Tag Archive | po terminie

Indukowany VBA2C 14 dni po terminie, wąska miednica, -8 dioptrii w obu oczach, syn 4 kg/58 cm (Warszawa)

Ten poród do łatwych nie należał. Wymagał determinacji i siły zarówno w przygotowaniu do porodu jak i podczas samego aktu rodzenia. Kto dałby radę jeśli nie Kobieta? Siła jest Kobietą. A tej Kobiecie dziś na imię Monika. Oto historia jej VBA2C.

41123ad6ec62bfae9fddcc090bac779e

Historia mojego porodu vbac2cc

Pierwszy poród w czerwcu 2010, cesarskie cięcie ze względu na dużą wadę wzroku i nagłe skoki ciśnienia. Moja wiedza na temat porodu naturalnego przy takich wskazaniach praktycznie żadna.

Druga ciąża, ogromne pragnienie porodu siłami natury, wiedza na temat vbac1cc większa, okazuje się, że wada wzroku nie musi być przeszkodą. Termin porodu 13 sierpnia 2013. Wynajmuję położną, planuję rodzić w Centrum Medycznym Żelazna. Myślę sobie, że tym razem musi się udać, bardzo żałuję, że nie szukałam więcej informacji w 2010. Teraz mocno pragnę porodu sn.

Mija termin porodu, zaczynam jeździć na IP do Centrum Medycznego Żelazna, to co mnie tam spotyka jest zbyt bolesne by o tym pamiętać. Ogromna niechęć lekarzy by przychylnie spojrzeć na mój vbac1cc. Nikt poza położną i mężem nie wspiera mojej decyzji. Dziecko, wagowo rokuje niezbyt dobrze (około 4500 na koniec lipca). Podpisuję odmowy hospitalizacji jedną za drugą. W końcu 13 dni po terminie porodu zgadzam się na przyjęcie mnie na oddział patologii ciąży. Ciągle czekamy, rozmawiam z lekarzem –  nie straszy, rozmawia, to bardzo ważne. Dwa razy zbiera się konsylium, przekonują, że powinnam mieć cesarskie cięcie. W końcu doszliśmy do ugody, dają mi jeszcze 2 dni, jeśli 15 dni po terminie dziecko nie zacznie się rodzić samo, będzie cięcie cesarskie. O indukcji nie ma mowy.

15 dni po terminie trafiam na stół operacyjny, cięcie cesarskie, dziecko 5130 i 60cm. Do dziś czasem żałuję, że pierwszy i drugi poród zakończyły się operacyjnie.

Trzecia ciąża, tak naprawdę przygotowanie do tej ciąży zaczęło się dużo wcześniej. Chciałam pokonać wszystkie przeszkody, które mogłyby zablokować mój poród vbac2cc. Plan działania był następujący:

– zadbam o rozwój fizyczny

– zadbam o rozwój duchowy

– poszukam Położnej, która zechce ze mną rodzić

– skonsultuję się z dr Puzyną

– będę się starała jak najpóźniej trafić na oddział patologii ciąży

– zastosuję wszystkie możliwe sposoby naturalnego wywoływania porodu (oczywiście nic nie dały 😉 )

26 lutego urodził się mój 3 syn, Maciek, vbac2cc.

Do końca nie wierzyłam, że tym razem urodzę siłami natury, czasem wpadłam w euforię, że jasne, uda się, a czasem wcale w to nie wierzyłam.

Od listopada konsultowałam się z dr Puzyna, robiłam usg u dr Makowskiego, i wciąż nie wierzyłam, ze mogę rodzić naturalnie. Największą obawą była waga dziecka, jako, że mój drugi synek ważył 5130. Obawa, że będzie zbyt duży i dr Puzyna nie zgodzi się na psn. Mimo zapewnień dr Puzyny, dr Makowskiego i Położnej, ja ciągle nie wierzyłam, że moje dziecko będzie ważyło mniej niż 4 kg.

Nadchodził czas terminu porodu, 12 luty, a u mnie nic, zero akcji, samopoczucie wyśmienite, nie mam wrażenia końcówki ciąży. Scenariusz jak w każdej ciąży, do końca jestem bardzo aktywna i nie czuję potrzeby rodzenia.

Minął 12, 13, 14 luty, a u mnie nadal nic się nie dzieje. Sytuacja niezbyt mnie zaskakująca, ponieważ przy drugim synu było identycznie. Teraz, naiwnie myślałam, że może coś ruszy wcześniej.

18 lutego spotkałam się po raz ostatni z dr Puzyna, umówiliśmy się, że przyjadę 23 lutego i będę przyjęta na oddział patologii ciąży. Wtedy też zaczniemy indukcję. Miała być ona powolna i niezbyt inwazyjna. Na początek 23 lutego miałam mieć wprowadzony na 24 godziny cewnik Foleya.

Stawiłam się na oddziale patologii, liczyłam na to, że zakładaniem cewnika zajmie się dr Puzyna, jednak trafiłam na innego lekarza, który za wszelką cenę, staram się teraz myśleć, że może z troski, chciał mi wykonać cesarskie cięcie. Najpierw mnie przekonywał, że powinnam się zgodzić na operację, a potem zaczął mi wykonywać badanie usg, z pomiarem dziecka, badanie grubości blizny, następnie zaczął wspominać o mojej wadzie wzroku. Niestety, albo raczej dla mnie stety, wszystkie parametry wyszły w normie: dziecko 3800/3900, blizna 3,9mm, a na wadę wzorku miałam podpisać oświadczenia, że jestem świadoma ewentualnych komplikacji. Po tych wszystkich badaniach i rozmowach doktor dyżurujący założył mi cewnik.

Chodziłam z cewnikiem 24 godziny, niestety nie rozpoczął on u mnie akcji porodowej, nie wypadł samoistnie, tylko musiał zostać wyjęty. Dalszą indukcją zajmował się już doktor Puzyna. Po wyjęciu cewnika miałam rozwarcie na 5 cm, dr przekazał mi, że to wystarczy, aby móc przebić pęcherz. Ale to miało nastąpić dopiero w niedzielę. W sobotę miałam zalecenie wyspać się, wypocząć i zrelaksować.

Niedziela, około godziny 9 przebicie pęcherza, wody się sączą, nie są czyste, ale nadal mam pozwolenie na poród siłami natury. Dzwonię do Położnej, ma zaraz przyjechać. Nie przyjeżdża, oddzwania, że ktoś zajął mi salę porodową i muszę czekać na oddziale.

Podłączają mnie do ktg, zapis marny, dziecko się prawie nie rusza. Tłumaczę, że muszę coś zjeść, w końcu po 30 minutach słabego zapisu, dostaję banana, dziecko rusza i zapis jest w porządku.

Czekam, wody się wylewają, sytuacja mało komfortowa, mam jakieś skurcze, ale słabe, akcja prawie się nie rozkręca, trochę chodzę, trochę przykucam, masuję brodawki, skurcze są, ale bardzo słabe.

Około 11 przychodzi mój mąż i położna. Jedziemy na dół, na salę porodową-orzechową. Położna mnie bada, przychodzi lekarz dyżurującą, konsultują się, u mnie zielone wody, ale pozwalają rodzić naturalnie. Dostaję piłkę i nakaz masażu brodawek. Mąż jest ze mną, rozmawiamy, śmiejemy się. Skurcze się piszą, nawet niektóre bardzo silne, ale w badaniu wychodzi, ze szyjka skrócona tylko o 0,5 cm. Czas płynie, na naszą niekorzyść.

Około 14, gdy wykonałam milion skoków na piłce, położna mówi, ze za 30 minut włączymy oksytocynę, ponieważ nic się nie zmienia. Albo ruszy po oksytocynie, albo będę miała cesarskie cięcie.

14:30 po podłączeniu oksytocyny zaczyna się poród. Na pewno nie jest to poród o jakim się marzy, ale jest to poród naturalny

Położna, bardzo rzeczowa i pomocna proponuje mi wejście do wanny. Ufam Jej i podczas całego porodu godzę się na wszystko, co mi proponuje.

Do 16 jeszcze jakoś się trzymam, skurcze są mocne, ale do wytrzymania, boli niesamowicie, ale daję radę. Do 15:30 mam 4 cm, do 16:30 7 cm. . Skurcze są tak silne, że wydaje się, że jeszcze jednego nie da się wytrzymać. To jest potężny ból. Ale to ma sens, prowadzi do wyjścia mojego dziecka na świat siłami natury.

Położna mnie wspiera, mówi, ze pięknie rodzę, ze szybko rodzę. Ze teraz to juz nie ma odwrotu i urodzę naturalnie. W chwilach kryzysu przypomina, że mogę mieć cięcie cesarskie, te słowa podziały na mnie bardzo dobrze, dały mi siłę do dalszego rodzenia.

Ja już mam dość, jestem bardzo wymęczona skurczami. A tu jeszcze 3 cm. Ale budzi się we mnie wojowniczka, myślę, muszę, dam radę, pokażę niedowiarkom, ze umiem urodzić sn.

Obok siedzi mój mąż, modli się i prosi znajomych o modlitwę, nie jest w stanie mi pomóc, każdy dotyk mnie drażni, światło mi przeszkadza, w końcu i Położna mnie drażni. Rozumiem, że musi mnie badać, zmieniać pozycję, żeby dziecko trafiło do kanału rodnego, staram się, ale chcę pozostać sama ze swoim bólem. Z trudem przychodzi mi wewnętrzna zgoda na poprawianie pelot, na badanie wewnętrzne. Maria robi co należy, zbytnio nie komentuje, gdy mówię: zostaw, odejdź. Ona trwa i mówi: wiesz, że muszę.

To co się działo między 7, a 10 cm, to Droga Krzyżowa. Mój krzyk, moje cierpienie i moja modlitwa, żeby Pan Jezus zabrał ode mnie ten ból. I nagle, kiedy myślę, że już nie wytrzymam, że zaraz z tego bólu umrę, mam długa przerwę między skurczami, jakby dwa skurcze mniej. Czułam się takim słaba, ze juz nie wytrzymuje, że mam taki kryzys. Ale nagle wchodzi Położna i mnie bada. Oznajmia: masz 10 cm, wychodzisz z wanny.

Nie dam rady wyjść, nie mam siły, wyjście z wanny jest dla mnie niemożliwe. I znowu z pomocą przychodzi Mąż i Położna. Udaje mi się wydostać z wanny. Proszę oboje, żeby mi pomogli, głos mi się już łamie. Pierwsze skurcze parte mam przy wannie. Nie są tak straszne jak skurcze porodowe w wannie. Przechodzimy na fotel porodowy, kucam, na polecenie Położnej. Podczas skurczy partych czuje się wojownikiem, odczuwam też, że coś mi w dole przeszkadza, to napierająca główka dziecka. Przeszkadza mi na tyle, że chce ją szybko wypchnąć, czuje mocnym dyskomfort. Prę, tak jak chce moje ciało. Co jakiś czas Położna każe mi przeć o raz więcej niż parłam. Mija 30 minut i Maciuś jest na świecie. Wielka radość i wielkie zdumienie, że się udało i że to już, że tak szybko.

Wszyscy mi gratulują, a ja jestem tak zmęczona i oszołomiona, ze niewiele do mnie dociera.

4kg/58 cm vbac2cc, wąska miednica, -8 w obu oczach, 2 cc bez jakiejkolwiek akcji porodowej.

Moje Światowe Dni Młodych- Kraków 2016. Szpital na Siemiradzkiego

Poronienie, trudna ciąża zakończona cięciem cesarskim. Przepracowywanie trudnych emocji. Kolejna ciąża z przebojami, utrata zaufania do lekarza prowadzącego w 36 tygodniu ciąży (nowe wskazanie do cc – Światowe Dni Młodzieży;), zmiana planowanego szpitala, poród po terminie, indukcja i znieczulenie zewnątrzoponowe. Udany VBAC! Oto historia Ani:)

Ta historia zaczyna się w 2012 roku, kiedy po wielkim oczekiwaniu zobaczyliśmy na teście ciążowym upragnione dwie kreski. Niestety Nasza radość trwała stanowczo za krótko. W 13 tygodniu straciliśmy Nasze Szczęście. Był ogromy żal, może wylanych łez i jeszcze większa chęci zostania rodzicami.

Dwa miesiące później byłam już w drugiej ciąży. W ciąży tak bardzo chcianej, że aż niewyobrażalnej. W ciąży pełnej obaw i wielkiej nadziei, że tym razem się uda. Całą ciąże przed każdą wizyta drżałam ze strachu o moje Maleństwo. Kolorowo nie było. L4. Masa tabletek na podtrzymanie. Anemia – bo przecież jeszcze nie zdążyłam dojść do siebie po poronieniu. I słowa mojego lekarza, które dawały mi wiarę w to wszystko „Widocznie organizm był już gotowy, widocznie Ktoś na górze tak chciał”. Mijał tydzień za tygodniem, a dzidzia pod moim sercem zagnieździła się na dobre Termin miałam na 01.08.2013. Od maja czułam delikatne skurcze, lekarz straszył przedwczesnym porodem. Synek nie chciał się odwrócić główką w dół i już wtedy lekarz wspominał o cesarce. Dziecko duże, spory obwód główki, Pani zbyt wąska, anemia, poronienie- słyszałam na każdej wizycie. Im bliżej terminu tym bardziej utwierdzałam się w tym że nie dam rady urodzić naturalnie. Lekarz zaproponował nam rozwiązanie w 39tc przez cesarskie cięcie, nie byłam do tego przekonana. Pamiętam że przepłakałam wtedy chyba z 3 noce. Tak bardzo bałam się o moje dziecko. Tak bardzo chciałam żeby było całe i zdrowe. Poddałam się. Dzisiaj bardzo żałuję że wtedy nie zawalczyłam. Niestety czasu nie cofnę.

25 lipca 2013 roku przez cesarskie cięcie przyszedł na świat nasz syn Leon. 3890g 56cm. Obwód tej niby dużej główki 37cm… 10 punktów. Jeszcze na Sali operacyjnej mogłam przywitać się z Małym. Baa mogłam nawet z pomocą położnej przystawić Go do piersi. Dałam mu odruchowo buziaka w czółko próbował ssać a do mnie dotarło, że wszystko co się dzieje, dzieje się poza mną. Jedyne co czułam to wielka pustka i żal. Nie było żadnych fajerwerków nie było tryskającej miłości. Wiedziałam że jest mój, ten jedyny, ten wyczekiwany. Mój Syn.

sdm

Po powrocie do domu kiedy widziałam jak mój mąż zajmuję się Małym miałam do siebie jeszcze większy żal. Wszystko co przy nim robił było otoczone ogromną miłością. Ja czułam że nie potrafię Go kochać tak mocno jakbym chciała, miałam wrażenie że wszystko co robie, robie machinalnie. Przez pewien czas uczyliśmy się z Małym siebie nawzajem. A ja z każdym dniem zakochiwałam się w Nim coraz bardziej, aż utonęłam w tej miłości po uszy

Mały rósł a ja w głowie miliony razy przepracowywałam swój poród. Nie raz zdarzało mi się płakać jak koleżanki opowiadały o swoich naturalnych porodach… tak bardzo im zazdrościłam.

Gdy Leo skończył rok odstawiliśmy się od piersi, wróciłam do pracy i zaczęliśmy intensywnie myśleć o kolejnym dziecku. Niestety ciągle się nie udawało. Było dużo badań, dużo żalu i ciągły niedosyt że się nie udaje. W lipcu 2015 roku okazało się że moje jajowody są niedrożne, kilka tygodni później usunięto zrosty. We wrześniu pierwszy raz dostałam tabletki ‘’wspomagające”. W końcu w listopadzie 2015 roku zobaczyliśmy na teście dwie upragnione delikatne kreseczki. Lekarz potwierdził ciąże i ku memu zaskoczeniu już na pierwszej wizycie założył mi kartę ciąży (przy wcześniejszych ciążach tak nie było). Nie dostałam żadnych lekarstw na podtrzymanie, morfologia w normie. Będzie dobrze pomyślałam. Czułam się świetnie. Pracowałam, zapisałam się na zajęcia ruchowe dla ciężarnych. Miałam tyle energii. Niestety nie trwało to długo.

