Tag Archive | poród drogami natury po cc

Marzenie, które rodziło się powoli (Ruda Śląska)

Bardzo trudny, wręcz traumatyczny pierwszy poród – zabiegowy poród drogami natury. Następnie cięcie cesarskie – można by rzec „na życzenie”. Nerwica lękowa. Czy w tym scenariuszu może być jeszcze miejsce na szczęśliwy VBAC? Poznajcie historię Zuzanny.

 

DSC_7005

VBACowy Joszko

„ROZPOZNANIE: CIII PIII poród siłami natury 23.05.2018r. Urodzono syna żywego 3640 g, Apgar 10 pkt.
O80.0 – poród samoistny w położeniu podłużnym potylicowym.”Te słowa na moim wypisie ze szpitala czytam tydzień po porodzie. Do oczu napływają mi łzy, czuję ścisk w gardle. Nie mogę uwierzyć, że spełniło się marzenie, które jeszcze rok temu nawet nie istniało, nie miało racji bytu. Dziwne marzenie, które rodziło się powoli, nieśmiało, niepewnie, od niechcenia i bez przekonania. Marzenie o szybkim, bezproblemowym porodzie naturalnym. Zaczęło we mnie kiełkować dopiero po zajściu w trzecią ciążę, 13 miesięcy po cesarskim cięciu…
PORÓD I. Szpital Bonifratrów w Katowicach.17 stycznia 2014 o godz. 12.55  dokładnie 2 tygodnie przed terminem, po ok. 7 godzinach od pierwszych skurczy urodziłam Gniewka Beniamina. Właściwie ostatecznie brutalnie wyciągnięto go ze mnie po kilkunastu nieudanych próbach – drugim rodzajem próżnociągu (vacuum). Wcześniej zastosowano manewr Kristellera, bo dziecko nie chciało się wstawić w kanał przy pełnym rozwarciu, a tętno dramatycznie spadało. Po 25 minutach wyciągnięto w końcu mojego syna, bladego, niepłaczącego. Zastosowano sztuczną wentylację workiem Ambu. W 1 minucie 4 Apg (potem 5-7-8). 56cm, 3440g. Synek miał krwiaka na główce po vacuum, obniżone napięcie mięśniowe, był rehabilitowany, ale, dzięki Bogu, nie ucierpiał poważnie i jest  dziś całkowicie zdrowym chłopcem.
Opis całego porodu tutaj (tylko dla osób o mocnych nerwach ;)) :
images
Ten pierwszy poród był dla mnie traumą. Długo dochodziłam do siebie psychicznie i fizycznie. Z perspektywy wiem, że otarłam się o depresję poporodową. Wiedziałam wówczas, że chcę i będę miała więcej dzieci (od zawsze planowaliśmy minimum trójkę), ale jedyną drogę porodu, jaką dopuszczała moja głowa po tym pierwszym, było cesarskie cięcie. Dodatkowo urazy po vacuum dawały obraz, który mógł sugerować poważne problemy z dnem miednicy. W ciągu roku byłam na konsultacjach u kilku lekarzy. Ostatecznie okazało się, że nie są to tak poważne urazy, jakimi mogły się początkowo wydawać. Nie mniej miałam już oficjalną „wymówkę” dla cesarskiego cięcia: „stan po porodzie urazowym”. Moja ginekolog poszła mi na rękę, bo wiedziała, z jaką traumą wiązał się dla mnie poprzedni poród, nie chciała dokładać mi zmartwień o poród w czasie ciąży. Nie ukrywam, że perspektywę cesarki postrzegałam jako wybawienie i pozwoliła mi ona w miarę spokojnie przebrnąć przez cały okres drugiej ciąży. I stało się.
images
PORÓD II. Szpital Miejski w Rudzie Śląskiej Goduli. 12 sierpnia 2016 o godz. 11.10, w 39 tygodniu ciąży przez elektywne cesarskie cięcie urodziłam Iwa Joachima. 56 cm, 3540 g, 10 Apg.
Jak się okazało, to też nie było dla mnie wymarzone rozwiązanie. Podczas operacji wpadłam w panikę, byłam absolutnie przerażona, a utrata z własnej woli jakiejkolwiek „mocy sprawczej” okazała się dla mnie wiązać z pewnym rodzajem rzeczywistej straty. Po zejściu znieczulenia cierpiałam całą noc mimo środków przeciwbólowych. Ból rany na macicy w połączeniu ze skurczami obkurczającymi był dla mnie nie do zniesienia. Absolutnie nic mi nie pomagało, a ja cicho jęczałam, wiedząc, że nic więcej przeciwbólowego mi nie zechcą podać. Mimo, że fizycznie bardzo się starałam szybko wrócić do formy, a psychicznie czułam się o niebo lepiej niż poprzednio, dobitnie przekonałam się, że operacja to jednak… operacja. Nie działa dobrze ani na ciało, ani na ducha. Opis całego porodu i moich przemyśleń tutaj:
To może wydać się dziwne, ale, mimo wszystko, nie żałuję tego cesarskiego cięcia. Myślę, że miało swój sens. Było po coś. Dało mi zmianę perspektywy, inne spojrzenie na poród. Uświadomiło, że nie ma łatwych rozwiązań.
 images
Gdy niespodziewanie 13 miesięcy po cesarce odkryłam, że jestem w kolejnej ciąży, stopniowo zaczęłam się zastanawiać nad możliwością innego niż operacyjne zakończenia ciąży. Ta myśl powoli kiełkowała we mnie, dojrzewała z każdym kolejnym tygodniem. O grupie wsparcia Naturalnie po Cesarce wiedziałam wcześniej, ale nie od razu się do niej zapisałam. Coś w środku mnie blokowało. Zachęciła mnie koleżanka i ostatecznie się odważyłam. Odważyłam się też zapytać co sądzi o TOLAC moja ginekolog, choć miałam obawy, że będzie niechętna pomysłowi. Myliłam się – po usłyszeniu, jaka jest moja motywacja, nie miała nic przeciwko, o ile „w praniu” nie wyjdą jakieś dodatkowe przeciwskazania. I wtedy jakiś dziwny ciężar ze mnie spadł… A wstąpiła bardzo nieśmiała nadzieja, że mam szansę na lepszy poród, chociaż jeszcze chwilę temu nawet tego nie oczekiwałam, nawet nie chciałam o tym myśleć.
Od początku tej ciąży mówiłam – nic na siłę, nie za wszelką cenę, będzie, co ma być. Nie chciałam czytać książek, nie chciałam medytacji, afirmacji, czegokolwiek. Nie neguję tych praktyk, jestem przekonana, że wielu osobom przyniosły one korzyść. Ja postanowiłam nie myśleć, nie zastanawiać i zdać się na wolę Bożą. Z własnego doświadczenia wiedziałam, że są rzeczy, na które i tak nie mam wpływu, że nie wszystko zależy od psychiki, nastawienia i dobrej woli rodzącej. Pomyślałam, że po prostu chciałabym szybkiego, niepowikłanego, fizjologicznego porodu, który rozpocznie się samoistnie. I szczerze mówiąc, do teraz (a minęły już ponad 3 tygodnie od tego momentu) nie mogę uwierzyć, że to mnie spotkało…
 images
PORÓD III. Jest środa, 23.05.2018. Trudno dokładnie określić wiek mojej ciąży, ale przyjęliśmy, że termin porodu wypada między 26 a 31.05. Po cichu trochę liczę, że skoro do tej pory nic nie ruszyło, to może jeszcze zdążę zaliczyć konsultację anestezjologiczną, którą mam zaplanowaną na piątek, a bez której najprawdopodobniej nie otrzymam znieczulenia ZZO (chciałam je mieć jako opcję „w zanadrzu”). Póki co, na godzinę 11.00 zjawiam się na umówionym KTG w szpitalu w Rudzie Śląskiej, gdzie zamierzam rodzić. Przy okazji moja ginekolog bada mnie, by ostatecznie skwitować sytuację: „Nic nowego! Szyjka długa, rozwarcie może na palec, główka gdzieś tam wysoko, niewstawiona. Oj, jeśli mam być szczera, to nie sądzę, że poród rozpocznie się niebawem samoistnie”. Umawiamy się więc na kolejne KTG w sobotę, a jeśli nic samo nie ruszy, to w poniedziałek lub środę mam się stawić na wywołanie porodu przy użyciu cewnika Foleya. Mimo wszystko nie biorę sobie do serca tych słów. Zdaję sobie sprawę, że to niejednokrotnie toczy się bardzo spontanicznie i równie dobrze poród może się rozpocząć w każdym momencie. Daję sobie więc luz na kolejne dni, z dalszym nastawieniem „będzie co ma być, ale jednak sądzę, że zacznie się samo” ;).
 images
Po wyjściu ze szpitala idę jeszcze z moją mamą do kawiarni nieopodal na ciastko i kawę, a potem jadę do przedszkola po mojego starszaka. Na koniec wstępuję do krawcowej. Dalsze popołudnie upływa mi również w przyjemnej i luźnej atmosferze, bo mąż postanowił wziąć dzieci na spacer. Siadam więc przed komputerem i zjadam w dwie minuty pół paczki Delicji. Brzuch często twardnieje, niemniej od jakichś dwóch miesięcy skurcze Braxtona-Hicksa są stałym elementem rozkładu dnia, więc się nie dziwię. Siedząc w fotelu w pewnym momencie czuję coś, co sprawia, że przemyka mi przez głowę ulotna myśl „może to dziecko się właśnie wstawia”. Do dziś nie wiem, czy tak faktycznie było, czy to tylko przypadkowe odczucie, ale pamiętam, że dokładnie coś takiego w pewnym momencie przyszło mi do głowy.
 images
Po niedługim czasie czuję delikatnie pobolewanie w podbrzuszu, uznaję więc, że pora na lekki odpoczynek i kładę się na łóżku. Niedługo potem czuję ponownie lekki ból, który teraz identyfikuję już jako skurcz. Robię się czujna i spoglądam asekuracyjnie za zegarek. Jest 18:06. Kiedy kilka minut później czuję kolejny skurcz,  dzwonię do męża, informując go, że niewykluczone, iż „coś się szykuje”. Skurcze są nieregularne (podczas pierwszego porodu również były) – z przerwami od 10 do kilku minut – ale robią się coraz mocniejsze. Biorę prysznic – nie mijają. Dzwonię ponownie do męża i mówię, że wolałabym się szykować do szpitala. Mąż standardowo powątpiewa, że rodzę i dopytuje, czy aby na pewno nie za wcześnie ;). Dzwonię też do mamy, żeby została z dzieciakami pod naszą nieobecność. W pół godziny jesteśmy gotowi do wyjazdu. Wychodząc z domu, czuję pierwszy naprawdę mocny skurcz, który moja mama komentuje „Ty chyba naprawdę rodzisz”.
 images
Na Izbie Przyjęć jesteśmy po 19:00. Na szczęście nie ma kolejek. Zaczynam tłumaczyć pani w rejestracji, że mam skurcze, że to mój trzeci poród, że jestem po CC i chcę rodzić naturalnie… I nagle skurcze zaczynają niesamowicie przybierać na sile. Mam wrażenie, że są co minutę i są naprawdę bardzo mocne. Przypomina mi się ten ból, który dosłownie powala na ziemię. Nagle przestaję się przejmować, czy wypada czy nie, zaczynam jęczeć i kładę głowę na blacie przy rejestracji. Pani, widząc, że akcja najwyraźniej posuwa się do przodu, w pośpiechu każe mi podpisywać papiery (po raz pierwszy żałuję, że mam takie długie nazwisko ;)) i dzwoni na porodówkę. Każą mi się przebrać w „kreację porodową”. Jestem cała zlana potem, do przebieralni sunę po ziemi, trzymając się kurczowo ramienia mojego męża. Kiedy tylko skurcz na chwilę odpuszcza, staram się wykorzystać moment i przebieram się w ekspresowym tempie, byle tylko zdążyć przed kolejnym. Robi się nerwowo, bo mąż nie do końca ogarnia zawartość mojej walizki, ale ostatecznie jakoś się nam to udaje. Wychodzę z przebieralni krokiem żywego trupa i zmierzam do windy, nadal głośno jęcząc z bólu. I wtedy przytrafia mi się ciekawy przypadek wspólnoty losu. Mijam faceta, który również zwija się z bólu i jęczy tak samo głośno, jak ja. Echo naszych symultanicznych jęków odbija się od ścian korytarza i myślę sobie, że w sumie jestem w lepszej sytuacji, bo mnie boli z powodu porodu, a jego z powodu choroby lub innego uszczerbku na zdrowiu.
 images
Kolejny, cholernie mocny skurcz, chwyta mnie w momencie, gdy otwierają się przede mną drzwi windy na porodówce. Położna wita mnie więc dokładnie w chwili, gdy z moich ust rozlega się pierwszy, donośny okrzyk bólu. Kładę się spiesznie na łóżku porodowym w celu zbadania. I słyszę coś, co mnie (mówiąc delikatnie) już na starcie nie nastraja pozytywnie: „2 cm rozwarcia. O, długa jeszcze droga przed panią”. Ta informacja niemal mnie dobija i zaczynam się zastanawiać, jakim cudem mam przy tym bólu dotrwać do pełnego rozwarcia, to jakiś kosmos. Nieśmiało zagaduję o znieczulenie –  mówię, że byłam umówiona na konsultację na piątek. „I CO TERAZ???” Szybko się orientuję, że do tematu nie ma raczej sensu wracać –  na znieczulenie w tej sytuacji generalnie nie ma co liczyć.
Leżę cały czas na lewym boku, zaciskam ręce na oparciu albo na ręce mojego męża, któremu w międzyczasie rozrywam szpitalną szatę. I powieki też zaciskam, niemal cały czas. Otwieram je ponownie, gdy mam podpisać papiery z ankiety, na której pytania odpowiadam pomiędzy skurczami. Cztery podpisy. Po raz drugi żałuję podwójnego nazwiska. Wiem, że zadeklarowałam zgodę na nacięcie krocza i na użycie gazu rozweselającego, więcej grzechów nie pamiętam.
Tymczasem skurcze nadal są nie-do-zniesienia, ale nie mija wiele czasu (jakieś 15 minut), a w kolejnym badaniu ginekologicznym położna odkrywa, że jest już 7 cm! Wygląda na to, że sama jest zaskoczona, podobnie jak i reszta personelu. Może jednak dam radę…  Przypominam sobie o słynnym „kryzysie 7 centymetra”. W międzyczasie ktoś pyta o płeć dziecka. „Syn. Trzeci…” – mówię. „Trzeci syn! To co, reflektuje pani jeszcze na dziewczynkę?” – słyszę dowcipny komentarz. „Yyy… teraz nie.” – odpowiadam ledwie zipiąc pomiędzy jednym a drugim skurczem.
 images
Wracając do „reszty personelu” – towarzyszy nam przez większość czasu dwóch lekarzy. Jeden z nich uporczywie wypytuje mnie o powody poprzedniej cesarki. Próbuję wyjaśniać i chyba wyjaśniam za dużo, bo dalsze pytania nie ustają – najwyraźniej są wątpliwości. Odnoszę wrażenie, że większość porodu spędzam na odpowiadaniu na pytania… Mam wrażenie, że obaj lekarze nie są zachwyceni moim VBACkiem – jeden z nich wygląda na wyraźnie niezadowolonego z faktu, że miałam cesarkę i  komentuje to słowami „jak się powiedziało A, to trzeba powiedzieć B”. Mój mąż z sali porodowej zdążył jednak  wcześniej zadzwonić do mojej lekarki, która (co słyszę na własne uszy) dzwoni do lekarzy dyżurujących, by ich przekonać, że mają mi pozwolić rodzić naturalnie, przy okazji tłumacząc się z mojej cesarki. Chwilę po jej telefonie położna woła lekarzy – jest 9 cm . Zaraz potem bada mnie lekarz i mówi jedno zdanie, które mnie bardzo uspokaja: „pełne rozwarcie, główka napiera”. Czyli chyba nie będzie powtórki z rozrywki :)
Położna mówi, że mogę sobie „poprzeć” na skurczu. Prawdę mówiąc, wcześniej mi to nie przyszło do głowy, więc wnioskuję, że nie miałam potrzeby parcia jeszcze na tym etapie. Pytam, czy to już „te parte?” I słyszę, że tak. Próbuję więc przeć i odkrywam, o co tutaj chodzi. Odkrywam, bo mimo, że przy pierwszym porodzie też próbowałam przeć, to było to zupełnie nieefektywne (dziecko było zbyt głęboko), nie czułam tego w żaden sposób i ostatecznie z tego powodu skończyło się vacuum. Tym razem czuję inaczej, czuję, że prę i główka napiera, a potem się cofa.
 images
Nadal leżę na lewym boku, tak, jak i przez cały poród. Przyznam szczerze, że kompletnie nie mam siły zmienić pozycji, nie wyobrażam sobie, jak inne kobiety znajdują energię, by jeszcze iść pod prysznic, skakać na piłce, stać… Położna pyta, czy chcę usiąść, a ja odpowiadam… „nie wiem”. I nie robię nic. Próbuję nadal przeć na boku. Prę i prę, mam wrażenie, że trwa to w nieskończoność i nie jestem w stanie dziecka wyprzeć (w rzeczywistości faza II trwała zaledwie 25 minut). Drę się „nie dam rady, on się cofa, nie mogę, auaaaa”.
W pewnym momencie dotykam główki, położna mnie nawet do tego zachęca, a ja cofam wtedy rękę i mówię, że nie chcę (dziwna reakcja). I dalej prę, wszyscy kibicują, mój mąż mówi „dajesz, dajesz” – przypomina mi się, że tak się dopingowało podczas wspinaczki w skałach ;), a ja mam wrażenie, że to jest zupełnie niemożliwe, żeby wyprzeć to dziecko. Kolejne próby parcia to nadludzki wysiłek. Wiem, że dziecko cały czas jest w worku owodniowym, dopiero na sam koniec położna przebija pęcherz, chwilę przed nacięciem. Nacięcie nie boli, zwłaszcza, że chwilę potem słyszę z ust położnej: „już jest, mam go” i czuję, jak wychodzi główka a zaraz potem barki. Jestem w szoku. Powtarzam tylko w całkowitym zdumieniu „O Boże, o Boże…!”, a małe, ciepłe ciałko ląduje na mojej piersi. Wszystko jest inaczej – jest tak, jak być powinno.
DSC_7020
Joszko Samuel (jak się okaże później) waży 3640 g i mierzy 56 cm, a więc wagowo jest największy z braci, choć różnice między nimi są niewielkie. Tymczasem kiedy mi go podają, jestem pewna, że nie może ważyć więcej niż 2,5 kg, podejrzewam go wręcz o hipotrofię, tak maleńki wydaje mi się w porównaniu ze starszakami ;). Na urodzenie łożyska chwilę czekamy – czuję jeszcze jeden skurcz (ale to już pikuś, można powiedzieć) i wychodzi – kompletne. Położna odczekuje, aż pępowina przestanie tętnić i mój mąż po raz pierwszy ma okazję ją przeciąć! To także nowość… Młoda lekarka, która później mnie szyje, najpierw ręcznie sprawdza ciągłość blizny na macicy. Nie jest to najprzyjemniejsze, ale w porównaniu z bólem skurczowym – mała niedogodność. Następne dwie godziny spędzamy wspólnie.

