Tag Archive | makrosomia

Podróż po marzenia (Świdnica – Pyskowice)

Ciąża 5, w wywiadzie 2 x poród drogami natury i 2 x cięcie cesarskie, 17 miesięcy odstępu między porodami, położenie pośladkowe płodu w 39 tygodniu, szacowana masa płodu > 4 kg. Czy można w ogóle myśleć o porodzie naturalnym w takiej sytuacji? Poznajcie historię Ewy.

Jestem mamą 6 wspaniałych dzieci a to była moja 5 ciąża. Dwie pierwsze zakończone porodem naturalnym a dwie kolejne cesarskim cięciem. Dzięki temu, że doświadczyłam podwójnie dwóch rodzajów porodów wiem, że dla mnie najpiękniejszą (choć wcale nie łatwą) drogą przyjścia na świat dziecka jest poród naturalny.

CIĄŻĄ PIERWSZA 2005 r. Gdy byłam w pierwszej ciąży, było dla mnie oczywiste, że urodzę naturalnie tak jak moja mama troje swoich dzieci. Nie mogłam się doczekać dnia porodu, bo końcówka ciąży bardzo mnie wymęczyła. Moja pierwsza córka Oliwia (3820 g, 56 cm) przyszła na świat w sierpniu 2005 r. – poród naturalny 9 dni po terminie. Poród trwał zaledwie 4 godziny, ale był bardzo ciężki. W II okresie porodu ustała czynność skurczowa, a że personelowi się spieszyło to zastosowano chwyt Kristellera, nacięto krocze a łożysko na siłę położna wyciągnęła z brzucha. Zakończyło się to krwotokiem, szyciem i łyżeczkowaniem. Córkę zabrano bo byłam tak słaba (miałam silną anemię), że nie byłam w stanie zajmować się nią sama.

CIĄŻA DRUGA 2008 r. Drugi poród naturalny w grudniu 2008 r. – syn Kordian (3900, 57 cm) 6 dni przed terminem. Również trwał 4 godziny i zakończył się bez nacięcia i żadnych innych komplikacji. Piękny poród, bardzo świadomy a po 2 godzinach mogłam sama wstać, siedzieć, chodzić i zająć się synkiem, który cały czas był przy mnie.

CIĄŻA TRZECIA 2012 r. W 30 tygodniu ciąży zrobił mi się obrzęk w siatkówce oka. Z każdym tygodniem obrzęk się powiększał i utrudniał widzenie. W 39 t.c. podjęto decyzję o cc, ponieważ nie widziałam już nic chorym okiem i było ryzyko, że podczas porodu naturalnego siatkówka może się odkleić. W styczniu 2012 r. przez cesarskie cięcie przyszedł na świat mój drugi syn Kajetan (4180 g, 59 cm). Ból jaki czułam po cesarce jak puściło znieczulenie rekompensowała mi obecność synka po porodzie.

CIĄŻA CZWARTA 2016 r. Ta ciąża od początku była bardzo ciężka bo miałam wszystkie możliwe dolegliwości ciążowe, których nie miałam w żadnej poprzedniej ciąży. Okazało się, że pod sercem noszę nie jedno ale trzy szczęścia! Byliśmy w szoku bo w naszej rodzinie nigdy nie było nawet bliźniaków. Niestety, na kolejnym USG biły tylko 2 serduszka. Po wielu długich tygodniach spędzonych w szpitalu, udało mi się dotrwać z bliźniakami do 35 t.c. W czerwcu 2016 r. przez cesarskie cięcie przyszli na świat Miłosz (2450 g, 50 cm) i Mikołaj (2700 g, 51 cm) – nasze kochane M&M-sy. Chłopcy byli ułożeni główkowo a poród zaczął się regularnymi skurczami co 3 min. Niestety w szpitalu, w którym rodziłam wszystkie ciąże mnogie są rozwiązywane cesarskim cięciem. Gdybym miała wówczas taką wiedzę o sn po cc jaką mam teraz dzięki cudownej Grupie Wsparcia „Naturalnie po cesarce”, to na pewno przynajmniej podjęłabym próbę porodu naturalnego. Wszystkie moje porody naturalne przebiegały dosyć szybko a dzieci były spore. Natomiast bliźniaki z racji tego, że była ich dwójka i poród zaczął się w pierwszym dniu 36 t.c. ważyły dużo mniej. Bardzo ciężko dochodziłam do siebie po tej drugiej cesarce a najtrudniejsze oprócz bólu było to, że maluszki zostały zabrane do inkubatora i zobaczyłam je dopiero po 18 godzinach od urodzenia…

CIĄŻA PIĄTA 2017 r. Czasu nie cofnę, ale cieszę się, że było mi dane doświadczyć po raz trzeci porodu naturalnego, mimo wszystkich przeciwności losu jakie spotkałam na swojej drodze do vba2c. Ale od początku… 8 miesięcy później zaszłam w piątą ciążę. Pierwsza myśl jaka pojawiła się w mojej głowie była przepełniona lękiem: jak przetrwam po raz trzeci ten okropny ból po cesarce? Byłam przekonana, że nie ma innego wyjścia po 2 cesarkach jak tylko kolejne cięcie. Z drugiej strony postanowiłam poszukać w Internecie informacji na ten temat. I tym sposobem znalazłam stronę www.naturalniepocesarce.pl.

Czytałam wszystkie opowieści porodowe z zapartym tchem. To dało mi ogromną nadzieję i wiarę w to, że może być inaczej. Każdego dnia czytałam też relacje z porodu dziewczyn z grupy wsparcia na FB. Zrozumiałam, że chcę zrobić wszystko co w mojej mocy by urodzić naturalnie, ale muszę zaakceptować też drugą opcję na wypadek cesarskiego cięcia. Wierzyłam, że wszystko się uda, bo przecież rodziłam już naturalnie dwa razy i wiem jak taki poród może przebiegać. Nie wzięłam pod uwagę tylko jednego, że moja wyczekiwana córeczka w 30 tygodniu ciąży obróci się główką do góry i wcale nie będzie miała zamiaru zmienić swojego ułożenia do końca ciąży…

Każdego dnia po kilka godzin robiłam ćwiczenia ułatwiające obrócenie się dziecka w brzuchu, chodziłam na czworaka i namawiałam córcię do obrotu. Byłam załamana bo mimo mojego wysiłku cały czas czułam, że główka nadal jest na górze. Każda kolejna wizyta u lekarza również potwierdzała ułożenie miednicowe. Na ostatniej wizycie w 39 tygodniu ciąży, gdy dodatkowo waga na USG wyszła 4 kg, dostałam skierowanie na cesarkę. Do tej pory mój lekarz bardzo wspierał vba2c ale teraz powiedział, że nie widzi innego wyjścia jak tylko cesarskie cięcie. Tak na marginesie to był to mój drugi lekarz bo poprzedni najpierw mówił, że bez problemu mogę rodzić naturalnie (na wizytach prywatnych) a jak przyszłam do Niego raz na NFZ to powiedział, że absolutnie muszę mieć cc po 2cc bo inaczej się nie da…

Była środa a Ja miałam stawić się w szpitalu jak zacznę 40 tydzień ciąży, czyli w poniedziałek 4 grudnia. Pomyślałam, że to koniec i nadszedł czas pogodzenia się z cesarką. Próbowałam znaleźć plusy tej sytuacji a największym z nich była perspektywa zobaczenia wkrótce córeczki. Wcześniej byłam gotowa nawet na poród pośladkowy, ale w sytuacji gdy waga dziecka była taka duża nie chciałam ryzykować. Przepłakałam pół dnia a w nocy nie mogłam zasnąć. Z jednej strony próbowałam się pogodzić z sytuacją a z drugiej szukałam innego rozwiązania. Nadzieja umiera ostatnia!

Następnego dnia napisałam do Oleśnicy do położnej, czy w mojej sytuacji jest jakaś szansa na poród naturalny. Niestety dostałam odpowiedź, że w Oleśnicy nie wykonują obrotów zewnętrznych a w moim przypadku po 2 cc położenie miednicowe jest wskazaniem do cięcia. Od kilku dni byłam też w stałym kontakcie z Monika Ma z Grupy Wsparcia, której córeczka również nie chciała się obrócić główką w dół. Monika próbowała od dwóch tygodni dodzwonić się do szpitala w Pyskowicach, aby dowiedzieć się o możliwości obrotu zewnętrznego, o którym wyczytałyśmy na grupie. Największy problem polegał na tym, że ciężko było złapać dr Langshmana Maleuwe, żeby z Nim porozmawiać. Na szczęście Monice udało się zdobyć numer komórkowy do doktora. Zadzwoniłam do Niego i powiedziałam o mojej sytuacji.

Hillary and Chris Johnsonare expecting their third child!

Doktor to wspaniały człowiek, pełen ciepła, zrozumienia i chęci pomocy. Powiedział mi, że w mojej sytuacji daje tylko 30 % szansy na obrót zewnętrzny mimo, iż jestem wieloródką (szansa u pierworódek to 50%, a u wieloródek nawet 70-80%), ponieważ dziecko jest duże i kończę 39 t.c., a takie obroty najlepiej robić w 37/38 t.c. Ale jeżeli bardzo mi zależy to mogę przyjechać do szpitala w Pyskowicach w poniedziałek 4 grudnia i On we wtorek rano będzie miał dyżur i spróbuje obrócić mi dziecko. Powiedział też, że według Niego najbezpieczniej byłoby wykonać cesarskie cięcie, ale to w razie czego możemy zrobić po próbie obrotu zewnętrznego. Decyzja należała do mnie. Całą noc biłam się z myślami co zrobić. Trzy bardzo kompetentne osoby potwierdziły, że w moim przypadku najlepsza byłaby cesarka a Ja nadal nie byłam sobie w stanie wyobrazić takiej wersji wydarzeń. Co jeszcze mogłam zrobić dla mojej córci by urodzić Ją naturalnie? Ostatnią deską ratunku był obrót zewnętrzny. Po rozmowie z moim kochanym i cierpliwym mężem, który cały czas mnie wspierał, podjęłam decyzję, że jeśli nie zacznę rodzić w weekend, to w poniedziałek rano zamiast do mojego szpitala na cesarkę, pojadę sama ze Świdnicy 200 km pociągiem do Pyskowic. Monika chciała zrobić tak samo, tylko Ona miała do pokonania 530 km ze Szczecina. I tak oto dwie matki, pragnące dać najlepszy start swoim córkom i uchronić się przed kolejnym cięciem, w poniedziałek rano 4. grudnia wyruszyły z dwóch zachodnich krańców Polski na Śląsk.

Blog_Tips-to-travel-during-Pregnancy_4

Podróż pociągiem była ciężka i stresująca – najbardziej dla innych pasażerów 😉 Czekały mnie 2 przesiadki. W pierwszym pociągu usiadłam koło starszego małżeństwa. Zerkali na mój brzuch i na siebie z przerażeniem, po czym mąż złapał za rękę żonę i zabrał Ją na drugi koniec wagonu 😉 W drugim pociągu siedziałam z bardzo miłymi paniami. Pytały gdzie i w jakim celu jadę w tak zaawansowanej ciąży. Pytały czy nie boję się, że urodzę w pociągu. Jedna z nich wysiadała ze mną w Opolu i nawet nie pozwoliła mi dotknąć walizki, tylko niosła ją za mnie 😉 Gdy dojechałam do Pyskowic myślałam, że wszystko potoczy się prosto – wsiądę do taksówki i bezpiecznie pojadę pod sam szpital. Okazało się jednak, że przed dworcem nie ma żywego ducha a sam dworzec jest zamknięty. Włączyłam w telefonie nawigację i musiałam iść na piechotę. W końcu w oddali ujrzałam przystanek autobusowy a na nim stała jakaś kobieta. Powiedziała mi, że zaraz ma być autobus, który jedzie do „centrum” a stamtąd do szpitala jest niedaleko. W autobusie poszłam do kierowcy kupić bilet a On pyta dokąd jadę. Mówię, że do szpitala, a On pyta: „Po co?” Odpowiadam, że jadę urodzić. A On na to: „To Pani jedzie za darmo”. Ludzie w autobusie mówią mi gdzie mam wysiąść. Jakieś małżeństwo proponuje, że mnie zaprowadzi do szpitala, bo idą w tamtym kierunku. Pan bierze moją walizkę a Pani opowiada o swoich porodach. Po 15 min. docieramy pod szpital. Wreszcie czuję się bezpiecznie.

