesiąc przed terminem i popadam w panikę gdzie mam rodzić tak żeby się udało naturalnie”. Od tego moja historia vbac się zaczęła na poważnie.

To, że chcę próbować rodzić sn wiedziałam już po pierwszej cesarce, która odbyła się w 2014 roku. Jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu pytałam położną, co w przypadku drugiej ciąży, czy dostanę pozwolenie na poród naturalny i jaki czas jest potrzebny od porodu do porodu żeby móc próbować. Niestety nie dano mi nadziei. Ja jednak w głowie cały czas miałam niedosyt, że nie udało się naturalnie i że na pewno będę próbować przy kolejnej ciąży. Pierwsza ciąża zakończona cc z powodu braku postępu porodu.

Przez całą drugą ciążę zastanawiałam się czy wybrałam dobrego lekarza, który poprze moją decyzję o próbie porodu naturalnego i do którego szpitala pojechać rodzić. Kogo wziąć ze sobą, żeby mieć dobre wsparcie.

Miesiąc przed terminem opowiedziałam znajomej o swoich wątpliwościach a ona bez zastanowienia poleciła mi konkretny szpital. Sama była po porodzie i miała okazję leżeć z kobietą, której udało sie urodzić po dwóch cesarkach. I tak po nitce do kłębka dotarłam na stronę naturalniepocesarce.pl i do grupy wsparcia.

Wczytywałam się w historie udanych vbac,  rozmawiałam i pytałam dziewczyn, który szpital polecają. Wiele nieprzespanych nocy spędzonych na przemyśleniach. To był stresujący czas. Dotarłam również do douli, która  podpowiadała jak się przygotować do porodu. Wcześniej spotkałam się z prywatną położną. Nie negowała mojej decyzji, ale też nie czułam wsparcia. Raczej odradzała próbę naturalnego porodu i nie dawała większych szans na powodzenie sn.

Ostatecznie podjęłam decyzje o miejscu porodu [Szpital Miejski, Rycerska (przyp. red.)]. Kamień z serca.  Druga decyzja: osobą towarzyszącą będzie mąż i doula. Niestety mąż nie mógł być przy porodzie, ale na szczęście była doula. Wcześniej nie rozumiałam jak można prosić kogoś obcego by towarzyszył przy porodzie i wydawało mi się, że ja na pewno douli mieć nie będę.

Tydzień przed porodem trafiłam do szpitala z powodu złego zapisu ktg. Zero rozwarcia, szyjka długa, słabe, nieregularne skurcze. Codziennie czekałam na rozwój akcji. Zapisy wychodziły prawidłowo, a lekarze uspokajali, że mamy czas. Dwa dni przed porodem zaczęły się mocne skurcze nocne, które nie pozwalały spać. W dzień wszystko się wyciszało. Odszedł czop. Radość moja była wielka. Coś się działo :). Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.

Trzeciej nocy skurcze nie pozwoliły leżeć. Poszłam na salę porodową. Rozwarcie na palec. Trochę byłam przestraszona że za mało i znowu akcja utknie w martwym punkcie. Ale lekarka uspokajała. Dostałam poduszkę i kołdrę żeby móc drzemać.

Skurcze nad ranem zaczęły się wyciszać…Przyszedł lekarz i znowu pocieszał, że się uda. Podano mi oksytocynę. Później przebicie pęcherza płodowego. Szyjka skracała się nie symetrycznie. Poród postępował bardzo powoli i wśród położnych krążyło hasło, że najwyżej zakończymy cesarką. Po ok 11 godz porodu położna zapytała czy na pewno chcę nadal próbować. Widziałam zmęczenie i bezradność w jej oczach. (A uważam, że nie mogłam trafić na lepszą położną.  Otoczyła mnie profesjonalną opieką i wyjątkowym ciepłem). Chciałam się poddać i wbrew temu co myślałam powiedziałam TAK. No i się zaczęło. Doula zachęciła mnie, żebym zeszła z łóżka, żeby się poruszać. Wcale nie miałam już na to siły. Ale posłuchałam. Stałam przy poręczy i ruszałam się w swoim rytmie.
Nadeszły długo oczekiwane bóle parte. Powrót na łóżko. I tu wspaniała praca ze strony personelu. Ciągła zmiana pozycji i motywowanie. Udało się, po 12 godzinach urodziłam synka 3850g i 59cm.

Dziękuję wszystkim którzy pomogli mi tego dokonać, całemu personelowi medycznemu, szczególnie Pani położnej, douli, która była ze mną przez cały poród, za jej ciepło,wspaniały masaż nóg w trakcie skurczów i silną rękę przy bólach partych.

