Tag Archive | poród drogami natury po 2 cc

Indukowany VBA2C 14 dni po terminie, wąska miednica, -8 dioptrii w obu oczach, syn 4 kg/58 cm (Warszawa)

Ten poród do łatwych nie należał. Wymagał determinacji i siły zarówno w przygotowaniu do porodu jak i podczas samego aktu rodzenia. Kto dałby radę jeśli nie Kobieta? Siła jest Kobietą. A tej Kobiecie dziś na imię Monika. Oto historia jej VBA2C.

41123ad6ec62bfae9fddcc090bac779e

Historia mojego porodu vbac2cc

Pierwszy poród w czerwcu 2010, cesarskie cięcie ze względu na dużą wadę wzroku i nagłe skoki ciśnienia. Moja wiedza na temat porodu naturalnego przy takich wskazaniach praktycznie żadna.

Druga ciąża, ogromne pragnienie porodu siłami natury, wiedza na temat vbac1cc większa, okazuje się, że wada wzroku nie musi być przeszkodą. Termin porodu 13 sierpnia 2013. Wynajmuję położną, planuję rodzić w Centrum Medycznym Żelazna. Myślę sobie, że tym razem musi się udać, bardzo żałuję, że nie szukałam więcej informacji w 2010. Teraz mocno pragnę porodu sn.

Mija termin porodu, zaczynam jeździć na IP do Centrum Medycznego Żelazna, to co mnie tam spotyka jest zbyt bolesne by o tym pamiętać. Ogromna niechęć lekarzy by przychylnie spojrzeć na mój vbac1cc. Nikt poza położną i mężem nie wspiera mojej decyzji. Dziecko, wagowo rokuje niezbyt dobrze (około 4500 na koniec lipca). Podpisuję odmowy hospitalizacji jedną za drugą. W końcu 13 dni po terminie porodu zgadzam się na przyjęcie mnie na oddział patologii ciąży. Ciągle czekamy, rozmawiam z lekarzem –  nie straszy, rozmawia, to bardzo ważne. Dwa razy zbiera się konsylium, przekonują, że powinnam mieć cesarskie cięcie. W końcu doszliśmy do ugody, dają mi jeszcze 2 dni, jeśli 15 dni po terminie dziecko nie zacznie się rodzić samo, będzie cięcie cesarskie. O indukcji nie ma mowy.

15 dni po terminie trafiam na stół operacyjny, cięcie cesarskie, dziecko 5130 i 60cm. Do dziś czasem żałuję, że pierwszy i drugi poród zakończyły się operacyjnie.

Trzecia ciąża, tak naprawdę przygotowanie do tej ciąży zaczęło się dużo wcześniej. Chciałam pokonać wszystkie przeszkody, które mogłyby zablokować mój poród vbac2cc. Plan działania był następujący:

– zadbam o rozwój fizyczny

– zadbam o rozwój duchowy

– poszukam Położnej, która zechce ze mną rodzić

– skonsultuję się z dr Puzyną

– będę się starała jak najpóźniej trafić na oddział patologii ciąży

– zastosuję wszystkie możliwe sposoby naturalnego wywoływania porodu (oczywiście nic nie dały 😉 )

26 lutego urodził się mój 3 syn, Maciek, vbac2cc.

Do końca nie wierzyłam, że tym razem urodzę siłami natury, czasem wpadłam w euforię, że jasne, uda się, a czasem wcale w to nie wierzyłam.

Od listopada konsultowałam się z dr Puzyna, robiłam usg u dr Makowskiego, i wciąż nie wierzyłam, ze mogę rodzić naturalnie. Największą obawą była waga dziecka, jako, że mój drugi synek ważył 5130. Obawa, że będzie zbyt duży i dr Puzyna nie zgodzi się na psn. Mimo zapewnień dr Puzyny, dr Makowskiego i Położnej, ja ciągle nie wierzyłam, że moje dziecko będzie ważyło mniej niż 4 kg.

Nadchodził czas terminu porodu, 12 luty, a u mnie nic, zero akcji, samopoczucie wyśmienite, nie mam wrażenia końcówki ciąży. Scenariusz jak w każdej ciąży, do końca jestem bardzo aktywna i nie czuję potrzeby rodzenia.

Minął 12, 13, 14 luty, a u mnie nadal nic się nie dzieje. Sytuacja niezbyt mnie zaskakująca, ponieważ przy drugim synu było identycznie. Teraz, naiwnie myślałam, że może coś ruszy wcześniej.

18 lutego spotkałam się po raz ostatni z dr Puzyna, umówiliśmy się, że przyjadę 23 lutego i będę przyjęta na oddział patologii ciąży. Wtedy też zaczniemy indukcję. Miała być ona powolna i niezbyt inwazyjna. Na początek 23 lutego miałam mieć wprowadzony na 24 godziny cewnik Foleya.

Stawiłam się na oddziale patologii, liczyłam na to, że zakładaniem cewnika zajmie się dr Puzyna, jednak trafiłam na innego lekarza, który za wszelką cenę, staram się teraz myśleć, że może z troski, chciał mi wykonać cesarskie cięcie. Najpierw mnie przekonywał, że powinnam się zgodzić na operację, a potem zaczął mi wykonywać badanie usg, z pomiarem dziecka, badanie grubości blizny, następnie zaczął wspominać o mojej wadzie wzroku. Niestety, albo raczej dla mnie stety, wszystkie parametry wyszły w normie: dziecko 3800/3900, blizna 3,9mm, a na wadę wzorku miałam podpisać oświadczenia, że jestem świadoma ewentualnych komplikacji. Po tych wszystkich badaniach i rozmowach doktor dyżurujący założył mi cewnik.

Chodziłam z cewnikiem 24 godziny, niestety nie rozpoczął on u mnie akcji porodowej, nie wypadł samoistnie, tylko musiał zostać wyjęty. Dalszą indukcją zajmował się już doktor Puzyna. Po wyjęciu cewnika miałam rozwarcie na 5 cm, dr przekazał mi, że to wystarczy, aby móc przebić pęcherz. Ale to miało nastąpić dopiero w niedzielę. W sobotę miałam zalecenie wyspać się, wypocząć i zrelaksować.

Niedziela, około godziny 9 przebicie pęcherza, wody się sączą, nie są czyste, ale nadal mam pozwolenie na poród siłami natury. Dzwonię do Położnej, ma zaraz przyjechać. Nie przyjeżdża, oddzwania, że ktoś zajął mi salę porodową i muszę czekać na oddziale.

Podłączają mnie do ktg, zapis marny, dziecko się prawie nie rusza. Tłumaczę, że muszę coś zjeść, w końcu po 30 minutach słabego zapisu, dostaję banana, dziecko rusza i zapis jest w porządku.

Czekam, wody się wylewają, sytuacja mało komfortowa, mam jakieś skurcze, ale słabe, akcja prawie się nie rozkręca, trochę chodzę, trochę przykucam, masuję brodawki, skurcze są, ale bardzo słabe.

Około 11 przychodzi mój mąż i położna. Jedziemy na dół, na salę porodową-orzechową. Położna mnie bada, przychodzi lekarz dyżurującą, konsultują się, u mnie zielone wody, ale pozwalają rodzić naturalnie. Dostaję piłkę i nakaz masażu brodawek. Mąż jest ze mną, rozmawiamy, śmiejemy się. Skurcze się piszą, nawet niektóre bardzo silne, ale w badaniu wychodzi, ze szyjka skrócona tylko o 0,5 cm. Czas płynie, na naszą niekorzyść.

Około 14, gdy wykonałam milion skoków na piłce, położna mówi, ze za 30 minut włączymy oksytocynę, ponieważ nic się nie zmienia. Albo ruszy po oksytocynie, albo będę miała cesarskie cięcie.

14:30 po podłączeniu oksytocyny zaczyna się poród. Na pewno nie jest to poród o jakim się marzy, ale jest to poród naturalny

Położna, bardzo rzeczowa i pomocna proponuje mi wejście do wanny. Ufam Jej i podczas całego porodu godzę się na wszystko, co mi proponuje.

Do 16 jeszcze jakoś się trzymam, skurcze są mocne, ale do wytrzymania, boli niesamowicie, ale daję radę. Do 15:30 mam 4 cm, do 16:30 7 cm. . Skurcze są tak silne, że wydaje się, że jeszcze jednego nie da się wytrzymać. To jest potężny ból. Ale to ma sens, prowadzi do wyjścia mojego dziecka na świat siłami natury.

Położna mnie wspiera, mówi, ze pięknie rodzę, ze szybko rodzę. Ze teraz to juz nie ma odwrotu i urodzę naturalnie. W chwilach kryzysu przypomina, że mogę mieć cięcie cesarskie, te słowa podziały na mnie bardzo dobrze, dały mi siłę do dalszego rodzenia.

Ja już mam dość, jestem bardzo wymęczona skurczami. A tu jeszcze 3 cm. Ale budzi się we mnie wojowniczka, myślę, muszę, dam radę, pokażę niedowiarkom, ze umiem urodzić sn.

Obok siedzi mój mąż, modli się i prosi znajomych o modlitwę, nie jest w stanie mi pomóc, każdy dotyk mnie drażni, światło mi przeszkadza, w końcu i Położna mnie drażni. Rozumiem, że musi mnie badać, zmieniać pozycję, żeby dziecko trafiło do kanału rodnego, staram się, ale chcę pozostać sama ze swoim bólem. Z trudem przychodzi mi wewnętrzna zgoda na poprawianie pelot, na badanie wewnętrzne. Maria robi co należy, zbytnio nie komentuje, gdy mówię: zostaw, odejdź. Ona trwa i mówi: wiesz, że muszę.

To co się działo między 7, a 10 cm, to Droga Krzyżowa. Mój krzyk, moje cierpienie i moja modlitwa, żeby Pan Jezus zabrał ode mnie ten ból. I nagle, kiedy myślę, że już nie wytrzymam, że zaraz z tego bólu umrę, mam długa przerwę między skurczami, jakby dwa skurcze mniej. Czułam się takim słaba, ze juz nie wytrzymuje, że mam taki kryzys. Ale nagle wchodzi Położna i mnie bada. Oznajmia: masz 10 cm, wychodzisz z wanny.