33397486_10208817639356537_3790412194676473856_n

Na koniec kilka słów:
Bardzo dziękuję  za grupę wsparcia Naturalnie po Cesarce. Dużą nadzieję dały Wasze szczęśliwie zakończone historie, a przekonały mnie badania naukowe i wytyczne dostępne w plikach i na stronie Naturalnie po Cesarce. Chapeau bas dla pomysłodawczyń i administratorek <3 Dziękuję.
Dziękuję wszystkim dziewczynom, które deklarowały modlitwę w intencji mojego udanego VBAC, a także mojej ginekolog, która nie tylko nie próbowała mnie przekonywać do zmiany planów, ale wspierała mnie od początku do końca.
Bardzo polecam wizytę u fizjoterapeutki uroginekologicznej wszystkim wieloródkom – zarówno tym po CC jak i po SN. Ja tę ciążę przeszłam zdecydowanie bardziej świadomie niż poprzednią – serdecznie polecam moją fizjoterapeutkę Iwonę Mazur-Ważny (Fizjo Activ w Czeladzi). Bliznę mobilizowałam już 3 tyg po CC – w ciąży ani podczas porodu nie miałam najmniejszych dolegliwości z jej strony mimo, że pierwszy rok towarzyszyła mi przeczulica tej okolicy.

Doping, oparcie i stawianie do pionu (Pyskowice)

Weronikę w drodze do VBAC dzielnie wspierał przede wszystkim mąż i położna. Miała też szczęście (a może przede wszystkim własną inicjatywę) spotykac lekarzy wykazujących rozsądną i opanowaną postawę proVBAC. Chęci do poszukiwania takiego porodowego teamu życzmy każdej VBACowej mamie.

Nadszedł i czas na moją historię, ale zacznę od początku.

26.04.2016 na świat przez cc przychodzą bliźniaczki. Nie mam żalu, bo to było cięcie ratujące życie. Trafiłam w 32 tc na IP po odejściu czopa. Tam na ktg pisały się skurcze, których nie czułam. W badaniu ginekologicznym okazało się, że są 4 cm rozwarcia. Decyzją ordynatora trafiłam na porodówkę i podłączono mi fenoterol, by zahamować akcję. Ostatecznie po 15h powstrzymywania akcji zapadła decyzja o cięciu cesarskim. Pełne rozwarcie. Jedna z blizniaczek położenie pośladkowe, natomiast druga poprzeczne. Jedyne co mnie boli, że mogłam zobaczyć dzieci po pionizacji i to nie tak zaraz.

Sierpień 2017 dwie kreski na teście ciążowym. Termin z om na 21.04.18. Na początku nie myślałam o porodzie, chociaż wiedziałam już, że mogę starać się rodzić naturalnie, aczkolwiek niektóre źródła wskazywały, że 2 lata to tak na granicy i nie wszyscy się zgodzą. Całą ciążę drżałam, by nie było powtórki z rozrywki, chociaż wszyscy mówili mi, że ciąża pojedyncza to nie ciąża bliźniacza i wcale nie muszę urodzić przed czasem. Później obawy jak dać sobie radę z dwójką dwulatek i noworodkiem. W 28 tc pojawiły się częste skurcze. Zaczęłam brać magnez i duphaston. Całe szczęście szyjka długa i zamknięta. Stres całkowicie minął, gdy minął 32 tc. I pojawiło się widmo porodu.

Napisałam na grupie wsparcia i okazało się, że w Sosnowcu z automatu trafiłabym na stół. Krótki wywiad po znajomych i grupie wsparcia i okazuje się, że wszyscy polecają Pyskowice. Mnie osobiście przeraża odległość, ale mąż mówi, że damy radę. Zaczynają się wielkie przygotowania do porodu. Wszystko zgodnie z instrukcjami pani Wiesi Domin. Kwalifikacja do vbac u ordynatora pozytywna. Zielone światło jest i od mojego lekarza prowadzącego. 37+6 wizyta u lekarza prowadzącego. Okazuje się, że ciśnienie 150/90. Skierowanie do szpitala i każe jechać do szpitala o wyższym poziomie referencyjności. Ja już byłam przerażona, bo nie ma z kim zostawić starszaków. Dziadek miał dojechać po weekendzie. Ostatecznie dziewczyny zostały z sąsiadami. Mnie prawie było już wszystko jedno i bliska byłam odpuszeniu vbac, ale mój mąż zachował zimną krew i zadzwonił do pani Wiesi. Ona kazała przyjeżdżać do Pyskowic.

883

W szpitalu doktor stwierdził, że tu powinno być wdrożone leczenie i powinnam zostać w domu, ale przyjął mnie na oddział. Zrobił USG i według szacunków dziecko miało mieć 4 kg, w co nie wierzyłam, bo kilka dni wcześniej na kwalifikacji dziecko miało mieć 3kg, a na wizycie u mojego lekarza tego samego dnia wychodziło 3,5kg. Przez weekend okazało się, że to był widocznie jednorazowy skok ciśnienia. Wypis dostałam w poniedziałek. Nikt nie wierzył, że szybko urodzę, bo nafaszerowali mnie magnezem.

Po powrocie do domu zabawa z blizniaczkami, spacer i plac zabaw. Poszłam spać i około 2 obudzily mnie skurcze. Pod prysznicem nie wyciszyly, więc o 3:30 wyjechaliśmy do Pyskowic. Skurcze co 5-6 minut po 40-50s. Zostaliśmy przyjęci i od razu ktg. Na ktg skurcze nie pisały się, a mnie bolało. Nikt za bardzo nie wierzył, że rodzę. Rozwarcie na 2 luźne palce i zapowiedź, że może się pospieszyliśmy. Później prysznic, lewatywa. Rozwarcie na dwa luzne palce. Później ktg i podczas badania ginekologicznego poszły wody. Dopiero po tym zaczęły pisać się skurcze i w ciągu 30 minut doszło do pełnego rozwarcia. Przejście na fotel i 10 minut partych i córeczka była już z nami.

baby_foot_black_and_white

Nawet nie wiedziałam kiedy urodziłam łożysko. Obeszło się bez nacięcia krocza, założony 1 szew. I wbrew przewidywaniom córeczka urodziła się ważąc 3380g. Cudowne 2h kangurowania i później obecność córeczki na sali ze mną zrekompensowały mi czas po pierwszym porodzie. Po 2 h prysznic i mogłam juz być cały czas na nogach. Cudowne uczucie. I po 2 dniach do domu.

