Tag Archive | VBAC

VBAC po 2 nocach przygotowań i 12 godzinach rodzenia (Rzeszów)

Brak postępu porodu – król współczesnych wskazań do cięcia cesarskiego. Wskazanie pod którym wiele się może kryć. Wskazanie często nadużywane i stawiane pochopnie… Może w końcu zbiorę się by napisać na jego temat osobny, wyjaśniający post. Tymczasem, opowieść Ani o tym jak można urodzić naturalnie po cięciu cesarskim z powodu braku postępu porodu.

baby_foot_black_and_white

„Jestem miesiąc przed terminem i popadam w panikę gdzie mam rodzić tak żeby się udało naturalnie”. Od tego moja historia vbac się zaczęła na poważnie.

To, że chcę próbować rodzić sn wiedziałam już po pierwszej cesarce, która odbyła się w 2014 roku. Jeszcze w trakcie pobytu w szpitalu pytałam położną, co w przypadku drugiej ciąży, czy dostanę pozwolenie na poród naturalny i jaki czas jest potrzebny od porodu do porodu żeby móc próbować. Niestety nie dano mi nadziei. Ja jednak w głowie cały czas miałam niedosyt, że nie udało się naturalnie i że na pewno będę próbować przy kolejnej ciąży. Pierwsza ciąża zakończona cc z powodu braku postępu porodu.

Przez całą drugą ciążę zastanawiałam się czy wybrałam dobrego lekarza, który poprze moją decyzję o próbie porodu naturalnego i do którego szpitala pojechać rodzić. Kogo wziąć ze sobą, żeby mieć dobre wsparcie.

Miesiąc przed terminem opowiedziałam znajomej o swoich wątpliwościach a ona bez zastanowienia poleciła mi konkretny szpital. Sama była po porodzie i miała okazję leżeć z kobietą, której udało sie urodzić po dwóch cesarkach. I tak po nitce do kłębka dotarłam na stronę naturalniepocesarce.pl i do grupy wsparcia.

Wczytywałam się w historie udanych vbac,  rozmawiałam i pytałam dziewczyn, który szpital polecają. Wiele nieprzespanych nocy spędzonych na przemyśleniach. To był stresujący czas. Dotarłam również do douli, która  podpowiadała jak się przygotować do porodu. Wcześniej spotkałam się z prywatną położną. Nie negowała mojej decyzji, ale też nie czułam wsparcia. Raczej odradzała próbę naturalnego porodu i nie dawała większych szans na powodzenie sn.

Ostatecznie podjęłam decyzje o miejscu porodu [Szpital Miejski, Rycerska (przyp. red.)]. Kamień z serca.  Druga decyzja: osobą towarzyszącą będzie mąż i doula. Niestety mąż nie mógł być przy porodzie, ale na szczęście była doula. Wcześniej nie rozumiałam jak można prosić kogoś obcego by towarzyszył przy porodzie i wydawało mi się, że ja na pewno douli mieć nie będę.

Tydzień przed porodem trafiłam do szpitala z powodu złego zapisu ktg. Zero rozwarcia, szyjka długa, słabe, nieregularne skurcze. Codziennie czekałam na rozwój akcji. Zapisy wychodziły prawidłowo, a lekarze uspokajali, że mamy czas. Dwa dni przed porodem zaczęły się mocne skurcze nocne, które nie pozwalały spać. W dzień wszystko się wyciszało. Odszedł czop. Radość moja była wielka. Coś się działo :). Zupełnie inaczej niż przy pierwszej ciąży.

Trzeciej nocy skurcze nie pozwoliły leżeć. Poszłam na salę porodową. Rozwarcie na palec. Trochę byłam przestraszona że za mało i znowu akcja utknie w martwym punkcie. Ale lekarka uspokajała. Dostałam poduszkę i kołdrę żeby móc drzemać.

Skurcze nad ranem zaczęły się wyciszać…Przyszedł lekarz i znowu pocieszał, że się uda. Podano mi oksytocynę. Później przebicie pęcherza płodowego. Szyjka skracała się nie symetrycznie. Poród postępował bardzo powoli i wśród położnych krążyło hasło, że najwyżej zakończymy cesarką. Po ok 11 godz porodu położna zapytała czy na pewno chcę nadal próbować. Widziałam zmęczenie i bezradność w jej oczach. (A uważam, że nie mogłam trafić na lepszą położną.  Otoczyła mnie profesjonalną opieką i wyjątkowym ciepłem). Chciałam się poddać i wbrew temu co myślałam powiedziałam TAK. No i się zaczęło. Doula zachęciła mnie, żebym zeszła z łóżka, żeby się poruszać. Wcale nie miałam już na to siły. Ale posłuchałam. Stałam przy poręczy i ruszałam się w swoim rytmie.
Nadeszły długo oczekiwane bóle parte. Powrót na łóżko. I tu wspaniała praca ze strony personelu. Ciągła zmiana pozycji i motywowanie. Udało się, po 12 godzinach urodziłam synka 3850g i 59cm.

Dziękuję wszystkim którzy pomogli mi tego dokonać, całemu personelowi medycznemu, szczególnie Pani położnej, douli, która była ze mną przez cały poród, za jej ciepło,wspaniały masaż nóg w trakcie skurczów i silną rękę przy bólach partych.

Historia z Trzema Archaniołami w tle (Warszawa)

Znów historia cc z braku postępu porodu. I znów UDANY VBAC!!! Wbrew wróżeniu lekarza, ale za to ze wspaniałym wsparciem bliskich:) Oto opowieść Dobromiły:

31.05.2015 miałam cc z powodu braku postępu porodu… Sączące wody, oxy 24h. Młoda zdrowa 3240g, ale ja dochodziłam do siebie 2mce… Nie rozumiałam jak można chcieć cc z własnego wyboru. Bardzo żałowałam, że nie udało się urodzić SN… Gdy po 7mcach znów zaszłam w ciążę byłam załamana, że znów czeka mnie CC… Ale dowiedziałam się, że jest coś takiego jak VBAC a potem trafiłam na grupę Naturalnie po Cesarce Grupa Wsparcia . Gdyby nie to pewnie bym miała CC na zimno przed terminem jak sugerował ginekolog…

Ale do rzeczy Termin miałam na 22.09. W 35tc byłam na USG i pani doktor stwierdziła, że dzidzia już tak nisko ma główkę, że na pewno urodzę wcześniej. Wtedy ważyła ok 2860g czyli nie tak mało. Pani doktor kazała się oszczędzać, ale jak to zrobić mając 15miesięczną niechodzącą córeczkę w domu, więc się raczej nie oszczędzałam 😛 W piątek 23.09. pojechaliśmy na ktg na Żelazną gdzie mnie zbadał pan doktor wzdłuż i w szerz i stwierdził że młoda duża waży ok 4060g i że nie wróży mi porodu sn…

Poryczałam się i załamałam… Pojechałam do rodziców, a rodzice bardzo proVBACowi, bo doskonale wiedzieli co to jest CC, a mama po CC urodziła i mnie, i młodszą siostrę naturalnie Zaczęli mnie pocieszać, wspierać i mówić, że dam radę. Pocieszona i z nową nadzieją postanowiłam poczekać w domu na akcje, mimo, że lekarz sugerował hospitalizacje (na Żelaznej nie było miejsc więc gdzieś indziej).

Powoli zaczęłam się martwić bo 26.09… 27.09.. i nic… Mama poleciła mi ten nieszczęsny olejek rycynowy… Jednak i aptekarka, i znajomi, i ta grupa troszkę podcięła moje chęci do spożycia „koktajlu”. W końcu w środę rano poczułam taki inny ból właśnie jak na miesiączkę w dole brzucha i takie w dole pleców… Zaczęłam się ekscytować czy to już, ale nie ściągałam męża z pracy, bo skurcze były rzadkie . Udało mi się nawet zdrzemnąć w ciągu dnia . Wieczorem o g.19 jak mąż wrócił z pracy włączyliśmy aplikacje „Pora na bobasa”, żeby policzyć skurcze, bo były już naprawdę częste (choć słabe). Okazało się, że co 2 min po 20 sekund . Napisałam do na grupę, potem załatwiłam opiekę dla córeczki, wykąpaliśmy młodą i mnie, dopakowaliśmy torbę i o g.23 wyruszyliśmy z Otwocka do Warszawy . W drodze zadzwoniłam do mojej mamy i moja siostra stwierdziła, że chyba mi skurcze odpuściły bo były co 5 minut. Mama powiedziała żebyśmy w takim razie zajechali do nich na herbatkę na Tarchomin aby akcja się rozkręciła „bo jak teraz pojedziesz to Cię tam pokroją” . Wpadliśmy na herbatkę a tam mama dała mi taki obrazek z Aniołem Stróżem i intencją:) Mama napisała do jednego zakonu z prośbą o modlitwę nowenny do Trzech Archaniołów, których święto przypada 29.09. Nowenna trwała od 20 do 28 września i właśnie w środę przyszedł pocztą ten obrazek z zapewnieniem, że modlitwa w intencji szczęśliwego rozwiązania mojej ciąży została odmówiona Od razu uwierzyłam, że to naprawdę może się stać, że wszyscy się modlą, abym urodziła Klarunię naturalnie i aby wszystko poszło dobrze!

archangels

Ok 1:30 pojechaliśmy na Żelazną (naszukaliśmy się miejsca trochę:P). Od razu nas przyjęto, zaspana Pani doktor zbadała mnie, sprawdziła te wyniki poprzedniego lekarza i potem zrobiła szybkie USG. Powiedziała, że wychodzi jej mniejsza dzidzia niż temu lekarzowi 23.09. ale że główka jest tak nisko że nie da się zmierzyć… Troszkę mnie przestraszyła ale na pytanie „Jak pani chce rodzić” odpowiedziałam twardo „Naturalnie!”. Wszystkie tam panie patrzyły na mnie wielkimi oczami i taka dumna byłam, że robię „wrażenie”:P Przyszła przecudowna pani położna Aneta (nazwisko chyba na G ale nie pamiętam) i zaprowadziła nas do sali orzeszkowej . Tam się przebrałam i czekaliśmy na położną i jej „rozkazy” . Podłączyła mi płyny, KTG, a potem zwymiotowałam (organizm się przygotowywał ). Kazała niestety leżeć i to było dla mnie najgorsze bo skurcze, które nadeszły były tak bolesne i długie, że w życiu takich nie miałam… Zaczęłam wyć jak wilk do księżyca…

Mężuś cały czas był przy mnie i mnie wspierał mimo, że był po dniu w ciężkiej pracy fizycznej 12h i był strasznie zmęczony. Po 3h już zaczęłam błagać o jakieś znieczulenie, ale niestety „nie ma”… Doszło do tego, że zaczęłam mieć myśli czy CC nie było lepszym rozwiązaniem ale tego nie powiedziałam ani razu… Gdy zmieniałam pozycje albo skakałam na piłce było jako tako… najgorzej było na leżąco… W końcu aż piszczałam i czułam, że mi struny głosowe siadają 😛 Ból był PRZEOGROMNY!!! Przynieśli kroplówę oxy i zaczęłam się buntować, że nie chcę i nie… Ale pani położna przekonała mnie że trzeba… Szczerze? Wcale nie widziałam różnicy w bólu:P Gdy były przerwy w skurczach to kładłam głowę i spałam – mężuś to samo . W końcu ok 6 rano zaczęły się parte… I szczerze? Były o wiele mniej bolesne niż te wcześniejsze! Owszem parcie wymaga wysiłku ale przynajmniej czujesz, że działasz ;D O g.7 rano przyszła nowa położna normalnie jak Anioł była tak dla mnie miła, mówiła po imieniu „Dobrusia” i powiedziała, że „Pani zaraz urodzi” .