Nie dam rady wyjść, nie mam siły, wyjście z wanny jest dla mnie niemożliwe. I znowu z pomocą przychodzi Mąż i Położna. Udaje mi się wydostać z wanny. Proszę oboje, żeby mi pomogli, głos mi się już łamie. Pierwsze skurcze parte mam przy wannie. Nie są tak straszne jak skurcze porodowe w wannie. Przechodzimy na fotel porodowy, kucam, na polecenie Położnej. Podczas skurczy partych czuje się wojownikiem, odczuwam też, że coś mi w dole przeszkadza, to napierająca główka dziecka. Przeszkadza mi na tyle, że chce ją szybko wypchnąć, czuje mocnym dyskomfort. Prę, tak jak chce moje ciało. Co jakiś czas Położna każe mi przeć o raz więcej niż parłam. Mija 30 minut i Maciuś jest na świecie. Wielka radość i wielkie zdumienie, że się udało i że to już, że tak szybko.

Wszyscy mi gratulują, a ja jestem tak zmęczona i oszołomiona, ze niewiele do mnie dociera.

4kg/58 cm vbac2cc, wąska miednica, -8 w obu oczach, 2 cc bez jakiejkolwiek akcji porodowej.

Ginekolog-położnik z ponad 30letnim doświadczeniem w rozmowie o VBAC

Przy współpracy z Dorotą z Moja Planeta TV, udało się nagrać wywiad z jednym ze wspierających porody naturalne po cięciu cesarskim ginekologów-położników dr n. med. Bogdanem Ostrowskim. W rozmowie poruszone zostały m.in. kwestie:

  • korzyści z VBAC oraz korzyści z cięcia cesarskiego wykonywanego po rozpoczęciu akcji porodowej,
  • ryzyka związanego z VBAC oraz ryzyka związanego z powtórnymi cięciami cesarskimi,
  • roli lekarza prowadzącego w przygotowaniu kobiety do VBAC,
  • braku cierpliwości we współczesnym położnictwie.

Warto obejrzeć i podzielić się ze znajomymi!

Zachęcam też do zapoznania się również z innymi wywiadami na kanale Moja Planeta TV oraz do polubienia funpagu Mojej Planety TV na facebooku https://web.facebook.com/mojaplanetatv/?fref=ts . Wspierajmy wartościowe przedsięwzięcia!

Cudowny vba2c Lilianny ♥ – Rzeszów Rycerska 18.12.2016

Autorkę i zarazem bohaterkę dzisiejszej historii możnaby utytułować mianem Miss Determinacji i Cierpliwości. To właśnie w ogromnej mierze dzięki tym dwóm przymiotom charakteru swojej Mamy mała Lilianna dostała szansę by wybrać sobie dzień i sposób swoich narodzin. A ja miałam ten zaszczyt, by w tych narodzinach uczestniczyć  ♥. Oto opowieść Eweliny – przygotujcie się na prawdziwy porodowy kalejdoskop emocji:

W PORPZEDNICH ODCINKACH…

Cofnjjmy się na chwilę do roku 2011. Pierwsza ciąża, termin na 2 października. Z usg syn wychodził większy o tydzień, toteż nie zdziwiło mnie gdy 24 września nadeszły skurcze regularne co 5 min i lekko bolesne. Ja, pierworódka, posłuchałam rad bliskich i pojechałam do szpitala. Na porodówce zbadano mnie, ale rozwarcia nie było więc przeniesiono mnie na patologie i tam spędziłam magiczne 3 nfz-owskie doby. Wypisano mnie 27 września, a jeszcze tej samej nocy ok godz. 2.00 wróciłam na porodówkę z 3cm rozwarcia. Dalej było typowo, rozwarcie nie postępowało, o godzinie 6 było 4cm, więc zdecydowano o oxy. Po oxy był hardkor, dostałam jakiś środek przeciwbólowy, potem gaz. W międzyczasie przebito pęcherz płodowy. Nie miałam siły się ruszać, mogłam tylko leżeć. Tak przeleżałam w bólach do 13.30. Następnie lekarz zbadał mnie i stwierdził 9,5cm rozwarcia. Ja już czułam parte, ale główka się nie wstawiła do kanału i zaczęły się spadki tętna. I tak po prawie 12h porodu wylądowałam na stole. Wtedy byłam wdzięczna że to koniec i że syn urodził się zdrowy. 3850g 56cm główka 34cm. Ja cesarke zniosłam dobrze ale czułam niedosyt.

Drugi poród to lipiec 2014. Termin miałam na 3 lipca wg om (wg usg 7.07), od początku do gina mówiłam, że chcę próbować naturalnie. Mówił, że zobaczymy, będziemy badać bliznę, i że najlepiej do terminu porodu i jeśli dziecko będzie nie za duże. Miałam się stawić u niego w dniu tp. Córka niestety przed terminem wyjść nie chciała. Poszłam więc na wizytę i usłyszałam: „To co, cesarka?” Koniec końców umówiłam się na szpital następnego dnia i cc na  dzień kolejny. Przy przyjęciu do szpitala ordynator dał mi jeszcze weekend na rozkręcenie, ale nic się nie działo a atmosfera szpitala działała na mnie depresyjnie. W końcu 8 lipca o godz. 10.35 urodziła się córka 3950g 60cm główka 36 cm. Wszyscy zarówno lekarze, położne oraz moi bliscy mówili, że dobrze się stało, że dziecko duże, że mógłby się powtórzyć scenariusz z pierwszego porodu. To na chwilę uleczyło mój żal do siebie, żal i niedosyt. Wtedy nie wiedziałam że można inaczej, że można lepiej, że można nie na zimno. Drugą cc przeżyłam gorzej i stwierdziłam, że nie chcę nigdy więcej.

Gdzieś po roku od drugiej cc, ktoś na grupie chustowej wspomniał o grupie Naturalnie po cesarce. Wiedziałam, że będziemy się starać o trzecie dziecko więc dołączyłam do tej grupy i od tej pory poszerzałam swoją wiedzę.
Post Basi, która urodziła naturalnie po dwóch cesarkach, i to w Rzeszowie (nie tak daleko ode mnie), dodał mi skrzydeł i wzbudził nadzieje. Jeśli jej sie udało to i mnie może – myślałam i od tamtej pory przygotowywałam sobie głowę na vba2c.

PROLOG
Cała historia zaczyna się 22 listopada 2016 r., kiedy to w 38tc udaję się na wizytę do ordynatora szpitala miejskiego w Rzeszowie – dr Ostrowskiego, któremu mówię, że chciałabym próbować urodzić naturalnie w jego szpitalu m.in. dlatego, że wszędzie indziej wszyscy chcą mnie ciąć. Doktor wypisuje skierowanie i zaprasza mnie w dniu terminu porodu.

Stawiam się więc w dniu terminu tj. 5 grudnia z uwagi na daleką odległość (100km – 1,5h jazdy), a także dlatego, iż jest to jedyny termin tylko z usg i niewiadomo czy był on dokładnie obliczony. W szpitalu na przyjęciu personel sympatyczny, zbadano mnie – szyjka miękka acz zamknięta, oraz zrobiono usg – dziecko waga 3500 główka 32 cm – dobra waga, można próbować. Na obchodzie ordynator mówi, że muszę uzbroić się w cierpliwość i czekać, aż się rozkręcę, jako że po dwóch cc nie mogą silnie indukować. Rozsądne podejście- pomyślałam, a potem jak miałam, tak czekałam. W międzyczasie miałam skurcze ale były to tylko przepowiadacze, nie robiły nic konkretnego z moją szyjką. Czekałam i czekałam.. miałam dołki, z których na szczęście bliscy szybko mnie wyciągali, miałam też wsparcie w mojej douli ♥, która powtarzała, że to dla mojego dobra. Ciężko było mi tak czekać, gdy inne dziewczyny z sali rodziły a ja dalej leżałam, ciężko mi było bez moich dzieci, ale musiałam myśleć o tym trzecim w brzuchu i chciałam jej dać najlepszy start w życie. To była moja ostatnia szansa na poród naturalny. I nie mogłam się już wycofać.

Tak mijały dni, minął tydzień od terminu, minęło 10 dni. Cały czas miałam skurcze przepowiadające, bolesne, brzuszne, ładnie się pisały na ktg i tylko tyle.. lub aż tyle.. W środę (14.12.) natomiast zmieniły się.. przeszły na krzyż i zaczęły doskwierać mocniej. Z każdym dniem czułam je intensywniej jednak w piątek 16 grudnia badanie nadal nie pokazywało rozwarcia, a bez niego nie można było zrobić preindukcji foleyem.

Wszystko zmieniło się piątek wieczorem gdy odszedł mi czop. Skurcze krzyżowe przybrały na sile, przeszłam się więc na salę porodową, a tam po badaniu wyszło rozwarcie na 2,5 palca (5cm)! Ooo jaka radość – unikneliśmy balonika:) Skurcze były jeszcze znośne, więc chodziłam z nimi po korytarzu. Gdy zrobiły się bardziej intensywne, zadzwoniłam po doulę. Resztę nocy spędziłam to na piłce, to na łóżku, to na stojąco. Próbowałam wszelkich pozycji, lecz niestety – noc minęła a rano ordynator zbadawszy mnie oświadczył, że rozwarcie nie zwiększyło się i jako że jestem umęczona po nocy powinnam odpocząć i się posilić. Dzięki Bogu za tę decyzję. Bałam się, że będą chcieli próbować oxy.

AKT GŁÓWNY – Sobota 17.12.2016
Po całym piątku skurczy i dalej po całej sobocie, sobocie wypełnionej wielkim dołkiem i zrezygnowaniem, przyszedł wieczór. Jak zwykle wieczorem skurcze nasilały się, ale nauczona doświadczeniem poprzedniej nocy, położyłam się po prostu spać. Przyszedł jeden skurcz, i za chwilę przyszedł drugi. Nagle usłyszałam to charakterystyczne „pyk” i polało mi się na spodnie od piżamy. Ciepło i dużo tego było. Od razu zrozumiałam, że to wody i że to już to ta noc i że nie ma już odwrotu :) Ściskając uda poszłam na drugą stronę (na porodówkę) i zawiadomiłam położne. Nienajlepsza to była zmiana, ale nastawiłam się na współpracę, nie na walkę. Czułam że tak będzie mi lżej. Niepotrzebne mi były dodatkowe stresy gdy mnie bolało 😉
To była godzina 23.00.