Na izbie przyjęć zostałam przyjęta bardzo serdecznie a personel był zaskoczony dlaczego przyjechałam tyle kilometrów akurat do Pyskowic. Opowiadam o naszej grupie na FB i uprzedzam, że wieczorem przyjedzie jeszcze jedna „szalona mama” ze Szczecina. Proszę o numer telefonu na taksówki, by przekazać go Monice, aby bez problemów dotarła do szpitala. Dostałyśmy wspólny pokój, aby się wzajemnie wspierać. Rano przyszedł do Nas dr Langshman, żeby się przywitać i jeszcze raz porozmawiać o próbie obrotu zewnętrznego. Trochę Nas zmartwił bo powiedział, że nie ma w szpitalu leku, który powoduje zwiotczenie brzucha. Na szczęście na obchodzie okazało się, że jest jedna ostatnia buteleczka, podzielą ją Nam na pół i podadzą w kroplówce. Przed południem doktor przyszedł po Monikę, ale niestety obrót mimo ogromnego wysiłku i chęci nie udał się. Ja poszłam druga.

Miałam nastawienie „co ma być to będzie”. Jeżeli obrót się nie uda to będę wiedziała, że zrobiłam wszystko co mogłam by pomóc mojej córeczce naturalnie przyjść na świat. W gabinecie czekał już na mnie doktor Langshman i ordynator dr Binkiewicz, który monitorował przez USG ułożenie dziecka. Dostałam kroplówkę z lekiem zwiotczającym powłoki brzuszne, a sam obrót trwał kilka sekund. Doktor złapał córcię przez brzuch za główkę i pośladki i lekko Ją popchnął a Ona fiknęła w dół. Byłam w szoku, że to tak szybko i bezboleśnie, aż się popłakałam ze szczęścia (wyściskałam doktora i mówiłam, że jest cudotwórcą!). Tyle tygodni ćwiczeń nic nie dało a tu kilka sekund i już. Nie mogłam w to uwierzyć. Ordynator od razu powiedział, żebym została tu w szpitalu bo jak pojadę do innego to jest ryzyko, że będą chcieli zrobić mi cesarkę. Na Naszej Grupie Wsparcia czytałam również o cudownej położnej Pani Wiesi, która ma ogromne doświadczenie w przyjmowaniu porodów po 2 cc i pracuje właśnie w Pyskowicach. Oczywiście nie było dla mnie wątpliwości, że jestem z najlepszym miejscu jakie mogłabym sobie tylko wymarzyć.

Po obrocie konieczne było badanie KTG. W trakcie badania przyszła do mnie położna złożyć gratulacje, że udał się obrót zewnętrzny. Powiedziała, że kilka dni temu przyjęła właśnie dwa porody kobiet po 2 cc. Zapytam Ją czy jest Panią Wiesią a Ona się uśmiechnęła i powiedziała, że tak. Powiedziałam, że czytałam o Niej na Grupie Wsparcia i że bardzo chcę z Nią rodzić. Oczywiście od razu się zgodziła. Od tej chwili miałam swojego Anioła! W trakcie KTG okazało się, że dostałam regularnych skurczy co 8 min. Miałam rozwarcie na 1,5 cm i udało mi się dojść do 4 cm, po czym akcja się zatrzymała. Położna powiedziała, że w tym momencie należy odpuścić bo z doświadczenia wie, że nic na siłę. Dała mi swój numer telefonu i prosiła, żebym dzwoniła do Niej o każdej porze, gdy tylko zaczną się skurcze co 5 minut. Poinformowała mnie też, że niestety następnego dnia do południa nie będzie Jej w Pyskowicach bo wyjeżdża na konferencję. Do wieczora chodziłam cały czas po schodach (krwawiłam i czułam silny ból podbrzusza, który utrzymał się właściwie do samego porodu). W nocy ze zmęczenia nie mogłam spać, a około 4:00 Monika zaczęła rodzić i zabrali Ją na cesarkę. Zestresowałam się i dostałam skurczy co 3 minuty, ale cały czas próbowałam je zatrzymać, tłumacząc sobie, że nie mogę rodzić, bo przecież nie ma Pani Wiesi. Na szczęście po godzinie akcja się zatrzymała (to prawda, że „poród mamy w głowie”).

Kolejny dzień (środa) chodziłam po schodach, choć nie było łatwo bo miałam już straszne zakwasy. Czekałam do rana do następnego dnia (czwartek – dzień porodu) i już wiedziałam, że nic mnie nie powstrzyma. Miałam swoją kochaną położną (Panią Wiesię) i czułam się bezpiecznie pod Jej skrzydłami. Śmiała się, że jak była na konferencji to zadzwonił do Niej dr Langshman i zapytał gdzie Ona jest. Był bardzo przejęty tym, że jak zacznę rodzić bez Niej to mnie „potną”. Prosił, by w razie czego natychmiast rzuciła wszystko i przyjechała. Wzruszyłam się… Czyż to nie jest lekarz z prawdziwego zdarzenia? Z położną ustaliłyśmy plan – kazała mi chodzić pod prysznic na 30 min co 1,5 godziny. Pod prysznicem skurcze były coraz silniejsze. Koło południa zbadała mnie i miałam 6 cm rozwarcia, ale główka źle wstawiła się w kanał. Miałam położyć się na godzinę na lewym boku (tam gdzie znajdował się grzbiet dziecka) i przy każdym skurczu prawą nogę zgiętą w kolanie unosić mocno do góry. Zaczęły się regularne skurcze co 5 minut. Zauważyłam jednak, że w miedzy czasie gdy szłam do toalety (organizm od rana się oczyszczał) skurcze znacznie się nasilały i były częściej. Po godzinie ustaliłyśmy z położną, że mam iść chodzić po schodach przez 30 min. I tam się zaczęło. Skurcze były co 3…2 … aż w końcu co 1 min. Po badaniu było luźne 7 cm i zapadła decyzja – idziemy na porodówkę.

Poszłyśmy do przytulnego pokoiku, gdzie było przygaszone światło i w tle leciała cicho muzyka. Wiedziałam od Pani Wiesi, że mój poród po 2 cc będzie musiał wyglądać inaczej niż „normalny” poród naturalny. Podłączyła mnie pod KTG i stale miałam monitorowane tętno dziecka. Powiedziała też, że zrobi wszystko co może, by jak najbardziej przyspieszyć poród i nie obciążać macicy skurczami. Dostałam gazik nasiąknięty oksytocyną i polecenie, że mam go cały czas trzymać pod nosem i wdychać, by nie osłabić skurczów. Znów leżałam na lewym boku i przy każdym skurczu musiałam dociągać zgiętą w kolanie prawą nogę do góry, by pomóc córci dobrze wejść w kanał rodny. Cały czas zastanawiałam się kiedy będzie ten kryzys 7. cm ale niczego takiego nie miałam. Ból był coraz mocniejszy. Pamiętam tylko smsy od mojego męża, Moniki i słowa wsparcia od Kasi O. z grupy (dziękuję!). Później już nie byłam w stanie wyciągnąć telefonu spod poduszki. Przy 8 cm położna podjęła decyzję, że przebije pęcherz płodowy ale w tym momencie praktycznie sam pękł. Po chwili było 9 cm i ból nie do opisania (i tu dopadł mnie kryzys ale 9. cm). Pani Wiesia powiedziała, że muszę przejść do sali obok i wejść na krzesło porodowe (tam czekał już lekarz i dwie młode położne do pomocy). Jakoś dałam radę i wtedy zaczął się nieziemski ból przy każdym skurczu, a dodatkowo położna kazała mi unosić nogi i opierać na drążek, który był zamontowany nade mną. To już było za dużo, ale resztką sił wykonywałam każde polecenie Pani Wiesi, bo ufałam Jej bezgranicznie. Czekałam tylko kiedy będzie te magiczne 10 cm. KTG pokazywało, że z córcią jest wszystko ok.

Nagle dostałam skurczy partych. Krzyczałam, że muszę przeć, ale Pani Wiesia krzyczała jeszcze głośniej, że teraz jeszcze nie mogę. Wiedziałam, że muszę posłuchać bo popękam ale powstrzymanie się przed parciem było bardzo trudne. Nagle usłyszałam, że teraz mogę już przeć. Wreszcie się doczekałam! Przy skurczu lekarz dociskał mi bliznę dłonią, żeby nie pękła (polecenie Pani Wiesi!). Parłam raz na skurczu ale czułam, że coś jest nie tak. Główka wyszła do połowy i się cofnęła. Pani Wiesia szybko zaleciła podłączenie oksytocyny a Ja usłyszałam, że tętno mojej córeczki zwolniło (spadło do 80). Zaczęła się szybka akcja. Pani Wiesia kazała mi się obrócić na lewy bok. Prawą nogę wyprostowaną do góry zaprzeć na drążku wysoko a lewą zgiętą w kolanie położne odciągnęły z całych sił w lewą stronę. Myślałam, że zaraz zrobię szpagat. Ale skurcz nie nadchodził. I wtedy padła decyzja od położnej, że mam przeć bez skurczu z całych sił. Wiedziałam, że muszę zrobić wszystko by ratować moje dziecko! Zaczęłam przeć z jakąś nieziemską siłą, która nie wiem skąd naglę się we mnie wzięła i za jednym razem wyparłam całą moją kochaną córeczkę 4280 g na świat.

Pani Wiesia położyła mi Ją na brzuchu i szybko zaczęła odwijać pępowinę z nóżki, brzuszka, rączki i z szyi, którą miała owiniętą podwójnie!!! Nagle zrobiło się zamieszanie. Pojawiło się mnóstwo ludzi i zabrali malutką do pomieszczenia obok. Zostałam sama na fotelu porodowym i czułam się jakby świat się zatrzymał – wyrwano mi z brzucha cząstkę mnie i nastała cisza i pustka, której nigdy nie zapomnę… Czekałam na dźwięk płaczu mojej córeczki ale niczego nie było słychać… Podeszła do mnie młoda położna i zapytałam co z moim dzieckiem a Ona powiedziała, że nie wie, ale wszystko będzie dobrze. Przez szybkę widziałam personel otaczający małe ciałko mojej córeńki i nagle usłyszałam tak wyczekiwany i wytęskniony cichutki Jej płacz. Popłakałam się. Nigdy nie zapomnę tej chwili, która dla mnie trwała wieczność! Pani Wiesia wróciła i powiedziała, że Malutka Anastazja dostała tylko 1 punkt Apgar w pierwszej minucie (w piątej – decydującej minucie- miała już 8 punktów a w 10. – 9 punktów) ale już jest z Nią dobrze. Napędziła Nam stracha ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Pielęgniarka pokazała mi Ją na chwilkę, ucałowałam Ją i zanieśli Ją do inkubatora na noc. Pani Wiesia delikatnie wyjęła łożysko i powiedziała, że mam tylko mikrootarcia, więc mogę przejść na łóżko poporodowe. Byłam zdziwiona, że to już po wszystkim i że nie będzie żadnego szycia. Po dwóch godzinach zjadłam kanapki z kolacji i poszłam się wykąpać. Pani Wiesia poszła ze mną do Anastazji a potem zaprowadziła mnie do sali, w której czekała już na mnie Monika z Apolonią.