Normalnie nie mogłam uwierzyć, że tak szybko (choć wcześniej mi się dłużyło :P). Przyszły też jakieś młode położne pomóc, obok trzymał mnie mój mąż, motywował i pomagał dociskać moją głowę do klatki piersiowej, inne położne pomagały dociskać nogi do brzucha Słyszałam miliard miłych słów i tak niesamowicie motywujących. W końcu widziałam, że nowa położna pani „Anioł” coś tam szuka i doskonale rozumiałam czego… Aby mnie naciąć… Ale wiedząc, że córeczka nie jest mała stwierdziłam, że tak trzeba… Niestety bolało przy nacinaniu poczułam taki piekący ból ale wolę to niż CC . I zaraz wyszła śliczna główeńka mojej Klaruni . Jeszcze jeden skurcz i cała Klara była na rękach pani położnej a następnie wylądowała mi na piersiach <3 . Troszkę zrobili panikę bo zielone wody, ale młoda zrobiła po prostu kupkę z wrażenia i już było OK .

Trzymałam moją córeczkę w ramionach i patrzyliśmy na nią z mężem tak szczęśliwi jak nigdy . A tekst mojego męża na końcu sprawił, że miałam ochotę go wycałować. Powiedział: „Widzisz? Urodziliśmy Klarę RAZEM”!!!
K.O.N.I.E.C. <3

Podsumowanie:
Klara Gabriela Pływaczewska
urodzona SN 29.09 (Śwęto Trzech Archaniołów Michała, Gabriela i Rafała) o g.7:15
Waga:3720g, Wzrost:56cm, 10 punktów apgar

P.S.Porównując poród CC do porodu SN są plusy i minusy ale fakt, że mogę chodzić bez zginana, że mogę się wyprostować, normalnie funkcjonować powoduje, że poród SN WYGRYWA PO CAŁOŚCI! Także NIGDY WIĘCEJ CC!!! VBAC RZĄDZI!!!

Mój szkocki vbac (Szkocja)

A tak wygląda VBAC w Szkocji – opowieść Kasi:

scottish_flag_infant_bodysuit

Zbieram się żeby w końcu opisać jak to było z nami.
Na początek  jednak trochę historii. Pierwszy synek przyszedł na świat w lipcu 2014 roku w Polsce. Ta ciąża była wyjątkowo trudna. Po czterech wcześniejszych stratach całe 9 miesięcy były pełne strachu: o zdrowie  maluszka i szczęśliwe zakończenie ciąży.

Od początku chciałam mimo wszystko rodzić sn – cesarka to była opcja, której nie brałam pod uwagę nawet w myślach, mimo tego, że mój lekarz przez moment proponował to jako bezpieczniejsze rozwiązanie.
Ale w końcu zdecydowaliśmy, że próbuję rodzić sn.

Mimo moich  najlepszych starań poród zakończył się jednak cieciem po 12 godzinach przy 10 cm rozwarcia kiedy okazało się że główka jest zbyt wysoko I  ciągle się cofa…
Świadomość tego, że byłam tak blisko … A jednak tak daleko i że sie nie udało przez wiele miesięcy potegowała uczucie żalu, pretensji do losu, że jako kobieta zawiodłam, moje ciało nie dało rady. Do tego doszła długa rekonwalescencja, blizna długo dawała mi się we znaki. Zaczęłam szukać pocieszenia w tej sytuacji. Wtedy też przypadkiem odkryłam grupę Naturalnie po cesarce i zaczęłam śledzić historie VBAC. Od tej chwili wstapiła we mnie nadzieja, że kolejna ciąża nie musi skończyć się cesarką.

W listopadzie 2015 roku okazało się że spodziewamy się  kolejnego dzieciątka. Byliśmy przeszczęśliwi. Tym razem moją ciąża była prowadzona w Szkocji. Po wielu za i przeciw uznałam, że moja próba VBAC znajdzie tutaj dużo większe wsparcie i przychylność szpitala i personelu.

I nie myliłam się od początku położna wspiera mój wybór. Tym razem ciąża przebiegała spokojnie i bez wiekszych problemów. Blizny nikt mi nie mierzył. Nie jest to uznawane  tutaj w Szkocji jako wyznacznik powodzenia vbac. Przez jakiś czas była we mnie obawa,że to może jednak źle …że może podejmuję zbyt duże ryzyko ? I strach,że może jednak się blizna rozejść. Na szczęście mój lekarz z Polski wspierał mój vbac I dodawał otuchy. Mąż też od początku wierzył, że dam radę.

Do porodu jakoś specjalnie się nie przygotowywałam. Tym razem miałam w sobie ten spokój, że wszystko potoczy się tak jak powinno. Ale z drugiej strony byłam pogodzona z możliwością cesarki gdyby zaszła taka konieczność. Poród zaczął się 13 lipca 2016 roku  4 dni przed terminem w nocy… cały dzień spedziłam na relaksie nad morzem. Byłam bardzo spokojna. I wyluzowana.

Cieszyłam się, że wszystko zaczęło się samoistnie gdyż w szpitalu w którym miałam rodzić po cc nie indukują porodu przy pomocy oxy. Kiedy skurcze były co 5 minut obudziłam męża i pojechaliśmy  do szpitala. Na miejscu położna po badaniu stwierdziła 3 cm ! Hura! A więc rodzimy.

Mogłam  wziąść prysznic i poskakać na piłce. Kiedy skurcze, zaczęły robić się nieznośne zdecydowałam się na gaz. Niestety od tego już momentu musiałam być unieruchomiona na łóżku i podpięta pod ktg. Na szczęście po gazie czułam się dobrze i mimo silnych skurczów pomógł mi się on  wyluzować na tyle, że ból był do wytrzymania.

Po  czterech godzinach kolejne badanie I tu ku mojemu zdziwieniu już 7 cm…Propozycja wzięcia znieczulenia…Ale  grzecznie odmawiam… czuję w sobie tą siłę i moc, że dam radę. Nie chce żadnych zbędnych ingerencji.

Po godzinie przychodzi nowa zmiana położnych. Mi trafia się młodziutka położna – nie cały rok po skończeniu szkoły. Na kolejnych skurczach mówię jej, że czuję już parte, na co ona, że to nie możliwe, że to za wcześnie, że pewnie dziecko leży w takiej pozycji, że uciska. Po kolejnych skurczach odchodzą wody. Naciskam Nicol, żeby jednak mnie zbadała ( tak to badają co 4 godziny). Ku jej zaskoczeniu okazuje się, że jest już 10 cm. Od tego momentu wszystko toczy się w ekspresowym tempie. Moment wyparcia główki wspominam jako najtrudniejszy. W tym porodzie  same skurcze były dla mnie nie najgorsze.

14 lipca 2016 roku o godz 9:10 po 6 godzinach akcji rodzi się nasz drugi synek. Dwa lata bez dwóch tygodni po cc. Od razu ląduje na moim brzuchu co jest cudownym doznaniem, którego brakło mi przy pierwszym synku, który szybko został zabrany na noworodki po otrzymaniu tylko calusa. Za to drugim skarbem mogliśmy się cieszyć nie przerwanie non stop. Mimo komplikacji pęknięcia krocza 3 stopnia i krwotoku bardzo szybko dochodzę do siebie.

24 godziny po porodzie jesteśmy już w domku. Podsumowując mój vbac mogę tylko powiedzieć, że nie miałam specjalnych oczekiwań, obaw przed tym czy się uda czy nie. Po prostu uwierzyłam, że jest we mnie ta siła. W odróżnieniu od pierwszego porodu był we mnie wewnętrzny spokój i opanowanie wiara, że jest to możliwe myślę, że to pozwoliło mi przeżyć ten piękny pórod w pełni tak jak zawsze o tym marzyłam.

Urodziłam zanim dotarło do mnie, że to już się dzieje (Katowice)

Często potrzeba wiele własnej determinacj by urodzić naturalnie po cesarce. Zwłaszcza po cesarce wykonanej z powodu „braku postępu porodu”. A jest to możliwe! Historia Asi jest tego przykładem:

 baby_foot_black_and_white
Trzy lata temu przeszłam cc, którą bardzo źle zniosłam fizycznie i psychicznie. Gdy zaszłam w ciążę po raz drugi, koszmarne wspomnienia wróciły. Przepłakałam dwa tygodnie pewna, że drugiej cesarki nie  przeżyję. Na szczęście trafiłam na stronę naturalniepocesarce i wiedziałam, że muszę spróbować. Wybrałam szpital Leszczyńskiego w Katowicach, bo mam zaufanie do jego lekarzy, a zwłaszcza do ordynatora, dr Świtały.
Zgłosiłam się do szpitala w 38 tc z powodu skurczy i lekarz dyżurny chciał namówić mnie na cc, jednak postanowił zaczekać na decyzję ordynatora. Skurcze minęły, ale zostałam na obserwacji. Następnego dnia ordynator dał mi szansę na pn, ale stwierdził, że szanse sa niewielkie (1 cc z powodu braku postępu porodu, powikłana, blizna 2mm). I tak spędziłam trzy dni w szpitalu, tłumacząc się na każdym obchodzie ze swojej decyzji. Aż we wtorek młoda pani doktor stwierdziła, że to super i ona chce być przy moim porodzie :) Ja zażartowałam, że mogę urodzić na jej dyżurze.
Zaczęły mnie łapać lekkie skurcze, ale sądziłam że to kolejny fałszywy alarm. Godzinę później bardzo rozbolał mnie kręgosłup. Poprosiłam o ktg, ale nie wykazało skurczy. Uznałam to za kolejną ciążową dolegliwość, wzięłam prysznic, zjadłam lody;) Ciągle leżałam na sali i żartowałam ze współlokatorkami. W końcu lekarz zawołał mnie na badanie, ale musiał pobiec na pilne cc. Zbadała mnie położna, którą spotkałam na korytarzu. Najpierw powiedziała mi, że jak boli tylko kręgosłup to na pewno nie rodzę, a za chwilę zrobiła wielkie oczy. Miałam rozwarcie na 6cm i odeszły mi wody. Nie zdążyłam ze znieczuleniem, a bardzo bałam się bólu. Jednak po chwili miałam już skurcze parte, które były o niebo lepsze od bólów krzyżowych. W sumie od odejścia wód bo urodzenia synka minęła niecała godzina. Przy końcówce kibicowało mi chyba z 15 osób.
Najwspanialsze było to, że po wszystkim mogłam przytulić synka, spełniło się moje marzenie o naturalnym porodzie. Udowodniłam sobie, że potrafię, że moje ciało jednak da radę. Mój mąż dojechał do szpitala na samą końcówkę akcji i nie został już wpuszczony na salę, ale oboje byliśmy z tego zadowoleni 😉
Już kilka godzin później sama zajmowałam się synkiem, bez tego potwornego bólu po cc.
Dziś jestem szczęśliwą mamą dwóch synów. Staram się myśleć już tyko o dobrych stronach. Że gdyby nie ta pierwsza cesarka, to nie doceniłabym pełni szczęścia i siły jaką dał mi naturalny poród.
Ale przyznam szczerze, że byłam w szoku, urodziłam zanim dotarło do mnie że to już się dzieje :)

To nie będzie próba porodu siłami natury, tylko tak urodzę (Poznań)

Ciąża niepodobna do żadnej z poprzednich zwieńczona cudnym VBACiem:) Oto historia Cherry:

To była moja trzecia, dość nieoczekiwana ciąża… Nieoczekiwana, bo moje starsze pociechy są z in vitro, a tu nagle niespodzianka – ciąża naturalna i do tego z zaskoczenia.