Niedługo potem lewatywa i o północy ktg. Skurcze średnio bolesne, na ktg 30-40. Po ktg o 00.30 poszłam pod prysznic, a w międzyczasie zadzwoniłam po Magdę – moją doulę. Pod prysznicem skurcze nasiliły się, a gdy z niego wyszłam Magda już była. Położna dała piłkę i tak siedziałam na niej do godz. 01.50. Skurcze zrobiły się nieznośne, zaczęłam sie bać – ale nie bólu tylko porażki. Powiedziałam Madzi, że jak powtórzy się sytuacja z piątku, to nie chcę indukcji, to będę chciała cesarke.

Po wizycie w toalecie o 2.00 znowu ktg (co 2h zapis) i położna zaczęła mnie badać. ” 3 palce!” – mówi ucieszona, – „idzie, pani Ewelino, idzie.” Ja szybkie spojrzenie na Magdę, uśmiech i nowe siły przyszły 😀
Była godz. 2.30 jak skończyło się ktg i położna mnie zbadała, a tu 3,5 palca (7cm). Mówię do Magdy – dzwoń do męża niech przyjeżdża.

Od tej pory leżałam już na łóżku porodowym, raz na jednym raz na drugim boku, skurcze byly masakryczne… Pamiętam jak mówiłam w bólu „nieee, nieee chcee”, a Magda „chcesz, chcesz”. Miała rację. Chciałam tego tak bardzo, że nawet wtedy w bólach nie myślałam żeby się poddać. Byłam tak blisko przecież.

Gdzieś w międzyczasie pojawił się przy nas lekarz, młody pan sympatyczny doktor i po jego badaniu nagle się zrobiło 4 palce. W ciągu kilku minut, po paru skurczach słyszę „mała dłoń” (4,5 palców = 9 cm). Położna niedowierza, ale się cieszy, doktor też obudził się od razu 😀

Godzina 2.45 pełne rozwarcie, czuję jak puszcza pęcherz moczowy. Położna woła „ooo rodzi się” słyszę „przynieście zestaw”. Obniżają łóżko i zaczyna się drugi okres porodu.

Ściskam Magdy rękę i zaczynam czuć parcie. Położna zezwala, więc prę. Najpierw się drę, krzyczę, ale to nie działa. Położna mówi „nabierz powietrze jak do nurkowania i trzymaj i próbuj wypchnąć jakbyś kupę miała zrobić.” To działa… po kilku parciach słyszę, że idzie główka. Pytam czy mogę dotknąć… dotykam a tu włosy:) Nowe siły przyszły… przemy dalej… Słyszę, że krocze trzyma… Trzeba naciąć… Nacinają – nie czuję tego boleśnie… Słyszę „aha bo z ręką idzie” i za chwilę na ostatnim skurczu udaje mi się ją wypchnąć.

Lilianna rodzi się o godz. 3.10, 4 godziny od odejścia wód, na moich własnych skurczach, :) 3700g i 58 cm. Główka 33cm.

Kładą mi ją na brzuchu, a mnie zalewa fala euforiii… zaczynam płakać. Mówię „Boże udało się.. nie wierzę… Udało się. 😀 Cześć Lileczko, udało się wiesz?” Aż się zaczęłam zanosić z płaczu 😀 Gdy się uspokoiłam, spojrzałam na wszystkich… Ich miny – bezcenne! Wszyscy się uśmiechają… Położna… doktor… inne położne… nawet doktorka, która nie jest pro vbac, widzę, że się uśmiecha. Dziękuję Magdzie przede wszystkim, nie dałabym rady bez niej… mówię „mąż nie zdążył taki ekspres heh :D”

Przychodzi pielęgniarka od noworodków. Mówię „jeszcze nie”, trzymam za pępowinę i upewniam się, że już nie tętni. W międzyczasie rodze łożysko i śmieję się, że to taki placek 😉 Potem zabierają małą na chwilę do ważenia, Magda z nią idzie, a mnie usypiają, szyją i łyżeczkują. Sprawdzają też bliznę po cc, okazuje się (to po fakcie się dowiedziałam), że w jednym miejscu puściła, ale się nie rozeszła, i że sama się zrośnie.
Potem oddają mi Lilkę i cycamy się. Mała już na brzuchu szukała cyca, dałam jej wtedy polizać brodawke, teraz natomiast ładnie się przyssała.

15726986_10153962266217330_3298136280280290226_n
Ok godz. 5.00 dociera mąż, znowu płaczę ze szczęścia. Chwilę gadamy, mąż się wita z Lili, a mnie przewożą na dół na położniczy.
Przed godziną 7 odwiedza mnie położna Małgosia z którą rodziłam, znowu zalewają mnie łzy i przytulam ją w podziękowaniach. Widzę, że również się wzrusza. Mówi, że byłam dzielna, że pięknie słuchałam i że mi serdecznie gratuluje. Potem odwiedza mnie jeszcze ten młody lekarz, również uśmiechnięty od ucha do ucha. Rano zaś cała świta na obchodzie z ordynatorem na czele uśmiecha się i gratulacje składa. „Warto było czekać prawda?” pyta – oj warto :)

EPILOG
Miałam piękny poród. Tak jak sobie wymarzyłam tę chwilę narodzin Lili, tak się stało.
Na powodzenie mojego vba2c miało wpływ wiele różnych czynników. Moje nastawienie przede wszystkim. Moja cierpliwość i wytrwałość. Wsparcie jakie otrzymałam od mojej douli – dziękuję Madziu ♥ – doświadczona położna, personel provbac, a przede wszystkim lekarz, ordynator dr Ostrowski, który przynajmniej w moim przypadku się nie spieszył i dzięki temu dał mi maksimum szans na sukces. Jestem mu bardzo wdzięczna.
No i Lilianna.. jestem wdzięczna mojej córce, że była najmniejsza z moich dzieci, że ładnie się wstawiała i że chciała się urodzić właśnie tak jak się urodziła :)

Do was drogie vbaczki mogę tylko powiedzieć byście się nigdzie nie spieszyły i pozwoliły naturze działać. Czy to będzie sn czy cc, natura zawsze wie co robi. Pięknych porodów wam życzę. Takich jak mój. :)

PORÓD PO PRZEBYTYM CIĘCIU CESARSKIM (na podstawie wytycznych RCOG 2015)

AUTORKA: Aleksandra Lewandowskapart_1-2-2
Lekarz rodzinny, nauczyciel naturalnego planowania rodziny, członek Komitetu Upowszechniania Karmienia Piersią i Grupy Wsparcia Naturalnego Karmienia Piersią i Mlekiem Kobiecym, Dawczyni Krwi i Mleka Kobiecego. Mama wesołego synka i córeczki. Miłośniczka eco-life, slow-life, rodzicielstwa bliskości, wsi, rynków osiedlowych i jarmarków. Pasjonatka rowerów (całorocznie), eksperymentowania z dziećmi, karmienia piersią w różnych kulturach i wnętrzarstwa. Katoliczka.

W nawiązaniu do tematu przewodniego niniejszego portalu internetowego z zaciekawieniem przeczytałam artykuł z najnowszego numeru Medycyny Praktycznej – Ginekologii i Położnictwa o tytule jak wyżej. Zainteresowana byłam nie tylko z racji mojej fascynacji (zresztą na kanwie promowania wszystkiego, co naturalne) i zawodowym głębokim przekonaniem do pierwszeństwa porodów fizjologicznych nad zabiegowymi. Byłam ciekawa treści również ze względów osobistych – wszak sama mam „cesarską” przeszłość, a za kilka dni spodziewałam się porodu kolejnego dziecka (bez planowych wskazań do kolejnego cięcia).

Choć chcę się odnieść jedynie do tego właśnie artykułu, należy podkreślić, że ma on charakter wytycznych ustanowionych przez Royal College of Obstetricians and Gynaecologists z października 2015.

Artykuł rozważa wyniki badań naukowych stanowiących za lub przeciw porodom planowym drogą pochwową (vaginal birth after caesarean – VBAC) oraz elektywnym powtórnym cięciom cesarskim (elective repeat caesarean section – ERCS). Jest to niejako odzew na znaczny odsetek porodów zabiegowych (przykładowo w Walii, Irlandii Północnej i Szkocji w latach 2012-2013 wynosił kolejno 27,5, 29,8 i 27,3%). Tymczasem planowy VBAC stanowi bezpieczny klinicznie wybór dla większości kobiet, które przebyły jedno cięcie cesarskie w dolnym odcinku macicy, co ogranicza koszty finansowe oraz powikłania matczyne związane z wielokrotnym wykonywaniem tych operacji. W Australii zorganizowano specjalistyczne przychodnie położnicze ukierunkowane na opiekę nad kobietami, które przebyły cięcie cesarskie. Z założenia placówki te wspierają pacjentki w świadomym podjęciu decyzji o sposobie rozwiązania ciąży. W efekcie zwiększył się odsetek podjętych prób VBAC.

Planowy VBAC można zaproponować większości ciężarnych, które przebyły jedno cięcie cesarskie w sytuacji: ciąży pojedynczej, położenia podłużnego główkowego dziecka, po ukończeniu 37 tygodnia ciąży.

Przeciwskazaniami do VBAC: uprzednie pęknięcie macicy (zwiększone ryzyko powtórnego pęknięcia >=5%), cesarskie cięcie wykonane metodą klasyczną (zwiększone ryzyko pęknięcia macicy; cięcie w kształcie litery T lub J, niskie poziome nacięcie, znaczne, nieumyślne rozdarcie macicy stanowią wskazanie do zachowania szczególnej ostrożności przy podejmowaniu decyzji), ewentualnie powikłana blizna po uprzednim porodzie zabiegowym, inne bezwzględne przeciwskazania do porodu naturalnego, wcześniejsze operacje w obrębie macicy (ryzyko porównywalne co najmniej jak w przypadku VBAC), łożysko przodujące (ryzyko nieprawidłowego położenia łożyska wzrasta z kolejnymi cięciami cesarskimi).