I tak oto 7 grudnia 2017 r. w szpitalu w Pyskowicach o godzinie 18:33 po dwóch cc, siłami natury urodziłam córeczkę Anastazję 4280 g i 60 cm SZCZĘŚCIA! Gdybym mogła zmienić coś w moim porodzie to zmieniłabym jedynie to, aby mój kochany mąż mógł być ze mną. Bardzo brakowało mi Jego obecności! Ale jestem wdzięczna, że na mojej drodze spotkałam cudownych ludzi i tą wspaniała Grupę Wsparcia. DZIĘKUJĘ!!!

„To my się będziemy tłumaczyć” – próba porodu w Lublinie

Jakiś czas temu otrzymałam maila z niedokończoną historią, prośbą o poradę i / lub namiar na lekarza wspierającego VBAC. Autorka owej korespondencji, Agnieszka, wyraziła chęć opublikowania poniższych treści na stronie naturalniepocesarce.pl. To opowieść, w której nadzieja i determinacja miesza się z obawami i lękiem – nie tylko po stronie przyszłych rodziców, ale także po stronie położników, którzy praktykują swój zawód czując nad sobą coraz wyraźniejsze widmo prokuratora i sali sądowej. Historia zaczynała się tak:

VBAC po terminie, duże dziecko
 
Trafiłam na bardzo fajny szpital w Lublinie, Wojewódzki na Kraśnickiej. Nikogo nie znałam w tym szpitalu. Myślałam, że będę musiała stoczyć bitwę o VBAC i miło się zdziwiłam:) Każdy uśmiechnięty, (może żadne hip hip hurra vbac, ale też nikt nie miał z tym problemu), a przynajmniej nikt mi o tym nie mówi, jak również nikt mnie nie próbował zrazić do tego pomysłu.
 
Na USG przy przyjęciu wyszło 4300+/- 600. Lekarz, z którym miałam pierwszy kontakt wyjaśnił mi ryzyko VBAC, ale odrazu też zapewnił, że nie zamierza mnie zrażać i abym się spokojnie zastanowiła i dała mu decyzję potem, na co ja, że jestem zdecydowana na VBAC. 
Bez problemu, ale z jednym warunkiem, że nie będziemy indukować porodu.
 
No i tak leżę od niedzieli na oddziale, termin porodu z USG miałam na poniedziałek. Leżę  na sali przedporodowej, koło mnie przewijają się dziewczyny, którym albo wszystko idzie naturalnie albo jest poród indukowany balonikiem, jak nie pomoże to oksytocyną. A potem słyszę przez ścianę jak dzielnie walczą i krzyczą. Jeden z lekarzy zapytał czy się nie zraziłam jeszcze tymi krzykami. Odpowiedziałam, pewnie dość naiwnie, że im zazdroszczę. 
Próbuję wywołać poród naturalnie, tańczę po korytarzu, chodzę w tę i wewtę masując brodawki. Raz nawet męża zaciągnęłam pod szpitalny prysznic:) Mało romantycznie, ale jestem już zdesperowana. Nie wspomnę o moich wszystkich modlitwach i codziennej nadziei, że to może dzisiaj ten wielki dzień.
 
I niestety od niedzieli słyszę, że nic się nie zmienia: szyjka skrócona, ale twarda i zamknięta (nawet opuszek palca się nie zmieści), z tego co zrozumiałam skierowana ku tyłowi.
Dzisiaj (środa) lekarz po badaniu powiedział mi, że stan jest identyczny jak wczoraj:( i że możemy poczekać do końca tygodnia (czyli pewnie do piątku), ale że dziecko rośnie i coraz to bardziej niebezpieczne.
 
Z jednej strony jestem wdzięczna, że aż tyle dni na mnie poczekają, z drugiej nie mam podstaw medycznych aby całą sytuację ocenić. Będę 4/5 dni po terminie z potencjalnie dużym dzieckiem. Może za bardzo się zafiksowałam na VBAC i powinnam się zgodzić na CC w piątek/sobotę dla dobra maluszka i mojego? Z drugiej strony moja rekonwalescencja po poprzednim CC była traumatyczne, przeraża mnie przechodzenie przez to jeszcze raz, a wiem, że w przyszłości chciałabym mieć jeszcze jedno dziecko.
 
Pewnie muszę urodzić, aby dokończyć tą historię, ale zaczęłam się z mężem zastanawiać, czy faktycznie powinniśmy odpuścić, czy może jest jakiś doświadczony specjalista od VBAC, który mógłby ze mną i mężem realnie bez uprzedzeń ocenić nasze opcje i coś doradzić nawet telefonicznie, włącznie z możliwością zmiany szpitala. Rozważyłabym nawet szpital poza Lublinem, chociaż też się zastanawiam czy taki transport nie byłby zbyt ryzykowny. Jak również poważnie rozważamy poddanie się pod nóż CC jeżeli tak trzeba.
VBAC_2 polski

Maila od Agnieszki odczytałam niestety dopiero 2 tygodnie po jego wysłaniu przez autorkę, kiedy historia porodowa doczekała się już swego finału. Oto jak sprawa się potoczyła…

Do piątku niestety nie zaczęłam rodzić naturalnie, ale zaczęłam zauważać w swoim organizmie pozytywne zmiany, delikatne skurcze nieregularne (wcześniej miałam takie tylko od stymulacji brodawek), poprzedniego dnia usłyszałam, że obniżył mi się brzuch – pomyślałam, że to wszystko obiecujące, jednak od lekarza usłyszałam, że dalej brak rozwarcia oraz, że już powinno się zakończyć ciążę przez CC. Powiedziałam, że muszę się zastanowić – „tak, rozumiem, ale proszę szybko, cc odbędzie się praktycznie od razu”.

 
W internecie na szybko wyszukałam numer telefonu położnej z innego szpitala, która się reklamowała w internecie jako zwolenniczka naturalnych porodów. Oddzwoniła do mnie po pół godziny, całe szczęście, bo potrzebowałam jeszcze jakiejś opinii. Jak z nią zaczęłam rozmawiać, to coś we mnie pękło, zaczęłam jej płakać w słuchawkę, już tak się we mnie emocje nagromadziły, a ja po tak długim czekaniu trochę się zafiksowałam już na poród naturalny, dodatkowo poprzednią rekonwalescencję po pierwszej cc wspominałam traumatycznie. Pani położna odradzała mi wypisywanie się ze szpitala a jednocześnie poradziła mi, aby lekarza grzecznie poprosić o poczekanie do poniedziałku. Ta rozmowa bardzo mnie uspokoiła, bo poczułam, że to mój wybór i nie jest to jakaś straszna rzecz jeszcze dwa-trzy dni poczekać.

Niestety, jak poprosiłam lekarza o poczekanie do poniedziałku, powiedział, że musi się skonsultować z ordynatorem. A od pana ordynatora usłyszałam „ponieważ to my się będziemy tłumaczyć, to albo dzisiaj zakończymy ciążę przez cc, albo powinnam poszukać innego szpitala, w którym mnie przekonają”.

Byłam w szoku, ale już byłam upewniona, że chcę spróbować naturalnie, więc spytałam jak to powinno wyglądać: „Powinna się pani wypisać na własne żądanie”.
No ok, już podjęłam decyzję, więc od razu zakomunikowałam, że się wypisuję. Było mi łatwiej, ponieważ koło mnie leżała dziewczyna, której mąż mi uświadomił dwie rzeczy:
1. Ten szpital to fabryka, że zależy  im aby jak najwięcej porodów było, a nie że ktoś im łóżko przez tydzień zajmuje
2. Data porodu to kwestia bardzo statystyczna, która nie uwzględnia każdej kobiety indywidualnie. Dodatkowo to x-lat temu w szpitalach było nastawienie na sn, i jak kobieta przyjechała rodzić po cc, to nie było oczywiste, że druga też będzie cc. I dzieci się też rodziły. Co ciekawe starsze położne jakoś nie były przerażone tym że chcę sn po cc. To bardziej był opór po stronie lekarzy i młodszych położnych.
 
Wracając do mojej historii to jeszcze na koniec położne zrobiły mi KTG, na którym te nieregularne skurcze było widać – wypisywała mnie bardzo sympatyczna doświadczona położna, która była bardzo życzliwa i poradziła, abym nie bała się wrócić z silniejszymi skurczami.
A ja zadzwoniłam po męża i wróciłam do domu.
pic_259
To był strzał w dziesiątkę, w końcu poczułam się bezpiecznie w domu, porządny seks na koniec dnia, na sen jeszcze zaaplikowałam sobie wiesiołek dopochwowo i z rana miałam delikatną krew na wkładce (prawdopodobnie czop śluzowy) oraz pojawiły się rzadkie, ale regularne skurcze. Trochę strach jechać do szpitala bez rozkręconej akcji porodowej, dla osoby której zależy na sn, ale trzeba przecież tą krew skontrolować, czy to na pewno nic groźnego.  Pojechaliśmy do szpitala na Staszica, okazało się że to czop śluzowy, natomiast w Staszicu nie było już miejsc (potem dowiedzieliśmy się, że łatwiej o trafienie 6 w lotto niż dostanie się do tego szpitala na poród). Powiedzieli nam że powinniśmy jechać na Lubartowską lub do Świdnika. Poczytaliśmy o obu szpitalach na gdzierodzić.info. Na Lubartowskiej podobno są nastawieni na sn, ale jest jakiś lekarz, który stosuje chwyt Kristerllera, więc zdecydowaliśmy się na Świdnik.
Jeszcze akcja porodowa się nie rozkręciła, więc postanowiliśmy poczekać aż skurcze będą częstsze w domu. No cóż, jak się rozkręciły skurcze, to pojechaliśmy do tego nieszczęsnego Świdnika, gdzie na miejscu dowiedzieliśmy się, że nie mają miejsc. Naprawdę już miałam częste skurcze. Ale pan doktor stwierdził że „gwałtu to tu nie ma i rozwarcie na opuszek palca” i czy pojedziemy własnym autem na Lubartowską czy karetką, ale wezwanie karetki trochę zajmie. No to pojechaliśmy autem. 20 minut potem byliśmy w szpitalu, lekarz, który mnie przyjął, stwierdził, że przeze mnie to pójdą do więzienia, że chcę sn po cc, bo dziecko za duże, a przerwa tylko 2 lata.
 