W 6tc zaczęłam krwawić. Przerażenie. Telefon do lekarza. Telefon do męża. Na USG okazało się że z Dzieckiem wszystko dobrze. Dostałam lekarstwa i zalecenie żeby się oszczędzać. Krwawienie ustało. Po 2 dniach przerwy kolejne krwawienie. Lekarz kazał nam jechać na izbę przyjęć. Pozbierałam potrzebne rzeczy z domu, podświadomie czułam, że to już koniec. Drogi do szpitala w ogóle nie pamiętam, pamiętam tylko że siedziałam w samochodzie i czułam jak coś się ze mnie wylewa. Łzy same napływały mi do oczu. W szpitalu badanie i USG. Usłyszałam bicie serca mojego Dziecka i znowu ryczałam jak bóbr- tym razem ze szczęścia Zwiększyli mi dawkę leków. Zalecili spoczynkowy tryb życia wypisali L4 i odesłali do domu. W 12 tygodniu, dzień po badaniach prenatalnych znowu zaczęłam krwawić. Dzień wcześniej widziałam jak moje dziecko buszuje po moim brzuchu a teraz to?? Nie wiedziałam o co chodzi. Krwi było dużo, bardzo dużo. Jeszcze do tego byliśmy poza Krakowem. Zadzwoniłam do mojego lekarza, kazał jak najszybciej jechać do najbliższego szpitala. Zrobili USG, serce bije. Zostawili mnie na obserwację. Wypisałam się na żądanie. Nie czułam się tam komfortowo, chciałam wracać do Krakowa.

Przeboje z krwawieniem powtarzały się jeszcze dwa razy, w 18tc i ostatnie w 21 .Całą ciąże towarzyszyła mi anemia. Przy ostatnim pobycie na patologii ciąży okazało się że szyjka zaczyna się rozwierać. Czułam że coś się dzieje. Bolał mnie brzuch, męczyły skurcze przepowiadające. Bardzo bałam się, żeby nie urodzić za wcześnie. W 24tygodniu założyli mi szew okrężny na szyjkę. Spędziłam znowu kilka dni w szpitalu. Przy wypisie ordynator poinformował mnie że jeśli wszystko dobrze się ułoży w 35 tygodniu lekarz ściągnie mi szew a w 38 umawiamy się na cięcie… i wtedy mnie tchnęło. Zaczęłam po cichutku myśleć czy aby na pewno tak musi być… a może by tak pokrzyżować im plany?? Tak!!! Spróbuję. Wróciłam do domu, wyprzytulałam Starszaka i zasiadłam do komputera.

Wtedy o VBAC nie wiedziałam nic. Na szczęście bardzo szybko znalazłam się na stronie naturalniepocesarce.pl, zaczęłam chłonąć Wasze historie jak gąbka, zaczęłam marzyć o takim porodzie. Po kilku dniach, kiedy byłam już przekonana do swojej decyzji porozmawiałam z mężem. Pokazałam mu materiały dostępne na stronie. Przeczytał kilka historii i powiedział, że jeśli taka jest moja decyzja to On będzie mnie wspierał. Z mężem poszło jak z płatka, ale wiedziałam że czeka mnie jeszcze rozmowa z moim lekarzem. Pod skórą czułam, że nie będzie entuzjastycznie nastawiony do mojego pomysłu ,więc postanowiłam działać. Umówiłam się na wizytę do lekarki proVBAC, która miała odbyć się tydzień po wizycie u mojego lekarza prowadzącego (pomyślałam że jeśli mój lekarz się nie zgodzi, to po prostu go zmienię).  Ku mojemu zaskoczeniu lekarz wcale nie powiedział jednoznacznie nie. Co prawda trochę mnie ochrzanił, że jeszcze miesiąc temu walczyliśmy o to, abym nie urodziła wcześniaka a ja już wymyślam no ale… Dość długo rozmawialiśmy, niczym mnie nie straszył, powiedział że będziemy bacznie wszystko obserwować i podejmiemy najlepszą decyzję. Uwierzyłam mu. Byłam szczęśliwa po wyjściu z gabinetu, bo przecież wcale nie chciałam zmieniać lekarza. Przecież On jest najlepszy, najlepiej mnie zna. Zawsze mogłam na niego liczyć, zawsze odbierał ode mnie telefony i służył radą a zdarzało mi się dzwonić o kosmicznych godzinach. Po tej wizycie stwierdziłam, że skoro mój lekarz tak do tego wszystkiego podchodzi to nie będę konsultowała się z innym, bo przecież mam wsparcie.

Termin miałam na 19 lipca w Krakowie wszyscy przygotowywali się do Światowych Dni Młodych – my żyliśmy własnym życiem i przygotowywaliśmy się jak najlepiej potrafiliśmy do naszego porodu do porodu siłami natury po uprzednim cesarskim cięciu. W 35tc byłam umówiona z moim lekarzem na ściągnięcie szwu. Poszło szybko sprawinie i prawie bezboleśnie. Później USG, waga Synka 2800 więc raczej mały w porównaniu do brata Po KTG i badaniu lekarz stwierdził że prędko nie urodzę …i w tym momencie jego słowa prawie zwaliły mnie z nóg… „To jak umawiamy się na 12 lipca na cięcie?” Ale że co? Ja się na nic nie umawiam, przecież nie tak miało być, przecież ja chce rodzić dołem! Przecież rozmawialiśmy o tym! I wtedy usłyszałam, że niby tak, ale zbliżają się ŚDM, że przecież nie wiadomo jak będzie z dojazdem do szpitala, że On może nie dojechać na czas, a wtedy ordynator się nie zgodzi na taki poród i że lepiej będzie jak w ŚDM będę już z Małym w domu. No tak, idealne wskazanie do ciecia!  W życiu bym na to nie wpadła – porażka.

Tym sposobem w 36tc zostałam bez lekarza prowadzącego. Po tym co usłyszałam powiedziałam sobie, że ja już tam nie wrócę. Było mi źle, nie wiedziałam co mam robić i co będzie dalej. Byłam załamana. Z grupy wsparcia wiedziałam już gdzie w Krakowie mogę szukać pocieszenia i chodź wcześniej nie dopuszczałam myśli, że mogę powitać Synka w innym szpitalu niż Starszaka tak teraz wiedziałam, że muszę zaryzykować. Następnego dnia obdzwoniłam szpitale proVBAC i tak kilka dni później byłam już po pierwszej konsultacji u dr Wójcika w Przyszpitalnej poradni na ul. Kremerowskiej. Dostałam skierowanie na USG blizny i na pomiar miednicy. Tydzień później dostałam od doktora zielone światło na próbę porodu. Blizna w najcieńszym miejscu 2,2mm. Zdecydowaliśmy z mężem, że by czuć się pewniej, opłacimy dodatkową opiekę położnej. Trochę z przypadku trafiłam na cudowna panią Danusię, która bardzo wspierała mnie w mojej decyzji. Termin porodu zbliżał się wielkim krokami. Do moich wcześniejszych przygotowań (typu herbata z liści malin i olej z wiesiołka) dołączyła większa aktywność fizyczna i szeroko pojęte domowe porządki Za każdym razem KTG książkowe, zero skurczy, chociaż w nocy nie raz „coś” nie dawało mi spać.

Tydzień przed terminem skurcze na KTG się pojawiły. Młoda lekarka chciała nawet skierować mnie już do szpitala, tłumacząc że stan po cc i że trzeba uważać. Na szczęście skonsultowała się z dr Wójcikiem, który po badaniu stwierdził, że nie ma sensu kłaść mnie na oddział, zalecił tylko częstsze KTG. Na kolejnych badaniach żadnych skurczy, rozwarcie 1,5cm, główka wysoko.

W dniu terminu bardzo źle się czułam, pół dnia wymiotowałam, byłam osłabiona nie mogłam jeść ani pić. Wiedziałam, że tak naprawdę nic się nie dzieje, żadnych skurczy nie było. Zadzwoniłam do położnej. Porozmawiałyśmy, trochę się uspokoiłam, ale czułam wewnętrznie że potrzebuję wsparcia, ściągnęłam męża z pracy i na szczęście powoli wszystko się wyciszyło. Odebraliśmy Starszaka z przedszkola, poszliśmy na długi spacer, później na plac zabaw, pograliśmy w piłkę. Ciągle miałam nadzieję, że coś się ruszy. Nie ruszyło.

Kolejna noc była spokojna, wyspałam się, odprowadziłam Synka do przedszkola i wybrałam się na maraton zakupowy. Wróciłam do domu i po raz setny urządziłam wielkie sprzątanie. Po kolejnym KTG (byłam wtedy 2 dni po terminie ) lekarka dała mi czas do 26 lipca na rozruszanie akcji, a jeśli nic się nie będzie działo, we wtorek rano miałam się zgłosić do szpitala na badanie wydolności łożyska. W przychodni dostałam jeszcze przepustkę na dojazd do szpitala – było to konieczne ze względu na trwające ŚDM. Od razu po wyjściu z przychodni zadzwoniłam do położnej. Pani Danusia odpowiedziała na wszystkie nurtujące mnie pytania i jak zwykle mnie uspokoiła. Na końcu jak zwykle przypomniała, że mam zjeść konkretne śniadanie, bo muszę mieć siłę by rodzić

W zasadzie ta data 26 lipca była mi trochę na rękę. 25 lipca obchodziliśmy 3 urodziny Starszaka, więc chciałam być z Nim w tym dniu. A tak w ogóle, to przecież 26 są moje imieniny to idealna data na poród, pomyślałam

W poniedziałek wieczorem przyjechali moi rodzice, mieli zostać ze Starszakiem, kiedy my będziemy rodzic. Rano 26 lipca (za radą położnej) zjadłam śniadanie, pożegnałam się z Synkiem i ruszyliśmy do szpitala. Koło 10 przyjęli mnie na oddział i podłączyli pierwszą dawkę oksytocyny, leżałam tak chyba z 3 godziny, nie czułam skurczy chociaż na KTG „coś tam” się pisało. Odłączyli oxy, zjadłam obiad. Przyszedł dr Wójcik, zbadał mnie, popatrzył na KTG, powiedział że daje mi 2 dni, bo łożysko dłużej nie da rady. Złożył mi życzenia imieninowe i powiedział, że jeśli nic nie zacznie się dziać, to widzimy się w piątek na ponownym OCT. Miałam w głowie tysiące myśli, niby cieszyłam się, że mogę wrócić do domu, że mam jeszcze kolejne kilka dni na rozkręcenie akcji, ale z drugiej strony byłam już wykończona tym całym przeterminowaniem. Po drodze do domu zaliczyliśmy Mc Donalda. Miałam ogromną ochotę na pochłonięcie czegoś „obrzydliwego” Zjadłam, wypiłam kubek coca-coli i szczęśliwa wróciłam do domu Wieczorem zadzwoniłam do położnej, wyżaliłam się. Ustaliłyśmy, że jeśli nic się nie wydarzy, to w piątek (29 lipca) widzimy się w szpitalu.

Noc była ciężka, skurcze męczyły, ale były do zniesienia. Rano odszedł czop. Zaczęłam delikatnie krwawić. Byłam przeszczęśliwa, że Dzidzia daje znaki Niestety dzień mijał nadzwyczaj spokojnie, a ja w głowie już przewidywałam najgorszy scenariusz.

Wieczorem usiedliśmy z mężem na kanapie, rozmawialiśmy, słuchaliśmy muzyki, cieszyliśmy się chwilą. Byłam spokojna jak nigdy wcześniej. Złe myśli odeszły, wsłuchiwałam się z muzykę, razem z Red Hot Chili Peppers nuciłam Dark Necessities Zamykałam oczy i wyobrażałam sobie swój wymarzony poród.

Rano powtórka z rozrywki, śniadanie, buziak dla Małego i w drogę. Tym razem w szpitalu było spokojniej. Dość szybko przyjęli mnie na oddział. Blizna 2,2cm, rozwarcie 1,5 cm, główka wysoko. Położna zaprowadziła mnie na pierwsze piętro gdzie już czekała na mnie moja Pani D.

29 lipca, 10 dni po terminie o 9:18 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. W międzyczasie zbadała mnie Pani D. – zafundowała niezbyt komfortowy masaż i stwierdziła, że rozwarcie 2cm. Koło 11 skurcze zaczęły stawać się coraz bardzie wyczuwalne. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że chyba się zaczyna. Po 30 minutach już wiedziałam, że nie chyba

Ja rodzę! Czuję skurcze! Hura!!

Moja radość nie trwała długo. Nie mogłam się ruszać, a ból z minuty na minutę był mocniejszy. Pani D. zdecydowała, że odpinamy KTG i kroplówkę, kazała mi pochodzić po korytarzu. Pomogło, było lżej, ale bardzo chciałam, żeby mąż był już przy mnie (to mogło się stać dopiero jak przejdziemy na salę porodową). Wróciłam na sale przygotowawczą – tam czekała na mnie Pani D. z ciepłą zupa i workiem Sako. Zjadłam zupę, niechcący natknęłam się w torbie na Snicersa – musiałam go zjeść, nooo musiałam, czułam że jak go zjem to urodzę naturalnie(co prawda był przygotowany dla Męża no ale.. ).

Kolejny zapis KTG miałam podłączony na worku, przy skurczach mogłam się delikatnie ruszać, co na tym etapie przynosiło ulgę. Pod oknami szpitala przedzierały się tłumy pielgrzymów, śpiewali, krzyczeli, a ja czułam się jakby mi kibicowali. Kolejna dawka oxy. O 13 miałam dość, w głowie błagałam o cesarkę. Koło 13:30 kolejne badanie 3,5cm, skurcze mocne regularne i decyzja o przeniesieniu na sale porodowa. Zadzwoniłam do męża – od tamtej chwili byliśmy już razem. Poszłam pod prysznic, ruszałam się – było trochę lepiej. Ciągle miałam uczucie, że zaraz zwymiotuję, czułam się tragicznie. Pani D. uspokajała, że to dobry znak, że szyjka pracuje. Po jakimś czasie znowu ktg na leżąco – wykańczało mnie to, ale położna obiecała, że postara się, żeby to był ostatni zapis w takiej pozycji. Dałam radę. Później wybawieniem okazała się piłka, bujałam się na niej delikatnie a Mąż przy skurczach dzielnie masował plecy.

Koło 16 byłam już tak zmęczona, że miedzy skurczami przysypiałam. Skurcze były tak bolesne, że poprosiłam o znieczulenie. Cudowne uczucie! Mogłam się zregenerować i nabrać sił. Później lekarka zdecydowała o przebiciu wód płodowych. W tym czasie Mąż czytał Maluchowi książkę, słuchaliśmy muzyki, zjedliśmy kolację. Później udało mi się na chwilę zasnąć. Około 19:40 zaczęło puszczać znieczulenie. Czułam delikatne skurcze. Po badaniu wielkie zaskoczenie – pełne rozwarcie. Mamy 10 cm. Nie wierzyłam. Pani D. zmobilizowała mnie do wstania z łóżka i podpięciu KTG na piłce. Po wstaniu czułam jak wody się sączą. Druga faza zaczęła się o 19:50. O 20:40 położna wytłumaczyła mi co mam robić gdy poczuję parcie i zaprosiła mnie na łóżko. Byłam przerażona – jak to już !? Wydawało mi się, że nie jestem gotowa, że te skurcze nie są na tyle bolesne, żebym dała radę przeć. Wydawało mi się, że ból będzie mocniejszy, że będę wiedziała co mam robić, ale nie wiedziałam. Pierwsze parcie masakra, główka się cofnęła. Parcie. Maż tłumaczył mi co kiedy mam robić i to było moje wybawienie, bo ja zupełnie tego nie czułam. W pewnym momencie Pani D. zapytała czy chcę dotkną główki, zdążyłam tylko wykrzyczeć: nie! bo już czułam, że nadchodzi kolejne parcie.

I tak o godzinie 21:10 powitaliśmy Ksawerego.

sdm2

Poczułam jego cudowne ciepło na moim brzuchu i zakochałam się bez pamięci Wtedy dotarło do mnie że się udało, urodziłam! Pani D. poinformowała nas że pępowina przestała tętnić więc tata zabrał się za przecięcie, a później mogliśmy się tulić. Mały urodził się z wagą 3760g i 53cm wzrostu. Obwód główki 38cm. Rodził się z rączką przy buzi i był owinięty pępowiną. Niestety pękłam i zostałam nacięta. Później okazało się, że jest problem z urodzeniem łożyska. Bardzo mnie to zaskoczyło. Musieli zabrać Małego na chwilę, bo ból był tak mocny, że nie byłam w stanie go utrzymać. Dostałam oksytocynę i kolejną dawkę znieczulenia. Okazało się, że łożysko przykleiło się do tylnej ściany. Musieli łyżeczkować. Na koniec zafundowali mi jeszcze sprawdzanie blizny (wiedziałam o tym, że w szpitalu mają takie procedury). Później szycie, niby na znieczuleniu, ale i tak czułam każdy ruch.

Zaraz po szyciu Maluch z tatą wrócili z ważenia.

Nasza sala pustoszeje, zostajemy tylko my i nasze Szczęście. Później, przytulasy i pierwsze karmienie. Pani D. zagląda do nas, przynosi nam słodką herbatę i kolejną kolację. Koło 24 wędrujemy na 2 piętro. Dostajemy pożegnalnego buziaka od taty, cały potok wspaniałych słów od Pani D. i zostajemy w tę piękną noc sami. Ja i mój Syn. Patrzę na Niego jak spokojnie śpi, ja sama nie mogę zasnąć. Patrzę i ciągle się uśmiecham. Patrzę i wciąż nie wierze, że się udało.