Kobietom, które przebyły co najmniej 2 cięcia cesarskie można zaproponować poród drogą pochwową po konsultacji starszego położnika. Nie stwierdza się znamiennej różnicy w częstości pęknięcia macicy podczas porodu drogą pochwową po co najmniej 2 poprzedzających cięciach cesarskich.

Wskaźnik powodzenia VBAC po 2 cięciach cesarskich wynosi 71,1% (po jednym 72-75%), częstość pęknięcia macicy 1,36%, ryzyko powikłań jest porównywalne jak w przypadku powtórnego cięcia cesarskiego. U kobiet rodzących drogą pochwową po 2 przebytych cięciach cesarskich w porównaniu z kobietami po jednej takiej operacji większe są: częstość wycięcia macicy (56/10000 vs 10/10000) oraz przetoczeń krwi (1,99% vs 1,21%).

Kobiety planujące co najmniej 3 ciąże, które decydują się na ERCS należy poinformować o zwiększonym ryzyku powikłań operacyjnych (łożysko przodujące, łożysko przyrośnięte, konieczność histerektomii – wycięcia macicy), dlatego powinno się promować VBAC.

Do czynników zwiększających ryzyko pęknięcia macicy zalicza się: krótką przerwę między porodami (<12mcy), ciążę przenoszoną, wiek matki min. 40 lat, otyłość, niższą punktację oceniającą dojrzałość szyjki macicy w skali Bishopa, duże wymiary płodu (makrosomia), zmniejszoną grubość blizny (<2mm) po poprzednim cięciu cesarskim (ocena w USG). Jednakże czynniki te nie stanowią przeciwskazania do VBAC. Planowy VBAC wiąże się ze zwiększonym ryzykiem pęknięcia macicy wynoszącym 1/200 przypadków (0,5%) w sytuacji samoistnej czynności skurczowej i 0,54-1,40% gdy doszło do indukcji porodu.

Planowy VBAC i ERCS nie różnił się znacząco pod względem częstości przeprowadzonych histerektomii, występowania powikłań zatorowych, dokonywania przetoczenia krwi, występowania zapalenia błony śluzowej macicy. Próba VBAC zakończona niepowodzeniem w porównaniu z porodem drogą pochwową zakończonym sukcesem zwiększa ryzyko pęknięcia macicy (2,3% vs 0,1%), histerektomii (0,5% vs 0,1%), przetoczenia krwi (3,2% vs 1,2%) i zapalenia błony śluzowej macicy (7,7% vs 1,2%). Histerektomia była konieczna w 14-33% przypadków.

Podczas oczekiwania na samoistną inicjację planowego VBAC w 40 tygodniu ciąży odnotowuje się zwiększone ryzyko zgonu wewnątrzmacicznego o dodatkowe 10/10000 przypadków. Nieznana jest przyczyna tego zjawiska. Zgony okołoporodowe (wewnątrzmaciczne lub noworodka) w sytuacji planowego VBAC wynoszą 4/10000 (0,04%), z czego 1/3 jest spowodowana pęknięciem macicy. ERCS koreluje z ryzykiem zgonu okołoporodowego 1/10000 przypadków. Ryzyko zgonu okołoporodowego dziecka w związku z pęknięciem macicy podczas VBAC  określono na 4,5% lub 2-16% zależnie od badania.

Ryzyko zgonu matki w przypadku VBAC jest równe 4/100000, w ERCS 13/100000. Po ERCS w porównaniu z planowym VBAC występuje zwiększone ryzyko przejściowego tachypnoe (zwiększona częstość oddechów/min) u noworodków (4-5% vs 2-3%) oraz zespołu zaburzeń oddychania (0,5% vs <0,5%).

Powtarzanie ERCS koreluje ze zwiększonym ryzykiem wystąpienia łożyska przodującego, łożyska przyrośniętego i powikłań operacyjnych (np. histerektomii) podczas następnej ciąży i następnego porodu.

Kobiety po co najmniej jednym porodzie pochwowym są w grupie zwiększonej szansy powodzenia VBAC na poziomie 85-90%. Przebyty poród drogami natury stanowi niezależny czynnik zmniejszający ryzyko pęknięcia macicy.

Indukcja porodu, nieprzebycie w przeszłości porodu drogą pochwową, BMI przekraczające 30, cięcie cesarskie wykonane z powodu zahamowania postępu porodu lub zagrożenia życia dziecka, poprzedni zabieg wykonany ze wskazań nagłych (szczególnie w przypadku indukcji porodu zakończonej niepowodzeniem) są związane ze zwiększonym ryzykiem niepowodzenia VBAC. Stwierdzenie wszystkich czynników ryzyka pozwala oszacować, że VBAC zakończy się powodzeniem w 40% przypadków. Większą szansę powodzenia natomiast dają: wysoki wzrost matki, rasa biała, wiek poniżej 40 lat, BMI mniejszy od 30, ciąża przed 40 tygodniem, urodzeniowa masa ciała <4kg. Szansę tę zwiększają też samoistna inicjacja porodu, potylicowe wstawianie się główki dziecka, wyższa wyjściowa punktacja szyjki macicy w skali Bishopa.

W sytuacji porodu VBAC indukowanego/stymulowanego dochodzi do 2-3 krotnego zwiększania ryzyka pęknięcia macicy i ok. 1,5 krotnego zwiększenia ryzyka cięcia cesarskiego. Poród indukowany mechanicznie (amniotomia-nacięcie błon płodowych, cewnik Foley`a) jest związany z mniejszym ryzykiem rozejścia się blizny niż przy zastosowaniu prostaglandyn.

Planowy VBAC przed terminem porodu ma podobny wskaźnik powodzenia jak planowy VBAC w terminie porodu, ale obarczony jest mniejszym ryzykiem pęknięcia macicy.

Jak to zwykle w medycynie bywa, decyzje co do postępowania klinicznego zawierają w sobie zarówno szansę, jak i ryzyko. Sztuką jest dokonać rozsądnego, „chłodnego” bilansu. W chwili obecnej jestem już niestety po dwóch cięciach cesarskich, jednak artykuł dał mi cień nadziei…

Bałam się bardzo, ale też dokładnie wiedziałam, czego chcę – VBA2C (Białystok)

Historia 3 porodów. Historia dojrzewania kobiety. Historia ze św. Geradem Majelli. Historia VBA2C. Historia Agnieszki:

Chciałabym opowiedzieć swoją historię. Chyba zanosi się na długą opowieść, więc proszę o wyrozumiałość .

Pierwszego syna rodziłam w 2006 roku. Zima, mróz, młoda pełna nadziei jadę na porodówkę wzorowo przygotowana, z mężem, oboje po szkole rodzenia, wdech-wydech opanowany do perfekcji W domu odeszły mi zielone wody, w szpitalu ciągłe powtarzanie, że to nic takiego, że czekamy na akcje porodową. Rozwarcia nie miałam praktycznie żadnego, 1 cm przez cały czas Byłam podekscytowana, miałam lekka trzęsawkę, wiadomo-hormony ale dzielnie walczyłam. Oksytocyna nie zmieniła nic oprócz zwiększenia nasilenia skurczy. Po 12 godzinach podano mi na deser Relanium, wciąż zastanawiam się, po co, bo rozwarcia i tak nie było, a ja się i tak nie uspokoiłam. Potem wszystko potoczyło się błyskawicznie. Dostałam krwotoku, szybka decyzja o cięciu w znieczuleniu ogólnym, strach, smutek, nieświadomość niczego, nicość. Karolek urodził się w niedotlenieniu, z zachłystowym zapaleniem pluc, był taki biedniutki, w inkubatorze, a ja sama w sali, z jego zdjęciem na szafce. Dobrze, że mąż mógł synka zobaczyć i przytulić. Później dowiedziałam się, że odkleiło mi się łożysko. Mogę się naprawdę cieszyć i bez wahania stwierdzić, że to cud, że mam zdrowe dziecko. Tak sobie myślę, że ten wdech-wydech sporo mi też pomógł .

Drugi poród to już sobie sama zaplanowałam. W 2010 roku córcia miała urodzić się przez zaplanowane cc. Wybrała sobie jednak termin porodu sama, 3 dni przed planowanym cięciem. W domu odeszły mi krwiste wody, co znów nie zaniepokoiło lekarza. Tak sobie zaczęto mnie znów obserwować, rozwarcia nie było, za to mój niepokój narastał. Mojego lekarza nie było na dyżurze, ale umówiliśmy się, ze mogę do niego dzwonić. No więc zadzwoniłam o 4 nad ranem, a co No i po chwili miałam ciecie, w znieczuleniu zewnatrzoponowym. Urodziła się zdrowa Weronisia, która mogłam pocałować, zobaczyć Chociaż i tak to było jakieś takie dziwne wszystko, bo patrzyłam sobie w odbicie na lampie nade mną i widziałam, ze coś mi tam tna, kolor krwi widziałam… Aha, łożysko zdążyło po 5 godzinach od odejścia wód odkleic się na 1/4 powierzchni. Ciekawe, jak długo jeszcze zamierzano czekać z rozwiązaniem ciąży!?