Nasz drugi VBAC #Hipnobirthing (Myślenice)

Harlow Carr (Aushouse) Harlow Carr with Lavender Hidcote BlueDzisiejszą historię można by zatytułować „siła spokoju i moc relaksacji”. To opowieść pachnąca różami i lawendą. Ale to także obraz zderzenia harmonijnej (choć nieprzewidywalnej) natury rodzenia z trudnymi realiami przeciętnego polskiego szpitala. W końcu to opowieść o tym, że świadoma i artykułująca głośno i pewnie swoje potrzeby matka, może w każdym szpitalu wiele uzyskać. Oto historia drugiego VBACu Edyty (relacja z jej pierwszego porodu sn po cc tutaj):

Madzia urodziła się 17.12. 2015. O godz. 9.35 3450g

Krotka historia: 1-szy syn wywolywany po terminie i cc, 2-gi syn Vbac, wiec oto historia naszego drugiego vbac. Myślałam ze bedzie tak jak przy srodkowym synku, skurcze przepowiadajace prawie tydzień… Dziś wspominam słowa mojej douli „Kazdy porod jest inny! ;)”

Beata przygotowywała mnie do porodu. Niby moje 3 dziecko, ale pierwszy poród w Polsce! Wszystko inne! Posiadanie ze soba osoby która wie co i jak dawało mi spokój psychiczny. Dużo rozmawiałyśmy o moich obawach, ale przede wszystkim Beata zafascynowała mnie hipnoporodem. Wskazała dobra drogę do relaksacji, wizualizacji, afirmacji, które wspaniale pomagają przy naturalnym porodzie. Zaczęłam niby późno, ale dużo ćwiczyłam:) Zdecydowałam się na użycie także aromaterapii. Przypadł mi do gustu olejek różany, a w moich wizualizacjach jestem w ogrodzie różanym, w różowej bańce 😉 Kupiłam też lawendowy, tak po prostu, nie wiem po co.

Zbliżającego się porodu nie zapowiadało nic. Miałam tylko Braxton-Hicksy, ale to u mnie norma od 8 miesiąca. We wtorek byłam jeszcze Żeromskim [szpital – przyp. red.] (Kraków), gdzie chciałam rodzić. Na ktg nie bylo żadnych skurczy, a usg pokazało ze główka jeszcze wysoko. Umówili mnie znów na ktg 23.12. Czyli w dniu terminu.

Środa sobie spoko minęła na gotowaniu itd…
O 2 rano w czwartek obudziła mnie chęć skorzystania z łazienki. Ale zdołałam siebie przekonać, że jednak aż tak mi się nie chce, by zostać w łóżku… Wiec zaczęło się wylewać;)
Wystraszyłam się, bo w głowie miałam tylko jedno – że zaczyna się odliczanie, że jak nie ma skurczy to mnie w końcu potną…. Wiec zaczęłam korzystać z moich nabytych umiejętności relaksacji 😉
Zadzwoniłam do męża by przyszedł do domu się przespać, bo czeka nas długi dzień (nocna zmiana). Napisałam do douli, że wody odeszły, ale brak skurczy i że na razie się położę i postaram wyciszyć.
Sięgnęłam wiec tym razem po olejek lawendowy i słuchałam muzyczki.

Lukasz pomógł mi się wykąpać, zjedliśmy kanapki, spakowaliśmy torbę (wiem, najwyższy czas) i sprawdzaliśmy trasę do Żeromskiego. Mieszkamy 1,5 h od szpitala.
Zgasiliśmy światło ok 4, przykryłam sie ciepło i monitorowałam ruchy. Ok 5 dostałam pierwszej intensywniejszej sensacji… Po 6 juz zaczełam liczyć.
6.45 obudziliśmy chłopcow do przedszkola. Wytłumaczyłam każdemu z osobna, że dzidziuś już chce wyjść. Lukasz ich odwiózł i zatankował auto. Czeka nas przecież długa droga!
Ja poszłam znowu zjeść śniadanie :)

Sensacje były co 6 minut, raczej takie uciski niż ból. Zupełnie nieregularne. Czasem 5 czasem 4 minuty. O 8 były co 3 min, ale też różnie trwały. Beata mowiła by już jechac i to dobrym tempem. Ja se myśle…. Przecież przy Mateuszu miałam co 2 minuty i urodziłam 7 h później…. Mam dużo czasu.
Ale po drodze sensacje zrobiły się częste i takie jakby się na kolejce górskiej na dół jechało. Bardzo intensywne. Dzwonie do Beaty, że w połowie drogi do Krakowa jednak skręcimy do Myślenic. Tam zobaczymy i się zastanowimy.