I w sumie na koniec najważniejsze, co zawsze podkreślam, że gdyby nie mąż i położna pani Wiesia vbac by się nie udał. Doping, oparcie i stawianie do pionu. Ze strony położnej komendy i mądre kierowanie porodem. Nie będę ściemniać, że nie bolało. Bolało i momentami mówiłam, że nie dam już rady, ale wtedy wkraczał mąż i stawiał mnie do pionu i pilnował mojego oddychania.

I tak już na koniec. Pani Wiesia powiedziała nam, że skurcze mogły się nie pisać na ktg, bo macica po blizniakach była rozciagnieta. Dopiero, gdy część wód odeszła cokolwiek się pojawiało. Nie zdążyłam nawet prosić o żadne znieczulenie. Korzystałam z prysznica oraz oddychania, a gdzieś w tle leciała muzyka. A z blizną nic się nie stało. W ogóle nie czułam, że ją mam. Później tylko mama (położna) mówiła mi, że jak lekarz przy którym siedzi w poradni K dowiedział się o moim vbac stwierdził, że za to kryminał, ale to starej daty ginekolog.

Pięknie jest rodzić! (Łódź)

Pierwsze dzieciątko Iza urodziła przez cięcie cesarskie „na zimno”. W drugiej ciąży mimo wielu przeciwności – cienkiej blizny w pomiarze USG, żelaznej, nierokującej porodowo szyjki, zamknięcia szpitala, w którym planowała rodzić – nie poddała się i zawalczyła o swój VBAC. Oto historia narodzin jej pięknej córeczki o imieniu Liwia.

Jak wiele z Was marzyłam o tym, żeby to napisac ! Wciąż nie wierze ze to pisze:) UDAŁO SIE !!! 15.05 na świat przyszła moja córeczka… a jeszcze dzień wcześniej szukałam wsparcia na grupie i rad w kontekście wywoływania porodu :) bo nic się nie działo… a teraz mogę przedstawić Wam moją historię – uwaga jest baaardzo długa !

Pierwsze cc 03.2014 w 40+6tc wg usg synek 4,5kg – słyszę: żelazna szyjka, duża główka, nic sie dzieje „ja bym ciął” mówi lekarz. Dodatkowo w TV głośna sprawa sztangisty Bąka, którego bliźniakom za późno zrobili cc i jedno zmarło. Nerwowo. Nieświadoma i trochę zastraszona zgadzam się na cc na zimno. Poród przez cc bardzo szybki – po wszystkim pytam tylko czy zdrowy? Zdrowy. To najważniejsze! Pytam ile waży – prawie 4kg, główka 37cm (!) Mimo to w głowie od razu pojawia sie myśl – „a może dałabym radę?!?!” Nie mam emocji… Nie czuje NIC… Nie jestem wzruszona. Bardziej wzrusza mnie widok męża kangurującego synka, niż sam synek. Mąż się cieszy, ja nie czuje żadnego macierzyńskiego instynktu. Wiem, że to mój synek, chce dla niego dobrze, próbuje wejść w te rolę, ale nie potrafię. Nie umiem! Nie kocham jeszcze… Pustka i żal za czymś czego nie doświadczyłam. Dodatkowo ogromne problemy z karmieniem, infekcja synka, koszmarne kolki, problemy z czuciem głębokim. Wszystko to sprawia, że zdaje sobie sprawę, że ani ja ani on nie byliśmy na to jeszcze gotowi. Z dnia na dzień ktoś go wyrwał z brzucha, nagle, nie uprzedził i nie przygotował nas na to. Płaczę dzień w dzień. Mam bardzo intensywny Baby Blues trwający pare miesięcy [Baby Blues czyli smutek poporodowy będący zjawiskiem dotykającym nawet 80% matek i nie wymaga lecznia, powinien minąć maksymalnie do 2 tygodni po porodzie. Dłuższe występowanie stanu obniżnonego wykracza poza ramy fizjologii – przyp.red.] . Jednym słowem – KOSZMAR tak moge opisać „nasz” pierwszy czas. Trudno nazwać go „macierzyństwem” …

Druga ciąża tp. na 15.05.2018. Już wcześniej natknęłam sie na grupę Wsparcia Naturalnie po Cesarce, ale gdy tylko zobaczyłam dwie kreski zaczęłam ją bacznie obserwować. Czytać i czytać, i czytać. Wiedziałam już, że nie popełnię tego samego błędu. Nie chce pociąć się na zimno. Zbyt wiele nas to kosztowało.

W Łodzi zaczyna działać ProFamilia chcę tam rodzić, moim lekarzem jest jej ordynator, nie widzi przeciwwskazań do próby vbac, bo o to pytam na 1 wizycie. Ciąża mija książkowo, chodzę na basen 2 razy w tygodniu i prawie codziennie na długie spacery. Nie przyjmuję praktycznie żadnych witamin, tylko staram sie dostarczyć wszelkich składników odżywczych dietą (sa teorie, że witaminy „futrują” dzieci, a w poprzedniej ciąży brałam m.in 6tabletek magnezu dziennie). W międzyczasie lekarz mierzy bliznę 0,8mm-2,3mm i ma wątpliwości… Niby mówi, że liczy się jej elastyczność, ale z drugiej strony trochę straszy, że jednak bardzo cienka, że on już widział porody jak do otrzewnej sie dzieci rodziły… ostatecznie daje zielone światło. Boje się bardzo, naprawdę bardzo (!), ale się nie poddaję – często na grupie pytam o bliznę, czytam koleje statystyki i badania. Próbuje przygotwać się najlepiej jak się da. W ciąży tylko raz miałam pożądane przepowiadacze, nic więcej. Żadnych bóli…

Przychodzi 8.05, termin z USG, na badaniu lekarz uświadamia mnie, że moja szyjka wciąż jest żelazna, że to nie wróży dobrze i że… zamykają ProFamilie. Zostaję na lodzie. Pozostawiona sama sobie. Moje poczucie bezpieczeństwa zostaje mocno zaburzone. Dobrze, że mam położną. Decyduje się na Salve. Przez cały tydzień dużo chodzę po ok. 4km, od miesiąca biorę wiesiołek i pije herbatę z liści malin, chodzę na zajęcia z dna miednicy do Fizjoterapeuty uro-ginekologicznego, wdrażam rownież prostaglandyny z nasienia męża :) W zasadzie to można rzec, że nie oszczędzam sie :) ale samopoczucie mi na to pozwala, poza tym, że jestem słoniem i wszystko mam spuchnięte, to czuję się świetnie :)

14.05 dzień przed terminem z OM, rozpiera mnie energia, robię zakupy, obiad, piekę ciasto, piekę tartę na kolacje. Wieczorem spotykamy sie jeszcze z przyjaciółmi. 15.05 mam ktg i badanie w Salve, ordynator bada mnie i mówi, że szyjka a raczej jej ujście może przepuszcza opuszek, ale że zupełnie nie jest gotowa: długa i żelazna. Robi mi niespodziewanie „masaż”. No nie powiem, bolało! Daje mi tydzień maks, jesli ktg bedzie ok. Nie pyta o bliznę. Po wyjściu jadę z teściowa na lunch, czuję co jakiś czas lekkie skurcze, myślę sobie, ale mnie wymasował :) Po lunchu wracam do domu i wskakuje na piłkę kręcić biodrami, skoro coś tam sie dzieje, to może pomogę w ten sposób skrócić się choć troszkę tej szyjce. Gadam przez telefon z mama, z koleżanką i zauważam że są coraz częstsze. O 14.50 zaczynam je liczyć i zauważam, że są co ok. 4minuty i trwają początkowo ok 15-20sekund, bolesne z krzyża. Po 30minutach dzwonię lekko zaniepokojona do położnej, ale ona stwierdza, że to jeszcze nie to, żebym na łożku się położyła i sprawdziła czy w ogóle twardnieje mi brzuch. Nie jestem już w stanie, bo z każdą minutą, każdy skurcz nabiera na sile, zwala mnie z nóg, podczas skurczu nie ma ze mną kontaktu, pomiędzy nimi dzwonię do męża, że to chyba jeszcze nie to, ale ja nie jestem w stanie odebrać synka z przedszkola i żeby on to zrobił i przyjeżdżał już.

Skurcze są dłuższe i juz chyba co 3 albo nawet co 2 minuty! Nie moge wytrzymać, ból jest nie do zniesienia! Myśle sobie „kiedy te kobiety maja czas brać prysznic czy dopakowywać torbę?!?!?!” Ja nie jestem juz w stanie zrobić nic!!!! Dzwonię po teściowa!!!! Krzyczę żeby przyjeżdżali, JA CHCE DO SZPITALA !!!! Mąż i teściowa są jakoś po 16, nie wiem dokładnie, tracę rachubę, synek płacze na mój widok, nie chce puścić. Jedziemy! Jezu, jest godzina szczytu, a my musimy przedostać sie na drugi koniec miasta!!!! Podczas korków krzyczę do męża TRĄB !!!!! Skręca mnie w aucie, nie moge znaleźć sobie miejsca! Każda dziura, każde hamowanie to jakaś masakra !!! Mąż próbuje mi coś opowiadać, on chyba nie zdaje sobie sprawy ze to już, No bo jak to? Tak nagle? Taka żelazna szyjka… nie wiem co mi opowiada, jestem już troche na innym świecie.

Dojeżdżamy! Nie wiem która jest, chyba koło 17? Każdy skurcz zgina mnie w pol! Nie jestem w stanie w ogóle odpocząć pomiędzy skurczami. Sa bardzo często? Co 1-2minuty. Ktg ok, badanie: szyjka zgładzona, cieniutka, 2cm rozwarcia. Że co???? TYLKO 2cm????? To co bedzie pózniej? Proszę o znieczulenie. Chce odpocząć! Moja Położna Anioł pobiera krew i przygotowuje salę na porodówce, przechodzimy. Jezu to ja rodzę? :) Naprawdę? Tak! To był jakiś amok, jak jakiś maraton, z minuty na minutę skurcze nabierały na sile, ból z brzucha zupełnie przyćmiewał BOL Z KRZYŻA !! Ten był okropny! Mam wrażenie, że nikt do końca mi nie wierzy, że tak mnie boli bo przecież tylko 2cm było. To wszystko trwa… Przychodzi anestezjolog, wesoły, fajny ale pierwsze wkucie nie wychodzi, przez cewnik leje sie krew, każą czekać, sam do końca nie wie co sie stało  – Jezu ja juz nie mogę! I ta pozycja po turecku…. Strasznie sie wtedy zdenerwowałam, somatycznie mój organizm odreagowuje lęk w postaci „trzęsienia” sie :) Mają problem by wkuć sie drugi raz, bo skurcz jest za skurczem! Przyznają, że bardzo często je mam, ale nie ma odwrotu. Cały ten czas jedyne co mi pomaga to to, że skupiam się na oddechu! Apartament dla maluszka, apartament dla maluszka powtarzam sobie. Wolniej, wolniej! Godzina 19 – wkuli sie. „Za 15 minut poczuje Pani ulgę! Znieczulenie bedzie trwało ok 1-1,5h” mówią. Taaak czekam na tą ulgę!!!!! Położna mnie bada, jest już 5cm!!! O Boże to dlatego tak bolało, za chwile mówi: nie 7cm juz mamy!!! I wtedy zaczynam czuć ulgę! Błogie NIC w plecach…. Od 7cm działa znieczulenie. Wołają męża, gasimy światło, włączamy muzykę. Odpoczywam. Rozmawiamy sobie. Jezu ja w końcu odpoczywam. Jestem szczęśliwa. Nie moge uwierzyć do końca w to co sie dzieje. Jest cudownie. Nikt nie pyta o bliznę, wszyscy sa bardzo mili. W między czasie przychodzi moja cudowna położna i mnie bada: 8cm, za chwile 9cm… Mówi „Pięknie to postępuje! Jestem pod wrażeniem!”