Po 4 latach – w 2014 roku, ja – doświadczona mama, która przeżyła 2 wersje cc, postanowiła spróbować swoich sił i urodzić naturalnie Po prostu dojrzałam chyba tez do przeżywania bólu (o ile da się do tego dojrzeć), poza tym nie wyobrażałam sobie kolejny raz przechodzenia operacji, bo tak nazywam cc – operacja z przecinaniem każdej z powłok. No tak się zablokowalam na cc, ze hoho Lekarz, który prowadził moja druga ciążę, chociaż wspaniały, powiedział, że nie pozwoli mi urodzić naturalnie. Znalazłam więc panią doktor, która była przychylna mojemu pomysłowi. Powiedziała, żebym przede wszystkim znalazła przychylne mi miejsce porodu (Szpital Uniwersytecki w Białymstoku [przyp.red.]), powiedziała, który lekarz może się zgodzić na takie „szaleństwo” i że tak naprawdę wszystko będzie zależało od postępu porodu. Bałam się bardzo, ale też dokładnie wiedziałam, czego chcę i tak jakoś intuicyjnie czułam, miałam nadzieję, że się uda. Wiedziałam, że jeśli będę czuła, że jest coś nie tak, to przecież nie będę ryzykować i wtedy dam się pociąć.

keep-calm-and-vba2c-on

Gdy już nadszedł dzień porodu, wyruszyliśmy z mężem w bojowych nastrojach Rozwarcie było 1 cm, szyjka twarda . Na izbie stażystka zrobiła wielkie oczy na moje słowa, że chcę spróbować urodzić naturalnie. Potem na sali porodowej drugi młody lekarz szeptał coś sobie z tą pierwszą młodą lekarką, a ja wiedziałam, że sa przeciwni mojemu vbac, bo ich tak nauczono, że po 2 cc to już nie można. Najważniejsze było to, że ordynator się zgodził, przyszedł i powiedział, ze popiera moja decyzję i wspiera mnie. Lekarz dyżurna (okazała się daleka znajoma na dodatek) dala mi karteczkę do podpisu z oświadczeniem, że chcę rodzić naturalnie. Przez cały czas mówiła, że to największa głupota, jaka w życiu popełniam. Ona jest po dwóch cc, po co mi takie ryzyko, widziała kobiety z rozprutymi macicami po próbie vbac. Same czarne wizje. Moim światełkiem w tunelu okazała się cudowna położna Nie dostałam oksytocyny ani nic innego, a rozwarcie po prostu się zwiększało Bolało coraz bardziej, ale synek się pięknie wstawiał główką, (co wcześniej nie miało miejsca z poprzednimi dziećmi), więc jakoś to znosiłam. Potem anestezjolog powiedział, ze nie może dać mi znieczulenia, bo byłoby to ryzykowne, ponieważ nie czułabym rozchodzenia się szwu po cc. No i tu spanikowalam. Bałam się, że nie dam rady. Było już ok. 7cm i spytałam o cc Lekarz, ta znajoma, powiedziała, że chciałam spróbować, to mam próbować naturalnie. A anestezjolog i inny lekarz jeszcze powiedzieli, że mają teraz inne ciecie 😛 Kubeł zimnej wody, chciałaś babo, to masz A gdy się sala zwolniła, to miałam już 9 cm rozwarcia Pani położna to tak sobie spokojnie czekała, obserwowała, jak mówiłam, że nie daje rady chyba, to mówiła, że sobie świetnie daje radę! Mąż biedny słyszał: „wytrzyj mi czoło!”, a po chwili: „nie wycieraj!” A potem nagle poczułam, ze to już i tylko poruszenie i głos położnej, ze „stajemy do porodu” i po chwili urodził się Antoś, facet o wadze 4160g Radość, łzy, euforia Pewnie, że bolało (potem wypełniałam ankietę jakiejś studentki i wpisałam w rubryce o natężeniu bólu, że w skali 1-10, ból był na 8). Ale po prostu tego przeżycia nie da się porównać z żadnym na świecie.

Dowiedziałam się dużo o sobie, o tym, że poród znajdował się w mojej głowie, że moje podejście do niego to część sukcesu. Inna część to współpraca Antosia:) A jeszcze inna to rzeczy jakieś poza mną, które się zadzialy. Dla mnie to był cud. Modliłam się do św. Gerarda Majelli, patrona porodów i matek, będąc w ciąży. Ktoś mi podsunął tylko to imię świętego, nawet nie wiedziałam bliżej, co to za święty.

Urodziłam 16 października, w tym dniu w kalendarzu jest wspomnienie św. Gerarda Majelli.

Kończę i dziękuje za wytrwałość Wiem, że najważniejsze, to bezpieczeństwo dziecka w czasie porodu i mamy tez, więc nie ma jednej recepty na poród, ale warto próbować i na pewno nie dać się wkręcić lekarzom na wstępie, że to bez sensu – rodzic naturalnie. I też ważne jest, jakie osoby się nami zajmują, przychylna położna jest na wagę złota Pozdrawiam Was i życzę pięknych porodów
Agnieszka

Vba2c nieudany ale szczęśliwe zakończenie (Dania)

Poród to nie tylko sam finał – moment kiedy maleństwo pojawia się na świecie. To droga, proces, kontinuum. Jeśli tylko jest cień możliwości, warto tą drogą pójść – choćby kawałek. Choć bywa nie łatwo. Ale mamy, które podjęły ten trud, nie żałują. Jedną z nich jest Magdalena, która będąc po 2 cięciach cesarskich podarowała sobie i swojej córeczce cenne 21 godzin porodowej przygody.

Zachodząc w trzecią ciążę od początku wiedziałam, że będę próbować sn. Po 2 cc miałam koszmarne komplikacje i bardzo się bałam powtórki z „rozrywki”. Pierwsze dwa cesarskie cięcia miałam w Polsce. Tył razem była to Dania. Na początku lekarze byli sceptyczni. Ale przekonywałam ich, że wiem co robię, że mam sporą wiedzę w temacie, że znam statystyki itp. W miarę upływu ciąży coraz bardziej lekarze byli po mojej stronie. Mieliśmy z duńskimi lekarzami umowę, że jeśli ciąża będzie „wzorowa” to będziemy próbować. Ciąża taka wzorowa nie była, ale z większych problemów była tylko cukrzyca ciążowa, regulowana jedynie dietą.

Termin miałam na 24.04.2016z Na 19.04. była umówiona cesarka „w razie czego” choć wiedziałam ze do tego terminu nie dotrwam. Synów urodziłam przez cc w 36. i 37. tygodniu ciąży. Takze i tym razem spodziewałam się wcześniejszego odejścia wód. I tak się stało.
W nocy 9.04. (z piątku na sobote) o godz 2 zaczęły sie skurcze. Bolesne, najpierw co 15 min, potem co 10. O 5 odeszły mi wody – duża ilośc i pojechaliśmy do szpitala. O godz 7 rano badanie już w szpitalu – i wielkie zdziwienie. Mimo regularnych już skurczów szyjka miała 3 cm, zamknięta. Do rozwarcia jeszcze trochę. Daliśmy sobie czas, skurcze coraz częstsze, co 5 min, całkiem bolesne – byłam pewna ze jesteśmy na dobrej drodze. Po 4 h skurczów co 5 min – badanie kolejne – drgnęła szyjka ale nadal 2 cm. I potem – spacery, schody, cuda wianki. Położne pokazywały jak oddychać, jak sobie pomóc – to było wspaniałe. Wody ciagle odchodzą, miałam wrażenie, że litrami, ale walczymy dalej. Już byłam dość zmęczona. Nie spałam i nie jadłam od wielu godzin. Około godziny 17 pierwsze zwątpienie – czy to się uda. Ale przy pełnym wsparciu personelu walczymy dalej i dajemy sobie czas do godz. 20. Wtedy rozmowa z lekarzami, zapis ktg i badanie. Skurcze nadal co 5 min. Ale potem znów nieregularne bardziej, za to silniejsze, na ktg pisały się jako bardzo mocne. A ja nadal nie śpię od wielu godzin, jestem wymęczona, ale nadal wierzę, że o tej 20 bedzie chociaz jakies rozwarcie, że do rana urodzę. O Godz. 21 juz wiadomo, że szyjka od godz 11 rano nic się nie zmieniła. Przyszedł lekarz ktory niczego nie narzucał, tylko spokojnie mnie poinformował, że ponad 18 h bez wód to juz dosc długo, ze nie zapowiada się, by coś się miało zmienić do tego czasu 24 h bez wód… I wtedy juz zrozumiałam, że nie moge narażać malutkiej – ona także była wymęczona…. Wtedy podjęłam decyzję, że to jest ten moment. Bardzo ważne było dla mnie że niczego mi nie narzucano, spokojne argumenty lekarzy, ale to ja byłam panią tej sytuacji, do samego końca.
Po 21 h skurczów nareszcie koniec… Natychmiast zrobiono mi cesarkę – we wspaniałych warunkach, ze świetnym zespołem. Był to bardzo trudny moment dla wszystkich, miałam mnóstwo zrostów, i podobno niezły „bałagan” po ostatniej cc. Ale wszystko się dobrze skończyło. O 22:20 Nadia juz była na świecie – 37 tc i 5 dni -3040 g i 52 cm, 10 pkt. Ja po 2 h miałam juz wyjety cewnik, po 3 h dostałam jogurt. Po 6 h toaleta. Rano juz normalne śniadanie i normalny obiad. Pierwsza doba – koszmar straszny – mnóstwo powietrza miałam w sobie. Ale po 24 h – znacznie lepiej. Tą cesarkę zniosłam najlepiej. Wyszliśmy po 1,5 doby od cesarki. Jestem przeszczęśliwa, a po 2 synkach mam swojego skarba kolejnego –  córeczkę Nadię. Mimo tych 21 h skurczów… I bólu – nie żałuję, że próbowałam – czuję, że przeżyłam ten poród w pełni. A personel był pod wrażeniem, że tak długo byłam cierpliwa, że tak walczyłam o mój vba2c. Warto było.
image1
image2

Kolejny polski VBA2C! (Białystok)

Kochani! Coraz głośniej w naszym kraju o porodzie naturalnym po 2 cięciach cesarskich – temat zdecydowanie jest rozwojowy! Tym razem nie w Warszawie, a w stolicy Podlasia:) Do lektury zapraszam na stronę Vivat Poród:

http://www.vivatporod.pl/pl,szczesliwe_historie,ewa_i_liwia,1

keep-calm-and-vba2c-on

Poród w chwale! (Warszawa)

t incisionPoród naturalny po 2 cięciach cesarskich, po pierwszym cięciu wykonanym w kształcie odwróconej litery T, w innym mieście (160 km od domu) – niemożliwe by podjąć taką próbę? Dziś kolejny dowód na to, że nie ma rzeczy niemożliwych. Czasem tylko brakuje wiary i determinacji. Warto więc o te wiarę i determinację sie starać, bo nagroda zaiste jest warta wysiłku! Oto historia porodu Ani:

Trzy lata temu urodziła się nasza pierwsza córka Sara, która od razu wyprowadziła się do Nieba. W czasie ciąży wiedzieliśmy, że jest bardzo chora i byliśmy przygotowani na różne scenariusze. Ostatecznie Sara zmarła po półtorej godzinie. Teraz żyje, ale nie na ziemi (jak by ktoś się zastanawiał co o tym myślimy). Podczas porodu lekarze zrobili pionowe docięcie na macicy, ponieważ dziecko miało poważne wady rozwojowe i było ułożone w pozycji poprzecznej. Aby bezpiecznie je wyjąć, było to konieczne. Podczas obchodu lekarz, który wykonał operację w pierwszych słowach poinformował mnie, że przez docięcie już nigdy nie będę mogła urodzić naturalnie.