Nasz magiczny czas!

Czy tak wyobrażałam sobie mój poród?

Nie.

Myśląc o nim wcześniej, nie chciałam indukcji, nie chciałam oksytocyny, nie chciałam rodzić w znieczuleniu. Chciałam urodzić jak najbardziej naturalnie.

Nie udało się. Sama z biegiem upływających dni zgodziłam się na indukcję, sama widziałam, że po każdej próbie odłączenia oksytocyny skurcze słabły i stawały się nieefektywne, więc godziłam się na kolejne dawki. Sama po wcześniejszej rozmowie z położną zdecydowałam się na znieczulenie. To były moje świadome decyzje, których dziś nie żałuję .Czułam że to mój poród i że to ja o wszystkim decyduję. Dzięki wiedzy zdobytej na grupie wsparcia, dzięki pełnemu zaufaniu mojej cudownej położnej i wielkiemu wsparciu mojego Męża czuję się spełnioną mamą moich cudownych Synów.

Dziś wiem, że poród drogami natury to niewyobrażalny ból, ale wiem też, że to jedyny ból który ma sens. Ból który prowadzi do najpiękniejszych chwil w życiu kobiety i daje spełnienie.

Ania

Cudowny vba2c Lilianny ♥ – Rzeszów Rycerska 18.12.2016

Autorkę i zarazem bohaterkę dzisiejszej historii możnaby utytułować mianem Miss Determinacji i Cierpliwości. To właśnie w ogromnej mierze dzięki tym dwóm przymiotom charakteru swojej Mamy mała Lilianna dostała szansę by wybrać sobie dzień i sposób swoich narodzin. A ja miałam ten zaszczyt, by w tych narodzinach uczestniczyć  ♥. Oto opowieść Eweliny – przygotujcie się na prawdziwy porodowy kalejdoskop emocji:

W PORPZEDNICH ODCINKACH…

Cofnjjmy się na chwilę do roku 2011. Pierwsza ciąża, termin na 2 października. Z usg syn wychodził większy o tydzień, toteż nie zdziwiło mnie gdy 24 września nadeszły skurcze regularne co 5 min i lekko bolesne. Ja, pierworódka, posłuchałam rad bliskich i pojechałam do szpitala. Na porodówce zbadano mnie, ale rozwarcia nie było więc przeniesiono mnie na patologie i tam spędziłam magiczne 3 nfz-owskie doby. Wypisano mnie 27 września, a jeszcze tej samej nocy ok godz. 2.00 wróciłam na porodówkę z 3cm rozwarcia. Dalej było typowo, rozwarcie nie postępowało, o godzinie 6 było 4cm, więc zdecydowano o oxy. Po oxy był hardkor, dostałam jakiś środek przeciwbólowy, potem gaz. W międzyczasie przebito pęcherz płodowy. Nie miałam siły się ruszać, mogłam tylko leżeć. Tak przeleżałam w bólach do 13.30. Następnie lekarz zbadał mnie i stwierdził 9,5cm rozwarcia. Ja już czułam parte, ale główka się nie wstawiła do kanału i zaczęły się spadki tętna. I tak po prawie 12h porodu wylądowałam na stole. Wtedy byłam wdzięczna że to koniec i że syn urodził się zdrowy. 3850g 56cm główka 34cm. Ja cesarke zniosłam dobrze ale czułam niedosyt.

Drugi poród to lipiec 2014. Termin miałam na 3 lipca wg om (wg usg 7.07), od początku do gina mówiłam, że chcę próbować naturalnie. Mówił, że zobaczymy, będziemy badać bliznę, i że najlepiej do terminu porodu i jeśli dziecko będzie nie za duże. Miałam się stawić u niego w dniu tp. Córka niestety przed terminem wyjść nie chciała. Poszłam więc na wizytę i usłyszałam: „To co, cesarka?” Koniec końców umówiłam się na szpital następnego dnia i cc na  dzień kolejny. Przy przyjęciu do szpitala ordynator dał mi jeszcze weekend na rozkręcenie, ale nic się nie działo a atmosfera szpitala działała na mnie depresyjnie. W końcu 8 lipca o godz. 10.35 urodziła się córka 3950g 60cm główka 36 cm. Wszyscy zarówno lekarze, położne oraz moi bliscy mówili, że dobrze się stało, że dziecko duże, że mógłby się powtórzyć scenariusz z pierwszego porodu. To na chwilę uleczyło mój żal do siebie, żal i niedosyt. Wtedy nie wiedziałam że można inaczej, że można lepiej, że można nie na zimno. Drugą cc przeżyłam gorzej i stwierdziłam, że nie chcę nigdy więcej.

Gdzieś po roku od drugiej cc, ktoś na grupie chustowej wspomniał o grupie Naturalnie po cesarce. Wiedziałam, że będziemy się starać o trzecie dziecko więc dołączyłam do tej grupy i od tej pory poszerzałam swoją wiedzę.
Post Basi, która urodziła naturalnie po dwóch cesarkach, i to w Rzeszowie (nie tak daleko ode mnie), dodał mi skrzydeł i wzbudził nadzieje. Jeśli jej sie udało to i mnie może – myślałam i od tamtej pory przygotowywałam sobie głowę na vba2c.

PROLOG
Cała historia zaczyna się 22 listopada 2016 r., kiedy to w 38tc udaję się na wizytę do ordynatora szpitala miejskiego w Rzeszowie – dr Ostrowskiego, któremu mówię, że chciałabym próbować urodzić naturalnie w jego szpitalu m.in. dlatego, że wszędzie indziej wszyscy chcą mnie ciąć. Doktor wypisuje skierowanie i zaprasza mnie w dniu terminu porodu.

Stawiam się więc w dniu terminu tj. 5 grudnia z uwagi na daleką odległość (100km – 1,5h jazdy), a także dlatego, iż jest to jedyny termin tylko z usg i niewiadomo czy był on dokładnie obliczony. W szpitalu na przyjęciu personel sympatyczny, zbadano mnie – szyjka miękka acz zamknięta, oraz zrobiono usg – dziecko waga 3500 główka 32 cm – dobra waga, można próbować. Na obchodzie ordynator mówi, że muszę uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż się rozkręcę, jako że po dwóch cc nie mogą silnie indukować. Rozsądne podejście- pomyślałam, a potem jak miałam, tak czekałam. W międzyczasie miałam skurcze ale były to tylko przepowiadacze, nie robiły nic konkretnego z moją szyjką. Czekałam i czekałam.. miałam dołki, z których na szczęście bliscy szybko mnie wyciągali, miałam też wsparcie w mojej douli ♥, która powtarzała, że to dla mojego dobra. Ciężko było mi tak czekać, gdy inne dziewczyny z sali rodziły a ja dalej leżałam, ciężko mi było bez moich dzieci, ale musiałam myśleć o tym trzecim w brzuchu i chciałam jej dać najlepszy start w życie. To była moja ostatnia szansa na poród naturalny. I nie mogłam się już wycofać.

Tak mijały dni, minął tydzień od terminu, minęło 10 dni. Cały czas miałam skurcze przepowiadające, bolesne, brzuszne, ładnie się pisały na ktg i tylko tyle.. lub aż tyle.. W środę (14.12.) natomiast zmieniły się.. przeszły na krzyż i zaczęły doskwierać mocniej. Z każdym dniem czułam je intensywniej jednak w piątek 16 grudnia badanie nadal nie pokazywało rozwarcia, a bez niego nie można było zrobić preindukcji foleyem.

Wszystko zmieniło się piątek wieczorem gdy odszedł mi czop. Skurcze krzyżowe przybrały na sile, przeszłam się więc na salę porodową, a tam po badaniu wyszło rozwarcie na 2,5 palca (5cm)! Ooo jaka radość – unikneliśmy balonika:) Skurcze były jeszcze znośne, więc chodziłam z nimi po korytarzu. Gdy zrobiły się bardziej intensywne, zadzwoniłam po doulę. Resztę nocy spędziłam to na piłce, to na łóżku, to na stojąco. Próbowałam wszelkich pozycji, lecz niestety – noc minęła a rano ordynator zbadawszy mnie oświadczył, że rozwarcie nie zwiększyło się i jako że jestem umęczona po nocy powinnam odpocząć i się posilić. Dzięki Bogu za tę decyzję. Bałam się, że będą chcieli próbować oxy.

AKT GŁÓWNY – Sobota 17.12.2016
Po całym piątku skurczy i dalej po całej sobocie, sobocie wypełnionej wielkim dołkiem i zrezygnowaniem, przyszedł wieczór. Jak zwykle wieczorem skurcze nasilały się, ale nauczona doświadczeniem poprzedniej nocy, położyłam się po prostu spać. Przyszedł jeden skurcz, i za chwilę przyszedł drugi. Nagle usłyszałam to charakterystyczne „pyk” i polało mi się na spodnie od piżamy. Ciepło i dużo tego było. Od razu zrozumiałam, że to wody i że to już to ta noc i że nie ma już odwrotu :) Ściskając uda poszłam na drugą stronę (na porodówkę) i zawiadomiłam położne. Nienajlepsza to była zmiana, ale nastawiłam się na współpracę, nie na walkę. Czułam że tak będzie mi lżej. Niepotrzebne mi były dodatkowe stresy gdy mnie bolało 😉
To była godzina 23.00.

Niedługo potem lewatywa i o północy ktg. Skurcze średnio bolesne, na ktg 30-40. Po ktg o 00.30 poszłam pod prysznic, a w międzyczasie zadzwoniłam po Magdę – moją doulę. Pod prysznicem skurcze nasiliły się, a gdy z niego wyszłam Magda już była. Położna dała piłkę i tak siedziałam na niej do godz. 01.50. Skurcze zrobiły się nieznośne, zaczęłam sie bać – ale nie bólu tylko porażki. Powiedziałam Madzi, że jak powtórzy się sytuacja z piątku, to nie chcę indukcji, to będę chciała cesarke.

Po wizycie w toalecie o 2.00 znowu ktg (co 2h zapis) i położna zaczęła mnie badać. ” 3 palce!” – mówi ucieszona, – „idzie, pani Ewelino, idzie.” Ja szybkie spojrzenie na Magdę, uśmiech i nowe siły przyszły 😀
Była godz. 2.30 jak skończyło się ktg i położna mnie zbadała, a tu 3,5 palca (7cm). Mówię do Magdy – dzwoń do męża niech przyjeżdża.

Od tej pory leżałam już na łóżku porodowym, raz na jednym raz na drugim boku, skurcze byly masakryczne… Pamiętam jak mówiłam w bólu „nieee, nieee chcee”, a Magda „chcesz, chcesz”. Miała rację. Chciałam tego tak bardzo, że nawet wtedy w bólach nie myślałam żeby się poddać. Byłam tak blisko przecież.

Gdzieś w międzyczasie pojawił się przy nas lekarz, młody pan sympatyczny doktor i po jego badaniu nagle się zrobiło 4 palce. W ciągu kilku minut, po paru skurczach słyszę „mała dłoń” (4,5 palców = 9 cm). Położna niedowierza, ale się cieszy, doktor też obudził się od razu 😀

Godzina 2.45 pełne rozwarcie, czuję jak puszcza pęcherz moczowy. Położna woła „ooo rodzi się” słyszę „przynieście zestaw”. Obniżają łóżko i zaczyna się drugi okres porodu.

Ściskam Magdy rękę i zaczynam czuć parcie. Położna zezwala, więc prę. Najpierw się drę, krzyczę, ale to nie działa. Położna mówi „nabierz powietrze jak do nurkowania i trzymaj i próbuj wypchnąć jakbyś kupę miała zrobić.” To działa… po kilku parciach słyszę, że idzie główka. Pytam czy mogę dotknąć… dotykam a tu włosy:) Nowe siły przyszły… przemy dalej… Słyszę, że krocze trzyma… Trzeba naciąć… Nacinają – nie czuję tego boleśnie… Słyszę „aha bo z ręką idzie” i za chwilę na ostatnim skurczu udaje mi się ją wypchnąć.

Lilianna rodzi się o godz. 3.10, 4 godziny od odejścia wód, na moich własnych skurczach, :) 3700g i 58 cm. Główka 33cm.

Kładą mi ją na brzuchu, a mnie zalewa fala euforiii… zaczynam płakać. Mówię „Boże udało się.. nie wierzę… Udało się. 😀 Cześć Lileczko, udało się wiesz?” Aż się zaczęłam zanosić z płaczu 😀 Gdy się uspokoiłam, spojrzałam na wszystkich… Ich miny – bezcenne! Wszyscy się uśmiechają… Położna… doktor… inne położne… nawet doktorka, która nie jest pro vbac, widzę, że się uśmiecha. Dziękuję Magdzie przede wszystkim, nie dałabym rady bez niej… mówię „mąż nie zdążył taki ekspres heh :D”

Przychodzi pielęgniarka od noworodków. Mówię „jeszcze nie”, trzymam za pępowinę i upewniam się, że już nie tętni. W międzyczasie rodze łożysko i śmieję się, że to taki placek 😉 Potem zabierają małą na chwilę do ważenia, Magda z nią idzie, a mnie usypiają, szyją i łyżeczkują. Sprawdzają też bliznę po cc, okazuje się (to po fakcie się dowiedziałam), że w jednym miejscu puściła, ale się nie rozeszła, i że sama się zrośnie.
Potem oddają mi Lilkę i cycamy się. Mała już na brzuchu szukała cyca, dałam jej wtedy polizać brodawke, teraz natomiast ładnie się przyssała.

15726986_10153962266217330_3298136280280290226_n
Ok godz. 5.00 dociera mąż, znowu płaczę ze szczęścia. Chwilę gadamy, mąż się wita z Lili, a mnie przewożą na dół na położniczy.
Przed godziną 7 odwiedza mnie położna Małgosia z którą rodziłam, znowu zalewają mnie łzy i przytulam ją w podziękowaniach. Widzę, że również się wzrusza. Mówi, że byłam dzielna, że pięknie słuchałam i że mi serdecznie gratuluje. Potem odwiedza mnie jeszcze ten młody lekarz, również uśmiechnięty od ucha do ucha. Rano zaś cała świta na obchodzie z ordynatorem na czele uśmiecha się i gratulacje składa. „Warto było czekać prawda?” pyta – oj warto :)

EPILOG
Miałam piękny poród. Tak jak sobie wymarzyłam tę chwilę narodzin Lili, tak się stało.
Na powodzenie mojego vba2c miało wpływ wiele różnych czynników. Moje nastawienie przede wszystkim. Moja cierpliwość i wytrwałość. Wsparcie jakie otrzymałam od mojej douli – dziękuję Madziu ♥ – doświadczona położna, personel provbac, a przede wszystkim lekarz, ordynator dr Ostrowski, który przynajmniej w moim przypadku się nie spieszył i dzięki temu dał mi maksimum szans na sukces. Jestem mu bardzo wdzięczna.
No i Lilianna.. jestem wdzięczna mojej córce, że była najmniejsza z moich dzieci, że ładnie się wstawiała i że chciała się urodzić właśnie tak jak się urodziła :)

Do was drogie vbaczki mogę tylko powiedzieć byście się nigdzie nie spieszyły i pozwoliły naturze działać. Czy to będzie sn czy cc, natura zawsze wie co robi. Pięknych porodów wam życzę. Takich jak mój. :)

W zgodzie z naturą, w zgodzie ze sobą – próba porodu drogami natury po 3 cc (Warszawa)

Wiele osób twierdzi, że poród po 2 cc to szaleństwo. A po 3 cc? Literatura naukowa na ten temat jest dość skąpa (całkiem niezłą kompilację badań w tym temacie, choć już troszkę starą, można znaleźć tutaj). Ale historie z życia pokazują, że to jednak możliwe – zobacz: http://naturalniepocesarce.pl/?p=607 i http://naturalniepocesarce.pl/?p=207. Cieszę się, że także w Polsce są lekarze, którzy gotowi są wesprzeć i otoczyć profesjonalną opieką kobiety pragnące podjąć próbę porodu naturalnego po 3 cięciach cesarskich. Oto opowieść Oli:

keep-calm-and-vba2c-on

Oto nasza historia: 1 poród czerwiec 2011- cc: żadnych wskazań do cc, ciąża po terminie więc skierowanie na wywoływanie, cewnik Foley’a,po nim rozwarcie na 2cm, następnego dnia 2 dawki oxy na leżąco, kiepskie ktg- tyle mi powiedziano i zgoda na cc. Synek Jaś 4370, 56cm, 10pkt.