Ale najpierw trochę historii – numer 1 – ciąża książkowa, zero mdłości, cudowne samopoczucie, do 27tc kiedy rozpoczął się przedwczesny poród. Szpital, patologia ciąży, kroplówki i ogromny strach, że nie doczekam się swojego upragnionego dzidziusia. Ale na szczęście, leki zadziałały, założono mi pesar i dotrwałam do końca 36 tc. Później poszło szybko. Odeszły wody, masa bólu z krzyża, zero kontroli nad oddechem, ale udało się! Urodziłam zdrowego chłopca siłami natury bez nacięcia, z minimalnym pęknięciem. Bez oksytocyny, bez procedur medycznych w trakcie (były za to po). Było cudownie. Byłam jak na haju. Najszczęśliwsza na świecie.

Dwa lata później – powtórka. Ciąża tym razem bez komplikacji. Trochę mdłości w pierwszym trymestrze. Tyle. W 32tc złe wieści – położenie miednicowe.
Nie mogłam tego przeżyć… Próbowałam wszystkiego – miejscowych znachorów, medycyny chińskiej, akupunktury, ćwiczeń, poszłam do chiropraktyka, żeby ustawił mi miednicę… Chiropraktyk pomógł – przestały boleć plecy – ale mały jak był głową w górę, tak pozostał.
36tc1 znów odeszły wody i pojechaliśmy do szpitala. Płakałam, żałowałam, ale bałam się porodu pośladkowego i komplikacji. Mały urodził się przez CC. Zdrowy.
Za to ja czułam się jakbym miała umrzeć. Samopoczucie po cesarce było straszne. Nie miałam sił. Bolał brzuch. Gdzie było to wspaniałe uczucie, które znałam z pierwszego porodu?
Pogodziłam się z CC. Stwierdziłam, że nie będę żałować i rozpamiętywać. Ale pozostał niedosyt, zwłaszcza po takim pięknym pierwszym porodzie.

No i niespodzianka, ciąża nr 3, dziewuszka. Ciąża jak z horroru – wymioty do 6 miesiąca i znów w 9-tym… Bóle pleców… Spuchnięte nogi…
Zmęczenie, które nie idzie w parze z dwoma urwisami w domu.
Wiedziałam jedno – o CC nie ma mowy i dzięki opatrzności – mała była obrócona główkowo.
Byłam przekonana, że znów urodzę 4 tygodnie przed terminem. Ale minął tydzień 37, 38, 39. I nic.
Minął tydzień 40 i nadal nic. No może poza skierowaniem do szpitala na wywołanie. I znowu stres – nie zacznie się. Skończy się cesarką.
Byłam zła, zmęczona, niepocieszona.

W końcu, 4 dni po terminie obudziło mnie o 04:00 pyknięcie. Wody. Zeszłam cichcem na dół w celu oceny sytuacji. Skurcze co 5 minut. I decyzja czy jedziemy do naszego lokalnego właśnie remontowanego szpitala czy Poznań – Raszei. Pada na Poznań. Do chłopców przyjechała babcia, cała spanikowana.
Ja, ciążowo-porodowa weteranka, jestem dziwnie spokojna.
Jedziemy. Skurcze zanikają i są co 20 minut. Zaczynam się martwić, że to fałszywy alarm.
Dojeżdżamy. Izba przyjęć i jest potwierdzenie, pękły błony, jest rozwarcie na 2cm. Rodzimy.
Spotykam położną – Kasię – przemiłą osobę. Wszyscy wspierają mnie w mojej decyzji porodu siłami natury, mimo że po cesarce.
Podkreślam na każdym kroku – żadnych cesarek ani nacięć krocza. Nie ma mowy. Nikt nie namawia, wszyscy wręcz pochwalają decyzję porodu siłami natury.
Lekarz pyta czy podejmuję próbę SN – oznajmiam zdecydowanie, że .

Zaczynają się bóle krzyżowe, ale Kasia czuwa, przypomina o oddechu. Trochę nad tym panuję. Mąż trzyma mnie za rękę i po prostu jest.
Po godzinie są 4cm i czuję, że tylko wanna może mnie uratować. Pod koniec kąpieli zaczynam tracić kontrolę i czuję, że mnie popiera. Zaczynam myśleć, że nie dam rady, ale wtedy wiem że to już pewnie 7cm i zaraz urodzę. Kasia wyciąga mnie z wanny i jest 8cm tylko po pół godzinie. Zwisam na drabince i czuję już parte kiedy Kasia zakłada mi TENSa. Zaraz więc go ściągamy. Boję się, że nie dojdę na fotel i urodzę przy drabince.
W końcu skurcz mija, siadam na fotel i prę. Mówię, że chcę dotknąć główki i jestem w szoku, bo urodziła się już cała. Prę znowu i rodzi się mała. 4004g, 10/10. Wielkoludka. Chłopaki byli mali 2800 i 3100. Nie nacięli, nie pękłam. Jestem w szoku, że to już.
I najszczęśliwsza na świecie. Znowu!

W tym miejscu, chcę podziękować całemu personelowi szpitala im. F. Raszei za wsparcie. Nikt nawet się nie zająknął o ponownym CC. Wszyscy mnie wspierali.
A położna Kasia jest właściwą osobą na właściwym miejscu i nigdy nie zapomnę tego cudownego porodu.

Z pozdrowieniami
Cherry

Bajka o cesarzu Nikodemie i VBAC-owej księżniczce Łucji (Krapkowice)

Dziś zapraszam Was do lektury porodowej bajki, która zdarzyła się naprawdę. Jej autorką i główną bohaterką jest Magdalena:

Mówi się, że życie to nie bajka. Dobrze jednak, że wiele naszych historii kończy się happy endem.

Moja historia rozpoczyna się nie dawno, dawno temu, ale w 2012 roku, nie za siedmioma górami, za siedmioma lasami, ale w małej miejscowości o nazwie Kędzierzyn-Koźle. Pojawi się w niej także Wrocław, a finał rozegra się w KRAPKOWICACH.

10 sierpnia 2012 roku, w dniu urodzin mojego męża, wykonałam pierwszy w moim życiu test ciążowy. Ku naszej nieopisanej radości wyszedł pozytywny. Nie przeczuwając, że coś może pójść nie tak, nie biorąc pod uwagę żadnego czarnego scenariusza, zaczęliśmy przygotowania do zbliżającego się porodu. Z domu wyniosłam przekonanie, że ciąża to nie choroba, a poród w sumie nie swędzi, ale można to przeżyć. Lekarza prowadzącego wybrałam we Wrocławiu, bo miałam po drodze, idąc na uczelnię. Podobało mi się też to, że ośrodek wyglądał super nowocześnie (samo odkażająca się deska klozetowa, karta ciąży w formie regularnie aktualizowanego wydruku, pani doktor, która cytologię ciężarnych wykonywała patyczkiem, a nie szczoteczką, aby nie drażnić niepotrzebnie wrażliwej szyjki, jednorazowe plastikowe wzierniki, delikatne i dokładne badania itp.). Porodu we Wrocławiu jednak nie planowałam. Około 30 tygodnia ciąży zmieniłam lekarza prowadzącego na takiego, który pracuje w szpitalu, w którym chciałam rodzić. Koleżanka całą sobą zachwalała Krapkowice, więc nie namyślając się długo, zapisałam się na wizytę. I tu sielanka się skończyła. USG – mina lekarza nie dająca żadnych złudzeń – ułożenie pośladkowe. Czułam głowę synka pod żebrami po prawej stronie cały czas. Ani przez myśl mi nie przeszło stresowanie się tym faktem. Założyłam, że będę rodziła naturalnie i koniec kropka. Słowo cesarka przewijało się jedynie na stronach internetowych, gdy czytałam sobie różne różności na temat porodu. Gdybym ćwiczyła, żeby pomóc synkowi odwrócić się, gdybym szukała lekarza, który pomógłby mi urodzić pośladki, gdyby… Płakałam na myśl o operacji niemal do dnia porodu.

Nadszedł dzień planowanego cięcia cesarskiego. Nie miałam żadnej wiedzy na temat cesarki na zimno. Zaufałam lekarzowi, bo to dobry fachowiec. O 9:00 stawiłam się na oddziale. Położna zbadała mnie na tyle brutalnie, że miałam ochotę odgryźć jej rękę. Czy miała być to dla mnie kara, że przychodzę sobie na planowaną cesareczkę? Nie chciało mi się wtedy tłumaczyć, że ja nie z tych, co to chcą się ciąć na życzenie. Myślałam jedynie o moim synku. KTG przestraszyło położne, bo synek się nie ruszał. Mnie ani na chwilę nie opuszczało przeczucie, że z synkiem wszystko dobrze i po prostu sobie śpi. Położna, która właśnie została przyjęta do pracy, założyła mi wenflon (auuuuu!!!) i cewnik (jeszcze większe auuuuuu!!!). Z obolałą ręką i szczypiącą cewką moczową czekałam na planowany zabieg (operacja jak nic!). Atmosfera była miła. Bardzo mi ulżyło po strzale w kręgosłup (znieczulenie wykonane fachowo i naprawdę bezboleśnie) – w końcu zapomniałam, że mam ten wstrętny cewnik. Ruszałam sobie stopami, sprawdzając, kiedy traci się czucie. Personel się przestraszył, że mam jakieś zaburzenia. Ech, nerwowi wszyscy. Nagle usłyszałam słowo nóż. I wtedy dopiero oblał mnie zimny pot. Chciałam uciec jak najdalej i jak najszybciej. Takiego strachu dawno nie czułam – a jeśli to będzie bolało? Na szczęście nic nie poczułam – znieczulenie działało jak należy. Następne było przewalanie brzucha – bo: „Przecież pani musi jakoś urodzić.” Nie czułam, że rodzę. 11 kwietnia 2013 roku o godzinie 13:12 wyciągnięto ze mnie moje maleństwo, które niczego się nie spodziewało. Do tej pory bardzo dziwnie się czuję, gdy mówię, że urodziłam synka. Położna przystawiła mi go do ust, żebym go mogła chociaż pocałować. Tego ciepłego, mokrego ciałka na moich ustach nie zapomnę do końca życia. Chociaż taka rekompensata za to, że nie leżał na moim brzuchu w kontakcie skóra do skóry. Łatali, łatali, a w międzyczasie słyszałam tylko okrzyki: „57 cm, 3200 g, 10 punktów” i już wiedziałam, że moje maleństwo jest całe i zdrowe. Tylko to się liczyło. Po przewiezieniu na salę położnic, przystawiono mi synka do piersi. I tak karmimy się już prawie 40 miesięcy. Nie miałam ani depresji, ani nawet baby blues. Nie miałam sobie za złe, że dałam się pociąć dla mojego synka. Nie rozpamiętywałam cięcia, ale wiedziałam, że za drugim razem będzie inaczej, będzie po mojemu.