O 9.06 byliśmy już na IP. Beata tuż za nami.
Na tym etapie muszę powiedzieć, że w całej 1 fazie  porodu nie wydałam z siebie ani jednego jęku, ani krzyku. Czasem wokalizowałam, ale to raczej by dać innym cynk, że mam skurcz, by dali mi spokój;) Mąż załatwiał papierologię. Beata ze mną. Siedziałam sobie ze spuszczoną głową i zamkniętymi oczami. Słyszę, że ktoś do mnie mówi „co Pani taka słaba, jeszcze daleka droga przed Panią…” Na to Beata zripostowała: „Ona się relaksuje…” W głowie prychnęłam śmiechem. To było ok 20 minut przed narodzinami….

Na górze każą mi się kłaść. Pełne rozwarcie. Proszą na porodówkę. I że kłaść się na plecy… Ja mówię, że nie na plecach, bo tak mnie boli najbardziej. Rozwija sie dyskusja, że główka nie zejdzie (!!!) Ja mowię, że nie, bo tak mnie boli. Ta sytuacja wybiła mnie z mojej bańki spokoju. Na szczęście doula-adwokat wkroczyła (dzięki Beatko <3) i mówi, że syna rodziłam na boczku. Wszedł lekarz i mówi niech dziecko zadecyduje jak chce :)

Potem znowu dyskusja…  Że tylko 1 osoba towarzysząca… Ja panika, no bo jak tu wybrać! Proszę lekarza, że mi bardzo zależy. On, że nie widzi przeszkód. Położna na to, że za chwile nie będzie czym oddychać… On na to, że za chwile to urodzimy :)

Madzia urodziła się o 9.35. Kruszynka (3450g) w porównaniu do jej braci.
Położna zabrała się za pępowinę. Ja proszę by poczekała… Znowu ta mina co ja wymyślam….

Także dobrze, że w połowie drogi zdecydowaliśmy się poszukać jakiegoś szpitala, bo pewnie rodziłabym w korkach krakowskich 😉
To pokazuje jakże każdy poród jest inny! Ale każdy może być piękny.

Cieszę się, że wszystko było spokojne, że długo byłam w domu, pod swoim prysznicem, z aromatem lawendy, muzyczka i przykryta cieplutka kołdra. Tak na prawdę w całym porodzie bolały mnie interwencje medyczne: sprawdzanie rozwarcia, szycie i sprawdzanie ciągłości blizny już po urodzeniu. Mogło mnie to ominąć gdybym urodziła w samochodzie gdzieś w Krakowie;)

Poród w chwale! (Warszawa)

t incisionPoród naturalny po 2 cięciach cesarskich, po pierwszym cięciu wykonanym w kształcie odwróconej litery T, w innym mieście (160 km od domu) – niemożliwe by podjąć taką próbę? Dziś kolejny dowód na to, że nie ma rzeczy niemożliwych. Czasem tylko brakuje wiary i determinacji. Warto więc o te wiarę i determinację sie starać, bo nagroda zaiste jest warta wysiłku! Oto historia porodu Ani:

Trzy lata temu urodziła się nasza pierwsza córka Sara, która od razu wyprowadziła się do Nieba. W czasie ciąży wiedzieliśmy, że jest bardzo chora i byliśmy przygotowani na różne scenariusze. Ostatecznie Sara zmarła po półtorej godzinie. Teraz żyje, ale nie na ziemi (jak by ktoś się zastanawiał co o tym myślimy). Podczas porodu lekarze zrobili pionowe docięcie na macicy, ponieważ dziecko miało poważne wady rozwojowe i było ułożone w pozycji poprzecznej. Aby bezpiecznie je wyjąć, było to konieczne. Podczas obchodu lekarz, który wykonał operację w pierwszych słowach poinformował mnie, że przez docięcie już nigdy nie będę mogła urodzić naturalnie.


11 miesięcy później, urodził się Samuel Stefan przez również przez cesarskie cięcie. Tym razem powodem był krwotok z odklejającego się łożyska przodującego w 35 tc. Niedługo potem znowu zaszliśmy w ciążę.