Drugi poród grudzień 2012- cc: nie wiedziałam, że można inaczej, lekarz nawet nie pytał czy chcę sn, mówił, że jeśli się samo nie zacznie i przed tp to raczej cc. Po tp miałam się zgłosić na ip, tradycyjnie cewnik Foley’a a następnego dnia cc przy 4cm. Córka Kasia 3580, 54cm, 10pkt.

Trzeci poród listopad 2014r-cc: zaczynałam już myśleć, że nie chcę kolejnego cięcia, drugie cięcie ciężko przeszłam, brzydko mówiąc rzygałam całą cc. Szukałam opcji porodu naturalnego, nawet myśli o domowym były albo przynajmniej zaczekać na akcję skurczową. Chodziłam trzeci raz do tego samego ginekologa, był zbulwersowany, że jeszcze wymyślam po 2cc poród naturalny. Wtedy trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia – była jeszcze malutka i kameralna, ale już zapaliła mi się lampka, że muszę coś zrobić. Pojechałam na wizytę do dr Kajdy do Św. Zofii w 35tc. Wszystko było by ok, gdyby nie zaprosiła nas na usg: blizna 1,3mm. nie zgodziła się podjąć porodu naturalnego, wymagane były „magiczne” 2cm. Wróciłam do Lublina, ostatecznie czekałam na akcję skurczową, jeździłam na ktg, podpisywałam odmowy hospitalizacji, wysłuchałam jaka jestem nieodpowiedzialna, narażam na śmierć siebie i dziecko, to „ta” pacjentka. Mój gin też już myślał, że jestem po cc, kiedy zadzwonił. Ostatecznie 10 dni po tp urodziła się poprzez cc nasza córeczka Helenka(najmniejsza) 3540, 53cm, 10pkt. Wyszłyśmy na żądanie, bo już wiedziałam, że to nie mój szpital.

No i teraz najważniejsze- poród czwarty czerwiec 2016r. Mieliśmy już wspaniałą trójkę, ale wiedzieliśmy, że chcemy jeszcze dzieciątko. Nie chciałam długo czekać i wolałam okres pieluch szybko „załatwić” We wrześniu okazało się, że jest już mała fasolka jednak dłuuugo zwlekaliśmy o przekazaniu informacji najbliższym. Czas tak szybko leciał i było już Boże Narodzenie, 4-5 miesiąc a mój mąż dalej szukał stosownej okazji, żeby się pochwalić. W końcu po Świętach powiedziałam, że już brzuszek będzie widać, więc on postanowił zrobić to bardzo oficjalnie. W styczniu miał obronę swojego doktoratu i tuż po niej podziękował na auli KULu do mikrofonu swojej małżonce i czworgu dzieci Ciąża idealna, zero złego samopoczucia, żadnych dolegliwości. Wiedziałam, że do swojego ginekologa już nie wrócę, wiedziałam, że zgodzę się na cc, jeśli już wykorzystam wszystkie możliwości psn. Więc postanowiłam pójść na wizytę najbliżej na nfz do pani ginekolog. Bardzo miła, nigdy nic złego nie powiedziała, ale też nie chwaliłam się jej swoimi planami. Kiedyś tylko wspomniała, że jej koleżanka w Poznaniu urodziła sn po 3cc. Cały czas podczytywałam grupę, obdzwoniłam Wrocław (mam tam teściów, więc poród można było tam zorganizować), ale tam nie było chętnych na psn po 3cc. Ostatecznie została Wawa i Prezes dr Puzyna

Robiłam badania, wyniki super, żadnych suplementów nie brałam, byłam aktywna przy trójce bąbelków, żadnych przeziębień. Usg zrobiłam w 7 tyg dla potwierdzenia i lokalizacji ciąży- wysoko, poza blizną po cc- może dlatego brzuch dopiero w 6 miesiącu miałam mimo 4 ciąży. W 20 tyg pani dr na usg (inna usg wykonywała) skomentowała szczyt naszej nieodpowiedzialności, że 4 cesarka, że powinnam już zapomnieć o rodzeniu, że blizna cienka, pełno zrostów, że albo ja albo dziecko przeżyje (dr ze Świdnika- od razu wiedziałam że tam nie pojadę mimo że blisko mam). Wróciłam załamana, zapłakana i dopiero po kilku dniach mężowi o tym powiedziałam. Stwierdziliśmy, że ciąże donosimy ile się da i więcej usg nie robimy. Cieszyłam się każdym dniem z rodziną i mężem. Wiedziałam, że nie będę rodzić już w Lublinie.

Pojechałam do dr Puzyny na wizytę. Strasznie się bałam, nie miałam aktualnego usg, tylko wyniki bieżące. Był koniec maja, termin za 3 tyg- 19 lub 21 czerwca. Nic mi nie mówił termin, gdyż miesiączki normalnej nie było, tylko 2 nieregularne plamienia, bo do 6 miesiąca karmiłam córkę. Poza tym żadne z naszych dzieci przed ani w terminie się nie rodziły, więc termin nie istniał żaden dla mnie.

Dr Puzyna był zaskoczony. Najpierw nie wiedziałam, jak z nim rozmawiać. Zbadał, jako JEDYNY badał brzuch i powiedział, że dzieciątko nieduże, robił wywiad, kartę ciąży obejrzał, spytał o usg-nie mam. Miałam nawet całą dokumentację medyczna wyciągniętą ze szpitala z poprzednich cięć. Dużo pytał o moją motywację porodu naturalnego: po co, dlaczego, o przebieg poprzednich ciąż, powody cc. Nie było nic co do czego można by było się przyczepić. Nie dał mi odpowiedzi czy podejmuje się, tylko powiedział, że zaprasza mnie za 2 tygodnie z aktualnym usg. W tym czasie umówiłam się na usg do zaufanego lekarza w Lublinie i jeszcze innego też polecanego. Pierwszy oszacował dziecko na mniej niż 3 kg i bliznę na mniej niż 2mm (pt), więc byłam znowu załamana, że ta blizna jest taka cienka i pewnie w Wawie pożegnają mnie. Jednak nie dałam za wygraną i w pon po weekendzie pojechałam zrobić drugie usg- dziecko blisko 4 kg i blizna 5mm. Sama nie wiedziałam, co o tym myśleć. Wiedziałam na pewno, że usg się myli a intuicja mi mówiła, że blizna jest cienka, ale elastyczna i wytrzymała, tak jak przez tyle miesięcy porządnie nosiła maleństwo.

Niepewnie pojechałam do Wawy. Dr Puzyna nie był zachwycony moimi usg, ale przymknął oko i powiedział, że spokojnie czekamy. Najlepiej, żeby samo się zaczęło. Zbadał mnie, powiedział, że główka nisko i warunki powoli się robią, żeby rodzić. Wydał też pisemną zgodę na psn po 3cc „bez szaleństw”-tak dosłownie było Umówiliśmy się na wizytę we wtorek 21 czewrca- czyli termin. W poniedziałek zrobiłam kontrolne ktg, wyszło ok i zadzwoniłam do dr z zapytaniem czy mam przyjeżdżać i jak u mnie sytuacja. Cieszył się, że się odezwałam, wysłuchał i powiedział, że w sobotę, o ile nic się nie zacznie, mam przyjechać na wizytę z torbą do szpitala. Tak też było. Na wizycie bez zmian, cisza, szyjka lepiej trochę przygotowana, ale z racji 3cc i że po tp mam zostać już pod jego opieką. Wewnętrznie już byłam na to gotowa, chociaż wolałam być w domu przy dzieciach.

Przyjęto mnie w sobotę na oddział. Codziennie ktg, badanie itp., nic się nie działo. W poniedziałek zrobili mi usg i dr przerażony był, bo zobaczył dziecko ponad 4 kg. Codziennie zjawiał się dr Puzyna i ustalał ze mną plan działania. Ogólnie nastawienie lekarzy było pozytywne, ale niestety była jedna Pani dr, która na moje nieszczęście dyżurowała prawie codziennie i wywierała na mnie presję, że mam podjąć jakąś decyzję, że tak nie można, że jestem poza prawem i co ja tu sobie wyobrażam. Nie pomagało mi to, ale starałam się nie przejmować.

We wtorek minął tydzień od terminu porodu, dr Puzyna zaproponował cewnik, zgodziłam się, choć niechętnie, ale z racji już przeterminowania tak wyszło. No i wieczorem zaczęły się piękne skurcze. Nie były mocne ale pierwszy raz ich doświadczyłam. Nie mówiłam nikomu bo chciałam skupić się na sobie, liczyłam czas i były co 12-15min. Cewnik siedział i tak całą noc, więc napisałam do męża, że ma jechać do mnie (150km).

W środę obchód i znowu TA MIŁA Pani dr, wyjęli cewnik i mówią, że bez zmian. Powiedziałam, że skoro już jakieś skurcze były to chcę zaczekać, aż samo się rozkręci i dopiero następnego dnia coś planować. Wymuszała na mnie, że najlepiej jakbym nie jadła śniadania=cc i musiałam podpisać odmowę i oświadczenie, że nie wyrażam zgody. Tak też zrobiłam, ale jak wyszłam z gabinetu to emocje puściły, rozpłakałam się i skończyły się skurcze. Na szczęście był już mąż i w środę odpoczywałam. Jednak czuć było niezadowolenie personelu, że tak robię. Starałam się nie przejmować. Kilka skurczy się pojawiało, ale niestety bez szaleństwa. Zaczął tylko czop odchodzić.

W nocy ze środy na czwartek podłączono ktg już częściej. Maluszek był bardzo niespokojny, nie wiedziałam co się dzieje, tak kopał, że czułam, że coś nie tak. Na ktg o 1 w nocy było wysokie tętno dziecka, powtórzono ktg a potem zlecono stały monitoring. Od środy leżałam plackiem, zero toalety, bolała mnie cała miednica, bałam się cc na cito, bo chciałam, żeby mąż był przy mnie. Jednak na dyżurze był bardzo fajny dr, który uspokoił i powiedział, że coś się dzieje, ale mam być dobrej myśli.

W czwartek rano o 7 napisałam do dr Puzyny sms, że są komplikacje. Za 3 min wchodzi do mnie i rozmawiamy co dalej robić. Zaprosił mnie do zabiegowego, powiedział, że coś się dzieje, rosło też moje CRP i wyjaśnił, że trzeba powoli kończyć i jedyne co mi pozostaje to przebicie pęcherza. Spytał, czy się zgadzam. Przebił pęcherz i poleciały cieplutkie czyste wody. Pakowanie na porodówkę i dał mi czas do południa na rozkręcenie akcji. Ulżyło mi już z jednej strony, z drugiej już chciałam zobaczyć malucha. Miałam ktg, mogłam się poruszać, położna za wiele nie mogła pomóc, tętno było wysokie a rozwarcie nie ruszało. Ok.13 przyszedł dr Puzyna i powiedział, że już musimy ciążę zakończyć, skoro rozwarcie nie drgnęło przez tyle czasu, pozostaje mi cc. Pojechałam i w szybkim tempie na salę i znieczulenie. Dr sam wyraził chęć zrobienia mi cięcia. Podczas operacji był problem z wyjęciem malucha. Dziecko cały czas parło głową w kanał, kilku lekarzy musiało mi się położyć na żebra, żeby ją wydusić. To chyba był najgorszy moment. Tak się urodziła nasza trzecia córcia Pelagia- 4200, 56cm, 10 pkt. Śliczna, czarna, długie włosy, ze zduszonym noskiem i czołem, bo tak bardzo chciała wyjść dołem. Powód- ułożenie odgięciowe- parła twarzą i to było powodem, że nie wchodziła i nie rozwierała szyjki. Mąż ją dostał, a za chwilę miałyśmy kontakt skóra do skóry przez całe szycie. Dr Puzyna poszedł, kończyła szycie inna pani dr. Powiedziała, że w środku całkiem spoko . I na tym kończy się pozytywna opowieść o Św. Zofii.

Córce pobrali krew i okazało się, że ma już podwyższoną bilirubinę, zabrali ją na noworodki a ja zostałam sama na pooperacyjnej. Niestety takie oblężenie, że były marne szanse wjechać tego wieczoru na oddział. Płakałam do córki, bo brakowało mi jej kontaktu. Odciągnięcie siary graniczyło z cudem. Po 18 okazało się, że ostanie miejsce się zwolniło i wjadę na oddział. Przyjechały po mnie położne z łóżkiem i ta, która miała się dziś mną opiekować średnio mi się spodobała. Musiałam z łóżka na łóżko sama się zsunąć po 4h od zszycia brzucha. Trudno. Wjechałam na odział, instrukcje od położnej i że powoli wstajemy i wyciągamy kosmetyczkę i ręcznik pod prysznic- wow- w takim filmie jeszcze nie grałam. 6h ze stołu a tu każą się kąpać. Sama wstałam a położna pomogła dojść do łazienki, prysznic i już ok. Od razu chciałam pędzić do małej. Zaszłam i była już naświetlana. Godzina 22 a położne każą iść. Chciałam przystawiać córcię i karmić- „nic tam pani nie ma, proszę jej nie budzić, proszę iść odpocząć”-to usłyszałam. Powiedziałam, że jak Malutka wstanie to mają wołać mnie na karmienie. Niestety jak zachodziłam do niej to już córka była nakarmiona mm. Mimo, że w planie porodu i w osobnej zgodzie był zakaz dokarmiania mm. Położne nie były zadowolone, że przesiaduję z dzieckiem. Na szczęście w piątek okazało się, że może być naświetlana na materacyku w mojej sali. Nie było to wygodne z tym materacem, ale dawałyśmy radę. Nie miałam pokarmu, położne wystawiały hektolitry mm w dyżurce, dokarmiałam. Pediatra stwierdziła, że głodzę dziecko. To wszystko nie pomagało. W sobotę na dodatek pogorszenie, dodatkowe lampy od góry i kontakt z dzieckiem tylko na karmienie co 2-3h. Masakra. Już traciłam cierpliwość, chciałam do domu, do dzieci, do swojego łóżka. Na szczęście córcia w niedzielę sporo spała i naświetlała się. W poniedziałek na obchodzie powiedzieli, że nie będą robić jej badań, że dopiero we wtorek a wypis to jeszcze nie wiadomo. Byłam na skraju wyczerpania i zdecydowałam o wypisie dziecka na żądanie. Wielkie oburzenie, skrajna nieodpowiedzialność, „w Lublinie na pewno nie ma takich dr jak tu”. Więc stwierdziłam, że wolę być w lubelskim szpitalu z dzieckiem ale bliżej domu. Raptem zrobili jej badania i żółtaczka spadła, więc wyszliśmy. Obeszło się bez naświetlań w domu i mała wróciła do zdrowia.

I tak zaczyna się nasza przygoda z czwórką szkrabów. Mam 4 dzieci po cc. Każde inne i każde cięcie inne. Mimo 4cc nie żałuję tego, że pojechałam aż do Wawy rodzić. Cieszę się, że doświadczyłam choć minimalnych skurczy, że poczułam choć trochę, jak to jest, że dałam z siebie wszystko, aby pomóc przyjść Pelagii na świat. Wielkim wsparciem był mąż, cierpliwie słuchał tego, czego potrzebujemy, był podczas cc i mógł częściowo doświadczyć cudu narodzin, cudu życia, które daliśmy Naszej Córce. Jest całkiem inna od poprzednich dzieciaczków, my jesteśmy inni, to doświadczenie bardzo nas wzmocniło, dało mnóstwo siły. Starsze rodzeństwo jest wspaniałe w stosunku do Malutkiej. Teraz czujemy się prawdziwą dużą rodziną.

Chciałam serdecznie podziękować dr Puzynie. Lekarz z powołania, człowiek, który dał nam szanse przeleczyć poprzednie cc, umożliwił psn po 3cc!. Myślę, że bał się tak jak my, ale miał też ogromna wiarę. Jego stosunek do pacjenta, sposób w jaki ze mną rozmawiał, pozwoliły MI zadecydować (a nie dr-jak to większość decyduje za rodzącą) czego i jak ja chcę. Dzięki niemu, jego doświadczeniu, wiedzy i zaufaniu mamy zdrową córeczkę.

Szczególne podziękowania dla naszej Magdaleny Hul. Dzięki Tobie zobaczyłam, że można inaczej, że można mądrze i świadomie, w zgodzie z natura, w zgodzie z sobą.

PORÓD PO PRZEBYTYM CIĘCIU CESARSKIM (na podstawie wytycznych RCOG 2015)

AUTORKA: Aleksandra Lewandowskapart_1-2-2
Lekarz rodzinny, nauczyciel naturalnego planowania rodziny, członek Komitetu Upowszechniania Karmienia Piersią i Grupy Wsparcia Naturalnego Karmienia Piersią i Mlekiem Kobiecym, Dawczyni Krwi i Mleka Kobiecego. Mama wesołego synka i córeczki. Miłośniczka eco-life, slow-life, rodzicielstwa bliskości, wsi, rynków osiedlowych i jarmarków. Pasjonatka rowerów (całorocznie), eksperymentowania z dziećmi, karmienia piersią w różnych kulturach i wnętrzarstwa. Katoliczka.