Minęły trzy lata. Postanowiliśmy z mężem (no dobrze, przekonałam męża), że postaramy się o drugie dzieciątko. Przecież lepiej dla synka, jeśli nie będzie jedynakiem. Jakoś we wrześniu (przy 3-latku dokładne zapisywanie i analizowanie co, kiedy i dlaczego, raczej nie wchodzi w grę) wykonałam ponownie test ciążowy. Radość ogromna – znowu zdany pozytywnie. Jako że nie mogłam się doczekać, aby ujrzeć bijące serduszko, umówiłam się na wizytę do lekarza w okolicach 6 tygodnia. A tu niespodzianka – worek owodniowy niby jest, ale jakiś taki niekształtny. Zarodka brak. Dostałam receptę na sztuczny progesteron i kolejna wizyta za dwa tygodnie. Mieliśmy wrócić z radosną nowiną do synka i teściów, a tu takie średnie wieści. Czułam się tak jakbym była trochę w ciąży. Całe szczęście po dwóch tygodniach worek przybrał kształt jak należy, a serduszko biło jak dzwon. Odetchnęliśmy z ulgą. Ciąża, podobnie jak poprzednia, przebiegała książkowo. Czułam się doskonale. Wyniki laboratoryjne miałam tak dobre, iż lekarz nie dowierzał, że to na pewno moje. Pracowałam do 36 tygodnia ciąży. Tym razem wzięłam od razu byka za rogi i już zawczasu kręciłam biodrami oraz wykonywałam wszystkie ćwiczenia skłaniające dziecko do przyjęcia położenia główkowego. Udało się, mimo iż lekarz stukał się w czółko, gdy mu o tym mówiłam (lekarze wierzą w to, co przebadane i udokumentowane). Nie przejmowałam się tym, tylko robiłam swoje. Już na pierwszej wizycie powiedziałam, że będę rodziła naturalnie. Lekarz stwierdził, że jeśli nie będzie przeciwwskazań, to będę mogła podjąć próbę porodu siłami natury. Bardzo irytujące jest to, że to ktoś ma nam pozwolić lub nie próbować urodzić. Jakie próbować?! Ja nie urodzę?! To się przekonacie, że dam radę. Blizna na finiszu niby 2 mm, ale jednak 1,4 mm, nie, w sumie 3 mm – grunt, że jest ciągła. Jak tu nie oszaleć? Dzieciątko ma masę? No właściwie to nie wiem, bo lekarz mówi tylko, że nie za duże. W dniu porodu z USG wychodzi 3450 g. Pan doktor zarządził, że akcja ma ruszyć sama. On leków naskurczowych nie poda, ponieważ blizna może nie wytrzymać. Daje mi 8 dni po terminie i mam się zgłosić do szpitala.

Robię wszystko: piję liście malin, łykam kapsułki wiesiołka, dużo chodzę, wieszam firanki, sprzątam jak oszalała, męczę męża do upadłego, czytam pozytywną literaturę porodową, stosuję akupresurę i co? I cisza. Jakieś lekkie skurczyki pojawiały się na chwilę, by zniknąć na kolejne kilka godzin. Traciłam powoli nadzieję, że cokolwiek samo się zacznie. Postanowiłam więc odpuścić i się porządnie zrelaksować. Pię dni po terminie wzięłam pod pachę męża oraz synka i poszliśmy na duże zakupy. Pochodziłam po sklepach trzy godziny. Przy kasie stwierdziłam, że teraz mogę rodzić, ponieważ mam już na pewno wszystko. Następnego dnia położyliśmy się z synkiem spać o 13:00, ponieważ kontynuowaliśmy lenistwo przed zbliżającą się godziną zero. O 14:30 obudził mnie ból jak na miesiączkę. Trzy skurcze w odstępach kilkunastu minut. Ogarnęłam się troszkę i nagle poczułam jak ciepły płyn spływa mi po nogach. Płacz, śmiech przez łzy, radość, euforia, szok, lekki stres, trzęsące się nogi – to wszystko dopadło mnie na raz. Nie wiedziałam, czy już jechać, czy może jednak zrobić lewatywę w domu, a czy nogi dobrze wydepilowane, czy wszystko spakowane, czy synek poradzi sobie beze mnie w nocy sam z babcią, czy nadejdą prawdziwe skurcze, jak to w ogóle będzie??? Tysiące myśli kłębiło mi się w głowie. Synek poganiał mnie, żebym przypadkiem nie urodziła siostrzyczki w domu. Ostatecznie przywołałam się do pionu, wzięłam szybki prysznic, przejrzałam spakowane rzeczy, wycałowałam synka na do widzenia i ruszyliśmy.

W samochodzie sprawdzałam za pomocą aplikacji częstotliwość skurczy. Były co 8-10 minut. W szpitalu weekendowy popołudniowy spokój. Przyjęto mnie na ginekologii, uzupełniono papierologię, zbadano mnie (0,5 cm rozwarcia, szyjka nie w osi, twarda), zrobiono KTG i USG, założono mi ten nieszczęsny wenflon (mimo mojego buntu, tego dnia byłam spokojna i poprosiłam tylko o chwilkę na znieczulenie miejsca wkłucia – wysmarowałam się kremikiem z lignokainą) i przeprowadzono na porodówkę. Tam nastąpiła zmiana warty (ucieszyłam się, bo nowy personel okazał się milszy). Podpisałam też zgodę na lewatywę jako metodę indukcji porodu i zgodę na nacięcie krocza (o oxy i zzo mogłam zapomnieć, ponieważ w tym małym szpitalu nie mają zbyt często do czynienia z vbac i troszkę się boją, że coś może pójść nie tak). Ucieszyłam się, że tak naprawdę, to czeka mnie całkowicie naturalny poród. W sali zgaszono nam światło, położne przychodziły co jakiś czas sprawdzać puls dzidziusia i od czasu do czasu fundowano mi masaż szyjki (położna robiła to na skurczu, natomiast pani doktor – kiedy popadnie bardzo, bardzo niedelikatnie). Wody nadal się sączyły, skurcze nadchodziły prosto z kręgosłupa co 2 minuty albo i częściej. Czułam jakby mnie na kole łamano. W pewnej chwili zdecydowano, że podadzą mi domięśniowo coś na rozwieranie szyjki. W sumie to nikt nie pytał mnie o zgodę, ale ja wnikliwie o wszystko dopytywałam. Położna przyniosła mi dmuchaną piłkę, co okazało się wybawieniem dla moich lędźwi. Przypomniałam sobie rady koleżanki, żeby na skurczach skakać na piłce, a między skurczami kręcić biodrami. Kręcenie było bardzo relaksujące, o ile w 30 sekund można się zrelaksować, natomiast na skurczach wcale nie uśmiechało mi się skakanie.

Z czasem już nic nie dawało ulgi w bólu: ani stanie, ani chodzenie, ani leżenie. Przygotowałam się na długie godziny męki, a tu nagle położna każe mi powiedzieć, kiedy będę czuła parcie główki. Troszkę mnie to rozbawiło, bo naprawdę nie liczyłam się z tym, że za chwilę wejdziemy w drugą fazę porodu. W międzyczasie miałam zrobioną lewatywę i rzeczywiście, od tego momentu czas stanął dla mnie w miejscu. Niby nadal wszystko kontrolowałam, ale zupełnie inaczej, jakbym wyszła z siebie i stanęła obok. Położna założyła swój fartuch rodem z rzeźni i przygotowała niezbędne akcesoria. Ja poczułam bóle parte (nie można ich pomylić z rozwierającymi, o co też się bałam). Kazano mi się położyć na lewym boku i przeć. Coś mocno zapiekło – to główka przechodziła przez szyjkę. Później jednak miałam odwrócić się na plecy. Skurcze parte miałam króciutkie i nieefektywne. Wrzeszczałam jak opętana. Drapałam siebie i męża, gryzłam się po rękach. Nagle spojrzałam w dół – zobaczyłam czubek główki – nadal wydawało mi się, że to niemożliwe, że to jeszcze długo potrwa, bo przecież druga faza może trwać i trwać. Położna wzięła do ręki nożyce. Wrzasnęłam: „Błagam, nie!” Pani doktor stwierdziła, że możemy poczekać i zobaczymy jak będzie, ale mogę popękać i coś tam, coś tam. Główka to wychodziła, to się chowała. W końcu skapitulowałam. Samo nacięcie nie bolało, bo było robione na skurczu, ale szycie… Znieczulenie nie złapało tak jak trzeba, więc dobrych kilka szwów miałam zakładane na żywca – oj, krzyczałam wtedy okrutnie.

Po nacięciu moja kochana córeczka wyskoczyła jak z procy 12 czerwca 2016 roku o godzinie 00:45. Od razu znalazła się na moim brzuchu. Jej mokre i ciepłe ciałko przylegało do mojego ciała. Gdy pępowina przestała tętnić, dumny tatuś ją przeciął. Tuż po tym, mała znalazła się przy piersi i zaczęła ssać. Przez kolejną godzinę trwałyśmy w nieprzerwanym kontakcie skóra do skóry – nawet podczas szycia oraz oceny malutkiej przez neonatologa (dyszka Apgar). Dopiero po tym czasie położna szybciutko zważyła (3526 g), zmierzyła (56 cm) i ubrała małą. Córeczka mogła spokojnie wrócić do mnie. Po ponad dwóch godzinach przeszliśmy na salę położnic. W przeciwieństwie do nocy po cc, tym razem nie musiałam oddawać dziecka położnym. Nie spałam. Adrenalina nadal działała. Towarzyszyła mi radość i euforia. Czułam bezgraniczną miłość do mojego męża, moich dzieci, wdzięczność dla personelu i tysiąc innych pozytywnych uczuć.

madzia

Pragnę przeżyć to jeszcze raz. Nie pamiętam już bólu przewidzianego przez naturę (I i II faza porodu), a jedynie szycie na żywca po sn, czy pierwsze wstawanie po cc. Na szczęście w miarę upływu czasu nawet te przykre wspomnienia blakną i zacierają się, a w sercu rodzi się pragnienie posiadania coraz większej, kochającej się, wspaniałej rodziny.

Szczególne podziękowania kieruję dla całej grupy NATURALNIE PO CESARCE. To wspaniałe być dopingowaną podczas porodu przez kobiety z różnych zakątków, nie tylko Polski. Dziewczyny, jesteście wielkie!

madzia2

Magia działa (Dania)

To był trudny poród. Tak, w pełni naturalny poród, u świetnie przygotowanej mamy, przy wspaniałym wsparciu też bywa czasami długi i trudny. Bywa, na przykład z powodu niezbyt optymalnego ułożenia i wstawiania się dziecka. Taki był właśnie poród Gosi. Ale UDAŁO SIĘ! A w pamięci młodej mamy pozostaje nie tyle ból, co przede wszystkim poczucie siły i spokoju.

 

Na początku chciałabym zaznaczyć, że nie jest to opis dla osób o słabych nerwach. W moim porodzie najbardziej zaskoczyło mnie to, że nie miał nic wspólnego z tym co wyczytałam w pięknych książkach Iny i Irenki [Iny May Gaskin i Ireny Chołuj – przyp.red.]. Do tej pory pamiętam niemal zwierzęce wyostrzenie zmysłów i strach. Strach przed nieznanym, że to nie tak przecież opisywały!

2dfcfa8b9c3c05d03d68e1064011d53d

Poniższą historię spisałam 8 dni po porodzie, po 8 dniach w szpitalu, gdzie czas się dla mnie zatrzymał. Teraz, po 3 tygodniach, napisałabym pewnie zupełnie co innego. Za rok opis wyglądałby jeszcze inaczej. Czy w książkach, które przeczytałam jest kłamstwo? Nie sądzę. Z perspektywy czasu ból jest mniejszy, mistyczne doznania większe, strach się gdzieś ulatnia… w każdym razie u mnie tak jest.