Ok 20 zaczynam czuć silne parcie w pochwie, za chwile dochodzi parcie w kroczu, zaczynam „czuć” wszystko coraz bardziej. O 20.30 pękają wody, czyściutkie, mamy PEŁNE ROZWARCIE!! Przed każdym skurczem moje ciało trzęsie tak jakby wiedziało co zaraz „nadjedzie” :) Leżę na lewym boku z noga ugiętą w kolanie, przyciągam ją w trkacie skurczu i preeee! Z nagrań hipnozy powtarzam sobie, że muszę otworzyć się na skurcz, że jest mi on potrzebny, nie bać sie go. Oddycham. Położna proponuje zmianę pozycji: to jest coraz silniejsze, jestem w amoku, ale robie co mi każe, przechodzimy w kucka, mąż mnie trzyma pod ramiona i preeeee. Ta pozycja chyba bardzo mi pomaga; a raczej Liwi:) Nic nie widzę – słyszę tylko, że mąż prze ze mną 😀 Był baaardzo dzielny! Tak kilka razy, potem kładziemy sie na fotel, potem znowu schodzimy na podłogę i w kucka. Nie miałam siły, ale ufam położnej, że wie co robi.

Nagle czuje COŚ, położna mówi: NIE PRZYJ!!! Kładziemy sie z powrotem na fotel, czuje coś między nogami, Jezu! Pyta mnie czy chcę dotknąć główki, ale jestem w takim szoku, że to już, sama nie wierze w to co sie dzieje i mówię do męża by on to zrobił. Jeszcze jedno parcie i słyszę ten glos!!! Widzę kontem oka to różowe ciałko, nogi były jeszcze w środku, jeszcze jeden raz i JEST !! Ona cudowna, taka cieplutka, z ciemnymi włoskami! Moja córka! MOJA !!!!! Czuje to od razu! Emocje nie do opisania. Juz nic mnie nie boli. To coś najpiękniejszego czego doświadczyłam. Odczarowałam cały poród ze synkiem. Ból po cc, ten psychiczny a teraz … Jezu, pięknie jest rodzić! Móc od razu zająć się swoim dzieckiem, być wszystkiego świadomym i mieć na wszystko wpływ i przede wszystkim CZUĆ! 😍 Bezcenne.

Iza Melon

Córeczka urodziła sie o 21.17 czyli 6,17h od momentu jak zaczęłam liczyć pierwsze skurcze. Ważyła 2970 wiec kg mniej od swojego brata, ciekawe czy brak sztucznych witamin miał tu swój udział?:) Przypominam, że jeszcze tego samego dnia o 11.30 gdy badał mnie lekarz – stwierdził ze szyjka w ogóle NIE JEST jeszcze gotowa ! Wiec dziewczyny „ TAK” – możliwe ze nie ma żadnych przepowiadających oznak:) Faza parta trwała ok 40 minut i była dla mnie dużo lżejsza nic skurcze. Wiecie dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że mogłam miedzy tymi skurczami odpocząć, przygotwać sie na kolejny, a jak córka wstawiała sie w kanał, czyli całe to dochodzenie do 7cm było tak intensywne, bez praktycznie żadnych przerw, że przez chwile myślałam, że naprawdę nie dam rady, po prostu pragnęłam odpocząć. Ostatnie 2 a nawet 3 cm byłam znieczulona, ale rozwarcie i tak pięknie postępowało. To był bardzo potrzebny moment by zebrać siły na pózniej :) i tak tez sie stało:) Potem tylko mieliśmy duży problem z urodzeniem łożyska, nie wiem czemu:( dopiero wtedy dostałam jakaś maleńka dawkę oksytocyny. W końcu po godzinie urodziłam łożysko, ale brakowało im błon wiec musieli mnie wyłyżeczkować na wszelki wypadek, ale mnie już było wszystko jedno:) Miałam ją na sobie i męża obok.

Dziewczyny zaufajcie sobie i swoim ciałom. Przygotowujcie sie, bądźcie świadome. Oddech, ćwiczcie oddech to mi bardzo pomogło, skupiając sie na nim próbowałam odwrócić uwage od bólu:) Akceptujecie strach – ja bałam sie bardzo, straszyli mnie ta blizną całą ciążę, ale nie poddałam sie. Dziękuje WAM za ta grupę! Dziękuje, że trafiłam na cudowna położną Dorotę Hałaczkiewicz, która była po prostu aniołem. Jej spokój, wiara i wsparcie są warte każdej złotówki! Dziękuje mężowi i dziękuje sobie, że nie zwątpiłam :)

Udany VBAC! (Starachowice)

Siła wsparcia społecznego bywa nieoceniona. Oto jak Asia pisała o nim w swojej historii, którą pierwotnie podzieliła się w grupie wsparcia Naturalnie po Cesarce.

Wy i Wasze historie były wielką inspiracją dla mnie. Czytałam jak Wy jesteście mądre, zdeterminowane i asertywne. Jestem szczęśliwa, że trafiłam na Was w dobrym momencie. Może nie najlepszym, bo lepiej jakbym dowiedziała się przed pierwszym porodem. Dlatego podzieliłam się swoją historią ze znajomymi na fb, aby było takich mnie mniej.

Najpierw jak to było z urodzeniem Seweryna.

5 maja (2018) minęło 3 lata, kiedy urodził się  nasz syn przez cesarskie cięcie.

O godzinie 7:00 obudziłam się z pierwszymi skurczami. Zjadłam śniadanie, obiadu już nie i o 12:00 pojechaliśmy do szpitala. Na KTG nie było widać skurczy, a ja je czułam. Kazali mi chodzić. Byłam w sali przedporodowej, do której nie mógł wejść mój mąż. Około 16:00 wpuścili nas na salę porodową. Byłam grzeczna i skrępowana. Mówili – chce Pani na piłkę? Ok. Chce Pani do wanny? Ok. Byłam posłuszną pacjentką. Teraz wiem, że miałam niesprzyjające warunki, aby postępował mój poród: pojechałam do szpitala ze skurczami przepowiadającymi, dużo leżałam, byłam głodna przez wiele godzin, czułam się obserwowana, skrępowana. Od czasu do czasu położna do nas zaglądała i mówiła: chyba nie urodzi. Nie miałam nawet 3 cm rozwarcia. Około 23:00 przyszli lekarze, nachylili się nade mną i spytali czy robimy cesarkę. Leżałam pod KTG od kilku godzin i ledwo miałam kontakt z rzeczywistością. Byłam przekonana, że skoro oni tak mówią to jest to koniec. Nie ma już wyjścia. Musi być ta cesarka. Zgodziłam się. O 23:45 przyszedł nasz syn na świat.

Seweryn urodził się 5 maja 2015, godz. 23:45, waga: 3600 g, wzrost: 55 cm.

Po roku dopadło mnie poczucie krzywdy i to, że nie dałam rady. Rzuciłam się na książki (Ina May Gaskin „Poród naturalny”, Irena Chołuj „Urodzić razem i naturalnie”, Michel Odent „Cesarskie cięcie a poród naturalny”) i trafiłam na tą grupę. Oj, źle ze mną wtedy było. Czułam dużą złość. Potrzebowałam czasu, aby wybaczyć sobie, innym i pogodzić się z tym co się wydarzyło.

„Albowiem nie dał nam Bóg ducha bojaźni, ale mocy i miłości, i trzeźwego myślenia”  2 list do Tymoteusza 1, 7

Przed porodem drugiego dziecka dużo się w mojej głowie pozmieniało. Zdobywanie wiedzy było ważną częścią,   ale najbardziej uzdrawiające były rekolekcje „Poród może być piękny” (marzec   2017 r.) i Kurs Nowe Życie (luty 2018 r.) i modlitwa wielu osób. Doświadczyłam, że na całego Bogu warto wszystko oddać. Wcześniej się tego bałam. Najlepszymi słowami afirmatywnymi były Jego słowa i tylko dzięki Niemu moja pewność, że drugi poród będzie piękny i naturalny, tylko Jemu zawdzięczam. Nikt tak we mnie nie wierzył jak On. Również absolutnie NIKT nie był wstanie zachwiać moją pewnością, że się uda. Nie dlatego, że ja byłam taka mocna i pewna siebie. Kto mnie zna, ten wie. Asia nie jest pewna siebie.

Jak to było z urodzeniem Michasi

O godzinie 01:30 obudziły mnie skurcze. Starałam się usnąć, ale nic z tego. Po 03:00 obudziłam męża moim stękami i jękami. Koło 6:00 mąż podzielił się swoimi prostaglandynami i dał mi dawkę oksytocyny. Uwierzcie, to lepszy sposób niż szpitale metody na rozkręcenie akcji skurczowej. Dziecko do przedszkola, mąż do pracy. Ale mąż wrócił koło 12:00. Napisałam rano do swojej douli, że raczej to dziś, aby się szykowała. Sprawdziłam dwa razy prysznicem czy to skurcze przepowiadające czy porodowe. Okazało się, nie ucichły, więc poród coraz bliżej. Doula przyjechała do nas o 14:00. Zjedliśmy we trójkę zupę pomidorową (mojej teściowej – pycha! :D), pomierzyliśmy skurcze, ich regularność. O 16:00 pojechaliśmy do szpitala.

Byłam zadowolona, gdy się okazało, że mam 4-5 cm rozwarcia. Wyobraźcie sobie, że mnie, mojego męża i doulę wpuścili do sali porodów rodzinnych. Pomogła zgoda pisemna Pani ordynator 😉 Najbardziej sobie cenię, że czułam się swobodnie i jak nie ja – miałam wszystko gdzieś i to czy ktoś się ze mną zgodzi czy nie. Darłam się i nie hamowałam się, ani na jeden decybel. Było tak … towarzysko J Był ze mną mąż, najbliższa osoba na ziemi i doula, która była delikatna i empatyczna i mogłam z nią pogadać jak z koleżanką. Cieszę się, że większość punktów mojego planu udało się zrealizować. Jestem przekonana, że tak się stało, bo wiedziałam czego chcę i przygotowałam się do porodu jak kujon na sprawdzian. Przykład. Położna chce podać mi oksytocynę i pyta się mnie dlaczego nie chcę (w planie było o tym). Powiedziałam, że ze względu ma mój stan po cesarskim cięciu jest obiektywnie większe ryzyko pęknięcia macicy niż bez. Nie było dyskusji.

Pierwsze pół godziny po dojściu na salę porodową musiałam leżeć podpięta do KTG. Jaka ulga, gdy mogłam w końcu wstać. O 2/3 mniejszy ból niż na leżąco! W domu większość skurczy skakałam na piłce. W szpitalu trochę też, ale doula zasugerowała pozycję kuczną, aby pomóc dziecku wejść w kanał rodny. Tak też robiliśmy. Nawet na łóżku porodowym. Gdy dowiedzieliśmy się, że jest 8 cm … o mój Boże! Naprawdę?! 😀 Spojrzeliśmy się z mężem na siebie i wiedzieliśmy, że się nam uda! Nie chciałam II etapu porodu rodzić na wznak. Ale pozycja kuczna coś nie pomagała. Urodziłam w końcu na boku, krzycząc … nigdy tak się nie darłam. Jak dobrze, że nikt mnie nie uciszał. Przeć najbardziej pomógł mi mąż. On najlepiej potrafił mi wytłumaczyć jak mam przeć (do brzucha) i dopingował mnie: „Dawaj, dawaj!!! Odpoczynek … Bardzo dobrze Ci idzie!”.

W planie nie zgadzałam się na nacinanie krocza. W Polsce zrobił się to zabieg rutynowy, a starachowicki szpital jest jego najlepszym odbiciem. Ostatecznie z wielkimi wątpliwościami zgodziłam się. W momencie, gdy położna nacięła kroczę mała szybciutko była już po drugiej stronie i wylądowała na moim brzuchu. Spełniło się moje marzenie … <3

baby_foot_black_and_white

Moja doula i mój mąż odpowiednio wcześniej zatroszczyli się o to, abyśmy z córeczką miały nieprzerwany kontakt skóra do skóry przez 2 godziny. I tak było.  Zszywanie krocza odwracało moją uwagę od cieszenia się maleństwem. Jednak cieszyłam się, że już PO WSZYSTKIM i byłam o wiele mniej wyczerpana niż przy pierwszym porodzie.

W czasie pobytu w szpitalu chyba z trzech lekarzy byli pod wrażeniem, że urodziłam po cesarce, szczerze mi gratulowali. Powiedziałam do jednego z nich:

– To kwestia edukacji.

– To kwestia determinacji – odpowiedział mi lekarz.

Moim zdaniem to jest powiązane. Wiele kobiet nie chce rodzić, ale też wiele nie wie, że może urodzić. Prosty przykład. Mój ginekolog był przeciętny i uważał, że „po cesarce zawsze cesarka”. Dobrze to obrazuje jedna sytuacja podczas badania USG. Pytam się:

– Dziecko ma główkę na dole?

– Ma, ale to bez znaczenia, bo i tak przecież będzie cesarka.