Od 8 miesiąca ciąży powoli szukaliśmy opcji porodu naturalnego, który pozwolił by nam urodzić więcej dzieci z mniejszymi komplikacjami niż kolejne cesarskie cięcia. W Lublinie nie ma szpitala, ani lekarza, który by się tego podjął. Dostaliśmy info od naszej Pani ginekolog o szpitalu św Zofii w Warszawie. Zadzwoniliśmy do znajomego lekarza z Warszawy z pytaniem czy mógłby nam jakoś pomóc dotrzeć do odpowiednich osób – okazuje się, że właśnie tam pracuje (ktoś wątpił?!). Medycyna jasno mówi, że pionowe docięcie macicy jest powodem absolutnie dyskwalifikującym do podjęcia próby porodu naturalnego.


Rozmawiam z Jackiem – naszym znajomym lekarzem i mówię – Wiesz, my wierzymy w cuda stwórcze. Jak sprawdzić czy to docięcie jeszcze jest? Odesłał nas do najlepszego specjalisty z tego szpitala, z najdokładniejszym aparatem do USG. Jego diagnoza: Jakbym nie przeczytał w Pani dokumentacji medycznej, że docięcie zostało zrobione, to nie ma żadnych dowodów na jego istnienie. Ciągłość macicy zachowana, nie uwidoczniono żadnych wskazówek na obecność blizny.
ALLELUJA!!!!!!


Mąż dzwoni do Pani ordynator oddziału położnictwa ze szpitala św. Zofii, odpowiedź jasna: „Powtarzam Panu po raz kolejny, a Pan nie przyjmuje do wiadomości. Docięcie dyskwalifikuje próbę porodu naturalnego. Mój szpital się tego nie podejmie.” W sumie nie ma co się dziwić, rzeczywiście z punktu medycyny sytuacja tragiczna. Ale Jezus ma swoje sposoby.


Dzwonimy kolejny raz do Jacka, dostaliśmy telefon do sekretariatu prezesa szpitala. Rozmawialiśmy z nim i rzeczywiście, szpital się nie podejmie, ale prezes bierze odpowiedzialność na siebie i możemy rodzić. (Innymi słowy Challenge Accepted!)


Termin na 16 maja, a mąż od 17 kwietnia co tydzień jeździ z naszą wspólnotą – Armią Dzieci na posługę po całej Polsce i Niemczech. Pytania dwa razy dziennie od znajomych: „Jak Ania ??” stały się codziennością. Jezus niech się zajmuje mną w domu, mężem w posłudze i niech jeszcze to tak ogarnie, żeby mógł był przy porodzie. Chyba sobie da radę nie? (Nie wszyscy byli przekonani ;))


Nadchodzi 15 maja, mąż od trzech dni na Szkole Wojowników Chwały w Lubinie (nie mylić z Lublinem, to drugi koniec Polski). 06:00 rano odchodzą mi wody, od razu dzwonię do męża, on od razu wsiada w samochód i pędzi autostradą do Warszawy. Ja dzwonię po wujka, który czeka w pogotowiu, żeby zawieźć mnie do Warszawy w razie potrzeby. Mamy 160 km, na miejscu jesteśmy w dwie godziny. Podróż przebiega spokojnie, mam regularne skurcze, ale niezbyt intensywne. Mąż o 10:00 jest już ze mną na miejscu. Skurcze postępują, rozwarcie się powiększa, położna i lekarze zaskoczeni że tak szybko. Cały czas są przy mnie, położna wspiera i zachęca żebym robiła to na co akurat jest wygodne dla mnie. Wchodzę więc do wanny na 1,5 godziny. Wchodzę z rozwarciem 3 cm, wychodzę już z 10 cm i gotowa do skurczów partych. Po 50 minutach partych, o 14:25 na świat przychodzi Gloria (czyli 5 godzin po przyjeździe do szpitala). Bez stresu, bez waliki z lekarzami, bez straszenia że może umrzeć, bez oxytocyny, bez docinania krocza, kleszczy, czy innych problemów i komplikacji, których wszyscy się bali. Po porodzie, lekarz bada ręką bliznę i z zaskoczeniem mówi po cichu do koleżanki lekarki „nawet nie czuć tego uskoku, który jest przy bliznach. Dziwne.”


3 minuty później dziecko już jest na moim brzuchu, je z piersi, pediatra nie ma zastrzeżeń, szpital ma na koncie baaaardzo nietypowy poród. My spędzamy z córcią pierwsze wspólne, piękne chwile razem. Wszyscy gratulują!

Wszyscy szczęśliwi! A najbardziej MY :)

*** Więcej informacji i historii o porodach kobiet z nietypowymi rodzajami nacięcia macicy na stronie: http://www.specialscars.org/ ***