W nawiązaniu do tematu przewodniego niniejszego portalu internetowego z zaciekawieniem przeczytałam artykuł z najnowszego numeru Medycyny Praktycznej – Ginekologii i Położnictwa o tytule jak wyżej. Zainteresowana byłam nie tylko z racji mojej fascynacji (zresztą na kanwie promowania wszystkiego, co naturalne) i zawodowym głębokim przekonaniem do pierwszeństwa porodów fizjologicznych nad zabiegowymi. Byłam ciekawa treści również ze względów osobistych – wszak sama mam „cesarską” przeszłość, a za kilka dni spodziewałam się porodu kolejnego dziecka (bez planowych wskazań do kolejnego cięcia).

Choć chcę się odnieść jedynie do tego właśnie artykułu, należy podkreślić, że ma on charakter wytycznych ustanowionych przez Royal College of Obstetricians and Gynaecologists z października 2015.

Artykuł rozważa wyniki badań naukowych stanowiących za lub przeciw porodom planowym drogą pochwową (vaginal birth after caesarean – VBAC) oraz elektywnym powtórnym cięciom cesarskim (elective repeat caesarean section – ERCS). Jest to niejako odzew na znaczny odsetek porodów zabiegowych (przykładowo w Walii, Irlandii Północnej i Szkocji w latach 2012-2013 wynosił kolejno 27,5, 29,8 i 27,3%). Tymczasem planowy VBAC stanowi bezpieczny klinicznie wybór dla większości kobiet, które przebyły jedno cięcie cesarskie w dolnym odcinku macicy, co ogranicza koszty finansowe oraz powikłania matczyne związane z wielokrotnym wykonywaniem tych operacji. W Australii zorganizowano specjalistyczne przychodnie położnicze ukierunkowane na opiekę nad kobietami, które przebyły cięcie cesarskie. Z założenia placówki te wspierają pacjentki w świadomym podjęciu decyzji o sposobie rozwiązania ciąży. W efekcie zwiększył się odsetek podjętych prób VBAC.

Planowy VBAC można zaproponować większości ciężarnych, które przebyły jedno cięcie cesarskie w sytuacji: ciąży pojedynczej, położenia podłużnego główkowego dziecka, po ukończeniu 37 tygodnia ciąży.

Przeciwskazaniami do VBAC: uprzednie pęknięcie macicy (zwiększone ryzyko powtórnego pęknięcia >=5%), cesarskie cięcie wykonane metodą klasyczną (zwiększone ryzyko pęknięcia macicy; cięcie w kształcie litery T lub J, niskie poziome nacięcie, znaczne, nieumyślne rozdarcie macicy stanowią wskazanie do zachowania szczególnej ostrożności przy podejmowaniu decyzji), ewentualnie powikłana blizna po uprzednim porodzie zabiegowym, inne bezwzględne przeciwskazania do porodu naturalnego, wcześniejsze operacje w obrębie macicy (ryzyko porównywalne co najmniej jak w przypadku VBAC), łożysko przodujące (ryzyko nieprawidłowego położenia łożyska wzrasta z kolejnymi cięciami cesarskimi).

Kobietom, które przebyły co najmniej 2 cięcia cesarskie można zaproponować poród drogą pochwową po konsultacji starszego położnika. Nie stwierdza się znamiennej różnicy w częstości pęknięcia macicy podczas porodu drogą pochwową po co najmniej 2 poprzedzających cięciach cesarskich.

Wskaźnik powodzenia VBAC po 2 cięciach cesarskich wynosi 71,1% (po jednym 72-75%), częstość pęknięcia macicy 1,36%, ryzyko powikłań jest porównywalne jak w przypadku powtórnego cięcia cesarskiego. U kobiet rodzących drogą pochwową po 2 przebytych cięciach cesarskich w porównaniu z kobietami po jednej takiej operacji większe są: częstość wycięcia macicy (56/10000 vs 10/10000) oraz przetoczeń krwi (1,99% vs 1,21%).

Kobiety planujące co najmniej 3 ciąże, które decydują się na ERCS należy poinformować o zwiększonym ryzyku powikłań operacyjnych (łożysko przodujące, łożysko przyrośnięte, konieczność histerektomii – wycięcia macicy), dlatego powinno się promować VBAC.

Do czynników zwiększających ryzyko pęknięcia macicy zalicza się: krótką przerwę między porodami (<12mcy), ciążę przenoszoną, wiek matki min. 40 lat, otyłość, niższą punktację oceniającą dojrzałość szyjki macicy w skali Bishopa, duże wymiary płodu (makrosomia), zmniejszoną grubość blizny (<2mm) po poprzednim cięciu cesarskim (ocena w USG). Jednakże czynniki te nie stanowią przeciwskazania do VBAC. Planowy VBAC wiąże się ze zwiększonym ryzykiem pęknięcia macicy wynoszącym 1/200 przypadków (0,5%) w sytuacji samoistnej czynności skurczowej i 0,54-1,40% gdy doszło do indukcji porodu.

Planowy VBAC i ERCS nie różnił się znacząco pod względem częstości przeprowadzonych histerektomii, występowania powikłań zatorowych, dokonywania przetoczenia krwi, występowania zapalenia błony śluzowej macicy. Próba VBAC zakończona niepowodzeniem w porównaniu z porodem drogą pochwową zakończonym sukcesem zwiększa ryzyko pęknięcia macicy (2,3% vs 0,1%), histerektomii (0,5% vs 0,1%), przetoczenia krwi (3,2% vs 1,2%) i zapalenia błony śluzowej macicy (7,7% vs 1,2%). Histerektomia była konieczna w 14-33% przypadków.

Podczas oczekiwania na samoistną inicjację planowego VBAC w 40 tygodniu ciąży odnotowuje się zwiększone ryzyko zgonu wewnątrzmacicznego o dodatkowe 10/10000 przypadków. Nieznana jest przyczyna tego zjawiska. Zgony okołoporodowe (wewnątrzmaciczne lub noworodka) w sytuacji planowego VBAC wynoszą 4/10000 (0,04%), z czego 1/3 jest spowodowana pęknięciem macicy. ERCS koreluje z ryzykiem zgonu okołoporodowego 1/10000 przypadków. Ryzyko zgonu okołoporodowego dziecka w związku z pęknięciem macicy podczas VBAC  określono na 4,5% lub 2-16% zależnie od badania.

Ryzyko zgonu matki w przypadku VBAC jest równe 4/100000, w ERCS 13/100000. Po ERCS w porównaniu z planowym VBAC występuje zwiększone ryzyko przejściowego tachypnoe (zwiększona częstość oddechów/min) u noworodków (4-5% vs 2-3%) oraz zespołu zaburzeń oddychania (0,5% vs <0,5%).

Powtarzanie ERCS koreluje ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia łożyska przodującego, łożyska przyrośniętego i powikłań operacyjnych (np. histerektomii) podczas następnej ciąży i następnego porodu.

Kobiety po co najmniej jednym porodzie pochwowym są w grupie zwiększonej szansy powodzenia VBAC na poziomie 85-90%. Przebyty poród drogami natury stanowi niezależny czynnik zmniejszający ryzyko pęknięcia macicy.

Indukcja porodu, nieprzebycie w przeszłości porodu drogą pochwową, BMI przekraczające 30, cięcie cesarskie wykonane z powodu zahamowania postępu porodu lub zagrożenia życia dziecka, poprzedni zabieg wykonany ze wskazań nagłych (szczególnie w przypadku indukcji porodu zakończonej niepowodzeniem) są związane ze zwiększonym ryzykiem niepowodzenia VBAC. Stwierdzenie wszystkich czynników ryzyka pozwala oszacować, że VBAC zakończy się powodzeniem w 40% przypadków. Większą szansę powodzenia natomiast dają: wysoki wzrost matki, rasa biała, wiek poniżej 40 lat, BMI mniejszy od 30, ciąża przed 40 tygodniem, urodzeniowa masa ciała <4kg. Szansę tę zwiększają też samoistna inicjacja porodu, potylicowe wstawianie się główki dziecka, wyższa wyjściowa punktacja szyjki macicy w skali Bishopa.

W sytuacji porodu VBAC indukowanego/stymulowanego dochodzi do 2-3 krotnego zwiększania ryzyka pęknięcia macicy i ok. 1,5 krotnego zwiększenia ryzyka cięcia cesarskiego. Poród indukowany mechanicznie (amniotomia-nacięcie błon płodowych, cewnik Foley`a) jest związany z mniejszym ryzykiem rozejścia się blizny niż przy zastosowaniu prostaglandyn.

Planowy VBAC przed terminem porodu ma podobny wskaźnik powodzenia jak planowy VBAC w terminie porodu, ale obarczony jest mniejszym ryzykiem pęknięcia macicy.

Jak to zwykle w medycynie bywa, decyzje co do postępowania klinicznego zawierają w sobie zarówno szansę, jak i ryzyko. Sztuką jest dokonać rozsądnego, „chłodnego” bilansu. W chwili obecnej jestem już niestety po dwóch cięciach cesarskich, jednak artykuł dał mi cień nadziei…

Bajka o cesarzu Nikodemie i VBAC-owej księżniczce Łucji (Krapkowice)

Dziś zapraszam Was do lektury porodowej bajki, która zdarzyła się naprawdę. Jej autorką i główną bohaterką jest Magdalena:

Mówi się, że życie to nie bajka. Dobrze jednak, że wiele naszych historii kończy się happy endem.

Moja historia rozpoczyna się nie dawno, dawno temu, ale w 2012 roku, nie za siedmioma górami, za siedmioma lasami, ale w małej miejscowości o nazwie Kędzierzyn-Koźle. Pojawi się w niej także Wrocław, a finał rozegra się w KRAPKOWICACH.

10 sierpnia 2012 roku, w dniu urodzin mojego męża, wykonałam pierwszy w moim życiu test ciążowy. Ku naszej nieopisanej radości wyszedł pozytywny. Nie przeczuwając, że coś może pójść nie tak, nie biorąc pod uwagę żadnego czarnego scenariusza, zaczęliśmy przygotowania do zbliżającego się porodu. Z domu wyniosłam przekonanie, że ciąża to nie choroba, a poród w sumie nie swędzi, ale można to przeżyć. Lekarza prowadzącego wybrałam we Wrocławiu, bo miałam po drodze, idąc na uczelnię. Podobało mi się też to, że ośrodek wyglądał super nowocześnie (samo odkażająca się deska klozetowa, karta ciąży w formie regularnie aktualizowanego wydruku, pani doktor, która cytologię ciężarnych wykonywała patyczkiem, a nie szczoteczką, aby nie drażnić niepotrzebnie wrażliwej szyjki, jednorazowe plastikowe wzierniki, delikatne i dokładne badania itp.). Porodu we Wrocławiu jednak nie planowałam. Około 30 tygodnia ciąży zmieniłam lekarza prowadzącego na takiego, który pracuje w szpitalu, w którym chciałam rodzić. Koleżanka całą sobą zachwalała Krapkowice, więc nie namyślając się długo, zapisałam się na wizytę. I tu sielanka się skończyła. USG – mina lekarza nie dająca żadnych złudzeń – ułożenie pośladkowe. Czułam głowę synka pod żebrami po prawej stronie cały czas. Ani przez myśl mi nie przeszło stresowanie się tym faktem. Założyłam, że będę rodziła naturalnie i koniec kropka. Słowo cesarka przewijało się jedynie na stronach internetowych, gdy czytałam sobie różne różności na temat porodu. Gdybym ćwiczyła, żeby pomóc synkowi odwrócić się, gdybym szukała lekarza, który pomógłby mi urodzić pośladki, gdyby… Płakałam na myśl o operacji niemal do dnia porodu.

Nadszedł dzień planowanego cięcia cesarskiego. Nie miałam żadnej wiedzy na temat cesarki na zimno. Zaufałam lekarzowi, bo to dobry fachowiec. O 9:00 stawiłam się na oddziale. Położna zbadała mnie na tyle brutalnie, że miałam ochotę odgryźć jej rękę. Czy miała być to dla mnie kara, że przychodzę sobie na planowaną cesareczkę? Nie chciało mi się wtedy tłumaczyć, że ja nie z tych, co to chcą się ciąć na życzenie. Myślałam jedynie o moim synku. KTG przestraszyło położne, bo synek się nie ruszał. Mnie ani na chwilę nie opuszczało przeczucie, że z synkiem wszystko dobrze i po prostu sobie śpi. Położna, która właśnie została przyjęta do pracy, założyła mi wenflon (auuuuu!!!) i cewnik (jeszcze większe auuuuuu!!!). Z obolałą ręką i szczypiącą cewką moczową czekałam na planowany zabieg (operacja jak nic!). Atmosfera była miła. Bardzo mi ulżyło po strzale w kręgosłup (znieczulenie wykonane fachowo i naprawdę bezboleśnie) – w końcu zapomniałam, że mam ten wstrętny cewnik. Ruszałam sobie stopami, sprawdzając, kiedy traci się czucie. Personel się przestraszył, że mam jakieś zaburzenia. Ech, nerwowi wszyscy. Nagle usłyszałam słowo nóż. I wtedy dopiero oblał mnie zimny pot. Chciałam uciec jak najdalej i jak najszybciej. Takiego strachu dawno nie czułam – a jeśli to będzie bolało? Na szczęście nic nie poczułam – znieczulenie działało jak należy. Następne było przewalanie brzucha – bo: „Przecież pani musi jakoś urodzić.” Nie czułam, że rodzę. 11 kwietnia 2013 roku o godzinie 13:12 wyciągnięto ze mnie moje maleństwo, które niczego się nie spodziewało. Do tej pory bardzo dziwnie się czuję, gdy mówię, że urodziłam synka. Położna przystawiła mi go do ust, żebym go mogła chociaż pocałować. Tego ciepłego, mokrego ciałka na moich ustach nie zapomnę do końca życia. Chociaż taka rekompensata za to, że nie leżał na moim brzuchu w kontakcie skóra do skóry. Łatali, łatali, a w międzyczasie słyszałam tylko okrzyki: „57 cm, 3200 g, 10 punktów” i już wiedziałam, że moje maleństwo jest całe i zdrowe. Tylko to się liczyło. Po przewiezieniu na salę położnic, przystawiono mi synka do piersi. I tak karmimy się już prawie 40 miesięcy. Nie miałam ani depresji, ani nawet baby blues. Nie miałam sobie za złe, że dałam się pociąć dla mojego synka. Nie rozpamiętywałam cięcia, ale wiedziałam, że za drugim razem będzie inaczej, będzie po mojemu.

Minęły trzy lata. Postanowiliśmy z mężem (no dobrze, przekonałam męża), że postaramy się o drugie dzieciątko. Przecież lepiej dla synka, jeśli nie będzie jedynakiem. Jakoś we wrześniu (przy 3-latku dokładne zapisywanie i analizowanie co, kiedy i dlaczego, raczej nie wchodzi w grę) wykonałam ponownie test ciążowy. Radość ogromna – znowu zdany pozytywnie. Jako że nie mogłam się doczekać, aby ujrzeć bijące serduszko, umówiłam się na wizytę do lekarza w okolicach 6 tygodnia. A tu niespodzianka – worek owodniowy niby jest, ale jakiś taki niekształtny. Zarodka brak. Dostałam receptę na sztuczny progesteron i kolejna wizyta za dwa tygodnie. Mieliśmy wrócić z radosną nowiną do synka i teściów, a tu takie średnie wieści. Czułam się tak jakbym była trochę w ciąży. Całe szczęście po dwóch tygodniach worek przybrał kształt jak należy, a serduszko biło jak dzwon. Odetchnęliśmy z ulgą. Ciąża, podobnie jak poprzednia, przebiegała książkowo. Czułam się doskonale. Wyniki laboratoryjne miałam tak dobre, iż lekarz nie dowierzał, że to na pewno moje. Pracowałam do 36 tygodnia ciąży. Tym razem wzięłam od razu byka za rogi i już zawczasu kręciłam biodrami oraz wykonywałam wszystkie ćwiczenia skłaniające dziecko do przyjęcia położenia główkowego. Udało się, mimo iż lekarz stukał się w czółko, gdy mu o tym mówiłam (lekarze wierzą w to, co przebadane i udokumentowane). Nie przejmowałam się tym, tylko robiłam swoje. Już na pierwszej wizycie powiedziałam, że będę rodziła naturalnie. Lekarz stwierdził, że jeśli nie będzie przeciwwskazań, to będę mogła podjąć próbę porodu siłami natury. Bardzo irytujące jest to, że to ktoś ma nam pozwolić lub nie próbować urodzić. Jakie próbować?! Ja nie urodzę?! To się przekonacie, że dam radę. Blizna na finiszu niby 2 mm, ale jednak 1,4 mm, nie, w sumie 3 mm – grunt, że jest ciągła. Jak tu nie oszaleć? Dzieciątko ma masę? No właściwie to nie wiem, bo lekarz mówi tylko, że nie za duże. W dniu porodu z USG wychodzi 3450 g. Pan doktor zarządził, że akcja ma ruszyć sama. On leków naskurczowych nie poda, ponieważ blizna może nie wytrzymać. Daje mi 8 dni po terminie i mam się zgłosić do szpitala.