– A dlaczego cesarka? Czy mam jakiekolwiek przeciwwskazania do porodu naturalnego?

– Nie.

– To ja będę próbowała urodzić.

– Ok.

Michalina urodziła się 16 kwietnia 2018, godz. 20:40,   waga: 3400 g, wzrost: 51 cm.

Jeszcze raz – wielkie dzięki dziewczyny za wasz poświęcony czas na tej grupie, za odpisywanie, dzielenie się, pocieszanie, wzruszanie, dawanie wsparcia. To się nazywa miłość. Chcieć dla drugiego dobra, nawet jak się go nie widzi. Zupełnie jak w ciąży …

Ściskam :* niech Was i Wasze rodziny błogosławi dobry Bóg.

Chwała Panu!

Ucieczka spod noża (Rzeszów – Rycerska)

VBAC to bardzo często wypadkowa wielu czynników – warunków fizycznych, determinacji i przygotowania mamy, współpracy rodzącego się maleństwa, wsparcia personelu, a czasem także  trochę uśmiechu losu. Choć może ten uśmiech losu to tak naprawdę wskazówka dla osób sprawujących opiekę nad rodzącymi po cc  i dla samych rodzących – by zbyt szybko nie wydawać wyroków o porodzie, by mieć więcej wiary i więcej cierpliwości…. Sami oceńcie! Zapraszam do lektury historii Aleksandry.

Od dłuższego czasu śledzę Wasza stronę Naturalnie po cesarce i to dzięki Wam zdecydowałam się na poród naturalny po pierwszym cesarkim cięciu. Ale może zacznę od początku…
12 styczeń 2016 – na świat przyszła Nasza córeczka – przez CC z powodu złego ułożenia. Długo dochodziłam do siebie, przy córeczce było mi ciężko cokolwiek zrobić. Na noc oddawałam ją do pielęgniarek, bo nie dość, że rana okropnie bolała, to jeszcze mój kręgosłup odmówił posłuszeństwa po znieczuleniu (nie mogli się wbić i byłam XX razy kłuta). Było ciężko, ale córeczka wynagrodziła wszystko :)
Z mężem bardzo pragnęliśmy od zawsze mieć dużą rodzinę i zaczęliśmy starania o drugie dzieciątko. Udało się szybko, jednak początki były trudne, bo krwawilam. Lekarz (ten sam co przy pierwszym dziecku) uspokajał, że wszystko jest w porządku. I tak mijały miesiące, malutka rosła pięknie w brzuszku, blizna po cc idealna, więc lekarz dał wolną rękę co do porodu i zielone światło na sn. Bez wahania zdecydowałam, że chcę spróbować naturalnie. A więc zostało czekanie na pierwsze skurcze bądź odejście wód. Nastawiłam się bardzo pozytywnie i optymistycznie, że na pewno się uda, że dam radę, że wszystko będzie w porządku :) I zaczęło się…
W poniedziałek (23.04.2018) w nocy dostałam skurczy co 15minut. Rano miałam jechać na ktg i tak też zrobiłam. Skurcze się zapisywały. Udałam się do swojego lekarza – zbadał mnie i mówi, że wszystko wysoko zamknięte i jeszcze czas. Więc wróciłam do domu. Zaczęły się skurcze co 10min, (zaznaczę, że z krzyża), wieczorem odszedł czop i zaczęłam krwawić, skurcze już co 7 min, więc zdecydowałam, że pojadę sprawdzić co się dzieje. Na IP zdecydowali, że mnie zostawia. Lekarz zbadał i dalej to samo, wysoko wszystko i rozwarcie na opuszek. Dali mnie na patologie ciąży. Mąż pojechał po północy po wszystkich formalnościach, a ja sobie siedziałam na łóżku i miałam mega doła, że zostałam tam sama (mam mega uczulenie na szpitale). Płakać mi się chciało, że nie wiadomo ile jeszcze tam będę leżeć skoro na poród się nie zapowiada. Ale długo czekać nie musiałam, bo o 3,40 filmowo odeszły mi wody :)
Lekarz zbadał i stwierdził rozwarcie na 1 palec. Poszłam na porodówkę. Dostałam pokój, zadzwoniłam po męża i akcja powolutku zaczęła się rozkręcać. Skakałam na piłce (w sumie cały poród) a mąż na skurczach masował mi krzyże, bo ból był naprawdę duży w kręgosłupie. Miałam super położną ( Panią Anię S.) i dwie studentki, które były przy mnie cały poród i wspierały jak mogły!!!
Po kilku godzinach kolejne badanie i rozwarcie bardzo kiepsko postępuje. Usłyszałam 2,5 palca. Załamka bo gdzie tu do 5???!!! Ale nie poddawałam się. Skurcze zrobiły się coraz częstsze i silniejsze i gdy były co dwie minuty i trwały dwie minuty było mega ciężko, ale wiedziałam, że muszę być dzielna dla mojej kruszynki malutkiej.
Tak doszłam do 9,5cm rozwarcia. I co??? I akcja porodowa ustała, główka nie wstawiała się w kanał rodny. Skurcze minęły jak ręką odjął. Chwilę czekali i padła decyzja o cc. Strasznie się podłamałam, ale wiedziałam, że zrobiłam wszystko co mogłam, żeby urodzić naturalnie. Dostałam nawodnienie w kroplówkach, jakieś leki, pobrali krew, a że sala operacyjna była zajęta, to kazali czekać. Po jakichś 40 min przyszła doktorka, podpisałam wszelkie dokumenty i miałam z nią iść. I tak schodząc z łóżka dostałam nagle silny skurcz, więc poprosiłam, żeby doktorka poczekała, bo nie dam rady iść  – tak coś dziwnie mnie napierało. Studentka patrząc na mnie mówi „Pani prze” a ja w szoku …
Nagle naleciało się mnóstwo personelu, szybkie badanie i okazało się, że główka wstawiła się i zaczęłam rodzić!!!!!!!! Na szybko zaczęli się ubierać, przygotowywać i tak po 15 min partych skurczy urodziłam cudowna córeczkę. Piękne uczucie, wspaniałe doświadczenie! Tym bardziej, że uciekłam spod noży !!!! Lekarze gratulowali, położna i studentki od początku wierzyły, że się uda i udało się, a ja sto razy powtarzałam „urodziłam, dałam radę, ja urodziłam”!!! I tak 25.04.2018 o godz. 15.05, po ponad 12 godzinach od odejścia wód urodziła się moja druga córeczka :)
baby_foot_black_and_white
Od kiedy zaczęłam czytać Wasza stronę marzyłam, abym mogła kiedyś podzielić się swoją historią porodu po cc i marzenie się spełniło!!!! Życzę każdej mamusi po cc, aby miała dużo siły i wiary w to, że można, że się uda i wszystko będzie dobrze!!! Jest to piękne uczucie urodzić naturalnie dzidziusia.
Dziękuję szpitalowi na Rycerskiej w Rzeszowie, całemu personelowi, który był ze mną, mojemu lekarzowi, ordynatorowi, za to, że wspiera vbac oraz Wam Naturalnie po Cesarce – za każdą historię i wiarę w to, że można, za uświadomienie Nam kobietom, że po CC nie można się poddawać i poród siłami natury jest realny!!!
Pozdrawiam !!!

Długo oczekiwana Walentynka (Niemcy)

43,5 h po odplynieciu wod plodowych – tyle kazala na siebie czekac córeczka Anity, urodzona VBAC w Walentynki tego roku.

Zacznę od tego, iż pierwsza ciąża zakończyła się cc ze względu na wysokie ciśnienie 160/100. Moja waga w 37 tygodniu ciąży – 30 kg na plusie. Nabierałam wody 1 kg na dobę. Podawaną miałam oxytocynę 3 razy pod rząd przez 3 dni. Za 3cim razem tętno małego na ktg poszybowało ze 150 na 60 i nadal spadało. Położyli mnie na stół w szybkim tempie i mój synek pojawił się na świecie  po 10 minutach. Z wagą 2630 i 51 cm.

Druga ciąża od początku zupełnie inna . Zero komplikacji, energii za 10ciu.

12 stego lutego o godzinie 4 rano zaczęły odchodzić mi wody. O godzinie 18 pojechaliśmy z mężem do szpitala. Mieszkam w DE okolice Hannover. Zatrzymali mnie w szpitalu. Decyzja o indukcji naturalnie (preparat homeopatyczny, chodzenie), bo na ktg skurcze się pisały.

13 lutego o 7 rano żel (żel z prostagladynami – przyp.red.). O godzinie 10 kontrola: bóle są mega, ale szyjka zamknięta i twarda. O 14 kolejna dawka żelu. Szyjka nadal zamknięta na kontroli o 21, ale skurcze dają się we znaki. O 7 rano w Walentynki 3 dawka żelu – skurcze bolą już bardzo, aż krzyczę. O 13 masaż szyjki, bo nadal zamknięta. O 14 otwarta ale 2 cm  O 17 – 5 cm.  Poprosilam o PDA  i dostałam oxytocynę. I tutaj zaczynają się schody.

Mała traci tętno. Robią od 18 do 21.30 am badanie krwi wloaniczkowej z glowki plodu ( 6 razy), aby sprawdzać czy mała jest dotleniona i wyłączają o 20 PDA. I kolejny masaż szyjki bo rozwarcie 8 cm.

O 22 jest prawie 10 cm. Półtorej godziny skurcze parte. Z 20 razy parłam, nie miałam już siły.

14 luty 2018, godzina 23.36: VBAC!!! Kilka szwów mamy ale udało się .

FB_IMG_1522340672708

P.S. Nikt nie namawiał na cc, dokumenty podpisane, żeby w razie czego nie robić tego na ostatnią chwilę. Cudowna położna Pani Wiesława cały czas mnie wspierała – cudowna kobieta. Taka nasza historia .

Poród pochwowy po uprzednim cc – wywiad z lekarzem

Poniżej przedstawiam link do wartego uwagi wywiadu nt. VBAC z doświadczonym lekarzem ginekologiem-położnikiem.

– Jaka jest najlepsza metoda indukcji porodu u kobiet, które przebyły cięcie cesarskie?

– Co to jest ciągłe monitorowanie stanu płodu i dlaczego jest zalecane podczas VBAC?

– Czy należy oceniać grubość blizny po cc i na tej podstawie kwalifikować do VBAC?

– Czy rodzaj szycia ma wpływ na ryzyko związane z VBAC?

– Jak nacina się macicę podczas kolejnego cc?

– Czy powinno się stosować żele przeciwzrostowe podczsa cc?

Na te i inne pytania odpowiada  dr hab. n. med. Wiesław Markwitz prof. UM, z Katedry Perinatologii i Ginekologii Uniwersytetu Medycznego im. Karola Marcinkowskiego w Poznaniu.

Znalezione obrazy dla zapytania wiesław markwitz

https://barbaraforczek.wixsite.com/fizjoterapia-forczek/single-post/2018/02/14/Por%C3%B3d-pochwowy-po-uprzednim-cc

 

Warto posłuchać także prelekcji tego lekarza opublikowanej na stronie Medycyna Praktyczna:

https://www.mp.pl/ginekologia/wideo/168452,porod-po-cieciu-cesarskim

Marzenia się spełniają (Poznań)

Zwężona miednica, historia niewspółmierności porodowej i VBAC? Już niejedna historia pokazała, że jest to możliwe. Udało się to również Agacie, bohaterce dzisiejszej historii. Udało się dzięki mądrości natury, która zadziałała, mimo, że dano jej na zainicjowanie porodu bardzo mało czasu, dzięki sile i wytrwałości Dzielnej Mamy i mądremu wsparciu młodej lekarki. Udało się, mimo marnego wsparcia ze strony położnej. Marzenia się spełniają – czasem nawet gdy mają troszkę pod górkę!