8 dni po porodzie nadal o nim myślę. Ciepło i miło, chociaż poród do takich nie należał. Jeśli mogłabym do czegoś go porównać to do ciężkiej harówy fizycznej w wielkich bólach i mękach. Nadal nie przejdą mi przez gardło ”przypływy”- dla mnie to były skurcze, a słowo ”fuck” padało średnio 20 razy na skurcz. Niemniej był to dobry poród, nawet bardzo.

Od początku ciąży wiedziałam, że chciałabym urodzić w domu. Przebyte cięcie w 2013 trochę utrudniało mi zadanie, do tego jeszcze kilka innych przeciwskazań. Pomału godziłam się z tym, że jestem bez szans w starciu z tym marzeniem, ale postanowiłam wysłać niezobowiązującego maila, bez nadmiernych szczegółów do wszystkich niezależnych położnych w okolicy. Odpowiedziały trzy, wybrałam jedną i od jej wejścia do mojego domu wiedziałam, że chcę z nią rodzić. Trzeba ją jeszcze było przekonać do mojego ”przypadku”. Mimo wielu moich obciążeń zgodziła się! To było jak cud!

Od początku dopuszczałam możliwość transferu do szpitala, na ten wypadek przygotowałam plan porodu, ba! Nawet plan cesarki. Krista miała być strażnikiem mojego planu na tę ewentualność (ach ten jej wzrok Bazyliszka).

Bardzo mocno starałam się przygotować swoje ciało do porodu- joga, próba autohipnozy, sesje akupunktury, rebozoo i kilka innych rzeczy. Moim głównym problemem jest relaks, ciało mam w stanie napięcia praktycznie większość czasu. Wiedziałyśmy obie od początku, że to może być problem, chociaż położna mówiła, że wierzy, że znajdę swój własny sposób jeśli wszystkie znane jej zawiodą, skoro zaszłam już tak daleko. Trochę niedowierzałam, ale postanowiłam się tym w ogóle nie przejmować. Będzie co będzie!

Spotkałyśmy się dokładnie w dzień ukończenia 40 tygodnia. Wbiła mi igły w plecy, wysmarowała olejem śmierdzącym indyjską knajpą, wymasowała stopy, użyła rebozoo, dłoni i przyjęła całą moją złość na Świat (dlaczego jeszcze nie rodzę, chlip chlip). Na pocieszenie powiedziała, że wciąż mam wcięcie w talii, a to się nieczęsto zdarza (jakby cokolwiek związanego z wyglądem mogło poprawić humor ciężniczce dyszącej jak słoń!). Pożegnałyśmy się i … nic. Jeszcze zdążyłyśmy ustalić nastepne spotkanie na za tydzień.

W weekend wybraliśmy się na Garden Party. Wzbudzałam spore zaineteresowanie swoim wielkim brzuchem i planami porodowymi, także spędziłam przemiłe kilka godzin w upale, w fajnym towarzystwie przy dobrym jedzeniu.

Już wieczorem czułam, że się zaczyna, ale nie chciałam się jeszcze podniecać- już było kilka takich fałszywych alarmów. Wykończona i wykochana poszłam spać. Od 12 co jakiś czas budził mnie bardzo bolesny skurcz, o 4 już nie mogłam udawać, że to nic. Wstałam, poskakałam na piłce, zaczełam liczyć. Regularność się zwiększała, obudziłam M. Zadzwonił do położnej, pogadali, później pogadałam chwilę ja. Kazała dalej się bujać i zadzwonić jak będą już bardzo częste. Tak sobie na tej piłce skakałam do 7, w końcu nie mogłam już wytrzymać i poprosiłam, żeby przyjechała. Przyjechała o 8, a moje skurcze zaczęły się wyciszać! Dramat, chciałam się spalić ze wstydu. A przecież przed chwilą tak bolało, nigdy wcześniej tak nie było! Uspokoiła mnie, że to pewnie przez wychodzące słońce, że tak się zdarza, że wrócą regularne skurcze w końcu na pewno. Przez cały dzień miałam ”te cholery” co 7-10 minut- bardzo bolesne, ale jednak rzadkie. Obydwoje działaliśmy jak lunatycy, po prawie nieprzespanej nocy, zmęczeni, ja do tego zmęczona bólem. Wiekszość czasu leżeliśmy z naszym 2,5 latkiem, oglądaliśmy bajki, jedliśmy i czasem drzemaliśmy. Wszystko to było przerywane moimi jękami co te 10 minut. Przyszła jeszcze opiekunka do synka, wybawiła go, wymęczyła, tak że padł o 20. Kazałam M ją odwieźć do domu, sama weszłam pod prysznic, bo czułam już od jakichś dwóch godzin, że się wszystko rozkręca.

Byłam już porządnie umęczona i miałam nadzieję na szybkie rozwiązanie (o ja naiwna!). Skurcze zrobiły się już zupełnie regularne- najpierw co 5 minut, później co 3 minuty. Ta intensywność mnie dobijała. Mój M musiał byś przy każdym skurczu- praktycznie cały poród na nim przewisiałam. O 2 wezwaliśmy położną, miałam szczerą nadzieję, że niedługo moje ”piekło” się skończy. Tyle się naoglądałam filmików, kiedy kobiety tak pięknie potrafią przyjąć ból porodowy, niestety ja nie należę do tych kobiet (jeszcze?), dla mnie to była zwykła tortura i rzeźnia. Przyjechała Krista, posłuchała serduszka i ku mojej rozpaczy wyjęła druty i zaczęła dziergać… To nie wróżyło rychłego końca, myślałam, że się załamię! Powiedziała mi – urodzisz, bo musisz urodzić i nie masz wyjścia. Więc dalej albo skakałam na piłce, albo wisiałam na M, jęczałam, bluźniłam, krzyczałam. Nie byłam w stanie ustać w miejscu nawet sekundy- podczas wiszenia właściwie tuptaliśmy z nogi na nogę cały czas.

W końcu dobiła jakaś 6 rano, już prawie mdlałam, byłam wkurzona i powiedziałam, że zaraz kończę to rodzenie i sobie idę (tak, tak, obrażałam się średnio co chwilę). Krista zdecydowała się zbadać rozwarcie- było 8 cm! Ale co z tego, skoro buzia dziecka była w złą stronę, do tego głowa zaklinowana w miednicy. Katastrofa. Dla mnie, dla wiedźmy nie. Kazała leżeć na lewym boku, machała moimi nogami, a ja prawie mdlałam z bólu, wrzeszczałam, naprawdę myślałam, że umrę, chyba nawet pragnęłam umrzeć. Zaczęłam krwawić. Po wytrząsaniu bioder rebozoo to już zaczęłam krwawić bardzo. Mały nadal się nie wstawił dobrze, chociaż coś drgnęło. Ale ta krew- Krista powiedziała, że gdyby to nie był hbac to by została, a tak szpital. Błagałam o karetkę (żeby szybko i żeby mnie nieśli), powiedziała, że nie ma szans, jedziemy autem, będą mnie lepiej traktować, bo o własnych siłach- wtedy będę mieć większą szansę urodzić jak chcę. Zadzwoniła jeszcze do szpitala, powiedziała że mam ogromny lęk szpitalny (w Danii są bardzo wrażliwi na samopoczucie psychiczne…), więc o dziwo ucieszyli się, że przyjadę z własną położną!

Pojechaliśmy te 20 km, w aucie skurcze stały się nieco mniej bolesne, czułam się zupełnie surrealistycznie. Nie pamiętam już jak doszłam (!) na porodówkę, Krista zniknęła na chwilę, przyszły inne położne pogratulować mi dobrnięcia do 9 cm (jeszcze przed wyruszeniem do szpitala powiększyło się rozwarcie), stałam tam jak odurzona i zastanawiałam się co się w ogóle dzieje. Zaprowadziły mnie do sali, którą nazwały ”antystresową”, przyszła moja szpitalna położna, za chwilę pojawiła się Krista. I stał się kolejny cud- nie wiem jak ta wiedźma to załatwiła, ale mogła dalej prowadzić mój poród, nikt inny mnie nie dotykał, nie proponowali żadnych wenflonów, ktg na stałe ani nic takiego… Zmieniliśmy po prostu miejsce porodu, dostaliśmy jeszcze jedną położną do pomocy i dalej wszystko było jak w domu- CUD.

Byłam już naprawdę wyczerpana, położna nr 2 poiła mnie co chwilę, dawała mi cukrowe cukierki (pycha), co jakiś czas badała serduszko. My z M dalej tańczyliśmy, prysznicowaliśmy mnie, kilka razy musiałam układać się na lewym boku na manewry wstawiennicze. Myślałam, że oszaleje, krzyczałam, błagałam o cesarkę, o narkotyki, alkohol, leki, epidural, dolargan, cokolwiek. Dostałam gaz, niestety nie działa na mnie jakoś szczególnie przeciwbólowo. Kolejny zawód!

I jest 10 cm! Niestety najpierw jest worek owodniowy… Kurwa. Nie wierzę w swojego pecha, chce mi się płakać, naprawdę mam już dość, błagam Kristę, żeby przebiła ten cholerny worek i żebym urodziła wreszcie. Zgadza się, widzi moją determinację. Przebija worek  przed 13, jest 10 cm i … nie umiem przeć. Nie wiem czy to przez przebicie worka, ale skurcze wcale nie robią się jak na parcie, nadal są wprost z macicy. Frustracja sięga zenitu, zaczynam tracić wiarę w to, że kiedykolwiek moje piekło się skończy. Że urodzę. Że mogę.

Położne próbują mi tłumaczyć, pokazują jak oddychać, proponują zmiany pozycji, ale ja czuję, że już nic nie mogę, nie umiem, nie mam siły. Za to zaczynam żartować, grozić im śmiercią jak ”to” się skończy, żarciki sie sypią i w końcu jestem gotowa. Zaczynam czuć o co chodzi w partych, przeklęta macica przestaje boleć, czuję siłę! W między czasie weszliśmy razem z M na łóżko porodowe- dalej na nim wiszę, on już ledwo żyje, ale przez ten poród przejdziemy razem.

Rodzę!!!

o 15.58 rodzę mojego drugiego syna- Ignasia 55cm, 3950g. (2 miuty przed zmianą warty)

Czuję ocean wdzięczności i miłości. 20 miut po wszystki zarzekam się, że już nigdy więcej! Krista uśmiecha się pobłażliwie. Następnego dnia zmieniam zdanie 😉

Po trzech tygodniach nadal wracam do tego przeżycia, codziennie. Było strasznie? Było! Ale wciąż czuję moc, czuję, że przeszłam jakąś granicę. Cały poród odbył się tak jak zaplanowałam i bardzo chciałam- bez interwencji (poza przebiciem pęcherza przed partymi, co było dla mnie dopuszczalne), znieczulenia, przy bardzo czynnym udziale partnera i zaufanej położnej. Wiem, że gdyby nie oni to bym nie dała rady- stali na straży moich pragnień, chociaż ja błagałam o zmianę, o pomoc, przyspieszenie i cesarkę. Mojemu partnerowi na pewno trudno było patrzeć, ale wytrzymał i jestem mu za to dozgonnie wdzięczna. Ja też wytrzymałam i czuję, że wyszłam z tego doświadczenia silniejsza, o wiele silniejsza i spokojniejsza. W moich wspomnieniach poród ten zaczyna się jawić jako coś pięknego, wzmacniającego i wcale nie aż tak strasznego. Magia działa. Zaczynam myśleć o następnym :)

41123ad6ec62bfae9fddcc090bac779e

Mój VBAC :) Urodziłam :) A jak rodzic, to w wielkim stylu :D (Gdynia)

Każdy poród jest inny. Więcej, porody mogą być diametralnie inne nawet u tej samej kobiety. Dzisiejsza historia jest między innymi o tym. Poznajcie Arletę i jej trzy piękne córeczki:

Moją historię zacznę od przybliżenia swoich wcześniejszych przeżyć.