Robię wszystko: piję liście malin, łykam kapsułki wiesiołka, dużo chodzę, wieszam firanki, sprzątam jak oszalała, męczę męża do upadłego, czytam pozytywną literaturę porodową, stosuję akupresurę i co? I cisza. Jakieś lekkie skurczyki pojawiały się na chwilę, by zniknąć na kolejne kilka godzin. Traciłam powoli nadzieję, że cokolwiek samo się zacznie. Postanowiłam więc odpuścić i się porządnie zrelaksować. Pię dni po terminie wzięłam pod pachę męża oraz synka i poszliśmy na duże zakupy. Pochodziłam po sklepach trzy godziny. Przy kasie stwierdziłam, że teraz mogę rodzić, ponieważ mam już na pewno wszystko. Następnego dnia położyliśmy się z synkiem spać o 13:00, ponieważ kontynuowaliśmy lenistwo przed zbliżającą się godziną zero. O 14:30 obudził mnie ból jak na miesiączkę. Trzy skurcze w odstępach kilkunastu minut. Ogarnęłam się troszkę i nagle poczułam jak ciepły płyn spływa mi po nogach. Płacz, śmiech przez łzy, radość, euforia, szok, lekki stres, trzęsące się nogi – to wszystko dopadło mnie na raz. Nie wiedziałam, czy już jechać, czy może jednak zrobić lewatywę w domu, a czy nogi dobrze wydepilowane, czy wszystko spakowane, czy synek poradzi sobie beze mnie w nocy sam z babcią, czy nadejdą prawdziwe skurcze, jak to w ogóle będzie??? Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. Synek poganiał mnie, żebym przypadkiem nie urodziła siostrzyczki w domu. Ostatecznie przywołałam się do pionu, wzięłam szybki prysznic, przejrzałam spakowane rzeczy, wycałowałam synka na do widzenia i ruszyliśmy.

W samochodzie sprawdzałam za pomocą aplikacji częstotliwość skurczy. Były co 8-10 minut. W szpitalu weekendowy popołudniowy spokój. Przyjęto mnie na ginekologii, uzupełniono papierologię, zbadano mnie (0,5 cm rozwarcia, szyjka nie w osi, twarda), zrobiono KTG i USG, założono mi ten nieszczęsny wenflon (mimo mojego buntu, tego dnia byłam spokojna i poprosiłam tylko o chwilkę na znieczulenie miejsca wkłucia – wysmarowałam się kremikiem z lignokainą) i przeprowadzono na porodówkę. Tam nastąpiła zmiana warty (ucieszyłam się, bo nowy personel okazał się milszy). Podpisałam też zgodę na lewatywę jako metodę indukcji porodu i zgodę na nacięcie krocza (o oxy i zzo mogłam zapomnieć, ponieważ w tym małym szpitalu nie mają zbyt często do czynienia z vbac i troszkę się boją, że coś może pójść nie tak). Ucieszyłam się, że tak naprawdę, to czeka mnie całkowicie naturalny poród. W sali zgaszono nam światło, położne przychodziły co jakiś czas sprawdzać puls dzidziusia i od czasu do czasu fundowano mi masaż szyjki (położna robiła to na skurczu, natomiast pani doktor – kiedy popadnie bardzo, bardzo niedelikatnie). Wody nadal się sączyły, skurcze nadchodziły prosto z kręgosłupa co 2 minuty albo i częściej. Czułam jakby mnie na kole łamano. W pewnej chwili zdecydowano, że podadzą mi domięśniowo coś na rozwieranie szyjki. W sumie to nikt nie pytał mnie o zgodę, ale ja wnikliwie o wszystko dopytywałam. Położna przyniosła mi dmuchaną piłkę, co okazało się wybawieniem dla moich lędźwi. Przypomniałam sobie rady koleżanki, żeby na skurczach skakać na piłce, a między skurczami kręcić biodrami. Kręcenie było bardzo relaksujące, o ile w 30 sekund można się zrelaksować, natomiast na skurczach wcale nie uśmiechało mi się skakanie.

Z czasem już nic nie dawało ulgi w bólu: ani stanie, ani chodzenie, ani leżenie. Przygotowałam się na długie godziny męki, a tu nagle położna każe mi powiedzieć, kiedy będę czuła parcie główki. Troszkę mnie to rozbawiło, bo naprawdę nie liczyłam się z tym, że za chwilę wejdziemy w drugą fazę porodu. W międzyczasie miałam zrobioną lewatywę i rzeczywiście, od tego momentu czas stanął dla mnie w miejscu. Niby nadal wszystko kontrolowałam, ale zupełnie inaczej, jakbym wyszła z siebie i stanęła obok. Położna założyła swój fartuch rodem z rzeźni i przygotowała niezbędne akcesoria. Ja poczułam bóle parte (nie można ich pomylić z rozwierającymi, o co też się bałam). Kazano mi się położyć na lewym boku i przeć. Coś mocno zapiekło – to główka przechodziła przez szyjkę. Później jednak miałam odwrócić się na plecy. Skurcze parte miałam króciutkie i nieefektywne. Wrzeszczałam jak opętana. Drapałam siebie i męża, gryzłam się po rękach. Nagle spojrzałam w dół – zobaczyłam czubek główki – nadal wydawało mi się, że to niemożliwe, że to jeszcze długo potrwa, bo przecież druga faza może trwać i trwać. Położna wzięła do ręki nożyce. Wrzasnęłam: „Błagam, nie!” Pani doktor stwierdziła, że możemy poczekać i zobaczymy jak będzie, ale mogę popękać i coś tam, coś tam. Główka to wychodziła, to się chowała. W końcu skapitulowałam. Samo nacięcie nie bolało, bo było robione na skurczu, ale szycie… Znieczulenie nie złapało tak jak trzeba, więc dobrych kilka szwów miałam zakładane na żywca – oj, krzyczałam wtedy okrutnie.

Po nacięciu moja kochana córeczka wyskoczyła jak z procy 12 czerwca 2016 roku o godzinie 00:45. Od razu znalazła się na moim brzuchu. Jej mokre i ciepłe ciałko przylegało do mojego ciała. Gdy pępowina przestała tętnić, dumny tatuś ją przeciął. Tuż po tym, mała znalazła się przy piersi i zaczęła ssać. Przez kolejną godzinę trwałyśmy w nieprzerwanym kontakcie skóra do skóry – nawet podczas szycia oraz oceny malutkiej przez neonatologa (dyszka Apgar). Dopiero po tym czasie położna szybciutko zważyła (3526 g), zmierzyła (56 cm) i ubrała małą. Córeczka mogła spokojnie wrócić do mnie. Po ponad dwóch godzinach przeszliśmy na salę położnic. W przeciwieństwie do nocy po cc, tym razem nie musiałam oddawać dziecka położnym. Nie spałam. Adrenalina nadal działała. Towarzyszyła mi radość i euforia. Czułam bezgraniczną miłość do mojego męża, moich dzieci, wdzięczność dla personelu i tysiąc innych pozytywnych uczuć.

madzia

Pragnę przeżyć to jeszcze raz. Nie pamiętam już bólu przewidzianego przez naturę (I i II faza porodu), a jedynie szycie na żywca po sn, czy pierwsze wstawanie po cc. Na szczęście w miarę upływu czasu nawet te przykre wspomnienia blakną i zacierają się, a w sercu rodzi się pragnienie posiadania coraz większej, kochającej się, wspaniałej rodziny.

Szczególne podziękowania kieruję dla całej grupy NATURALNIE PO CESARCE. To wspaniałe być dopingowaną podczas porodu przez kobiety z różnych zakątków, nie tylko Polski. Dziewczyny, jesteście wielkie!

madzia2

Już zawsze chcę rodzić naturalnie! (Wrocław)

Historia Kasi, która rozegrała się półtora roku temu w jednym w wrocławskich szpitali – naturalny poród po cięciu cesarskim wykonanym z powodu wysokiego prostego stania główki. Oto opowieść spisana niedługo po tym porodzie:

Było tak, że w piątą dobę po terminie byłam już przygotowana na sobotnie stawienie się w szpitalu na Kamieńskiego we Wrocławiu na zaleconą kontrolę ze skierowaniem, która najprawdopodobniej oznaczałaby zatrzymanie mnie na oddziale patologii, czemu nie zamierzałam się sprzeciwiać. Należę chyba do osób, którym pobyt w szpitalu daje poczucie bezpieczeństwa. Poza tym, miałam już troszkę dość toczenia kuli. Zwyczajnie chciałam poleżeć, ułożyć arbuza na miękkim łóżku i czekać :] Niewiele wskazywało na zbliżający się poród, w zasadzie nic. Czułam się nie gorzej niż wcześniej, skurcze przepowiadające prawie zaniknęły. Stan taki trwał już od dobrego tygodnia, troche się martwiłam o ruchy dziecka. Naprawdę, sama nie wierzyłam, że ruszy się samo, godziłam się w myślach na lekką próbę oksytocynową, albo od razu cc.

W czwartek około północy zaczęło mnie kręcić jak na okres, ledwo. Patrzyłam na zegarek, nic nie  mówiąc ani mężowi ani stacjonującej u nas w pogotowiu dla córki Anielki mamie. Po czwartym czy piątym skurczu w odstępie pięciu minut postanowiłam pogadać z mamą, która poradziła obudzić męża. Zebraliśmy się na spokojnie, wzięłam prysznic, ogoliłam nogi, skurcze ledwo ledwo dalej, pojechalismy słuchając muzyki i śmiejąc się z tego co nas czeka. Na izbie młyn, ja uśmiechnięta, spotykam mojego prowadzącego, prosi o cierpliwość, bo okropny przypadek, spoko, czekam 😉 Zbadano mnie po dwóch pacjentkach z większymi bólami (miałam już rozwarcie na 2-3 cm i nadal czułam się bardzo dobrze). Dopiero wtedy położne się dowiedziały, że jestem po cięciu i chcę rodzić naturalnie drugie dziecko. Wow, naprawdę nie myślałam, że to może robić na ludziach tak pozytywne wrażenie :) Czułam się nawet trochę skrępowana, bo nie uważałam tej decyzji za bohaterską… dlaczego? Teraz mogę się i Wam przyznać;) – szczerze powiedziawszy, liczyłam w duchu na cesarkę:] Cieszyłam się na postępującą akcję, że Kazik w brzuchu czuje, że szykuje się zadyma, że nie będzie zdziwiony, ale liczyłam na powtórkę z rozrywki, na słynną „tendencję do wysokiego prostego”, które zakańcza poród na bloku operacyjnym przy pełnym rozwarciu z powodu niezstępowania główki do kanału rodnego. Powiem więcej, ja napawdę nie wierzyłam, że mogę urodzić… przez całą ciążę chyba… no i mnie za ten pesymizm srogo „pokarało” :] Trafiłam na ekipę, która wzięła mnie za rogi, nie zważając na nic (poza dobrem moim i Kazika), doprowadzili dziecko na ten świat jak Pan Bóg to stworzył w pierwotnym zamyśle:]

Rozwarcie poszło piorunem (wtedy już bolało, ale mniej krzyczałam niż dwa lata wcześniej na oksytocynie;) Około czwartej odczułam pierwsze bóle parte. Okazało się, że rzeczywiście mam tendencję do wysokiego prostego, zostałam zapewniona dość szybko, że nie będę katowana, w razie czego jedziemy na blok. Ufff, pomyślałam i trochę lepiej mi się znosiło kolejnych parę skurczy, po których mieliśmy „zobaczyć jak będzie”. Po tych paru skurczach kazano mi poczekać jeszcze parę, położna wykazała się wobec mnie stalowymi nerwami, prosiłam o blok operacyjny już po każdym skurczu… nie byłam dzielna;) Byłam nieznośna i sama sobie spuściłabym manto w kilku momentach. Bycie położną to jest naprawdę jakaś supermoc, wiedziałam to po ostatnim porodzie, teraz wiem to jeszcze bardziej.

Faza parta trwała ponad dwie godziny, praktycznie przez cały czas była ze mną położna, Violetta Juda (znałam ją zresztą, dwa lata wcześniej asystowała mi przy dużej części rodzenia córki Anieli), mój lekarz prowadzący, dr Artur Wysocki, i dr Katarzyna Tomczyk, którą dopiero poznałam. Nie wykupowałam porodu na wyłączność, a czułam się jak gwiazda :] To oczywiście żart, ale naprawdę, to chyba nie jest porodowy standard – zapierałam się na lekarzu z jednej i położnej z drugiej strony, naprawdę pocili się razem ze mną i śmiało mogę powiedzieć, że na moim VBACu zależało im bardziej niż mi samej :]

Kazimierz przyszedł na świat 19.09.2014. Ważył 3660g, 590 g więcej od swojej starszej siostry. Wyszedł w niezłym stylu, wystawił najpierw pyszczek zamiast czubka głowy, zaraz po tym okazało się, że trzyma rączkę wysoko przy uchu, a na domiar wszystkiego rączka ta przywiązana jest do jego szyjki pępowiną, która przyprawiła go o nieco siny kolor 😉 Odkręcony z tego swojego sznurka wylądował mi na pustym już prawie brzuchu… nie leżał tam długo, ale wystarczy. Byłam jak oczadziała, cała się trzęsłam, dziękowałam, nie wierzyłam w to co się stało tym bardziej, że wcześniej mało wierzyłam, że stać to się może.

Kazik dostał 9 pktów, leży właśnie obok spokojny jak Aniołek, a ja mam łzy w oczach i dziękuję Bogu i wszystkim, którzy mi pomogli, za to, że mogę teraz o tym opowiadać…

Już zawsze chcę rodzić naturalnie!

Pozdrawiam Was i życzę większej niż moja wiary lub/i takich ludzi, jakich ja spotkałam na swojej drodze do porodu naturalnego.
Kasia

To nie poród uczynił mnie matką, to moje dzieci to zrobiły (Mikołów – Zabrze)

Dziś historia Kasi ze specjalną dedykacją dla wszystkich wspaniałych kobiet, których pragnieniem było urodzić naturalnie, ale musiały podjąć decyzję o cięciu cesarskim dla dobra swojego dzieciątka.

Poród? Tylko w domu. Całe swoje życie byłam przekonana,że tak urodzę. Ba, nawet wiedziałam w jakiej pozycji i gdzie. Co będzie robił mój maż. Widziałam siebie, czułam ten wysiłek, przeżywałam tą radość głaszcząc się po brzuchu w pierwszej ciąży. Ze wsparciem bliskich mi osób przygotowywałam się do tego wyjątkowego dnia. Wszystko było gotowe, wyprasowane, przygotowane. Torba do szpitala spakowana, bo moja położna powiedziała,że musi być, „na wszelki wypadek”. Ja w mojej głowie nie widziałam takiego wypadku.