Znalezione obrazy dla zapytania dreams come true

Moja historia zaczęła się 24. lutego 2016r., kiedy o 5:05, 5 dni przed terminem na świat przyszła przez cesarskie cięcie moja córeczka. Poród rozpoczęło niespodziewane odejście wód płodowych. Podbrzusze pobolewało mnie od 2 dni. W szpitalu rozwarcie 2 cm i delikatne skurcze. Szacowana waga dziecka 3010g. Nic nie wskazywało, że coś pójdzie nie tak… A jednak. Akcja porodowa zatrzymała się, po otrzymaniu znieczulenia, przy rozwarciu 5 cm. Nie pomogła oksytocyna. 2 godziny oczekiwania w okropnym bólu na cesarskie cięcie. Powód – niewspółmierność porodowa, tzn. zbyt wąska miednica. Waga dziecka 3280g. Dodatkowo dziecko wstawiało się twarzyczką, zamiast główką w kanał rodny. Co czułam po? Ogromne rozczarowanie porodem i cierpienie. Jedynie zdrowa i śliczna córeczka pomogła mi się pozbierać…

Po 11 miesiącach znów widzę dwie kreski na teście… Ciąża jak najbardziej planowana. Wielka radość przeplata się z obawą jak dam sobie radę z małym dzieckiem, będąc w ciąży. Ciążą przebiega książkowo, bez wspomagania lekami i suplementami. Do połowy ciąży w ogóle nie myślę o porodzie. Przeprowadzamy się do nowego domu, zajmuję się córeczką, są wakacje. Mój nowy lekarz długo zwleka z wypowiadaniem się odnośnie rodzaju porodu. Twierdzi, że to za wcześnie, nie znamy ostatecznego ułożenia i masy płodu. Podświadomie liczę się z ponowną cesarką. Około 34 tc trafiam na stronę Naturalniepocesarce i zaczynam czytać historie VABAC-ów. Analizuję mój pierwszy poród, konsultuję z położną, która przy nim była. Próbuję znaleźć potwierdzenie, że tym razem się uda. Niestety jest zbyt wiele niewiadomych…

Pogodziłam się z myślą o cesarce, dostaję skierowanie do szpitala na 6. listopada (39 tc). Ustalam z moim lekarzem, że jeżeli akcja porodowa nie zacznie się przed tą datą, będzie cięcie. Przy mojej budowie miednicy nie mam szans urodzić dziecka większego od poprzedniego. Postanawiam zdać się na zespół lekarzy, na który trafię i… cud. Staram się wywołać poród przez seks i masaż brodawek. W nocy z piątku na sobotę (37tc + 6d) o 4:20 budzą mnie pierwsze skurcze. Powtarzają się w nieregularnych odstępach ale są dość częste – około 5 na godzinę. Nie mogę dalej spać, ale zostaję w łóżku do 7:00 żeby nie budzić męża i córki. Biorę kąpiel, ale skurcze nie ustępują. W ciągu dnia przybierają na sile. Czułam, że się zaczyna ale nie chciałam za wcześnie jechać do szpitala. W południe wysyłam męża po zakupy, córka poszła na drzemkę, ja też się kładę żeby zebrać trochę sił. Gdy wstaję po godzinie, skurcze znikają a ja płaczę do męża, że to pewnie był fałszywy alarm. Zaczynam sprzątać, skakać na piłce, skurcze wracają dość regularne i częste. Po obiedzie dzwonimy po teściów – naszej opieki dla córki. Czekamy a z pokoju córeczki dochodzą słowa piosenki Majki Jeżowskiej „Marzenia się spełniają”.

Dojazd z innego miasta zajmuje im 2,5h. Około 19:00 jedziemy z mężem do szpitala. Skurcze są już dokuczliwe. Pierwsze badanie: szyjka zgładzona, rozwarcie 4 cm. Pani doktor patrząc na moją budowę mówi, że będzie ciężko urodzić naturalnie. Pamiętam jej słowa:  „te kobiety, które mogą rodzić, nie chcą, a te, które chcą, nie mogą”. Będzie cesarka – myślę – ale przynajmniej nie „na sucho”.

Poznaję położną, która ze mną urodzi – Pani Lidia. Ona również nie nastawia się na poród siłami natury. Mówi, że wczoraj była taka jedna, co się uparła na poród naturalny a skończyło się cesarką i że „na szczęście to lekarze podejmują decyzje nt. porodu a nie my” [Jako redakcja pragniemy w tym miejscu z całą stanowczością zaprotestować przeciwko prezentowanemu w powyższym zdaniu położnej podejściu. To KOBIETA RODZĄCA, a nie lekarz czy ktokolwiek inny, podejmuje ostateczną DECYZJĘ nt. porodu. Lekarz decyduje o tym czy i jaki rodzaj interwencji w poród (np. cięcie cesarskie) w danej sytuacji zaproponować / zalecić. Kobieta zaś decyduje czy propozycję / zalecenie lekarza przyjąć czy odrzucić (ustawowe prawo do świadomej zgody lub odmowy!!!)]

Zrezygnowana zdałam się na zdanie lekarzy. Nie chciałam porodu siłami natury za wszelką cenę, narażając zdrowie i życie dziecka i swoje. Chciałam spróbować urodzić, gdy są na to realne szanse. USG wykazało masę płodu 3400g. Wymiar miednicy 16 (cokolwiek to znaczy). Młoda, atrakcyjna lekarka bada mnie na fotelu i stwierdza, że rozwarcie 5 cm, a dziecko ładnie się wstawia. Dzwoni do lekarza kierującego i oboje decydują o przebiciu pęcherza płodowego. Zgadzam się, pod warunkiem otrzymania znieczulenia.

Przechodzimy do sali porodowej, gdzie czeka na mnie zdenerwowany mąż. Jest on w stałym kontakcie z moim lekarzem prowadzącym ciąże, gdyż poinformowałam go, że zaczęłam rodzić. Gdy młoda pani doktor przebija pęcherz czuję falę zwątpienia. Tylko ona i lekarz kierujący wierzyli, że może się udać. Cała reszta patrzyła na rozwój wydarzeń. Tak bardzo się wtedy bałam… Spytałam położną czy dobrze zrobiłam. Nie odpowiedziała nic… Po otrzymaniu znieczulenia tracę trzeźwość umysłu. Może i lepiej. Staram się nie spać, pamiętając, że sen zarówno dziś, jak i podczas pierwszego porodu wyciszył skurcze, które przecież prowadzą mnie w objęcia mojego synka. Ważne, że już tak nie boli. Po 20 min wchodzi doktor kierujący, bada i mówi, że rozwarcie 8 cm. Niedługo potem jest już pełne rozwarcie a znieczulenie słabnie. Pani Lidka karze przyjąć pozycję na prawym boku z nogą uniesioną by dziecko mogło się dobrze ułożyć. Mąż pomaga, bo ja z bólu nie jestem w stanie jej ruszyć. Przychodzi druga lekarka. Pojawiają się skurcze parte, bardziej znośne niż te powodujące rozwarcie.

Położna i lekarki dziwią się, że mam tyle sił przeć, chwalą, że dobrze to robię. Pani Lidka mówi, że teraz już nie mam wyjścia, muszę urodzić i że właśnie spełniam swoje marzenie. Jej słowa ogromnie mnie zmotywowały. Niestety jedna z kości miednicy przeszkadza dziecku przyjść na świat. Lekarze decydują, że urodzę z pomocą vaccum. Po chwili tuliłam mojego synka a dumny mąż przecinał pępowinę. 28. października, w imieniny Tadeusza, o 23:44 urodził się Bartosz 3160g i 52 cm. Jedna z najpiękniejszych chwil mojego życia! Byłam przeszczęśliwa i bardzo z siebie dumna, że tego dokonałam. Podziękowałam personelowi, a najbardziej młodej lekarce, która pierwsza we mnie uwierzyła. Na co ona przyznała, że jestem odważna. Odwaga, upór i CUD sprawił, że naprawdę było warto! Walczyłam do samego końca, jak to ujęła koleżanka z pokoju ze szpitala, jak lwica.

Nierozpakowane mamy uwierzcie w swoje możliwości! Ja też wątpiłam… Dziękuję za wpisy na naturalniepocesarce.pl  Gdyby nie one, nie miałabym tak pięknego porodu. Marzenia się jednak spełniają…

EKSPRESOWY VBAC – październik 2017 (Głubczyce)

Brak postępu porodu…

… dziś jedno z najczęstszych wskazań do cięcia cesarskiego.

…. worek, do którego często wrzuca się wiele różnych sytuacji porodowych (m.in. problemy z rozwieraniem szyjki macicy, nieudane indukcje, zatrzymanie postępu porodu (z różnych powodów, w tym emocjonalnych i nieprawidłowego prowadzenia porodu), nieprawidłowe wstawianie się główki w II okresie porodu, etc.).

… nie rzadko stygmat, który w kolejnej ciąży skutkuje wyrokowaniem „jeśli poprzednio nie było postępu, to teraz też nie będzie”.

Ania, autorka dzisiejszej historii, miała szczęście trafić na położne i lekarzy, którzy powyższego argumentu nie wysuwali – przeciwnie wspierali ją. A natura zrobiła resztę:)

baby_foot_black_and_white

Oto moja historia – będzie krótka i zwięzła, taka jak mój VBAC.

Pierwszy poród 2014, z powodu braku postępu porodu zdecydowano o cc. Początek porodu przebiegał bardzo sprawnie i szybko, w 37 tyg. odeszły mi wody, po około 4-5 godzinach miałam już pełne rozwarcie, ale po godzinie skurczy partych zdecydowano o cc, gdyż główka nie schodziła w dół a ból było ogromny. Nie miałam do nikogo żalu o podjęciu takiej decyzji, ale czułam straszny niedosyt, że było tak blisko rozwiązania i się nie udało. Po cesarskim cięciu dość szybko doszłam do siebie, jednak psychicznie długo godziłam się z tym, że nie urodziłam sama.

Od razu wiedziałam, że drugie dziecko będę chciała urodzić naturalnie. W zasadzie dopóki nie weszłam na stronę naturalniepocesarce.pl, nie zdawałam sobie sprawy z tego, że poród siłami natury po cc to niemalże fanaberia. Ja nie spotkałam się z negatywnym podejściem ani lekarzy, ani położnych. Jedynie co, to mój lekarz prowadzący powiedział, że jego obowiązkiem jest poinformowanie mnie o ewentualnych konsekwencjach takiej decyzji, ale jeśli jestem ich świadoma, to on nie widzi przeciwwskazań, żeby próbować. Byłam pewna, że tak właśnie chce rodzić.

Portal naturalniepocesarce.pl tylko upewnił mnie w tym przekonaniu. Urzekły mnie historie dziewczyn, które zdecydowałay się na vbac, chłonęłam je każdego dnia, coraz bardziej pragnąc vbac.

Druga ciąża 2017 rok, więc trzy lata po cc. Jako że pierwszy poród zaczął się 3 tygodnie wcześniej, liczyłam że i tym razem tak będzie, tym bardziej, że od 32 tygodnia zagrażał mi poród przedwczesny, pobyt w szpitalu i mnóstwo stresu. Jednak 37 tydzień i nic, 38 i nic. W 39 tygodniu wieczorem odeszły mi wody i od razu złapały skurcze. Jednak stwierdziłam, że mam jeszcze troszkę czasu. Wody były czyste, więc nie uważałam, że należy pędzić do szpitala, ale po 15 minutach skurcze były praktycznie co chwile. Miałam już problem z dojściem do auta i na izbę przyjęć, na szczęście do szpitala miałam 5 minut. Na izbie przyjęć zaczęły łapać mnie skurcze parte. Kiedy trafiłam na oddział położna nie mogła uwierzyć, że mam 8 cm rozwarcia, podobnie zresztą jak ja. Po kolejnych 10 minutach było pełne rozwarcie.

Jako, że przy pierwszym porodzie nie do końca słuchałam położnych i tylko krzyczałam przy skurczach partych, tym razem postanowiłam sobie, że będę współpracować, słuchać i wykonywać ich polecenia i….. nie krzyczeć niepotrzebnie. I to była najlepsza decyzja. Skurcze parte trwały dokładnie 25 minut i na świecie pojawiła sie moja druga córeczka, 2750g, 55 cm. Poród przebiegł tak szybko, że mam wrażenie, że mi coś z niego umknęło. Nie czułam bólu, powiedziałbym nawet, że nie bolało, skupiłam się całą sobą na urodzeniu tego dziecka, na parciu, oddechu itp.

Cały mój poród od odejścia wód w domu do urodzenia mojej córki trwał 1,5 godzin, dlatego nazywam go ekspresowym;)

Chciałam powiedzieć (napisać), że vbac to była jedna z moich najlepszych decyzji. Niesamowitym uczuciem jest wydanie dziecka na świat. Człowiek jest dumny z siebie i pełen podziwu dla sił natury. To przeżycie nie do opisania. Jest to w pewien sposób surrealistyczne, że kobieta jest zdolna do takiego wysiłku a jednocześnie jest to bardzo naturalny proces, w którym to nasz organizm podpowiada nam co mamy robić.

Życzę każdej kobiecie, żeby miała taki poród jak ja, szybki, sprawnie poprowadzony (bo położne świetnie mnie wspierały i prowadziły) i zakończonym szczęśliwym rozwiązaniem.