Pierwszą córkę urodziłam siłami natury 9 lipca 2012 roku. Byłam w 37+1 dniu ciąży. Pierwszy skurcz o 11:00 rano, córcia urodzona o 00.20. Skurcze znośne do godziny 18:00, potem zapadła decyzja, głównie męża, że chyba już czas jechać na porodówkę – nie pomylił się. Tam bóle zaczęły się już tylko krzyżowe – bóle obezwładniające całe ciało. Nie byłam świadoma, głosy dochodziły do mnie w zwolnionym tempie, nie mogłam wypowiedzieć żadnego zdania, ani otworzyć oczu. Nie miałam żadnej przerwy w skurczach na porodówce. Żadnej. Pot i wykończenie. Tak to wspominam. A potem parcie, którego potrzeba powoli przychodziła z coraz to większą siłą. Że tak powiem – parły nawet moje włosy, ciężko było złapać oddech, bo wszystkie części kurczyły się mimowolnie. Parłam i parłam łącznie 40 minut. Wstąpiła już wtedy jednak we mnie moc i energia – zadziałała adrenalina. I udało się! Gdy tylko chwyciłam moją Córeczkę, otworzyłam w końcu oczy i nie mogłam uwierzyć, że tulę mój własny prawdziwy skarb, który miota się leciutko w maminych ramionach szukając ukojenia. Wtedy krzyknęłam: ” Ja chcę jeszcze raz!” – na prawdę!

Jak zaplanowałam, tak zrobiłam. Jednak los zadecydował inaczej… Jakoś od 34 tygodnia drugiej ciąży zaczęłam martwić się, że córka leży miednicowo. Cwiczyłam, modliłam się, wizualizowałam, byłam pewna, że się obróci (starałam się być pewną w każdym bądź razie). No nic, niestety nie udało się.. W 40 tygodniu ciąży, dokładnie w 39+4 miałam umówioną wizytę w szpitalu na 19:00 z moim ginekologiem na KTG. Miałam od rana czasem skurcze. Żegnając się z córką czułam, że już nie wrócę przez kilka dni. Czułam, że to już. W szpitalu KTG wykazało owe skurcze, padła decyzja o zostawieniu mnie na oddziale. Nie muszę chyba dużo pisać – nadzieja o obróceniu się mojej córeczki skończyła się. Musiałam poddać się cesarce, której panicznie się bałam! Całą noc myślałam, mając jakieś skurcze, raz bardziej bolesne, innym razem mniej. Rano okazało się, że mam 5cm rozwarcia, więc akcja rozkręcała się ładnie. W pokoju zgromadziło się z 10 osób i każdy rozmyślał co ze mną zrobić. „A to waga dziecka trochę za duża na poród pośladkowy.” „A może jednak nie?” „A na czym Pani najbardziej zależy?” „A jakie jest ryzyko?” itd.. Milion myśli i głosów, ale jednak nie zdecydowałabym się rodzić tak ułożonego dziecka. Doktor po badaniu wyczuł „dwie przodujące małe części” – wciąż. Więc wzięli mnie na cc. Podczas operacji okazało się, że to nie przoduje pupa, tylko stopy, a przed nimi jest jeszcze pępowina w kanale. Pępowina była ogólnie okręcona wokół nóg – stąd pewnie niemożnośc obrócenia się mojego Skarbka. Muszę dodać, że oczywiście gdybym zaczęła rodzić naturalnie, to pierwsza wypadła by pępowina i akcja i tak zakończyłaby się cc, tylko że szybkim, ratującym życie w pośpiechu, ryzykownem. Na pierwszy krzyk musiałam trochę poczekać, bo dziecko było opite wodami. Ale ta melodia – to balsam dla moich uszu. I uczucie, dopiero wtedy, tak wielkiej miłości i chęci opieki. Łzy wzruszenia i pełna świadomość – tylko to było dobre przy cesarce.

We wrześniu 2015 roku musiałam mieć operację wyłuszczenia torbieli jajnika, razem z jego większą częścią – razem wycięto mi 19cm jakiegoś paskudztwa… Dowiedziałam się też, że cierpię na endometriozę – stąd wiecznie jakieś torbiele i bóle. Cięcie oczywiście jak cesarskie, a nawet dłuższe – laparotomia.

Nie dalej jak miesiąc później podejmuję się… sexu z mężem. Zabezpieczamy się! A w kolejnym miesiącu okazuje się, że mimo to… jestem znów w ciąży!

I tu dopiero przechodzę do sedna tegoż wywodu :)

Ciąża trochę inna od pozostałych, lżejsza w dolegliwościach ze strony układu pokarmowego, za to od początku owiana bólem – kręgosłupa, nóg, pachwin… strasznym. Oczywiście całą ciążę przeżywałam i myślałam w jaki sposób się ona zakończy. Znajduję lekarza pro VBAC, co nie jest u mnie w mieście ciężkie. Mój szpital jest bardzo pro VBAC, wręcz to narzuca;). Ale na nic się nie nastawiam, wiem, że wszystko przeżyję, kiedy muszę… Termin porodu jednak mija. Zaczynam panikowac na myśl o cesarce, chociaż pocieszam się też, że może najpierw wywołają. Tylko jak, skoro z oksytocyną ciężko w stanie po cc… Mijają 3 dni i biorę się sama za wywołanie – sprzątanie, chodzenie, wchodzenie, relax, sex, sex i jeszcze raz sex! Po sexie przez 3 noce z rzędu jakieś skurcze – około poł nocy, średnio bolesne.. W końcu piję małego łyka oleju rycynowego. Siedzę 3 razy na toalecie. Po jakimś czasie widzę kawałek czopa z nitkami krwi. Oho! Widziałam taki na ponad dobę przez skurczami w pierwszej ciąży! Pojawia sie ogromna nadzieja! Strach jest mniejszy.

Jestem w 40+6 dniu ciąży. Jutro mam się stawić w szpitalu. Jest 8:00 rano. Kolejno cały dzień jakieś skurcze, częstrze, rzadsze – przez jakiś czas co 5 minut, przez jakiś czas co 15. A za każdym razem w toalecie śluz z krwią, raczej o żywym kolorze. Dziewczynki moje starsze jak na złość nie chcą spać. Zasypiają dopiero o 23:00.. Wychodzę z pokoju i czuję silniejszy skurcz – taki, że nie da się iść, wykręca Ci ciało. Skurcze pojawiają się średnio co 8 minut. Smażę sobie pierożki. Chcę zjeśc pierożki – udaje mi się tylko dwa. Idę więc pod prysznic zaczynając myśleć, że to chyba jednak poród się zbliża. Skurcze nadal są, nie ustają, ale nie są też aż tak częste.. i takie jak miesiączkowe.. Jednak wykręcają mi ciało i ból promieniuje w stronę pochwy… I ta krew… Zgadzam się wiec, by lekko spanikowany mąż poszedł po dziadka, by ten został z córkami. Kiedy przychodzą daję mu instrukcje – co, jak i gdzie, gdyby córcie się obudziły i co rano, gdyby mąż nie zdążył wrócić.

Schodzimy do auta, wyruszamy w drogę o 00.10. Czekam na skurcz pół drogi, nie wiedząc czy to „to” czy jeszcze nie.. czy może surcze się całkiem wyciszą pod wpływem stresu.. Ciekawe co mnie czeka w tym szpitalu… co mi powiedzą, zadecydują… Pod szpitalem znów mam skurcz. Po nim mogę wstać i iść na izbę. Jest godzina 00.30. Babka w progu mówi, że nie ma miejsc, że dziś duży ruch, że może wyślą mnie gdzieś indziej.. Rzuca papiery i każe wypełnić, po czym bierze jedne, drze i narzeka, że w złym miejscu niepotrzebnie dodatkowo wypełniałam. Na skurczu mąż wypełnia za mnie. Wymieniamy się spojrzeniami i nie jesteśmy zadowoleni. Jakoś trochę tracę wiarę… Babka każe mi iść pod KTG, rozebrać się. Leżę tam chwilę, skurcz pisze się do +100. Tętno dziecka na nim w porządu – wszystko sama oceniłam. Babka wraca, zerka na zapis i bada mnie – w szoku mówi „O, kochana, Ty masz już spokojnie 8 cm, zaraz nam tu urodzisz”. 8cm! O mamuś! Marzyłam tak, by tu przyjść i mieć chociaż te 5 cm. A tu już 8! Babka biegnie zawołać położną. Biegnie! Ja w szoku, wstaję, proszę mojego by dał mi klapki i koszulkę. Przebieram się, każę mu resztę rzeczy schować. Położna dociera i pyta czy dam radę dojść do windy – jakieś 20 metrów.

– „No pewnie, czemu nie?!”

Więc idę spokojnie, nie czując NIC pomiędzy skurczami. W windzie po wejściu nadchodzi skurcz, opieram się i wyginam, położna masuje mi plecy i krzyczy do mojego męża, że musimy już szybko jechać, chyba, że mam urodzić w windzie. Mąż ociąga się z dojściem – miał problemy ze spakowaniem wszystkiego (kilka rzeczy… :D) Mówię, że już jestem przyzwyczajona, że mąż się nie śpieszy. Położna mówi, że teraz musi! Na 2 piętrze przyspiesza i każe mi od razu się kłaść na łóżko. Jest godzina 00.50. Jestem ogólnie zdziwiona tym tempem, bo cały czas podświadomie czekam na ten obezwładniający ból, który spotkał mnie podczas pierwszego porodu. A tu skurcze bólowo podobne do miesiączki, ktore od zawsze mam bardzo bolesne i już się chyba przyzwyczaiłam, że normalnie mi żyć nie dawały… A więc kładę się na to łóżko, położna bada mnie, chyba robi też masaż szyjki, na skurczu nie odczuwam tego jak ból. Słyszę:

– „Na kolejnym poprzesz”

– „Ale jak to? Już?!” – pytam

– „Nie, na kolejnym skurczu”

– „No rozumiem, ale ogólnie.. to już?!

Prę więc w najlepsze, chociaż nie czuję takiej wewnętrznej potrzeby. Początkowo mi się to nie udaje, ale koncentruję się i daję z siebie wszystko. Krzyczę:

-„Ałaaaa”

bo czuję mocny rozpierający ból i szczypanie – faktycznie główka napiera.

-„Aaaaaaa”

Prę znowu z całych swoich sił, chociaż ból jest mocny, położne każą przeć raz mocniej, raz lżej, raz oddychać szybko – ciężko mi to myślami ogarnąć. Czuję, że mnie nacięły… I czuję w końcu, jak wyszła główka! Podnoszę więc dłoń, chcąc jej dotknąć, bo przecież było to moim niespełnionym marzeniem, a teraz jestem na tyle świadoma, że mam moc to zrobić.