Zadzwonił do innego położnika i mówi, że chyba będą ciąć, jednak po chwili zmienił ton przez telefon i powiedział, „dobrze, to pomierzę”. Na USG nic nowego, dziecko duże, ale powiedział, że rozwarcie też już bardzo ładne (a to ciekawe, że w ciągu pół godziny doszłam do pełnego rozwarcia z opuszka paca- chyba naprawdę chcieli się mnie pozbyć z tego Świdnika). Powiedział, że na górze jest bardziej doświadczony położnik i on mnie jeszcze obejrzy. Pojechaliśmy na górę (co chwilę przerwa na skurcz). Podłączyli mnie do KTG, a jedna pani położna (widać, że doświadczona) zbadała mnie dopochwowo. Była też młodsza druga, która była bardzo życzliwa, chwaliła mnie że sama doszłam do takiego rozwarcia (miła odmiana, dla mojego już mocno zszarganego samopoczucia). Pierwsza położna powiedziała „odbija się jak piłeczka, moim zdaniem nie ma sensu…” Przyszedł ginekolog, chwilę porozmawiał z położną i podchodzi do mnie „Ze względu na to że dziecko jest duże, zalecamy zakończenie ciąży przez CC”. No cóż, tym razem naprawdę czułam, że potraktowali mnie poważnie, że zaszłam daleko i lekarze poważnie rozważali sn, ale faktycznie dziecko nie wstawiło się w kanał rodny, więc było mi już łatwiej zaakceptować cc.
pobrane
Podsumowując mimo wszystko miałam trochę poczucie porażki, ale tłumaczę sobie, że samo to, że mój organizm przeszedł przez tą pierwszą fazę porodu to już jest super. Dodatkowo córcia faktycznie była duża 4,350 g. Na pocieszenie, tym razem rekonwalescencja po cc była bardzo krótka.
Chociaż, pozostają takie myśli, czy jakbym nie była w przeświadczeniu, że muszę ze walczyć  z „system” i „rutyną” lekarską, czy jakbym od początku porodu była w szpitalu, ale otoczona troskliwą i doświadczoną opieką położnych, to może by się udało sn.
Z perspektywy czasu, żałuję, że późno zainteresowałam się tematem i tak późno trafiłam na to forum. Może zaplanowałabym sobie poród inaczej… oraz w innym szpitalu, który na doświadczenie i jest pro VBAC.
Jako anegdotę tylko sobie jeszcze pomarudzę w ostatnich zdaniach na ten nasz szpitalny system : zapadła decyzja o cc, ja mam skurcze baaardzo bolesne dosłownie co chwila, a tu słyszę jak jedna położna mówi do drugiej, że muszą jeszcze mnie potrzymać na KTG bo jak nie wyrobię minut, to im nie zapłacą! Zgroza!

VBA3C – 4200 g szczęscia do kochania (Warszawa)

Kilka lat temu historie VBA3C znajdowałam niemal tylko na zagranicznych forach i grupach wsparcia. Dziś na porody naturalne po 3 cc zaczynają otwierać się polskie szpitale [Inny przykład polskiego VBA3C ]. Prawdą jest, że poród sn po 3 cc wiąże się z podwyższonym ryzykiem, jednakże kolejne cięcie cesarskie również niesie ze sobą nie małe zagrożenia, a dając porodowi VBA3C możliwość niezakłóconego ingerencjami naturalnego przebiegu zwiększamy szansę na jego bezpieczne zakończenie. Oto historia Ewy:

 

Myślałam żeby wszystko ze szczególikami opisać, ale wyszedłby rozdział książki, wiec wypunktuję najważniejsze rzeczy.

1) Moje stany błogosławione
● 2010 12tc strata
● 11.2011 41tc
cc – źle poprowadzony poród
● 07.2013 41tc
cc – na zimno za namową gin
● 11.2015 42tc
cc – proba vba2c, 7 dni na pato w oczekiwaniu i 2x próba wywołania masażem szyjki
● 09.2017 41tc vba3c

PRAGNIENIE serca dokonało się.

2) Przygotowania
● intensywne śledzenie grupy wsparcia Naturalnie po Cesarce
● czytanie różnych książek
● szkola rodzenia u Ekielskich :)
● warsztaty porodowe
● rekolekcje „Poród może być piękny” 2 razy
● Msze święte
● rozpoczęcie prowadzenia róż różańcowych
● modlitwa
3 Nowenny Pompejańskie = 3 trymestry
● poszukiwania kobiet w Pl
z udanym vba3c/hba3c
● i wreszcie szukanie Bożej Położnej – robota niczym orka na ugorze

3) Cuda / przepowiednie
● styczeń
Mój syn mówi „mamo, chcę brata”.
Robię test – jestem brzemienna :)
● luty
Pierwsza nowenna – wymodliłam położną do domu
● 20.09
W skrzynce znajduje list – ktoś obcy zamówił za mnie Msze św. wieczyste
● 21.09
– 9 rano, zaczyna odchodzić czop
– 9:30 pierwsze skurcze nieregularne o różnej długości
● 22.09 moj tp z om
Skurcze non stop nieregularne.
● 23.09
Czytam w Piśmie Św. Księgę Koheleta – wiem, że coś się wydarzy po przerwaniu srebrnego sznura, ale nie wiem co.

Zdjęcie użytkownika Ewa Las.
● 24.09
Skurcze non stop nieregularne.
● 25.09
Skurcze nieregularne. Z wyjątkiem 13:00-16:00 skurcze co 2 min po 40s.
– 17 badanie
☆ 1,5 cm rozwarcia
☆ szyjka miekka
☆ glowka w osi
URODZĘ !

4) Porod vba3c
■ 25.09 22:00
Regularne skurcze co ok 2-3 min ale dluuugie
■ 26.09
– 7:00 3cm
– 12:00 modlitwa i jest 5cm
ale worek idzie pierwszy i spycha glowke
– 14:30 ruszamy podbić szpital na Żelaznej
– 16:00 IP, gin bada 3cm :)
Usg, ktg
– 16:15 bada położna 4cm
Tel z IP na blok porodowy:
– Mamy panią po 3cc do próby PSN.
– …cisza…
– Nie, nie żartuje.

Czekamy na salę.
– 17:00 Maria Romanowska rozpoczyna z nami 5cm
– 18:00 6cm
Wpada Łucja Talma się przywitać – bardzo to miłe.
– 19:00 zmiana położnej na Dorotę Bednarczyk
19:30 7cm i uwielbiam położną
Gdzie ten kryzyc 7c ???
Na skurczach dziekuję w myślach Jezusowi, że ten trud porodu bierze na swe barki, a mnie mało co boli.
– 21:00 odchodzą wody
Położna każe położyć się na 40 min na lewym boku, żeby główka się zrotowała i wstawiła w kanał.
No i zaczyna sie jazda bez trzymanki…
– 21:30 parte

■■■21:58 FINAŁ■■■
Poznajemy płeć dziecka –
Michałek jest na brzuchu!
Błogoslawie Mu i wielbie Boga za ten PIERWSZY CUD
Mam wrażenie, że niektórzy patrzą na mnie jak na wariatkę :)

5) Podsumowanie
– 5 dni niereg skurczy
– regularne skurcze dokładnie 23h i 58 min do FINAŁU
– niemal na każdym podnosiłam się do pionu
– bardzo pomogła mi piłka
– a w szpitalu worek z ciepłymi pestkami wiśni
– śpiew porodowy cudowny (dziekuje Ewa Nitecka)
– miedzy 5cm a 6cm minelo 6h (w tym czasie tez ze 2h miałam przerwę od częstych skurczy, powiedzmy 4 na 1 godz.)
– gdybym była w szpitalu to by mnie w czasie 6 dni skurczowych 100 x pokroili
– w calym porodzie wiele śmiechowych scen, których nie sposob opisać
– drażniła mnie woda i dotyk
– pomogło bardzo kp mojego 2l dziecia
– nie piłam liści malin , nie stosowałam wiesiołka, nie jadłam fig itd…

Ogromne Bóg zapłać za wsparcie modlitewne.
Michał już zdrowy. CUD DRUGI [Synek Ewy po porodzie trafił w ciężkim stanie na Oddział Intensywnej Terapii Noworodka. Jego stan nie miał związku z przebiegiem porodu. Obecnie chłopczyk jest zdrowy i rozwija się prawidłowo. [ przyp red] 

Szukajcie swojej drogi.
Nie pokładajcie nadziei w drugim człowieku.
Proście Boga o pomoc – ja tak zrobiłam.

Boże Tobie dziękuje :)

VBA3C w szpitalu Św. Zofii w Warszawie!

Stało się! W końcu i w naszym kraju nastąpił przełom w kwestii porodu drogami natury po 3 cięciach cesarskich.

26 lipca 2017 r. w szpitalu św. Zofii w Warszawie drogami natury na świat przyszedł chłopczyk ważacy  ponad 4300g, którego mama wcześniej trzykrotnie odbyła poród przez cięcie cesarskie. Ogromne BRAWA dla Wspaniałej i Zdeterminowanej Mamy, pani Doroty!

Historii porodów po 3 cięciach cesarskich publikowałam już kilka. Były to jednak historie, które wydarzyły się poza granicami naszego kraju. Dziś jestem dumna i szczęśliwa, że i w polskich szpitalach dziać się zaczyna.

Dyrektor Szpitala św. Zofii w Warszawie, dr Wojciech Puzyna, już wcześniej wspierał próby porodu naturalnego po 3 cięciach cesarskich. Oto historia jednego z takich porodów: http://naturalniepocesarce.pl/?p=1006

Do tej pory jednak brakowało jednak przysłowiowej wisienki na torcie – czyli zakończenia takiego porodu drogami natury. Dwa dni temu, praca  i wsparcie jakie daje kobietom pragnącym urodzić po więcej niż 1 cc dr Puzyna i  zespół sali porodowej w „Zośce” zostały w pełni nagrodzone.

Słowa uznania pragnę też w tym miejscu skierować do  tych mam, które dotychczas podejmowały trud próby porodu po 2  i 3 cc. Bez względu na to jak Wasz poród się zakończył, Wasza postawa i determinacja buduje lepszą porodową rzeczywistość i szersze możliwości  dla wszystkich Kobiet, a zespół lekarzy i położnych ubogaca doświadczeniami tak potrzebnymi do podejmowania kolejnych wyzwań.

Tu więcej informacji na temat VBA3C  w św. Zofii:

http://radiokolor.pl/wiadomosci/n/853/udany-porod-naturalny-po-3-cieciach-cesarskich-to-prawdopodobnie-pierwszy-taki-w-polsce

Na facebooku szpitala można zaś zobaczyć zdjęcie dumnego taty z nowonarodzonym VBA3C chłopczykiem: https://web.facebook.com/szpitalzelazna/photos/rpp.294895603923206/1515991178480303/?type=3&theater

„Nic nie gotowe, dziecko duże, z tego nic nie będzie” A jednak… VBAC (Legnica)

Według USG miała być Zosia – urodził się Kubuś:) Według lekarzy, miało nic nie wyjść z porodu naturalnego – udał się szczęśliwy VBAC:) Pamiętajcie, prognozy i szacunki – to TYLKO prognozy i szacunki, a nie pewniki. Oto historia Sandry:

C-8281 Midwife Angel-SP281-2T

17maja o godz 21.25 urodziłam synka Jakuba 4100gram 59cm główka 36cm

Pierwsze cc miałam w czerwcu 2014. Lekarz skierował mnie na wywołanie dzień po terminie. Trochę ze względu na nadciśnienie(opanowane lekami), trochę że względu na wagę ok 4kg. No i podali mi oksy, skurcze były bolesne, częste, krótkie i nic nie dające.  W ciągu 3godz tętno synka zaczęło spadać, więc decyzja o cc. Synek był owiniete 2 razy pepowiną.  Urodził się z waga 3900.

Druga ciąża- termin na 13maja tego roku. Ciśnienie w ciąży  cały czas książkowe, żadnych problemów, nigdy nie zabolala mnie blizna więc byłam nastawiona bardzo pozytywnie.  Jedyny lęk był o wagę dziecka bo zapowiadała się jeszcze wyższa i lekarz mnie nią straszył.  Miałam skurcze przepowiadajace dosyć często i uczucie na okres, czego nie było w pierwszej ciąży.