11 miesięcy później, urodził się Samuel Stefan przez również przez cesarskie cięcie. Tym razem powodem był krwotok z odklejającego się łożyska przodującego w 35 tc. Niedługo potem znowu zaszliśmy w ciążę.


Od 8 miesiąca ciąży powoli szukaliśmy opcji porodu naturalnego, który pozwolił by nam urodzić więcej dzieci z mniejszymi komplikacjami niż kolejne cesarskie cięcia. W Lublinie nie ma szpitala, ani lekarza, który by się tego podjął. Dostaliśmy info od naszej Pani ginekolog o szpitalu św Zofii w Warszawie. Zadzwoniliśmy do znajomego lekarza z Warszawy z pytaniem czy mógłby nam jakoś pomóc dotrzeć do odpowiednich osób – okazuje się, że właśnie tam pracuje (ktoś wątpił?!). Medycyna jasno mówi, że pionowe docięcie macicy jest powodem absolutnie dyskwalifikującym do podjęcia próby porodu naturalnego.


Rozmawiam z Jackiem – naszym znajomym lekarzem i mówię – Wiesz, my wierzymy w cuda stwórcze. Jak sprawdzić czy to docięcie jeszcze jest? Odesłał nas do najlepszego specjalisty z tego szpitala, z najdokładniejszym aparatem do USG. Jego diagnoza: Jakbym nie przeczytał w Pani dokumentacji medycznej, że docięcie zostało zrobione, to nie ma żadnych dowodów na jego istnienie. Ciągłość macicy zachowana, nie uwidoczniono żadnych wskazówek na obecność blizny.
ALLELUJA!!!!!!


Mąż dzwoni do Pani ordynator oddziału położnictwa ze szpitala św. Zofii, odpowiedź jasna: „Powtarzam Panu po raz kolejny, a Pan nie przyjmuje do wiadomości. Docięcie dyskwalifikuje próbę porodu naturalnego. Mój szpital się tego nie podejmie.” W sumie nie ma co się dziwić, rzeczywiście z punktu medycyny sytuacja tragiczna. Ale Jezus ma swoje sposoby.


Dzwonimy kolejny raz do Jacka, dostaliśmy telefon do sekretariatu prezesa szpitala. Rozmawialiśmy z nim i rzeczywiście, szpital się nie podejmie, ale prezes bierze odpowiedzialność na siebie i możemy rodzić. (Innymi słowy Challenge Accepted!)


Termin na 16 maja, a mąż od 17 kwietnia co tydzień jeździ z naszą wspólnotą – Armią Dzieci na posługę po całej Polsce i Niemczech. Pytania dwa razy dziennie od znajomych: „Jak Ania ??” stały się codziennością. Jezus niech się zajmuje mną w domu, mężem w posłudze i niech jeszcze to tak ogarnie, żeby mógł był przy porodzie. Chyba sobie da radę nie? (Nie wszyscy byli przekonani ;))


Nadchodzi 15 maja, mąż od trzech dni na Szkole Wojowników Chwały w Lubinie (nie mylić z Lublinem, to drugi koniec Polski). 06:00 rano odchodzą mi wody, od razu dzwonię do męża, on od razu wsiada w samochód i pędzi autostradą do Warszawy. Ja dzwonię po wujka, który czeka w pogotowiu, żeby zawieźć mnie do Warszawy w razie potrzeby. Mamy 160 km, na miejscu jesteśmy w dwie godziny. Podróż przebiega spokojnie, mam regularne skurcze, ale niezbyt intensywne. Mąż o 10:00 jest już ze mną na miejscu. Skurcze postępują, rozwarcie się powiększa, położna i lekarze zaskoczeni że tak szybko. Cały czas są przy mnie, położna wspiera i zachęca żebym robiła to na co akurat jest wygodne dla mnie. Wchodzę więc do wanny na 1,5 godziny. Wchodzę z rozwarciem 3 cm, wychodzę już z 10 cm i gotowa do skurczów partych. Po 50 minutach partych, o 14:25 na świat przychodzi Gloria (czyli 5 godzin po przyjeździe do szpitala). Bez stresu, bez waliki z lekarzami, bez straszenia że może umrzeć, bez oxytocyny, bez docinania krocza, kleszczy, czy innych problemów i komplikacji, których wszyscy się bali. Po porodzie, lekarz bada ręką bliznę i z zaskoczeniem mówi po cichu do koleżanki lekarki „nawet nie czuć tego uskoku, który jest przy bliznach. Dziwne.”


3 minuty później dziecko już jest na moim brzuchu, je z piersi, pediatra nie ma zastrzeżeń, szpital ma na koncie baaaardzo nietypowy poród. My spędzamy z córcią pierwsze wspólne, piękne chwile razem. Wszyscy gratulują!

Wszyscy szczęśliwi! A najbardziej MY :)

*** Więcej informacji i historii o porodach kobiet z nietypowymi rodzajami nacięcia macicy na stronie: http://www.specialscars.org/ ***

Zawsze do celu – VBA2C (Rzeszów)

Historia Basi to opowieść o niezwykłej wytrwałości i determinacji w dążeniu do celu. To historia, która uczy, że jeśli mocno się czegoś pragnie, warto szukać wsparcia, nie zrażając się niepowodzeniami i trudnościami – nawet jeśli jest ich całe mnóstwo. Zapraszam do lektury z chusteczką w dłoni – wzruszenie gwarantowane:)

Moja historia zaczyna się w 2008 roku. W 41 tygodniu pierwszej ciąży, zaczyna się powolna akcja porodowa. O godzinie 9.15 zostaje (bez mojej zgody) przebity pęcherz plodowy, odpływaja zielone wody… porod nadal nie postępował i o godz.12.15 przyszła na świat moja córka przez cc. Po operacji położna przytuliła malutką do mojego policzka, patrzyłam chwilę jak jest badana a nastepnie została zabrana na oddział noworodków. Oliwkę dostałam dopiero następnego dnia.

W 2013 roku kolejna ciąża. Moja pani doktor od początku namawiała na kolejne cięcie. Jedyny argument: szkoda się męczyć bo po cc i tak mam małe szanse aby urodzić. Nie mając wiedzy na ten temat, zgodziłam się. Myślałam, że tak bedzie lepiej, bezpieczniej. Jednocześnie było mi przykro, że już nigdy się nie dowiem jak to jest urodzić naturalnie. Ostatnia wizyta u lekarza prowadzącego w 39tc – dostalam skierowanie do szpitala i wskazówkę, aby na ip powiedzieć, że boli mnie w miejscu blizny. W rzeczywistości nic mnie nie bolało i dziś żałuję, że poszłam na to cc zupełnie na „zimno”. Przeżyłam koszmar, bałam się, denerwowalam… Wszystko działo się za szybko… przygotowanie, sala operacyjna, znieczulenie. Niestety, mimo kilku wkłuć w kręgosłup wszystko czułam – w ostateczności dostałam znieczulenie ogólne. Obudziłam się i nie wierzyłam, że jestem już po… Na sali pooperacyjnej czekał na mnie mąż z moim malutkim synkiem. Następnego dnia samodzielnie zajmowalam się dzieckiem. Wszystko dobrze znioslam, ale wystąpiło u mnie okropne powikłanie po znieczuleniu- popunkcyjne bóle glowy.

O tym, że jestem w ciąży po raz trzeci zorientowałam się bardzo wcześnie. Niestety, na początku lekarz podejrzewał ciążę pozamaciczną. To był dla mnie ogromny stres. Jak się okazało ciąża była prawidłowa, lecz bardzo wczesna (nie widoczna na usg). Zmienilam lekarza i już na pierwszej wizycie zapytałam czy będę musiała urodzić przez cięcie cesarskie? W odpowiedzi usłyszałam, że poród naturalny po dwóch przebytych cieciach jest bardziej ryzykowny, musi być monitorowany, ale jeśli wszystko jest dobrze, można próbować. Uznałam, że to całkiem normalne. Można rodzić po 2cc -świetnie, super. Zaczęłam szukać więcej informacji i trafiłam na stronę naturalniepocesarce. Czytałam, wszystkie historie udanych vbac-ów, nawiązałam kontakt z kobietami, którym udało się urodzić po 2cc. Decyzja byla trudna, ale od poczatku nastawiłam się, że podejmę próbę.

Ciąża przebiegała książkowo. Lekarz ,,zaakceptował,, moją decyzję, a ja byłam spokojna. Z mężem ustaliłam, że podczas podczas porodu towarzyszyć mi będzie doula – Ania. Od pierwszego spotkania była moim ogromnym wsparciem. Czułam, że mogę na nią liczyć. Dwa miesiące przed terminem porodu mój lekarz prowadzący przestał przyjmować w przychodni do której chodzilam. Nie miałam z nim kontaktu. Udałam się na wizytę do przypadkwego lekarza z wolnym terminem. Z gabinetu wyszlam z łzami w oczach. Od młodej pani doktor, usłyszałam jaka ja to jestem nieodpowiedzialna… że pęknie mi macica, a jak urodze do brzucha, to nikt nie uratuje ani mnie ani mojego dziecka. Czułam się okropnie, chciałam się poddać… Całe szczęście miałam wsparcie męża, Ani oraz Madzi z naturalniepocesarce, która zawsze służyła dobrą radą .