Położna i mąż źle odczytują ten znak i myślą, że chcę tą ręką przeszkadzać, blokować (?), ale na szczęście szybko orientują się w moim zamiarze i całą dłonią dotykam tej maleńkiej śliskiej główki :). Prę więc poraz trzeci i już kilka sekund później trzymam w ramionach mój trzeci maleńki prawdziwy CUD! :) Jestem podekscytowana i nie mogę uwierzyć, w to, co się właśnie stało! Pępowina jest krótka, o czym informują mnie położne, także dziecko leży na moim brzuszku, a wyżej trafia po przecięciu przez męża pępowiny:) Jest godzina 01:04.

birth

Od razu ładnie mi się tam wszystko samo oczyszcza. Dziecko i mąż idą na badania. Do mnie przychodzi doktor, który od wewnątrz sprawdza stan mojej blizny po cc – czuję to, ale nie ma tragedii. Zaraz położna robi mi zastrzyk z jakimś antybiotykiem, pobiera krew, doktor wkłuwa znieczulenie i szyje mnie. Dwa ostatnie szwy normalnie czuję, jakbym żadnego znieczulenia nie miała. Położna mówi, że trzeba było naciąć, bo mój Robaczek rodził się z rączką przy główce.

Ale to wszystko jest nic, bo chwilę później znowu ściskam moje Maleństwo, karmimy się, dyskutujemy z mężem i nie możemy otrząsnąc się z głębokiego szoku:D

Córeczka jest piękna, ma jasne włoski, całkiem inne, niż jej starsze siostrzyczki, kiedy się urodziły 😉 Waży 3600 i mierzy 54 cm :) Dostaje 10 punktów, mimo, że wody, w których pływała były już zielonkawe. Na szczęście wszystko tak dobrze się skończyło!

baby

Jestem przeszczęśliwa i w szoku. Nie mogę wyjść z podziwu jak dwa porody naturalne tej samej kobiety mogą się tak skrajnie różnic między sobą. Cieszę się, że mogłam tego doświadczyć i nic z obaw się nie potwierdziło. A o wcześniejszą cesarkę nikt nie zdążył mnie nawet zapytac;) Ja też niczego od strony blizny nie czułam i nie czuję.

Cieszę się, że po porodzie mogłam od razu normalnie funkcjonować – chodzić, schylać się, siusiać, kucać, siadać, kłaść i zmieniać pozycję – to było dla mnie bardzo istotne. Aaa tam ból takiej rany, to nic strasznego 😉

Z jednej strony cieszę się też niesamowicie, że się nie namęczyłam, że udało mi się tak gładko i łątwo przez to przejść, ale i jest pewien hmm niedosyt – nie zdążyłam się w tą sytuację, w ten poród tak na dobre wkręcić, czuć go całą sobą, dogłębnie go przeżyć, wyczekiwać już na sali porodowej, marzyć o zakończeniu itd. No, może jestem trochę wariatką, skoro przychodzą mi do głowy takie myśli 😉 Mąż się ze mnie śmieje 😉

Pozdrawiamy !!

girls

Nasz drugi VBAC #Hipnobirthing (Myślenice)

Harlow Carr (Aushouse) Harlow Carr with Lavender Hidcote BlueDzisiejszą historię można by zatytułować „siła spokoju i moc relaksacji”. To opowieść pachnąca różami i lawendą. Ale to także obraz zderzenia harmonijnej (choć nieprzewidywalnej) natury rodzenia z trudnymi realiami przeciętnego polskiego szpitala. W końcu to opowieść o tym, że świadoma i artykułująca głośno i pewnie swoje potrzeby matka, może w każdym szpitalu wiele uzyskać. Oto historia drugiego VBACu Edyty (relacja z jej pierwszego porodu sn po cc tutaj):

Madzia urodziła się 17.12. 2015. O godz. 9.35 3450g

Krotka historia: 1-szy syn wywolywany po terminie i cc, 2-gi syn Vbac, wiec oto historia naszego drugiego vbac. Myślałam ze bedzie tak jak przy srodkowym synku, skurcze przepowiadajace prawie tydzień… Dziś wspominam słowa mojej douli „Kazdy porod jest inny! ;)”

Beata przygotowywała mnie do porodu. Niby moje 3 dziecko, ale pierwszy poród w Polsce! Wszystko inne! Posiadanie ze soba osoby która wie co i jak dawało mi spokój psychiczny. Dużo rozmawiałyśmy o moich obawach, ale przede wszystkim Beata zafascynowała mnie hipnoporodem. Wskazała dobra drogę do relaksacji, wizualizacji, afirmacji, które wspaniale pomagają przy naturalnym porodzie. Zaczęłam niby późno, ale dużo ćwiczyłam:) Zdecydowałam się na użycie także aromaterapii. Przypadł mi do gustu olejek różany, a w moich wizualizacjach jestem w ogrodzie różanym, w różowej bańce 😉 Kupiłam też lawendowy, tak po prostu, nie wiem po co.

Zbliżającego się porodu nie zapowiadało nic. Miałam tylko Braxton-Hicksy, ale to u mnie norma od 8 miesiąca. We wtorek byłam jeszcze Żeromskim [szpital – przyp. red.] (Kraków), gdzie chciałam rodzić. Na ktg nie bylo żadnych skurczy, a usg pokazało ze główka jeszcze wysoko. Umówili mnie znów na ktg 23.12. Czyli w dniu terminu.

Środa sobie spoko minęła na gotowaniu itd…
O 2 rano w czwartek obudziła mnie chęć skorzystania z łazienki. Ale zdołałam siebie przekonać, że jednak aż tak mi się nie chce, by zostać w łóżku… Wiec zaczęło się wylewać;)
Wystraszyłam się, bo w głowie miałam tylko jedno – że zaczyna się odliczanie, że jak nie ma skurczy to mnie w końcu potną…. Wiec zaczęłam korzystać z moich nabytych umiejętności relaksacji 😉
Zadzwoniłam do męża by przyszedł do domu się przespać, bo czeka nas długi dzień (nocna zmiana). Napisałam do douli, że wody odeszły, ale brak skurczy i że na razie się położę i postaram wyciszyć.
Sięgnęłam wiec tym razem po olejek lawendowy i słuchałam muzyczki.

Lukasz pomógł mi się wykąpać, zjedliśmy kanapki, spakowaliśmy torbę (wiem, najwyższy czas) i sprawdzaliśmy trasę do Żeromskiego. Mieszkamy 1,5 h od szpitala.
Zgasiliśmy światło ok 4, przykryłam sie ciepło i monitorowałam ruchy. Ok 5 dostałam pierwszej intensywniejszej sensacji… Po 6 juz zaczełam liczyć.
6.45 obudziliśmy chłopcow do przedszkola. Wytłumaczyłam każdemu z osobna, że dzidziuś już chce wyjść. Lukasz ich odwiózł i zatankował auto. Czeka nas przecież długa droga!
Ja poszłam znowu zjeść śniadanie :)

Sensacje były co 6 minut, raczej takie uciski niż ból. Zupełnie nieregularne. Czasem 5 czasem 4 minuty. O 8 były co 3 min, ale też różnie trwały. Beata mowiła by już jechac i to dobrym tempem. Ja se myśle…. Przecież przy Mateuszu miałam co 2 minuty i urodziłam 7 h później…. Mam dużo czasu.
Ale po drodze sensacje zrobiły się częste i takie jakby się na kolejce górskiej na dół jechało. Bardzo intensywne. Dzwonie do Beaty, że w połowie drogi do Krakowa jednak skręcimy do Myślenic. Tam zobaczymy i się zastanowimy.

O 9.06 byliśmy już na IP. Beata tuż za nami.
Na tym etapie muszę powiedzieć, że w całej 1 fazie  porodu nie wydałam z siebie ani jednego jęku, ani krzyku. Czasem wokalizowałam, ale to raczej by dać innym cynk, że mam skurcz, by dali mi spokój;) Mąż załatwiał papierologię. Beata ze mną. Siedziałam sobie ze spuszczoną głową i zamkniętymi oczami. Słyszę, że ktoś do mnie mówi „co Pani taka słaba, jeszcze daleka droga przed Panią…” Na to Beata zripostowała: „Ona się relaksuje…” W głowie prychnęłam śmiechem. To było ok 20 minut przed narodzinami….

Na górze każą mi się kłaść. Pełne rozwarcie. Proszą na porodówkę. I że kłaść się na plecy… Ja mówię, że nie na plecach, bo tak mnie boli najbardziej. Rozwija sie dyskusja, że główka nie zejdzie (!!!) Ja mowię, że nie, bo tak mnie boli. Ta sytuacja wybiła mnie z mojej bańki spokoju. Na szczęście doula-adwokat wkroczyła (dzięki Beatko <3) i mówi, że syna rodziłam na boczku. Wszedł lekarz i mówi niech dziecko zadecyduje jak chce :)

Potem znowu dyskusja…  Że tylko 1 osoba towarzysząca… Ja panika, no bo jak tu wybrać! Proszę lekarza, że mi bardzo zależy. On, że nie widzi przeszkód. Położna na to, że za chwile nie będzie czym oddychać… On na to, że za chwile to urodzimy :)

Madzia urodziła się o 9.35. Kruszynka (3450g) w porównaniu do jej braci.
Położna zabrała się za pępowinę. Ja proszę by poczekała… Znowu ta mina co ja wymyślam….

Także dobrze, że w połowie drogi zdecydowaliśmy się poszukać jakiegoś szpitala, bo pewnie rodziłabym w korkach krakowskich 😉
To pokazuje jakże każdy poród jest inny! Ale każdy może być piękny.

Cieszę się, że wszystko było spokojne, że długo byłam w domu, pod swoim prysznicem, z aromatem lawendy, muzyczka i przykryta cieplutka kołdra. Tak na prawdę w całym porodzie bolały mnie interwencje medyczne: sprawdzanie rozwarcia, szycie i sprawdzanie ciągłości blizny już po urodzeniu. Mogło mnie to ominąć gdybym urodziła w samochodzie gdzieś w Krakowie;)

Marzenia się spełniają! (Rzeszów)

Dziś historia bardzo mi bliska – ten sam szpital, w którym miał miejsce mój VBAC, ta sama położna, emocje… Historia pełna nadziei i determinacji. Historia porodu, który „miał się nie udać”. A jednak:) Historia Ani:

Czytając historie porodów na stronie naturalniepocesarce.pl nieśmiało marzyłam o tym, abym ja też mogła podzielić się moją opowieścią o udanym VBAC. No i 08.04.2016r. o godz. 4.10 moje marzenie się spełniło. Ale może zacznę od początku.

W pierwszą ciążę zaszłam w 2012r. Ciąża przebiegała bez żadnych problemów. Wtedy wydawało mi się, że dobrze przygotowuję się do porodu, chodziliśmy z mężem do szkoły rodzenia, gdzie chłonęłam wszystko jak gąbka. Po wizytach tam byłam przekonana, że muszę urodzić naturalnie i karmić piersią, innej opcji  nie brałam pod uwagę. O samym porodzie jakoś nie myślałam, chyba podświadomie bardzo się go bałam. Dziś, dzięki doświadczeniu pierwszego i drugiego porodu oraz wszystkim historiom z tej strony oraz grupie wsparcia na Facebooku wiem jak bardzo się myliłam i że w życiu nie da się niczego zaplanować, a zwłaszcza porodu, bo życie nasze plany i tak zweryfikuje po swojemu.

Ignaś urodził się przez CC 15.02.2013, o godz. 13.00 z wagą 3360g i 57cm długości, po odejściu wód płodowych i 15 godzinach porodu, w czasie którego nie miałam ani jednego skurczu, nawet po oksytocynie. Jako powód CC wpisano brak postępu porodu i zagrażającą infekcję wewnątrzmaciczną. A ja już na sali porodowej podpisując zgodę na CC płakałam, że się nie udało. Do tego po porodzie został od razu nakarmiony butelką i jak mi go przywieźli na salę w ogóle nie chciał złapać piersi. I tu zaczął się dramat. Ja bardzo pragnęłam karmić a w ogóle mi to nie wychodziło. Każda próba przystawienia kończyła się płaczem małego i moim. I gdy już się prawie poddałam mój lekarz podsunął mi pomysł, za co będę mu wdzięczna do końca życia:) Po dwóch i pół miesiąca odciągania pokarmu nadszedł dzień, w którym Ignaś odmówił butelki i wolał pierś.