Dostałam czas do 16 maja i tego dnia miałam zgłosić się do szpitala. Lekarz powiedział  „pomyślimy co dalej”. Niestety wystawił mnie, przyjechałam rano, bez boli, wszystko pozamykane. Zaproponowano mi cc lub patologie. Podpisałam odmowę cc i kazali czekać na swojego lekarza który tego dnia przyszedł sobie na 11… I co mi powiedział? „Ja jestem za cc. Jak pani chce to może sobie tutaj leżeć 4 czy 5 dni a i tak skończy się cc”. Wściekłam się na niego… Powiedziałam sobie, że na razie patologia i zastanowię się.  Byłam mega rozbita i tu z pomocą przyszła mi Agata Panfil nasza kochana! Pomogła mi podjąć decyzję i zostałam na patologii.  W międzyczasie 2 położne mnie wsparły – jedna całkiem obca powiedziała ” dziewczyno, chcesz poczekać to poczekaj. Posłuchaj siebie” a inna znajoma cudowna położna, która jest bardzo za porodami naturalnymi nagadała mojemu lekarzowi i powiedziała mężowi, że mam się nie poddawać i że się uda.  Po 15stej w końcu coś zjadłam i powiedziałam, że czekam.  No i długo nie musiałam czekać.

Następnego dnia rano o 7 napisałam do męża SMS „miałam właśnie skurcz, który już nawet zabolał”. Za kilkanaście minut znów.  Co jakiś czas 10-12min miałam lekko bolesne skurcze.  Ok 9 badanie. „Nic nie gotowe, dziecko duże, z tego nic nie będzie”. Kazali mi napisać, że jestem świadoma zagrożeń dla dziecka i pęknięcia blizny i mimo to odmawiam cc. Podpisałam i poszłam sobie liczyć skurcze ?. Zwiedziłam cały szpital, a skurcze się nasilały i były coraz częstsze. W między czasie rozmawiałam znów z Agatą i bóle były już na tyle bolesne, że musiałam robić przerwy. W okolicy obiadu powiedziałam położnym na patologii o moich bólach.  Już nic nie jadłam, bo wiedziałam że może różnie się skończyć.

Poszłam pod prysznic i już coraz częściej.  Co 6 – 7 min. Zadzwoniłam po męża.  Okazało się, że położna z którą rozmawiałam to moja była sąsiadka, której nie poznałam a ona mnie. Dopiero mąż z nią się poznali bo z psami na spacerach się spotykali. I ona już się mną zajęła.  Zbadala i były 2cm. Znów prysznic i kazała czekać na patologii na razie, pokazała jak kucać przy bólach.  Jak sie potem okazało, to było zalecenie tej znajomej pro sn, żeby mnie za szybko na porodowke nie brali bo zaraz będą chcieli ciąć jak lekko ktg coś pokaże. No i tak przed 19 poszłam na porodowke. Podłączyli mnie pod ktg na leżąco, skurcze co 3 – 4 min. Na szczęście powiedziałam, że mi niewygodnie i poszłam na piłkę.  Czas leciał szybko i skurcze zrobiły się częstsze.  Zaczęły się saczyć wody.  Położna (kolejna znajoma na nasze szczęście!) zbadała i 8cm. Zaczęły mnie brać parte.  Główka była nadal wysoko.  Przebili wody – lekko zielone. Główka się opuściła dzięki temu.  Ja już zostałam na łóżku porodowym, bo czułam parcie. Położna kazała obracać się na boki z nogą w górze, żeby główka się wstawiła. Weszła ale bokiem, dlatego bardzo w środku popekalam.

Parcie trwało jakieś 4 – 5 skurczy i maleństwo było z nami. Przed ostatnim skurczem dotknęłam główki i dostałam powera. I niespodzianka. Czekaliśmy na Zosie. Maluch wyskoczył i położna krzyczy ” No i jest Zo…sia? To miała być Zosia? Tu są jajka!” My z mężem „no Zosia miała być?” i w śmiech. Radość, łzy szczęścia i śmiech w głos, że my cała ciąże do syna Zośka mówilismy? I jest.  Tatuś przeciął pępowinę, ja przytuliłam moje szczęście, szczęśliwa, że się udało! Dziękowałam Bogu bo ten poród był wymodlony przez wielu ludzi; odmawiałam nowenna pompejanska w intencji vbac, babcia codziennie różaniec.

Kochane Bóg jest Wielki i działa cuda! Zaufajcie mu!
W poniedziałek byłam już podłamana, że nic się nie szykuje. Wypłakałam się, wymodliłam, wyspiewałam wszystkie znane mi piosenki i pieśni religijne. Poprosiłam Ducha Świętego o pomoc i otworzyłam Pismo ŚWIĘTE.  Księga Tobiasza zdaje się – o obecności aniołów w naszym życiu.  W szpitalu zaczęłam rozumieć ?.

Duże Szczęście – VBAC na urodziny (Knurów)

Nie jeden raz pisałam już, że szacowana masa dziecka przekraczająca 4 kg NIE jest bezwzględnym przeciwwskazaniem do próby VBAC. Historia Ewy pokazuje, że 4700g szczęścia również można urodzić naturalnie po cesarce:)

Historia mojego VBAC rozpoczęła się w sierpniu 2014 roku, na sali pooperacyjnej, gdy przez cesarskie cięcie przyszła na świat moja córka z powodu zagrażającej zamartwicy w 42tc. Poród dobrze wspominam, szybko doszłam do siebie, nie było żadnych komplikacji, ale czułam niedosyt. Czułam, że nie tak miało być, że natura inaczej to wymyśliła.
Od razu zaczęłam szukać informacji ma temat porodu naturalnego po cięciu i ku mojej radości znalazłam informacje, że tak się da. W mojej vbacowej drodze bardzo wspierał mnie mój mąż oraz lekarz. Zaplanowaliśmy drugą ciążę tak, aby minęło przynajmniej 18 miesięcy od cc, lekarz uznał to za bezpieczny czas a ja byłam zdeterminowana.
Przez całą ciążę czułam się świetnie, byłam aktywna a dzidziuś dobrze się rozwijał. Pod koniec, gdy termin porodu zbliżał się już dużymi krokami, zaczęłam mieć wątpliwości. Okazało się, że dziecko będzie duże albo nawet bardzo duże. Tydzień przed terminem byłam na konsultacji u innego lekarza, mały na USG miał już 3850g. Dostałam skierowanie na CC na zimno. W tym momencie trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce i po przeczytaniu wielu postów postanowiłam schować skierowanie do szuflady. Mam je jeszcze na pamiątkę, na szczęście nie było potrzebne. Uznałam, że jestem wysoka i dam radę urodzić dziecko nawet trochę ponad 4kg.
Dwa dni przed terminem, dokładnie w moje urodziny nad ranem obudziły mnie delikatne skurcze. Niby nic nadzwyczajnego pod koniec ciąży, ale ucieszyła mnie ich regularność co 5-7 minut. Pora na bobasa! Potem było już sprawnie: córka do Dziadków, ja z mężem na izbę, badanie jedno, drugie, ktg, USG i szok! Dziecko z wagą prognozowaną 4500g. Poprosiłam o powtórzenie badania i wyszło 4700g. Wielu odradzało mi próbę porodu naturalnego, ale mój lekarz pozwolił mi spróbować na własną odpowiedzialność i zaproponował przebicie wód. Zgodziłam się bez wahania, zaufałam. Poczekaliśmy, aż sala na ewentualne cc się zwolni i o 15:30 przebito wody. Potem to już był ekspres. Dostałam gaz rozweselający, byłam pod prysznicem, na piłce i nie wiem co to kryzys 7cm, bo u mnie w badaniu było 6cm a za godzinę już 10. Wykres ktg był poza skalą a ja z uśmiechem na twarzy cieszyłam się z każdego kolejnego skurczu, ból był do zniesienia a ja nastawiona na działanie. Cały czas dzielnie wspierał mnie mąż i położna. Pod koniec towarzyszyło mi 2 lekarzy i 3 położne, wszyscy na oddziale wiedzieli, że rodzi się duży vbac. Co chwilę ktoś pytał mnie o bliznę, o ból między skurczami i ogólne samopoczucie. Wszystko szło szybko i sprawnie.
Karol urodził się po godzinie skurczy partych o 19:25. Miał faktycznie 4700g. Czułam się świetnie. Byłam szczęśliwa, dumna i spełniona.
Dziękuję Naturalnie po Cesarce za wsparcie. Bez Was zdecydowałabym się na cesarskie cięcie na zimno co pewnie ograniczyłoby ilość naszych dzieci. Zawsze chciałam mieć dużą rodzinę i dzięki Wam mam dalej taką możliwość!
DSC05793

Ginekolog-położnik z ponad 30letnim doświadczeniem w rozmowie o VBAC

Przy współpracy z Dorotą z Moja Planeta TV, udało się nagrać wywiad z jednym ze wspierających porody naturalne po cięciu cesarskim ginekologów-położników dr n. med. Bogdanem Ostrowskim. W rozmowie poruszone zostały m.in. kwestie:

  • korzyści z VBAC oraz korzyści z cięcia cesarskiego wykonywanego po rozpoczęciu akcji porodowej,
  • ryzyka związanego z VBAC oraz ryzyka związanego z powtórnymi cięciami cesarskimi,
  • roli lekarza prowadzącego w przygotowaniu kobiety do VBAC,
  • braku cierpliwości we współczesnym położnictwie.

Warto obejrzeć i podzielić się ze znajomymi!

Zachęcam też do zapoznania się również z innymi wywiadami na kanale Moja Planeta TV oraz do polubienia funpagu Mojej Planety TV na facebooku https://web.facebook.com/mojaplanetatv/?fref=ts . Wspierajmy wartościowe przedsięwzięcia!

Bałam się bardzo, ale też dokładnie wiedziałam, czego chcę – VBA2C (Białystok)

Historia 3 porodów. Historia dojrzewania kobiety. Historia ze św. Geradem Majelli. Historia VBA2C. Historia Agnieszki:

Chciałabym opowiedzieć swoją historię. Chyba zanosi się na długą opowieść, więc proszę o wyrozumiałość .

Pierwszego syna rodziłam w 2006 roku. Zima, mróz, młoda pełna nadziei jadę na porodówkę wzorowo przygotowana, z mężem, oboje po szkole rodzenia, wdech-wydech opanowany do perfekcji W domu odeszły mi zielone wody, w szpitalu ciągłe powtarzanie, że to nic takiego, że czekamy na akcje porodową. Rozwarcia nie miałam praktycznie żadnego, 1 cm przez cały czas Byłam podekscytowana, miałam lekka trzęsawkę, wiadomo-hormony ale dzielnie walczyłam. Oksytocyna nie zmieniła nic oprócz zwiększenia nasilenia skurczy. Po 12 godzinach podano mi na deser Relanium, wciąż zastanawiam się, po co, bo rozwarcia i tak nie było, a ja się i tak nie uspokoiłam. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Dostałam krwotoku, szybka decyzja o cięciu w znieczuleniu ogólnym, strach, smutek, nieświadomość niczego, nicość. Karolek urodził się w niedotlenieniu, z zachłystowym zapaleniem pluc, był taki biedniutki, w inkubatorze, a ja sama w sali, z jego zdjęciem na szafce. Dobrze, że mąż mógł synka zobaczyć i przytulić. Później dowiedziałam się, że odkleiło mi się łożysko. Mogę się naprawdę cieszyć i bez wahania stwierdzić, że to cud, że mam zdrowe dziecko. Tak sobie myślę, że ten wdech-wydech sporo mi też pomógł .