Poród z delicjami (Kraków)

Pod koniec ciąży cierpliwość przyszłych rodziców testowana jest nie rzadko bardzo mocno. Syn Madzi, Michaś, kazał czekać na siebie aż do 17 dnia po terminie porodu!!! Ale było warto – zaufać i wykazać się cierpliwością:) Oto ich historia porodowa:

8 grudnia 2017 roku urodził się, cudownie i nareszcie, nasz kochany Synek Michałek, który jest naszym trzecim dzieckiem. Chciałabym dziś opowiedzieć Wam o naszym niezwykłym – bo też niezwykle długim – oczekiwaniu, przez które poprowadził nas Pan Bóg i doprowadził nas aż do bardzo szczęśliwego i najlepszego na świecie finału. Być może i ta opowieść wyjdzie też niezwykle długa, ale mam nadzieję że dotrwacie jakoś do końca, tak jak i my dotrwaliśmy :)

Zanim na dobre zaczniemy, jeszcze małe słówko o moich dwóch poprzednich porodach. Naszą pierwszą córkę Hanię urodziłam w 2012 roku przez planowe cięcie cesarskie, do którego wskazaniem był stan zdrowia Haneczki – jeszcze w ciąży wykryto u niej na usg dużą torbiel limfatyczną na klatce piersiowej i było jasne, że „wyjęcie” przez cięcie będzie dla niej najlepszą i najbezpieczniejszą drogą narodzin. Racjonalnie przyjęłam to jako rzeczywiście najlepsze rozwiązanie, chociaż gdzieś w sercu miałam duży żal, że już przy pierwszym dziecku nie będzie mi dane doznać cudu naturalnego porodu. Samo cięcie, w 39. tc, przebiegło dobrze, ale ja po nim dosyć długo i powoli dochodziłam do siebie, a początkowy kontakt z moją córeczką był mocno zaburzony. Powiedziałam sobie wtedy: „Nigdy więcej cięcia” ;), marząc bardzo o tym, żeby następne dziecko móc urodzić już siłami natury – jeśli oczywiście zdrowotnie wszystko będzie z nami OK. No i niecałe 3 lata później, w lipcu 2015 roku, moje marzenie się cudownie spełniło – urodziłam naturalnie naszą drugą córeczkę Blankę. Nerwów mieliśmy przy tym co niemiara, bo Blanka nieźle się zasiedziała i zaczęła się rodzić dopiero 14 dni po terminie, ale szczęśliwie personel w szpitalu (Rydygiera w Krakowie) bardzo nam sprzyjał, pozwolił nam czekać i wszystko zakończyło się bardzo dobrze. Jest to zresztą temat na osobną historię, którą mam nadzieję, że kiedyś jeszcze opiszę… Ale póki co przejdźmy już do aktualnej, tegorocznej opowieści. :)
Na początek, żeby nie pogubić się w całej tej historii, małe wprowadzenie i przedstawienie najważniejszych bohaterów:
Michałek – Wyczekiwany Syn
Madzia – Matka Oczekująca (po jednym porodzie cc i po jednym sn)
Waldi – Ojciec Oczekujący
Hania i Blanka – Siostry Oczekujące
Termin Porodu – cichy sprawca całego zamieszania, wyliczony na 21 listopada, którym pod koniec ciąży wszyscy się zaczynają bardzo interesować
Stan po Cięciu – element w mojej „historii położniczej”, dzięki któremu mam zapewnione „wyjątkowe” traktowanie, zwłaszcza szykując się do porodu siłami natury (sn)
Kłykciny kończyste – coś, co zaobserwowała u mnie gdzieś w połowie ciąży moja dr prowadząca; małe brodawki, które mogą być niestety wskazaniem do cięcia; miałam przez to trochę zamieszania pod koniec ciąży, ale na szczęście udało mi się je przeleczyć (żelem o nazwie Undofen) i dostałam od lekarzy zielone światło na poród sn.
Rydygier – szpital naprzeciwko naszego domu, w którym urodziła się Blanka i w którym teraz też chcieliśmy rodzić
Legendarny Remont – coś, na co już od wielu lat oczekiwali pracownicy i pacjenci oddziału ginekologiczno-położniczego w Rydygierze, a co w końcu zaczęło się realizować dokładnie w połowie listopada, przez co oddział został przeniesiony i drastycznie zmniejszony
Żeromski – szpital w Nowej Hucie, w którym ostatecznie urodził się Michaś
Babcia Ela krakowska – Super Babcia z Krakowa, Mama Waldiego
Babcia Ela zambrowska – Super Babcia z Zambrowa, Mama Madzi
Doktor Dziadek – lekarz z oddziału patologii ciąży w Żeromskim, który podejmował kluczowe decyzje (swą ksywę zawdzięcza białym włosom i równie białej brodzie)
Moje współlokatorki z sali na patologii ciąży:
Martyna – mama również „przeterminowana”, oczekująca na swoje pierwsze dziecko – córeczkę Polę
Ania L. – mama trochę przed terminem, na patologii z powodu nadciśnienia, oczekująca na swoje pierwsze dziecko – córeczkę Rosę Marię
Ania D. – mama „przeterminowana”, oczekująca na swoje trzecie dziecko – synka Piotrusia
Położne porodowe:
Pani Bogusia – położna pierwszego etapu (do 19)
Pani Halina – położna drugiego etapu (od 19 do 20 :))
Uff, no to bohaterów już mamy, czas wreszcie na jakąś akcję :)
Generalnie w tej ciąży miałam wielką nadzieję na to, że zakończy się ona rzeczywiście w tym mniej-więcej wyznaczonym terminie, żebym nie musiała znowu, jak było przy Blanci, przez 2-3 tygodnie chodzić na ktg do szpitala, i żebym nie musiała znowu kłaść się na patologię ciąży. Bardzo marzyłam o tym, żeby akcja rozpoczęła się w domu, i żebym przyjechała (albo przyszła :)) do szpitala już na samą końcówkę porodu. Bardzo chciałam urodzić jeszcze w listopadzie i nawet nie dopuszczałam do siebie myśli, że Michałek mógłby urodzić się w grudniu – no bo w grudniu to jakoś tak bez sensu, za blisko Świąt, i w ogóle (chociaż znowu historia z Blanką, która przesiedziała sobie dwa tygodnie dłużej, niż chciały wszelkie terminy, powinna była przygotować nas na takie lub podobne opóźnienie). Bardzo chciałam urodzić w Rydygierze, którego mamy 5 minut od domu i który bardzo dobrze wspominam z czasu narodzin Blanci – przez całą ciążę nawet nie brałam pod uwagę żadnego innego szpitala. Bardzo chciałam… ale Pan Bóg widać chciał inaczej.
W 39. tygodniu ciąży zgłosiłam się na pierwsze ktg do Rydygiera, mając nadzieję, że pojawię się tam może jeszcze ze 2-3 razy, a potem już będzie poród. Po dwóch tygodniach chodzenia na ktg co 3-4 dni, na wizycie w 41. tygodniu ciąży dostałam „w końcu” skierowanie do szpitala. Powiedziano mi wtedy też, że z racji remontu i bardzo ograniczonej ilości miejsc przyjmują tylko bardzo pilne przypadki lub kobiety z bardzo zaawansowaną akcją porodową i nie mogą zagwarantować, że przyjmą mnie, jeśli przyjdę tak po prostu – do przyjęcia na oddział z powodu bycia „po terminie”. Dowiedziałam się wtedy również, że jeśli by akurat było miejsce i mnie przyjęli, to na pewno nie pozwoliliby mi czekać w szpitalu na rozpoczęcie akcji (jak było przy Blanci), tylko że od razu miałabym indukcję porodu – no bo mało łóżek i trzeba zwolnić miejsce dla innych…
Postanowiliśmy z Waldim, że damy sobie i Michałkowi jeszcze trochę czasu i że poczekamy ze zgłoszeniem się na oddział do końca tygodnia (skierowanie dostałam we wtorek, 28 listopada) – jeśli oczywiście akcja nie zacznie się sama, o czym niezmiennie marzyłam. Każdego dnia budziłam się z nadzieją, że to może już, że to może dziś się stanie… ale nie – Michałek zdecydowanie miał swoje zdanie i swój pomysł. W tym czasie bardzo towarzyszyła mi modlitwa: codziennie sięgałam po uroczy „Modlitewnik dla oczekujących dziecka”, pełen pięknych i podnoszących na duchu modlitw dla matek (i ojców :)); modliłam się do św. Ignacego, o dobry poród; co jakiś czas wracałam również w sercu do modlitwy „Jezu, Ty się tym zajmij”, która jakoś szczególnie dodawała mi otuchy. Modliła się również za nas cała nasza wspólnota, rodzina, przyjaciele…
Ustaliliśmy z Mężem, że jeśli nic się nie zadzieje do piątku, 1 grudnia, to wtedy już zgłaszamy się na oddział. Jako że nie zadziało się nic, mimo naszych usilnych starań („3S”, itp.:)) to w piątek rano wzięliśmy walizeczkę i podreptaliśmy sobie z brzuszkowym Michałkiem do „swoich” w Rydygierze, a tam… „swoi” go nie przyjęli – okazało się, że na oddziale w tym dniu zupełnie nie ma miejsc i raczej nie zanosi się na to, żeby sytuacja miała się przez weekend zmienić. Dla przyzwoitości i spokoju personelu (i mojego!) zrobiono mi jeszcze ktg i usg, na których oczywiście wszystko było dobrze, i zalecono pilne zgłoszenie się do jakiegoś innego szpitala (podobnie zresztą jak dwóm innym brzuszkowym mamom, które również chciały się tego dnia przyjąć). Podreptaliśmy więc sobie z powrotem spacerkiem do domku… i postanowiliśmy zaczekać z przyjęciem jeszcze jeden dzień. 
Oczywiście ten jeden dzień nic nie zmienił w kwestii akcji porodowej, bo Michaś miał swoją własną koncepcję terminu porodu (chociaż było już, według kalendarza, 41+3, i chociaż ciągle jeszcze miałam nadzieję, heh). Dlatego też w sobotę, 2 grudnia, pojechaliśmy już pokornie do Żeromskiego, oddając to całkowicie w ręce Boga, i zdając się na mądrość i rozsądek tamtejszego personelu – był to bowiem dla nas szpital zupełnie nieznany, a wręcz kojarzący się niezbyt przyjaźnie wobec opcji vbac (gdy przed porodem Blanki robiłam rozeznanie w krakowskich szpitalach, to tam otwarcie powiedziano mi, że nie lubią takich przypadków i że od razu by mnie kierowali na cięcie).
Procedura przyjęcia toczyła się oczywiście bardzo powoli, ale jednak, wbrew powyższym obawom, już na samym początku dostałam światełko nadziei co do tego, jak potoczą się nasze dalsze losy w tym szpitalu – badająca mnie pani doktor powiedziała, że póki co wszystko z nami jest ok i że w takim razie możemy spokojnie czekać na rozpoczęcie akcji, bez pośpiechu (poza tym właśnie rozpoczynał się weekend, czyli czas w szpitalu, kiedy bez wyraźnej potrzeby i konieczności nie podejmuje się raczej znaczących decyzji). Uspokojeni tymi słowami, trafiliśmy w końcu na oddział patologii ciąży, nie przypuszczając nawet, że przyjdzie mi spędzić na nim jeszcze prawie cały tydzień… Pobyt na tym oddziale, którego sama nazwa raczej nie kojarzy się zbyt pozytywnie, okazał się dla mnie jednak czasem niezwykle dobrym i błogosławionym. Owszem, był grzyb na ścianach w łazience, była jedna toaleta na korytarzu na kilka sal, była szpitalna dieta-cud z ostatnim posiłkiem o 17 (!), ale za to w naszej 4-osobowej sali trafiła mi się najlepsza ekipa na świecie, z którą przez te kilka dni czułam się raz to jak na młodzieżowych koloniach, raz to jak na rekolekcjach. Mało tego – codziennie ok. 6 rano, podczas porannego ktg, przez ręce sympatycznego Ojca Cystersa przychodził do nas sam Pan Jezus, którego wszystkie przyjmowałyśmy. Parę razy również udało nam się wymknąć (w zależności od zmiany pielęgniarek, i oczywiście za ich zgodą :)) na wieczorne roraty w szpitalnej kaplicy. Z kolei nasze dziewczynki były w tych dniach pod wspaniałą opieką Babci Eli krakowskiej (i oczywiście Tatusia Waldiego) – więc wszystko było dobrze.