Zawsze chciałam mieć trzy lata różnicy między dziećmi. I się udało. W 2015r. jestem znowu w ciąży. Znowu wszystko w porządku, dzidziuś rośnie i rozwija się prawidłowo. Ja szczęśliwa, nawet nie zastanawiam się zbytnio nad sposobem porodu. Żyję w przekonaniu, że skoro miałam pierwsze CC to i kolejne na pewno też będzie cięcie. W przekonaniu tym po pierwszym porodzie utwierdził mnie mój lekarz. Początkowo nawet zastanawiałam się jaki dzień wybrać na narodziny mojego drugiego synka, ale im więcej myślałam o pierwszym porodzie, o depresji jaką przeszłam i problemach z karmieniem doszłam do wniosku, że zrobię wszystko aby uniknąć kolejnego CC.

W szpitalu, w którym rodziłam pierwszego synka i chciałam rodzić kolejnego  raczej nieprzychylnie podchodzili do VBAC, dlatego też postanowiłam wykupić tam prywatną opiekę położnej w czasie porodu. Szukając informacji na temat położnych z mojego szpitala na stronie gdzierodzić.info trafiłam na Madzię Hul, i jej stronę  oraz grupę wsparcia na Facebooku. Zaczęłam czytać polecone przez Madzię książki Iny May Gaskin i Ireny Chołuj, a także wszystkie historie na stronie i marzyć aby i mi się udało. Przeprowadziłam też analizę mojego pierwszego porodu i doszłam do wniosku, że po odejściu wód stres zablokował mnie psychicznie i dlatego nie urodziłam. Stwierdziłam, że do drugiego porodu muszę się dobrze przygotować.

Przez połowę ciąży pogłębiałam moją wiedzę na temat porodu, oswajałam się z myślą o nim, tłumaczyłam sobie, że będzie boleć ale warto. Bałam się strasznie, żeby historia pierwszego porodu się nie powtórzyła, gdyż z natury jestem straszną panikarą i obawiałam się, że znowu stres mnie zblokuje. Każdego dnia modliłam się żeby mi się udało i żeby poród nie rozpoczął się odejściem wód. Na każdej wizycie u lekarza toczyłam z nim bój o możliwość porodu SN. On był przeciwny, a ja nieugięta. W końcu ustąpił, dał mi skierowanie do szpitala z adnotacją „stan po cc – chce rodzić sn” oraz stwierdził, że i tak to czy mi pozwolą rodzić naturalnie zależy od lekarza na IP. To samo potwierdziła mi moja położna.

            Termin porodu wypadał na 09.04.2016r. Trzy dni przed terminem mam ostatnią wizytę u lekarza. Szyjka zamknięta, żadnego rozwarcia, na poród się nie zanosi. Lekarz sugeruje CC, ale ja mu dziękuję i mówię że będę czekać aż się zacznie. Mam czas do 15.04. Jeśli do tej pory nie urodzę mam zgłosić się do szpitala. Jeszcze na pocieszenie lekarz mówi mi, że w moim przypadku on nie widzi szans na poród naturalny, bo jestem jak pierworódka – moja szyjka nigdy się nie rozwarła ani nie skróciła, a ja mu odpowiadam, że bardzo bym chciała zrobić mu na złość:), a w duchu myślę sobie, że przecież pierworódki rodzą naturalnie, każda z nas kiedyś nią była, a ja jestem nią „po raz drugi”:).

Troszkę mnie ta wizyta podłamała i następnego dnia rano zadzwoniłam do mojej położnej pani Basi i umówiłam się z nią na spotkanie kolejnego dnia. Akurat miała dyżur w szpitalu i miała mnie zbadać i zrobić KTG. Do południa czułam się jak co dzień, mały fikał w brzuszku jak zawsze , a ja gotowałam obiad i zajmowałam się starszakiem. Po obiedzie jak kładłam Ignasia spać w ogóle nie mogłam leżeć. Czułam jakby mały wpychał mi nogi pod żebra, a brzuch zaczął mi się napinać i twardnieć. Zadzwoniła do mnie koleżanka i zaprosiła na kawkę. Po 17 pojechaliśmy a ja czułam się coraz dziwniej(bo przecież nie wiem jak to jest gdy się poród zaczyna). U koleżanki brzuch dalej się napinał, a nawet zaczęło mi się wydawać, że odczuwam skurcze. Na pytanie koleżanki czy dobrze się czuję zażartowałam, że chyba zaczęłam rodzić, a chwilkę później ok. 18.30 zaczęłyśmy liczyć skurcze. Od razu były regularne, ale niezbyt bolesne co 2 minuty i trwały 30 sekund. Po godzinie skurcze nadal takie same, więc postanawiam wracać do domu. Mąż wraca z pracy i do niego też żartuję, że chyba się zaczęło. Mija kolejna godzina i skurcze nadal takie same. Postanawiam zadzwonić do pani Basi. Ustalamy, że wezmę półgodzinną kąpiel i dwa magnezy i jeśli mi nie przejdzie to jedziemy do szpitala. Jednocześnie czuję ogromne parcie jak na kupę:)

Kąpieli nawet nie zdążyłam wziąć, bo w trakcie napuszczania wody puszcza mi się krew i wtedy znowu jak trzy lata wcześniej wpadam w panikę. Dzwonię do położnej i ona mnie uspokaja, że ta krew może być z rozwierającej się szyjki. Ja jednak jestem już przestraszona i wolę jechać do szpitala. Mówię do męża, że trudno najwyżej mnie pokroją, ale ja już w domu spokojnie nie wysiedzę. Do tego dojazd z Mielca gdzie mieszkamy do szpitala w Rzeszowie zajmie nam godzinę, co by mnie dodatkowo stresowało gdybym została w domu. W czasie drogi liczę skurcze. Dalej są co dwie minuty, ale trwają już ponad 40 sekund. Przestrzegam też Piotrka, że jeśli w trakcie porodu będę prosiła o CC, to ma mnie opierniczać i nie pozwolić się pokroić.

            Na IP jesteśmy po 22, podpinają mnie pod KTG, chwilę później przyjeżdża pani Basia. Skurcze na KTG piszą się ładne, ja leżę uśmiechnięta od ucha do ucha. W między czasie słyszę dyskusję na mój temat. Po badaniu lekarskim okazuje się, że krwawienie jest z szyjki a ja mam już 4cm rozwarcia. Lekarz nie może dokładnie zmierzyć małego, bo główka już jest nisko za spojeniem łonowym. Z innych pomiarów wychodzi mu waga 3500g, a ja głupia się przyznaję, że dzień wcześniej na wizycie mały ważył 3800g. Na szczęście „dostaję pozwolenie” na poród SN i po załatwieniu wszystkich formalności idziemy na salę porodową.

Jest około północy. Ja przeszczęśliwa, bo jak usłyszałam, że mam 4 cm rozwarcia, a skurcze prawie bezbolesne, to mówię do męża, że tak to ja mogę rodzić:) Na sali pani Basia mnie bada i podpina pod KTG. Później idę pod prysznic minimum na pół godziny, ale mi jest tam tak dobrze, że wychodzę dopiero po godzinie. Już pod prysznicem czuję, że skurcze robią się bolesne. Po wyjściu pani Basia mówi, żebym się położyła i mnie bada, jest 6 cm rozwarcia, skurcze robią się już nieznośne. Prosi mnie abym kilka razy parła to pęknie pęcherz. Tak też robię. Odchodzą zielone wody, ja przerażona. Pani Basia mnie uspokaja i  podpina na chwilkę pod KTG, które niestety się przedłuża, bo podczas kolejnego badania okazuje się, że razem z wodami leje się krew i to nie jest krew z szyjki. Pani Basia wzywa lekarza na konsultacje, a ja już leżę załamana, że oto mój VBAC dobiegł końca. Na szczęście KTG jest w porządku i pani doktor nie widzi konieczności CC. Rodzimy dalej.

Leżenie jest okropne, chcę wstać, robi mi się ciemno przed oczami, nie mam siły. Piotrek i pani Basia mi pomagają, a ja nie mogę znaleźć sobie miejsca. Wszędzie jest mi niewygodnie. Chodzić w ogóle nie mogę. Jak już pisałam od początku czułam parcie jak na kupę, to mnie troszkę blokowało przez cały poród i najlepiej mi było po prostu na kibelku, dlatego też zażyczyłam sobie, że tam właśnie chcę:) I tak podpięta pod KTG skurcze od 6 do 10cm spędzam na kibelku:) W końcu mamy pełnie rozwarcie, zaczynamy przeć. Początkowo nie bardzo mi wychodzi i w pewnym momencie stwierdzam, że już nie dam rady i nie potrafię. Pani Basia mnie motywuje, mąż także. Jest lepiej.

Faza parta trwa 40 min a ja mam wrażenie, że to wieki. W końcu zniecierpliwiona pytam czy to się kiedyś skończy. Nadchodzi kolejny kryzys i tu znów pani Basia jest nieoceniona. Jej słowa „Dalej Ania pięknie rodzisz” po prostu dodały mi skrzydeł.  Wreszcie po tych „wiecznych” 40 min parcia, a łącznie po 9 godzinach i 10 minutach od pierwszych skurczy o 4.10 rodzę mojego synka Bartusia – 3800g, 57cm. Mały ląduje na moich piersiach. A ja nawet nie potrafię opisać tego co czuję, niesamowite szczęście, wprost euforia. Kiedy mały się wyślizguję ja przeszczęśliwa mówię do męża: „udało się!” i wyznaję mu miłość. Piotrek przecina pępowinę, ja oczywiście ciekawska oglądam jak wygląda łożysko:) Później pani Basia pomaga mi przystawić małego do piersi i mamy dwie godziny tylko dla siebie: ja, mąż i nasz maluszek.

IMG_6476

            Brak mi słów, aby opisać moje uczucia. Do tej pory na wspomnienie porodu cieszy mi się buzia. Po porodzie czułam się wspaniale. Teraz też czuję się wspaniale, zupełnie inaczej niż po cięciu. Wiem, że gdyby nie mąż, który przez cały poród mnie wspierał i trzymał za rękę, który nie pozwolił, żebym dała się pokroić, choć trzy razy wołałam o CC i gdyby nie pani Basia to chyba bym nie dała rady urodzić. Wiem również, że gdybym  nie trafiła na tę stronę, nie przeczytała tylu wspaniałych historii i nie dowiedziała się wielu przydatnych rzeczy to by się nie udało. Według mnie rodzaj porodu ma znaczenie zarówno dla zdrowia dzieciątka jak i mamusi. Ja po porodzie naturalnym czuję się świetnie, co prawda przez dwa pierwsze dni czułam lekki dyskomfort, gdyż troszeczkę pękłam i trzeba było założyć trzy szwy, ale to jest nic w porównaniu do bólu po cesarce. A zobaczyć minę lekarza, który w dzień porodu przyszedł mi pogratulować i usłyszał – „A widzi pan zrobiłam panu na złość” – bezcenne:) Bo przecież nie można z góry zakładać, że się nie uda. W nas kobietach drzemie niezwykła siła i determinacja.