Drugi poród to już sobie sama zaplanowałam. W 2010 roku córcia miała urodzić się przez zaplanowane cc. Wybrała sobie jednak termin porodu sama, 3 dni przed planowanym cięciem. W domu odeszły mi krwiste wody, co znów nie zaniepokoiło lekarza. Tak sobie zaczęto mnie znów obserwować, rozwarcia nie było, za to mój niepokój narastał. Mojego lekarza nie było na dyżurze, ale umówiliśmy się, ze mogę do niego dzwonić. No więc zadzwoniłam o 4 nad ranem, a co No i po chwili miałam ciecie, w znieczuleniu zewnatrzoponowym. Urodziła się zdrowa Weronisia, która mogłam pocałować, zobaczyć Chociaż i tak to było jakieś takie dziwne wszystko, bo patrzyłam sobie w odbicie na lampie nade mną i widziałam, ze coś mi tam tna, kolor krwi widziałam… Aha, łożysko zdążyło po 5 godzinach od odejścia wód odkleic się na 1/4 powierzchni. Ciekawe, jak długo jeszcze zamierzano czekać z rozwiązaniem ciąży!?

Po 4 latach – w 2014 roku, ja – doświadczona mama, która przeżyła 2 wersje cc, postanowiła spróbować swoich sił i urodzić naturalnie Po prostu dojrzałam chyba tez do przeżywania bólu (o ile da się do tego dojrzeć), poza tym nie wyobrażałam sobie kolejny raz przechodzenia operacji, bo tak nazywam cc – operacja z przecinaniem każdej z powłok. No tak się zablokowalam na cc, ze hoho Lekarz, który prowadził moja druga ciążę, chociaż wspaniały, powiedział, że nie pozwoli mi urodzić naturalnie. Znalazłam więc panią doktor, która była przychylna mojemu pomysłowi. Powiedziała, żebym przede wszystkim znalazła przychylne mi miejsce porodu (Szpital Uniwersytecki w Białymstoku [przyp.red.]), powiedziała, który lekarz może się zgodzić na takie „szaleństwo” i że tak naprawdę wszystko będzie zależało od postępu porodu. Bałam się bardzo, ale też dokładnie wiedziałam, czego chcę i tak jakoś intuicyjnie czułam, miałam nadzieję, że się uda. Wiedziałam, że jeśli będę czuła, że jest coś nie tak, to przecież nie będę ryzykować i wtedy dam się pociąć.

keep-calm-and-vba2c-on

Gdy już nadszedł dzień porodu, wyruszyliśmy z mężem w bojowych nastrojach Rozwarcie było 1 cm, szyjka twarda . Na izbie stażystka zrobiła wielkie oczy na moje słowa, że chcę spróbować urodzić naturalnie. Potem na sali porodowej drugi młody lekarz szeptał coś sobie z tą pierwszą młodą lekarką, a ja wiedziałam, że sa przeciwni mojemu vbac, bo ich tak nauczono, że po 2 cc to już nie można. Najważniejsze było to, że ordynator się zgodził, przyszedł i powiedział, ze popiera moja decyzję i wspiera mnie. Lekarz dyżurna (okazała się daleka znajoma na dodatek) dala mi karteczkę do podpisu z oświadczeniem, że chcę rodzić naturalnie. Przez cały czas mówiła, że to największa głupota, jaka w życiu popełniam. Ona jest po dwóch cc, po co mi takie ryzyko, widziała kobiety z rozprutymi macicami po próbie vbac. Same czarne wizje. Moim światełkiem w tunelu okazała się cudowna położna Nie dostałam oksytocyny ani nic innego, a rozwarcie po prostu się zwiększało Bolało coraz bardziej, ale synek się pięknie wstawiał główką, (co wcześniej nie miało miejsca z poprzednimi dziećmi), więc jakoś to znosiłam. Potem anestezjolog powiedział, ze nie może dać mi znieczulenia, bo byłoby to ryzykowne, ponieważ nie czułabym rozchodzenia się szwu po cc. No i tu spanikowalam. Bałam się, że nie dam rady. Było już ok. 7cm i spytałam o cc Lekarz, ta znajoma, powiedziała, że chciałam spróbować, to mam próbować naturalnie. A anestezjolog i inny lekarz jeszcze powiedzieli, że mają teraz inne ciecie 😛 Kubeł zimnej wody, chciałaś babo, to masz A gdy się sala zwolniła, to miałam już 9 cm rozwarcia Pani położna to tak sobie spokojnie czekała, obserwowała, jak mówiłam, że nie daje rady chyba, to mówiła, że sobie świetnie daje radę! Mąż biedny słyszał: „wytrzyj mi czoło!”, a po chwili: „nie wycieraj!” A potem nagle poczułam, ze to już i tylko poruszenie i głos położnej, ze „stajemy do porodu” i po chwili urodził się Antoś, facet o wadze 4160g Radość, łzy, euforia Pewnie, że bolało (potem wypełniałam ankietę jakiejś studentki i wpisałam w rubryce o natężeniu bólu, że w skali 1-10, ból był na 8). Ale po prostu tego przeżycia nie da się porównać z żadnym na świecie.

Dowiedziałam się dużo o sobie, o tym, że poród znajdował się w mojej głowie, że moje podejście do niego to część sukcesu. Inna część to współpraca Antosia:) A jeszcze inna to rzeczy jakieś poza mną, które się zadzialy. Dla mnie to był cud. Modliłam się do św. Gerarda Majelli, patrona porodów i matek, będąc w ciąży. Ktoś mi podsunął tylko to imię świętego, nawet nie wiedziałam bliżej, co to za święty.

Urodziłam 16 października, w tym dniu w kalendarzu jest wspomnienie św. Gerarda Majelli.

Kończę i dziękuje za wytrwałość Wiem, że najważniejsze, to bezpieczeństwo dziecka w czasie porodu i mamy tez, więc nie ma jednej recepty na poród, ale warto próbować i na pewno nie dać się wkręcić lekarzom na wstępie, że to bez sensu – rodzic naturalnie. I też ważne jest, jakie osoby się nami zajmują, przychylna położna jest na wagę złota Pozdrawiam Was i życzę pięknych porodów
Agnieszka

Na granicy zgody na cięcie – VBA2C (Toruń)

Dziś  historia o wielkiej determinacji, walce i samozaparciu, które zaowocowały porodem sn po 2 cc. To też historia, pokazująca, że determinacja, nawet największa, nie jest równa niezdrowemu fanatyzmowi. To historia mądrej kobiety, która umiała wspaniale walczyć i która potrafiła także odpuścić. Jej autorką i bohaterką jest Joanna:

Dwa pierwsze cięcia miałam z powodu niewspółmierności. Skurcze regularne, częste, silne a dziecko nie schodziło w kanał rodny. Tylko, że rodziłam w pozycji leżącej i nikt z personelu nie wpadł na pomysł, żeby zaproponować mi wstanie, poruszanie się a ja wtedy nie byłam świadoma jak to jest ważne.

Przy trzecim porodzie zaparłam się, bogatsza w wiedzę, postanowiłam, że będę walczyła o sn. Zdecydowanie odwagi dodał mi fakt, iż trzeci poród przebiegał trochę inaczej. Bardzo konsekwentnie, stopniowo rozwijał się, postępował. Nie było kroków raz w przód, raz w tył. Czułam, że cały czas idziemy do przodu.

Na porodówce, podczas prowadzenia wywiadu, kiedy przyznałam się do dwóch cięć, położna zatrzymała się w pisaniu, złożyła papiery i powiedziała, że trzeba było tak od razu mówić, jedziemy na cięcie. Powiedziałam, że się nie zgadzam. Położna zaskoczona moją odmową odparła, że nie mogę się nie zgodzić, że takie są procedury. Mimo to, nadal trwałam przy swoim. Mój mąż przyglądał się tej wymianie zdań i próbie sił bez słowa. Jakby zaskoczony moją determinacją. Czułam ten poród inaczej i tak długo jak to możliwe, chciałam próbować sama. Chwila konsternacji, telefon do lekarza, namawianie się, lekarska pogadanka o ryzyku i konsekwencjach mojej decyzji i widząc, że nie ustępuję, podają mi do podpisania oświadczenie, iż odmawiam cc na własne ryzyko.

Poród nie postępuje nazbyt satysfakcjonująco. Jedno badanie, za chwilę drugie, specjalnie nic się nie dzieje. Zostaje badanie ostatniej szansy – jeśli nic się nie zmieni, jazda na blok. I nie zapomnę tego zdziwienia i roześmiania się z niedowierzania lekarki, która stwierdziła, że dziecko już się rodzi. A potem moje niedowierzanie, kiedy niespodziewanie, myśląc, że właśnie minął kolejny skurcz i będzie chwila odpoczynku, widzę moje dziecko w rękach położnej. Mimo wielkiej determinacji i wiary, że może się udać, nie docierało do mnie, co właśnie się stało.

Od momentu przyjazdu do szpitala do porodu minęło 6 godzin.
Chcąc skrócić ból porodowy, byłam właściwie na granicy zgody na cięcie. Wiedziałam, że jeśli lekarka użyje jeszcze jednego, jakiegokolwiek argumentu przeciwko mojej decyzji, to się z nią zgodzę. Wymieniałyśmy te zdania, ja mówię NIE, ona TAK, ja NIE, ona TAK, ja NIE, ona TAK, ja NIE, ale już czuję, że zaraz po jej TAK ja też powiem TAK, ale już więcej się nie odezwała.

Miałam dobry personel, jak decyzja zapadła, to mnie wspierał, pomagał i do tematu cc już nie wracał. Myślę, że lekarka, młoda kobieta, była w sumie dość odważna. Ani razu nie dała mi odczuć, że podjęłam niewłaściwą decyzję, nie komentowała, nie namawiała do zmiany. Już więcej do tematu nie wracała.

Myślę, że ważne jest przygotować do walki o sn osobę towarzyszącą przy porodzie. Która może mówić w naszym imieniu, kiedy nam już braknie sił, która weźmie na siebie całe niezadowolenie i ewentualne spieranie się z personelem, który będzie działał wbrew naszym prawom. Która będzie umiała trzeźwo ocenić sytuację i dodać odwagi w momentach naszego zwątpienia, rezygnacji, poddawania się, chęci ucieczki od bólu, ale też która będzie potrafiła odpowiedzialnie powiedzieć: „Stop, dalsza próba sn jest niebezpieczna, jedziemy na blok.”

Rodziłam w Toruniu. Pozbawiona najmniejszej wiedzy i świadomości ryzyka, jakie niesie za sobą taki poród. Bez wiedzy, którą mają lekarze i która sprawia, że takie przypadki rozpatrują jako najwyższe ryzyko zagrażające życiu. Uzbrojona jedynie w wiarę, że potrafię, że natura wie co robi, że nieco jej pomagając, jestem w stanie urodzić.

Urodziłam.
Rok i cztery miesiące po ostatniej, drugiej cesarce.
Dziecko większe, cięższe niż dzieci z cesarki. 62 cm i 5 kg.

Czwarte dziecko powtórzyło historię dwóch pierwszych. Znowu nie schodziło w kanał. Zablokowało się na prawym talerzu miednicy. Cesarka, podczas której doszło do poprzecznego miejscowego pęknięcia macicy.
Lekarz powiedział, że przy ewentualnym kolejnym porodzie mam nie czekać na skurcze, tylko umawiać się tydzień przed terminem na operację.