Termin mijał, ten pierwszy, drugi. Minął ten i mój. Ze łzami w oczach jechałam do szpitala. Już wiedziałam, że bez pomocy się nie uda, ale pocieszałam się myślą,że kolejne urodzi się już w domu.
Czas w szpitalu się dłużył,ale udało się. Pojawiły się pierwsze niewinne skurcze. W głowie mantruję „Chcę mocniej,chcę bardziej. Z każdym skurczem jestem bliżej Ciebie kochanie ty moje”. Po kilku godzinach skurczy decyzja,że to „koniec”. Przegrałam z samą sobą. Ze łzami w oczach podpisywałam „zgodę do cc”. Wszyscy mówili,że za chwilę będzie Malutka a ja w głowie miałam wyliczankę komplikacji dla mojego dziecka po cc: Astma, Alergia, Zaburzenia SI. Płakałam najpierw ze smutku… Przez łzy patrzyłam na zegar 16, za 2 min usłyszę moją córeczkę. 16.02 płaczę ze szczęścia, bo już jest. Szybki całus, ciepło jej policzka, aksamit skóry pamiętam do dziś. Ją zabierają a ja odpływam.
Pierwsze dni są trudne. Zmagam się z zespołem popunkcyjnym, dochodzą skoki ciśnienia. Ból uniemożliwia mi opiekę nad dzieckiem. Muszę, walczę ze sobą. „Nie urodziłam Cię, ale Cię wykarmię”. Antosia jest małym ssakiem. Dam radę, postaram się na 110%,żeby poprawić jej życie po cc. Muszę. To nie jej wina,że tak się urodziła. To ja i moje ciało nie daliśmy rady.
18.11 Tosia kończy 7 miesięcy a ja przez telefon słyszę „Beta 800″. O matko, będę mamą. Urodzę, zrobię wszystko. Dzwonie do koleżanki położnej i mówię „Jestem w ciąży!!” Ona milczy i po chwili mówi,że nie wierzy. Ustalamy, który lekarz będzie pro VBAC po takim czasie. 8 miesięcy to czas przygotowania znowu do porodu siłami natury tym razem ma się spełnić marzenie o porodzie w wodzie. Ostatni miesiąc to czas intensywnych przygotowań, tym razem coś się dzieje, czuję,że macica pracuje delikatnie. Tym razem nie zawiodę. Przygotowuję się do porodu z doulą i położną.Mam masaże relaksacyjne, akupresure, akupunkture, piję herbatki, łykam kapsułki, wizualizuję,mantruję, oczyszczam umysł i ciało.
Ostatni trudny moment to spakowanie torby. Rzeczy poukładane na łózku, które wystarczy włożyć do torby. I wtedy coś pęką we mnie…Nie.. To nie wody płodowe, to łzy. Wróciły wspomnienia… Wtedy torbę pakowałam na” wszelki wypadek”, dzisiaj, bo muszę iśc do szpitala. Doula cierpliwie słucha moich smutków, które wylewam przez telefon i pociesza… Nie ocenia… Po prostu jest.
Mój czas znowu mija. Czuję,  że coś się dzieje, tym razem się uda… Ostatni tydzień jestem w kontakcie z położną. Pociesza i wspiera. Upały tego lata są potworne, proszę moją córkę,żeby już wyszła. Niestety forma dobrowolna na nią nie działa. 6.45 wkraczam w chłodne mury szpitala. Czas się skończył, ale probujemy jeszcze ją zachęcić. Położna się śmieje,że mała dostała pierwszy balonik. Chodzę i po godzinie od założenia cewnika zaczynają się pierwsze skurcze. Ok, zaczynamy… W głowie wizualizuję córkę, jak ją przytulam, próbuje oddychać. marzę o przyjęciu pozycji, w której będzie mi wygodnie, ale nie mogę, bo wtedy cewnik nie zadziała, więc się ruszam. Położna pyta czy mam skurcze. mówię, że nie, coś tam delikatnie ciągnie. Ona chwilę obserwuje i mówi, że „Tak”. No to skoro ona tak mówi, to pewnie tak jest. Marzę o wannie, ale jeszcze nie teraz, za wcześnie. Kolejne badania wskazują na postęp. Cudownie, uda się, idziemy do przodu. Siedzę na worku sako, Pojawiają się w końcu warunki do porodu. I słyszę tętno mojego dziecka. BumBum, bumBuum, Buuum,Buuuum… O nie tylko nie to – pomyślałam. Wtedy w mojej głowie pojawiła się myśl „szybko, ratujmy ją”. W sekundę byłam pogodzona z tym, że to koniec. Poczułam, że ona jest najważniejsza i nie chcę jej stracić. Marzeń mogę mieć wiele, ją tylko jedną. To nie poród uczynił mnie matką, to moje dzieci zrobiły. Pierwsza córka nauczyła mnie kochać całym sercem, bezwarunkowo. Druga nauczyła mnie,że miłość się mnoży nie dzieli.
Choć nie było łatwo, bolało i przelałam wiele łez to dzisiaj myślę nie o tym co straciłam a o tym co zyskałam. Pamiętam jak obie pachniały, jak na mnie patrzyły, jak delikatnie kwiliły, jak się przytulały… Nie chcę z tych dni pamiętać niczego więcej…
Chcę pamiętać tylko to jak rodziła się miłość do moich córek.

Zawsze do celu – VBA2C (Rzeszów)

Historia Basi to opowieść o niezwykłej wytrwałości i determinacji w dążeniu do celu. To historia, która uczy, że jeśli mocno się czegoś pragnie, warto szukać wsparcia, nie zrażając się niepowodzeniami i trudnościami – nawet jeśli jest ich całe mnóstwo. Zapraszam do lektury z chusteczką w dłoni – wzruszenie gwarantowane:)

Moja historia zaczyna się w 2008 roku. W 41 tygodniu pierwszej ciąży, zaczyna się powolna akcja porodowa. O godzinie 9.15 zostaje (bez mojej zgody) przebity pęcherz plodowy, odpływaja zielone wody… porod nadal nie postępował i o godz.12.15 przyszła na świat moja córka przez cc. Po operacji położna przytuliła malutką do mojego policzka, patrzyłam chwilę jak jest badana a nastepnie została zabrana na oddział noworodków. Oliwkę dostałam dopiero następnego dnia.

W 2013 roku kolejna ciąża. Moja pani doktor od początku namawiała na kolejne cięcie. Jedyny argument: szkoda się męczyć bo po cc i tak mam małe szanse aby urodzić. Nie mając wiedzy na ten temat, zgodziłam się. Myślałam, że tak bedzie lepiej, bezpieczniej. Jednocześnie było mi przykro, że już nigdy się nie dowiem jak to jest urodzić naturalnie. Ostatnia wizyta u lekarza prowadzącego w 39tc – dostalam skierowanie do szpitala i wskazówkę, aby na ip powiedzieć, że boli mnie w miejscu blizny. W rzeczywistości nic mnie nie bolało i dziś żałuję, że poszłam na to cc zupełnie na „zimno”. Przeżyłam koszmar, bałam się, denerwowalam… Wszystko działo się za szybko… przygotowanie, sala operacyjna, znieczulenie. Niestety, mimo kilku wkłuć w kręgosłup wszystko czułam – w ostateczności dostałam znieczulenie ogólne. Obudziłam się i nie wierzyłam, że jestem już po… Na sali pooperacyjnej czekał na mnie mąż z moim malutkim synkiem. Następnego dnia samodzielnie zajmowalam się dzieckiem. Wszystko dobrze znioslam, ale wystąpiło u mnie okropne powikłanie po znieczuleniu- popunkcyjne bóle glowy.

O tym, że jestem w ciąży po raz trzeci zorientowałam się bardzo wcześnie. Niestety, na początku lekarz podejrzewał ciążę pozamaciczną. To był dla mnie ogromny stres. Jak się okazało ciąża była prawidłowa, lecz bardzo wczesna (nie widoczna na usg). Zmienilam lekarza i już na pierwszej wizycie zapytałam czy będę musiała urodzić przez cięcie cesarskie? W odpowiedzi usłyszałam, że poród naturalny po dwóch przebytych cieciach jest bardziej ryzykowny, musi być monitorowany, ale jeśli wszystko jest dobrze, można próbować. Uznałam, że to całkiem normalne. Można rodzić po 2cc -świetnie, super. Zaczęłam szukać więcej informacji i trafiłam na stronę naturalniepocesarce. Czytałam, wszystkie historie udanych vbac-ów, nawiązałam kontakt z kobietami, którym udało się urodzić po 2cc. Decyzja byla trudna, ale od poczatku nastawiłam się, że podejmę próbę.

Ciąża przebiegała książkowo. Lekarz ,,zaakceptował,, moją decyzję, a ja byłam spokojna. Z mężem ustaliłam, że podczas podczas porodu towarzyszyć mi będzie doula – Ania. Od pierwszego spotkania była moim ogromnym wsparciem. Czułam, że mogę na nią liczyć. Dwa miesiące przed terminem porodu mój lekarz prowadzący przestał przyjmować w przychodni do której chodzilam. Nie miałam z nim kontaktu. Udałam się na wizytę do przypadkwego lekarza z wolnym terminem. Z gabinetu wyszlam z łzami w oczach. Od młodej pani doktor, usłyszałam jaka ja to jestem nieodpowiedzialna… że pęknie mi macica, a jak urodze do brzucha, to nikt nie uratuje ani mnie ani mojego dziecka. Czułam się okropnie, chciałam się poddać… Całe szczęście miałam wsparcie męża, Ani oraz Madzi z naturalniepocesarce, która zawsze służyła dobrą radą .

Postanowilam skontaktować się jeszcze z innymi lekarzami i wszędzie słyszałam to samo: za duże ryzyko, nie wiemy jak zachowa się macica, nikt się tego porodu nie podejmie, 2cc jest wskazaniem do 3cc itp. Byłam już w 37/38tc a nawet nie miałam pomysłu gdzie rodzić, aby nie walczyć z calym personelem medycznym. Ania i Madzia doradziły mi kontakt z ordynatorem jednego z rzeszowskich szpitali, gdzie były już próby porodów po 2cc. Nie umawiałam się na spotkanie, spontanicznie pojechałam do szpitala i zapukalam do gabinetu ordynatora. Byłam zdenerwowana, obawiałam się tej rozmowy z powodu wczesniejszych doświadczeń. Tym razem moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebne. Doktor Ostrowski bardzo poparł moją decyzję, a nawet się z niej ucieszył. Poznał moja historię położnicza i powiedział, że jak najbardziej mogę próbować rodzić „dołem”. Poświęcił mi sporo czasu, zalecił wykonywanie ktg po 39tc i wytłumaczył jak bedziemy postępować. Na koniec dodał, że z moim dobrym podejściem, nastawieniem to musi się udać. Miałam w sobie tyle wiary! Bylam szczęśliwa:-)

Tydzień przed terminem zrobiłam zapis ktg i poszlam skonsultować go z lekarzami. Zobaczyli w karcie ciąży, że jestem po 2cc i się zaczelo… Powiedzieli, że stan po cieciach jest wskazaniem do 3cc i mam przyjąć się do szpitala. W tym momencie do gabinetu wszedł dr Ostrowski – do swoich kolegów powiedział: „Tej Pani nikt nie „potnie”, bo bardzo zależy jej na porodzie sn”. Podkreślił, że to dobra decyja a nie jakas fanaberia:). Zapis ktg uznał za wzorowy. Razem z młodszym lekarzem zrobili mi usg blizny na macicy. Wyglądała na mocną i grubą co też mnie ucieszyło – 3,4mm. Ordynator kazał wracać do domku, bo nie ma sensu mnie stresować pobytem w szpitalu. Po 40tc zalecił wykonywanie ktg co dwa dni i jesli zapis będzie prawidłowy, a akcja wczesniej się nie rozpocznie do szpitala powinnam się zgłosić 7dni po przewidywalnym terminie. Znów byłam pełna optymizmu.

W dniu terminu z OM, 11.02 pojechałam wykonać ktg po czym udałam się skonsultować zapis. Nie bylo milo… Postraszyli i uznali moje zachowanie za nieodpowiedzialne. Powiedzieli, ok, nikt na siłę Pani nie wykona cc, ale mam byc w szpitalu pod stałą opieką. Najgorsze byłlo to, że ordynator miał w tym czasie urlop i nie miałam sie kogo doradzić. Nie chciałam bez konkretnego powodu leżeć w szpitalu, zostawiając w domu dzieci. Po rozmowie z mężem, Anią oraz dziewczynami z grupy wsparcia postanowiłam stosować się do zaleceń dr Ostrowskiego i spokojnie czekać w domu. Robiłam ktg i wszystko bylo dobrze.

7 dni po terminie a u mnie nic się nie działo… byłam przerażona pobytem w szpitalu. Był piatek, ordynator z urlopu miał wrócić w poniedziałek. Jakoś jemu najbardziej ufalam i to jego chcialam zapytać co dalej? Postanowiłam, że pójdę na prywatną wizytę do lekarza, aby sprawdzić dokładnie czy wszystko dobrze z moim dzidziusiem. Całe szczęście, ktg, przepływy, łożysko – wszystko prawidłowo. Szyjka zgładzona, rozwarcie na 1 palec i główka nisko. W sobotę rano odszedł czop śluzowy, nic wiecej się nie dzialo i resztę weekendu spokojnie spędziłam w domu:-)

22.02.2016r.

Pojechałam do szpitala na ktg. Zapis był trochę zwężony… Decyzja ordynatora – spokojnie poczekać do wieczora i przyjąć się do szpitala. Wyjaśnił, że to dla naszego bezpieczeństwa. Zastosowalam się do jego zaleceń. Zostałam przyjęta na porodowkę. Wykonano badania, ktg, usg itp. Rozwarcie na 1palec, główka nisko i cisza…

23.02.2016r.

Rano na obchodzie lekarze zaproponowali mi cewnik foleya. Zgodziłam się. Od godz.9 chodziłam już z balonikiem. Miałam nadzieje, że wszystko się rozkręci. Cały czas spacerowałam, chodziłam dużo po schodach „w dół”. Starałam się zrelaksować pod prysznicem, słuchałam ulubionej muzyki. Odczuwałam jedynie pojedyncze, nieregularne skurcze i lekkie rozpieranie. Tej nocy nie mogłam długo zasnąć… bylo mi smutno, tęskniłam…

24.02.2016r.

4.30 rano – obudziłam się „mokra”. Wstalam, poszłam do toalety – wtedy chlusnęły wody płodowe i wypadł cewnik foleya. Poszłam do położnej, zrobiła mi ktg a skurcze pisały się słabiutko. Ja czułam tylko napinanie się brzucha. Lekarz (tem sam, który mierzył mi wczesniej bliznę) po badaniu powiedział, że połowa porodu za mną. Rozwarcie na trzy palce, a główka bardzo nisko. Z usg wychodziło, że synek będzie ważył 3700g. Z racji gbs+ dostałam antybiotyk i zostałam przygotowana do porodu. Zadzwoniłam do męża, opowiedziałam jak się sprawy mają , a następnie po Anię.

Później była zmiana położnych… a szkoda. Zostałam przywitana słowami: kto to widzial rodzić po dwóch cieciach? Wody odeszly, skurczy nie ma, proszę sie tak nie upierać przy tym porodzie naturalnym! Nie ma też co liczyć na aktywny poród! Jak to poprowadzic?Musimy monitirowac ktg! – tak się zaczęła nasza współpraca.

Czas na obchód lekarzy. Ordynator po tym jak mnie zbadał, zalecił misodel na „rozkręcenie” akcji. Pozostali, młodzi lekarze patrzyli na mnie jak na „przybysza z innej planety”. Szeptali sobie coś miedzy soba… Zrobilo mi sie przykro i byłam po prostu smutna. Dr Ostrowski, Ferenc i jeszcze jeden, którego nazwiska nie pamiętam dodali mi otuchy słowami, że wszystko bardzo ładnie postepuje, nie mam się czym martwić tylko się uśmiechać . Chciałam sie odciąć od klimatu szpitala. Złapałam telefon, sluchawki i zanim zdążyłam założyc je na uszy, położna krzyczy: „Proszę odłożyć telefon do torby, nie bedzie potrzebny. Wie Pani jakie to szkodliwe? Nie może Pani myśleć tylko o sobie!” Pozostawiłam to bez komentarza. Włączyłam radio w telefonie, poszłam na spacer – po korytarzu i usłyszałam motywujace słowa piosenki NPWM „Zawsze do celu”:

To jest ten dzień

To jest ta chwila

Głęboki wdech

To niepowodzenie już przemija

Odparty lęk

Przecież potrafisz wygrywać

Dawaj do przodu

Wyciągnij dłonie i to zdobywaj

Nieprawdą jest to, że mówili nie dasz rady

Nieprawdą jest to, że nie możesz zostać wygranym

Nieprawdą jest mówienie: marzeń nie osiągniemy

Bo to jest w twojej głowie

To od Ciebie zależy

Potrafisz wierzyć?

Potrafię!

Więc dalej walczę

A założenie ze każdy powinien mieć szansę

A Gdy upadniesz pamiętaj – razem wstaniemy

Jeśli nie tym razem to pofarci się następnym

Nie pierwszy raz mówię, że wiara daje wsparcie

A wygranym jest już ten, który staje na starcie

Nie ważne czy pokażesz zapis wyników

Ważne ile potu wylałeś tu na treningu

Do celu masz niewiele tak

A gdy upadniesz

Pomogę ci wstać

Po prostu walcz

Nie poddawaj się

To może być twój szczęśliwy dzień (…)

Pomyślałam, że to jest MÓJ SZCZĘŚLIWY DZIEŃ i daje z siebie wszystko. Byłam zrelaksowana i poczułam się jeszcze lepiej bo pojawiła się Ania. Czas miło upłynął nam na rozmowach, chodzeniu po schodach i korytarzu. Nie musialam leżeć pod ktg, polozna co 15 minut  słuchała tętna dziecka. Cieszyłam się, bo skurcze były coraz mocniejsze. Na poczatku nie robiły wrazenia, a później musiałam już opierać się o barierki. Ania masowala mi plecy oraz przypominała o rozluźnieniu i oddychaniu. Między skurczami chciało mi się śmiać bez powodu:-) Chichotalam sobie:). Proponowano mi znieczulenie (kilka razy nawet) – nie potrzebowalam go.