Postanowilam skontaktować się jeszcze z innymi lekarzami i wszędzie słyszałam to samo: za duże ryzyko, nie wiemy jak zachowa się macica, nikt się tego porodu nie podejmie, 2cc jest wskazaniem do 3cc itp. Byłam już w 37/38tc a nawet nie miałam pomysłu gdzie rodzić, aby nie walczyć z calym personelem medycznym. Ania i Madzia doradziły mi kontakt z ordynatorem jednego z rzeszowskich szpitali, gdzie były już próby porodów po 2cc. Nie umawiałam się na spotkanie, spontanicznie pojechałam do szpitala i zapukalam do gabinetu ordynatora. Byłam zdenerwowana, obawiałam się tej rozmowy z powodu wczesniejszych doświadczeń. Tym razem moje obawy okazały się zupełnie niepotrzebne. Doktor Ostrowski bardzo poparł moją decyzję, a nawet się z niej ucieszył. Poznał moja historię położnicza i powiedział, że jak najbardziej mogę próbować rodzić „dołem”. Poświęcił mi sporo czasu, zalecił wykonywanie ktg po 39tc i wytłumaczył jak bedziemy postępować. Na koniec dodał, że z moim dobrym podejściem, nastawieniem to musi się udać. Miałam w sobie tyle wiary! Bylam szczęśliwa:-)

Tydzień przed terminem zrobiłam zapis ktg i poszlam skonsultować go z lekarzami. Zobaczyli w karcie ciąży, że jestem po 2cc i się zaczelo… Powiedzieli, że stan po cieciach jest wskazaniem do 3cc i mam przyjąć się do szpitala. W tym momencie do gabinetu wszedł dr Ostrowski – do swoich kolegów powiedział: „Tej Pani nikt nie „potnie”, bo bardzo zależy jej na porodzie sn”. Podkreślił, że to dobra decyja a nie jakas fanaberia:). Zapis ktg uznał za wzorowy. Razem z młodszym lekarzem zrobili mi usg blizny na macicy. Wyglądała na mocną i grubą co też mnie ucieszyło – 3,4mm. Ordynator kazał wracać do domku, bo nie ma sensu mnie stresować pobytem w szpitalu. Po 40tc zalecił wykonywanie ktg co dwa dni i jesli zapis będzie prawidłowy, a akcja wczesniej się nie rozpocznie do szpitala powinnam się zgłosić 7dni po przewidywalnym terminie. Znów byłam pełna optymizmu.

W dniu terminu z OM, 11.02 pojechałam wykonać ktg po czym udałam się skonsultować zapis. Nie bylo milo… Postraszyli i uznali moje zachowanie za nieodpowiedzialne. Powiedzieli, ok, nikt na siłę Pani nie wykona cc, ale mam byc w szpitalu pod stałą opieką. Najgorsze byłlo to, że ordynator miał w tym czasie urlop i nie miałam sie kogo doradzić. Nie chciałam bez konkretnego powodu leżeć w szpitalu, zostawiając w domu dzieci. Po rozmowie z mężem, Anią oraz dziewczynami z grupy wsparcia postanowiłam stosować się do zaleceń dr Ostrowskiego i spokojnie czekać w domu. Robiłam ktg i wszystko bylo dobrze.

7 dni po terminie a u mnie nic się nie działo… byłam przerażona pobytem w szpitalu. Był piatek, ordynator z urlopu miał wrócić w poniedziałek. Jakoś jemu najbardziej ufalam i to jego chcialam zapytać co dalej? Postanowiłam, że pójdę na prywatną wizytę do lekarza, aby sprawdzić dokładnie czy wszystko dobrze z moim dzidziusiem. Całe szczęście, ktg, przepływy, łożysko – wszystko prawidłowo. Szyjka zgładzona, rozwarcie na 1 palec i główka nisko. W sobotę rano odszedł czop śluzowy, nic wiecej się nie dzialo i resztę weekendu spokojnie spędziłam w domu:-)

22.02.2016r.

Pojechałam do szpitala na ktg. Zapis był trochę zwężony… Decyzja ordynatora – spokojnie poczekać do wieczora i przyjąć się do szpitala. Wyjaśnił, że to dla naszego bezpieczeństwa. Zastosowalam się do jego zaleceń. Zostałam przyjęta na porodowkę. Wykonano badania, ktg, usg itp. Rozwarcie na 1palec, główka nisko i cisza…

23.02.2016r.

Rano na obchodzie lekarze zaproponowali mi cewnik foleya. Zgodziłam się. Od godz.9 chodziłam już z balonikiem. Miałam nadzieje, że wszystko się rozkręci. Cały czas spacerowałam, chodziłam dużo po schodach „w dół”. Starałam się zrelaksować pod prysznicem, słuchałam ulubionej muzyki. Odczuwałam jedynie pojedyncze, nieregularne skurcze i lekkie rozpieranie. Tej nocy nie mogłam długo zasnąć… bylo mi smutno, tęskniłam…

24.02.2016r.

4.30 rano – obudziłam się „mokra”. Wstalam, poszłam do toalety – wtedy chlusnęły wody płodowe i wypadł cewnik foleya. Poszłam do położnej, zrobiła mi ktg a skurcze pisały się słabiutko. Ja czułam tylko napinanie się brzucha. Lekarz (tem sam, który mierzył mi wczesniej bliznę) po badaniu powiedział, że połowa porodu za mną. Rozwarcie na trzy palce, a główka bardzo nisko. Z usg wychodziło, że synek będzie ważył 3700g. Z racji gbs+ dostałam antybiotyk i zostałam przygotowana do porodu. Zadzwoniłam do męża, opowiedziałam jak się sprawy mają , a następnie po Anię.

Później była zmiana położnych… a szkoda. Zostałam przywitana słowami: kto to widzial rodzić po dwóch cieciach? Wody odeszly, skurczy nie ma, proszę sie tak nie upierać przy tym porodzie naturalnym! Nie ma też co liczyć na aktywny poród! Jak to poprowadzic?Musimy monitirowac ktg! – tak się zaczęła nasza współpraca.

Czas na obchód lekarzy. Ordynator po tym jak mnie zbadał, zalecił misodel na „rozkręcenie” akcji. Pozostali, młodzi lekarze patrzyli na mnie jak na „przybysza z innej planety”. Szeptali sobie coś miedzy soba… Zrobilo mi sie przykro i byłam po prostu smutna. Dr Ostrowski, Ferenc i jeszcze jeden, którego nazwiska nie pamiętam dodali mi otuchy słowami, że wszystko bardzo ładnie postepuje, nie mam się czym martwić tylko się uśmiechać . Chciałam sie odciąć od klimatu szpitala. Złapałam telefon, sluchawki i zanim zdążyłam założyc je na uszy, położna krzyczy: „Proszę odłożyć telefon do torby, nie bedzie potrzebny. Wie Pani jakie to szkodliwe? Nie może Pani myśleć tylko o sobie!” Pozostawiłam to bez komentarza. Włączyłam radio w telefonie, poszłam na spacer – po korytarzu i usłyszałam motywujace słowa piosenki NPWM „Zawsze do celu”:

To jest ten dzień

To jest ta chwila

Głęboki wdech

To niepowodzenie już przemija

Odparty lęk

Przecież potrafisz wygrywać

Dawaj do przodu

Wyciągnij dłonie i to zdobywaj

Nieprawdą jest to, że mówili nie dasz rady

Nieprawdą jest to, że nie możesz zostać wygranym

Nieprawdą jest mówienie: marzeń nie osiągniemy

Bo to jest w twojej głowie

To od Ciebie zależy

Potrafisz wierzyć?

Potrafię!

Więc dalej walczę

A założenie ze każdy powinien mieć szansę

A Gdy upadniesz pamiętaj – razem wstaniemy

Jeśli nie tym razem to pofarci się następnym

Nie pierwszy raz mówię, że wiara daje wsparcie

A wygranym jest już ten, który staje na starcie

Nie ważne czy pokażesz zapis wyników

Ważne ile potu wylałeś tu na treningu

Do celu masz niewiele tak

A gdy upadniesz

Pomogę ci wstać

Po prostu walcz

Nie poddawaj się

To może być twój szczęśliwy dzień (…)

Pomyślałam, że to jest MÓJ SZCZĘŚLIWY DZIEŃ i daje z siebie wszystko. Byłam zrelaksowana i poczułam się jeszcze lepiej bo pojawiła się Ania. Czas miło upłynął nam na rozmowach, chodzeniu po schodach i korytarzu. Nie musialam leżeć pod ktg, polozna co 15 minut  słuchała tętna dziecka. Cieszyłam się, bo skurcze były coraz mocniejsze. Na poczatku nie robiły wrazenia, a później musiałam już opierać się o barierki. Ania masowala mi plecy oraz przypominała o rozluźnieniu i oddychaniu. Między skurczami chciało mi się śmiać bez powodu:-) Chichotalam sobie:). Proponowano mi znieczulenie (kilka razy nawet) – nie potrzebowalam go.

Skurcze się nasilały a ja poczułam zmeczenie. Położna zaproponowała piłkę. Usiadłam z głową opartą na łóżku, odpoczełam i przysypiałam. Ania na skurczach nadal masowala mi plecy co łagodzilo ból, który był już naprawdę powalający. Położna powiedziała, że mogę iść pod prysznic, a za pół godziny zostane zbadana. Godz.12.30 -myślałam, że braknie mi sił, aby dojść pod ten prysznic i modliłam się, aby zdążyć przed skurczem. Bylam bardzo zmęczona, Ania polewala mnie wodą a ja wydawałam z siebie różne dźwięki. Nie krzyczałam, starałam sie rozluźnić ciało ,,pojękujac jak przy dobrym seksie „.  W głowie wiedziałam, że ten ból nie zrobi mi krzywdy, on zbliża mnie do mojego dziecka i nie mogę przed nim uciekać. Woda troszkę przynosiła ulgę, ale już pod koniec zaczęłam mówić o znieczuleniu.

Z pomocą Ani wyszłam z pod prysznica,poczulam. Kolejny mocny przyplyw… Uklękłam w łazience opierajac ręce na krześle. Chciałam tam zostać, w takiej właśnie pozycji, tak podpowiadalo mi moje ciało. Niestety musiałam w jakiś sposób dojść na sale porodowa.Tam czekała pani doktor, która miała mnie zbadać. Płakać mi się chciało na myśl, że muszę położyć sie na łóżku. Po badaniu, lekarka kiwnęła twierdzaco głową w stronę położnej i usłyszałam, że jest pełne rozwarcie!