Przy ewentualnym kolejnym porodzie… jeszcze nie wiem co zrobię :-)

Asia

Musi się udać! Moja historia VBA2C (Warszawa)

 

Tak, po 2 cięciach cesarskich można urodzić drkeep-calm-and-vba2c-onogami natury! W Polsce. Więcej, po 2 cc można urodzić drogami natury w 42 tygodniu ciąży, po 3 nieskutecznych próbach indukcji porodu oksytocyną i wreszcie mającej indukcyjny skutek amniotomii. Można także po 2 cc urodzić dziecko ważące więcej niż 4 kg…. a nawet mające więcej niż 4,5 kg. I owszem, nie każdemu będzie taki poród pisany, ale są na to realne szanse. Potrzeba tylko wiele determinacji i samozaparcia. Przeczytajcie niesamowitą historię porodów Ani:

2009

Pierwsza ciąża. Czekamy na syna. Liczymy każdy tydzień. Czytam jak najwięcej o ciąży i porodzie, żeby dobrze przygotować się do tej ważnej chwili. Oglądam wzruszające filmy z porodów, które bardzo podkręcają mnie emocjonalnie. Chodzimy na szkołę rodzenia, która ma nas jeszcze lepiej przygotować do przyjęcia naszego syna na świat. Umawiamy się z położną ze Szpitala Św. Rodziny w Warszawie. Termin porodu wypada w moje urodziny. Ja czuję się gotowa do tej przejmującej chwili. Termin porodu mija. Pierwszy, drugi, trzeci dzień. Wizyty kontrolne na ktg i usg. Trochę się niecierpliwimy, ale czekamy dalej.

12ty dzień po terminie. Budzę się o drugiej w nocy i zauważam, że powoli zaczęły sączyć się wody. Nie zapomnę tych emocji. Serce zaczyna mocniej bić. Nie potrafię ukryć radości. Biegnę do śpiącego męża i oznajmiam..to już! Dzwonię do położnej, która mówi żeby posiedzieć jeszcze kilka godzin w domu. Oczywiście emocje nie pozwalają nam już spać :-) Pakuję się, zjadamy coś, robimy kilka zdjęć. Decydujemy się jechać do szpitala przed 6 żeby potem nie stresować się korkami.

Izba przyjęć, dostajemy piękną sale porodową- cynamonową.

Wody się sączą ale nic więcej się nie dzieje. Mija kilka godzin- schodzę na usg. Nie mogę uwierzyć w to, co słyszę, a pani doktor też upewnia się i robi pomiar trzy razy. Szacowana waga 4,5 kg.

Wracam do męża na salę porodową i jestem bardziej niż pewna, że ta informacja zablokowała mnie psychicznie na zbliżający się poród. Po wejściu do sali wybucham płaczem i mówię mężowi, że ja nigdy nie urodzę takiego dużego dziecka.

Nie tak miało to wyglądać. Mijają godziny sączących się wód i dalej nic się nie zmienia. Ani jednego skurczu. Dostaję oksytocynę. Nic się nie dzieje. Mija dzień i wieczór na sali porodowej. Nie pozwalają mi jeść. Jesteśmy niewyspani i zmęczeni bezczynnym siedzeniem w czterech ścianach.  24 godziny odpływania wód. Przed północą informują mnie, że w nocy nie będą nic robić, poczekamy do rana i wtedy podejmą decyzję co dalej.. „Proszę się przespać”.

Z przyjemnością przekręcam się na drugi bok i próbuję zasnąć. Ale za pół godziny coś zaczyna mnie boleć. Pierwszy skurcz. Szybko narastają kolejne. Ból jest ogromny. Przychodzą bóle krzyżowe. Cierpienie nie do opisania. Czuję, jakby ktoś łamał mi kręgosłup. Proszę o znieczulenie. Zwijam się na łóżku i prawie w ogóle się nie ruszam. Wciskam jedynie głowę w poręcz i próbuję przetrwać. Znieczulenie, czuję ulgę. Ale po 10 min odpoczynek się kończy- znieczulenie przestaje działać. O co chodzi? Ogromny ból przez 6 godzin. Nadchodzą skurcze parte. Ja dalej nie ruszyłam się z łóżka. Przyjmuję pozycję na boku, na plecach, ponownie na bok. Dziecko nie wstawia się w kanał rodny. Po 2h partych położna nakazuje zejście z łóżka i każe nam przykucać na skurczu. Nie wiem czemu zostawiała nas samych. Przykucamy tak przez ponad pół godziny. Co 20min wizyty lekarzy. Przy którejś z kolei, zaczynam prosić o zrobienie cięcia. Płaczę, cierpię i błagam żeby mi pomogli. No i pomogli. Wojtek urodził się po 32h od odejścia wód. Całe 4,534g szczęścia. Przytuliłam do policzka, pocałowałam i dali go mężowi.

Na sali pooperacyjnej nie oddałam go ani na chwilę. Choć ciężko było mi go trzymać, nie mogąc podnieść nawet głowy. Ręka drętwiała ale trzymałam, całowałam i przytulałam. Łzy też były. Nie udało mi się. Ale następnym razem przygotuję się lepiej!

2011

Karmię mojego 7 miesięcznego syna i czuję się szczęśliwa, bo spodziewamy się kolejnego dziecka.

Cała ciąża bezproblemowa. Prowadzę ją u poprzedniej pani doktor. Jestem przekonana, że tym razem urodzę syna naturalnie. Pod koniec ciąży pytam o pomiar blizny i słyszę, że raczej się tego nie robi, nic to nie daje ale po moich prośbach dostaję skierowanie na pomiar blizny.

Lekarz robiący usg informuje mnie, trochę naśmiewając się ze skierowania, że blizny w zaawansowanej ciąży nie da się zobaczyć na usg…. I nie sprawdził jej. A ja nie wpadłam na pomysł żeby skonsultować to z kimś innym. Usłyszałam to od dwóch lekarzy więc chyba to prawda…

Przeczytałam pierwszy raz książkę Ireny Chołuj. Uświadomiłam sobie swoje błędy w poprzednim porodzie. Postanowiłam, że nigdy więcej nie położę się na łóżku w trakcie skurczów.

Kilka dni przed tp wybrałam się ze starszym synkiem na kwalifikację do psn. Wizyta w Szpitalu. Synka podrzuciłam do znajomej, jedna wizyta i za chwilę wracam.

Wchodzę do gabinetu. Starszy doktor. Kładę się na łóżku. Lekarz maca mój brzuch. Minął rok i 4 mce od cięcia. Dzieciątko małe jak na mnie – szacowana waga ok. 3,5kg. Po dotknięciu brzucha (cudownymi rękoma) lekarz oznajmia zdecydowanym tonem – blizna cienka, nie może Pani rodzić naturalnie. Bardzo mi przykro. Proszę zejść na Izbę Przyjęć i zgłosić się na cięcie. Ale jak to. Nie, to niemożliwe. Położna siedzi obok lekarza i kiwa głową mówiąc „Tak będzie lepiej proszę Pani”. Nie mogę powstrzymać łez. Biorę skierowanie i wychodzę. Znajduję samotny kąt na klatce schodowej, siadam i wybucham płaczem. Próbuję zadzwonić do męża, ale nie jestem w stanie wypowiedzieć słowa. Bolało bardzo. Przecież dobrze się czuję. Nic nie rozumiem. Przyjechałam z synkiem, autobusem na tą wizytę a oni mówią że jestem w stanie zagrożenia. Przyjedź Mężu. Nie urodzimy. Nie mogę. Jedź po torbę. Zorganizuj opiekę dla starszego. Mamy chyba na to chwilę. Kiedy to cięcie? Jutro? „ Ależ skąd! Za chwilę!” Panika jakbym była na skraju życia i śmierci. „Niech Mąż przyjeżdża z wynikami badań, jak najszybciej”

Szybko przebierają, golą. W ciągu 15 min znalazłam się na porodówce. Siedzę samotnie i czekam na męża. Modlę się żeby zdążył. Nie wiem czemu tak się spieszą. Nie krwawię, z synem wszystko w porządku. Nic nie rozumiem. I tego cięcia boję się ogromnie. Przyjeżdża mąż, operacja. Maleństwo rzeczywiście ważyło 3,5 kg. Kolejna igła wbita w moje serce. Taki maleńki, mogłam go spokojnie urodzić..

Fizycznie pozbierałam się lepiej po drugim cięciu niż po pierwszym. Ale psychicznie było jeszcze gorzej.

Czy już nigdy nie urodzę dziecka naturalnie? Jest to coś, o czym marzyłam już jako nastolatka. Przeżyć poród. Doświadczyć pełni kobiecości. Przeżyć to, do czego zostałam stworzona.

Po powrocie do domu od razu wpisałam w wyszukiwarkę -poród naturalny po dwóch cięciach.

Od p. Ireny Chołuj dostałam kontakt do pani doktor ze Szpitala Św Zofii,która prowadzi ciąże po cięciach do próby porodu drogami natury. Po połogu udaję się do niej na wizytę. Długo rozmawiamy. Nie widzi przeszkód żeby podjąć próbę porodu siłami natury. Pyta z jakiego powodu było wykonane drugie cięcie- odpowiadam, że stwierdzono zagrożenie pęknięcia macicy.

„To ile mm miała blizna?” ????

„Jeśli nie zmierzono blizny na usg to skąd wiadomo że była cienka?” Powiedziałam, że lekarz dotknął rękoma brzuch i tak oświadczył. Spojrzenie Pani doktor powiedziało mi wszystko.

Zrobiło mi się strasznie smutno. Poczułam się oszukana. Znowu ból. Czyli tak naprawdę zrobiono mi rutynowe cięcie. Mogłam rodzić. Miałam małe dziecko. Wszystko przemawiało za tym, że mogło się udać. Ciężko poradzić sobie z takim żalem.

Ale moja nowa pani doktor szybko postawiła mnie na nogi. Koniec użalania się nad sobą. Czekamy na ciąże i będziemy działać.

2013

Jestem w ciąży. Oczekujemy trzeciego syna. Ciąża przebiega prawidłowo, pomijając mniejsze dolegliwości. Moja Doktor stale wspiera mnie w decyzji o porodzie naturalnym. Uspokaja, nie straszy.

Nadchodzi święty termin i standardowo nic się nie dzieje. Ale nikt nie panikuje. Doktor sprawdza bliznę w czasie badania usg. Jest dobrze, mamy zielone światło do próby porodu naturalnego. Czuję się uskrzydlona. Zgłaszam się na kontrolne ktg kilka dni po terminie i następuje pierwsza konfrontacja z personelem szpitala. Ale czuję się silna psychicznie i jestem bardzo zdeterminowana więc się nie daję :-) Po zapisie wizyta w gabinecie. Trafiam na młodego lekarza, dość opryskliwego w pierwszej chwili. „3 dni po tp. Stan po dwóch cięciach. Co Pani robi jeszcze na wolności? Dzwonię zapytać czy jest miejsce na patologii” Czekam cierpliwie aż doktor skończy rozmowę bo wcześniej nie dał mi dojść do słowa. „ Niestety nie ma dziś miejsca” Odpowiadam mu, że bardzo mnie to cieszy bo nie wybieram się póki co na oddział. Wracam do domu i czekam bo chcę rodzić naturalnie. „Naturalnie?! A wie Pani że macica Pani pęknie?!” Biorę głęboki wdech. Tak wiem, że jest taka możliwość. Mimo wszystko chcę spróbować. Pan Doktor opisał jeszcze dość makabrycznie wszelkie możliwości jakie mogą się wydarzyć, chcąc mnie nastraszyć, ale nie podziałało to na mnie. Odetchnęłam. Druga część rozmowy była już całkiem przyjemna.