Skurcze się nasilały a ja poczułam zmeczenie. Położna zaproponowała piłkę. Usiadłam z głową opartą na łóżku, odpoczełam i przysypiałam. Ania na skurczach nadal masowala mi plecy co łagodzilo ból, który był już naprawdę powalający. Położna powiedziała, że mogę iść pod prysznic, a za pół godziny zostane zbadana. Godz.12.30 -myślałam, że braknie mi sił, aby dojść pod ten prysznic i modliłam się, aby zdążyć przed skurczem. Bylam bardzo zmęczona, Ania polewala mnie wodą a ja wydawałam z siebie różne dźwięki. Nie krzyczałam, starałam sie rozluźnić ciało ,,pojękujac jak przy dobrym seksie „.  W głowie wiedziałam, że ten ból nie zrobi mi krzywdy, on zbliża mnie do mojego dziecka i nie mogę przed nim uciekać. Woda troszkę przynosiła ulgę, ale już pod koniec zaczęłam mówić o znieczuleniu.

Z pomocą Ani wyszłam z pod prysznica,poczulam. Kolejny mocny przyplyw… Uklękłam w łazience opierajac ręce na krześle. Chciałam tam zostać, w takiej właśnie pozycji, tak podpowiadalo mi moje ciało. Niestety musiałam w jakiś sposób dojść na sale porodowa.Tam czekała pani doktor, która miała mnie zbadać. Płakać mi się chciało na myśl, że muszę położyć sie na łóżku. Po badaniu, lekarka kiwnęła twierdzaco głową w stronę położnej i usłyszałam, że jest pełne rozwarcie!

Położna dokładnie opowiedziała co mnie czeka i jak mam się zachować. Parłam kiedy czulam potrzebę. Nie było łatwo, ale wkładałam w to wszystkie swoje siły. Czułam jak dziecko schodzi w dół. Położna chroniła krocze a ja nie mogłam wyprzeć główki bo byłam coraz bardziej zmęczona. Zgodziłam się na nacięcie krocza i po kolejnym skurczu zobaczyłam główkę synka między nogami! Uczucie cudowne, niedoopisania! Urodziłam go, z rączką przy buzi godz.13.10, 3350g mojego szczęścia! BYLAM NAJSZCZESLIWSZA! Później jeszcze łożysko, które po raz pierwszy widziałam Ogarnela mnie euforia!

Ordynator przyszedł osobiscie mi pogratulować:-) Chwalił, ze pieknie rodziłam . Ania zadzwoniła do mojego męża z radosną nowiną . Szyta byłam w znieczuleniu ogólnym. Zbadana została też blizna i wyłyżeczkowana jama macicy. Obudziłam się i BYŁAM Z SIEBIE DUMNA . Czułam sie doskonale przytulajc do piersi swojego synka. TO BYL MÓJ SZCZESLIWY DZIEŃ.

IMG_20160323_205319

DZIĘKUJĘ za pomoc w  osiągnięciu mojego celu. Dziękuję Ani, która była przy mnie, Madzi za każde dobre słowo, rady i oczywiście dziewczynom z grupy wsparcia.

„Skąd się u Pani wzieła taka mądrość?” (Warszawa)

15 dni po terminie, mimo okresowej tachykardii w zapisie KTG, z pomocą cewnika Foleya i 2 dawek oksytocyny, mimo odejścia zielonych wód płodowych podczas akcji porodowej – szczęśliwy VBAC – z wiarą, że się uda, z dużą świadomością po stronie rodziców, ze spokojnym wsparciem personelu, bez popędzania i straszenia. Oto inspirująca historia porodu Anny:

Moją historia rozpoczyna się w czerwcu 2013 roku, kiedy to na świat przyszedł mój syn Szymon. Od początku było wiadomo, że będzie on dużym chłopcem – wyprzedzał wszystkie terminy i wymiary o 2-3 tygodnie. Byłam przygotowana na wcześniejszy poród, ale niestety nic na niego nie zapowiadało.. Gdy minął 7 dzień od terminu postanowiono zostawić mnie już do końca na oddziale patologii ciąży. Przyjęto mnie w piątek, bezczynnie i bezowocnie przeleżałam weekend. W poniedziałek wykonano powtórnie wszystkie badania i podjęto wstepną decyzję – „Syn jest za duży, by urodziła go Pani sama”. Dodatkowo było już 10 dni po terminie, no więc trzeba ciąć. Wtedy stchórzyłam i zgodziłam się na cc. Teraz poczekałabym chociaż do pierwszych oznak porodu. I tak po 11 dniach od terminu na zimno przyszedł na świat Szymon – 4804g/63cm szczęścia. Dostał 9/10 w skali Apgar – przez cc nie mógł się rozprężyć i miał kłopoty z oddychaniem. Zabrano go na OIOM noworodkowy gdzie saturacja wykazywała ok. 60%. Ja mogłam zobaczyć syna dopiero po 24h gdy było już lepiej. Wtedy też mogłam go pierwszy raz nakarmić (wcześniej bez mojej zgody karmiony był mm). Już wtedy wiedziałam, że będę robić wszystko, by drugie dziecko przyszło na świat siłami natury i nie powtórzyła się ta sytuacja. Mimo, że nastepnego dnia po cc czułam się już całkiem nieźle, nie chciałam przeżywać tego drugi raz.

Gdy w styczniu tego roku dowiedzieliśmy się z mężem, że po raz drugi zostaniemy rodzicami, bardzo się ucieszyliśmy :) Moja ciąża przebiegała bardzo podobnie do pierwszej – przynajmniej na początku. Tym razem byłam od początku nastawiona na poród siłami natury. Wszystko szło zgodnie z planem. Malutka od początku rosła książkowo a terminy porodu z OM i USG różniły się zaledwie o 4 dni, więc żadna różnica :) Wiedziałam, że w związku z tym żadne cc nie wchodzi w grę. Mimo to kazano mi zgłosić się na kwalifikację do porodu siłami natury do ordynatora szpitala, w którym zamierzałam rodzić. Pan doktor był jak najbardziej za moją próbą vbac – „Córka nie jest duża, jeżeli Pani chce proszę próbować – cesarkę zawsze zdąrzymy zrobić”. Te słowa bardzo podniosły mnie na duchu :) Około 36tc podczas rutynowego badania USG okazało się, że Młoda ma za mały brzuszek w stosunku do reszty ciała – podejrzewano hipotrofię i kazano powtórzyć badanie za tydzień. Na szczęście po tygodniu wszystko się unormowało i nie groziło nam cc.

I tak rosłyśmy sobie kolejne tygodnie (znaczy córka rosła, bo ja nie przytyłam w ciąży ani kilograma :P) aż przyszedł termin porodu. Do tego czasu chodziłam na badania KTG, które wskazywały, że wszystko jest w porzadku. Gdy minął tydzień od terminu OM po raz pierwszy kazano mi się zgłosić na oddział patologii ciąży.. O nie, nie.. nie położyłam się, po co? Skoro wszystko jest OK, mogę równie dobrze przyjeżdżać na KTG z domu i czekać na rozwój akcji a nie leżeć bezczynnie na oddziale. Tak też było, KTG co dwa dni. Wyniki zaczynały być coraz gorsze, prawie za każdym razem na badaniu Młoda szalała – tętno wskazywało 160-180 ud/min. Postanowiono, że tym razem bezpieczniej będzie jeżeli już się położę na oddział i będę pod stałym „monitoringiem”. Była niedziela – 12 dni po terminie OM (8 z USG). Ja oczywiście dalej nie chciałam nawet słyszeć o cc. Na patologii znów KTG i znów tachykardia – decyzja: jedziemy na porodówkę poobserwować. Spędziłam noc na sali porodowej podpięta pod KTG – przerwy na siusiu, co ok. 3godziny. Dalej tachykardia. „Może Pani iść na górę po najpotrzebniejsze rzeczy, do rana tu zostajemy”.

Cały czas pisałam z Mężem i relacjonowałam mu co się dzieje, by w razie czego mógł przyjechać. Martwiły mnie te wyniki KTG, jednak co jakiś czas Młoda uspokajała się i zapis był prawidłowy – byłam więc pewna, że po prostu przeżywa ze mną nową sytuację, w której się znalazłyśmy. W poniedziałek rano zapadła decyzja, że wynik obserwacji jest na tyle dobry, że mogę wracać na patologię na obchód. Tu pojawiła się jedyna położna, która była na tyle „miła” i chciała mi ulżyć w cierpieniach proponując cc – „oo duże ryzyko, nic się nie dzieje, ja bym poprosiła na Pani miejscu o cięcie..” Tak, tak.. nie po to walczymy tyle czasu, by się teraz tak po prostu poddać. Na szczęście to była jedyna osoba, która chciała zrujnować moje plany o udanym vbacu.

Na obchodzie na patologii pojawił się mój ukochany ordynator, który kwalifikował mnie do porodu SN. Wyniki morfologii się polepszyły (całe dwie ciąze miałam anemię), więc jeżeli nadal chcę próbować rodzić sama, to powoli spróbujemy się przygotować. Mamy jeszcze chwilę czasu do soboty (wtedy mijały 2 tyg. od terminu USG – taki trochę deadline, ale ordynator nie użył słowa „cesarka”). Przygotujmy szyjkę cewnikiem.

I tak o 14 założono mi cewnik Foleya (zero rozwarcia, szyjka twarda, długa na 2,5cm). Niezbyt przyjemne doświadczenie rurki między nogami, ale czego się nie robi dla dziecka :) Pojawiły się skurcze – dość bolesne, ale do wytrzymania i nieregularne – no ale zawsze to coś. Odszedł czop. Na KTG dalej co jakiś czas tachykardia, ale już z przewagą dobrego zapisu. Noc przespałam. Rano o 9 następnego dnia (wtorek – 6.10) zdjęto cewnik. Szyjka dalej długa, ale już mięciutka i rozwarcie na (naciągane) 2 palce – więc cewnik spełnił swą funkcję – przygotował szyjkę na indukcję oksytocyną.

Zadzwoniłam po Męża – „Przyjeżdzaj na porodówkę, będziemy indukować”. O 14 zeszłam na dół na porodówkę, gdzie miła Pani położna przywitała mnie słowami: „Oo Pani z 10.10, córka na pewno czeka do Pani urodzin i chce Pani zrobić prezent :)”. Dostałam salę i czekałam na Męża. Ten po drodze zabrał wszystkie moje i córy rzeczy z patologii – „Już tam Pani nie wróci – wymęczymy Was do końca ;)”.

O 16 dostałam pierwszą dawkę oksytocyny. Miałam być podłączona na 6 godzin na razie i zobaczymy co dalej. Mój organizm od początku pięknie reagował, nawet na najmniejszą dawkę – pojawiły się skurcze, jeszcze nie jakieś super bolesne, ale rozwarcie nie specjalnie rosło. Cały czas był ze mną Mąż, cały czas słuchaliśmy muzyki i na skurczach śpiewaliśmy – było wesoło i na luzie. Swoją drogą szanty i piosenki dziecięce są bardzo fajne do śpiewania zamiast krzyczenia na skurczach 😉 Bardzo też pomagało skakanie na piłce na skurczach – które już były coraz bardziej bolesne. O 23 odłączono oksytocynę – skurcze dalej były, więc super – coś tam się jednak dzieje. Rozwarcie – ledwie na 3 palce i to tak na ścisk. Decyzja: odpoczywamy i zobaczymy co będzie rano. W nocy dalej skurcze, ale mniej regularne i trochę cichły. Udało mi się przespać i zregenerować siły. Mąż spał na podłodze – on się bardziej nie wyspał niż ja. Rano skurcze już nieznaczne. Przyniesiono śniadanie, ale nie pozwolono mi go jeść do obchodu. O ósmej obchód. „Co robimy?” – „Dajemy drugą dawkę oxy, przebijamy pęcherz (po 6h), ja biorę Panią, trochę ją zmęczę, poćwiczymy i niech rodzi” – powiedziała z uśmiechem położna. „No dobra do północy Pani urodzi :)”. Gdy wyszli położna ze mną została, kazała się umyć, zjeść śniadanko i jak będę gotowa to dać znać to zaczniemy działać.

O 9 podłączyła mi drugą dawkę oksytocyny. Od początku skurcze były bardziej bolesne niż wcześniej (to dobry znak – pomyślałam), nawet piłka przestała dawać ulgę. Ale jeszcze szło wytrzymać. Na KTG zapis w miarę prawidłowy i regularne skurcze :) Uda się! O 11 przyszła położna, sprawdzić co tam u nas słychać z rozwarciem. Położyłam się na łóżku i trach! – „to chyba wody?” – „no chyba tak, zielone ale to nic, kobiety, które rodzą w 38tc też nieraz takie mają – jest OK :)” Rozwarcie: takie słuszne 4 cm. Więc coś się dzieje :) Jeszcze wytrzymałam z pół godziny skurczy i poprosiłam Męża, by zamówił mi znieczulenie. Przyszła Pani anestezjolog, zrobiła obszerny wywiad (wyśpiewałam Pani odpowiedzi na pytania do piosenki „Mam tę moc” :P) i podała znieczulenie (brr okropność ale za to jaka ulga). Poleżałam sobie troszkę i odpoczełam – nic mnie nie bolało a rozwarcie rosło :) Przyszła Pani położna – „Jak będzie Pani czuła parcie, proszę wołać”. OK.

Nie minęło 5 minut jak krzyczałam do Męża, by wołał Panią Wiolę. „To co, rodzimy? Lekarz powiedział, że do której Pani urodzi? Do północy? To działamy”. Kazała podnieść nogę do góry i spróbować przeć. Taaa gdybym jeszcze wiedziała jak 😛 „To ma być parcie, chyba na prawdę chcesz urodzić o północy” – powiedziała mi z uśmiechem :) Wytłumaczyła mi jak prawidłowo to robić. Mąż cały czas głaskał mnie po głowie i wspierał. „Już chwilkę, widzę już głowę :) zaraz będzie po wszystkim”. Krzyczałam głośno – to było silniejsze ode mnie i jednocześnie bardzo mi pomagało. „Nie dam rady! Nie prawda! Dam radę!!!” 20 minut skurczy partych i Olga wylądowała na moich piersiach :) Okazało się, że była dwukrotnie owinięta pępowiną wokół szyi – stąd tachykardia. Cały ból odszedł, pojawiły się łzy radości – u mnie i u Męża. UDAŁO SIĘ! Druga najszczęśliwsza chwila w moim życiu (po narodzinach syna). Tuliliśmy się we trójkę :) Pani doktor, która była przy porodzie, w tym czasie podała mi małą dawkę oksytocyny bym urodziła łożysko, ale Pani Wiola w tym czasie zgrabnie je wyciagnęła, ku jej zdziwieniu 😛 Po zszyciu mnie (delikatnie pękła mi warga – położna pięknie ochroniła mi krocze – „nie lubię szyć, to nie nacinam :)”) wszyscy wyszli i zostawili nas samych na dobre dwie godzinki :)

an

Przystawiłam córę do piersi – no pięknie się przyssała :) Cudowne uczucie :) Zostałam przez córę ochrzczona na dzień dobry – i siusiu i smółka wylądowała na moim brzuchu, ale i tak było mi nieziemsko :) Po dwóch godzinach przyszła Pani Wiola – podmyła Olgę, zważyła i pomierzyła. Nie taka malutka – 3695g, 56 cm. 9 (a ostatecznie 10) punktów w skali Apgar (za siną skórę na początku).

olga

Dostaliśmy jeszcze chwilę, by się ogarnąć po wszystkim, po czym pojechaliśmy na oddział położniczy :) Na odchodne otrzymałam gratulacje od położnych, które były ze mną przez te dni, a od Pani Wioli pytanie: „Skąd się u Pani wzięła taka mądrość, większość kobiet już dawno wybrałaby cc?”. Nie umiałam jej odpowiedzieć, dla mnie to było tak oczywiste, że urodzę Olgę naturalnie, że nie dopuszczałam w ogóle innej opcji. „Gratuluję Pani Aniu, mądra z Pani kobieta”. Poczułam się bardzo dumna z siebie i Męża. Gdyby nie on byłoby mi na pewno trudniej znieść poród.

Na mój udany vbac złożyło się kilka czynników: po pierwsze wiara w to, że się uda – nie można się poddać i zwątpić; po drugie: wsparcie ukochanej osoby i po trzecie: przychylny personel. W moim przypadku te czynniki okazały się najważniejsze, jednak jak wiadomo każdy poród jest inny, czasami wystarczy po prostu szczęście.

Olga urodziła się 7.10 o g. 13:43 po 15 dniach od terminu OM. Nie doczekała do mamusinych urodzin 10.10, ale i tak jest najcudowniejszym prezentem jaki mogłam dostać od losu. Warto było na nią tyle czekać :)

olg2