Położna dokładnie opowiedziała co mnie czeka i jak mam się zachować. Parłam kiedy czulam potrzebę. Nie było łatwo, ale wkładałam w to wszystkie swoje siły. Czułam jak dziecko schodzi w dół. Położna chroniła krocze a ja nie mogłam wyprzeć główki bo byłam coraz bardziej zmęczona. Zgodziłam się na nacięcie krocza i po kolejnym skurczu zobaczyłam główkę synka między nogami! Uczucie cudowne, niedoopisania! Urodziłam go, z rączką przy buzi godz.13.10, 3350g mojego szczęścia! BYLAM NAJSZCZESLIWSZA! Później jeszcze łożysko, które po raz pierwszy widziałam Ogarnela mnie euforia!

Ordynator przyszedł osobiscie mi pogratulować:-) Chwalił, ze pieknie rodziłam . Ania zadzwoniła do mojego męża z radosną nowiną . Szyta byłam w znieczuleniu ogólnym. Zbadana została też blizna i wyłyżeczkowana jama macicy. Obudziłam się i BYŁAM Z SIEBIE DUMNA . Czułam sie doskonale przytulajc do piersi swojego synka. TO BYL MÓJ SZCZESLIWY DZIEŃ.

IMG_20160323_205319

DZIĘKUJĘ za pomoc w  osiągnięciu mojego celu. Dziękuję Ani, która była przy mnie, Madzi za każde dobre słowo, rady i oczywiście dziewczynom z grupy wsparcia.

Próba porodu pośladkowego po 2cc (Wrocław – Warszawa)

Znam nie mało świadomych i pełnych determinacji kobiet. Ale mądrość i samozaparcie Kasi wprawiły mnie w szczery podziw. Oto co znaczy zrobić ABSOLUTNIE WSZYSTKO, żeby dać sobie i swojemu dziecku szanse na naturalny poród. Ta historia pokazuje też, że „zrobienie wszystkiego, co możliwe” nie musi oznaczać fanatyzmu czy narażenia siebie lub dzieciątka na niebezpieczeństwo. Mam cichą nadzieję, że Kasia będzie inspiracją i przykładem dla niejednej z Was.

To co przed…

Historia moich porodów zaczyna sie 5 lat temu, kiedy to byłam w ciąży z moją pierworodną, Wiktorią. Całe życie słyszałam, że nie mam wyjścia i musze rodzić przez cc z powodu mojej krótkowzroczności (-11). Przepłakałam cała ciąże, ale wszyscy dookoła mnie mówili, że nie ma wyjścia. Do szpitala trafiłam w 32 tygodniu ciąży, przerażona i zaskoczona. Na dwa tygodnie udało się wstrzymać porod i w 34tc z 6 cm rozwarcia, z okropnymi bólami krzyżowymi pojechałam na cc. Wiktorię zabrano do inkubatora a ja zobaczyłam ją dopiero po 26h….. 26 dłuugich godzinach, które przepłakałam błagając, by ktoś zawiózł mnie do dziecka.

Kiedy rok po porodzie zmieniłam okulistkę okazało się, że moje oczy są w dobrym stanie i mogę rodzić naturalnie. Nie mogłam w to uwierzyć, byłam przeszczęsliwa…i kiedy 2,5 roku po pierwszym cięciu zaszłam w kolejną ciążę wiedziałam czego chce z całego serca….naturalnego porodu. Zaczęłam szukać informacji….poród bez parcia, poród w pozycji wertykalnej –  wiedziałam, że może to pomóc odciążyć wzrok. Zapragnęłam czegoś więcej….poczułam ze poród domowy to moje marzenie…bez lęku, krzyku, strachu…ze spokojem, w swoim domu, z dzieckiem przy mnie od początku. Znalazłam położną, dla której mój stan po cięciu nie był problemem – wspaniałą, mądrą i doświadczoną kobietę. W 14 tc zadzwoniłam i ustaliłysmy, że spotkamy sie dopiero pod koniec ciąży… Wszystko było idealnie… Ja wczytywałam się w mądrą vbac’ową i “pro-domową” literaturę, chodziłam na jogę, czekałam na wymarzony poród. Ale życie pisze różne scenariusze….

W 19tc jak grom z jasnego nieba diagnoza – potworniak kości krzyżowo-guzicznej u dziecka. 3 miesiące spędzone w szpitalu i walka o maleństwo….wiedziałam, że niestety nie mam szans na poród naturalny –  guz był coraz wiekszy i nie urodziłabym drogami natury. Rozumiałam to… wiedziałam, że nie ma wyjścia… Moja córka, Lea, zaczęła rodzić się w najgorszym momencie – podczas sobotniego dyżuru. Jadąc na sale operacyjną okazało się, że jest juz 5 cm rozwarcie. Byłam przerażona, to był 30tc, a Lea potrzebowała operacji, której nie chciał się podjąć żaden dyżurny lekarz. Płakałam, a położne krzyczały i wyśmiewały… Anestezjolog wbijał się w kręgosłup 7 razy zanim udało się mnie znieczulić. Moja córeczka urodziła się i po kilku godzinach walki zmarła… A mi wycięto “na wszelki wypadek” zdrowy jajnik. Po cięciu czułam, że nie tylko straciłam córkę, ale zostałam też bezsensownie okaleczona. Po porodzie kolejna trauma – podejście personelu do mnie, brak wsparcia…. ten czas wspominam okropnie…

Wreszcie po 8 miesiacach zaszłam w kolejna ciąże.

To co w trakcie…

Byłam przeszczęśliwa i czułam, wiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Na początku przekonałam mojego sceptycznego ginekologa do wspierania mnie w dążeniu do vba2c :) Do 34 tc czułam, że MAM TĘ MOC!! I na pewno mi sie uda. Czułam, że ktoś ( Lea? ) nade mną czuwa i wszystko uklada się po mojej myśli. Pod koniec pierwszego trymestru zadzwoniłam do położnej i okazało się, że jeśli blizna będzie gruba, dziecko nie za duże i spełnie jeszcze kilka innych warunków rodzimy w domu :) Mój partner był też podekscytowany tym faktem. Przygotowania do porodu domowego szły pełną parą.

W 34 tc dzidzia wciąż była głową w górę więc zajęłam się namową niesfornego brzdąca do obrotu. Codziennie ćwiczenia, masaże [w tym technika Bowena, przyp. red.], wizualizacje, rozmowy z dzieckiem, pływanie, przypalanie małego palca moksą, okładanie się lodem i świecenie światłem….próbowałam wszystkiego…bez skutku… Około 36tc znalazłam opcje obrotu zewnętrznego w Pyskowicach. Cudownym zbiegiem okoliczności udało się skontaktować z ordynatorem i pojechaliśmy. Sam obrót wspominam dobrze. Nic nie bolało….ale niestety też sie nie udało…. Mała zazwyczaj wypychająca głowę przez żebra jakby specjalnie ją schowała i nie dało się jej obócić. A kiedy nawet udało sie prawie…. wróciła do swojej ulubionej pozycji.

Czas uciekał a ja coraz bardziej była przerażona. Zaczęłam przygotowywać się na opcję cięcia. Obdzwoniłam wszystkie okoliczne szpitale … i nigdzie nie można było mieć dziecka obok siebie po cięciu i w nocy….znalazłam w końcu szpital oddalony o 60km, który spełniał te wymogi ale…. w razie czego nie było opcji vbac ( ciagle miałam nadzieję, że malutka obróci się na pierwszych skurczach).

Wiedziałam, czego nie chcę – porodu na zimno. Wiedziałam że będę czekać do rozpoczęcia się akcji. Ale wciąż to cięcie nie dawało mi spokoju. Jak to –  zdrowa ja, zdrowe dziecko i mamy się dać pociąć TYLKO dlatego, że mała jest obrócona pupka? Zaczęłam szukać informacji o porodzie pośladkowym i coraz bardziej utwierdzałam sie w przekonaniu, że dam radę:) Pozostało znalezienie lekarza. Co było najtrudniejszą częścią tego planu. I znów niesamowite wydarzenie. Napisała do mnie pewna osoba, żebym zapytała w św. Zofii. Był wtorek, dzień po terminie wg OM, wiedziałam że wtedy dr Puzyna ma dyżur w przychodni… Zadzwoniłam i usłyszałam, że dobrze, ale jeszcze tego dnia do 19.00 mam się stawić w przychodni na kwalifikacji. Szybko spakowaliśmy walizki, zabraliśmy z przedszkola starszą córkę i ruszyliśmy do Warszawy. 18.50 byliśmy na miejscu…i zostałam zakwalifikowana :) Do pośladkowego porodu po 2cc. Pozostało czekać na rozpoczęcie akcji.

Poród…

W czwartek skurcze były już intensywne i częste, pojechaliśmy więc do szpitala….Na IP wiedzieli już kim jestem i zadzwoniono po ordynatora. Szybkie badanie i usg, i pojechaliśmy na górę. Tam czekał już ordynator osobiście i, choć nie robi już tego na codzień, powiedział, że sam przyjmie mój poród. Czułam się bezpiecznie z takim lekarzem… Bezpiecznie na tyle, że nie dojdzie do bezsensownego cięcia bez wskazań. Sala porodowa była niesamowita… czułam się jak w spa… Personel miły, uśmiechnięty…. Było to odwrotnością moich doświadczeń. O wszystkim mnie informowano… na wszystko pytano o zgodę. Położna była ze mną tyle ile trzeba…ani za długo, ani za krótko. Ale mimo wszystko czułam, że się zablokowałam….skurcze przestały być tak mocne i częste…rozwarcie nie postępowało. Zaczęłam podkrwawiać. Po 6h okazało się, że CRP wzrosło do 60 i wtedy moje marzenie się zakończyło… pojechałam na cc…. ale pozwolono tatusiowi byc przy mnie w czasie operacji. Malutka po wyjęciu i zważeniu była przy mnie. Przytulaliśmy się w trójkę podczas szycia….

12721649_10201377467674858_56238344_n

Po wszystkim zostałam z nią cała noc na sali pooperacyjnej. Była przy mojej piersi. Mimo że moje marzenie się nie spełniło, miałam dobry poród.

Mam nadzieje ze vba3c się uda :)