Odmówiłam hospitalizacji też kolejny raz gdy zjawiłam się na kontrolnym zapisie.

Tydzień po terminie. Kolejna wizyta na ktg. Niby wszystko w porządku ale lekarz kręci nosem. Coś nie podoba mu się zapis. „ Ale oczywiście nie musi Pani zgadzać się na hospitalizację” Wyczułam sarkazm. Używając fachowego języka wytłumaczyła co jest nie do końca w porządku w moim zapisie. Stwierdziłam, że jeśli cokolwiek jest nie tak to oczywiście zostaję w szpitalu. Dzwonię do męża żeby przywiózł mi torbę i zabrał auto bo przecież sama przyjechałam na tą wizytę i planowałam jeszcze powrót do domu..

Patologia. Na piętrze jest spokojniej. Zupełnie inna atmosfera niż na Izbie Przyjęć. Dowiedziałam się, że w moim zapisie ktg nie było żadnych nieprawidłowości. Zatrzymali mnie podstępem.

Od następnego dnia zaczęłam spacerować podłączona do kroplówki z oksytocyną. Wcześniej odbyłam rozmowę na temat mojej decyzji i musiałam podpisać oświadczenie.

Dzień minął bez skurczów. Potem dzień przerwy. I tak przez 6 dni spacerowałam co drugi dzień z kroplówką która nie spowodowała nic. Można dostać 3 dawki. Leżały ze mną w sali dziewczyny, którym poród zaczynał się już po pierwszej dawce. Koleżanki się zmieniały a ja dalej czekałam. Przy każdym obchodzie trzymałam się swojej wersji i zdania nie zmieniałam.

Muszę podkreślić jedną ważną rzecz. To co mówią lekarze, o jakich procedurach wspominają na IP, nie do końca trzyma się rzeczywistości na piętrze. Tam czas zwalnia. Mówili mi, że będąc po dwóch cięciach poczekają maksymalnie tydzień na poród a potem zrobią cięcie. A tymczasem tydzień po terminie dopiero znalazłam się na oddziale i nikt się nie wyrywał z operacją. Wszyscy cierpliwie czekali obserwując postępy lub ich brak po oksytocynie..

Porodu nie ma. 42tc. Informują mnie, że podanie kroplówki nic nie dało więc na drugi dzień będą musieli wykonać cięcie. Dłużej czekać już nie mogą. Kontaktuje się z moim lekarzem prowadzącym żeby naładować akumulatory i usłyszeć, że jeszcze nie wszystko stracone. Zaczynam wątpić w to czy się uda. Słyszę, że mam się trzymać. Wytrzymałam tak długo więc mam się nie poddawać. Z dzieckiem jest wszystko w porządku, z blizną też. Są warunki do tego żebym jednak rodziłą.. Pytam ją o przebicie pęcherza. Chcę to zaproponować bo już tylko to mi zostało. Utwierdzona na nowo w swoim wyborze informuję o tym personel. Mam dwa wyjścia, albo przebiją pęcherz i się uda albo robią cc. Działamy.

11 dnia po terminie porodu zostałam zaproszona do gabinetu na rozmowę z Zastępcą Ordynatora Oddziału Patologii. Rozmowa była spokojna ale bardzo dla mnie ciężka. Pani doktor na wstępie zaznaczyła, że nie ma na celu straszenie mnie, jednak musi mnie poinformować o wszelkich możliwych scenariuszach i planach działania. Usłyszałam o tym, że może pęknąć mi macica, że może wystąpić krwotok, że dziecko może urodzić się w złym stanie, że może być robione inne cięcie i nie będą mogli mnie od razu ratować… Nogi zrobiły mi się miękkie. Tysiąc myśli naraz. I co ja mam robić. Podpisuję oświadczenie : W pełni świadoma konsekwencji odmawiam wykonania cięcia cesarskiego….

Przychodzi Pani Ordynator i zaczyna bolesne badanie w trakcie którego przebija z impetem pęcherz. Zaczęło się. Nie ma odwrotu.

Wracam do sali i zaczynam płakać. Dzwonię do męża żeby przyjeżdżał jak najszybciej. Zaczynam się bać. Czy dobrze robię? Czy przez moje decyzje nie wyrządzę krzywdy synowi? Wątpliwości.

Ale odwrotu nie ma. Godzina 14:00. Mija pół godziny w trakcie których zjawia się mąż. Leżę pod ktg. Zaczynają się skurcze. Coraz boleśniejsze. Zapominam o strachu. W jednej sekundzie zapominam o wszystkim i zaczynam myśleć o tym co się dzieje. Tu i teraz. Odłączają mnie od ktg i zaprowadzają na blok porodowy. Podczas czekania na windę zalewam cały korytarz wodami..

Jestesmy na sali. Poznajemy położną. Bardzo miła. Rozwarcia jeszcze nie ma. Zostajemy sami. Mając w pamięci pierwszy poród, z daleka omijam łóżko. Zwisam na linie, opieram się o drabinki, wchodzę na chwilę do wanny.

3cm rozwarcia. Zaczynam się cieszyć, że nie ma bólu w krzyżu. Skurcze są do zniesienia. Zadowolenie mija szybko bo nadchodzi ból którego nie da się z niczym porównać. Jednak kolejny poród z bólami krzyżowymi.. Znów jakby ktoś gniótł mi kręgosłup. Nie czuję bólu w podbrzuszu tylko ogromne rozpieranie w krzyżu. Siadam na piłce i siedząc wieszam się na drabinkach. Rozpoczynają się dwie godziny walki o przetrwanie. Przychodzi położna, proponuje zmianę pozycji ale ja nie mam zamiaru nigdzie się ruszać. Położna nie protestuje, zapina mi przenośne ktg i mogę walczyć dalej. Kontrola co jakiś czas. W międzyczasie mąż dostaje podgrzany woreczek z pestkami wiśni, który ma przykładać do bolącego krzyża. Po jakimś czasie zaczynam przysypiać między skurczami. Opieram się o drabinki i śpię gdy nie czuję bólu. Drażni mnie każdy dźwięk. Najmniejsze słowo wypowiedziane przez męża. Pragnę ciszy. Oby wytrwać. Już ledwo żyję. Przychodzi położna, zostało jeszcze trochę centymetrów. Proszę męża żeby poszedł podgrzać woreczek. Zostaję sama w sali. Odczuwam nagle nieodpartą potrzebę pójścia pod prysznic. Muszę zdążyć tam dojść między skurczami. Wstaję szybko z piłki i rozbieram się. Skurcz pod prysznicem jest nie do zniesienia ale jakby inny. Mąż wraca z woreczkiem, ale nie jest on już potrzebny. „Zawołaj położną!”

Wraca położna,bada mnie na stojąco pod prysznicem i mówi „ Pani Aniu, rodzimy.”

Nie do końca ją zrozumiałam. No przecież rodzę już 2,5 godziny. O co chodzi. Co ja mam robić.

„ Ale idzie już główka!” Nie zapomnę nigdy tej chwili. Przechodzimy do wanny na moje życzenie. Skurcze parte. Nigdy wcześniej i nigdy później nie wydawałam z siebie takiego gardłowego krzyku jak wtedy. Kilka skurczów partych w wodzie ale główka się cofa więc położna pomaga mi wyjść i sadza na stołeczku porodowym. Kolejne skurcze. Po którymś skurczu rodzi się główka. „Mamy główkę. Chce Pani dotknąć?” Tak, oczywiście, że chcę dotknąć. To było coś czego pragnęłam od zawsze. To o czym marzyłam właśnie się spełniało. Ciepła, aksamitna główka. Wyszła i nastąpiła długa chwila zanim nadszedł kolejny skurcz i wraz z nim wyszedł cały Jaś. 4100g.

Przechodzimy na łóżko i zaczynamy się tulić. Lecą łzy wzruszenia. Udało się. Warto było walczyć do końca.

2015

Poród naszego czwartego syna. Dla mnie kolejne niesamowite przeżycie bo to był pierwszy poród przy którym nie dostałam oksytocyny. Końcówka ciąży była prawie identyczna jak trzecia. Po terminie porodu byłam w stałym kontakcie z moją doktor prowadzącą. Poszłam ze dwa razy na kontrolne ktg. Ale tym razem nie było żadnego straszenia. Nie byłam już sensacją :-) Urodziłam już raz więc teraz nikt nie traktował mnie jak kobietę niespełna rozumu 😉 Tydzień po terminie dostałam skierowanie przyjęcia na oddział i miałam zgłosić się najpóźniej 10 dni po terminie. Tak zaleciła moja lekarka więc się tego trzymałam. W domu oczywiście robiłam wszystko żeby poród rozpoczął się sam. Ale niestety i tym razem to nie nastąpiło. Spodziewałam się scenariusza z poprzedniej ciąży. Oksytocyna, przebicie pęcherza.

Przyjęli mnie na oddział i niespodzianka. Młody doktor na drugi dzień zaproponował od razu przebicie pęcherza. Zero kroplówki. Zgodziłam się.

Badanie, podczas którego lekarz w sposób zupełnie inny niż ostatnio, przebija pęcherz. Delikatnie, używając narzędzia. Dostaję przemiłą położną, która zabiera mnie na porodówkę. Położna z patologii krzyczy za mną powodzenia i mówi, że na pewno uwiniemy się przed 19. Chciałam rodzić w wodzie ale dostałam salę bez wanny. Godzina 16. Nic nie czuję. Ostatnio skurcze pojawiły się szybko, z impetem i strasznie bolesne. A teraz nic. Mam nakaz spacerów i masażu brodawek. Po 30 min zaczęłam odczuwać bardzo delikatne kłucie w podbrzuszu, które spokojnie narastało co jakiś czas. Położna zjawiała się co chwila sprawdzając, jak się mamy.

Po 1,5 godzinie rozpoczął się, już mi znany, czas walki o przetrwanie. Znowu siadam na piłce. Potem wieszam się na drabinkach. Położna nie mówiła mi postępu w centymetrach, tylko zawsze po badaniu oznajmiała, że jeszcze TROCHĘ. Poleciła zmianę pozycji, żeby odciążyć kręgosłup. Zostałam w niej na dłużej. Położna przyszła po raz kolejny i wyszła zostawiając mnie znowu z „jeszcze trochę”. Mija 5 minut i nakazuję mężowi żeby zawołał Ewę. Wraca i mówi, że zaczynam przeć więc prosi o przejście na łóżko. Staje mi przed oczami pierwszy poród. Nie, ja na łóżku nie urodzę. Nie ma mowy. Ale syn był duży i powiedziała, że na stojąco pęknę. Ulegam i kładę się na boku. To był naprawdę fantastyczny czas. Prawie spadałam z łóżka ale mąż mnie podtrzymywał. Parłam w ciszy bo nie miałam potrzeby krzyczeć. Nawet rzuciłam jakiś żart bo wszyscy się zaczęli śmiać. Urodził się Leon. 18:55, zdążyliśmy przed 19 😉 Całe 4600 g szczęścia.

Spełniłam swoje marzenie. Nawet podwójnie. Ale po cichu mam jeszcze nadzieję, że kiedyś pojadę do szpitala już nie na oddział patologii ale prosto na salę porodową. I nikt nie będzie ingerował już w tą piękną chwilę.