Po dość leniwym weekendzie przyszedł czas na decyzje. Na wtorkowym porannym obchodzie (w tym dniu kończył mi się właśnie 42. tydzień ciąży – czyli połowa 10. miesiąca :D) doktor Dziadek zawyrokował, że dajemy Michałkowi czas jeszcze do piątku, czyli do 8 grudnia – jeśli do tej pory chłopak nie zgłosi się sam, to będę mieć już wtedy delikatną indukcję porodu (przez balonik). Zgodziłam się z tym i nawet ucieszyłam, że mam przed sobą jakiś konkret, bo to przedłużające się czekanie wytworzyło we mnie jakieś takie wrażenie, że ta ciąża będzie trwała wiecznie i chyba nigdy się nie skończy… 😉
Dni od wtorku do piątku upłynęły nam w miarę spokojnie i pogodnie, nie licząc tego, że w noc poprzedzającą Mikołajki skład naszej sali zmniejszył się, stety-niestety, o połowę – Martyna i Ania L. poszły rodzić swoje córeczki, które przyszły na świat pod przemiłą datą 6 grudnia. Zostałyśmy wtedy z Anią D. już tylko we dwie, a i cały oddział jakoś tak opustoszał po weekendowym nawale ludzi – śmiałyśmy się momentami z Anią, że trochę to tak głupio, że my już tam tyle siedzimy, i że naprawdę wypadałoby w końcu urodzić… Ale nasi chłopcy zupełnie się tym naszym gadaniem nie przejmowali.
Chociaż… jeden chyba trochę zaczął się przejmować, bo w nocy z czwartku na piątek (7/8 grudnia) zaczęły mi się pojawiać jakieś pierwsze skurcze. Owszem, były raczej rzadkie (co ok. pół godziny) i niezbyt bolesne, ale jednak wyraźnie – były! Jeszcze w czwartek wieczorem napisałam do wszystkich bliskich osób maila z prośbą o modlitwę… której cudowne i potężne skutki miałam odczuć już następnego dnia.
Skurczową noc starałam się jakoś przespać, czując – jeszcze trochę nieśmiało, ale jednak – że na następny dzień będę potrzebować naprawdę dużo siły. No i w końcu nastał piątkowy poranek. Ojciec Cysters, przychodząc tradycyjnie z Panem Jezusem, pobłogosławił nas tego dnia szczególnie i zażartował sobie, że jak się któryś z chłopców dziś urodzi, w to Maryjne święto, to niechybny znak, że go sobie Maryja wybrała i że ma na księdza iść. :) Potem przyszedł na obchód doktor Dziadek, któremu powiedziałam o nocnych skurczach, no ale jako że nic z nich jeszcze nie wynikło, to zaraz po obchodzie miałam stawić się na zapowiedzianą pre-indukcję. Około godziny 10 doktor Dziadek „zainstalował” mi (a zaraz później – Ani D.) balonik, zalecając jednocześnie, żeby teraz starać się jak najwięcej chodzić i spacerować – i generalnie być w pozycji pionowej ruchomej. :) Ruszyłyśmy więc razem z Anią przemierzać kolejne kilometry po szpitalnym korytarzu, starając się jednocześnie czułymi słowami zachęcić naszych upartych chłopców do wyjścia. Ile jednak można tak chodzić? Jakoś po 11 położyłam się, żeby trochę odpocząć, postanawiając jednocześnie, że w kolejną rundkę ruszę dokładnie o 12 i wykorzystam ten „spacer” do odmówienia różańca – dokładnie w Godzinę Łaski, o której wiele osób mi wcześniej przypominało w związku ze świętem Niepokalanego Poczęcia. Zjadłam jogurt, odpoczęłam chwilę i tuż po 12 wyszłam z sali, z różańcem w jednej, a z kubkiem po jogurcie w drugiej ręce. „Traf” chciał, że akurat w tym momencie chwycił mnie mocniejszy skurcz, tak że aż przystanęłam na chwilę przy ścianie – i w takim stanie „przydybał” mnie doktor Dziadek, który niewiadomo skąd znalazł się nagle na korytarzu, ledwie parę kroków ode mnie.
– Co się dzieje? Czy Pani ma skurcze? – zapytał, dość zaaferowany.
– Hm, no tak, ale jeszcze nie bardzo częste, takie co 15-20 minut, i też nie bardzo mocne…
– Ale to w takim razie ruszamy już na porodówkę, musimy mieć Panią bardziej na oku!
– Ale Panie doktorze, czuję że to jeszcze trochę potrwa, to chyba za wcześnie…
– Nie ma mowy, idziemy.  Pani ma stan po cięciu, nie może sobie Pani tak tu sama chodzić, jak Pani ma skurcze. Proszę się spakować.
Zawróciłam do sali, lekko oszołomiona – w moim odczuciu naprawdę nie było jeszcze o co robić hałasu – ale zanim zdążyłam w ogóle zebrać myśli, już przyjechała położna z wózkiem na moje rzeczy, pomogła mi się spakować i, dając mi jeszcze chwilę na szybkie pożegnanie z Anią, przeprowadziła mnie na porodówkę.
Gdy znalazłam się w przeznaczonej dla mnie sali (zresztą, całkiem miłej i przytulnej), poczułam się zupełnie nie na miejscu – przecież to jeszcze może tyle potrwać! Po chwili jednak zobaczyłam na ścianie między oknami prosty, drewniany krzyż i powiedziałam wtedy w duchu, z lekka wyzywającym tonem: „No dobra! Skoro mnie już tu przywiedliście, to teraz poprowadźcie i dokończcie szczęśliwie to, co zaczęliście…” (Godzina Łaski nadal jeszcze trwała).
No i poprowadzili – pięknie, subtelnie, radośnie. W ferworze pakowania zawieruszył mi się gdzieś mój różaniec, więc odmówiłam „na palcach” jeszcze jakieś dwie dziesiątki, słuchając na ktg bicia Michałkowego serduszka. Co jakiś czas przychodziła do mnie położna, Pani Bogusia, z którą nawiązałam fajny i serdeczny kontakt i która nie mogła się nadziwić, że ktoś przychodzi do porodu taki uśmiechnięty i wręcz promieniejący szczęściem. No cóż, jak się naczekało na Ten Dzień  tyle czasu, to trudno się nie cieszyć, kiedy w końcu zaczęło coś się dziać (a było już 42+3)!
Około 15 poszłam jeszcze na usg, na którym było widać, jak Michałkowa główka ładnie wpasowuje się we właściwe miejsce do wyjścia. Okazało się też wtedy, że balonik ładnie spełnił swoją funkcję i, wespół z moimi nieczęstymi skurczami, zrobił mi już „ładne 4 cm” rozwarcia – nie był więc już potrzebny. Dałam wtedy znać Waldiemu, który po pracy odebrał jeszcze Hanię z przedszkola, przekazał pod opiekę Babci Eli zambrowskiej i przyjechał do mnie.
Porodowe popołudnie mijało nam bardzo spokojnie i przyjemnie, czasem wręcz leniwie. Akcja ładnie postępowała, skurcze zrobiły się silniejsze i częstsze. Super też było to, że mogłam normalnie jeść i pić, między skurczami podjadałam więc banany i delicje, żeby mieć wystarczającą ilość energii. :) Nie musiałam też być stale podłączona do ktg! Tylko co jakiś czas położna sprawdzała serduszko takim małym „słuchaczem”.
Niestety ok.18 okazało się, że postęp porodu jest trochę zbyt powolny (od 16 było jakieś 5-6 cm bez większych zmian, skurcze też się dość rozleniwiły) i pani Bogusia zaproponowała, żebym do 19 postarała się być trochę bardziej aktywna i więcej się poruszała, a jeśli o 19 będzie wszystko na podobnym etapie, to wtedy pomyślimy o podaniu „kilku kropel” oksytocyny. Kolejna godzina upłynęła nam więc na gimnastyce i wszelkiego rodzaju wesołych wygibasach, które faktycznie przyniosły pożądany efekt – skurcze nasiliły się, a o 19:15, akurat gdy podpięto mnie na kontrolne ktg, odeszły mi wody. W międzyczasie nastąpiła zmiana położnych i do akcji wkroczyła Pani Halinka – kobieta konkretna, dość postawna i widać, że bardzo doświadczona. Pojawiła się również młoda lekarka, która po szybkiej ocenie sytuacji ponowiła propozycję z oksytocyną – „żeby Pani nie siedziała tu już do późnej nocy” ;). Po lekkim wahaniu zgodziłam się, położna podpięła mi kroplówkę i… poszło! Jak z kopyta – po pół godzinie od tych „kilku kropel”, dokładnie o godzinie 20:00, nasz kochany Michałek był już z nami na świecie 😀 Końcówka tego porodu była dla mnie niesamowita – bolało okropnie, ale przyjmowałam ten ból bardzo świadomie, wręcz „zadaniowo”, i gdy tylko słuchałam i stosowałam się do instrukcji położnej i lekarki, to wszystko szło dobrze. Urodziłam na fotelu porodowym, jedną ręką ściskając z całej siły dłoń mojego kochanego Męża, a jedną nogą zapierając się o żebra niewzruszonej Pani położnej (która sama to zaproponowała :D). Nie mogłam uwierzyć, że to rzeczywiście, nareszcie się stało – i to tak szybko, i to tak dobrze! Gdy dostałam ciepłe, cudowne ciałko naszego synka na mój brzuch i przytuliłam go, popłakałam się niemal ze szczęścia, a moje serce wypełniła bezgraniczna, niewypowiedziana wdzięczność. To już, to naprawdę już – doczekaliśmy się, udało nam się!
Michaś 2
Jak szczęśliwy i cudowny był to poród, uświadomiłam sobie jeszcze chwilę później, gdy już po wszystkim lekarka powiedziała nam, że:
– Michaś był nieźle poowijany pępowiną, a mimo to urodził się bez żadnego niedotlenienia itp.;
– Michaś był ułożony trochę inaczej, niż zazwyczaj rodzą się dzieci – miał tzw. ułożenie potylicowe tylne, czyli rodząc się miał buzię skierowaną nie w dół, ale w górę (jakby patrzył w niebo :)); porody w takim ułożeniu zwykle bywają trudniejsze, a czasem jest to wręcz wskazanie do cięcia;
– Michaś urodził się duży i dorodny – prawie 4 kilo wagi (3990) – a mimo to nie musiałam mieć żadnego nacięcia, ledwie lekkie pęknięcie, po którym już dzisiaj nic nie czuję.
MIchaś
Pomyślałam wtedy: WOW! Było tyle rzeczy, które mogły źle pójść, mogły się nie udać – a mimo to wszystko zakończyło się tak dobrze, tak szczęśliwie! Nie wiem, czy potoczyłoby się to tak samo, gdyby nie potężne wsparcie wszelkich sił niebieskich i ziemskich, które nas w tych doświadczeniach poprowadziły – przede wszystkim ogromna siła modlitwy i Boże prowadzenie, przez całe oczekiwanie, cały nasz Adwent, aż do tego szczęśliwego końca; poza tym wielkie wsparcie wszystkich bliskich ludzi, a przede wszystkim mojego kochanego Męża, z którym razem to wszystko przeżywaliśmy i który podczas naszego „wielkiego finału” stanął na absolutnej wysokości zadania, wspierając mnie cudownie swoją siłą i spokojem; no i wreszcie ogromnie ważna rola szpitalnego personelu, który bardzo mądrze, rozsądnie i profesjonalnie zajął się nami i doprowadził do tego, że nasz Synek urodził się tak szczęśliwie, zdrowo i bezpiecznie – czuliśmy wtedy naprawdę mocno, że jesteśmy w bardzo dobrych rękach.
Nie mam najmniejszych wątpliwości, że to, że przetrwaliśmy tak kosmicznie długie oczekiwanie i że doczekaliśmy tak dobrego, wspaniałego finału – to jest po prostu nasz mały-wielki Cud.
 Uff, no i taka to nasza historia 😀 Nasz mały Cud śpi sobie już słodko w kołysce, a ja za każdym razem, gdy na niego spojrzę, mam w sercu jedno dominujące uczucie: ogromną WDZIĘCZNOŚĆ…
Dziękuję wszystkim, którzy dotrwali do końca tej długaśnej opowieści – sama nie spodziewałam się, że wyjdzie mi ona aż tak dłuuuuga 😉 Mam nadzieję jednak, że będzie ona dla Was też budująca i pokrzepiająca. A w razie wszelkich i jakichkolwiek pytań – dotyczących szpitala, personelu, porodu itp. – bardzo chętnie odpowiem, podpowiem i podzielę się. Niech się dobro mnoży :)
Na koniec jeszcze dziękuję wszystkim wspaniałym kobietom z równie wspaniałej Grupy Wsparcia „Naturalnie po cesarce”, które w decydujących momentach wspierały mnie dobrym słowem, pokrzepieniem lub poradą – nie znamy się osobiście, ale takie wsparcie, jak i cała ta grupa, ma naprawdę wielką moc! Jesteście super babki i życzę Wam, żeby spełniały Wam się wszystkie Wasze porodowe (i nie tylko) marzenia! Niech się dzieją cuda :)